FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
33 obserwujących
0 obserwowanych
Której reprezentacji, do której powołany został zawodnik Barcy, kibicujesz?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
12
Legendy polskiego futbolu:
Dokładnie 70 lat temu w Bydgoszczy urodził się Stefan Majewski, polski piłkarz grający na pozycji obrońcy, wielokrotny reprezentant Polski, zdobywca 3. miejsca na Mistrzostwach Świata w 1982, trener piłkarski, absolwent Deutsche Sporthochschule Köln (Wyższej Szkoły Sportowej w Kolonii), przewodniczący Rady Trenerów w PZPN. Od 17 września do 29 października 2009 pełniący obowiązki selekcjonera. Do 1978 związany był z klubami bydgoskimi. Jest wychowankiem klubu Gwiazda Bydgoszcz, a od 1972 do końca 1976 występował w Chemiku Bydgoszcz. Wiosną 1977 reprezentował barwy wojskowego klubu Zawisza Bydgoszcz, z którym wywalczył awans do I ligi. W przerwie zimowej sezonu 1978/1979 został zawodnikiem Legii Warszawa. W debiucie w barwach Legii w meczu ze Śląskiem Wrocław (4 marca 1979) strzelił dwa gole. W kolejnych sezonach był podstawowym zawodnikiem warszawskiej drużyny, z którą dwukrotnie zdobywał Puchar Polski. Pod koniec 1984 wyjechał do RFN. 1 grudnia 1984 zadebiutował w zespole 1. FC Kaiserslautern w meczu z Bayernem Monachium, zmieniając po przerwie Andreasa Brehmego. W Kaiserslautern był również graczem podstawowej jedenastki. 3 maja 1985 w spotkaniu z Eintrachtem Brunszwik strzelił swojego jedynego gola w Bundeslidze. Sezon 1987/1988 spędził w 2. Bundeslidze jako gracz Arminii Bielefeld. Po roku gry w cypryjskim Apollonie Limassol wrócił do Niemiec – ostatnie lata kariery spędził we Freiburger FC. Jako zawodnik Zawiszy zadebiutował 30 sierpnia 1978 w reprezentacji Polski w wyjazdowym meczu towarzyskim z Finlandią. W spotkaniu zakończonym wynikiem 1:0 dla Polski strzelił zwycięskiego gola.
W latach 1978–1983 regularnie występował w drużynie narodowej prowadzonej najpierw przez Ryszarda Kuleszę a następnie przez Antoniego Piechniczka. Na Mistrzostwach Świata w Hiszpanii w 1982 wystąpił we wszystkich 7 meczach polskiej drużyny. W spotkaniu z Francją decydującym o 3. miejscu (3:2 dla Polski) strzelił nawet gola. Wystąpił również na Mistrzostwach Świata w Meksyku w 1986, po których zakończył karierę reprezentacyjną. Łącznie w drużynie narodowej rozegrał 40 meczów, strzelił 4 gole. Od 2014 członek Klubu Wybitnego Reprezentanta. Jeszcze jako zawodnik SC Freiburg pracował z juniorami tego klubu. Wiosną 1994 i ponownie od kwietnia 1995 pracował w Polonii Warszawa, z którą w sezonie 1995/1996 awansował do I ligi. W kolejnych latach prowadził zespół amatorów Kaiserslautern. W 1999 wrócił do Polski by objąć stanowisko szkoleniowca Amiki Wronki. Prowadził również Zagłębie Lubin, Świt Nowy Dwór Mazowiecki, ponownie Amikę, Widzew Łódź oraz Cracovię. W 2002 pełnił funkcję asystenta ówczesnego selekcjonera drużyny narodowej Zbigniewa Bońka a w 2009 objął funkcję trenera reprezentacji Polski do 23 lat. 17 września 2009 powierzono mu tymczasowe pełnienie obowiązków selekcjonera kadry narodowej. Poprowadził reprezentację w dwóch końcowych meczach eliminacji Mistrzostw Świata.
@Szalik
@shaun
@Safrani
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
1
@Bernard777 Ten "kanarek" też był niezły: https://rfbl.pl/paulo-roberto-falcao-osmy-krol-rzymu/
A ponadto jego rodak Zico.
To nie wszystko bo byli jeszcze wspominany przeze mnie Rogerio Ceni a przedewszystkim Platini!
Ha! A jeszcze bardzo dobry był Victor Legrottaglie, bodaj 66 goli z wolnych!
1
@escarabajo Czy ja wiem czy na wyrost? No jeśli, to tylko troszke jak zauważasz, gdyż zdobywał jeszcze potrójną korone z Manchesterem City, no i Copa Libertadores z River Plate...
A! I bodajże jeszcze Finalissime(?_) jeśli się nie myle...
5
@FCBparasiempre
@Safrani
@shaun
@Szalik
18
Żywe legendy argentyńskiego futbolu:
31 stycznia 2000 r. urodził się Julian Alvarez, wychowanek River Plate, argentyński mistrz świata i zdobywca Copa America 2021, występujący na pozycji napastnika, zarówno w Atletico Madryt, jak i reprezentacji Argentyny.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Ogorinho1974
4
@FCBparasiempre
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
12
Grande Espectacolo El Clasico:
31 stycznia 1987 r. FC Barcelona pokonuje na Camp Nou Real Madryt 3:2 w ramach 25 kolejki Primera Division. Hattricka w tym meczu zanotował Gary Lineker. Blaugrana mogła rozgromić Real w tym meczu gdyż już po 4 minutach prowadziła 2:0 ale podopieczni Terry’ego Venablesa zmarnowali kilka dogodnych sytuacji i w efekcie mecz zakończył się zwycięstwem 3:2. Natomiast nie wielu piłkarzom Barçy w historii pojedynków z Realem udało się strzelić hattricka w meczu o stawke. Pierwszymi, którym to się udało byli genialni Alcantara i Samitier. Obaj to wielkie legendy Dumy Katalonii. Ostatnim piłkarzem, który zanotował hattricka przeciwko ,,Los Blancos” był Luis Alberto Suarez.
@Szalik
@shaun
@Safrani
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
5
@FCBparasiempre
@Ogorinho1974
@Safrani
@shaun
@Szalik
11
„Liga Mediterránea de futbol”:
31 stycznia 1937 r. FC Barcelona pokonuje na „Camp de Les Corts” Valencie CF 3:2 w premierowym meczu Ligi Śródziemnomorskiej, po dwóch golach Vantolry i jednym Escoli. Liga Śródziemnomorska była ligą mistrzowską organizowaną między styczniem a majem 1937 roku, w trakcie hiszpańskiej wojny domowej, na kontrolowanym przez republikanów terytorium Katalonii i Walencji – jedynych obszarach, gdzie było to możliwe. Po czternastu meczach rozegranych w ekstremalnych warunkach, FC Barcelona wygrała turniej z dwudziestoma punktami, o trzy więcej niż Espanyol, Valencia i Girona. Niestety, w 1939 r. Ligę Śródziemnomorską rozwiązano, gdy nowe władze frankistowskie wydały dekret, który unieważnił wszystkie turnieje piłkarskie rozegrane w strefie republikańskiej podczas wojny. Dekret ten obowiązuje do dziś.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
1
@MoralnyKarzel Słuchaj te super teksty pochodzą z tej oto strony: https://rfbl.pl/
Jeśli tylko masz czas na czytanie to nie pożałujesz.
16
@FCBparasiempre
W historii futbolu zapisało się wielu znakomitych wykonawców rzutów wolnych. Byli to gracze ofensywni ale też obrońcy czy nawet bramkarze. Mało jednak było tych, dla których żaden dystans nie stanowił problemu. Taki był właśnie Juninho Pernambucano. Brazylijczyk zdobywał gole po stałych fragmentach gry z takich miejsc, z których niektórzy nie potrafią nawet dobrze dokopać piłki do pola karnego. Recife, czwarta co do wielkości brazylijska aglomeracja, mieści się we wschodniej części Brazylii i należy do stanu Pernambuco. To właśnie tam 30 stycznia 1975 roku jako ostatni z pięciorga rodzeństwa przyszedł na świat Antônio Augusto Ribeiro Reis Júnior, wkrótce lepiej znany światu jako Juninho. Przygodę z piłką rozpoczynał w miejscowym Recife Sport, a treningi uzupełniał grą w futsal. Już jako nastolatek wyróżniał się świetną techniką, wizją gry oraz dokładnością podań. Razem ze swoim zespołem, wchodząc w wiek seniorski, zdobył dwa regionalne mistrzostwa. Transfer do bardziej znanego klubu był tylko kwestią czasu. W 1995 roku zgłosili się po niego działacze Vasco da Gama. Przejście do krajowego giganta pozwoliło mu wskoczyć na wyższy poziom. W drużynie z Rio de Janeiro spędził sześć lat. Fani go uwielbiali. Nadali mu przydomek Reizinho de São Januário („mały król São Januári”), odnoszący się do nazwy klubowego stadionu. Z Vasco odnosił sukcesy już na większą skalę. W 1997 i 2000 roku wygrał mistrzostwo kraju, a w 1998 roku sięgnął po Copa Libertadores. To właśnie dzięki występom w tych rozgrywkach zapewnił sobie nieśmiertelność wśród fanów Vasco – w półfinale bowiem zdobył zwycięską bramkę przeciwko argentyńskiemu River Plate. Do siatki trafił oczywiście po strzale… z rzutu wolnego. Prawne zawirowania i kontrowersje ciągnące się za członkami zarządu sprawiły, że w 2001 roku Juninho Pernambucano postanowił opuścić zespół. Jego odejście nie było jednak proste, a konflikt z klubem zaprowadził obie strony na drogę sądową. Ostatecznie jednak pomocnik uzyskał zgodę na transfer. Wcześniej wygrał jeszcze nagrodę dla najlepszego zawodnika oraz pomocnika roku. Dziś, w dobie większego dostępu do informacji, Juninho być może szybciej trafiłby do Europy. Jego rzuty wolne wówczas nie były jeszcze znane na taką skalę. Chciał go mieć u siebie Olympique Lyon, który budował swój ciekawy projekt i latem 2001 roku Brazylijczyk powędrował do francuskiego zespołu. Tak tamto wydarzenie wspomina bohater tekstu: ,,Lyon miał już w składzie trzech Brazylijczyków(Edmilson, Claudio Cacapa i Sonny Anderson], co było dla mnie ważne, ponieważ dzięki temu łatwiej było mi zaaklimatyzować się we Francji. Zawsze chciałem grać w Europie, a trener Bernard Lacombe także był zainteresowany pozyskaniem mnie, dlatego zdecydowałem się podpisać kontrakt.” Szybko wskoczył do pierwszego składu Les Gones, stając się dyrygentem drugiej linii. W październiku po raz pierwszy przedstawił się szerszej publiczności, kiedy w domowym spotkaniu przeciwko Sochaux zdobył swojego pierwszego gola z rzutu wolnego dla nowej drużyny. Ponad 20 metrów od bramki przeciwnika, krótki rozbieg, piłka puszczona w kozioł… i bramka. Nie było to najpiękniejsze trafienie Brazylijczyka z podobnego stałego fragmentu, ale wkrótce zaczął trafiać z wolnych regularnie. To sprawiło, że żadnemu rywalowi nie było do śmiechu, jeżeli podchodził do stojącej futbolówki. Po kilkunastu miesiącach wszyscy wiedzieli, że żadna odległość nie jest dla niego problemem. Karierę Juninho na Stade Gerland można opisać w ten sposób: gdy przychodził do Francji w 2001 roku, Lyon ani razu w swojej historii nie był mistrzem kraju. Gdy odchodził po ośmiu latach, klub na swoim koncie miał siedem ligowych tytułów. Tylko w swoim ostatnim sezonie nie usiadł na tronie Ligue 1. Lepiej bliżej przyjrzeć się niektórym jego rzutom wolnym.
Dla ,,Les Gones” strzelił równe 100 goli, z czego 44 właśnie po rzutach wolnych. Trudno byłoby przejść obojętnie obok jego trafienia numer dziesięć. W sezonie 2003/04 Lyon mierzył się w fazie grupowej Ligi Mistrzów z Bayernem Monachium. Między słupkami rywali stał oczywiście Olivier Kahn, który w tamtym czasie należał do absolutnej czołówki bramkarskiej. Nawet on nie miał nic do powiedzenia, gdy Juninho Pernambucano w 6. minucie odpalił swój firmowy pocisk ziemia-powietrze z ponad 30 metrów. Piłka leciała z prędkością światła, odbiła się od słupka i wpadła do siatki obok bezradnie interweniującego Niemca. Remy Vercoutre, wieloletni rezerwowy bramkarz Lyonu, często zostawał razem z Brazylijczykiem po treningach i wspólnie pracowali nad jego strzałami: ,,Tysiące razy mierzyłem się z jego strzałami. W czasie sesji treningowej robiliśmy po 30 lub 40 rzutów wolnych, a 90% z nich trafiało w bramkę. Kiedy już trafiał w nią trafiał, to zawsze oznaczało to gola. Gdy zdobywał gole w meczach, to pierwszą osobą, w stronę której biegł, byłem ja. To było wspaniałe, czułem, że jest to nagroda dla mnie, za całą pracę, jaką wykonywaliśmy.” Wkrótce regularnie zaczął uprzykrzać życie najlepszym bramkarzom. Les Gones, którzy w tamtym okresie mieli monopol na wygrywanie francuskich tytułów, chcieli swoje sukcesy przenieść na międzynarodowe podwórko. Mimo mocarstwowych planów, nigdy nie stali się aż tak potężną marką, jak we własnym kraju. W Lidze Mistrzów ich największym sukcesem był półfinał z 2010 roku. Musieli jednak uznać wyższość Bayernu Monachium. Nie przeszkodziło im to jednak w częstym psuciu krwi największym klubom. Potyczki z Lyonem i strzały Juninho na pewno niezbyt miło wspomina Iker Casillas, strzegący bramki Realu Madryt. Oba zespoły dosyć często wpadały na siebie w czasie europejskich wojaży i zazwyczaj zwycięsko wychodziła ekipa z Francji – w sezonie 2009/10 udało im się wyeliminować z 1/8 finału Królewskich. Przy rzutach wolnych Juninho nie chodziło tylko o jego skuteczność. Wprowadził technikę strzału na zupełnie inny poziom. Do opisu jego uderzeń za granicą często używa się określenia „knuckleball”, zaczerpniętego z baseballa. Za wynalazcę takiego rzutu piłki uznaje się Eddiego Cicotte’a, miotacza reprezentującego na początku XX wieku drużynę Chicago White Sox. Posyłana przez niego piłka w ogóle nie dostawała w powietrzu rotacji. Do tego nagle opadała przed samym rywalem, przez co bardzo utrudniała mu skuteczne odbicie. Prawie 100 lat później powyższą technikę na boiska piłkarskie przeniósł Juninho. Kwestią czasu było to, kiedy znajdą się jego następcy. Dziś wielu piłkarzy próbuje kopiować jego styl – z lepszym lub gorszym efektem. Chyba jego najbardziej znanymi naśladowcami są Andrea Pirlo oraz Cristiano Ronaldo. Włoski zawodnik nie kryje się z tym, że wielokrotnie podpatrywał Brazylijczyka – poświęcił mu nawet fragment w swojej autobiografii „Myślę, więc gram”: ,,Ten facet sprawiał, że piłka robiła niecodzienne rzeczy. Kładł ją na ziemi, wykręcał ciało w parę dziwnych kształtów, brał rozbieg i strzelał. Nigdy nie robił tego źle. nigdy. Sprawdzałem jego statystyki i nie było w tym żadnego przypadku, był jak dyrygent orkiestry, który batutę trzyma między stopami a nie w dłoniach. Odkrycie jego sekretu stało się moją obsesją. Chodziło tak naprawdę o to, jak uderza piłkę a nie w którym miejscu.”
Trudno nie zachwycać się strzałami Juninho. Chociażby golem, którego zdobył w marcu 2006 roku w wyjazdowym starciu z Ajaccio. Wzrok was nie myli, on naprawdę podszedł do piłki ustawionej zaraz przy kole środkowym z zamiarem trafienia do bramki. Jak już wspomniałem wcześniej, nie było odległości, z której golkiper rywali mógł czuć się bezpieczny. Jak sam podkreślał: wszystko zawdzięcza godzinom spędzonym na boisku treningowym. Z uśmiechem na twarzy przyznał kiedyś, że po prostu uwielbia odpalać kilka serii rzutów wolnych po zakończonych zajęciach. Swoją technikę opisuje następująco: ,,Lubię podchodzić do piłki z prostym nabiegiem i uderzać ją wewnętrzną częścią stopy, tak jak przy podaniach, ale z większa siłą. Piłka trafiona w środek, w miejscu gdzie styka się ze spodem, myli bramkarza, ponieważ opada w zdradliwy sposób.” Miał jedno wielkie marzenie – zdobyć w barwach Lyonu 50 goli z rzutów wolnych. Niestety nie udało mu się dobić do tej liczby. Zabrakło sześciu trafień, jednak to i tak budzi podziw. Na pocieszenie dane jest mu dzierżyć inny rekord. Jest piłkarzem z największą liczbą goli zdobytych właśnie po tych stałych fragmentach gry. W sumie uzbierał ich 76. David Beckham, który zajmuje drugie miejsce w tym zestawieniu, trafił 11 razy mniej. W maju 2009 roku Juninho ogłosił, że po zakończeniu sezonu pożegna się z Lyonem. Prezes klubu, Jean-Michel Aulas, na konferencji prasowej poinformował media, że razem z piłkarzem podjęli decyzję o odpuszczeniu ostatniego roku na jego kontrakcie. Brazylijczyk siedział obok prezesa. Opuścił pomieszczenie nie wypowiadając żadnego słowa. Parę dni wcześniej zdobył dla francuskiej ekipy setnego gola. Nie przypieczętował jubileuszu rzutem wolnym, a uderzeniem z 11 metrów. Został zmieniony 10 minut przed końcem, a kibice żegnali go owacją na stojąco, wyczuwając, że zbliża się koniec jego przygody z ich ukochanym zespołem. Stade Gerland opuszczał w roli kapitana. Mimo 34 lat, szybko znalazł nowego pracodawcę. W czerwcu podpisał umowę z katarską drużyną Al-Gharafa, która wyłożyła na niego dwa i pół miliona euro. Tam powiększył swoją kolekcję trofeów. Już w pierwszym sezonie zdobył potrójną koronę, wygrywając ligę, Qatari Stars Cup oraz Qatar Crown Prince Cup. W sumie na katarskiej ziemi rozegrał 66 mecze, w których zdobył 25 bramek. W kwietniu 2011 roku powrócił do Vasco da Gama. Co ciekawe, Brazylijczyk uzgodnił z władzami klubu, że będzie zarabiał zaledwie… 55 funtów tygodniowo – nieco więcej, niż wynosi płaca minimalna w kraju. Tam ponownie przywitał się z kibicami w najlepszy z możliwych sposobów – w pierwszym meczu po powrocie strzelił gola (a jakże) z rzutu wolnego. Liczyła się technika uderzenia, więc z wiekiem jego śmiertelne rzuty wolne nie zatraciły swojej mocy. Po roku odnowił swój kontrakt na sześć miesięcy i chwilę po tym trafił z rzutu wolnego do siatki… swojego macierzystego klubu, czyli Recife. Wciąż błyszczał na boisku, ale nie mógł znaleźć wspólnego języka z zarządem. Z tego też powodu postanowił w zimie 2012 roku odejść do Stanów Zjednoczonych. Trafił do New York Red Bulls, ale wytrzymał tam tylko ponad pół roku. Powrócił więc do… Vasco (przeszedł tam trzeci raz w karierze), gdzie znów nieźle grał. W końcu jednak przegrał z wiekiem – w listopadzie 2013 roku, w spotkaniu z Santosem, które okazało się jego ostatnim, wytrzymał na boisku jedynie 10 minut. Nie mógł wystąpić w ostatnich kolejkach sezonu i tylko bezczynnie patrzył, jak jego drużyna stacza się do drugiej ligi. Po tym wydarzeniu postanowił zakończyć piłkarską karierę. Buty na kołku zawiesił w wieku 38 lat.
Do Vasco da Gama przechodził w swojej karierze aż trzy razy. To w tym klubie zabłysnął i wybił się do Europy i także tu zakończył karierę. Zastanawiające jest to, że Juninho nigdy tak naprawdę nie zaistniał w reprezentacji. Rozegrał co prawda dla Brazylii 40 spotkań, ale nigdy nie był centralną postacią zespołu. Zadebiutował w kadrze w 1999 roku. Niedługo po tym dokonał historycznego wyczynu – został pierwszym piłkarzem, który jednego dnia rozegrał dwa oficjalne spotkania w dwóch różnych państwach! Najpierw na ,,Estádio Beira-Rio” przeciwko Argentynie (biegał przez 15 minut), a następnie samolotem poleciał do Urugwaju, gdzie już w koszulce Vasco zagrał przeciwko Nacionalowi w ramach ,,Copa Mercosur”. Był w kadrze podczas MŚ 2002 i nawet rozpoczął wszystkie spotkania fazy grupowej w wyjściowym składzie. Podczas najważniejszych meczów (z Anglią, Turcją oraz Niemcami) nie pojawił się już jednak nawet na chwilę na boisku. Wraz z drużyną pojechał również na mundial cztery lata później, ale po turnieju ogłosił zakończenie reprezentacyjnej kariery, twierdząc, że przyszedł czas na zwolnienie miejsca młodszym zawodnikom. Andrea Pirlo, Didier Drogba, Gareth Bale, Cristiano Ronaldo czy nawet Messi. Wszyscy go podrabiali lub nadal to robią. Ale król jest tylko jeden. Juninho Pernambucano, czyli po prostu Mister Freekick!
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
5
Czarodziej rzutów wolnych:
@Szalik
@shaun
@Safrani
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
4
@FCBparasiempre
@Safrani
@shaun
@Szalik
16
Duma Katalonii na szóstke!
30 stycznia 2019 r. broniąca trofeum FC Barcelona rozbiła przed własną publicznością FC Sevillę 6:1 w rewanżowym starciu ćwierćfinałowym i awansowała do półfinału Pucharu Króla. Na Camp Nou gospodarze zrewanżowali się rywalom za porażkę w pierwszym spotkaniu 0:2. Straty odrobili jeszcze przed przerwą dzięki golom Brazylijczyka Philippe'a Coutinho z rzutu karnego i Chorwata Ivana Rakiticia a także holenderskiemu bramkarzowi Jasperowi Cillessenowi, który obronił rzut karny wykonywany przez Argentyńczyka Evera Banegę. W 54. minucie było już 4:0 a na listę strzelców wpisali się ponownie Coutinho i Sergi Roberto. Nadzieje gości odżyły po trafieniu Guilherme Arani (67.) W końcówce awans gospodarzy przypieczętowali Urugwajczyk Luis Suarez i Argentyńczyk Lionel Messi.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Ogorinho1974
2
@Bernard777 I to bardzo szkoda! Jak sama nazwa wskazuje to był El Fenomeno! No cóż, Ronaldo było bardzo nie po drodze z Nunezem iwszystko zakończyło się fiaskiem. Własnie wyszła o nim książka. Tu jest o tym napisane: https://www.fcbarca.com/fragment-ksiazki-ronaldo-o-odejsciu-z-barcelony-nunez-klamie.html
3
@FCBparasiempre
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
10
(Nie)zapomniane El Clasico:
30 stycznia 1997 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou Real Madryt 3:2 w ramach pierwszego meczu 1/8 Copa del Rey. Gole dla Barçy strzelali: Luis Nazario de Lima w 13 minucie, samobójczą Hierro w 70 minucie oraz Giovanni w 78 minucie. Gole dla Królewskich strzelili: Šuker w 16 minucie oraz Hierro w 67 minucie.
Zatem wspomnijmy:
@Szalik
@shaun
@Safrani
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
5
@FCBparasiempre
@Safrani
@shaun
@Szalik
15
Blaugrana w europejskich pucharach:
30 stycznia 1980 r. FC Barcelona przegrała na ,,City Ground” z Nottingham Forest w pierwszym meczu o Superpuchar Europy. Jedynego gola w meczu strzelił George w 9 minucie. Obie drużyny nie mogły się wcześniej porozumieć w sprawie odpowiedniego terminu dwumeczu, dlatego rozegrano go dopiero 8 miesięcy po wygraniu przez Barçe Pucharu Zdobywców Pucharów a przez Nottingham- Pucharu Europy. Z pierwszego spotkania w Anglii Blaugrana wywiozła minimalną porażke, co dawało realne szanse w rewanżu. Dobre zawody wśród Katalończyków rozegrali jedynie bramkarz Artola, któremu sprzyjało szczęście(trzy uderzenia gospodarzy w słupek) i Asensi.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Ogorinho1974
13
Zapomniane legendy polskiego futbolu:
29 stycznia 1941 r. w Bytomiu urodził się Henryk Paweł Apostel, polski piłkarz, trener piłkarski i działacz. Od 1977 do 1984 roku był szkoleniowcem reprezentacji Polski do lat 18 i 21; tę pierwszą dwukrotnie doprowadził do drugiego miejsca w mistrzostwach Europy. Wyników z pracy z młodzieżą nie powtórzył z dorosłą kadrą, którą prowadził w latach 1993 - 1995. Równolegle z sukcesami pracował m.in. w Śląsku Wrocław i Lechu Poznań. Od 1999 do 2008 roku był wiceprezesem do spraw szkolenia w Polskim Związku Piłki Nożnej. Grał na pozycji środkowego pomocnika. Jest wychowankiem Rozbarku Bytom, ale po 9 latach spędzonych w tym klubie przeszedł do lokalnego rywala Polonii. Razem z Polonią zdobył w 1962 roku mistrzostwo Polski. W tym samym roku zadebiutował w reprezentacji Polski w towarzyskim meczu z Marokiem. Był to jego jedyny występ w kadrze narodowej. Najlepsze piłkarskie lata spędził w warszawskiej Legii, z którą zdobył mistrzostwo oraz dwa Puchary Polski. W 1969 roku wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Po powrocie był zawodnikiem Śląska Wrocław, Polonii Warszawa i krótko Legii. Piłkarską karierę zakończył w 1976 roku w wieku 35 lat.
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360
2
@kaamil1910 To prawda że potrafią się mocno przeciwstawić naszej Barcuni ale brakuje takim drużynom argumentów, jakości żeby nas wypunktować zwłaszcza w pierwszej połowie. A takimi argumentami dysponuja własnie Bayern, PSG, Arsenal czy Manchester City. Te ekipy przy naszej tragicznej defensywie rozniosą naszą Barce do przerwy kilkoma golami i będzie pozamiatane. Jakoś nie wierze że to się zmieni w ciągu kilku tygodni...
2
@Comentateiro Dokładnie i to w zasadzie wyczerpałeś temat, który poruszyłem. Również podkreślam że wylecimy szybko z Ligi Mistrzów...
4
Wczoraj Duńczycy prowadzili z nami do przerwy 1:0 i w zasadzie nasza Barcunia nie istniała. Jestem bardzo ciekaw czy doszłoby również do remontady, gdyby przeciwnik wbił nam 3 gole(?) a były ku temu okazje. Jeszcze za czasów Ernesto Valverde Blaugrana potrafiła zamykać mecze w pierwszej połowie. Dzisiaj z jakiegoś powodu nie potrafimy tego robić a przecież wczoraj to była tylko FC Kopenhaga, która nie awansowała nawet do następnej rundy! Z taką dyspozycją w pierwszych połowach, to taki Bayern czy Arsenal spokojniutko ładują nam 3 gole do przerwy. Ba! takie ekipy z pewnością nie dałyby sobie wbić 4 goli...
2
@Gary No moim pierwszym w Barcuni był Ronaldinho, w zasadzie na równi z Eto'o. Jednak Romario ogólnie robił na mnie duże wrażenie, zwłaszcza na mundialu w USA. Tak, to był niepowtarzalny piłkarz.
0
@FCBparasiempre
@Safrani
@shaun
@Szalik
13
Feliz cumpleaños panie da Souza Faria! Z okazji 60 urodzin!
29 stycznia 1966 r. w Rio de Janeiro urodził się Romario da Souza Faria. Napastnik o pseudonimie ,,Baixinio”(po polsku Malutki), jak wielu innych Brazylijczyków, swoją karierę w Europie rozpoczynał w 1988 r. w klubie z ligi o średnim prestiżu a mianowicie w PSV Eindhoven. Do FC Barcelony przybył w 1993 r. Trenerem, którego chciał i ściągnął Brazylijczyka do stolicy Katalonii był nie kto inny jak sam Johan Cruyff. ,,W moim pierwszym sezonie będę królem strzelców La Liga i strzelę 30 goli!”- takie właśnie słowa padły z ust Romario gdy przechodził do Barçy. Ktoś powie: ,,Niezły żartowniś z niego albo zarozumialec.” Nie wielu zawodników na świecie może sobie pozwolić na tak buńczuczne wypowiedzi przed sezonem ale jeszcze mniej(jeśli w ogóle ktokolwiek) jest w stanie sprostać takiemu zadaniu. Już w debiucie przeciwko Realowi Sociedad ustrzelił hattricka! Szybko doszedł do porozumienia ze Stoiczkowem i stworzyli cudowny duet. To zdumiewające ale jednak Romario dopiął swego zdobywając 30 gola w ostatnim wygranym spotkaniu z FC Sevilla. Zapewne zrobiłby to wcześniej, gdyby nie zawieszenie po incydencie z Diego Simeone. Snajperem był wybitnym to nie ulega wątpliwości, jednak po wygranym Mundialu w USA Brazylijczyk przedłużył sobie wakacje bez przyczyny, czym mocno rozgniewał Johana Cruyffa. Konflikt wygrał Johan a Romario musiał odejść do Flamengo, lecz czy drużyna na tym zyskała? Romario nadal zdobywał niesamowite gole już w Brazylii i aż strach pomyśleć co by było gdyby nadal grał w barwach Blaugrany?
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Ogorinho1974
6
@FCBparasiempre
Gigi brał udział w jeszcze czterech wielkich turniejach, jednak udane dla niego i jego kraju były tylko mistrzostwa Europy w Polsce i na Ukrainie, gdzie Italia zajęła drugie miejsce. O reszcie chciałby pewnie zapomnieć. Euro 2008? Pierwszy raz jako kapitan w reprezentacji i porażka w ćwierćfinale z Hiszpanią. Mistrzostwa świata 2010? Brak awansu z grupy plus kontuzja, której nabawił się w pierwszym meczu w grupie. Mistrzostwa świata 2014? Znów powrót do domu przed fazą pucharową. Na mistrzostwach Europy w roku 2016 Włosi otarli się o półfinał, przegrywając w ćwierćfinale z Niemcami po rzutach karnych. Ostatnimi spotkaniami o punkty w kadrze były dla Buffona baraże do mundialu w Rosji. Włosi przegrali dwumecz ze Szwedami i pierwszy raz od 60 lat zabrakło ich na turnieju dla najlepszych drużyn globu. Gigi wówczas rozpłakał się przed kamerami, jego marzenia o występie na szóstych mistrzostwach świata legły w gruzach. Karierę w reprezentacji zakończył kilka miesięcy później, w przegranym towarzyskim starciu z Argentyną. Grał oczywiście w roli kapitana, co od 2008 roku było dla niego standardem. 176 – właśnie tyle razy zagrał dla swojego kraju. Wynik ten stanowił do niedawna rekord w ilości gier w kadrze wśród europejskich piłkarzy. Pobił go niedawno Sergio Ramos, który tych meczów ma już na koncie 180.
Jego osiągnięcia muszą budzić podziw. 10 razy był mistrzem Włoch, wygrał także sześć Pucharów i sześć Superpucharów kraju. Z PSG sięgnął po mistrzostwo Francji i Superpuchar Francji, a z Parmą dorzucił jeszcze Puchar UEFA. Najważniejszym trofeum pozostaje jednak mistrzostwo świata, które wespół ze srebrnym medalem mistrzostw Europy tworzy wspaniałą reprezentacyjną karierę Gigiego. Jeśli chodzi o indywidualne sukcesy, jest ich naprawdę masa. Do najważniejszych trzeba zaliczyć drugie miejsce w plebiscycie Złotej Piłki w 2006 roku, 12 statuetek dla najlepszego bramkarza sezonu w Serie A, nagrodę dla najlepszego bramkarza mundialu w Niemczech, laur od UEFA za bycie piłkarzem 2003 roku w Europie oraz trzykrotną obecność w drużynie roku według FIFA. Buffon otrzymał także Order Zasługi Republiki Włoskiej (2006). Inne wyróżnienia można sprawdzić w Internecie. Jest ich tak wiele, że ciężko przejrzyście i rzetelnie przedstawić je bez perfidnego kopiowania. W zawodowej piłce znajduje się prawie od 26 lat. Na swoim koncie zebrał łącznie imponującą liczbę 1106 rozegranych meczów. Pięknie wypełniona gablota to nie wszystko. Wygrał nie tylko sporo złota, ale też zaskarbił sobie sympatię fanów z całego świata. Trudno oprzeć się wrażeniu, że to zwykły gość. Taki sam jak każdy inny facet. Sodówka nie odbijała mu od czasów nastoletnich, jego hierarchia wartości wywoływała szacunek. Nigdy nie wstydził się płakać, robił to często. Swoją klasą jako człowiek być może przebił nawet tę sportową, a zważywszy na to, jak wielka ona jest, to cóż, czapki z głów panie Gianluigi. Nieubłaganie nadchodzi moment, kiedy będzie trzeba raz na zawsze powiedzieć „koniec”. Sam często żartował, że może pożegna się z piłką, gdy będzie miał 65 lat. Wszyscy jednak doskonale wiemy, że to nadejdzie dużo szybciej. Został mu sezon, może dwa w barwach Parmy. Gwiazdy gasną, ale legendy nie giną nigdy, więc ciągle czekamy na finał tej legendarnej, choć wciąż niedokończonej opowieści.
,,Chciałbym, aby dzień, w którym odejdę, sprawił, że ludzie będą z tego powodu smutni”- podsumował Buffon.
7
@FCBparasiempre
Nie stronił od skandali. W Parmie kupił sfałszowaną maturę, by móc pójść na studia. Pewnego dnia zmienił numer koszulki z jedynki na 88. Później tłumaczył, iż nie zdawał sobie sprawy z neonazistowskiej symboliki tej liczby. „H” to ósma litera alfabetu. Napisana dwa razy tworzy „HH”, co jest skrótem od owianego złą sławą „Heil Hitler”. Buffon ponoć o tym nie wiedział, choć kiedy w studiu telewizyjnym pojawił się w swetrze z napisem „śmierć tchórzom”, ludzie zaczęli wątpić w jego wyjaśnienia. Ten slogan używany był przez faszystów za czasów rządów Benito Mussoliniego. Znowu usprawiedliwiał się niewiedzą, mówiąc, że chciał tym zdaniem zmobilizować partnerów z zespołu do lepszej gry. W jego życiu nie brakowało również śmiesznych, zgotowanych przez los wydarzeń. Parma mierzyła się kiedyś z Fiorentiną w Coppa Italia, a Buffon akurat wtedy dostał wolne. Pojechał na stadion w roli kibica, a gdy już po meczu wsiadł do samochodu na parkingu, otoczyła go grupka sympatyków „Violi”. Służby porządkowe nakazały mu jechać do wyjazdu, gdzie znajdują się autobusy z fanami Parmy, którzy mieli zostać eskortowani przez policję aż do samej autostrady. Spotkał tam niejakiego Volpo, jednego z zagorzałych tifosich, który stał z rozwaloną twarzą po bójce z florentyńczykami. Gigi zaproponował, że zabierze go ze sobą autem, by ten mógł komfortowo i szybciej wrócić do domu. W trakcie podróży autokary zatrzymały się, a wysiadający z nich kibice Parmy znów szukali sposobu na konfrontację z rywalem. Policja zorientowała się w sytuacji i przy bramkach wjazdowych na autostradę zatrzymywała wszystkich, chcąc znaleźć ultrasów, którzy brali udział w zadymie. ,,Wysiedliśmy obaj, ale Volpo – o wiele bardziej doświadczony w tego typu sytuacjach – ulotnił się w jednej chwili, zanim w ogóle zdałem sobie z tego sprawę. Ja z kolei oberwałem kilka razy pałką policyjną. W końcu któryś z policjantów mnie rozpoznał. Przynajmniej taką wersję zdarzeń mi później sprzedano. Osobiście uważam, że od początku wiedzieli, kto jedzie w tym samochodzie” – opowiadał w autobiografii. Wkrótce mógł już jechać dalej i w pewnym momencie zobaczył… stojącego na poboczu Volpo. Pozwolił mu wsiąść jak gdyby nigdy nic. Po drodze panowie polubili się jeszcze bardziej, czego dowodem był wspólny wypad do dyskoteki tej samej nocy. Następnego dnia w prasie pojawiły się kuriozalne informacje, że Buffon pojechał razem z kibicami na ustawkę. W pierwszym sezonie wystąpił łącznie w dziewięciu meczach, a już w następnym posadził na ławce Bucciego, stając się pierwszym wyborem nowego szkoleniowca klubu, Carlo Ancelottiego. Z każdym miesiącem bronił lepiej, pewniej, nabierał doświadczenia i sprytu. Jego pozycja w świecie piłki bardzo szybko rosła. W 1997 roku zadebiutował w Lidze Mistrzów w spotkaniu ze Spartą Praga. W sezonie 1998/1999 wygrał z Parmą Puchar Włoch oraz Puchar UEFA, a rok później sięgnął po krajowy Superpuchar. Łącznie spędził w Parmie 10 lat, jeśli liczymy też czasy juniorskie. To kawał historii w jego arcybogatej karierze. Wielka karta zapisana w piłkarskiej księdze. Napisanie kolejnego rozdziału kosztowało Juventus horrendalną jak na rok 2001 sumę 53 milionów euro. Była to wówczas rekordowo zapłacona kwota, jeśli chodzi o pozycję bramkarza. Wynik ten dopiero 17 lat później przebił Alisson Becker, który zamienił Romę na Liverpool, a cała transakcja opiewała na 62,5 miliona euro. ,,Cieszyła mnie kwota, jaką za mnie zapłacono. W tamtym czasie to było ewenementem, ludzie mówili, że taka kwota wydana na bramkarza to szaleństwo. Ja nie miałem z tym żadnego problemu. Juventus śledził moje poczynania w Parmie i jego działacze musieli sobie pomyśleć coś w stylu „ku*wa, ale ten buffon jest dobry”. Gdyby wyłożyli pięć milionów, nie zrobiłoby to na nikim wrażenia. Tę sumę zdefiniowały realia rynku, dobry bramkarz jest równie wartościowy co dobry napastnik. Chciałem za wszelką cenę odejść do Juventusu, niezależnie od tego, ile zapłacili” – wyznał szczerze w jednym z wywiadów.
Do Turynu trafił jako następca wielkiego Edwina van der Sara, który odszedł do angielskiego Fulham. Ze „Starą Damą” od razu zaczął odnosić sukcesy, a jego interwencje krok po kroku budowały legendę, którą jest dzisiaj. Warto nadmienić, że niewielu ludzi pamięta, że mógł również trafić do FC Barcelony, która mocno zabiegała o jego względy. ,,FC barcelona chciała mnie w tym samym czasie co Juventus. Mój agent Silvano Martina miał udać się do Hiszpanii, by dogadać się w sprawie kontraktu, ale wtedy zaprosił mnie do siebie dyrektor generalny Juve, Luciano Moggi. Marzyłem o wygraniu ligi. Ojciec doradził mi, bym wybrał Juventus. Posłuchałem go i nigdy nie żałowałem tej decyzji. Pytała o mnie również Roma, a zważywszy, że był tam dobrze znany mi Totti, a trenerem został Capello, opcja ta wydawała się niezła. Nie dogadaliśmy się jednak finansowo, a do Rzymu zamiast mojej osoby trafił bardzo utalentowany Ivan Pelizzoli.” W pierwszym sezonie Juventus z Buffonem w bramce wygrał ligę, w następnym powtórzył ten wyczyn, a w dodatku doszedł do finału Ligi Mistrzów. 23 maja 2003 roku w spotkaniu decydującym o triumfie w Champions League Juve zmierzyło się z innym włoskim gigantem, Milanem. Po 90 minutach oraz dogrywce było 0:0, więc o wszystkim zadecydowały rzuty karne. Buffon zatrzymał strzały Seedorfa i Kaladze, ale to nie wystarczyło i Milan ostatecznie wygrał konkurs jedenastek 3:2. Niedługo później Gianluigi musiał stawić czoła prawdopodobnie najtrudniejszemu przeciwnikowi w jego karierze – depresji. Ta straszna choroba, która była powodem samobójstwa innego golkipera, Roberta Enke, zawładnęła jego życiem w 2004 roku. Wylewnie mówił o tym wielkim kłopocie: ,,Przeszedłem depresję. osiągnąłem wiek, w którym musiałem dorosnąć i zacząć traktować życie nieco poważniej, co wywarło na mnie ogromny wpływ. Cierpiałem na straszny niepokój i czasami w środku gry moje nogi zaczynały się trząść w niekontrolowany sposób. To było dość przerażające. zdarzyło się, że tuż przed meczem poprosiłem trenera, by rezerwowy bramkarz wszedł za mnie. Ja nie czułem się na siłach. W jakiś sposób zauważyłem, że to wszystko jest trudne do opanowania, a moje ciało i umysł nie wytrzymują tej presji. Kibiców tak naprawdę gówno obchodzi, jaki masz humor i czy wszystko jest okej. Wszyscy widzą tylko piłkarza, idola. Znają Buffona, ale zapominają o Gigim. O moim cierpieniu wiedziałem tylko ja, nie powiedziałem o tym nikomu. Starałem się wysyłać bliskim i kolegom z drużyny małe sygnały. Powoli zdałem sobie sprawę, że z tego da się wyjść. Przewartościowałem parę rzeczy. Kiedyś myślałem, że psycholog to złodziej, który wyłudza pieniądze od pogubionych ludzi. To nieprawda. Jeżeli trafisz na dobrego psychologa, on pomoże ci z tego wyjść. Mnie się udało.” W maju 2006 roku wybuchła słynna afera Calciopoli. W jej wyniku Juventus utracił tytuły mistrza Włoch „wywalczone” w sezonach 2004/05 i 2005/06 oraz został zdegradowany do Serie B, w której w nowym sezonie wystartował z 17 punktami na minusie. Stało się jasne, że stolicę Piemontu opuści wówczas wielu piłkarzy, którym wizja gry w drugiej lidze po prostu nie odpowiadała. Odszedł Zlatan, Vieira, Thuram czy Zambrotta. Buffon miał dylemat, poważnie zastanawiał się nad transferem. Lojalność okazali między innymi Del Pierro i Nedved, jednak oni byli ikonami klubu, a on trafił do niego ledwie kilka lat wcześniej. Ostatecznie postanowił zostać, czym na zawsze zyskał szacunek biało-czarnej strony Turynu. ,,Byłem szczęśliwy, że postanowiłem zostać w Juventusie. Mocno wahałem się nad odejściem do Milanu, ale finalnie podjąłem dobrą decyzję. Niektórzy ludzie mogą dać przykład swoim postępowaniem. Ktoś musiał posłać w świat wiadomość, że w życiu najbardziej liczą się uczucia i własne przekonania, a nie pieniądze czy sława. Gdybym miał podjąć decyzję drugi raz, byłaby ona taka sama.” Juventus – czego można było się spodziewać – po roku wrócił do najwyższej klasy rozgrywkowej, jednak odmarsz wielu świetnych graczy oraz cięcia finansowe musiały dać o sobie znać. Buffon na jakiekolwiek klubowe trofeum musiał czekać od 2004 do 2012 roku, kiedy Juve wróciło w końcu na dobre do gry o wielkie sukcesy.
„Bianconeri” zdominowali całą dekadę w lidze włoskiej, zdobywając dziewięć tytułów z rzędu w latach 2012-2020. Gigi przez cały ten okres stanowił ostoję w bramce turyńczyków. Konsekwentnie z każdym rokiem pracował na swój niebywały status. Dokonania na krajowym podwórku były czymś wielkim, ale Buffonowi, jak i całemu Juventusowi, mocno zależało na triumfie w Lidze Mistrzów. Można chyba śmiało rzecz, że te rozgrywki stały się dla Gigiego czymś w rodzaju obsesji. Ostatecznego spełnienia. Zamknięcia wspaniałej podróży. Po przegranej w 2003 roku Buffon miał na triumf jeszcze dwie sposobności. W 2015 roku Juve musiało uznać wyższość Barcelony, a dwa lata później Realu Madryt. Wyścig po upragnioną zdobycz był jego największą motywacją, kiedy już osiągnął zaawansowany dla zawodnika wiek. Wszystko wskazuje na to, że wyścig ten zakończy się przed metą. W 2016 roku pobił rekord Sebastiano Rossiego w liczbie minut bez straconego gola w lidze (Buffon był niepokonany przez 973 minuty). Napisał wtedy list, którego adresatem była… bramka. Dając popis swoich literackich umiejętności, zawarł w liście takie słowa: „Miałem 12 lat, kiedy odwróciłem się do ciebie plecami, odrzucając całą swoją przeszłość, by zagwarantować ci bezpieczną przyszłość. posłuchałem głosu serca. Poszedłem za instynktem. Dzień, w którym przestałem na ciebie patrzeć, jest także dniem, w którym zacząłem cię kochać. Chronić cię. Być pierwszą i ostatnią linią obrony. Obiecałem, że zrobię wszystko, by już nigdy cię nie zobaczyć. Lub po prostu robić to najrzadziej, jak tylko potrafię. Bolało za każdym razem, kiedy musiałem się odwrócić i wiedziałem, że cię zawiodłem.” Gdy Wojciech Szczęsny zamienił Romę na Juventus, Buffon miał już 39 lat. Było jasne, że nadchodzi zmierzch jego kariery. Na początku ich wspólnej egzystencji w klubie panowie dzielili się liczbą minut spędzaną na murawie, ale Gigi wiedział, że Polak został na Allianz Stadium sprowadzony z myślą jego zastępstwa. Potrzebował wyzwań, bo przecież wyzwania stanowiły dla niego inspirację. Kiedy latem 2018 roku przyjął ofertę od Paris Saint-Germain, piłkarski świat nie dowierzał. Po 17 latach spędzonych w Turynie jego transfer był dla kibiców trudnym tematem. Do stolicy Francji nie trafił jako typowy rezerwowy bramkarz. W jego pierwszym i jak się okazało ostatnim sezonie w PSG rozegrał 25 spotkań, zdobywając mistrzostwo i Superpuchar kraju. Podczas jednego ze spacerów paryskimi uliczkami paparazzi przyłapali go, jak odpala papierosa i zupełnie swobodnie kroczy z nim chodnikiem, co rusz się zaciągając. Nie od dziś wiadomo, że papierosy to jego słabość. Już kilka razy wcześniej był przyłapywany na tym niechlubnym dla sportowca nałogu. Pierwszą fajkę w życiu zapalił, mając zaledwie 14 lat. Możliwe, że właśnie to zamiłowanie do puszczonego dymka w jakiś sposób wpłynęło na jego świetne relacje ze Szczęsnym, który też jak wiadomo lubi zapalić. Wystarczy wspomnieć, jak Buffon przywitał go w Juventusie. ,,Wchodzę do szatni i pierwsze, co widzę, to kłęby szarego dymu. Idę na koniec, a tam dwa wielkie skórzane fotele, na jednym z nich rozłożony jest Gianluigi Buffon. bok niego stolik, popielniczka wielkości pokrywy od studzienki i oczywiście masa kiepów. Buffon bez cienia skrępowania palił papierosy w szatni mistrza Włoch, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie. byłem w totalnym szoku! „ty, ale mi powiedzieli, że tu nie można palić”. Gigi tylko szeroko się uśmiechnął. Teatralnie się zaciągnął i rozbroił mnie, mówiąc: „Witaj w Juventusie, Wojtek”- ujawnił Szczęsny w książce „w krainie piłkarskich bogów”. Na Parc des Princes chcieli zaproponować mu przedłużenie kontraktu o kolejny rok, ale on nie okazywał zainteresowania. Nie skusiły go wielkie pieniądze, bowiem zgadzając się na prolongatę umowy, musiałby pogodzić się z rolą zmiennika. ,,Kilka miesięcy temu mogłem podpisać nowy kontrakt. odmówiłem, ponieważ nie chciałem być rezerwowym. Miałem sporo czasu do namysłu. zrezygnowałem z wielkiej kasy, jaką mi proponowano, bo w wieku 41 lat wciąż potrzebuję emocji.”-wspominał.
W myśl znanego powiedzenia „stara miłość nie rdzewieje”, Buffon po rocznym romansie w Paryżu, wrócił do ukochanego klubu. Chwilę potem pobił rekord Paolo Maldiniego w największej ilości meczów rozegranych w Serie A. Obecnie ma ich na koncie aż 658, choć licznik lada dzień przestanie tykać. W Juventusie pokochali go nie tylko za efektowne parady, ale w pierwszej kolejności za osobowość. Zawsze uśmiechnięty, szczery, przyziemny, ludzki, skromny, daleki od gwiazdorstwa. Szacunek zyskał również zabieraniem głosu na ważne tematy, podczas gdy inni woleli milczeć. Niektórych ludzi mogła drażnić jego nadmierna ekspresja na boisku, ale on sam mówi, że futbol to rozrywka i cyrk oraz dawanie ludziom emocji. Jego wybitny etap w reprezentacji Włoch zasługuje na wyodrębnienie. Buffon oprócz wspomnianego w tekście srebra mistrzostw Europy U16 z 1993 roku, ma również złoty krążek tego czempionatu, zdobyty trzy lata później. W dorosłej kadrze zadebiutował 29 października 1997 roku jeszcze jako gracz Parmy, kiedy w meczu eliminacji mistrzostw świata w pierwszej połowie zmienił kontuzjowanego Gianluce Pagliuce. Starcie to zakończyło się remisem 1:1, a Gigi został pokonany przez… Fabio Cannavaro, który w feralny sposób skierował futbolówkę do własnej bramki. Na mundialu we Francji był jedynie zmiennikiem Pagliuci, a Włosi pożegnali się z turniejem w ćwierćfinale. Od tamtego momentu dotychczasowy golkiper „Squadra Azzurra” w narodowych barwach już nie zagrał, więc Buffon mógł zacząć pisać własną historię. Z powodu kontuzji ominęło go Euro 2000, na którym Italia dotarła aż do finału, przegrywając tam w dramatycznych okolicznościach z Francją. Mundial w Korei i Japonii okazał się prawdziwą klęską, w dodatku okraszoną – powiedzmy sobie wprost – zwykłymi wałkami sędziów. Włosi z Buffonem między słupkami z trudem wyszli z grupy, a w drugiej rundzie trafili na gospodarzy, którym arbitrzy pomagali, jak tylko mogli. Gigi obronił nawet podyktowany w kontrowersyjnych okolicznościach rzut karny, ale wobec kolejnych zagrywek sędziów był już bezradny. Prowadzący tamte zawody Byron Moreno to bez wątpienia uczciwy człowiek. Zapłacono mu za awans Korei? Będzie awans Korei. Mistrzostwa Starego Kontynentu w 2004 roku również okazały się dla Włochów bardzo nieudane, bowiem żegnali się z nimi już po fazie grupowej. W pierwszym meczu grali z Danią i bezbramkowo zremisowali, a jedyną osobą, która po końcowym gwizdku uśmiechała się od ucha do ucha, był Buffon. To właśnie w tamtej chwili jego problemy po długiej walce z depresją ostatecznie zniknęły: ,,Stało się to nagle. W najgorszym okresie miewałem chwile, w których bałem się wychodzić na murawę. Podczas Euro 2004 graliśmy na otwarcie z Danią. To było bardzo ciężkie i wyrównane spotkanie, po którym tylko ja mogłem w stu procentach się cieszyć. Zdałem sobie wtedy sprawę z tego, że moje problemy natury psychicznej odeszły już na dobre.” Na miano najpiękniejszego momentu w reprezentacyjnej, ale też pewnie ogólnie całej karierze zasłużył mundial w Niemczech. Włochy po raz czwarty zostały mistrzem świata, a Buffon przez cały turniej puścił zaledwie jedną bramkę (w grupowej potyczce przeciwko USA). Retrospekcje z finału opisywał w swojej książce: ,,Finałowy mecz z Francją zremisowaliśmy, ale ostatecznie zwyciężyliśmy po serii rzutów karnych. Żadnego nie obroniłem, choć w trakcie meczu zrobiłem to, co do mnie należało, ale będę mógł opowiadać wnukom, że Trezeguet przestraszył się mnie stojącego w bramce i dlatego przestrzelił. Wiem, że nikt temu nie zaprzeczy. No, może sam David, ale on się w tym wypadku nie liczy. Do wykonywania jedenastki nie podszedł Zinedine Zidane – został wcześniej wyrzucony z boiska za paskudny wybryk. Muszę jednak w tym miejscu się do czegoś przyznać. Byłem jedyną osobą na boisku, która widziała, jak Zidane uderza Materazziego. Od razu podbiegłem do sędziego liniowego i o wszystkim mu powiedziałem. Fakt, nie był to zbyt sportowy gest z mojej strony, nie w moim stylu – dlatego nie jestem z niego dumny. Złożyło się na to kilka czynników: zbyt duża presja, zbyt dobrze grający Zidane, zbyt trudna sytuacja naszej drużyny i zbyt wielka pokusa, by dostał czerwoną kartkę i na ostatnie minuty meczu zniknął z boiska. Nie potrafiłem tego powstrzymać. Po finale zemdlałem z wrażenia.” W trakcie spotkania 1/8 z Australią doszło do zabawnego dialogu między Buffonem a Cannavaro, który kilka lat wcześniej niefortunnie zaznaczył swoją obecność w debiucie kolegi. Panowie na murawie ucięli sobie pogawędkę, którą zarejestrowały mikrofony. Gigi był przerażony perspektywą odpadnięcia z imprezy po tym, jak czerwoną kartkę otrzymał Materazzi, a gra Włochów się nie kleiła. Cannavaro odpowiadał na słowa Buffona pomiędzy kolejnymi interwencjami w obronie.
– Fabio ku*wa
– o co chodzi, Gigi?
– nie chcę wracać do domu, rozumiesz?
– dobrze, rozumiem
– nie, niedobrze. jestem poważny jak cholera. chcę tu zostać, nie mam w domu nic do roboty, rozumiesz?!
– rozumiem Gigi
– zgadzasz się ze mną w lekceważący sposób i traktujesz mnie jak dupka, ale ja nie żartuję. nie skończymy jak w korei, prawda? powiedz, że nie skończymy jak w korei
– to się nie wydarzy, zobaczysz
– Fabio, to się nie może wydarzyć, jesteśmy Włochami! nie możemy tak skończyć fabio! fabio nie możemy! fabio, obiecaj mi, że dzisiaj nie odpadniemy
– obiecuję ci, gigi, ale pozwól mi już grać
– słuchaj, moja rodzina może tu dołączyć do mnie, nie muszę pilnie do nich wrócić
– wiem
– jeśli wrócę do domu, będę zły
– to się nie zdarzy, zobaczysz
– nie będzie jak w korei?
– żadnej korei
– pieprzyć koreę!
– amen
11
@FCBparasiempre
Mało brakowało a świat piłki nigdy by o nim nie usłyszał. Przy porodzie pojawiły się pewne komplikacje, które mogły uczynić go kaleką albo nawet odebrać mu życie. Obronił się przed tym, co nie powinno szczególnie dziwić. Talent do bronienia miał przecież ogromny, choć niewielu ludzi wie, że karierę zaczynał jako pomocnik. Pierwszego papierosa zapalił w wieku 14 lat a w drodze na swój debiutancki mecz w dorosłej karierze przeciwko Milanowi zasnął w autokarze. Gianluigi Buffon to doskonały przykład wielkiego sportowca, który pozostał normalnym człowiekiem. Jakiś czas temu legendarny bramkarz Juventusu ogłosił, że kończący się właśnie sezon jest jego ostatnim w Turynie, w którym spędził prawie dwie dekady. Dziś już wiadomo, że Buffon wraca na stare śmieci, bowiem w następnym sezonie będzie bronił bramki Parmy. Powrót Gigiego do klubu, z którego wypłynął na szerokie wody jest świetną okazją, aby podsumować jego piękna karierę. Gianluigi Buffon urodził się 28 stycznia 1978 roku w niewielkiej toskańskiej miejscowości Carrara, położonej nieopodal rzeki Carrione. Tamten dzień, choć na pierwszy rzut oka szczęśliwy, naznaczony został prawdziwym koszmarem. Adrian i Maria Buffonowie nie mogli w pełni nacieszyć się narodzinami swojego trzeciego dziecka. Malutki Gigi został im zabrany jeszcze zanim zdążył zagościć na ich rękach. Przejęta stanem noworodka pielęgniarka w pośpiechu zaniosła go na oddział intensywnej terapii i wtedy wiadomo było, że jest źle. Kilkadziesiąt lat później mama Buffona wzięła głęboki oddech i przez dłuższą chwilę milczała. Ze łzami w oczach opowiadała o dramatycznych wydarzeniach, które spotkały jej ukochaną rodzinę: ,,Wydawał się zdrowy, ważył cztery kilogramy. Okazało się jednak, że dusiła go pępowina. Miał sinicę z powodu braku tlenu i leżał w inkubatorze przez pięć lub sześć dni. Po prostu tam leżał tak jak Jezus na krzyżu. Nikt wtedy jeszcze nie miał informacji, czy doszło do uszkodzenia mózgu. Kiedy lekarze przynieśli go nam, powiedzieli tylko: „Bóg jeden wie…”. Miłościwy pan był dla nas bardzo dobry. Gigi rozwijał się zaskakująco szybko, beż żadnych problemów ze zdrowiem. Chodził i mówił już w wieku dziewięciu miesięcy. Nawet wtedy był numerem jeden.” Z mamą łączy go wyjątkowa więź. Od zawsze był jej oczkiem w głowie, największą miłością i życiowym sukcesem. Znakomite relacje ma również z rodzeństwem, a konkretnie dwiema starszymi siostrami – Veronicą oraz Guendaliną, które także uprawiały sport, będąc siatkarkami. W wywiadzie dla „Corriere della Sera” Guendalina wracała myślami do dawnych czasów: ,,Wiem, że mój brat dla wszystkich jest legendą, ale dla mnie nadal jest małym chłopcem z meczów juniorskich drużyn. Biegał w kółko z dwoma dużymi czerwonymi policzkami, włosami postawionymi na jeża, chudymi nogami i sporym brzuszkiem. Lubił naprawdę dużo jeść.” Jedzenie obdarzył wielkim uczuciem, kiedy jako dziecko odwiedzał rodzinne strony ojca. Adriano Buffon pochodził z Latisany, ale jego rodzeństwo mieszkało w pobliskiej Pertegadzie, gdzie Gigi spędził wiele lat we wczesnej młodości. Przebywał tam ze swoim wujem Giannim, ciotką Marią i babcią Liną. Ich mieszkanie znajdowało się nad sklepem spożywczym, który prowadzili z pomocą Aldiny, innej cioci Gianluigiego. W swojej autobiografii dzielił się wspominkami na ten temat: ,,To był magiczny świat. Poruszanie się po półkach, bieganie i zjeżdżanie po przejściach pełnych rzeczy do jedzenia. Zawsze miałem pełny żołądek. Najbardziej lubiłem kanapki z mortadelą, które pożerałem w gigantycznym tempie.”
Po rodzicielach odziedziczył wraz z siostrami sportowe geny, bowiem Maria Buffon zawodowo rzucała dyskiem i pchała kulą, natomiast Buffon senior był znanym w całych Włoszech sztangistą. Nic dziwnego więc, że Gigiego również ciągnęło do wysiłku fizycznego. Na początku miał spore problemy ze znalezieniem odpowiedniej dla siebie dyscypliny, ale w wieku sześciu lat rodzice zapisali go do szkółki malutkiego amatorskiego klubu USD Canaletto Sepor z miasta La Spezia, które znajdowało się 30 kilometrów od Carrary. Jego pierwszym trenerem został… jego ojciec, który pomimo uprawiania innego sportu, był zapalonym fanem piłki nożnej i opiekunem młodych piłkarzy Canaletto. W przeciwieństwie jednak do archetypowego „nachalnego rodzica” nie narzucał na syna zbędnej presji i nie pajacował przy linii boiska, krzycząc i wymachując rękami w celu chęci polepszenia gry swojej pociechy. Wolał po prostu dać mu się dobrze bawić. Smarkaty Gigi nie podchodził do futbolu tak entuzjastycznie, zdecydowanie bardziej wolał grać w ping-ponga. Jak sam mówi, początki przygody z piłką nie były dla niego optymistyczne, ale spodobała mu się idea posiadania specjalnego stroju meczowego, własnej torby oraz odpowiednich butów.Co ciekawe, Buffon nie zaczynał kariery w roli bramkarza, tylko pomocnika. Debiut w juniorskiej drużynie prowadzonej przez tatę miał wymarzony. Strzelił piękną bramkę z rzutu wolnego i ze względu na swoje gabaryty i posiadaną siłę, od małego był kimś w rodzaju specjalisty od stałych fragmentów. Szczególnie podczas pobytu w Perticata, klubie z Carrary, do którego dołączył po opuszczeniu Canaletto, aby grać bliżej domu. Na jednym z młodzieżowych turniejów uderzył w poprzeczkę podczas swojego pierwszego w życiu występu na stadionie San Siro. Człowiekiem, któremu zarówno Buffon, jak i cała Italia zawdzięcza bardzo wiele, jest niewątpliwie kameruński bramkarz Thomas N’Kono. To właśnie on natchnął 12-letniego wówczas Gigiego do wskoczenia między słupki. Oglądane z wypiekami na twarzy mistrzostwa świata w 1990 roku, gdzie Kamerun z N’Kono w składzie odpadł dopiero w ćwierćfinale po heroicznym boju z Anglią, stały się momentem przełomowym w karierze bohatera tekstu. Akrobatycznie broniący golkiper „Nieposkromionych Lwów” wzbudził u Buffona ogromny podziw i przekonał go do zmiany boiskowej pozycji. Nie będzie sporym nadużyciem stwierdzenie, że N’Kono zmienił bieg historii. Jest wielce prawdopodobne, że gdyby nie on, Buffon nigdy nie zostałby bramkarzem i pewnie przepadłby gdzieś w przeciętności wśród wielu młodych chłopaków grających w polu. Ostateczny dowód na ogromną sympatię do idola stanowi fakt, że jeden z dwóch synów Buffona z pierwszego małżeństwa z czeską modelką Aleną Šeredová nosi imię Thomas. ,,To, co zrobił dla Kamerunu podczas mistrzostw świata, zainspirowało mnie do zostania bramkarzem. Wszystkie oczy były zwrócone na graczy takich jak Diego Maradona i Gary Lineker, ale mnie zahipnotyzował N’kono” – powiedział kiedyś Buffon w jednym z wywiadów. Wielka postać afrykańskiej piłki zwróciła uwagę Buffona już trzy lata przed rzeczonym mundialem, kiedy to Espanyol z nim na bramce wyeliminował z Pucharu UEFA wielki Milan prowadzony przez Arrigo Sacchiego. N’Kono docenił sympatię i szacunek, jakim darzył go młodszy kolega po fachu. Zaprosił go do Kamerunu na swój pożegnalny mecz, jednak nie spodziewał się, że Buffon dotrzyma słowa i zjawi się na miejscu. ,,Po raz pierwszy spotkałem go, gdy miał 20 lat i był w Parmie. Rok później poprosiłem go, żeby zagrał w moim pożegnalnym meczu. Powiedział tylko, że nie ma problemu i na pewno przybędzie. Szczerze mówiąc, byłem przekonany, że tak się nie stanie. Potem, w ostatniej chwili, zadzwonił do mnie i orzekł, że jest na lotnisku i wkrótce ma lot do Kamerunu. To było niesamowite” – przyznał N’kono.
Latem 1990 roku ojciec zapytał go, czy chciałby spróbować swoich sił jako bramkarz. Mając w pamięci popisy N’Kono, 12-letni Gigi bez wahania potakująco kiwnął głową. Jedynym problemem było to, że w Perticacie usilnie wystawiali go w pomocy. Inter Mediolan w tamtym czasie również poznał się na jego talencie i chciał sprowadzić go do siebie, aby ten grał w drugiej linii. Buffon był zdeterminowany, by zostać bramkarzem i na szczęście znalazł inny lokalny klub, który pozwolił mu grać na preferowanej pozycji. Trafił do A.S.D. Bonascola Calcio, gdzie spotkał trenera bramkarzy, Avio Menconiego. ,,Miał znakomitą sylwetkę oraz spory wzrost. Dobrze radził sobie z grą nogami, ale koniecznie chciał zostać bramkarzem. Więc kiedy powiedzieli mi, że jest dzieciak, którego wiele klubów chce jako pomocnika, ja odparłem, żeby przysłali go do mnie. Musiałem nauczyć go, jak poprawnie się rzucać i wpajałem mu do głowy, że za wszelką cenę zawsze musi utrzymać piłkę w rękach. Jeśli chodzi o całą resztę, to po prostu był stworzony do tego fachu” – mówił Menconi o swoim byłym podopiecznym. Już w pierwszym sezonie gry w juniorskiej Bonascoli znalazł się na radarze trzech dużych włoskich ekip – Milanu, Bologni oraz Parmy. Największe zainteresowanie przejawiali Rossoneri. Wysłali nawet rodzicom Gigiego kontrakt do podpisania, jednak podróż do Lodi w celu sprawdzenia warunków i nowego otoczenia spowodowała, że Adriano i Maria zaczęli negatywnie patrzeć na fakt zamieszkania syna tak daleko od domu. Bolonia wydawała się bardziej atrakcyjną opcją i nastoletni Gigi też pozytywnie zapatrywał się na tę przeprowadzkę. Jednak nie wszyscy w klubie żywili przekonanie co do zawarcia umowy, więc sprawa utknęła w martwym punkcie. W Parmie także wątpili w umiejętności młodego piłkarza, ale jeden człowiek stamtąd od razu wiedział, że Buffon będzie wielki. ,,Gdy tylko go zobaczyłem, powiedziałem sobie, że ten dzieciak to fenomen. Dyrektor sportowy Parmy nie był co do niego pewien, ponieważ gigi miał płaskostopie, a jego technika pozostawiała wiele do życzenia. Ja jednak wiedziałem, że możemy nad tym popracować. Dałem wyraźnie do zrozumienia, że musimy natychmiast go pozyskać, zanim zrobi to ktoś inny. kiedyś na jednym z treningów byłem wkurzony na bramkarzy kilka lat starszych od niego. Ryknąłem wtedy, żeby spojrzeli na Buffona i brali z niego przykład, bo w przyszłości będzie numerem jeden w bramce reprezentacji, a w serie a zadebiutuje jako 20-latek” – chwalił się Ermes Fulgoni, były trener bramkarzy Parmy. Na szczęście posłuchano jego słów i zaledwie 13-letni Buffon wkrótce zamieszkał w mieście, które słynie z wymyślenia parmezanu. Gdy opuszczał rodzinną Carrarę, przyjaciele i koledzy z drużyny Bonascoli zasypali go prośbami o oficjalne koszulki, spodenki, a nawet skarpetki z logiem jego nowego klubu. Trener Menconi mierzył wyżej. Był przekonany, że Gigiemu będzie dane reprezentować Włochy. Zagaił go, aby ten wysłał mu pierwszą koszulkę, jaką założy podczas występu dla reprezentacji narodowej. Nastolatek obiecał to zrobić, ale uznał ten pomysł za absurdalny, szczególnie gdy zderzył się z trudnymi początkami nowego środowiska. Splendor i honor grania dla kadry wydawały się zbyt odległe od ponurego życia w jego nowym domu – szkole z internatem imienia Marii Luigi. Nowe miejsce nauki okazało się pięknym i pokaźnym budynkiem, jednak tęsknota za domem dawała mu się we znaki. Placówka zrzeszała uczniów z każdej części kraju, z każdego rodzaju rodziny i z różnych środowisk społeczno-ekonomicznych. 13-letni Buffon był towarzyski i otwarty, więc w mgnieniu oka znalazł kumpli i jak sam mówił, nie dawał sobie w kaszę dmuchać. Problemem okazał się charakterek, który niebawem ujawnił. Lubił się popisywać, być w centrum uwagi, na boisku podczas meczów często zwracał innym uwagę i krytykował w arogancki sposób. Takie postępowanie odbiło się na nim, kiedy w trakcie jednego ze sparingów popełnił fatalny błąd, który zauważył Fabrizio Larini, szef sektora młodzieżowego w Parmie. Larini dał krnąbrnemu małolatowi wybór: zmieniasz swoje zachowanie albo pakujesz manatki i wracasz tam, skąd przyszedłeś. Na jego gorącą głowę wylano kubeł lodowatej wody. Podziałało. Wziął się za siebie i sfokusował swoje myślenie tylko na własnych słabościach oraz ciężkiej pracy. Zaledwie miesiąc później obronił trzy rzuty karne, gdy juniorska Parma triumfowała w finale czteroosobowego turnieju w Molassanie, na którym bronił fantastycznie. To był ważny moment dla Buffona. Wszyscy trenerzy drużyn młodzieżowych Parmy zaczęli w niego wierzyć, a on sam ciągle robił duże postępy. Powołanie do młodzieżowej reprezentacji było kwestią czasu.
W maju 1993 roku bardzo pomógł Włochom awansować do finału mistrzostw Europy do lat 16, które ostatecznie padły łupem Polski. Przyszły król Rzymu, Francesco Totti, grał wtedy w ataku Italii, ale to właśnie Buffon, mimo że był 18 miesięcy młodszy, skradł tamtego dnia show. W konkursie jedenastek w półfinale przeciwko Czechosłowacji obronił aż trzy. W tym samym dniu 16-letnia tenisistka Maria Francesca Bentivoglio dotarła do ćwierćfinału Italian Open. Następnego ranka na pierwszej stronie prestiżowego dziennika „La Gazzetta dello Sport” cały naród oglądał zdjęcia twarzy Marii oraz Gianluigiego. Nad nimi można było przeczytać duży nagłówek, który brzmiał: „Bentivoglio i Buffon, całe Włochy biją wam brawo”. Wracając pociągiem do Parmy, Buffon i kilku kolegów z drużyny ubrani w oficjalne dresowe stroje reprezentacji natrafili na młodych kibiców, którzy bezpardonowo podeszli do charakterystycznie odzianych piłkarzy. ,,Czytałem o was w gazecie. Najwięcej pisali o bramkarzu… jak mu tam było? chyba Buffon” – zabrał głos jeden z fanów. ,,To ja jestem tym bramkarzem!” – wykrzyczał w odpowiedzi Gigi. Ogarnęła nim duma. Poczuł, że w jego życiu zaszły poważne zmiany. Szedł w górę, ludzie zaczęli go rozpoznawać, pochwały spadały na niego niczym jesienne liście z drzew. Stał się zuchwały, w oczy kluła jego infantylność, temperament znowu dawał o sobie znać. Kiedy latem 1995 roku dodano go do kadry seniorów „Gialloblu” na tournée po Ameryce Północnej, zachowywał się jak gówniarz, którym de facto wtedy był. Trener Nevio Scala wydał zakaz niezdrowego jedzenia podczas wycieczki nad wodospad Niagara. Gigi zamówił największe lody. Innym razem, Scala zabronił zabawy wózkami golfowymi w trakcie drużynowej gry w golfa. Buffon miał to gdzieś, wsiadł za kółko i bawił się przednio. ,,Zawsze robiłem odwrotnie, niż kazał mi Scala. Szczerze mówiąc, czasami bałem się, że jeśli trafi do psychologa, to właśnie przez moje postępowanie” – śmiał się po latach. Trener zawsze przymykał oko na występki Gigiego. Wiedział, że to tak naprawdę bystry i dobry chłopak, który szanuje kolegów i klub. W rzeczywistości lubił jego bezczelny urok, postrzegając go jako ucieczkę od presji i stresu. Kilka miesięcy po tournée, Scala znów włączył go do pierwszej kadry. Zbliżał się mecz z Milanem, a podstawowy wybór – Luca Bucci – doznał kontuzji. Rezerwową opcją był Alessandro Nista, jednak 17-letni Buffon na treningach prezentował niewiarygodną formę. ,,Każdy dzień przebiegał tak samo: Buffon był nie do pokonania, broniąc strzał po strzale. w piątek zwróciłem się do mojego trenera bramkarzy, Enzo di Palmy. Zapytałem, czy też widzi to co ja. Odparł, że ten dzieciak jest lepszy, niż myślał, ale nie możemy wystawić go przeciwko Milanowi. Gdyby sparzył się w takim meczu, mógłby już nigdy nie wrócić na właściwe tory” – wspominał Scala. 18 listopada 1995 roku, dzień przed wielkim pojedynkiem, znowu na treningu bronił wszystko. Wtedy Scala poczuł, że trzeba podjąć odważną decyzję. Poszedł do Gigiego, aby porozmawiać.
– co powiesz na to, że jutro chce wystawić cię do pierwszego składu? jesteś gotowy? – zapytał nieśmiało scala. – no, ale w czym problem trenerze? – odparł buffon, a na jego twarzy zarysowało się bezczelne zdumienie.
Nigdy nie bał się wyzwań, uwielbiał do nich dążyć. Za każdy razem, gdy pojawiał się trudny wybór, postępował zgodnie z własną naturą. Zero ściemy i pozery. Bezczelnie wszedł z buta do pierwszego składu i w meczu z wielkim Milanem nie dał rady pokonać go nikt. Próbował Baggio, próbował Weah, swojej szansy szukał Boban. On jednak bronił jak w transie i po końcowym gwizdku na tablicy wyników widniały dwa zera. O swoim debiucie nie powiedział rodzicom, którzy dopiero na stadionie dowiedzieli się, że ich syn wita się z dorosłym futbolem. Podczas drogi na mecz zasnął w autokarze. Kolegów dopadło przerażenie. Wprawdzie miał być zrelaksowany, ale do jasnej cholery, nie aż tak.
@AssisMoreira
@MoralnyKarzel
@shaun
@Szalik
8
Żywa legenda futbolu:
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360