9

Legendy FC Barcelony:

18 stycznia 1954 r. urodził się środkowy obrońca Antonio Olmo Rodriguez. Antonio wyróżniał się spokojem i umiejętnością przechwytywania piłki a także podaniami z dużej odległości. Zawodnik, który przeszedł przez system młodzieżowy, w 1972 roku został wypożyczony do Calelli, gdzie wkrótce pokazał swoją jakość. Ówczesny trener Barcelony Rinus Michels włączył Olmo do składu przedsezonowego w 1973 roku, ale obrońca kontynuował grę w drużynie B, Barçy Atlètic, aż do 1976 roku, kiedy został pierwszym członkiem zespołu, natychmiast zapewniając sobie miejsce w wyjściowej jedenastce i stając się reprezentantem drużyny międzynarodowej. Kibice Barcelony pamiętają silną współpracę środkowego obrońcy, którą Olmo stworzył z Miguelim. Niestety w kolejnych sezonach forma podupadała i już w wieku 30 lat przeszedł na emeryturę. 11 września 1984 roku klub oddał hołd obrońcy w meczu referencyjnym przeciwko Athletic Club, który był także okazją do pożegnania bramkarza Pedro Artoli.


@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@Arkon
@AFA90

15

Feliz cumpleaños Pep!!! Josep Guardiola właśnie kończy dzisiaj 53 lata! No, Pepito(!) ileż ty mi chłopie dałeś radości oglądając mecze ukochanej Barcuni to głowa mała! Niechaj szczęście Tobie sprzyja a smutek omija. Kochany ,,Pepito”, życzę Ci nieustającego rozwoju i doskonalenia swoich umiejętności trenerskich. Niech każdy kolejny rok przynosi Ci nowe wyzwania i możliwości, które pozwolą Ci być jeszcze lepszym w tym, co robisz. Bądź inspiracją dla swoich podopiecznych i niech Twoja wiedza i doświadczenie budzą w nich chęć ciągłego doskonalenia się. Sto lat!!!

@AFA90
@Arkon
@Culer9002
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Symson

7

@FCBparasiempre
Rok 1998. Na ekranie telewizora egzotyczny pojedynek pomiędzy Meksykiem i Koreą Południową. Uwiedziony barwnym stylem Jorge Camposa i strzeleckimi popisami blondwłosego Luisa Hernandeza, ściskam kciuki za ekipę „El Tri”. Kiedy jednak Cuauhtemoc Blanco bierze pomiędzy stopy futbolówkę i w pewnym momencie niczym żaba przeskakuje obok zszokowanych rywali z Azji, prezentując swoje popisowe zagranie nazywane ,,cuauhteminą”, moich meksykańskich bohaterów jest już trzech. Niczym trzech Mariachi. Jednakże to właśnie tego ostatniego będzie dotyczył ten tekst. Cuauhtemoc Blanco Bravo urodził się 17 stycznia 1973 roku na obrzeżach Mexico City, metropolii uznawanej za jedno z najniebezpieczniejszych miejsc na ziemi. Swoje imię odziedziczył po ostatnim władcy Tenochtitlanu, historycznej stolicy Azteków. Ten żyjący na początku XVI wieku tlatoani (tak tytułowano władców ludów Nahua) zginął z ręki konkwistadora Hernana Corteza. Jedna z legend głosi, że Cortez, który początkowo obiecywał Cuauhtemocowi bezpieczeństwo w zamian za poddaństwo, stracił azteckiego władcę na torturach, próbując wydobyć z niego informacje dotyczące miejsca ukrycia złotego skarbu. Jeśli twoim patronem jest tak barwna postać, to powoli staje się jasnym, że twoje życie nie będzie nudne. Tak też było w przypadku Blanco, którego życiorys i kariera, były pełne zwrotów akcji niczym latynoska telenowela. Młody Blanco wychowywał się w miejscu nazywanym Tepito, które było częścią składową stołecznej dzielnicy o nazwie… Cuauhtemoc. Tutaj moglibyśmy wrzucić standardowy szablon, dotyczący piłkarzy wychowywanych w dzielnicach charakteryzujących się biedą i przemocą, którzy byli zdeterminowani, by poprzez futbol przedostać się do lepszego świata. Znacie te historyjki na pamięć. Na brudnych ulicach Tepito umiejętności Cuauhtemoca dostrzegł niejaki Alvaro „Coca” Gonzalez, który był miejscowym łowcą talentów. To za jego sprawą młokos został wtłoczony w tryby szkoleniowe Club America, jednego z najbardziej utytułowanych zespołów w Meksyku. Pierwszą szansę debiutu w barwach Las Aguilas (Orły) dostał w 1992 roku, jednak przez pierwszych kilka sezonów odgrywał raczej rolę uczniaka, który ma zbierać piłkarskie szlify i przyglądać się bardziej doświadczonym kolegom z zespołu. Jednakże w momencie, w którym wydawało się, że Blanco dostaje wiatru w żagle i powoli zacznie wskakiwać na wyższy poziom, na jego drodze stanęły dwie przeszkody, które będą przewijać się przez całą ścieżkę jego zawodowej kariery. Pierwszą z nich był trudny charakter wychowanego w Tepito piłkarza. Druga była stworzona z krwi i kości, a nazywała się Ricardo La Volpe. Argentyński szkoleniowiec był trenerskim nemezis Blanco. Aczkolwiek to Cuauhtemoc jako pierwszy sprowokował trwający latami konflikt, przerywając jedną z odpraw opiekuna Club America i wyrzucając z siebie, co sądzi o jego pracy. A nie były to peany pochwalne… Wkrótce La Volpe nie było już w zespole. Jednakże nie było w nim także Blanco, którego Argentyńczyk zdążył wysłać na wypożyczenie do Necaxy. W ekipie z miasta Aguascalientes niesiony złością młodzian, wykazał się świetną formą strzelecką. W 18 meczach zaaplikował rywalom 11 goli. Dość powiedzieć, że wcześniej Cuauhtemoc zgromadził ich łącznie 15… w 113 grach. Na sezon 1998/1999 Blanco powrócił do macierzystego klubu. Niebawem nadarzyła mu się pierwsza okazja, by wbić szpilkę swojemu byłemu trenerowi. Gdy zdobył gola przeciwko prowadzonemu przez La Volpe Atlasowi, pobiegł w kierunku ławki rezerwowych, położył się na murawie i z ironicznym uśmiechem wpatrywał się w zażenowanego szkoleniowca. Kolejne dwa sezony udowodniły, że Blanco aspiruje do bycia najjaśniejszą gwiazdą klubu, którego był wychowankiem. 45 występów i 40 trafień miały być tylko tego potwierdzeniem. Media rozpisywały się o „Czarodzieju z Tepito”. Jego wyluzowany, zawadiacki, uliczny styl gry rodem z brudnych podwórek kradł serca rzeszy kibiców. Problem w tym, że Cuauhtemoc równie bezczelny co na boisku bywał także poza placem gry. Kapitalna forma napastnika nie uszła również uwadze sztabu szkoleniowego reprezentacji Meksyku. Pierwsze powołanie „Czarodziej z Tepito” otrzymał jeszcze w 1995 roku. Na wspomniane na wstępie mistrzostwa świata do Francji, Blanco jechał już jako pewny punkt kadry „El Tri”. Na mundialu zdołał popisać się golem w starciu z Belgią, ale to właśnie za sprawą jego znaku rozpoznawczego, czyli specyficznego zagrania zwanego cuauhteminą, utkwił najbardziej w pamięci kibiców, oglądających tamten turniej.

Swój największy międzynarodowy sukces piłkarz Club America odniósł rok później. Wówczas to był liderem ekipy, która sięgnęła po zwycięstwo w Pucharze Konfederacji. Smak tego triumfu był szczególny, ponieważ cała impreza odbyła się w ojczyźnie tequili i burrito, a finałowe starcie z Brazylijczykami na trybunach Estadio Azteca oglądało 85 tysięcy fanów. „Czarodziej z Tepito” z liczbą sześciu goli na koncie został wraz z Ronaldinho i Marzoukiem Al-Otaibim z Arabii Saudyjskiej królem strzelców turnieju. Udane występy na arenie reprezentacyjnej przyciągnęły wzrok kupców z zagranicy. Pierwsi sieci na Cuauhtemoca zarzucili włodarze hiszpańskiego Realu Valladolid. Jednakże okres spędzony przez Meksykanina na półwyspie Iberyjskim można spisać na straty. Wkrótce po przybyciu na Estadio Jose Zorrilla Blanco wyjechał na zgrupowanie kadry narodowej. Tam w ramach meczu kwalifikacyjnego do mistrzostw świata „El Tri” zmierzyli się z reprezentacją Trynidadu i Tobago. „Czarodziej z Tepito” zdołał wpakować rywalom dwa gole, nim w 73 minucie gry niejaki Ansil Elcock sfaulował go brutalnie, powodując zerwanie więzadła krzyżowego w prawym kolanie i wysyłając go na półroczną rehabilitację. Gdy Cuauhtemoc wrócił w końcu na murawę, był bardzo daleki od swojej optymalnej formy. Po sezonie 2001/2002 Valladolid podziękowało mu za współpracę. W Hiszpanii zagrał łącznie 23 razy i zdobył trzy gole. Wielu kibiców do dziś wierzy w to, że koszmarna kontuzja w meczu z Trynidadem, była głównym powodem, przez który Blanco nie zdołał rozwinąć skrzydeł na Starym Kontynencie. Zresztą Meksykanin już nigdy nie powrócił grać do Europy. Sam jednak podziela zdanie kibiców i twierdzi, że gdyby nie feralne zerwanie więzadeł to mógł trafić do Realu Madryt, który rzekomo monitorował jego dyspozycję. Zresztą gol strzelony z rzutu wolnego właśnie „Królewskim” jest najbardziej pamiętnym momentem Cuauhtemoca w czasie hiszpańskiego rozdziału jego kariery. Ansil Elcock natomiast oficjalnie przeprosił Blanco… 16 lat po całym zdarzeniu. Nie zmieniło to jednak faktu, że były trynidadzki piłkarz po dziś dzień jest nazywany w Meksyku „El carnicero”, czyli „rzeźnik.” „Czarodziej z Tepito” niczym bumerang powrócił znów do miejsca, w którym czuł się najlepiej, czyli do Club America. Tam znów zaliczył dwa udane sezony. Szczególnie kampania 2003/2004 była dla Blanco owocna, gdyż zaaplikował ligowym rywalom 20 goli. Duży wpływ na to mógł mieć fakt, że w klubie z Mexico City stanowisko szkoleniowca objął Leo Benhakker. Nie była to jednak pierwsza przygoda holenderskiego trenera z ekipą ze stolicy Meksyku. Benhakker sprawował już pieczę nad Las Aguilas w sezonie 1994/1995. To on jako pierwszy zaczął odważniej stawiać na młodego Blanco. Potrafił dotrzeć do psychiki krnąbrnego młodziana i spowodować, że Cuauhtemoc zaczął uwalniać pokłady drzemiącego w nim talentu. Niemal dekadę później chemia na linii trener-zawodnik istniała nadal. Jednakże gdy w pochodzącym z Tepito piłkarzu uruchamiała się mroczna strona natury, to nawet jego duchowy ojciec w postaci Benhakkera nie potrafił nad nim zapanować. Tak było w meczu 1/8 finału Copa Libertadores pomiędzy Club America, a brazylijskim Sao Caetano. Już w pierwszym spotkaniu Cuauhtemoc dał się rywalom we znaki, gdy po strzelonym golu prowokacyjnie tańczył pomiędzy obrońcami przeciwnika. W rewanżu było tylko gorzej. Orły musiały gonić wynik dwumeczu i Blanco nie wytrzymał presji w końcówce spotkania, uderzając jednego z zawodników Sao Caetano łokciem w twarz, za co obejrzał czerwoną kartkę. Całe wydarzenie podgrzało atmosferę do tego stopnia, że po ostatnim gwizdku arbitra na murawie odbyła się regularna bitwa, w którą wmieszali się kibice. Musiała interweniować policja. To kosztowało napastnika Orłów roczną dyskwalifikację z rozgrywek organizowanych przez CONMEBOL. Klub natomiast postanowił go ukarać roczną zsyłką na wypożyczenie do drużyny Veracruz. Działacze zespołu z Mexico City zdawali sobie jednak sprawę z tego, że pomimo permanentnych kłopotów, w które lubił się pakować Blanco, stanowił on nadal wartość dodaną dla Club America. W barwach Orłów Cuauhtemoc spędził zatem kolejne trzy sezony. Być może jego i Las Aguilas łączyła pewna metafizyczna więź? Wszak „Cuauhtemoc” oznaczało w języku Azteków „tego, który zstępuje jak orzeł”. Trzymanie w swoich szeregach klubowego weterana popłaciło. W 2005 roku Club America zwyciężył w rozgrywkach Clausura (W Meksyku jak w większości krajów latynoamerykańskich sezon dzieli się na dwie części – Aperturę i Clausurę). Rok później Las Aguilas zatriumfowali w Lidze Mistrzów CONCACAF. Przy okazji Blanco zgarnął dwie nagrody dla najlepszego gracza sezonu w lidze meksykańskiej. Oczywiście wszystko trzeba było okupić kolejnymi skandalami z udziałem niesfornego piłkarza. Mniejszymi, jak wtedy, gdy celebrował gola zdobytego przeciwko Celaya, udając psa oddającego mocz na linię bramkową, gdyż miał na pieńku z golkiperem rywala i większymi, jak wtedy, gdy uderzył dziennikarza TV Azteca Davida Feitelsona, co zostało uwiecznione na nagraniu. Żadne przeprosiny ze strony „Czarodzieja z Tepito” nie działały jednak na opinię publiczną tak skutecznie, jak jego widowiskowa gra. To ona stanowiła najlepszy balsam na niezabliźnione rany.

Chociaż na początku XXI wieku Blanco bezsprzecznie był jednym z najlepszych meksykańskich piłkarzy, weteranem dwóch mundiali, na których trafiał do bramki rywala, to w 2006 roku zabrakło dla niego miejsca w kadrze udającej się na niemiecki czempionat. Powód? Lata 2002-2006 to okres, kiedy pieczę nad zespołem „El Tri” przejął stary znajomy Cuauhtemoca – Ricardo La Volpe. Jak nie trudno się domyślić, permanentne pomijanie asa Club America przy powołaniach, było pokłosiem dawnego konfliktu obydwóch panów. ,,Pójdźcie zapytać Bielsy, dlaczego nigdy nie grał Crespo z Batistutą. Każdy trener ma swoją wizję futbolu. To głupoty, które wchodzą mi jednym i wychodzą drugim uchem. Cuauhtémoc jest bez cienia wątpliwości wzorem, ale to nie Maradona czy Pelé. W Meksyku mamy też innych zawodników, którzy tworzyli historię. Nie umieściłbym go w pierwszej dziesiątce najlepszych meksykańskich piłkarzy”- tłumaczył swoją decyzję argentyński szkoleniowiec. ,,La Volpe? To wielki trener. Nie wiem jednak, dlaczego nie zabrał mnie na mundial. Bardzo mnie to zabolało. Myślę, że to wszystko z powodu zaszłości sprzed lat. Chciał się na mnie odegrać. Kiedy miałem 20 czy 21 lat nie podskakiwałem starszym. Trener starał się jednak mnie złamać. Mówił wiele nieprzyjemnych rzeczy. Starał się upokarzać młodych piłkarzy. Takich rzeczy się nie zapomina. Obrażał nas, zawsze tylko tych młodych. To wielki trener, ale gdyby miał lepsze podejście do piłkarzy, byłby o wiele lepszy. Dla mnie reprezentowanie mojego kraju jest powodem do dumy a kiedy grają hymn, serce mi pęka, chce mi się płakać”- nie krył swojego wzruszenia meksykański gwiazdor. W 2007 roku Blanco postanowił jeszcze raz opuścić Meksyk i spróbować swoich sił za granicą. Tym razem nie przemierzał jednak bezkresu oceanu, by dotrzeć do Europy. Udał się do Chicago, gdzie przywdział barwy grającego w lidze MLS Fire. Dokonał tego w tym samym czasie co David Beckham, który dołączył do LA Galaxy. Chociaż nie można było porównać w żaden sposób wagi marketingowej obydwóch ruchów, to na boisku różnica między Becksem, a Blanco wcale nie była szczególnie widoczna. ,,Blanco pojawił się i od razu był bardziej skuteczny jako gracz od Beckhama, ale miał też oddźwięk w innej grupie fanów. Nie był supergwiazdą w oczach wszystkich, ale był supergwiazdą dla meksykańskiej i meksykańsko-amerykańskiej społeczności w Chicago”- Nick Firchau, dziennikarz ,,Evening Tribune”. „Czarodziej z Tepito” podbił serca fanów ze Stanów Zjednoczonych. Gwarantował im to, co dla amerykańskiego kibica liczy się najbardziej – show. Cuauhtemina, gaszenie silnych półgórnych piłek tyłkiem, dwudziestometrowy rozbieg przy rzucie karnym… To część repertuaru zagrań meksykańskiego piłkarza. Przygodę z Chicago Fire zakończył z liczbą 62 spotkań, 16 goli i 26 asyst na koncie. ,,Na pierwszy rzut oka jego ciało wydawało się niezgrabne. Patrzyłem na niego i myślałem, że łatwo dam sobie z nim radę, a potem wchodziłem z nim w pojedynek jeden na jeden i za każdym razem przegrywałem. Niesamowite”- C.J. Brown, były piłkarz Chicago Fire. Niepotrzebne okazały się też obawy sztabu szkoleniowego o to, czy Blanco nie rozsadzi szatni od środka. Cuauhtemoc szybko stał się duszą towarzystwa, a swój nieprzeciętny temperament rozładowywał, wykręcając kolegom z zespołu rozmaite dowcipy. Po przygodzie z ligą MLS Blanco powrócił do ojczyzny, by przez kilka kolejnych sezonów powłóczyć się jeszcze po rozmaitych klubach. Jeżeli jednak sądzicie, że miał tam zamiar jedynie odcinać kupony, to grubo się mylicie. Z Dorados i Publą sięgnął po Puchar Meksyku, a z Irapuato zwyciężył w rozgrywkach 2 ligi. Przy okazji wrócił do reprezentacji Meksyku i załapał się na mistrzostwa świata w RPA, gdzie jego gol z rzutu karnego wyrzucił poza nawias turnieju, skłóconą kadrę Francji, prowadzoną przez Raymonda Domenecha. Zresztą egzekutorem jedenastek od zawsze był wybornym. W całej karierze zmarnował zaledwie dwa z 73 wykonywanych przez siebie uderzeń z wapna. Ostatecznie jego licznik reprezentacyjny zatrzymał się na 120 występach i 39 golach. Do tego w gablocie ma dwa złote medale za zwycięstwo w Złotym Pucharze CONCACAF i wspomniany wcześniej triumf w Pucharze Konfederacji. Buty na kołku zawiesił ostatecznie w 2016 roku, mając na karku 43 lata. Zagrał wówczas po raz ostatni w koszulce Club America. Dostał od trenera 36 minut w spotkaniu z Morelią. Taki ukłon w kierunku zasłużonego gracza. Powrót na ostatnie spotkanie ligowe, by dopiąć klamrę kariery. Na jego plecach widniał numer „100”, który upamiętniał stulecie ukochanego zespołu. Na pożegnanie udało się obić poprzeczkę rywala. Szkoda, że tamto uderzenie nie wpadło. Być może po raz ostatni w karierze Cuauhtemoc mógłby wykonać charakterystyczną cieszynkę, imitującą łucznika. Blanco podpatrzył ją podobno u hiszpańskiego napastnika Kiko, byłego piłkarza Atletico Madryt. Część opinii publicznej uważa jednak, że gest ma na celu złożenie hołdu rdzennej ludności indiańskiej. Potomkom Azteków. Cóż, ta wersja bardziej pasowałaby do szalonego życiorysu piłkarza…

Jeszcze w czasie trwania piłkarskiej przygody Cuauhtemoc zagrał w jednej z meksykańskich telenoweli „Triumf miłości.” Odgrywał tam rolę strażaka Juanjo. Jak bywa w tego typu produkcjach, bohater grany przez Blanco najpierw zginął, by następnie w zaskakujących okolicznościach powrócić do produkcji, jako człowiek, który sfingował swoją śmierć. W latach 2016-2018 legenda meksykańskiej piłki sprawowała urząd burmistrza miasta Cuernavaca z ramienia Partii Socjaldemokratycznej. Oskarżano go w tym czasie o łapówkarstwo, a nawet zlecenie zabójstwa lokalnego biznesmena, zamieszanego w interesy z kartelami narkotykowymi. Część opinii publicznej domagała się odwołania byłego futbolisty z urzędu. Blanco zareagował na te zarzuty, organizując strajk głodowy. Oskarżenia ostatecznie wycofano. Mało tego. Polityczne ambicje „Czarodzieja z Tepito” sięgały wyżej niż urząd burmistrza. W październiku 2018 roku Blanco został wybrany gubernatorem stanu Morelos. Oczywiście całej sytuacji znów towarzyszą kontrowersje. Cuahtemocowi zarzuca się nepotyzm. W dodatku byłej gwieździe Club America umorzono dług podatkowy wynoszący 16 tysięcy dolarów, a przestępczość w regionie znacznie wzrosła. To co? Czas na urząd prezydenta? Postać Cuahtemoca Blanco dzieli Meksykanów na tych, którzy go kochają i tych, którzy go nienawidzą. Zawodnik permanentnie znajduje się z kimś w konflikcie. Ricardo La Volpe, Rafa Marquez, Jorge Campos… wszyscy oni musieli się publicznie mierzyć z jego gniewem. Obecnie natomiast Blanco brnie w polityczne wojenki, w których w gruncie rzeczy powinien się czuć jak ryba w wodzie. Ciężko jednak zaprzeczyć słowom Toma Marshalla z ESPN, który powiedział kiedyś o nim: ,,Konflikty, bójki, piękne gole, intensywność i pasja, z jaką blanco żył zarówno na boisku i poza nim, pozostawiły głęboki ślad w meksykańskim futbolu i barwną historię, namalowaną przez postać, jakiej obecnie w futbolu brakuje”.

6

Geniusz na wojnie ze wszystkimi(w odpowiedzi na komentarz):

@AFA90
@Arkon
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj

7

,,Celestes” u siebie? Nie do pokonania!

17 stycznia 1967 r. Urugwaj pokonał Boliwie 4:0 na Estadio Centenario w meczu otwarcia 29 edycji Copa America. Po raz pierwszy w historii wystąpił absolutny kopciuszek latynoskiego futbolu a mianowicie Wenezuela. Tym samym po 51 latach od założenia CSF ostatni członek tej organizacji dołączył wreszcie do grona uczestników Pucharu Ameryki. Ilekroć turniej toczył się w Montevideo, niezmiennie na najwyższym podium stawali gospodarze. Było zatem jasne iż między nimi i Argentyną rozegra się główna batalia o mistrzostwo. Boliwia natomiast mimo niezłej gry Blacutta, grała wprost beznadziejnie, ulegając nawet 0:3 wenezuelskiemu debiutantowi. Niewiele lepszy był Paragwaj, zespół bez oblicza i bez wielkich indywidualności. Nie najgorzej za to wypadło Chile, któremu udało się urwać cenny punkt samemu Urugwajowi. Uwagę publiczności i obserwatorów przykuli zwłaszcza dwaj zawodnicy: Elias Figuerora Brander oraz Ignacio Prieto Urrejola. W zasadzie od początku turnieju liczyły się tylko Urugwaj i Argentyna. Gospodarze stracili punkt z ambitnym Chile, podczas gdy Albicelestes szli jak burza od zwycięstwa do zwycięstwa, w przededniu ostatniego meczu gromadząc 8 punktów, podczas gdy Celestes zebrali ich tylko 7. Wszystko zatem miało się rozstrzygnąć w ostatnim(de facto finałowym) starciu tych gigantów. Urugwajczyków poprowadził do decydującego boju ojciec zwycięstwa z 1959, sędziwy Juan Corazzo, zaś Argentyńczyków równie wiekowy Renato Cesarini. Wieczór 2 lutego 1967 był pochmurny aż wreszcie lunęło jak z cebra. W gęstym deszczu toczyło się to zacięte spotkanie, w którym linie obronne górowały nad ofensywnymi. Celestes nawiązali do chwalebnej tradycji swej ,,garra uruguaya”, zajadłej walki do upadłego o każdą, nawet pozornie beznadziejną piłke. W ich szeregach wyróżniało się szczególnie dwóch zawodników. Bramkarz Ladislao Mazurkiewicz, z pochodzenia Polak, o którym napisze przy okazji jego urodzin(14 luty) oraz rozgrywający Pedro Virgilio Rocha, którego Pele zaliczył do grona ,,pięciu najlepszych napastników świata”. Właśnie ten król środka pola zapewnił Urugwajowi Puchar Ameryki tego turnieju. W 74 minucie bezlitośnie wykorzystał potknięcie Rattina na śliskiej nawierzchni, przejął jego zbyt krótkie podanie i pokonał bramkarza Rome. Był to trzeci w dziejach Copa America zwycięski gol dla Urugwaju strzelony w kierunku szczęśliwej trybuny Colombes. Tych dwóch asów Celestes miało oparcie w zwartej, ambitnej drużynie, w której wyróżniali się ponadto pomocnik Mujica, obrońca Cincunegui oraz napastnicy Domingo Perez i Hector Salva. Na koniec trzeba jeszcze nakreślić sylwetke króla strzelców. Został nim wybitny argentyński snajper Luis Artime, który w tym turnieju uzyskał 5 goli. Dodam jeszcze że Artime w reprezentacji Argentyny rozegrał 25 spotkań strzelając 24 gole. Luis do perfekcji absolutnej doprowadził technikę użytkową a zwłaszcza technikę strzału. Nie gustował w dryblingach, nie kręcił finezyjnych kółeczek, tylko podawał, przyjmował piłke albo też bez przyjęcia strzelał. Pojawiał się na polu karnym niczym zjawa aby w tej jednej najbardziej sprzyjającej sekundzie przyłożyć głowe lub noge do piłki. Szybki ruchliwy, sprytnym manewrem potrafił wyprowadzić w pole każdego obrońcę. Grał czysto, będąc pod każdym względem ideałem sportowca w nieco staroświeckim rycerskim stylu. Wspaniały kolega, gentelmen w każdym calu, zaskarbił sobie zasłużenie powszechny podziw i sympatie w całej Ameryce. Jednak nawet tak wspaniały atak z Artime, Bernao, Rojasem i Masem wyszczerbił sobie zęby na urugwajskiej obronie. To był ostatni turniej rozgrywany wedle tradycyjnej formule, czyli każdy z każdym. W następnej edycji Copa America(1975) wprowadzono rywalizacje w grupach.


@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@Arkon
@AFA90

6

Wybitne legendy futbolu:

17 stycznia 1906 r. w Buenos Aires urodził się Guillermo Stabile, Wicemistrz Świata(1930), Król strzelców I Mistrzostw Świata(1930) oraz Sześciokrotny Zdobywca Copa America jako trener(z kadrą Argentyny). W roku 1930 odbywały się pierwsze w dziejach Mistrzostwa Świata gdzie Guillermo strzelił w nich 8 goli co dało mu koronę pierwszego króla strzelców na Mundialu a zaczynał je jako rezerwowy(nie zagrał tylko w pierwszym meczu z Francją). W debiucie na Mundialu popisał się hat-trickiem w spotkaniu z Meksykiem(pierwszym w historii mistrzostw) a potem zdobywał gole w każdym kolejnym meczu-z Chile dwa, Stanami Zjednoczonymi również dwa a w finale z Urugwajem jeden gol. Stabile nie miał nawet 170 cm wzrostu ale był bardzo szybki i świetny technicznie, coś w rodzaju Leo Messiego. Jego rekord życiowy na sto metrów wynosił 11 sekund! Nazywano go ,,El Filtrador’’ co miało oddawać umiejętność przejścia przez nawet najbardziej szczelną obronę przeciwnika. Cieszył się szacunkiem także dlatego iż grał bardzo fair. Karierę piłkarską rozpoczynał w argentyńskim Huracan Buenos Aires. Szybko wywalczył sobie miejsce w pierwszym składzie drużyny. Był niezwykle skuteczny, potrafił z zimną krwią wykorzystać każdy błąd rywala. Po dwunastu latach spędzonych na krajowym podwórku został kupiony przez włoską Genuę. Po zaledwie roku pozyskali go działacze Napoli, by po kilku miesiącach oddać go ponownie Genui. Kilka poważnych kontuzji i brak szczęścia nie zagwarantowało mu sukcesów w Serie A.Nie powiodło mu się również w Red Star Paris(chociaż namawiano go do zmiany obywatelstwa i obiecywano grę w reprezentacji) i tuż przed wojną wrócił do Argentyny. Natomiast zrobił wielką karierę jako trener. Od roku 1941 do 1958(i krótko w 1960) prowadził reprezentację Argentyny, pracując jednocześnie w klubach. Trzy razy z rzędu zdobył z Racingiem Mistrzostwo Argentyny(1949-1951). Reprezentację kraju doprowadził 6 razy do tytułu mistrza Ameryki Południowej(Copa America). Po raz pierwszy po wojnie wywalczył z Argentyną awans na Mundial w Szwecji(1958). Wychował wielu argentyńskich piłkarzy, którzy przeszli do historii futbolu od Alfredo di Stefano, Adolfo Pedernery, Angela Labruny i Felixa Lustau po Oresta Corbattę, Omara Sivoriego, Humberto Maschio i Jose Sanfilippo. Był wykładowcą w wyższej szkole wychowania fizycznego, komentatorem radia Libertad a pieniądze zdobyte na boisku pomnażał w branży cukierniczej. Był w swojej ojczyźnie bardzo popularny i bogaty. Zmarł w roku 1966 w wieku 60 lat.


@AFA90
@Arkon
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj

6

Zapomniane legendy rodzimego futbolu:

17 stycznia 1947 r. w Szczecinie urodził się Władysław Szaryński, jeden z ciekawszych napastników polskiego futbolu. ,,Kiedy zmieniałem klub mówili że zdradziłem Szczecin, lecz tylko ja wiem że gdy wybierałem się do odsłużenia wojska w Zawiszy Bydgoszcz, ryczałem jak bóbr. Tak samo, gdy jechałem na dworzec na pociąg do Rybnika. Musiałem opuścić rodzinne miasto bo chciałem grać w ekstraklasie”- opowiadał Szaryński, jeden z nielicznych szczęściarzy, którzy wystąpili w polskiej drużynie w finale europejskiego pucharu. Wychodząc w podstawowym składzie Górnika Zabrze na finałowy mecz Pucharu Zdobywców Pucharów z Manchesterem City, czuł jak nigdy że te wszystkie poświęcenia miały sens. Dopiero co skończył 23 lata, a tu w ataku u boku Banasia i Lubańskiego zaraz miał rozpocząć mecz, który przykuwał uwagę już nie tylko całej piłkarskiej polski ale również Europy. Zabrzanie przegrali 1:2, lecz ich wyczyn wciąż jest nieosiągalny dla jakiegokolwiek innego polskiego klubu. Szaryński już wcześniej dołożył cegiełke do sukcesu. W walce o ćwierćfinał z Glasgow Rangers na Stadionie Śląskim ,,huknął” z ponad 20 metrów tak kapitalnie że ponad 70 tys. ludzi przez minutę biło mu brawo na stojąco! To był gol na 2:0, gospodarze ostatecznie wygrali 3:1 i ze spokojem mogli jechać na rewanż do Glasgow, gdzie również pokonali Rangersów 3:1!

Do Zabrza Szaryński trafił z ROW Rybnik i był to jeden z kilku skomplikowanych transferów w jego karierze. Zawsze uparcie pchał się wyżej i efekty były dość zaskakujące jak na tamtą piłkarską epoke, ponieważ w ekstraklasie występował w aż 5 klubach(Arkonia Szczecin, Zawisza Bydgoszcz, Row Rybnik, Górnik Zabrze i Zagłębie Sosnowiec). W 1974 został właśnie piłkarzem Zagłębia i znowu była to transferowa niespodzianka. Zagłębie na półmetku zajmowało ostatnie miejsce w tabeli, na gwałt potrzebowało wzmocnień. Problemem podobno osobiście zainteresował się Edward Gierek. Nic dziwnego że transakcja doszła do skutku. Szaryński bardzo pomógł nowemu klubowi w utrzymaniu a w 1977 i 1978 jako kapitan zdobywał z nim Puchar Polski. Jeżeli nawet mógł mieć żal że Górnik tak łatwo pogodził się z jego odejściem, na koniec nie powinien był narzekać, bo zdążył zostać jedną z legend Zagłębia Sosnowiec. ,,Jestem wdzięczny losowi że tyle w piłce osiągnąłem. Wcale nie miałem łatwo, wiele było zakrętów, gróźb dyskwalifikacji, łez i niepewności, więc tym bardziej trzeba się cieszyć”- zapewniał Władysław Szaryński.


@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@Arkon
@AFA90

7

Wspominamy zasłużonych prezydentów Dumy Katalonii:

17 stycznia 1968 r. wybory na Prezydenta FC Barcelony wygrał Narcis de Carreras. Urząd piastował zaledwie 2 lata lecz zasłynął na zawsze ze słynnej frazy: ,, el Barça es mes que en club” co wszem i wobec znaczy Barça to więcej niż klub. Ta fraza miała na celu podkreślić iż Blaugrana jest od dziesięcioleci symbolem i wizytówką Katalonii, a nie tylko zwykłym klubem piłkarskim. W czasach dyktatury Franco Katalończycy byli mocno prześladowani a Camp Nou było jednym z niewielu miejsc, w których można było rozmawiać po katalońsku i demonstrować lokalny patriotyzm.


@AFA90
@Arkon
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj

8

Legendy światowego futbolu:

16 stycznia 1945 r. urodził się Wim Suurbier, holenderski prawy obrońca, 2-krotny Wicemistrz Świata(1974 i 1978); 3-krotny pod rząd Zdobywca Pucharu Mistrzów(1971,1972 i 1973); 2-krotny Zdobywca Superpucharu Europy(1972 i 1973); Zdobywca Pucharu Interkontynentalnego(1972) oraz 6-krotny Mistrz Holandii. Wim Suurbier to wielka gwiazda Ajaxu lat 60-tych i 70-tych, niezbędny element tamtejszego wspaniałego zespołu. Barwy amsterdamskiego klubu reprezentował od 1964r. aż przez 12 lat, w czasie jego największych sukcesów, w których miał swój duży udział. Wraz z Krolem stanowił dwie fantastyczne flanki defensywy Ajaxu-nowoczesnych skrajnych obrońców o wielu zadaniach ofensywnych i ,,żelaznych’’ płucach, które pozwalały im biegać od pola karnego do pola karnego. Kiedy Krol grał na lewej stronie, Suurbier pilnował prawej. Był jednak na tyle wszechstronny że spokojnie mógł grać po drugiej stronie boiska. Wim był graczem silnym, wysokim i bardzo trudnym do pokonania w pojedynku jeden na jeden, słynął też z precyzyjnych podań. Taki piłkarz na boku obrony to prawdziwy skarb. Wiedzieli o tym także trenerzy reprezentacji Holandii-Rinus Michels i Ernst Happel. Na obu wspaniałych dla Holandii mundialach lat 70-tych Suurbier był podstawowym graczem. Rozegrane przez Wima 393 mecze w barwach swego klubu to bardzo dobry wynik. Więcej w Ajaxie ma na koncie tylko Sjaak Swart. Zimą 1978 roku Suurbier opuścił Ajax i przeniósł się do Schalke i wreszcie wyjechał zarabiać pieniądze do Stanów Zjednoczonych. Grał w piłkę w Kalifornii: w Los Angeles Aztecs(razem z Cruyffem) i w San Jose Earthquakes. Trafił nawet na krótko do Hongkongu. W reprezentacji Holandii Suurbier rozegrał 60 spotkań i strzelił trzy gole. Wystąpił w finałowych meczach MŚ w 1974 roku, kiedy trzecie miejsce zajęła Polska, oraz cztery lata później. Po złoty medal sięgnęły wówczas, odpowiednio, RFN i Argentyna. Z nim w składzie ,,Pomarańczowi” zajęli także trzecie miejsce mistrzostw Europy 1976.


@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@AssisMoreira
@Arkon
@AFA90

0

@Herato Ty wogóle masz pojęcie o historii futbolu, czy też o poziomie wegierskiej eskstraklasy w latach 40-tych? Bo widze że nie masz, więc się nie wypowiadaj!

9

@FCBparasiempre
16 stycznia 1922 r. w Budapeszcie urodził się Ferenc Deak, wybitny węgierski napastnik. Deak swoją piłkarską przygodę rozpoczął jako nastolatek. Miał 13 lat, kiedy zgłosił się do klubu, w którym rozpoczął pierwsze treningi. Był to zespół z jego najbliższej okolicy – Szentlőrinci Atlétikai Club. Pierwsze kroki w futbolowym świecie stawiał jako bramkarz i był w tym całkiem dobry. Słynął z tego, że momentami ciężko było go pokonać a bramka wydawała się zaczarowana. W jednym z meczów został jednak mocno trafiony piłką w głowę i stracił przytomność. Według jednej z wersji tego zdarzenia autorem trafienia miał być brat Józsefa Bozsika. Chłopak doszedł do siebie, ale rodzice postawili stanowcze weto dalszej pasji syna. Piłki w tamtych czasach były dużo cięższe niż dzisiaj i szybciej nasiąkały wodą. Dla młodego, rozwijającego się ciągle organizmu skutki takich uderzeń mogły być bardzo groźne. Jednak młody Ferenc nie potrafił wyrzucić futbolu z własnego życia. Kiedy tylko mógł zachodził i zaglądał na stadion. Z żalem i zazdrością patrzył na trenujących kolegów. Żeby być choć trochę bliżej piłki, stawał z boku boiska i podawał futbolówkę kolegom, opuszczała plac gry. Uderzał ją przy tym nie tylko mocno, ale też bardzo precyzyjnie. Swoją postawą zdobył sympatię jednego z trenerów. Był nim Elemér Berkessy, który jako zawodnik grał w paryskim Racingu czy FC Barcelonie. Miał też za sobą występy w reprezentacji, więc potrafił ocenić, czy ktoś ma talent czy nie. Ferenc nie miał kłopotów z opanowaniem piłki, a po sposobie, w jaki ją uderzał, widać było, że ma naturalny talent. Szkoleniowiec postanowił więc spróbować przekonać jego rodziców do zmiany zdania. Ci zgodzili się ustąpić, ale troszcząc się o zdrowie syna, postawili warunek, że Ferenc nie może już grać jako bramkarz. Chłopak został więc przesunięty do przodu. Nie był jednak przyzwyczajony do gry w polu, więc potrzebował nieco czasu, żeby odnaleźć się w nowej roli. Wtedy właśnie zyskał sobie przezwisko Bamba. Określenie to w wolnym tłumaczeniu można przetłumaczyć jako dureń. Deák sprawiał wrażenie trochę nieporadnego, ale bardzo szybko zaczął wszystkim pokazywać, na co go stać. ,,Byłem tak nazywany już w Lőrinc, ponieważ zgodnie z moimi przyzwyczajeniami stałem zwykle w kole środkowym przy linii, wyglądając przy tym, jakbym nie miał nic do roboty. Sterczałem tak jak bambus, ale kiedy nadchodziła okazja, zawsze potrafiłem ruszyć szybko i niespodziewanie”– opowiadał Deák. Ferenc konsekwentnie pracował na treningach i wkrótce zaczął zbierać efekty tej pracy. Pierwszy mecz w barwach Szentlőrinci zagrał 3 września 1939 r. Zespół przegrał 1:3, ale młokos uświetnił swój debiut golem. Klub występował wówczas na drugim poziomie rozgrywkowym w Nemzeti Bajnokság B, ale sezon później grali już w trzeciej lidze. Deak szybko budował swoją pozycję w zespole a swoimi sześcioma trafieniami na tym poziomie wysłał czytelny sygnał, że coraz lepiej radzi sobie też pod bramką rywali. Drużyna zaczęła piąć się w górę a Deak został jednym z jej liderów i zapoczątkował jeden z najlepszych okresów w dziejach klubu. Strzelał jak na zawołanie, niejednokrotnie notując po cztery czy pięć trafień w jednym meczu. W sezonie 1942/43 wystąpił w 26 meczach i tylko w trzech nie pokonał bramkarza rywali. Łącznie uzyskał aż 49 goli. Kwestią czasu było, kiedy zespół zamelduje się w najwyższej klasie rozgrywkowej. Cel ten udało się wywalczyć w sezonie 1943/44 i jesienią 1944 r. Deak miał szansę debiutu w ekstraklasie. Pierwsze trzy mecze zakończyły się dla Szentlőrinc AC kompletem zwycięstw a nasz bohater zdobył w tych pojedynkach dziewięć goli. Ligowe zmagania zostały jednak przerwane z uwagi na działania wojenne. Jesienią próbowano zorganizować mistrzostwa wojskowe, ale tych też nie udało się dokończyć. Deak również wtedy imponował skutecznością, strzelając pięć goli w dziesięciu spotkaniach.

Wiosna przyniosła kolejną radziecką ofensywę, a piłkarskie zmagania zostały ograniczone tylko do drużyn z Budapesztu. Szentlőrinci grał na drugim poziomie tych rozgrywek, ale braki w źródłach nie pozwalają na pełne odtworzenie bilansu zespołu. Dopiero kolejną ligową kampanię udało się rozegrać w pełni. Futbol był jednym z tych elementów życia, który pozwolił Węgrom szybciej stanąć na nogi po wojnie. Zasady się nie zmieniły ale zmienił się sam kraj, w którym władzę przejęli komuniści. Wkrótce nowe władze zaczną wykorzystywać sport dla własnych celów i organizować go na nowo. Nie ominie to też piłki nożnej. Na razie jednak rywalizacja toczyła się w miarę normalnie. Zespoły podzielono na dwie grupy, z których najlepszych pięć drużyn awansowało do grupy mistrzowskiej. Dalekie od normalności były jednak strzeleckie popisy Deaka. Ładował gola za golem i nic nie robił sobie z przeciwników. Nie ważne, czy naprzeciwko niego stała drużyna MTK, Ferencvárosu czy ktoś z dołu tabeli. Zawsze znajdował sposób na bramkarza rywali. W wygranym 13:0 spotkaniu z Kőbányai Barátság strzelił aż dziewięć goli!. Pięć trafień zaaplikował Ferencvárosowi, a kolejnych sześć drużynie Debreceni VSC! Poza tym wielokrotnie strzelał dwa, trzy albo cztery gole. Deak był praktycznie nie do zatrzymania i w śrubowaniu rekordu nie przeszkodziło mu nawet to, że dwukrotnie został usunięty przedwcześnie z boiska. Ostatecznie sezon 1945/46 ukończył z 66 golami na koncie! Potrzebował do tego 34 meczów, więc łatwo policzyć, że średnio uzyskiwał niemal dwa gole w każdym występie! Nawet biorąc po uwagę nieco inny niż zwykle format rozgrywek, trudne czasy powojenne i zapewne sporą różnicę w poziomach między zespołami, takie osiągnięcie musi budzić największe uznanie. Wcześniejszy rekord ustanowił w 1939 r. Gyula Zsengellér, który 56 razy znajdował wówczas drogę do bramki rywali. Strzeleckie popisy Deaka nie wystarczyły jednak, żeby ugrać coś z zespołem na arenie krajowej. Zmagania w grupie zachodniej Szentlőrinci AC zakończyło na czwartej lokacie, a w grupie mistrzowskiej zajęli dopiero ósme miejsce w stawce dziesięciu ekip. Rok później ekstraklasa składała się już tylko z 16 zespołów, które normalnie rywalizowały w jednej grupie. Deak potwierdził wówczas swoje nieprzeciętne umiejętności i drugi raz z rzędu został królem strzelców. Trafiał „tylko” w 22 z 30 meczów, ale w czterech czterokrotnie wpisywał się na listę strzelców, a w trzech starciach aż pięć razy trafiał do siatki! Zespół znowu jednak zakończył zmagania w środku tabeli, zajmując siódmą lokatę. Po bramkostrzelnego zawodnika sięgnął w końcu jeden z największych i najbardziej utytułowanych klubów w kraju, czyli stołeczny Ferencvárosi Torna Club. Jedną z kart przetargowych przy transferze był dwupiętrowy dom, który zapewniono Deakowi. Bardzo entuzjastycznie na jego przyjście zapatrywali się też kibice, którzy liczyli, że nowy nabytek przywróci ich ukochanej drużynie utracony blask. Ferenc za otrzymane zaufanie odwdzięczył się najlepiej, jak mógł, czyli kolejnymi golami. Już w 3. kolejce cztery razy pokonał bramkarza rywali i poprowadził zespół do wygranej. W całym sezonie zespół zanotował tylko cztery remisy i pięć porażek, a pozostałe 23 spotkania wygrał. Deak był jednym z motorów napędowych zespołu i często to jego trafienia decydowały o zwycięstwach. Drużyna finiszowała na najniższym stopniu podium. Ferenc mógł być zadowolony ze swoich występów, choć w rywalizacji o koronę króla strzelców musiał uznać wyższość Ferenca Puskása, który zdobył 50 goli, podczas gdy Deak „zaledwie” 41 goli. W kolejnym sezonie pokazał razem z kolegami prawdziwą klasę. Ferencváros szedł jak burza i po kolei rozjeżdżał kolejnych rywali. Deak znowu zaliczył kilka meczów z czterema trafieniami i raz pięciokrotnie wpisywał się na listę strzelców. Pierwsze potknięcie zespół zanotował dopiero 13. kolejce, remisując 1:1 z MTK. Pierwsza porażka z kolei przyszła dopiero w 24. kolejce. W całym sezonie Ferenc z kolegami uzbierali ich ledwie trzy. W znakomitym stylu sięgnęli po krajowe mistrzostwo, dystansując wszystkich konkurentów w walce o tytuł. Nad drugim w tabeli MTK mieli aż 11 punktów przewagi. Ferenc Deak ze swoimi 59 golami w 30 meczach znowu zbliżył się do magicznej granicy dwóch goli na mecz i po raz trzeci został królem strzelców. Obok siebie miał znakomitych Sándora Kocsisa i Zoltána Czibora i trudno było sobie wyobrazić lepszy sposób na uczczenie jubileuszu 50-lecia klubu.

Latem 1950 r. razem z kolegami spędzał czas w jednym z klubów nocnych w mieście Siófok nad Balatonem. Towarzystwo trochę sobie wypiło, a że Deak był muzykalny i lubił śpiewać, to zaintonował wykonanie klubowego hymnu, który jednak nie cieszył się wówczas uznaniem w oczach władz. Pech chciał, że świadkami tego występu była dwójka funkcjonariuszy z Államvédelmi Hatóság, czyli politycznej policji węgierskiej. Przez moment tolerowali oni zachowanie Deaka, ale po chwili do niego podeszli i kazali mu się zamknąć. Deak zamilkł, odwrócił się w stronę baru i zamówił dwa drinki. Kiedy barman mu je przygotował, Ferenc wylał ich zawartość wprost na twarze oficerów i całą akcję zakończył dwoma precyzyjnymi ciosami, jak na dobrego napastnika przystało. Władze nie chcąc skandalu, starały się wyciszyć sławę, ale Deak był już u nich na cenzurowanym. Jeden z wysoko postawionych w ministerstwie działaczy Sándor Csáki postawił piłkarzowi ultimatum. Urzędnik był też jednym z działaczy Dózsa Sport Egyesület, czyli dzisiejszego Újpestu i przedstawił zawodnikowi propozycję nie do odrzucenia. Możesz zdecydować – idziesz do więzienia, albo do Újpestu! – zwrócił się Csáki do Deaka. Incydent nad Balatonem położył się też cieniem na jego karierze reprezentacyjnej. Gusztáv Sebes uznał go za element niepewny politycznie i przestał go powoływać. Miejsce Deaka na środku reprezentacyjnego napadu zajął Nándor Hidegkuti. Węgrzy w tamtych czasach dysponowali wieloma klasowymi zawodnikami, a siła ognia ataku drużyny narodowej czasami wręcz porażała, więc spokojnie mogli sobie pozwolić na rezygnację z usług takiego snajpera jak Deak. W reprezentacji debiutował on jeszcze w czasie wojny w spotkaniach nieoficjalnych. Pierwszy oficjalny występ zanotował 6 października w meczu z Austrią, strzelając dwa gole. Łącznie zdążył uzbierać 20 meczów w kadrze i tylko w trzech nie strzelił gola. Tych zdołał strzelić aż 29, co też musi budzić uznanie. Dwukrotnie wystąpił w meczach z Polską. Po raz pierwszy 19 września 1948 r. w wygranym 6:2 spotkaniu w Warszawie, gdzie strzelił jedną z bramek. Drugi raz zagrał przeciwko naszym reprezentantom 10 lipca 1949 r. W Debreczynie Węgrzy wygrali wówczas 8:2, a Ferenc Deak aż cztery razy zmusił do kapitulacji Henryka Borucza. W nowym klubie musiał pogodzić się z faktem, że to nie on jest już gwiazdą numer jeden w zespole. W Újpeście pierwsze skrzypce grał Ferenc Szusza. Deak ciągle jednak imponował skutecznością, choć jego osiągnięcia nie rzucały już na kolana. W 83 spotkaniach, jakie w ciągu czterech lat rozegrał dla klubu, strzelił 53 gole. Po przygodzie z Újpestem występował jeszcze przez parę lat w mniejszych klubach, aż w końcu w 1960 r. zakończył karierę w grającym wówczas w piątej lidze Siófoki Bányász SE. Pod koniec swojej przygody z piłką grywał już dalej od bramki przeciwnika i nie strzelał już tylu goli. Kiedy jednak już to robił, to zapadał kibicom w pamięć, jak wtedy, gdy trafił do bramki z połowy boiska. Nigdy nie pogodził się z decyzją o odsunięciu go od reprezentacji. Ominęły go wszystkie największe sukcesy węgierskiej ekipy – igrzyska olimpijskie w Helsinkach, mecz z Anglią na Wembley, czy mistrzostwa świata w Szwajcarii. Jedne trofeum, jakie zdobył z kadrą, to Puchar Bałkanów w 1947 r., gdzie oczywiście został królem strzelców. Po zakończeniu kariery podjął współpracę z rządem i pracował dla armii. Ukończył też szkołę oficerską policji i w oczach kibiców został towarzyszem Deakiem. Wszystkie te działania podejmował, żeby zapewnić utrzymanie rodzinie. Dodatkowo przed opuszczeniem Ferencvárosu zobowiązał się, że wszystkie okoliczności zmiany klubu zachowa w tajemnicy, przez co kibice długo nie mogli mu wybaczyć, że odszedł do największego rywala. Dobre imię zostało mu przywrócone dopiero po zmianie ustroju. W 1994 r. został uhonorowany Krzyżem Oficerskim Order Zasługi, a w 1999 r. pośmiertnie przyznano mu Nagrodę Dziedzictwa Węgierskiego. Na rok przed śmiercią, w 1997 r. w Monachium na gali IFFHS otrzymał tytuł króla strzelców stulecia. Zmarł 18 kwietnia 1998 r. w Budapeszcie. Swoimi rekordami na stałe zapisał się w historii futbolu a uzyskane przez niego 66(!) goli w jednym ligowym sezonie wydaje się być wynikiem nie do pobicia!

8

Macie pojęcie że był ktoś, kto strzelał więcej goli w sezonie ligowym od Lewandowskiego, Cristiano Ronaldo i Messiego? Otóż był! Dzisiaj przypada 102 rocznica jego urodzin. Kim jest ta tajemnicza postać? Tego dowiecie się w odpowiedzi na komentarz.

@AFA90
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj

9

Madrycki prowokator:

16 stycznia 1921 r. FC Barcelona pokonała CE Europa 2:1 w mistrzostwach Katalonii. Nie było by w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt wywołania przez kibiców zamieszek na stadionie Camp del Carrer Indústria, gdzie rozgrywano ten mecz. Industria, popularnie nazywana ,,Escopidora” była pierwszym stadionem Blaugrany, który został zamknięty z nakazu federacji hiszpańskiej. Była to kara nałożona w następstwie zajść wywołanych przez kibiców Barçy zaraz po meczu właśnie z CE Europa. Mimo zwycięstwa, naciski i ataki na sędziego przyczyniły się do interwencji obecnej na stadionie policji z Gwardii Cywilnej. Wydarzenia te ówczesna prasa określiła mianem ,,nieprzyjemnych zajść". Doszło do nich pod koniec meczu, kiedy to madrycki sędzia Pablo Lemmel, były bramkarz klubów Gimnasia i FC Madrid, oraz według niektórych źródeł ,,cieszący się zasłużoną sławą antybarcelonisty oraz socio Espanyolu", został zaatakowany przez niektórych sympatyków Barcy. Agresja nieroztropnych kibiców kosztowała klub karę nałożoną przez Hiszpańską Federacje Piłkarską, która nakazała zamknąć ,,Escopidore” na 3 miesiące. W następną niedziele po zajściach Duma Katalonii rozgrywała kolejny mecz o mistrzostwo Katalonii na Camp del Carrer Galileu przeciwko FC Internacional. Kilka minut przed końcem legendarny napastnik Alcantara zdobył zwycięskiego gola dla Barçy. Było to nie lada osiągnięcie w starciu z walecznym rywalem, którego bramkarz Bru był najlepszym zawodnikiem. Paradoksalnie arbitrem tego spotkania był niezawodowy sędzia Massana, będący piłkarzem...Espanyolu. Kolegium Sędziów nie desygnowało na to spotkanie żadnego arbitra, ponieważ FC Barcelona nie wytłumaczyła się jeszcze z poprzednich zajść. Tak oto funkcjonował futbol w tamtej epoce.


@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@Arkon
@AFA90

8

Zapomniana golleada:

16 stycznia 1910 r. FC Barcelona rozgromiła FC Central 12:0(!) w ramach 7 kolejki mistrzostw Katalonii. Trzeba wiedzieć że aż 5(!) goli w tym meczu zanotował legendarny napastnik Carles Comamala, który został królem strzelców w tamtej edycji(1909/10) mistrzostw Katalonii. Mistrzostwo zdobyła FC Barcelona, wyprzedzając Espanyol o 4 punkty.



@AFA90
@Arkon
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj

7

Peru po raz pierwszy!

15 stycznia 1939 r. na Estadio Nacional w Limie, Paragwaj pokonał Chile 5:1. Ten mecz zapoczątkował 15-tą w historii edycje Copa America. Podczas gdy w 1939 r. Europa sposobiła się do wojny, Południowa Ameryka szykowała się do zupełnie bezkrwawej rywalizacji. Po raz kolejny Lima podejmowała uczestników nowej edycji Copa America. Zaszczyt ten przypadł Peruwiańczykom nie bez przyczyny. Po berlińskiej Olimpiadzie z 1936 r. chodzili oni w glorii pokrzywdzonych bohaterów, którym należy się nie tylko moralna satysfakcja. Istotnie coś było na rzeczy. W Berlinie ,,Inkowie” wprost olśnili wybredną, międzynarodową publiczność. Doskonale przygotowany zespół, tak dobrze prezentujący się już w 1935 , rozgromił Finlandie 7:3 a z bardzo silną wówczas Austrią bawił się w kotka i myszkę wygrywając 4:2! Droga do finału i powtórzenia urugwajskich osiągnięć z lat 20-tych zdawała się być w zasięgu ręki. I oto kombinacje komisji regulaminowej sprawiły że wynik meczu z Austrią został anulowany. Prostoduszni Peruwiańczycy, zdruzgotani takim obrotem sprawy, w poczuciu ciężkiej i niezasłużonej krzywdy, na znak protestu natychmiast wrócili do domu. Witano ich niczym inkaskich herosów. W dowód kontynentalnej solidarności powierzono Bogocie organizacje pierwszych Igrzysk Boliwarskich w 1938, traktowanych jako moralne zadośćuczynienie za berliński afront. Zaś na tej samej fali emocjonalnej rok później Lima podejmowała uczestników Copa America.

Po nieszczęsnym epizodzie berlińskim w szeregach Peru doszły nowe indywidualności. Osią i filarem drużyny został kapitalny środkowy pomocnik Segindo Castillo. Znakomicie uzupełniali go w defensywie pracowici Carlos Tovar, Orestes Jordan i Pablo Pasache. Cennym nabytkiem okazal się przedstawiciel niezwykle usportowionej rodziny, Enrique Perales. Natomiast asami atutowymi ekipy ,,Inków” byli bracia Fernandez(Teodoro i Arturo) oraz bracia Alcalde(Jorge i Teodoro). Kolejnym debiutantem w imprezie był Ekwador, który wszelako oprócz ambicji nie wiele miał do powiedzenia. Z kolei zawiodło z kretesem Chile, chociaż filar jego defensywy, Ascanio Cortez, zaraz po ostatnim meczu podpisał kontrakt z samym River Plate. Paragwaj, jak zwykle bitny i ofiarny, tym razem wypadł słabiej. Z Peru i Urugwajem nie miał nic do powiedzenia. Pod nieobecność Argentyny i Brazylii tylko Urugwaj mógł sprostać idącym od zwycięstwa do zwycięstwa gospodarzom. ,,Celestes” dobrze przygotowali się do gry w wysokogórskim klimacie Limy. Imponowali sprawnością i wybieganiem. Zespół opierał się na graczach Nacionalu, który właśnie startował do największych w historii sukcesów. Wszystko rozstrzygnęło się w ostatnim, decydującym o tryumfie meczu Peru-Urugwaj. Zagrzewani szaleńczym dopingiem gospodarze, przejeli inicjatywę od pierwszych minut, spychając ,,urusów” do obrony. Gole Jorge Alcalde i Bielicha oraz honorowy Porty ustaliły wynik 2:1 dla gospodarzy. Limę ogarnęła euforia. Berlińska zniewaga została pomszczona, choćby i pośrednio. Bohaterowie Peru, bracia Alcalde oraz bracia Fernandez, wysoko w górze dzierżąc Puchar Ameryki, czuli się tak, jakby odnaleźli legendarny złoty skarb Inków!



@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@Kessie
@KrychaFCB
@Culer9002
@Arkon
@AFA90

0

@mkord Tak mówił!? A tego to akurat nie pamiętam. Poza tym jeszcze wówczas nie ,,zakochałem się" w Barcuni...

0

@arasz1819 A no jak sentyment, no to co innego! Z tymi konszachtami, to ja doskonale o tym wiem. Zaczeło się właśnie od wspomnianego przeze mnie Michelsa, który ściągnął Śp. Cruijffa. O istnieniu jakiegoś Holendra przed Michelsem nic mi bynajmniej nie wiadomo. No chyba że się myle albo że był to tylko jakiś nieznaczący epizod?

0

@arasz1819 W porównaniu z dzisiejszą to nawet bardzo piękna ale wówczas piękna(?) to bym polemizował. Piękna to była za czasów Fornsa, Daucika, Michelsa i Rijkaarda!

8

Byli sobie bracia:

15 stycznia 1999 r. bracia de Boer podpisali kontrakt z FC Barceloną. Od czasu przybycia van Gaala do Barcelony rozpoczął się zaciąg holenderski do klubu. W styczniu 1999 r. Blaugrana zaczęła negocjacje w sprawie kolejnych dwóch nabytków z kraju tulipanów. Jeszcze 13 stycznia o godzinie 13-tej wiceprezydent Gaspart oznajmiał iż bracia de Boer trafią do Barçy dopiero latem. Sześć godzin później transfer został jednak nieoficjalnie potwierdzony, brakowało jedynie testów medycznych obu zawodników. Kontrakt został w końcu podpisany 2 dni później. Frank i Ronald de Boer kosztowali Dumę Katalonii odpowiednio 11 i 10 mln euro, stając się po Kluivercie i Rivaldo najdroższymi nabytkami van Gaala. O kolonii ośmiu holendrów w Barcelonie(nie licząc wszystkich trenerów) wypowiedział się Pep Guardiola: ,, Gdybym ja był Holendrem, z trudem zaakceptowałbym ośmiu Katalończyków w Ajaksie ale jeżeli gra się dobrze i wygrywa, można zaakceptować wszystko”. Mówiło się nieoficjalnie że Blaugranie zależało głównie na Franku de Boerze a Ronald przyszedł niejako w pakiecie z bratem. Pierwszy z nich rzeczywiście został w Blaugranie na 5 sezonów i był podstawowym graczem a Ronald po dwóch nieudanych latach odszedł do Glasgow Rangers.



@AFA90
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj

0

@Culer9002 Ależ co ty opowiadasz!? Jaka stabilna gra? Jaka budowa idzie sprawnie? Gdzie jest dobrze!? Wręcz odwrotnie!!!

2

Więc jednak moje przypuszczenia co do porażki ,,naszej" Barcuni sprawdziły się w 100%. Żal serce ściskało patrząc na taką gre, zwłaszcza w defensywie. Wprawdzie to Araujo powinien grać jako środkowy obrońca a nie Kounde, jednak w niczym nie zmienia to faktu że w tym sezonie ta linia defensywna jest na okropnie niskim poziomie! No ale skąd się to wzieło(?) przecież w ubiegłym sezonie, niemal ta sama defensywa była najlepsza w Hiszpanii i jedna z najlepszych w Europie! Druga linia też kuleje, atak bardzo nieskuteczny, gro kontuzji a Laporta w najlepsze tańcuje gdzieś z Arabami. Basta! Czas na rewolucje! Skoro ryba psuje się od głowy to najpierw trzeba wywieźć na taczce prezydenta a po nim rzecz jasna Xaviego, sztab medyczny itd.

1

@fcbarcafan19 To własnie miałem na myśli pisząc że bardzo mało grał jeszcze...

1

@FcPortoFan1999 Te 298 to oczywiście łącznie z meczami towarzyskimi.

1

@fcbarcafan19 Trudno powiedzieć, w końcu to El Clasico a on wogóle bardzo mało grał w Hiszpanii...

10

Przed nami El Clasico po raz 298 w historii a w Superpucharze po raz 17-ty. Niestety w Superpucharze ustępujemy naszemu odwiecznemu rywalowi(9 zwycięstw Realu przy 5 FC Barcelony oraz 34 do 23 goli na korzyść rywala) więc wypadałoby dzisiaj poprawić tę statystykę. Czy ,,naszą” kochaną Barcunie stać na taką poprawe?



@AFA90
@Arkon
@Culer9002
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Symson

1

@Stinger_ A no faktycznie! Zapomniałem na śmierć że grywa w reprezentacji Hiszpanii ale ponoć pochodzi własnie z Gwinei...

0

@Stinger_ To Nigeria tak się męczy z Gwinea Równikowa? A prawda, czy to nie w tej Gwinei gra właśnie Ansu Fati? A może wiesz na jakim kanale jest transmisja?

7

W Europie trwała jeszcze wojna a w Ameryce Południowej…


14 stycznia 1945 r. Chile pokonało Ekwador 6:3(3:2) w meczu otwierającym 18-tą edycje Copa America. Areną zmagań ponownie był Estadio Nacional w Santiago de Chile, jeszcze bardziej okazały niż 4 lata wcześniej. Mecz gospodarzy z Brazylią ściągnął na trybuny bagatela, 80 tys. ludzi. W turnieju zadebiutował zespół Kolumbii, kontynentalny outsider, który wszelako tanio skóry nie sprzedał, urywając aż 3 punkty innym słabeuszom jak Ekwador i Boliwia. Obrońca tytułu(Urugwaj) przywiózł kilku nowych interesujących zawodników, spośród których dwaj 5 lat później zdobyć miało mistrzostwo świata, a mianowicie Maspoli i lewy obrońca Tejera. Doszedł również czarnoskóry pomocnik Viana. Jednak największym wydarzeniem stał się występ w ekipie ,,Celestes” środkowego napastnika, na którym nie poznała się Argentyna i który swoje przeznaczenie odnalazł w sąsiednim Urugwaju- Atilio Garcia. Gospodarze natomiast byli znów świetnie przygotowani do imprezy. Trenerem ich już wcześniej został legendarny Ferenc Platko, m.in. wybitny bramkarz FC Barcelony. Kwalifikacje trenerskie uzyskał w Paryżu i potwierdził je w Londynie. Prowadził FC Porto, rumuński Venus czy angielski Arsenal. Jeszcze później, w latach 1955-57 był szkoleniowcem budującej swą potęge FC Barcelony. Ten jeden z najwybitniejszych trenerów swojej epoki po raz pierwszy narzucił Chilijczykom naprawdę nowoczesne metody. Słynne stały się jego przedmeczowe odprawy, gdzie na tablicy kreślił taktyczne schematy. Drużyne trzymał żelazną ręką ale też posłuch miał absolutny.
Podstawą gry uczynił czynną defensywę. Sergio Livingstone nieprawdopodobnymi robinsonadami doprowadzał napastników Urugwaju i Argentyny do rozpaczy. Obrona chilijska z Busquetsem na czele trwała niczym husycki tabor. Środkowy pomocnik przez prase nazwany ,,half policia”, jak srogi policjant nie odstępował na krok środkowego napastnika rywali. Była to nowinka taktyczna, bowiem w innych ekipach zadanie to zwyczajowo powierzano stoperowi. Z głębi pola organizowano groźne kontry, zaś w ataku Platko miał ruchliwego jak żywe srebro Cremaschiego i ostro strzelającego Medine. Zdyscyplinowani Chilijczycy, preferujący gre twardą i zespołową byli nawet bliscy ostatecznego tryumfu. Przed ostatnim meczem turnieju z Brazylią mieli już 9 punktów i w razie zwycięstwa zrównaliby się z przewodzącą w tabeli Argentyną. Niestety jedyny gol Brazylijczyka Heleno rozstrzygnął losy meczu. Argentyna mogła odetchnąć. Brazylii przypadło trofeum pocieszenia- Copa Bolivia. Chile ostatecznie zajęło 3 pozycje. Wcześniejsza batalia mistrza z wicemistrzem dostarczyła niezapomnianych wrażeń. Starły się dwie niewątpliwie najlepsze drużyny świata i dwie piątki napadów, o jakich tylko można marzyć. Tak jakby na jednej szyi zapleść dwie diamentowe kolie. Brazylijski naszyjnik błyszczał olśniewająco: Tesourinho, Zizinho, Heleno, Jair, Ademir. Argentyński przyprawiał o zawrót głowy: Boye, Mendez, Pontoni, Martino, Loustau. Każdemu z nich wypadałoby poświęcić już nie rozdział a wręcz osobny tom. Wystarczy powiedzieć tylko że Zizinho, Jair i Ademir byli w 1950 roku o włos od tytułu mistrzów świata a ostatniemu z tej trójki przypadło trofeum najlepszego snajpera. Ostatecznie Argentyna pokonała Brazylie 3:1 po hattricku genialnego napastnika Mendeza i honorowym trafieniu Ademira. Z kolei Tesourinha kunszt dryblingu wyniósł na takie wyżyny iż powszechnie uchodzi za najlepszego prawoskrzydłowego Brazylii przed pojawieniem się genialnego Garrinchy. Jeszcze postać chyba najbarwniejsza, strzelec złotego gola z Chile- Helenio de Freitas. Wytrawni eksperci po dziś dzień nie mają wątpliwości że w bogatych dziejach brazylijskiego futbolu nikt nie grał lepiej głową i nikt nie potrafił z taką maestrią strzelać ,,nożycami”. Podczas tego turnieju wyczyniał z piłką istne cuda. Z 6 golami został królem strzelców turnieju, dzieląc ten zaszczyt z argentyńskim bombardierem Norberto Mendezem.



@Symson
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@Kessie
@Culer9002
@Arkon
@AFA90

0

Łatwo to powiedzieć(napisać) żeby to zrobili ponownie! Jakość i forma przemawia na korzyść ,,Królewskich" i ponoć nic dwa razy się nie zdarza ale czy aby napewno......?

10

Rekordy ,,La Pulgi”:

14 stycznia 2018 r. Lionel Messi strzelił kapitalnego gola z rzutu wolnego a jego FC Barcelona wygrała z Realem Sociedad 4:2. Dla Argentyńczyka była to 366. bramka w La Liga. To absolutny rekord biorąc pod uwagę pięć najlepszych lig w Europie.


@AFA90
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Symson

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?