0

@Wossi61FCB Was całkowicie pojebało!?

0

@Kwiatek67 Najlepszy??? Co wy za bzdury tutaj wypisujecie?

0

@Pawel13sz Żarty sobie stroisz? Przecież to najgorszy napastnik Barcy!

0

No i to jest ta wspaniała wiadomość, na którą czekałem kilka lat. Panie Xavi przybywaj i ratuj ,,nasz" klub. Któż jak nie ty wydobędzie Barce z takiego kryzysu? Visca el Barca, Visca el Xavi!

0

@Janiama No ja akurat tego meczu nie oglądałem. Mnie Widzew oczarował od dwumeczu z Liverpoolem 2,5 roku później i od tamtej pory jestem kibicem tego klubu :)

6

Największe sukcesy polskiego futbolu:


5 listopada 1980 r. Widzew Łódź wyeliminował Juventus Turyn! Po dramatycznym rewanżu i konkursie rzutów karnych czerwono-biało-czerwoni awansowali do kolejnej rundy Pucharu UEFA kosztem Juventusu Turyn. Dwa tygodnie wcześniej widzewiacy zszokowali piłkarski świat, pokonując u siebie wielki, naszpikowany gwiazdami Juventus Turyn 3:1. To była dopiero trzecia kampania europejska czerwono-biało-czerwonych i choć Widzew dwa lata wcześniej w pierwszej rundzie Pucharu UEFA wyeliminował po dwóch remisach Manchester City, tak spektakularnego i pewnego zwycięstwa na arenie międzynarodowej jeszcze nie odniósł. Oczywiście zwycięstwo w pierwszym meczu nie dawało jeszcze awansu, ale łodzianie mogli poważnie myśleć o tym, żeby wyeliminować europejskiego giganta. - Wiedzieliśmy, że będzie ciężko. W Juventusie grała wówczas połowa reprezentacji Włoch. Ale mieliśmy świadomość, że możemy coś ugrać - wspomina po latach nastroje zespołu przed rewanżem Andrzej Grębosz, strzelec pierwszego gola w Łodzi. - Gdybym nie wierzył w sukces, poprosiłbym trenera o niewystawienie mnie do gry - powiedział włoskiej telewizji Zbigniew Boniek, cytowany również przez "Sport". Od początku meczu w Turynie emocji nie brakowało. Obie drużyny miały swoje okazje, choć to gospodarze byli bliżej zdobycia bramki. Obili nawet poprzeczkę bramki strzeżonej przez Józefa Młynarczyka. Mocno dawał się łodzianom we znaki Marco Tardelli. I to właśnie on, tuż przed przerwą, otworzył wynik. Mało tego. Zaraz po zmianie stron turyńczycy prowadzili już 2:0, a w kolejnych minutach mogli nawet wyżej! Nadzieję gościom dała dwójkowa akcja Bońka i Marka Pięty zakończona golem tego drugiego. Odpowiedź Włochów przyszła już dwie minuty później. Wynik na 3:1 ustalił w 61. minucie Liam Brady. Do końca regulaminowego czasu gry rezultat meczu nie uległ zmianie, co oznaczało dogrywkę. W niej Juventus dominował, ale nie przełożył tego na kolejne trafienia. O awansie do 1/16 finału Pucharu UEFA zadecydować miał konkurs rzutów karnych. Jego bohaterem okazał się Młynarczyk, który wybronił dwie pierwsze "jedenastki" Starej Damy. Jego koledzy, strzelcy nie mylili się i ostatecznie po pewnym trafieniu Bońka łodzianie wygrali 4:1 i dopełnili sensacji, eliminując z dalszej gry Juventus.

- Oprócz rywala była jeszcze jedna mała przeszkoda - w postaci sędziego. Nie uznał nam prawidłowo bramki, przez cały mecz delikatnie faworyzował gospodarzy. Nie było łatwo - przypomina wizytę w Turynie Grębosz. Jakby na potwierdzenie jego słów po meczu Gaetano Scirea przyznał kolegom w szatni, że w pierwszej połowie faulował w polu karnym Bońka, na co arbiter pozostał niewzruszony. Żadne przeciwności losu nie przeszkodziły jednak Widzewowi w odniesieniu jednego z największych triumfów w historii polskiej piłki klubowej.

– W tamtych czasach ograć Juventus to była nie lada sztuka, a my tego dokonaliśmy. Mieliśmy wielki zespół z charakterem, indywidualności, przed nikim nie klękaliśmy, to wszystko dało nam ten sukces – podkreśla dziś Młynarczyk.

Strzelcy rzutów karnych: Mirosław Tłokiński, Franco Causio (pudło), Andrzej Grębosz, Antonio Cabrini (pudło), Włodzimierz Smolarek, Liam Brady, Zbigniew Boniek.

Juventus Turyn: Dino Zoff - Antonio Cabrini, Claudio Gentile, Gaetano Scirea, Antonello Cuccureddu, Marco Tardelli, Liam Brady, Pietro Fanna (91’ Vinicio Verza), Giuseppe Furino, (46’ Cesare Prandelli), Franco Causio, Roberto Bettega. Trener: Giovanni Trapattoni

Widzew Łódź: Józef Młynarczyk, Bogusław Plich (93’ Jan Jeżewski), Andrzej Grębosz, Władysław Żmuda, Andrzej Możejko, Mirosław Tłokiński, Zdzisław Rozborski, Zbigniew Boniek, Krzysztof Surlit, Marek Pięta, Włodzimierz Smolarek. Trener: Jacek Machciński


Pozdrawiam wszystkich sympatyków Widzewa, zwłaszcza tego WIELKIEGO WIDZEWA!

0

@Keenone Co to znaczy dzień stoi pod znakiem naszego nowego trenera? Przecież Xaviego nie ma w Barcelonie? O czymś nie wiem czy dzisiaj Xavi podpisuje kontrakt z Barcą?

4

Blaugrana w europejskich pucharach:



5 listopada 1980 r. FC Barcelona poległa na Camp Nou 0:4 z 1. FC Köln w rewanżowym starciu 2 rundy Pucharu UEFA i odpadła z rozgrywek. Barça mimo zwycięstwa 0:1 na wyjeździe, w rewanżu u siebie doznała kompromitującej porażki. Kontuzje Sancheza i Migueliego na początku meczu kompletnie rozbiły drużynę Blaugrany. Legendarny ,,Tarzan” wrócił jeszcze na chwile na boisko jako… napastnik. Quini przeniósł się do pomocy, Asensi trafił na pozycje Alexanco, a ten zastąpił… Migueliego w obronie! Kilka minut później padł pierwszy gol dla gości a Migueli chwile później ostatecznie opuścił plac gry. Przegrana kosztowała Kubale posade trenera, natomiast FC Barcelona po sezonie sprowadziła z Köln Schustera aby wyprowadził drużynę z kryzysu. No cóż, jak się nie raz już przekonaliśmy, nie każdy genialny piłkarz może bez problemu parać się trenerką.


4

Jestem pod dużym wrażeniem zarówno działalności "De Toekomst", czyli piłkarskiej Akademii Ajaxu, jak i osiąganych ostatnio wyników zwłaszcza w Lidze Mistrzów. Przecież poza Tadiciem, Blindem i Tagliafico to pozostali piłkarze właściwie nie są znani na arenie międzynarodowej a jednak potrafią zdominować taką Borussię w dwumeczu i to w jakim stylu! Wszyscy wiemy że Ajax to nasz zaprzyjaźniony klub, więc należy z nim ściśle współpracować. Większość z użytkowników zapewne ma dość holenderskiej myśli szkoleniowej ale czy taki Erik ten Hag nie byłby dobrą opcją na trenera FC Barcelony a Xavi na jego asystenta?

1

Niechlubne potyczki Blaugrany w Lidze Mistrzów:



4 listopada 1992 r. FC Barcelona przegrała na Camp Nou 2:3 z CSKA Moskwa w rewanżowym meczu 2 rundy Ligi Mistrzów i odpadła z rozgrywek. Blaugrana wywiozła z Moskwy remis 1:1 a wynik mógłby być jeszcze lepszy, gdyby nie błąd Guardioli w 16 minucie, po którym zdenerwowany Cruijff zdjął go z boiska. W rewanżu Katalończycy za sprawą Nadala oraz Beguiristaina szybko objeli dwubramkowe prowadzenie i byli bliscy podwyższenia rezultatu(Ferrer trafił w słupek). Gol dla gości w 44 minucie zaskoczył gospodarzy, lecz nie zapowiadał katastrofy. W drugiej połowie w przeciągu 5 minut ekipa CSKA wyszła na prowadzenie 2:3 i kontrolowała przebieg spotkania. Po raz pierwszy w historii Barça odpadła w Pucharze Europy przed półfinałami i dopiero drugi raz za kadencji trenerskiej Cruijffa nie doszła do finału europejskich pucharów. Holender stwierdził że ,,dla niego jest to jedna z tych historycznych klęsk Blaugrany, kiedy wydawało się że przeżywa wspaniałe momenty a w jednej chwili trafiła z nieba do piekła”. Dodał też: ,,Miałem wrażenie iż jesteśmy w stanie się przełamać ale tak się nie stało”. CSKA miało młody zespół ale żaden z piłkarzy nie zrobił wielkiej międzynarodowej kariery. Po wyeliminowaniu Barçy moskwianie trafili do rundy grupowej pierwszej edycji Ligi Mistrzów, gdzie zdobyli jedynie 2 punkty w sześciu spotkaniach. Co poszło nie tak w ekipie obrońców Pucharu Europy?


3

Luis Figo kończy dzisiaj 49 lat. Oczywiście wszyscy wiemy jak zachował się wobec ,,naszego” klubu, jednak nie wszyscy pamiętają że miał bardzo duży wkład w zdobycie 2 mistrzostw Hiszpanii, 2 Pucharów Króla oraz Pucharu Zdobywców Pucharów, będąc kapitanem Blaugrany. Mało tego, Figo miał również pozytywny wpływ na rozwój kariery zarówno Puyola jak i Xaviego, którzy debiutowali w barwach Blaugrany u boku Portugalczyka.

1

(Nie)zapomniane legendy futbolu:

3 listopada 1945 r. w Nördlingen urodził się niemiecki snajper Gerd Müller. Mistrz Świata-1974 Mistrz Europy-1972 3-krotny Zdobywca Pucharu Mistrzów-1974,1975 i 1976(z Bayernem Monachium), Zdobywca Pucharu Zdobywców Pucharów-1967(z Bayernem Monachium) Zdobywca Pucharu Interkontynentalnego-1976(z Bayernem Monachium) Zdobywca Złotej Piłki France Football(1970). Symbol Bayernu, zwany Bomber der Nation!!! Uznano go najlepszym piłkarzem w dziejach Bundesligi z okazji 40-lecia jej istnienia. Przez większość swojej kariery związany był z bawarską drużyną, w której rozegrał 427 spotkań. Urodził się 3 listopada 1945 r. w Nördlingen, gdzie zaczynał karierę. Od początku gry Bayernu w Bundeslidze aż do końca kariery w bawarskim klubie w 1978 r. był najlepszym strzelcem klubu. Sześć sezonów kończył z koroną króla strzelców ligi. I pomyśleć, że na początku jego kariery nie poznał się na nim wybitny trener Bayernu Čajkovski. Kleines dickes Müller- mówił o nim, twierdząc, że ten mały, pulchny człowieczek to nie piłkarz a raczej zapaśnik. Potem przepraszał za swoją pomyłkę. 365 goli, jakie zdobył dla Bayernu, to najlepszy i niedościgniony wynik w historii klubu. Drugi w tej klasyfikacji Karl-Heinz Rummenigge ma 200 bramek mniej na swoim koncie. To i tak kiepska średnia jak na Müllera, który w kadrze narodowej zdobywał ponad jedną bramkę na mecz. W 62 meczach w barwach RFN strzelił 69 goli a w 13 meczach, jakie zagrał na mundialach w 1970 i 1974 r. wbił rywalom 14 bramek. Był to rekord mistrzostw świata aż do 2006 r., gdy w meczu Brazylia-Ghana pobił go Ronaldo. Wśród tych goli była pamiętna bramka w meczu z Polską we Frankfurcie w 1974 r. Wtedy Müller został mistrzem świata, ale to na mundialu w Meksyku w 1970 r. wywalczył tytuł króla strzelców (Bułgarom i Peruwiańczykom fundował hat-tricki).
Finał mundialu w 1974 r. z Holandią i decydujący o triumfie Niemiec gol był jego ostatnim występem w kadrze RFN. Müller miał niewiarygodny wręcz instynkt strzelecki, dużą zwrotność i przyspieszenie. Niewysoki, wręcz niepozorny, nie sprawiał wrażenia gracza, którego należałoby się na boisku obawiać. ,,Rozmawiał z nami, poklepywał i nagle? urywał się obrońcom i strzelał gola’’-wspominali go polscy piłkarze, którzy grali przeciw niemu w 1974 r. Samotny, opuszczony przez żonę, uwikłany w problemy osobiste popadł w alkoholizm. Kiedy wydawało się, że skończy na dnie, rękę wyciągnął do niego Bayern Monachium. Stali za tym jego dawni koledzy Beckenbauer, Rummenigge i Breitner. W 1992 r. zaproponowano mu pracę w sztabie trenerskim z zespołami młodzieżowymi. Müller rzucił nałóg i zaangażował się w nową pracę. ,,Być znowu w Bayernie, to najlepsze dla mnie lekarstwo’’-stwierdził. Odnosił sukcesy z juniorami klubu, wreszcie ukończył nawet kurs trenerski w szkole w Kolonii.


12

Z niecierpliwością czekamy na nową, wielce owocną epokę Blaugrany, dowodzoną przez Laporta-Xavi. Oby to zadziałało tak jak w przypadku Laporta-Rijkaard i Laporta-Guardiola! W końcu to swoje, ,,nasze" chłopy...

6

Panie i Panowie, 89 lat temu urodził się Ernest Pohl, jeden z najwybitniejszych napastników w dziejach polskiego futbolu. Strzelił najwięcej goli w ekstraklasie, dziesięć razy był mistrzem Polski z Legią i Górnikiem. Ernest Pohl był wielki, ale powinien być jeszcze większy. – Wielcy artyści czasem też lubią sobie wypić, a Ernesta postrzegam jako artystę futbolu – mówił Stanisław Oślizło. Ernest Pohl strzelił 186 goli w Ekstraklasie i choć jego rekord liczy już pół wieku, to nie zanosi się, aby ktokolwiek miałby go pobić. Dziś niewielu kibiców piłki pamięta o skromnym chłopaku z Rudy Śląskiej, choć zawodnikiem był genialnym. Globalną gwiazdą nie został tylko dlatego, że nie pozwoliła mu na to polityka. To były zupełnie inne czasy. Zaczął grać w Slavii Ruda Śląska, a gdy upomniała się o niego armia, w wieku 20 lat trafił do łódzkiego Orła. Talent chłopaka dostrzeżono i szybko przeniesiono go do CWKS-u Warszawa, który budowano, aby stał się najlepszym klubem w kraju. Nie miał łatwo po przyjściu do Legii, ale był silny psychicznie i robił swoje. Efekty przyszły błyskawicznie - już w pierwszym sezonie zdobył 13 bramek i został królem strzelców ligi, a w kolejnych dwóch sezonach sięgał z Legią po dublet - mistrzostwo i Puchar Polski. W 1956 roku strzelił pięć bramek Wiśle Kraków, która poniosła klęskę 0-12! Tęsknił za bliskimi, za Śląskiem i gdy nadarzyła się okazja, wrócił w rodzinne strony, gdzie nieopodal właśnie rodził się Górnik Zabrze. Wielki Górnik, bo począwszy od 1957 przez 16 sezonów nie schodził z podium. Ogromny udział w sukcesach zabrzan miał Pohl, który musiał grać pod zmienionym nazwiskiem. Jego wyglądało na zbyt niemieckie, więc władze usunęły z niego literkę "h". Komuniści wytarli ją w dokumentach, ale nie z pamięci Ernesta. Odzyskał ją dopiero w 1990 roku. Pohl napędzał Górnika nie tylko golami. Nie zadzierał nosa, nie mówił dużo, ale miał charyzmę, która nie zostawiała wątpliwości, kto jest liderem. "Piłkarski artysta i nasz przewodnik" - tak scharakteryzował go inny wielki piłkarz - Stanisław Oślizło w dokumencie "Ostatni mecz Ernesta Pohla". Po przejściu do Górnika w jedenastu sezonach Ernest wywalczył osiem tytułów mistrza Polski i kolejne dwa tytuły króla strzelców. Był jednym z najlepszych technicznie zawodników, a przy tym grał ostro i był fenomenalnym strzelcem. Kapitalnie operował piłką, słynął z no-look pass (podanie bez patrzenia na zawodnika, do którego zagrywana jest piłka). Kreował grę, a jednocześnie miał instynkt snajpera i piekielnie mocny strzał. Podczas igrzysk w Rzymie w 1960 roku strzelił pięć goli w wygranym 6-1 meczu z Tunezją. W spotkaniu z Cracovią zdobył sześć bramek, co jest klubowym rekordem Górnika, a w sumie zaliczył 11 hat-tricków. Ma imponujący bilans w reprezentacji Polski - 39 goli w 46 meczach. Powinien zresztą grać w niej dłużej, ale ówczesny selekcjoner - Ryszard Koncewicz odsunął go od drużyny, choć Pohl wciąż nie miał w Polsce konkurencji na swojej pozycji. Poszło o piwo. Trenerowi nie spodobało się, że Pohl zamówił piwo (są zresztą rozbieżności czy do obiadu, czy do śniadania). Niepokorny piłkarz zignorował polecenie trenera i nie skończyło się na trzymiesięcznej dyskwalifikacji. Pohl był "spalony" u Koncewicza i kolejnych powołań już nie dostał. Słabość Pohla do alkoholu nie była tajemnicą. Do tej pory krążą anegdoty o tym, jak silną miał głowę. Młodsi koledzy z boiska podkreślali, że w słynnej ripoście Pohla: "Ernest pije, ale Ernest gro" nie było krzty przesady. Imprezował, ale na boisku nie było tego widać. Poza tym nie można oceniać go stosując dzisiejszej miary. Ludowa władza śmierdziała alkoholem. Picie było nie tyle dobrze widziane, co wręcz wskazane. Przy kieliszku zacieśniano współpracę i rozwiązywano problemy. Coraz więcej piła władza, a ta obyczajowość przenosiła się na życie prywatne. To Pohl wprowadzał do zespołu Górnika takich piłkarzy jak Włodzimierz Lubański czy Zygfryd Sołtysik. Tak opowiada o tym Lubański na łamach swoich wspomnień: "Na zgrupowaniu w Jeleniej Górze zjawił się w naszym pokoju Pohl i mówi: - No, chłopcy, dzisiaj macie szansę. My będziemy czekać w pokoju a wy (był jeszcze młody Waldemar Słomiany) macie godzinę czasu by pójść i coś kupić. Poszliśmy z Waldkiem do miasta i przynieśliśmy kilka butelek wódki i wina. Kiedy stawiliśmy butelki na stole, mina Ernesta zdradzała coraz większe zadowolenie". W przypadku Szołtysika, jak wieść niesie, podczas pierwszego treningu w Zabrzu został on uznany za... nieletniego syna Pohla i potraktowano go jako maskotkę drużyny! "Był geniuszem, jednym z najlepszych piłkarzy w historii naszego futbolu. Różnica między nim a całą resztą polegała na tym, że on grał w piłkę, a my biegaliśmy. Podawał nam na nos. Miał jeszcze jedną niezwykłą umiejętność. Patrzył w lewo, ale podawał w prawo. Albo odwrotnie. Przeciwnicy nie mogli się w tym połapać" – wspominał Włodzimierz Lubański. "Pohl, który był starszy o 15 lat, darzył mnie sympatią. A ja bywałem zły i wstydziłem się przed nim, że zmarnowałem jakieś podanie. A on mówił: 'Synek, to żeś zadupczył, ta sytuacja to nic. Ważne, żeś ją mioł. Prędzej czy później strzelisz'. Takie słowa w ustach najlepszego piłkarza dodawały mi wiary. Jak się ma 16 lat, to ważne" - stwierdził Lubański. Nie ma sensu dywagować, o ile więcej Pohl osiągnąłby dzięki abstynencji zwłaszcza, że to nie alkohol, a polityka zablokowała jego karierę. Chciały go wielkie firmy - Real Madryt i AS Roma, ale podczas "zimnej wojny" taki transfer nie był możliwy. Wyjechał dopiero w 1968 roku, jednak gra w Polonii Nowy Jork czy Vistuli Garfield była już tylko zabawą. Pohl dorabiał tam zresztą pracując fizycznie. Gdy wrócił, nie mógł liczyć na odcinanie kuponów. - Kiedy byłem trenerem Górnika, przyszedł do mnie Ernest i powiedział: "Hubert, ja nie mam za co żyć" - wspomina Hubert Kostka w dokumencie "Ostatni mecz Ernesta Pohla". Przez kilka sezonów był asystentem trenera, a w 1990 roku wyjechał, śladem rodziny, do Niemiec. Polska niewiele mogła mu zaoferować. Zmarł 12 września 1995 roku w niemieckim Hausach na raka trzustki. Górnik znalazł jednak sposób, aby uhonorować jednego z najlepszych polskich piłkarzy - od 2005 roku stadion w Zabrzu nosi jego imię. "Myślę, że Ernest jest na pewno w piątce najlepszych polskich piłkarzy w historii" - mówił Stanisław Oślizło, inny legendarny gracz Górnika. "Ernest był piłkarzem... po prostu doskonałym. Miał wszelkie walory techniczne niezbędne wybitnemu zawodnikowi. Ten talent potrafił wykorzystać na boisku. A rzadko bywało, żeby siedział na ławce rezerwowych, chyba że z powodu kontuzji" - dodał.

4

Przypadki niejakiego Josepa Guardioli:



3 listopada 2008 r. Pep Guardiola wprowadza nowe punkty regulaminu obowiązującego zawodników. Pierwsze miesiące Pepa na stanowisku trenera przyniosły zmiany nie tylko na polu sportowym ale miały one również kształtować charakter graczy. Szkoleniowiec wprowadził twarde zasady- spóźnienie na trening choćby o minute kosztowało każdego zawodnika 6 tys. euro i brak możliwości odbycia zajęć z drużyną. Guardiola zarządził również obowiązkowe wspólne śniadania, na które również nie wolno było przybyć po czasie(kara- 500 EURO). Najbardziej kontrowersyjna zasada dotyczyła zachowania piłkarzy poza godzinami pobytu w klubie. Pep kontrolnie dzwonił do domów piłkarzy po północy i wywołany zawodnik musiał odebrać telefon. Brak odpowiedzi kosztował każdego gracza aż 2 tys. euro. Po latach okazało się że piłkarzy inwigilowano również w inny sposób. Guardiola w czasie prowadzenia Barcelony miał obsesyjnie pilnować swoich piłkarzy i szukać tych, którzy zbyt wiele czasu spędzają w nocnych klubach. Pep miał szpiegować piłkarzy posiłkując się agencją detektywistyczną Method 3, dlatego, jeśli wierzyć hiszpańskim mediom, szkoleniowiec kazał śledzić niektórych ze swoich podopiecznych. Wśród inwigilowanych miał być Gerard Pique, Eto’o czy nawet Messi. No cóż, ,,nasz ubóstwiany” Pepito miał obsesje i zdecydowanie przesadził, jednak koniec końców nie ma tego złego…


0

Zgadza się, to są piekielnie ważne 3 punkty, lecz jeśli nie wygramy z Benficą na Camp Nou(remis nie wiele nam daje mając ostatni mecz w Monachium) to może się okazać iż te piekielnie ważne punkty mogą zostać piekielnie zmarnowane na Camp Nou. Najważniejsze pytanie: czy my wygramy z Benficą? po takich męczarniach w Kijowie?

8

Dla wszystkich, którzy nie mają pojęcia o takiej legendzie futbolu:

2 listopada 1928 r. na terenie obecnej Chorwacji urodził się najlepszy w… historii futbolu? Bramkarz Vladimir Beara. Lew Jaszyn, jako jedyny golkiper, ma na swoim koncie Złotą Piłkę. W dodatku otrzymał ją w czasach, w których wybierano naprawdę najlepszego piłkarza na świecie, bez względu na jego medialność. Nikt nie ma wątpliwości, że był arcymistrzem w swoim fachu. Gdy jednak w 1963 roku odbierał statuetkę, z rozbrajającą szczerością wyznał: „Dziękuję za wyróżnienie, ale tu powinien stać Beara. To on jest najlepszym bramkarzem na świecie”. Jakim bramkarzem musiał być zatem Vladimir Beara, że w takich słowach wypowiadał się o nim wielki Jaszyn? Vladimir od małego wykazywał ogromne zamiłowanie do sportu i z wielką przyjemnością uprawiał wiele dyscyplin, zarówno tych drużynowych, jak i indywidualnych. Co ciekawe i mocno niepopularne, patrząc na kariery byłych piłkarzy, najwięcej czasu poświęcał na balet. Tańczył nie tylko podczas zajęć, ale i w trakcie codziennych obowiązków, na przykład podczas pilnowania kóz. Miał 13 lat, gdy jego rodzinny dom został spalony przez chorwackich Ustaszy. Rodzina Beary miała zatem sporo szczęścia, że w ogóle uszła z życiem. Po utracie dorobku przeprowadziła się do Splitu i tam młody tancerz z ogromnym zaciekawieniem przyglądał się treningom Hajduka. Miejska legenda głosi, że podczas jednego z nich rozgrywana była gierka wewnętrzna, podczas której kontuzji doznał jeden z bramkarzy. Musiał zejść z boiska, a wówczas Jozo Matošić, najbardziej szanowany zawodnik drużyny i jej przyszły trener, wskazał palcem na Bearę i powiedział: „Malutki, stań na chwilę na bramce”. Ten wykonał jego polecenie, a nieco później oczarował wszystkich swoją postawą. Nie pełnił roli statysty, popisał się kilkoma interwencjami, za które otrzymał gromkie brawa.Tuż po zajęciach usłyszał: “Wiesz co, przyjdź jutro na trening”. Oczywiście przyszedł i już po kilku dniach było pewne, że zostanie wyśmienitym golkiperem. Umiejętności nabyte podczas lekcji baletu oraz tysięcy godzin uprawiania sportu nie poszły w las, a wręcz przeciwnie – stanowiły dla niego przeolbrzymi handicap. Zdecydowanie przewyższał swoich konkurentów pod względem refleksu, elastyczności, gibkości czy wytrzymałości. Ponadto imponował wszystkim skokiem dosiężnym, godnym najlepszych skoczków narciarskich. Szybko, bo w wieku niespełna 19 lat, zadebiutował w oficjalnym meczu pierwszej drużyny. Beara rozegrał tyle fantastycznych meczów, wybronił tyle zmierzających do jego świątyni piłek, że nie sposób wszystkich zliczyć. Napastnikom rywali często odbierał ochotę do gry. „Moją pewność w bramce, sposób, w jaki byłem w stanie łatwo złapać piłkę i moją technikę oswajania uderzeń zawdzięczam treningom u Barby Luki. Wymyślił proste ćwiczenie, które często wykonywaliśmy. Zmuszał mnie do łapania małej piłki wielkości piłki bejsbolowej. Dzięki temu później znacznie łatwiej było mi złapać piłkę normalnych rozmiarów”. Barba Luka, o którym wspomniał Beara, to jego trener w Hajduku, Luka Kaliterna. W ekipie z nadmorskiego miasta nasz bohater rozegrał 308 spotkań, z czego 136 na najwyższym szczeblu rozgrywkowym w Jugosławii. W tych 136 meczach dał się pokonać zaledwie 139 razy. Jak na te czasy, czyli lata 50. poprzedniego stulecia, jest to fantastyczna statystyka. Miejmy na uwadze, że wówczas padało bardzo dużo goli, a wyniki, które dziś określilibyśmy mianem hokejowych, były w piłce nożnej na porządku dziennym. Jego znakomita postawa walnie przyczyniła się do sukcesów chorwackiej ekipy. Hajduk z Bearą w bramce trzykrotnie sięgał po Mistrzostwo Jugosławii. Czy jednak przez wszystkich ludzi związanych z tym klubem był należycie szanowany? Niestety nie. Jak powiedziałem na wstępie, pochodził z rodziny Serbów zamieszkujących chorwackie tereny. Choć sam w spisie powszechnym uznał się za Chorwata, nie brakowało tych, którzy wypominali mu pochodzenie. Wiadomo, jak napięte stosunki międzyludzkie panowały w byłej Jugosławii. Przecież nawet dziś, pomimo podziału na niepodległe państwa, gdzieniegdzie na Bałkanach wciąż bywa gorąco. A Beara grał tuż po II Wojnie Światowej, więc łatwo sobie wyobrazić, jak świeże były rany po krwawych wspomnieniach. Sam zapewne miał w głowie obraz swojego spalonego domu. Niektórzy, nawet z najbliższego otoczenia Hajduka, mówili na niego z pogardą Vlaj. W maju 1955 roku wystąpił w wygranym 4:0 meczu Jugosławii z Włochami. Po powrocie do kraju został trafiony w twarz kawałkiem węgla wystrzelonym przypadkiem z lokomotywy, przez co wylądował w szpitalu w Sarajewie. Spędził w nim kilkanaście dni, podczas których jego koledzy z Hajduka zgotowali sobie emocje w końcówce sezonu, przegrywając dwa z trzech ostatnich meczów. Beary w szpitalu nikt z klubu ze Splitu wówczas nie odwiedził… Tuż po opuszczeniu szpitalnych murów na własną odpowiedzialność wystąpił w starciu ostatniej kolejki rozgrywek, które Hajduk musiał wygrać, chcąc zapewnić sobie Mistrzostwo Jugosławii. Wygrał 5:1 z FK Radnički. Był to ostatni mecz naszego bohatera w barwach Białych. Na posezonowej ceremonii prezes Marko Markovina podziękował osobiście niemal wszystkim swoim zawodnikom. Niemal wszystkim, bo pominął Bearę. To nie był pierwszy raz, gdy golkiper został przez niego niezauważony. Sam doskonale zdawał sobie sprawę, że jego dyspozycja przyniosła drużynie wiele punktów, więc i jemu należą się podziękowania. Nie wytrzymał i zapytał wprost:

-Dlaczego po raz kolejny mnie ignorujesz?

-Jesteś tylko zwykłym bramkarzem. Takich jak ty mamy tu wielu. Gdybyś nagle przestał grać, nikt by za tobą nie tęsknił.

Beara nie mógł znieść tego upokorzenia. Szybko spakował manatki i dołączył, wbijając jednocześnie szpilkę swoim byłym pracodawcom, do Crvenej zvezdy. Z klubem z Belgradu świętował jeszcze więcej sukcesów niż w Hajduku – cztery mistrzostwa i dwa puchary kraju. Z czerwoną gwiazdą na piersi wystąpił w sumie 174 razy, w tym 83-krotnie w meczach ligowych, a w nich raptem 81 razy nie był w stanie zastopować piłki po strzałach rywali. Na własne żądanie, nigdy nie pojechał jednak z Czerwoną Gwiazdą na mecz do Splitu. Czy wynikało to ze strachu przed podrażnionymi kibicami? Absolutnie nie. Powód jego decyzji podam w dalszej części tekstu. Teraz, w ramach ciekawostki dodam, że w lutym 1958 roku wystąpił w ćwierćfinałowym starciu Pucharu Europy przeciwko Manchesterowi United. Crvena zremisowała z ekipą Matta Busby’ego 3:3, a o tym, że odpadła z rozgrywek zadecydował wynik pierwszego meczu, wygranego przez Anglików 2:1. Dzień po rewanżu w Monachium miała miejsce katastrofa samolotu British European Airways 609, lecącego z Belgradu do Manchesteru z międzylądowaniem w stolicy Bawarii, w wyniku której śmierć poniosły 23 osoby, w tym ośmiu piłkarzy Czerwonych Diabłów. Czy, jak prorokował to Markovina, po Bearze w Hajduku rzeczywiście nikt nie tęsknił? Tęskniono i to bardzo. Bez niego na kolejne krajowe mistrzostwo czekano w Splicie przez 16 lat. Myślę, że nikomu nie trzeba tłumaczyć, że odpowiednie ustawienie muru przed egzekwowaniem przez rywali rzutu wolnego często jest kluczem do zapobiegnięcia utraty bramki. Wielu było takich, którzy z niego rezygnowali, po czym szybko ukrywali twarz w dłoniach, a następnie pokornie wyciągali piłkę z siatki. Beara twierdził, że mur mu przeszkadza, bo w ten sposób koledzy zasłaniają mu piłkę, zatem nakazywał im się rozejść i pilnować w tym czasie zawodników drużyny przeciwnej. Dzięki swojemu nadludzkiemu refleksowi i skoczności mógł sobie na to pozwolić. Nie sprawiało mu różnicy, z jakiej odległości egzekwowany był stały fragment gry. Znakomite występy w klubowych barwach były oczywiście dla Beary przepustką do reprezentacji Jugosławii. Zadebiutował w niej w 1950 roku, a już w trzecim swoim występie oczarował cały piłkarski świat. 22 listopada 1950 roku był najmłodszym zawodnikiem, który wybiegł na murawę stadionu Highbury na mecz Anglia – Jugosławia. Zdecydowanym faworytem tej potyczki byli oczywiście Synowie Albionu, którzy do tej pory na własnej ziemi zawsze wygrywali z ekipami z kontynentalnej części Europy. Niemal 61,5 tys. kibiców zgromadzonych na obiekcie Arsenalu było zatem świadkami historycznego spotkania, bowiem ich ulubieńcy zaledwie zremisowali 2:2. Największe wrażenie na nich, na dziennikarzach i samych brytyjskich piłkarzach, zrobił Vladimir Beara. Bez niego ekipa Jugosławii zapewne wracałaby do domu z bagażem kilku goli. Posłuchajcie fragmentów relacji Mike’a Payne’a: „Kibiców ogarnęło fałszywe poczucie bezpieczeństwa, gdy po 35 minutach Anglia powadziła przekonująco 2:0. Bramkarz Jugosławii, Beara, niegdyś tancerz baletowy, wkrótce pokazał swoją zwinność. Po stracie gola w 41. minucie na 2:1, Anglia desperacko próbowała potwierdzić swoją wyższość w pierwszej połowie i gdyby nie występ Beary w bramce, to by to zrobiła. Trzy razy w ciągu trzech minut fruwał w bramce po uderzeniach Wilfa Manniona oraz główce Johnny’ego Hancocksa. Próby ataków w drugiej części meczu też nie przynosiły skutków. Na pół godziny przed końcowym gwizdkiem drużyna Anglii zanikła. Zainspirowana postawą Beary Jugosławia nagle przejęła inicjatywę. W 78. minucie ostatecznie doprowadziła do zasłużonego wyrównania. Pod koniec spotkania na jej bramkę znów sunęły ataki angielskich zawodników, którzy jednak udawali się pod pole karne przeciwnika tylko po to, by podziwiać kolejne fantastyczne interwencje najlepszego piłkarza tego spotkania”. W brytyjskich gazetach można było doszukać się wielu podobnie brzmiących relacji. Beara zrobił wrażenie na absolutnie wszystkich oglądających jego show, podczas którego w bramce dokonywał nadludzkich rzeczy. Obronił trzynaście strzałów określonych mianem groźnych oraz sześć takich, po których piłka nieuchronnie zmierzała do siatki. Napotkała jednak na swojej drodze golkipera nie z tej planety. Z uwagi na tak niebywały występ nadano mu nawet pseudonim Vladimir the Great, czyli Włodzimierz Wielki. Beara był uczestnikiem trzech Mundiali. Co prawda w 1950 roku musiał pogodzić się z rolą zmiennika bardziej doświadczonego Srdana Mrkušicia i mecze oglądał z perspektywy ławki rezerwowych, jednak cztery i osiem lat później miał już status niepodważalnej gwiazdy swojej ekipy. Największy sukces w narodowych barwach świętował na Igrzyskach Olimpijskich w Helsinkach w 1952 roku. Jugosławia dotarła do finału, w którym musiała uznać wyższość Złotej Jedenastki reprezentacji Węgier, przegrywając 0:2. Po latach Beara, zapytany o najwspanialsze wspomnienie ze swojej kariery, wskazał właśnie na ten mecz. Przy stanie 0:0 obronił rzut karny wykonywany przez wielkiego Ferenca Puskasa. A przecież Galopujący Major nie zwykł marnować jedenastek…

„Do piłki podszedł Węgier. Przez głowę przeszła mi tylko jedna myśl – to koniec. Ferenc popatrzył w mój lewy róg, ja wychyliłem się w tę stronę, po czym bez zastanowienia rzuciłem się w prawy. Dotknąłem piłki dłonią, co wystarczyło. Obroniłem karnego samego Puskasa!”- wspominał Beara. Inne starcie przeciwko Węgrom, przegrane przez Jugosławię 2:4, rozegrane 11 października 1959 roku, było ostatnim meczem Beary w kadrze narodowej. Nie zrezygnowano wówczas z niego ze względów sportowych. Główną rolę odegrała polityka. Bramkarz skorzystał z możliwości wyjazdu do klubu zagranicznego, czym zamknął sobie drogę do kadry. Wyjechał do Niemiec, gdzie w ciągu pięciu lat reprezentował barwy Alemannii Aachen, Viktorii Koeln oraz Freiburgera FC. Jego reprezentacyjny licznik zatrzymał się na 59 występach. Jego życie po życiu, jak często mówi się o czasach po zakończeniu przez zawodników piłkarskiej kariery, również kręciło się wokół piłki. Został trenerem i pracował w klubach w Niemczech, Holandii, Austrii i oczywiście Jugosławii. W latach 1973-75 pełnił funkcję szkoleniowca reprezentacji Kamerunu. Później na stałe osiadł w Splicie, mieście, które z całego serca uwielbiał, a które na to uczucie odpowiadało z jednej strony miłością, a z drugiej nienawiścią. Miłością, bo pamiętano, jakie cuda przed laty wyprawiał w bramce Hajduka. Nienawiścią, gdy wypominano mu serbskie pochodzenie oraz fakt zamienienia Hajduka na Crvenę Zvezdę. „Hajduk to moja największa miłość, miłość, która, jak każda prawdziwa i szczera, ma wiele pięknych, ale i mniej pięknych chwil. Miłość, która przyspiesza bicie serca, ale także zaciska się boleśnie w skurczu”- podsumował Beara. To właśnie ze względu na miłość do Hajduka, zawsze odmawiał gry przeciwko niemu. Będąc nawet po pięćdziesiątce, przychodził na treningi swojego ukochanego klubu i zakładał się z bramkarzami o to, że obroni więcej rzutów karnych niż oni. Rzadko przegrywał. Podczas wojny na Bałkanach w latach 90-tych poprzedniego stulecia, znów doświadczył tego, co kilkadziesiąt lat wcześniej. Ponownie w wyniku zbrojnych działań spłonął jego dom. Z pomocą przyszli kibice Hajduka. Zorganizowali zbiórkę, a następnie odbudowali budynek. W wywiadach o czasach minionych często ubolewał nad tym, jak bardzo zmieniła się piłka: „Mój czas był czasem romantycznej piłki nożnej. Czasem dryblingu i atrakcyjnych bramek. Taktyka wciąż nie jadła piłki nożnej. To styl gry na mundialu w 1962 roku, a następnie w Anglii w 1966 roku zapoczątkował nową erę w piłce nożnej. Teraz piłka nie jest już najważniejszą rzeczą w grze”.


5

Dokładnie 16 lat temu swojego debiutanckiego gola w Lidze Mistrzów strzelił Lionel Messi. Miało to miejsce na Camp Nou w wygranym meczu 5:0 z Panathinaikos Ateny. Messi pierwszego gola strzelił w 34 minucie podwyższając wynik na 3:0. W meczu tym pierwszym hattrickiem w Lidze Mistrzów popisał się Samuel Eto'o.

6

FC Barcelona w europejskich pucharach:



2 listopada 1994 . FC Barcelona pokonuje na Camp Nou Manchester United 4:0 w fazie grupowej Ligi Mistrzów. Był to ostatni wielki wieczór ,,Dream Teamu” w europejskich pucharach. Blaugrana rozbiła mistrza Anglii 4:0 a dla Stoiczkowa drugi gol w meczu był jego setnym trafieniem w barwach Blaugrany. W składzie Barçy zagrał niespodziewanie Jordi Cruijff, którego chwalił na trybunach obecny Johan Neeskens: ,,Nie uważam żeby Jordi grał tyko dlatego że jest synem trenera. Brakuje mu siły ale ma świetną wizje gry, którą zademonstrował przy pierwszym golu”. Na trybunach zasiadło ponad 114 tys. kibiców a w loży VIP zabrakło miejsca między innymi dla… Hagiego, pomocnika Blaugrany, który nie grał w tym spotkaniu. ,,Gdybym wiedział że tak będzie, obejrzał bym mecz w telewizji”- dodał zdenerwowany rumuński pomocnik.

4

Trzeba niestety spojrzeć prawdzie w oczy. W tym sezonie Liga Mistrzów nie dla nas. Nie łudźmy się, żeby wyjść z grupy trzeba dwa najbliższe mecze wygrać a to graniczy niemal z cudem. Trzeba się pogodzić z kontuzjami, z bardzo niską skutecznością i jakością kadry. Bywały czasy gdzie za Śp. Cruijffa i Guardioli na czele odpadaliśmy z Ligi Mistrzów po porażce na Camp Nou z Cska Moskwa. Bywało że odpadaliśmy z LM po 2 porażkach z..... Dynamem Kijów za Van Gaala, czy też po porażkach z Milanem i Besiktasem za trenera Lorenzo Serra Ferrera. Uważam że trzeba się skupić i zrobić wszystko aby zająć w La Liga co najmniej 4 pozycje w tabeli, to jest priorytet.

3

Campeonato Sudamericano de Selecciones:



1 listopada 1929 r. meczem Paragwaj-Urugwaj(3:0) rozpoczęła się 12-ta edycja Copa America. Turniej odbywał się na trzech obiektach argentyńskiej stolicy Buenos Aires. Dobiegała końca ,,Wielka Schizma”, futbol amatorski niemal z dnia na dzień stawał się fikcją. Piłka nożna powoli zaczynała dojrzewać do pełni zawodowstwa. Opromieniony olimpijskim złotem z 1928 r. Urugwaj przywiózł wprawdzie aż ośmiu bohaterów z Amsterdamu i wyśmienitego lewego pomocnika Alvaro Gestido z Peñarol, lecz myślami był już gdzie indziej. Przecież za rok właśnie w Montevideo miały odbyć się pierwsze w historii mistrzostwa świata i cały wysiłek ,,Celestes” ukierunkowany był wyłącznie na te mistrzostwa. Z takim nastawieniem ,,urusi” gładko ulegli nie tylko gospodarzom ale nawet pozbawionemu cienia respektu Paragwajowi. Klęska 0:3 była dotkliwa. W meczu tym paragwajski pomocnik Echeverry unieruchomił pare Petrone-Cea, natomiast napastnik Aurelio Gonzalez był nie do powstrzymania przez obronę, akurat w tym meczu osłabioną brakiem wielkiego Nasazziego. Gonzalez z 5 golami został królem strzelców turnieju. Na tymże turnieju po raz ostatni w Copa America wystąpił ,,Czarny cud” czyli niezrównany Jose Leandro Andrade. Czekał go za to już niebawem, bo za rok tytuł mistrza świata. W takiej sytuacji nikt nie był w stanie powstrzymać impetu gospodarzy. Paragwaj i Peru odprawili z kwitkiem różnicą 3 goli. Urugwaj natomiast stawiał opór raczej tylko dla zasady i w efekcie przegrał 2:0 po golach Manuela Ferreyry, którego wybrano najlepszym piłkarzem turnieju, oraz Mario Evaristo. Bez względu na okoliczności pokonanie dwukrotnych mistrzów olimpijskich miało swoją wymowę. Opinia publiczna widziała w ,,Albicelestes” stuprocentowych faworytów do miana najlepszej drużyny już nie tylko kontynentu ale i świata. W rzeczy samej, wszystko zdawało się potwierdzać owe przewidywania.


5

Cules pamiętają i wspominają:

1 listopada 1997 r. Giovanni Silva de Oliveira, wykonał na Santiago Bernabeu tzw. ,,gest Kozakiewicza”. FC Barcelona w 1997 r. pokonała Real Madryt na Santiago Bernabeu(2:3) dopiero po raz drugi w ciągu 14 lat i uzyskała nad Królewskimi siedmiopunktową przewagę w tabeli ligowej. Wynik tym razem jednak zszedł na drugi plan ponieważ Giovanni po decydującym golu na 2:3 wykonał trzykrotnie ,,gest Kozakiewicza” w kierunku kibiców Realu Madryt. Tak oto Brazylijczyk opisywał tą sytuacje: ,,Nie było moją intencją urażenie kogokolwiek. Był to spontaniczny gest. Nie wierzę że mogą mnie za to ukarać, zwłaszcza że od razu przeprosiłem za swoje zachowanie. Czy ktoś ukarze Fernando Hierro za brutalną gre i uderzenie mnie pięścią”. Komitet Rozgrywek złożony z trzech zdeklarowanych kibiców Realu nie był jednak pobłażliwy i zawodnik musiał pauzować w dwóch kolejnych spotkaniach. Dlaczego nas to nie dziwi…



Ponadto również 1 listopada, lecz roku 2011, Lionel Messi strzelił w barwach Blaugrany swojego dwusetnego gola. FC Barcelona po wyjazdowym zwycięstwie nad Viktorią Pilzno 0:4 zapewniła sobie awans do 1/8 Ligi Mistrzów. Leo Messi strzelił w tym meczu 15-tego hattricka w karierze przekraczając tym samym liczbę 200 goli dla Dumy Katalonii. Również dla trenera Guardioli był to jubileuszowy mecz(numer 200) na ławce pierwszego zespołu. To nie wszystko ponieważ Valdes nie puścił gola w tym meczu i pobił rekord długości czasu bez puszczonej bramki w historii klubu. W dodatku na boisku jednocześnie pojawili się Pique, Messi i Fabregas, co nie zdarzyło się od 2002 r., kiedy razem grali w drużynie kadetów.


2

Legenda argentyńskiego futbolu, Alfredo Rubén Oscar Carlos Basile kończy dziś 78 lat! Jako piłkarz święcił tryumfy w Racing Club de Avellaneda zdobywając Copa Libertadores i Puchar Interkontynentalny pokonując w trzecim(dodatkowym) meczu Celtic Glasgow 1:0 w 1967 r. Popularny ,,El Coco" jako selekcjoner reprezentacji Argentyny 2-krotnie tryumfował w Copa America(1991 i 1993) oraz wicemistrzostwo Copa America 2007 . Własnie na turnieju w Wenezueli Basile pozwolił Messiemu zadebiutować w tym wspaniałym turnieju w wygranym meczu z USA 4:1

0

Wybitne postacie polskiego futbolu:

132 lata temu urodził się Józef Lustgarten, piłkarz i działacz Cracovii. Urzędnik i radca prawny, dr praw po studiach w Krakowie i Wiedniu. Przez wielu błędnie uważany za założyciela Cracovii - w istocie nie był nim, bo do klubu dołączył dopiero we wrześniu 1906. Z pewnością natomiast był i jest jednym z symboli Cracovii. To właśnie on był pomysłodawcą nazwy Cracovia, jaką na jesieni 1906 obrał Akademicki Klub Footballistów. Wieloletni bramkarz drużyny, choć grał w niej także jako napastnik i pomocnik. W klubie był kierownikiem drużyny, sekretarzem i wiceprezesem, działał także w KOZPN i PZPN. Był sędzią międzynarodowym. Syn Wilhelma, kupca z Krakowa. Był Żydem i Polakiem zarazem, początkowo określał się jako osoba wyznania mojżeszowego i narodowości żydowskiej, później stanowczo deklarował wyznanie mojżeszowe i narodowość polską. Żołnierz Legionów Polskich. W 1915 powrócił z frontu do Krakowa. Miasto było wówczas opustoszałe - niemal wszyscy mieszkańcy zostali ewakuowani gdy pod koniec 1914 wojska rosyjskie dotarły do przedmieść. Zorganizował z powrotem drużynę piłkarską, doprowadził do odbudowy zniszczonych przez wojsko obiektów sportowych i do rozegrania spotkań z wojskową drużyną Twierdzy Kraków. Został odznaczony Medalem Niepodległości oraz Złotym Krzyżem Zasługi za działalność na polu sportu. W 1939 został aresztowany we Lwowie przez NKWD. Zesłany do stalinowskich łagrów spędził w nich 17 lat życia, do Polski powrócił dopiero w 1956.

11

124 lata temu kilku młodych chłopaków siedząc na ławce przy Scuola Massimo D'Azeglio w Turynie postanowiła założyć klub sportowy, a nazwali go 'Juventus' co znaczy 'młodość'. Tak oto powstała ,,Stara Dama".

4

Ku pamięci legend:

1 listopada 1906 r. urodził się Ramon Llorens Pujadas, zapomniany i niedoceniany bramkarz FC Barcelony. Popularny ,,Ramonet”, jak nazywali go koledzy, trafił do Barçy w bardzo młodym wieku. W pierwszej drużynie grał w latach 1926-29, do czasu gdy znakomity Węgier Platko i Aragończyk Josep Nogues odsunęli go na ławke rezerwowych. Mimo wszystko pozostał w klubie aż do 1936 roku i w barwach Blaugrany rozegrał łącznie 142 mecze. Po zakończeniu kariery został członkiem sztabu szkoleniowego klubu. W nowej roli wyróżniał się tym iż odkrywał młode talenty, takie jak środkowy obrońca Gustau Biosca czy też kapitalny lewoskrzydłowy Eduardo Manchon. W 1950 r. Pujadas trenował nawet pierwszą drużynę Barçy, zastępując na ławce trenerskiej Urugwajczyka Enrique Fernandeza Violę.

1 listopada 2014 r. zmarł Gustau Biosca, ostatni ocalały z legendarnej drużyny „ Pięciu Pucharów ”, która wyznaczyła epokę w historii FC Barcelony . Biosca, który był asystentem Ladislao Kubali w hiszpańskiej drużynie lat siedemdziesiątych, zmarł 1 listopada w wieku 86 lat. Urodzony 29 lutego 1928 w L'Hospitalet de Llobregat, trenował w niższych kategoriach Barcelony, zanim przeszedł do pierwszej drużyny, gdzie grał od sezonu 1950-51 do 1957-58, będąc niekwestionowanym liderem i kapitanem. Pomimo tego, że był twardym obrońcą o dużej sile fizycznej, charakteryzowała go znakomita technika użytkowa, co było rzadkością w ówczesnych liniach defensywnych. Był kluczowym graczem Barçy „Pięciu Pucharów” sezonu 1951-52, w skład którego wchodzili Ramallets, Martín, Biosca, Seguer, Mariano Gonzalvo, Bosch, Basora, César Rodriguez, Kubala, Vila i Manchón. W tej legendarnej jedenastce był jednym z najbardziej medialnych i popularnych graczy, głównie ze względu na swoją otwartą i żartobliwą naturę. Kontuzja w Atocha przerwała mu karierę i musiał przejść na emeryturę w 1958 roku, w wieku 30 lat, po rozegraniu 187 meczów w koszulce Blaugrany, z którą wygrał 2 mistrzostwa Hiszpanii, 4 puchary Hiszpanii, Puchar Łaciński, Puchar Miast Targowych oraz Puchar Evy Duarte.

6

(Nie)zapomniane legendy futbolu:

31 października 1964 r. w Utrecht urodził się Marco Van Basten. mistrz Europy z 1988, 2-krotny zdobywca Ligi Mistrzów(1989 i1990), zdobywca PZP(1987), 3-krotny zdobywca Złotej Piłki France Football(1988,1989 i 1992), zdobywca Pucharu Interkontynentalnego(1990), 3-krotny mistrz Holandii oraz 3-krotny mistrz Włoch. Człowiek, który nie bez powodu uznawany jest za jednego z najlepszych piłkarzy w historii futbolu. Były szkoleniowiec reprezentacji Oranje, niegdyś odnoszący ogromne sukcesy w barwach Ajaksu Amsterdam i AC Milan. Wielki piłkarz i znakomity trener, niezwykły autorytet i wzór dla wielu piłkarzy. Marco van Basten – postać, której biografię powinien poznać każdy, kto z futbolem ma cokolwiek wspólnego. Na świat przyszedł 31 października 1964 roku w Utrechcie. Pierwsze piłkarskie szlify zdobywał jako dziecko (a później nastolatek) w miejscowych klubach – EDO Utrecht oraz UW Utrecht. Jako siedemnastolatek, został dostrzeżony przez wysłanników słynnego Ajaksu Amsterdam, by w rok później zadebiutować w jego pierwszym zespole. Debiutancki występ młodego Marco uznać można za naprawdę udany – w pojedynku z NEC Nijmegen van Basten zdobył gola. Gola, który wróżył wspaniałą i obfitą w sukcesy karierę... W roku 1983 van Basten, jako niespełna dziewiętnastolatek zadebiutował w seniorskiej reprezentacji swojego kraju. Co prawda w pojedynku z Islandią (wygranym przez Holendrów 3:0) nie zdobył żadnej bramki, ale patrząc na jego znakomitą postawę można było spodziewać się, iż będzie to piłkarz wybitny, który jeszcze nie raz przysłuży się zarówno reprezentacji narodowej, jak i każdemu klubowi, którego barwy będzie reprezentował... Van Bastenowi śmiało można nadać przydomek „maszynka do zdobywania goli”. Zawodnik ten nie miał sobie równych. W barwach Ajaksu zdobył 128 bramek w 133 meczach, czterokrotnie zostając królem strzelców. Trzykrotnie osiągał Mistrzostwo oraz dwukrotnie Puchar Holandii. Przed pożegnaniem się z drużyną Ajaksu zdobył niezwykle cenną - bo przesądzającą o zwycięstwie – bramkę w pojedynku z Lokomotive Lipsk. Tym sposobem wspaniała kariera van Bastena w zespole z Amsterdamu została przypieczętowana zdobyciem Pucharu Zdobywców Pucharów. W roku 1987 Marco zmienił barwy klubowe. Kuszony wieloma propozycjami z największych europejskich zespołów przeszedł do wielkiego AC Milan za jedyne 800 tysięcy dolarów. W barwach Rossonerich zdobył wszystko, co było do zdobycia. Trzy Mistrzostwa Włoch, trzy Superpuchary Włoch, dwa Puchary Mistrzów, dwa Superpuchary Europy, dwa Puchary Interkontynentalne. Ponadto zdobył dwa tytuły króla strzelców Serie A, trzykrotnie ogłoszony został Najlepszym Piłkarzem Europy i raz Najlepszym Piłkarzem Świata. W lidze włoskiej rozegrał 147 meczów i zdobył 90 goli. Tym samym na stałe zapisał się w historii jednego z największych włoskich zespołów. Kariera reprezentacyjna van Bastena również obfitowała w sukcesy. W reprezentacji Holandii Marco rozegrał 58 spotkań, zdobywając 24 gole. W roku 1988 walnie przyczynił się do zdobycia przez Pomarańczowych Mistrzostwa Europy. Mimo iż był świeżo po wyleczeniu kontuzji potrafił zdobyć kilka fenomenalnych bramek, gwarantujących mu tytuł najlepszego strzelca oraz najlepszego zawodnika mistrzostw. Start van Bastena i całej reprezentacji Holandii na Mundialu w 1990 roku uznać można za naprawdę nieudany. Pomarańczowi grali słabo, dochodząc jedynie do 1/8 finału, gdzie odnieśli porażkę z drużyną Niemiec 1:2. Marco nie zdobył w tym turnieju ani jednej bramki, dlatego też na rozegrane dwa lata później Mistrzostwa Europy jechał z wielkimi nadziejami. Holendrzy byli świetnie dysponowani i niezwykle zmotywowani na obronę tytułu. Jednak udało im się dojść jedynie do półfinału, gdzie w rzutach karnych odnieśli sensacyjną porażkę z niedocenianą drużyną Danii. Dla samego van Bastena fakt ten był o tyle przykry, iż to jedenastka nie strzelona właśnie przez niego, zadecydowała o przegranej reprezentacji Oranje. Rok 1992, choć przyniósł van Bastenowi sukcesy klubowe, okazał się jednym z najczarniejszych w jego karierze. Ba – uznać go można za „początek końca”. Większość czasu Marco poświęcał na zabiegi, operacje i rehabilitacje. Po długiej rekonwalescencji wrócił na boisko na trzy spotkania. Ostatnim meczem w jego karierze był przegrany 1:0 finał Pucharu Europy przeciwko Olympique Marsylia. Z reprezentacją narodową z kolei, Marco pożegnał się w październiku 1992 roku w zremisowanym 2:2 meczu przeciwko Polsce. Nigdy więcej nie zobaczyliśmy już go na boisku... 17 sierpnia 1995 po długiej walce z kontuzją podjął ostateczną decyzję o zakończeniu kariery. Był młody, waleczny i utalentowany – mógł osiągnąć jeszcze wiele, mógł stać się legendą na miarę największych. Gdyby nie problemy zdrowotne być może jeszcze przez kilka lat moglibyśmy oglądać go w akcji. Moglibyśmy dalej zachwycać się jego niezwykłymi umiejętnościami. Moglibyśmy, jednak nie było nam to dane...

4

Czy wiecie że.....

31 października 2002 r. w meczu madagaskarskiej najwyższej ligi piłkarskiej AS Adema-SO de l'Emyrne padł rekordowy w historii piłki nożnej wynik 149:0. Wszystkie gole do własnej bramki strzelili piłkarze gości, protestując w ten sposób przeciwko ich zdaniem krzywdzącemu sędziowaniu w tym i poprzednich meczach.

4

Miłe wspomnienia:



31 października 1973 r. w Barcelonie odbył się I Światowy Dzień Piłki na Camp Nou. Z okazji tej imprezy odbył się mecz Europa kontra Ameryka, w którym oprócz gwiazd Barçy( Cruijff czy też Sotil) zagrało kilku świetnych piłkarzy z całego świata, takich jak Eusebio, Cubillas, czy Rivelino. Najlepiej na boisku rozumieli się Cruijff z Eusebio. Z podania Holendra ,,Czarna Pantera z Mozambiku” strzeliła pięknego gola głową. Mecz zakończył się wynikiem 4:4 a w karnych zwyciężyli gracze z Ameryki. Kubala, ówczesny trener reprezentacji Hiszpanii i selekcjoner drużyny Europy, żalił się iż część graczy nie pojawiła się w Barcelonie a z niektórymi zawodnikami przywitał się dopiero kilka godzin przed spotkaniem. Nic w tym dziwnego, gdyż Węgier do każdego meczu podchodził bardzo poważnie. Najsłabszym elementem piłkarskiego święta była mała liczba widzów na trybunach a mianowicie jakieś 20 do 25 tysięcy.


0

@Quahoo Pamięć panie użytkowniku, pamięć o znaczących ludziach naszej kochanej Barcy!

Media

Sonda

Której reprezentacji, do której powołany został zawodnik Barcy, kibicujesz?