10

Zapomniane legendy rodzimego futbolu:

28 stycznia 1908 r. urodził się Karol Kossok, legendarny napastnik m.in. Cracovii czy też Pogoni Lwów. Kossok był pierwszym piłkarzem w dziejach polskiej Ekstraklasy, który strzelił 4 gole w jednym meczu. Dokonał tego już w pierwszej, historycznej kolejce rozgrywek o mistrzostwo Polski! Dzięki temu stał się jednocześnie pierwszym liderem klasyfikacji strzelców Ekstraklasy. Natomiast tytuł króla strzelców zapisał na swoje konto będąc zawodnikiem Cracovii w 1930. Łatwo można było zlekceważyć tego zawodnika. W czasach gdy wzorcami byli Józef Kałuża czy Wacław kuchar(obaj liczący poniżej 170 cm.) przerastający ich o głowe a w dodatku barczysty Kossok stanowił wyjątek na boiskach Ekstraklasy. Drugiego równie masywnego i wysokiego piłkarza wówczas nie było. Pozornie wydawał się więc niezwykle powolny i nieporadny. Za tą olbrzymia sylwetka kryły się jednak wielkie umiejętności. Naturalny ciąg na bramke, nienaganna technika a przede wszystkim jeden z najlepszych dryblingów w tych czasach w Ekstraklasie, budziły prawdziwy postrach wśród golkiperów. ,,Wózkowanie”- jak wtedy nazywano kiwanie przeciwników- wykonywane przez tego snajpera należało do stałego repertuaru meczów z jego udziałem. ,,Olbrzym śląski z jego balansem ciała, techniką piłki i dyspozycją strzałową jest na boisku polskim zjawiskiem naprawdę niecodziennym”- pisał ,,Przegląd Sportowy”. Uważano jednak że zbyt wiele energii marnuje na zagraniu ,,pod publiczkę”. Krytykom odpowiadał wówczas: ,, Wolę przejechać przeciwnika z piłką, aniżeli oddać ją na oślep”. Usprawiedliwiał się że drybluje po to aby skupić uwagę obrony przeciwnika na sobie i dać swobode swoim kolegom z linii ataku. Jego gra ściągała bowiem największą uwagę tak przeciwników, jak i kibiców. Wielką sławę zapewnił mu też trik, który dopracował do perfekcji- markowanie strzału w sytuacji ,,sam na sam”. -,,Wyszkolenie w dryblingu pomaga mi równocześnie mylić bramkarza przeciwnej drużyny aby ten nie mógł się zorientować co do momentu mojego strzału”- opowiadał. Jego groźna bronią były ponadto strzały z rzutów wolnych. Kiedyś w meczu pomiędzy reprezentacjami Budapesztu a Krakowa zmieścił piłke ze stałego fragmentu gry z odległości 40 metrów w samo okienko bramki przeciwników! Innym razem po strzale Kossoka z dystansu tak znokautowany został austriacki bramkarz Zankl że musiał opuścić boisko. ,,Jeden, drugi wolny wystarcza w zupełności aby pocisk wypuszczony spod dźwigni olbrzymiej nogi znalazł droge do siatki przeciwnika”- opisywał jego umiejętności ,,Przegląd Sportowy”. W Biało-Czerwonych barwach najlepszą partie rozegrał w starciu z Węgrami w ramach Pucharu Amatorów Europy Środkowej, dziś uznawanym już za mecz nieoficjalny. Strzelił wtedy 2 gole i rozmienił obronę przeciwników na drobne dryblingami oraz potężnymi bombami.

@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Ogorinho1974
@Safrani

3

@shaun Tak szczerze to nawet nie pamiętam co tam Torres wyczyniał z tym Realem? Ale rzeczywiście rywalizacja na trzy mocne ekipy była fascynująca! Za to my mieliśmy kapitalną ekipe, która raczej nie prędko się powtórzy......

12

Dublet Neymara i awans do półfinału:

Puchar Króla ma już swojego pierwszego półfinalistę – FC Barcelonę. 28 stycznia 2015 r. podopieczni Luisa Enrique(którzy wygrali pierwszy mecz 1:0) zgarnęli komplet punktów pokonując na Vicente Calderón Atletico Madryt 2:3. Pierwsza połowa była emocjonująca; niecałą minutę przed końcem Fernando Torres wyrównał wynik z krawędzi pola karnego. Radość gospodarzy nie trwała jednak długo, ponieważ w 9. minucie Neymar dał Katalończykom prowadzenie w dwumeczu. W pół godziny po rozpoczęciu meczu Raúl García dał Rojiblancos prowadzenie z rzutu karnego. Podobnie jak przy pierwszym golu, Barcelona szybko wyrównała wynik, gdy João Miranda skierował piłkę do własnej bramki po rzucie rożnym. W 40. minucie Neymar strzelił swojego drugiego gola w meczu, ustalając wynik na 2:3. Prowadząc w meczu, Barcelona kontrolowała posiadanie piłki w drugiej połowie, w której nie było zbyt wielu klarownych okazji. Jedną z niewielu stworzył Cani, którego strzał został w spektakularny sposób zatrzymany przez Ter Stegena. Koniec meczu przyniósł Barcelonie zwycięstwo 4:2 w dwumeczu, co pozwoliło jej awansować do półfinału.

@Safrani
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360

12

W aroganckim stylu:

28 stycznia 2003 r. Luis van Gaal po raz drugi(i ostatni) opuścił FC Barcelone. Holenderski trener nie zamierzał jednak rezygnować. ,,Tak, przechodzimy kryzys ale musimy go przełamać!”- tłumaczył tuż po porażce z Celtą w Vigo(2:0). Holendra przekonał do odejścia Joan Gaspart podczas 90-minutowej podróży samolotem z Galicji. Van Gaal zostawił Blaugrane na 12 miejscu w La Liga i jednocześnie wygrał wszystkie 10 meczów w Lidze Mistrzów. Zarząd Blaugrany marzył aby zastąpił go Sven-Göran Eriksson ale Szwed miał ważny kontrakt z reprezentacją Anglii. W końcu postawiono na Serba Radomira Anticia. Jak widzimy Van Gaal nie był wówczas lepszy od Xaviego, co najwyżej tylko w Lidze Mistrzów. Antič wyciągnął drużynę na 6-tą pozycje na koniec sezonu, co pozwoliło zagrać Blaugranie jedynie w Pucharze UEFA. Strach pomyśleć gdzie by wylądowała ,,nasza” Barça, gdyby nie zareagował prezydent Gaspart.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Ogorinho1974

1

@MoralnyKarzel Najmocniej przepraszam ale wówczas nie oznaczyłem cie.
Prosze tutaj: https://www.fcbarca.com/la-rambla/dyskusja-16451751#comment-16451751

1

@MoralnyKarzel Cała przyjemność po mojej stronie :)

11

Kareta „La Pulgi”:

27 stycznia 2013 r. Barça odzyskała żelazną kontrolę nad La Liga, pokonując Osasunę 5:1 w meczu, w którym Argentyńczyk Leo Messi ponownie był gwiazdą. Numer 10 Blaugrany strzelił cztery gole, zwiększając swój dorobek do 33 w lidze i ustanawiając nowy rekord, strzelając gole w jedenastu kolejnych meczach. Po porażce z Realem Sociedad, Barça dołożyła kolejne trzy punkty, utrzymując bezpieczną przewagę nad najbliższym rywalem, Atlético Madryt. Co więcej, na ławce rezerwowych, obok Roury, zasiedli również stali zawodnicy, tacy jak Iniesta, Jordi Alba i Cesc Fàbregas, oszczędzając siły na przyszłośrodowy półfinał Pucharu Króla, El Clásico. Idealny mecz dla Barcelony, która zmierzyła się z waleczną Osasuną. „Rojillos” wyszli na Camp Nou z bardzo wysoko ustawioną linią obrony i nieustanną presją na Barcelonę w budowaniu akcji, co utrudniało gospodarzom początkowe ataki. Jednak skreślenia Arribasa i Mendilibara osłabiły grę Osasuny a Barça ich dokończyła. Powrót ofensywnego trio „MVP” – Messiego, Villi i Pedro – okazał się kluczowy . Trójząb ofensywny, który dwa sezony temu przyniósł Barcelonie tak wiele sukcesów, zaprezentował klasę mistrzowską, przypominającą czasy świetności, zdobywając cztery gole Messiego, jednego Pedro i fantastyczny występ Villi. Prawie opuścił mecz z powodu fizycznego dyskomfortu, który odczuwał przez cały tydzień, a do półfinału Pucharu Króla pozostały zaledwie trzy dni. Jednak Messi był na miejscu i, jak zwykle, zrobił różnicę. Argentyńczyk rozpoczął swój show dziesięć minut po rozpoczęciu meczu, strzelając pierwszego gola tego popołudnia. Niecelne wybicie Andrésa Fernándeza zostało przechwycone przez Xaviego, który zamiast szukać strzału z dystansu, gdy bramkarz był już poza linią bramkową, zdecydował się na podanie diagonalne w kierunku Messiego, który poczekał, aż bramkarz padnie na ziemię, zanim wpakował piłkę do siatki. Osasuna dobrze przyjęła cios, utrzymując wysoki pressing i nagradzając gola wyrównującego potężnym strzałem Raoula Loe sprzed pola karnego, którego Valdés nie zdołał obronić. Radość gości nie trwała jednak długo. Trzy minuty później, w 26. minucie, strzał Adriano trafił w przedramię Arribasa, co przyniosło mu drugą żółtą kartkę i wykluczenie z boiska.

W dziesiątkę i bez menedżera, gdy Mendilibar został wyrzucony z boiska po incydencie, Osasuna obserwowała, jak Barça odzyskuje prowadzenie po rzucie karnym Leo Messiego, który mógł strzelić jeszcze dwa gole w pierwszej połowie, ale nieistniejący spalony i słupek uniemożliwiły Argentyńczykowi zdobycie trzeciego gola. Pedro zdołał strzelić gola, ustalając wynik na 3:1 po golu Alvesa, który otrzymał piłkę od Xaviego, a następnie podał ją Pedro. Słabsza forma Osasuny pozwoliła Blaugranie na serię goli, które w drugiej połowie mogły z łatwością rozgromić rywali. Oczywiście Messi wykorzystał tę okazję i jeszcze bardziej uświetnił swój i tak imponujący sezon. W zaledwie dwie minuty, między 55. a 57. minutą, Argentyńczyk uzupełnił swój dorobek czterech goli, strzelając jeszcze dwie, w obu asystach Davida Villi. Villa podał rewelacyjnie do Messiego, który strzelił czwartego gola dla Barcelony, i zainicjował akcję przy piątym, który Messi wykończył po dośrodkowaniu Adriano w pole karne. Przekonujący wynik 5-1 przypieczętował zwycięstwo, które mogło zostać powiększone dzięki ciągłym szansom Barçy w drugiej połowie, jednak szanse Alexisa, Thiago i Villi nie znalazły drogi do siatki a Barça zamknęła mecz kolejnym mistrzowskim popisem strzeleckim swojej gwiazdy, która w ten sposób odpowiedziała na znakomity występ Cristiano Ronaldo w meczu z Getafe.

@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Ogorinho1974
@Sysia11

10

@FCBparasiempre
27 stycznia 1942 r. urodził się Gerard Rother, napastnik. Był pierwszym Polakiem, który strzelił gola FC Barcelonie w europejskich pucharach na Camp Nou. Kiedy zakończył karierę, do emerytury pracował jako górnik dołowy w kopalni ,,Wujek”, również w jej najtragiczniejszym momencie w grudniu 1981 r. W rozgrywanej w sezonie 1970/71 po raz ostatni edycji Pucharu Miast Targowych(później Pucharu UEFA) GKS Katowice trafił na Dume Katalonii. Wówczas Katalończycy oczywiście nie byli jeszcze tak bardzo utytułowani ale ich osiągnięcia robiły wrażenie, tym bardziej na tle ówczesnej GieKSy, która w ligowych rozgrywkach nigdy nawet nie stanęła na podium i dopiero debiutowała w międzynarodowych rozgrywkach. Natomiast Barça miała już na koncie 8 tytułów mistrza Hiszpanii i aż 3 razy wygrała Puchar Miast Targowych. 16 września 1970 r. na Stadionie Śląskim polski zespół ,,planowo” przegrał, chociaż zaledwie 0:1. Zdawało się że tydzień później na rewanż jedzie już tylko na atrakcyjną wycieczke. Jednak na Camp Nou to goście z Polski prowadzili 2:0, będąc o krok od sprawienia olbrzymiej niespodzianki! Pierwszego gola pięknym strzałem pod poprzeczke zdobył Rother. Do drugiej też mocno się przyczynił, gdyż to on był przewrócony przez rywala w polu karnym. Jedenastke na gola zamienił Jerzy Nowak. ,,Wprawdzie ja byłem wyznaczony do karnego ale przestrzegaliśmy zasady że do piłki nie powinien podchodzić faulowany piłkarz, więc wyręczył mnie Jurek”- tłumaczył Rother. Po przerwie czar prysł. Katalończycy otrząsnęli się z szoku i zdołali podkręcić tempo. Nie zawiodła ich skuteczność. Wygrali 3:2 i awansowali do 2 rundy. ,,Zaprzepaściliśmy ogromną szanse. Zaszkodził nam boiskowy egoizm bo w końcówce każdy chciał strzelać, nikt nie patrzył na lepiej ustawionego kolege. Brakowało chłodnej głowy. Poza tym zawsze twierdziłem a teraz chętnie powtórze że gdyby prowadził nas trener Tadeusz Foryś, który pracował z nami już wcześniej, w tej Barcelonie byśmy nie przegrali. Na ławce był jednak Marceli Strzykalski i nie poradził sobie, podejmował błędne decyzje. Nie chce mówić źle o niektórych zawodnikach ale skład na ten mecz powinien wyglądać trochę inaczej. Takie jest moje zdanie i nie zamierzam się z nim kryć”- opowiadał Rother. Najdziwniejsze że jego zespół w 1971 r., czyli w tym ,,barcelońskim” sezonie, spadł z ekstraklasy… Tak się złożyło, choć to kwestia nie tylko szczęścia ale i umiejętności że Rother grał w pierwszych historycznych ekstraklasowych meczach Śląska Wrocław i GKS Katowice. Ma więc już zaklepane ważne miejsce w kronikach obydwu klubów na wieki wieków, choć nie można postawić tu znaku równości. W Śląsku był krótko i raczej przypadkowo, gdyż tak chciał los a mówiąc konkretniej, tak chciało wojsko. Gdyby nie musiał, Górnego Śląska w ogóle by nie opuszczał. W niczym nie zmienia to faktu że we Wrocławiu pozostawił po sobie dobre wspomnienie. Nie chodzi tylko o debiut . W barwach WKS strzelił gola decydującego o pierwszym zwycięstwie w najwyższej klasie rozgrywkowej(na 2:1 z Gwardią Warszawa) i był to zarazem pierwszy gol Śląska w ekstraklasie z akcji bo na 1:0 Stachuła trafił z rzutu karnego. Przed przenosinami do Wrocławia Rother grał w Rapidzie Wełnowiec, klubie,z którego później powstał GKS Katowice. Gdy upomniała się o niego armia, poszedł do wojskowej Polonii Jelenia Góra z 3 ligi. ,,Zostałem najlepszym strzelcem, chyba z 33 golami w sezonie. Na koniec mierzyliśmy się we Wrocławiu z rezerwami Śląska i zdobyłem 2 piękne gole. Po meczu podszedł do mnie generał, posłusznie zasalutowałem a on krótko: ,,Żołnierzu, od jutra jesteś w Śląsku”. Paroma rozkazami w mig wszystko załatwił. Wróciłem jeszcze do Jeleniej Góry ale następnego dnia, w mundurze, nawet bez konieczności zdawania sprzętu, pojechałem do Wrocławia i rzeczywiście już tam zostałem”- wspomina Rother. Pan Gerard spędzil w Śląsku tylko pół roku. ,,Kończyła się służba wojskowa. Chcieli żebym został ale nie byłem zainteresowany. Miałem dziewczyne w rodzinnych stronach, zakochałem się. Nie ma jak w domu- zauważa nasz bohater, zaznaczając że ,,po linii wojskowej” interesowała się nim też Legia. Namawiał mnie Ryszard Koncewicz, zachęcał Kazimierz Górski ale tłumaczyłem im że jestem Ślązakiem z krwi i kości i zamierzam grać u siebie. Legia zupełnie mnie nie pociągała. Przewineło się przez nią wielu Ślązaków ale nie wszyscy byli dobrze traktowani. Wolałem nie sprawdzać jak obejdą się ze mną”- przyznaje Rother.

Z Legionistami miał barwne boiskowe porachunki, właśnie jako piłkarz GKS, z którym w 1956 r. awansował do ekstraklasy, zresztą z jego wydatną pomocą, gdyż w rundzie wiosennej strzelał ważne gole. W następnym roku GieKSa zwyciężyła przy Łazienkowskiej 3:0 a on wpisał się na liste strzelców. W Legii grali tacy piłkarze jak Gmoch, Horst Mahseli, Brychczy, Blaut czy Żmijewski a na bramce Grotyński. ,,Muszę jednak przyznać że wiosną Legia się nam odwdzięczyła. W Katowicach rozwaliła nas 4:0”- uczciwie przypomina pan Gerard. Dodajmy że w tym rewanżu wystąpiły późniejsze asy polskiego futbolu: Deyna i Gadocha, którzy strzelili po jednym golu. Zwieńczeniem wszystkich starć Rothera z Legią był mecz o ćwierćfinał Pucharu Polski w kwietniu 1968 r. W regulaminowym czasie żadnej drużynie nie udało się strzelić gola, więc decydowały rzuty karne. ,,Ależ cóż co był za konkurs! Wygraliśmy 11:10 a w sumie wykonywano 38 jedenastek! Normalnie rekord świata! Kończyła się jedna seria ale ciągle był remis, więc zaczynaliśmy następną bo już wszyscy podeszli do piłki. Dlatego strzelałem 2 razy i dwa razy trafiłem! W ogóle to miałem ,,kopyto” w obu nogach, żadna nie była tylko do podpierania. Zdrowie do biegania też miałem i w młodości na środku ataku i potem na skrzydle byłem, nawet na boku obrony mnie wystawiali. Wszędzie dawałem rade”- opowiada Rother. Inna sprawa że w jego czasach GieKSa nie mogła doskoczyć do ścisłej czołówki. To nie była jeszcze firma zbudowana później przez Mariana Dziurowicza, kiedy zespół ciurkiem przez 10 lat grał w europejskich pucharach. Za czasów Rothera była tylko ta jedna, barcelońska przygoda. Gdy nadarzyła się okazja, wyjechał do Francji, gdzie grał w drugoligowym Boulogne. Dwa lata później wrócił i znowu pojawił się w GieKSie, której wciąż nie było w ekstraklasie. Związał się z AKS Chorzów, potem był Katowicki Rozwój i jeszcze epizod w Calais… A na koniec uroczo kontrastujące z tą elegancką francuską nazwą amatorskie granie w LKS Stara Wieś z Pszczyny. ,,Kończyła się kariera i nadchodził czas żeby zająć się czymś innym. Przyjąłem się do pracy na kopalni ,,Wujek”. To nie była jakaś trudna decyzja, całkiem normalna. Byłem po szkole górniczej. Nie bałem się ani zjeżdżania na dół, ani ciężkiej roboty bo właśnie taka tam czekała. Zbliżałem się do 50-tki i chciałem dalej pracować pod ziemią ale kierownictwo kopalni już nie pozwoliło”- wyjaśnia pan Gerard. W przeciwieństwie do wielu byłych zawodników nie zajął się pracą trenerską. ,,Miałem papiery instruktora. Mogłem próbować ale urodziło nam się dziecko i zacząłem inne życie. Za to kibicem zostałem już na zawsze i to nie tylko piłkarskim, gdyż na hokej na lodzie chodzę regularnie. Oczywiście na GieKSe. Na Górniku Zabrze też czasem jestem bo mam do niego sentyment. Mogłem w nim kiedyś grać, były zapytania. Wolałem jednak zostać w GieKSie, tu mi było najlepiej”- przypomina nasz bohater. Natomiast kadra narodowa jakoś go ominęła, choć nie można powiedzieć że szerokim łukiem. ,,Wystąpiłem w reprezentacji młodzieżowej, olimpijskiej ale w tej najważniejszej, czyli pierwszej, niestety nie. Pewnie że trochę żałuje bo uważam że przynajmniej na jedną szanse zasługiwałem. Jak grałem, tak grałem ale ciesze się że zapracowałem na szacunek kibiców. Ciągle są tacy, którzy pamiętają i doceniają, jakim byłem piłkarzem. Siedzę sobie teraz w pokoju, popijam piwko, patrze na te wszystkie puchary, pamiątki i wiem że nie zmarnowałem kiedyś czasu”- uśmiecha się Gerard Rother.

@MoralnyKarzel
@Szalik

7

1

@FcPortoFan1999 No nie wątpie! Aczkolwiek "Smokom" też to na razie nie "grozi"....

8

@FCBparasiempre
27 stycznia 1899 r. w Budapeszcie urodził się Bela Guttmann, wielka legenda futbolu. Niepokorny piłkarz wieszający szczury na drzwiach działaczom Federacji Piłkarskiej. Król nowojorskiego nocnego życia. Bankrut. Milioner. Poskramiacz dziennikarzy. Węgierski Żyd, który przetrwał Holokaust, zostawiając bliskich w obozie pracy. Odkrywca talentu Eusebio. „Wybitny trener bez, którego nie byłoby Złotej Jedenastki Węgier ani Wielkiej Brazylii” – tak mówił o nim Ferenc Puskas. To też człowiek naznaczony historią Europy XX wieku. Guttmann od małego był związany ze sztuką a konkretnie tańcem, ponieważ właśnie tym trudnili się jego rodzice. Młody Bela upodobał sobie jednak inny sport. Urodzony w 1899 roku Węgier zaczął bowiem grać w piłkę w klubach z Budapesztu. Na początku lat 20. po krótkiej przygodzie z drużyną Torekves SE przeniósł się do będącego własnością bogatych żydowskich rodzin – MTK Hungaria. Z MTK wygrał dwa mistrzostwa a następnie wyjechał ze stolicy Węgier. Niestety jego kolejny transfer nie był spowodowany wybitną grą młodego Beli, a w dużej mierze sytuacją polityczną. Na tym etapie życia po raz pierwszy(i nie ostatni) świat zaczął mu przypominać o jego żydowskim pochodzeniu. Więc z uwagi na rosnące nastroje antysemickie panującego na Węgrzech za rządów Admirała Horthego, Guttmann wyjechał do Wiednia. W Austrii wstąpił do drużyny Hakoah Wiedeń największego wówczas żydowskiego klubu w Europie. Tam grał w latach 1922-1926 zdobywając jeden tytuł mistrzowski. Zadebiutował również w reprezentacji Węgier właśnie jako zawodnik Hakoah. Tylko jak to było z tą reprezentacyjną przygodą…? Guttmann zagrał zaledwie w 4 meczach w biało-zielonych barwach a wszystko nie przez brak talentu, ale swój dość problematyczny charakter. Młody pomocnik nigdy nie bał się mówić tego co myśli, przez co często popadał w konflikty. Najbardziej nie po drodze było mu z działaczami rodzimego związku piłkarskiego. Podczas pobytu na igrzyskach olimpijskich w Paryżu w 1924 roku, 25-letni reprezentant był bardzo niezadowolony z warunków pobytu oraz faktu, iż jak twierdził: „W ekipie jest więcej urzędników niż piłkarzy”. Swoje niezadowolenie zamanifestował jednak w bardziej dosadny sposób niż słownie. Bela na drzwiach każdego z działaczy powiesił martwego szczura. O dziwo nowe towarzystwo nie przypadło do gustu urzędnikom i zawodnik Hakoah musiał zakończyć karierę reprezentacyjną. Jego ostatni występ przypadł akurat na mecz z Polską, właśnie w Paryżu, rozegrany tuż przed „szczurzym manifestem”. W 1926 roku piłkarz pojechał na amerykańskie tournée z drużyną z Wiednia, postanowił jednak, że z niego nie wróci. Bela zadomowił się w Nowym Jorku i grał w tamtejszych klubach. Nie miał jednak zamiaru marnować ostatnich lat kariery wyłącznie na kopaniu piłki. Węgier zarobił oraz zainwestował sporo pieniędzy, które skrupulatnie wydawał w nowojorskich barach i restauracjach, oczywiście w towarzystwie gwiazd ówczesnej muzyki oraz kina. Syn żydowskich tancerzy z Budapesztu stał się królem życia spełniającym swój amerykański sen. Niestety pobyt w USA jak całe życie Guttmanna naznaczone jest kontrastami i ściśle związane z światową historią pierwszej połowy XX wieku. Nowojorską gwiazdę soccera dopadł kryzys finansowy spowodowany krachem na giełdzie w 1929 roku. Podobno w wyniku tych wydarzeń Guttmann stracił ok. pół miliona dolarów (dzisiaj byłoby to ponad 5 mln.) Po załamaniu finansowym, kluby nie były w stanie wypłacać piłkarzom tak dużych sum jak wcześniej, więc Węgier zdecydował się zakończyć karierę i w 1932 roku wrócił do Europy. Ze Stanów Bela wrócił do Wiednia, co prawda bez worka pieniędzy, ale za to z cennym bagażem piłkarskiego doświadczenia.

W 1933 roku podjął się pierwszej pracy jako trener w dobrze mu znanym Hakoah, gdzie naturalnie długo miejsca nie zagrzał. Następnie wyjechał do Holandii, by przez dwa sezony trenować Twente Enschede. Dobra, miał trenować przez dwa sezony. Guttmann został zwolniony, bo osiągał wyniki… zbyt dobre. Na początku pracy wynegocjował bowiem absurdalnie wysoką premię w przypadku zdobycia mistrzostwa, należy zaznaczyć, że obejmował drużynę ze strefy spadkowej. Bez problemu utrzymał się w lidze, a następnie w kolejnym sezonie szło mu za dobrze. Zarząd klubu uświadomił sobie, że nie stać ich na mistrzostwo więc pożegnano się z Węgrem. Z Holandii niedoszły mistrz wrócił oczywiście do pracy w drużynie Hakoah. Po kolejnej przygodzie wyjechał do Budapesztu, w którym to znalazł się po raz pierwszy od swojego wyjazdu ponad 15 lat wcześniej. W rodzinnym mieście osiągnął pierwszy sukces w pracy menadżera, zostając mistrzem z klubem Ujpest FC. Sprawy układały się fantastycznie, a kariera Guttmanna parła naprzód. Niestety na drodze stanął mu jeden mały problem – wybuch II wojny światowej, która zastała go w tak szczęśliwym dla niego czasie i tak znaczącym miejscu. Przez dziesięciolecia nie było wiadomo, co dokładnie Guttmann robił w czasie wojny, a na pytania, jak przetrwał Holokaust ten odpowiadał: „Tylko Bóg mi pomógł”. Jednak po latach wyszło na jaw, że przetrwanie zawdzięczał nie tyle bożej pomocy, co odrobinie sprytu i pomocy szwagra. W biografii węgierskiego trenera napisał o tym David Bolchover. Okazało się, że gdy na Węgrzech zaczęła się masowa eksterminacja Żydów, Bela ukrywał się właśnie na strychu szwagra. Niestety w 1944 roku rodzina Guttmannów została przewieziona do obozu pracy, skąd Bela uciekł w grudniu 1944 roku tuż przed wywiezieniem do Auschwitz. Węgier wyrwał się z objęć śmierci wraz z innym trenerem Ernestem Erbstainem. Ojciec i siostra Guttmanna zostali zamordowani w Oświęcimiu, a sam Bela do końca życia nie mógł pogodzić się z tym, że ich wtedy opuścił. Po wojnie Guttmann wrócił do pracy jako trener, najpierw podejmując się pracy w rumuńskich klubach, gdzie jednak nie było łatwo. Podczas pobytu w Rumunii, zdarzało się, że Bela z powodu niedoborów prosił, aby kluby wypłacały mu pensję w żywności. Po tym niezbyt udanym epizodzie przyszedł czas na powrót do swojego kraju, gdzie po raz kolejny objął stery Ujpest FC, a następnie Kispest. To właśnie tam jego podopiecznym był słynny Ferenc Puskas. Największa gwiazda węgierskiej piłki miała, delikatnie mówiąc, nie najlepsze stosunki z nowym szkoleniowcem. Między innymi dlatego, iż posadę trenera Guttmann przejął od ojca Puskasa, z czym ten najwyraźniej nie chciał się pogodzić. Bela nie zagrzał na dłużej miejsca w Kispest i pokłócony z kim tylko się da (łącznie z komunistycznymi władzami), wyjechał do Włoch. Co ciekawe wcześniej dostał propozycję objęcia reprezentacji Węgier, ale w obliczu konfliktu z Puskasem oraz swojej niechęci wobec ówczesnej władzy odmówił. Stracił tym samym szansę na zapisanie się w historii złotej jedenastki, choć to on był jednym z twórców systemu 1-4-2-4, którym grali podopieczni Gustava Sebsa. Poniekąd więc przyczynił się do ich późniejszych sukcesów. We Włoszech najlepszą drużyną, jaką prowadził Guttmann, był wielki AC Milan. Rossonerii pod wodzą nowego menadżera spisywali się świetnie i pewnie zmierzali po mistrzostwo. Jak to jednak nasz bohater miał w zwyczaju, zanim sezon się skończył, zdążył się z kimś pokłócić. Tym razem na cel wybrał członków zarządu, przez co został natychmiast zwolniony. Wtedy Węgier niczym Jose Mourinho zwołał konferencję prasową, na której wypowiedział słynne słowa: „Zostałem zwolniony, a nie jestem ani kryminalistą, ani homoseksualistą. Żegnajcie!”.

Wyszedł. Po wydarzeniach w Mediolanie Bela w każdym swoim kolejnym kontrakcie zamieszczał klauzulę, że nie może zostać zwolniony, jeśli jego drużyna będzie zajmowała pierwsze miejsce w tabeli. W 1957 roku z Włoch wrócił do Budapesztu, gdzie ponownie objął Kispest, które zostało przez socjalistyczną władzę przemianowane na Honved. Tam znalazł wspólny język z Puskasem i wydawało się, że będzie spokojnie pracować, niestety do głosu znów doszła historia. Podczas pucharowego starcia w Bilbao z tamtejszym Athletikiem, na Węgrzech wybuchła antykomunistyczna rewolucja. Drużyna nie wiedziała, czy i gdzie odbędzie się ewentualny rewanż, sami piłkarze natomiast, nie byli przekonani czy w ogóle wracać do kraju. Ostatecznie spotkanie odbyło się w Brukseli, a Honoved odpadł z rozgrywek. Niestety po Budapeszcie nadal jeździły sowieckie czołgi, więc Guttmann wraz z piłkarzami zdecydowali się nie wracać do kraju. Dostali kilka propozycji gry w różnych ligach, nawet w Meksyku. Ostatecznie cały team poleciał do Ameryki Południowej, gdzie rozegrał serię sparingów w Brazylii. Całe eldorado zakończyła FIFA, wykluczając Honved ze swoich struktur. Po dyskwalifikacji drużyny część jej członków wróciła do kraju, ale kilku piłkarzy rozjechało się po świecie. Wśród nich był również Bela, który zaczął pracę w Sao Paulo. W Brazylii mimo zaledwie rocznego pobytu zdążył wygrać stanowe mistrzostwo, a przede wszystkim spopularyzować swój styl gry. Nauczył piłkarzy i trenerów z kraju Pelego grać niezawodnym, w jego rękach systemem 1-4-2-4. Kiedy wyjeżdżał w 1958 roku, Brazylia zostawała mistrzem świata, stosując właśnie styl gry Guttmanna. Kolejnym przystankiem w karierze była Portugalia, gdzie Węgier święcił największe triumfy w karierze. W 1958 roku wraz z drużyną FC Porto wygrał ligę, przeskakując w tabeli Benfikę. Wówczas Guttmann jeszcze nie wiedział, że stanie się legendą klubu, który właśnie pokonał. Bela zmienił stronę barykady i od razu rozpoczął własne porządki. Zaczął od pozbycia się dwudziestu doświadczonych, lecz jak uważał, podstarzałych zawodników. W ich miejsce zatrudnił młodych adeptów futbolu mających stanowić o przyszłej sile Benfiki. Wśród nich znalazł się nikomu nieznany 17-latek z Mozambiku, niejaki Eusebio. Historia związana ze sprowadzeniem Eusebio jest przestrogą przed łysiną. Fantastyczny młodzieniec został znaleziony dzięki wizycie u… fryzjera. Pewnego razu roku 1960 Guttmann udał się ściąć swoje włosy. Tam spotkał Jose Carlosa Bauera, byłego reprezentanta Brazylii, którego Bela znał z czasów pracy w tym kraju. Okazało się, że Bauer jest na wakacjach w Lizbonie i za parę dni leci do Mozambiku. Węgier na wieść o tym niejako w żartach rzucił: „Posłuchaj mnie, staruszku, jeśli widzisz utalentowanego zawodnika, kogoś, kto urodził się w Portugalii, pamiętaj o jego imieniu”. Po kilku miesiącach przyjaciele znów się spotkali, a Guttmann dowiedział się o istnieniu jednej z największych przyszłych gwiazd futbolu. Już wtedy, jednak sprowadzenie utalentowanego zawodnika, nie należało do najprostszych zadań. O Eusebio wraz z Benfiką zabiegał lokalny rywal – Sporting. Guttmann postanowił nie odpuszczać i walczył o młodego gracza jak lew, aż wreszcie udało mu się dopiąć swego. Co ciekawe przed podpisaniem kontraktu złoty chłopiec był odizolowany od świata i pilnowany przez całą dobę przez pracowników Benfiki. Trwało to aż 12 dni, aby nikt ze Sportingu nie zdołał go przeciągnąć na swoją stronę. Eusebio wspominał jednak: „Dyrektor Sportingu dotarł do mnie położył pieniądze na stole i powiedział, że to moje, jeśli podpiszę kontrakt z nimi” Portugalczyk odparł: „Powiedziałem mu, że to niestosowne, że nie jestem zły, ale nie zamierzam podpisać dwóch kontraktów naraz”. Tak zaczęła się wspólna historia dwóch legend Benfiki. Guttmann stworzył w Lizbonie maszynę do wygrywania, czyniąc z Estadio da Luz twierdzę nie do zdobycia. Wygrał ligę oraz pierwszy Puchar Europy w 1961 roku. Wyniósł swój warsztat na wyżyny możliwości, będąc nie tylko najlepszym strategiem swoich czasów, ale przede wszystkim wybitnym psychologiem. Potrafił zarządzać drużyną, odpowiednio motywując swoich piłkarzy oraz świetnie ściągać z nich presję i wywierać ją na przeciwnikach.

Guttmann już 50 lat temu wiedział, jak ważne w tej branży są media. Stosował manewry, jakich nie powstydziłby się Diego Simeone czy Jose Mourinho. Przed jednym ze spotkań w półfinale Pucharu Europy z Tottenhamem, Bela powtarzał dziennikarzom brytyjskim jak bardzo obawia się silnej, fizycznej gry Anglików. Oczywiście zadowoleni dziennikarze pisali tylko o tym. Sęk w tym, że prasę czytał przed meczem również sędzia główny tego spotkania. Przejęty arbiter z Danii nie pozwolił zawodnikom z Londynu na ostrą grę, na czym skorzystała grająca technicznie Benfika. Co więcej, w rewanżu na White Hart Lane Guttmann zabronił wychodzić swoim zawodnikom na murawę równo z drużyną gospodarzy. –Zamknąłem drzwi garderoby i pozwoliłem Benfice wyjść w ostatniej chwili, z sędzią i liniowymi– powiedział. –Gra rozpoczęła się, zanim dotarła do nas obecność publiczności. Efektem tych działań był występ Benfiki w drugim z rzędu finale Pucharu Europy. W finale chłopcom Guttmanna przyszło się zmierzyć z piekielnie mocnym Realem Madryt. Królewscy mieli w składzie Alfredo Di Stefano oraz dobrego znajomego Guttmanna – Ferenca Puskasa. Bela widział siłę swojego zespołu nie w wielkich nazwiskach, a młodości. Przed meczem powtarzał jak mantrę, że gwiazdorzy Realu starzeją się i nie wytrzymają tempa, jakie narzucą im gracze ze stolicy Portugalii. Niestety do przerwy tablica wyników na stadionie w Amsterdamie wskazywała 3:2 na korzyść Realu. Węgier nie zmieniał jednak swojej taktyki, nadal wbijając do głowy swoim podopiecznym, by robili swoje. W żartobliwy sposób opowiadał o tym po latach jeden z zawodników Benfiki Antonio Simoes: ,,Naprawdę wierzyliśmy, że możemy wygrać. Pamiętam Guttmanna krzątającego się po szatni i mówiącego w jego własnym języku, swego rodzaju mieszanką portugalskiego i włoskiego, mówiącego nam: Panie, siadaj, panie, siadaj, Real Madryt zmęczony, Real Madryt zmęczony, Real Madryt stary, stary, stary, nie mogą wygrać, Real Madryt nie może biec, Di Stéfano nie żyje. Ta chwila naprawdę nas uderzyła. Wierzyliśmy, że wygramy”. Po drugich 45 minutach było już 5:3 na korzyść drużyny z Estadio da Luz, a puchar po raz drugi z rzędu powędrował do Lizbony. Po zdobyciu upragnionego trofeum Guttmann zaczął jeszcze bardziej cenić swoje umiejętności. Z tego powodu udał się do właścicieli Benfiki i zażądał podwyżki aż o 65% dotychczasowej pensji. Klub z Lizbony nie mógł przystać na takie warunki umowy i pożegnał się z Węgrem. Ten wpadł w szał i wypowiedział zdanie, które do teraz określane jest mianem klątwy Guttmanna: „Przez najbliższe sto lat Benfika nie zostanie mistrzem w Europie”. W Lizbonie do dziś czekają na międzynarodowe trofeum. Od tego czasu swoją szansę zaprzepaścili przegrywając w ośmiu finałach europejskich rozgrywek. Czy przyjdzie im czekać jeszcze ponad 40 lat?

@Arkon
@AssisMoreira
@MoralnyKarzel
@Szalik

7

13

Blaugrana w Pucharze Hiszpanii:

Dokładnie 10 lat temu FC Barcelona pokonała Athletic Bilbao 3:1 w rewanżowym starciu ćwierćfinałowym Copa del Rey i awansowała do półfinału. Pomimo prowadzenia 2:1 w pierwszym meczu na San Mamés, nie spodziewano się łatwego spotkania. Luis Enrique dał szanse zawodnikom, którzy rzadziej występowali w pierwszym składzie w La Liga, takim jak bramkarz Ter Stegen i środkowy obrońca Vermaelen. „Txingurri” stworzyli dla swojej drużyny zacięty mecz i przez pewien czas byli o krok od półfinału aż w końcu opadli z sił. Objęli prowadzenie po golu Iñakiego Williamsa, ale potem Luis Suárez, Gerard Piqué i Neymar rozstrzygneli sprawę awansu. Iñaki Williams uciszył Camp Nou w 11. minucie meczu, gdy po świetnym podaniu Aduriza znalazł się za plecami Mathieu i minął zwodem Ter Stegena, strzelając do pustej bramki. Barça ze zdumieniem obserwowała, jak czerwono-biali atakowali każdą piłkę z coraz większą intensywnością i nawet w pierwszej połowie mieli szanse na powiększenie przewagi. Stało się tak pomimo dominacji gospodarzy, która nie przyniosła bramki ze względu na brak precyzji w grze trójzębem, w której Brazylijczyk Neymar wyróżniał się swoją chęcią. Przez 42 minuty Athletic Bilbao delektował się awansem do półfinału, tyle samo czasu zajęło FC Barcelonie przekucie swojej dominacji w gola. Świetne podanie Sergiego Roberto do Messiego pozwoliło Argentyńczykowi asystować Suárezowi, który z łatwością pokonał Herrerína, bez wybicia piłki przez żadnego z obrońców(53. minuta). Mimo to drużyna z Bilbao nie straciła wiary i kontynuowała pressing w środku pola, przejmując piłkę i wymuszając kontrataki. Choć nie tracili wiary, stopniowo tracili impet. Barça wykorzystała to, by przypieczętować zwycięstwo. Najpierw Alves dośrodkował z prawej strony a piłkę głową do bramki skierował Piqué (81. minuta). Jednak najlepszemu zawodnikowi meczu, Brazylijczykowi Neymarowi, zabrakło charakterystycznego akcentu i to on dokończył akcję świetnym strzałem, po którym Herrerín nie mógł nic zrobić (91. minuta).

@Safrani
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360

12

Premierowe zwycięstwo o stawke:

27 stycznia 1901 r. FC Barcelona wygrała pierwszy w swojej historii mecz o punkty. Mecz ten był rozgrywany na ,,Camp del Hotel Casanovas”, w którym Duma Katalonii pokonała Sociedad Española de Futbol 4:1 w ramach Copa Macaya(prekursorze mistrzostw Katalonii). Wszystkie 4 gole strzelił wybitny i legendarny założyciel klubu Joan Gamper. Była to pierwsza edycja Pucharu Macaya i mimo strzelenia aż 51 goli w tych rozgrywkach, nie udało się Blaugranie sięgnąć po ten Puchar. Tryumfowała katalońska Hispania AC. Na pocieszenie pierwszym królem strzelców tegoż turnieju został nie kto inny jak sam Gamper, który zdobył 31 goli.

@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Ogorinho1974
@Safrani

11

Wybitne legendy argentyńskiego futbolu:

25 stycznia 1962 r. urodził się Oscar Alfredo Ruggeri. Znakomity stoper, jeden z najbardziej utytułowanych argentyńskich obrońców w historii tamtejszej reprezentacji. Niezwykle silna, wyrazista osobowość, mocny psychicznie, idealny kapitan i lider zespołu. Obrońca zdecydowany, twardy, sprawny i szybki, nieustannie wspierający atak. Wyżej od niego skakał tylko niezrównany Passarella. Zaczynał w Boca Juniors (155 meczów/11 goli), później m.in. River Plate (81/4), Real Madryt (31/2) i CA San Lorenzo (114/12). Zdobył mistrzostwo kraju ze wszystkimi wymienionymi firmami(z Boca Juniors wraz z Maradoną w 1981), oprócz tego z River Plate Copa Libertadores, Puchar Interkontynentalny i Copa Interamericana. W reprezentacji Argentyny rozegrał 97 meczów i strzelił 7 goli. Mistrz i wicemistrz świata, dwukrotny zdobywca Copa América oraz zwycięzca Pucharu Konfederacji. Grał na trzech Mundialach (1986, 1990, 1994) i czterech turniejach Copa America. Dwukrotnie był wybierany do Najlepszej Drużyny w Ameryce Płd., był także m.in. Najlepszym Piłkarzem Ameryki Płd., Argentyny i Najlepszym Zagranicznym Piłkarzem La Liga. Grał 21 razy w meczach Copa América – to jeszcze do nie dawna rekord Federacji Argentyńskiej, który dzielił z Jose Salomonem. W 1986 roku wyrównał rekordowe osiągnięcie Pelego zdobywając w jednym sezonie z klubem Ligę, Puchar Kontynentalny, Interkontynentalny oraz Puchar Świata z kadrą. Zawiesił buty na kołku, gdy urodzili mu się synowie – bliźnięta Stephan i Federic. Całkowicie z futbolu jednak nie zrezygnował; był Dyrektorem Technicznym m.in. w San Lorenzo, hiszpańskim Elche czy meksykańskim Club América.

@Sysia11
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360

5

@FCBparasiempre
,,Zarabiał dwa razy więcej niż jego koledzy, ale im to nie przeszkadzało, tłumaczyli, że jeśli Valentino jest zadowolony, to łatwiej im wygrać – opowiadał prezes Feruccio Novo o zarobkach Mazzoli. Sukcesy Torino i Mazzoli napędzały też reprezentację. Pozzo maksymalnie chciał wykorzystać zgranie klubowych kolegów na korzyść drużyny narodowej. W 1947 r. w meczu z reprezentacją Węgier wystąpiło dziesięciu graczy Torino. Po nieudanych igrzyskach w Londynie Vittorio Pozzo przestał być trenerem reprezentacji. Mimo to Mazzola i jego koledzy nadal stanowili o jej sile. 27 lutego 1949 r., rozgrywali towarzyski mecz z Portugalią, w którym zwyciężyli 4:1. Po meczu, kapitan Portugalczyków, Fransisco Xico Ferreira, zapytał Mazzolę, kapitana Włochów, czy Torino nie przyleciałoby do Lizbony na towarzyski mecz z jego Benfiką. Mazzola zgodził się. Pod koniec lat 40. rozgrywki europejskie były jeszcze w sferze marzeń. Urzeczywistniły się one dopiero kilka lat później. Najlepsze drużyny kontynentu spotykały się jednak w takich meczach towarzyskich. Torino pewnie zmierzało po czwarty tytuł z rzędu. Po remisie 0:0 z Interem 30 kwietnia mieli nad nimi cztery punkty przewagi. Do końca pozostały tylko cztery kolejki, więc wydawało się, że nic nie odbierze Mazzoli i jego kolegom kolejnego scudetto. 3 maja był zaplanowany mecz z Benfiką. Jednak Mazzola wahał się czy lecieć. Bał się latania, ledwie dwa tygodnie wcześniej się ożenił po raz drugi, a poza tym nie najlepiej się czuł. Ostatecznie jednak poleciał. ,,Ojciec źle się czuł, nie zagrał w ostatnim meczu z Interem i nie wiedział jeszcze czy pojedzie, ale przypomniał sobie, że obiecał to przyjacielowi. Nie mógł go więc zawieść” – mówił Sandro Mazzola o wahaniach ojca. Sława Torino przekraczała granice kraju. Mieli opinię niepokonanej drużyny, absolutnie nie do powstrzymania. Byli jak dobrze naoliwiona maszyna do strzelania goli. Sandro Mazzola, tak ich opisywał: ,,To byli świetni piłkarze, zespół młodych i starszych graczy, którzy żyli marzeniem o niezwyciężonej drużynie. Swoją niezwykłą siłę zawdzięczali determinacji zawodników i ich technice gry. To było wielkie torino. 3 maja 1949 w Lizbonie, Benfica i Torino stworzyły znakomite widowisko. Jak na mecz towarzyski przystało, padło dużo bramek. Zespół z Lizbony wygrał 4:3. Wieczorem odbył się bankiet, a nazajutrz zawodnicy Torino wracali do domu. Sauro Tomà, jeden z dwóch zawodników, którzy nie polecieli do Lizbony, wspominał: ,,Czasem w pogodne dni z mojego domu widać wzgórze Superga. wznosi się około 500 metrów nad ziemią, więc stale otaczają je chmury. Zwykle, w drodze powrotnej, widząc je, pakowaliśmy już prezenty dla dzieci i zbieraliśmy walizki. Widok domu z samolotu wywoływał wielki entuzjazm. Wtedy było pewnie tak samo. Jednak znienacka otoczyła ich mgła. Pilot nie widząc wzgórza, nie mógł go ominąć. Najpierw o ziemię uderzyło skrzydło, a potem cały samolot.” Z katastrofy nie ocal nikt. Kiedy Ferreira dowiedział się o tragedii, był zdruzgotany. Spędził wiele bezsennych nocy, później wysyłał nawet pieniądze rodzinom ofiar. W jego pokoju z trofeami szczególne miejsce zajmowało czarno-białe zdjęcie Grande Torino. Ceremonia pogrzebowa, która odbyła się 6 maja, zgromadziła prawie milion osób. ,,Całą noc czuwałem nad nimi w Palazzo Madama. Nad trumnami pokrytymi kwiatami. Wobec rodzin zabitych czułem wstyd, unikałem kontaktu wzrokowego” – wspominał Sauro Tomà. Całe Włochy były pogrążone w żałobie. Sandro Mazzola, który miał wtedy sześć lat, nie do końca zdawał sobie sprawę z tego, co się stało: ,,Nie od razu powiedzieli mi, co zaszło, może bojąc się mnie zszokować. Przeniesiono mnie do domu przyjaciół ojca na przedmieściach Turynu. Ponad 10 dni nic nie wiedziałem. Powoli zaczynało coś do mnie docierać. Tak pewnie było i lepiej. Mówili mi, że tata wyjechał na mecz, potem, że miał wypadek i w końcu zrozumiałem, że nie żyje.” Po katastrofie włoska federacja zdecydowała, że przyzna tytuł Torino. Zdołało ono utrzymać przewagę w lidze. W meczach grali co prawda juniorzy, ale przeciwnicy w geście solidarności również wystawiali młodych piłkarzy.

Mazzola do dzisiaj zajmuje szczególne miejsce w historii nie tylko Torino, ale i całego włoskiego futbolu. W sercach kibiców obecny będzie zawsze. Kamil Glik w swojej autoryzowanej biografii tak opisywał pamięć o nim w klubie: ,,Każdy kibic Torino w swoim kalendarzyku ma zaznaczoną datę 4 maja. To jeden z najważniejszych dni w roku. Mazzola jest legendą nie tylko Torino, ale i całej włoskiej piłki. Kiedy nowi piłkarze, szczególnie ci z zagranicy, pojawiają się w zespole, szybko im się tłumaczy, kim był dla klubu i jak wielka była to postać.” Valentino wyróżniał się dryblingiem, walecznością, znakomicie się ustawiał i ciągle był w ruchu. Wszechstronny i inteligentny. Wiedział, o co chodzi w taktyce. Swoimi umiejętnościami i podejściem do gry, o dekady wyprzedzał swoje czasy. W barwach Il Granata rozegrał 195 meczów i strzelił 118 bramek. Osoby, które miały przyjemność go oglądać i zawodnicy, którzy z nim grali, twierdzą, że lepszego piłkarza we włoskiej piłce nie było. Uzasadnione są twierdzenia, że z Il Capitano w składzie, Włosi odegraliby dużo większą rolę na brazylijskich mistrzostwach. Jednak na kolejny tytuł musieli czekać do 1982 r. Ich ówczesny trener, Enzo Bearzot pytany o Mazzolę powiedział: ,,Największym włoskim piłkarzem wszech czasów był Valentino Mazzola. Był człowiekiem, który cały zespół dźwigał na swoich barkach”.

10

@FCBparasiempre
Tylko dwóm reprezentacjom w historii udało się obronić tytuł mistrza świata. Pierwsi dokonali tego Włosi, którzy triumfowali w 1934 i 1938 roku. Być może gdyby nie przerwa spowodowana II wojną światową, Vittorio Pozzo i jego zawodnicy świętowaliby po raz trzeci. Po wojnie dysponowali równie dobrą drużyną. Przed turniejem w Brazylii wymieniano ich w gronie faworytów. Trzon ówczesnej reprezentacji stanowili zawodnicy słynnego ,,Grande Torino”. Główną postacią zarówno w klubie, jak i w reprezentacji był ,,Il Capitano” – Valentino Mazzola – jeden z najlepszych rozgrywających w historii calcio.

Valentino urodził się 26 stycznia 1919 r. Dorastał w miejscowości Cassano d’Adda, która leży niedaleko Mediolanu. Kiedy jego ojciec stracił wszystko wskutek wielkiego kryzysu w 1929 r., Valentino zaczynał właśnie swoją przygodę z futbolem. Już od dziecka był odważny, dzielny i bohaterski. W wieku 10 lat uratował topiącego się w rzece kilkuletniego chłopca. Tym chłopcem był cztery lata młodszy Andrea Bonomi, który kilkanaście lat później założył kapitańską opaskę AC Milan i stał się jedną z legend klubu, zaliczając ponad 250 występów w jego barwach. Mazzola, na początku, zamiast piłki kopał puszki. Wraz ze swoimi czterema braćmi często grali na ulicach miasta, które były areną ich zmagań i na których wygrywali swoje pierwsze mecze. Jego dzieciństwo nie należało jednak do najłatwiejszych. Kiedy ojca zwolnili z pracy, zaczął na własną rękę szukać jakiegoś zajęcia, żeby wspomóc rodzinę. Wkrótce znalazł zatrudnienie jako pomocnik piekarza, a kiedy już trochę podrósł, zaczął pracę w młynie. Grywał amatorsko dla lokalnych zespołów: Tresoldi i Fara d’Adda. W 1938 r. zwrócił na siebie uwagę klubu Alfa Romeo. Zauważył go jeden z pracowników fabryki i wkrótce zaproponowano Mazzoli pracę mechanika w fabryce i miejsce w zakładowej drużynie piłkarskiej, która grała wówczas w Serie C. Ta oferta spadła rodzinie Valentino z nieba. Zmagała się ona wówczas z poważnymi problemami finansowymi, bo niedługo wcześniej ojciec zginął pod kołami ciężarówki. Mazzola nie tylko zyskał stałe źródło utrzymania, ale mógł równolegle rozwijać swoją pasję. Sam tak to wspominał: ,,Alfa romeo to był naprawdę dobry wybór. Gdybym został zawodnikiem Milanu, otrzymywałbym wynagrodzenie, 100 lirów miesięcznie i nie musiałbym pracować. Znacznie lepiej było jednak mieć coś do roboty. Istniało niebezpieczeństwo, że bezczynność zrujnuje moją pasję, tak było lepiej dla mnie i dla piłki.” Kiedy widmo wojny stawało się coraz bardziej wyraźne, dostał powołanie do wojska. Służbę odbywał w Królewskiej Marynarce Wojennej w bazie w Wenecji. Przez kilka miesięcy służył na niszczycielu Confienza, a po tym został oddelegowany do pracy w porcie. W Wenecji udało mu się ukończyć szkołę, którą musiał przerwać, żeby pomóc w utrzymaniu rodziny. Chciał mieć jakieś wykształcenie, które mogło być przydatne po zakończeniu kariery.

Oprócz pracy w marinie nie przestawał też grać w piłkę. Bał się, że zostanie wysłany na pierwszy front działań zbrojnych, ale jego piłkarskie umiejętności pozwoliły mu przetrwać wojenną zawieruchę w miarę spokojnie. Wkrótce został zawodnikiem AC Venezia. Nie do końca wiadomo, jak do tego doszło, ale mówi się o dwóch wersjach. Według pierwszej zwrócił na siebie uwagę wysłanników klubu, którzy widzieli go w meczach w marynarce. Druga opcja mówi o tym, że Mazzolę polecić miał jeden z oficerów, który był kibicem klubu. Kiedy pojawił się na testach, miał podobno grać na bosaka. Buty miał zostawić w domu, bo nie chciał ich zniszczyć. Po paru miesiącach spędzonych w drużynie rezerw, został oficjalnie zatrudniony 1 stycznia 1940 r. Debiut zaliczył cztery miesiące później w przegranym 0:1 meczu z Lazio. Miejsca w składzie nie oddał już do końca sezonu. Ustawiany na środku ataku, pomógł drużynie w utrzymaniu się w Serie A. Szybko dał się poznać jak gracz o dużych możliwościach. Venezia, która była beniaminkiem, ukończyła sezon na 10. miejscu. Mazzola spędzał dużo czasu na analizowaniu swojej gry. Chciał być coraz lepszy i poświęcał wiele godzin na naukę i próbę zrozumienia zawiłości calcio. Dzięki temu poprawił swoje ustawianie się w grze, przez co miał na nią większy wpływ. Był prawonożny, ale często odbijał piłkę o ścianę lewą nogą, tak, żeby ją jak najlepiej wyćwiczyć. W tamtych czasach mało kto przykładał do tego wagę. Przeciwnicy robili wszystko, żeby go zatrzymać, z łokciami i kopnięciami włącznie, ale z czasem nauczył się ignorować ból. Mimo stosunkowo niedużego (170 cm) wzrostu, dobrze i skutecznie grał głową. Piłki w jego czasach były dość ciężkie i szybko nasiąkały wodą, więc mało kto się na to decydował. Zarówno pod względem techniki, jak i w swoim profesjonalnym podejściu do zawodu był bardzo nowatorski. Niedługo, mimo młodego wieku, zaczął być porównywany do dwukrotnego mistrza świata – Giuseppe Meazzy. To właśnie w Wenecji Valentino po raz pierwszy spotkał Ezio Loika, z którym kilka lat później decydował o obliczu ofensywy Torino. Z początku nie przypadli sobie do gustu. Loik był spokojny i raczej wycofany, podczas gdy Mazzola bardziej impulsywny, przez co wydawał się nieco arogancki. Wkrótce jednak stworzyli duet, który cieszył się opinią najzdolniejszego w całych Włoszech. Fantastycznie czuli się razem na boisku i sprawiali wrażenie, jakby porozumiewali się telepatycznie. Oboje poprowadzili swój klub do największego sukcesu w historii – finał Pucharu Włoch, który odbył się 8 czerwca w Rzymie na Stadio Nazionale del PNF. Tam, przy wsparciu kibiców, Roma prowadziła już 3:0, ale Mazzola z kolegami ostro wzięli się do roboty i odrobili straty. Jako że dogrywka nie przyniosła rozstrzygnięcia, konieczne było rozegranie dodatkowego meczu. Tym razem spotkanie rozegrano w Wenecji. Miejscowi, po bramce Loika wygrali 1:0. Rok później pokazali, że to nie był przypadek, zajmując trzecie miejsce w Serie A. ,,Miałem szczęście widzieć niezwykły talent Valentino z bliska. Nie było bardziej wszechstronnego gracza we Włoszech. Ani przedtem, ani potem” – twierdził Amadeo Amadei, kapitan AS Roma i reprezentant kraju. Taki talent, poparty osiąganymi z klubem wynikami, nie mógł zostać niezauważony przez selekcjonera. Legendarny Vittorio Pozzo był pod wrażeniem umiejętności obu graczy Venezii i powołał ich na najbliższy mecz kadry narodowej. W Europie szalała wojna, w wielu krajach myślano o tym, żeby jakoś przeżyć ten koszmar, a gra w piłkę schodziła raczej na dalszy plan. Jednak nie we Włoszech. W 1942 r. kraj funkcjonował normalnie, a o działaniach wojennych czytano w gazetach. 5 kwietnia, w Genui, Włosi podejmowali reprezentację innego państwa osi – Chorwację. Pewnie wygrali 4:0, a debiut w niebieskich barwach zaliczył zarówno Mazzola, jak i Loik. Dwa tygodnie później, drużyna prowadzona przez Pozzo, podejmowała w Mediolanie Hiszpanię rządzoną przez generała Franco. Tutaj również rozprawili się szybko z rywalami, a Valentino otworzył wynik wygranego 4:0 spotkania. Od tego czasu był podstawowym zawodnikiem reprezentacji.

31 marca 1942 r. rozgrywano 38. kolejkę ligową. Venezia z Mazzolą w składzie, podejmowała u siebie Torino, które zajmowało fotel lidera. Turyńczycy zmierzali wtedy po scudetto, choć nad drugą w tabeli Romą mieli tylko punkt przewagi. Venezia jednak nie miała zamiaru kłaść się na boisku, postawiła twarde warunki gry i Il Granata przegrała 1:3. To w tym pojedynku zespół z Turynu pogrzebał swoje szanse na mistrzostwo. Prezydent Torino Feruccio Novo ostatecznie przekonał się do zatrudnienia Mazzoli i Loika. Miał podobno po meczu zejść do szatni i tam zawrzeć umowę, w myśl której, wspomniana dwójka przeniesie się do Turynu. Musiał działać szybko, bo oko na Mazzolę miał też Juventus, który miał być już nawet po słowie z Venezią. Ostatecznie jednak sam Mazzola wolał zostać zawodnikiem Byków, do czego przekonywał go sam Vittorio Pozzo. W ramach transakcji, prezes Novo zapłacił za nich 1 mln 200 tys. lirów, a do Venezii trafiło jeszcze w zamian dwóch graczy Torino – Walter Petron i Raúl Mezzadra. W ciągu swojego pobytu w mieście św. Marka, Valentino rozegrał dla Venezii 61 meczów i strzelił 12 goli. Jeszcze podczas gry w Wenecji poślubił 18-letnią Emilię Rinaldi, z którą miał dwóch synów. Ich ślub odbył się w rodzinnym Cassano d’Adda 16 marca 1942. Już w Turynie, 8 listopada 1942 na świat przyszedł Alessandro. Wśród kibiców znany jako Sandro, stał się później ikoną i legendą Interu Mediolan prowadzonego przez Helenio Herrerę. Urodzony 1 lutego 1945 r. Feruccio, który imię otrzymał na cześć prezesa Torino., też poszedł w ślady ojca i brata, ale nie osiągnął takich sukcesów jak oni, choć w trakcie swojej kariery zakładał opaskę kapitańską rzymskiego Lazio. Valentino z rodziną mieszkał w małym mieszkaniu przy Via Torcelli 66. Pracował w fabryce Fiata, dzięki czemu uniknął wysłania na front. Piłkarze Torino zarabiali dobrze, ale ich pensje nie były jakoś bardzo przesadzone w porównaniu do przeciętnych wynagrodzeń. Po wojnie Valentino prowadził sklep sportowy. ,,Gdy miałem 3-5 lat, ojciec przebierał mnie za maskotkę Torino, miałem piłkarskie buty i koszulkę z numerem „10”. Nie rozumiałem, czemu otacza go tylu ludzi, ale czułem po ich zachowaniu, że jest kimś ważnym. Mocno trzymałem go za rękę, bo wokół było tyle wielkich mężczyzn, których się bałem. Uścisk jego dłoni dawał mi siłę” – wspominał Sandro Mazzola. Mazzola, który uważał się za trochę samotnego człowieka, na pierwszym miejscu stawiał futbol. Swój profesjonalizm, którym imponował na boisku, starał się przekładać na wszystkie dziedziny życia. Był bardzo skrupulatny i wymagający, wręcz surowy. Wiele od siebie wymagał i równie dużo od osób ze swojego otoczenia. To właśnie te cechy jego charakteru były prawdopodobnie powodem rozpadu jego małżeństwa. Żona miała już dość dyscypliny, jaką zaprowadzał w domu i w 1946 r. się rozstali. Pierwszy mecz w barwach Torino, Valentino rozegrał 4 października 1942 r., kiedy to ulegli 0:1 Interowi. W kolejnym meczu również zanotowali porażkę – z Livorno, ale od 18 października rozpoczął się ich marsz po mistrzostwo. Wtedy to pokonali w derbach Turynu Juventus 5:2, a Mazzola zaliczył pierwsze trafienie dla klubu. Przez cały sezon w walce o tytuł liczył się tylko Inter, Livorno i Torino. Ostatni mecz sezonu Torino grało 25 kwietnia na wyjeździe z Bari. Na 5 minut przed końcem Mazzola trafił wreszcie do bramki rywali i był to gol dający Bykom upragnione scudetto. W swoim pierwszym sezonie zagrał we wszystkich meczach. Torino miało wtedy kapitalny atak, w którym oprócz Valentino grał jego przyjaciel z Venezii – Loik, były snajper Juventusu – Guglielmo Gabetto, Franco Ossola i były gracz Interu – Pietro Ferraris. Il Granata sezon zakończyła 30 maja. Mazzola pogrążył swój były klub, strzelając czwartą bramkę w finale Pucharu Włoch i ustalając wynik meczu na 4:0.

W kolejnym sezonie chcieli potwierdzić swój prymat, ale plany pokrzyżowali im alianci. 10 lipca wylądowali na Sycylii i tak odległa dotąd wojna, stała się czymś namacalnym. Rozgrywki Seria A zostały zawieszone na dwa lata. Dwa tygodnie później odsunięto Mussoliniego od władzy, a 8 września ogłoszono zawieszenie broni między Królestwem Włoch a aliantami. Na terenach środkowych i północnych Włoch, które były de facto pod okupacją niemiecką, po odbiciu Mussoliniego przez hitlerowców, utworzono Włoską Republikę Socjalną. To właśnie na jej terenach zorganizowano prowizoryczne rozgrywki ligowe. Zespoły rywalizowały w regionalnych grupach, a po kilkustopniowych eliminacjach, trzy najlepsze z nich spotkały się w turnieju finałowym w lipcu 1944 r. Torino zajęło w nim drugie miejsce, pokonując Venezię, a ustępując miejsca VV.F. Spezia, która zdobyła tytuł Campionato Alta Italia. Po tym, jak działania wojenne przeniosły się na teren północnych Włoch, nie przeprowadzano żadnych oficjalnych rozgrywek. Zespoły co prawda trenowały i grały między sobą, ale wielu trenerów i zawodników bało się zwyczajnie o swoje życie. Był nim m.in. jeden z twórców Grande Torino Ergi Ebstein – Węgier żydowskiego pochodzenia, co tłumaczy jego obawy. W trakcie piłkarskiej kariery grał w swojej ojczyźnie, ale też we Włoszech i w Anglii, więc doświadczenie zebrał naprawdę spore. Jego filozofia gry opierała się na szybkich, oskrzydlających atakach i twardej, nieustępliwej obronie. Zaszczepił w piłkarzach Torino przekonanie, że jeśli ich przeciwnik jest przy piłce, to coś jest nie tak i trzeba mu ją odebrać. Kiedy już przejmowali piłkę, często otrzymywał ją Mazzola. Zawsze wiedział co z nią zrobić, czy podać, czy dośrodkować w pole karne, czy przeprowadzić indywidualną akcję. Naprawdę rzadko się mylił. Po wojnie rozgrywki ruszyły na nowo w całych Włoszech. Erbstein jako dyrektor techniczny, wraz z byłym zawodnikiem Torino na ławce trenerskiej Luigim Ferrerą, w pełni wykorzystali potencjał zawodników, jakich mieli do dyspozycji. Byki zdominowali powojenne rozgrywki. W pierwszym sezonie po wojnie rozgrywki prowadzono w dwóch grupach: północnej – Serie A Alta Italia i centralno-południowej – Serie mista A-B Centro-Sud. Tornio wygrało swoją, a później triumfowali w rundzie finałowej. Mazzola stawał się prawdziwym liderem. Choć rozstanie z żoną położyło się cieniem na jego wizerunku, to na boisku był wzorem. Jego kolega z drużyny Sauro Tomà wspominał: ,,Czuliśmy, że kapitan Mazzola czuwa nad nami. Był wspaniałym członkiem drużyny. Górował nad nami jako zawodnik i jako człowiek.” Następny sezon był najlepszym w karierze Valentino. Z 29 bramkami zdobył koronę króla strzelców i poprowadził Torino do drugiego z rzędu scudetto. Tylko on i obrońca Aldo Ballarin zagrali we wszystkich meczach. Rok później Byki strzelili w lidze 125 bramek, co do dziś jest niepobitym rekordem, ale trzeba pamiętać, że w tamtym sezonie Serie A liczyło 21 drużyn. Wygrali aż 19 z 20 meczów na własnym stadionie, a w całych rozgrywkach zdobyli aż 65 punktów w 40 meczach. Zdominowali rozgrywki tak bardzo, że mało kto potrafił stawić im czoła. W szarych i ponurych powojennych czasach Turyńczycy dawali ludziom choć trochę powodów do optymizmu. ,,W latach 40-tych była u nas wielka bieda. Nie było nic. Grande Torino dawało ludziom nadzieję, trochę radości. Nie musieli myśleć o problemach dnia codziennego. To był wielki i wspaniały zespół, któremu kibicowano w całej Italii, może tak jak teraz JuventusowiG – opowiadał Alberto Lovisolo z muzeum grande Torino. Mazzola był wspaniałym dyrygentem zespołu i bożyszczem kibiców. Cieszył się wielką popularnością. Często wspomina się, że kiedy widział, że zespołowi nie idzie, że traci koncentrację, podwijał rękawy. Miał to być dla drużyny znak, że trzeba się wziąć do roboty i zacząć odrabiać straty. To było słynne quarto d’ora granata, czyli kwadrans, w którym Torino dominowało nad przeciwnikiem. Był tak wszechstronny, że w jednym z meczów stanął awaryjnie w bramce. Do końca meczu zachował czyste konto. Jego legenda wciąż rosła. ,,Był połową drużyny. Drugą część tworzyła reszta z nas” – mówił o nim Mario Rigamonti, kolega z drużyny. On sam jednak wcale się nie wywyższał i uważał, że „futbol zawsze będzie grą dla jedenastu”. W 1949 r. pojawiły się jednak głosy, że Mazzola ma opuścić Torino. Miał zostać zawodnikiem Interu, chciał zakończyć karierę w swoich rodzinnych stronach. Klubowi koledzy jednak mieli udać się wtedy do prezesa klubu i poprosić go, żeby obniżył im ich pensje, a w zamian dał podwyżkę Valentino. Wszystko po to, żeby zatrzymać go w zespole.

11

Ci dwaj geniusze mogli a nawet powinni byli grać ze sobą w barwach Blaugrana:

26 stycznia 1955 r. Afredo Di Stefano po raz pierwszy i ostatni zagrał mecz w trykocie Blaugrany u boku Ladislao Kubali. Wydarzyło się to podczas meczu charytatywnego na „Camp de Les Corts”, zorganizowanego przez szkołę dziennikarstwa w Barcelonie, w którym udział wzięły FC Bologna i FC Barcelona. Zgromadzeni tego dnia na stadionie cules na 90 minut przenieśli się do krainy snów. Oglądali w akcji dwóch genialnych piłkarzy, których młodzieńcza szybkość i siła wciąż pozostawały nienaruszone zębem czasu, równie utalentowanych na boisku. Kubala oraz Di Stefano zaprezentowali wcześniej niespotykany poziom piłkarskich umiejętności i wyobraźni a Barça pokonała Bologne FC aż 6:1. Wiele lat później o tym, co mogło się wydarzyć dzięki tym dwóm piłkarzom a co zostało zaprzepaszczone na zawsze nie przez błędy tych zawodników a przedstawicieli klubów, którzy często nigdy nawet nie mogli marzyć by wznieść się na poziom prezentowany przez Di Stefano, opowiadał Kubala: „Transfer Di Stefano był małą katastrofą w porównaniu z moim. Alfredo przyjechał do Barcelony z tymi samymi problemami, które miałem ja. Chciał mieć go u siebie Real Madryt, nie dysponował hiszpańskim paszportem, opuścił Kolumbie bez pozwolenia. Jednak wszystko potoczyło się zupełnie inaczej. Wydaje mi się że w Barcie pewni ludzie nie wykazywali odpowiedniej cierpliwości a przez to nie udało się rozwiązać tej sytuacji. Bardzo chciałem aby Alfredo dołączył do naszego zespołu; był moim kolegą ale także kimś znacznie więcej. Przy tych rzadkich okazjach, kiedy mogliśmy grać razem, wytwarzała się między nami prawdziwa więź, doskonale się rozumieliśmy(…). Sekret Alfredo? Należało dać mu zupełną wolność na boisku i zapewnić towarzystwo innego piłkarza, który wie, jak go wspomóc. Na zmiane szliśmy do ataku, jednak zawsze się wspieraliśmy i asekurowaliśmy. Nieustannie zmienialiśmy nasze pozycje. Oznaczało to że tak naprawdę zawsze byliśmy przy piłce i bez przerwy stwarzaliśmy problemy naszym przeciwnikom, zwłaszcza wtedy, gdy próbowali nas kryć indywidualnie. Razem z Alfredo zawsze atakowaliśmy jednego obrońcę a to sprawiało że cała gra stawała się prosta… Oczywiście zazwyczaj na boisku grałem przeciwko Alfredo i zawsze był groźnym przeciwnikiem, to wyjątkowy piłkarz. Miał szybkość, technikę i świetny obraz gry. Wiedział także, kiedy należy się poświęcić dla dobra drużyny. Zawsze stanowił wspaniały przykład dla młodszych piłkarzy”.

@Safrani
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360

11

Debiuty legend FC Barcelony:

26 stycznia 1950 r. w towarzyskim meczu Barçy z Olimpique de Xativa zadebiutował legendarny obrońca Joan Segarra Iracheta. Mecz zakończył się zwycięstwem Blaugrany 6:1. Segarra rozegrał pełne 90 minut.

@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Ogorinho1974
@Safrani

2

@FCBparasiempre
Następnego dnia, korzystając z plenarnego posiedzenia Katalońskiej Federacji Piłki Nożnej, Ramón N. Salanova, pisząc w „El Mundo Deportivo”, zapytał Francisco Romána o reprezentację hiszpańskiej piłki nożnej w Pucharze Miast Targowych. Dyrektor, członek Komitetu Organizacyjnego rozgrywek, wyjaśnił: „ Komitet Zarządzający RFEF zlecił mi równą obronę kandydatur trzech hiszpańskich drużyn aspirujących do udziału w Pucharze Miast Targowych, co uczynię z wielką satysfakcją, wypełniając swój obowiązek. Jednakże, o ile wszystkie trzy drużyny nie będą mogły uczestniczyć – a należy pamiętać, że uczestnicy są zaproszeni przez Komitet Organizacyjny, a ja mam tylko jeden głos na szesnaście wymaganych – podtrzymuję swoje stanowisko, że jeśli będzie mniej niż trzy drużyny, wynik powinien zostać rozstrzygnięty na boisku w systemie pucharowym lub kwalifikacyjnym. Zapewniłoby to sprawiedliwe i sportowe rozwiązanie, niezależnie od praw, jakie każda drużyna może uważać za przysługujące jej indywidualnie”. Powtarzam, w Zgromadzeniu będę bronił interesów wszystkich trzech hiszpańskich drużyn na równi, bez żadnej stronniczości. Mogę oświadczyć, że prezesi wszystkich trzech klubów znają moją korespondencję z przewodniczącym Komitetu Organizacyjnego, panem Stanleyem Rousem. Jego domniemana neutralność została już w pewnym stopniu zakwestionowana, gdy odrzucił pomysł, aby najwyżej notowana drużyna w lidze reprezentowała Hiszpanię – w tym przypadku byłby to Real Zaragoza. Należy zauważyć, że Francisco Román był prezesem RCD Espanyol w latach 1942–1947, a w tym czasie prezesem Katalońskiego Związku Piłki Nożnej, więc interesy obu klubów Barcelony były dobrze chronione. Valencia CF również podjęła działania. Klub wybrał nowego prezesa, Julio de Miguela, którego celem było promowanie drużyny na arenie międzynarodowej. Ponieważ w tamtym czasie jedynym sposobem na awans do europejskich pucharów było zwycięstwo w La Liga, nowy prezes nie wahał się i spotkał się ze Stanleyem Rousem w Londynie. Valencia CF, podobnie jak RCD Espanyol, miała letni kalendarz wypełniony meczami w europejskich pucharach, a pod koniec lipca ogłoszono podpisanie kontraktu z Waldo, Brazylijczykiem z Fluminense, gdzie wyróżniał się jako skuteczny strzelec. I tak nadszedł 28 lipca, dzień, w którym w Bazylei rozpoczęło się Zgromadzenie Komitetu Organizacyjnego Pucharu Miast Targowych. Spotkanie, zaplanowane na dwa dni, miało koncentrować się przede wszystkim na przyszłości rozgrywek. W przededniu tego kluczowego spotkania, udział lub wykluczenie CF Barcelona ponownie stało się przedmiotem kontrowersji. Delegacja Barcelony, złożona zarówno z przedstawicieli władz klubu, jak i lokalnej prasy, utorowała drogę do upewnienia się, że domniemane wykluczenie klubu nie miało żadnych podstaw. Stało się to oczywiste po zapoznaniu się z artykułem 11 Regulaminu Pucharu Miast Targowych, który stanowił: Każdy klub reprezentujący miasto, które brało udział w poprzednich rozgrywkach, ma pierwszeństwo w uczestnictwie w kolejnych rozgrywkach. Tak było w przypadku CF Barcelona, którą dodatkowo wzmocnił status członka-założyciela, z prawem głosu w zgromadzeniu Pucharu Miast Targowych i zwycięzcą dwóch pierwszych edycji. Zgodnie z regulaminem, hiszpańska drużyna nie mogła zostać wykluczona z czwartej edycji. Był to bardzo korzystny wynik dla CF Barcelony, ponieważ wydarzenia interpretowano również z perspektywy klubu. Biorąc pod uwagę interpretację Espanyolu i oryginalny regulamin Pucharu Miast Targowych, pierwszą edycję wygrała selekcja miasta Barcelona, a nie klub. Każdy inny artykuł regulaminu, który odnosił się do dyscypliny drużynowej i poszczególnych zawodników, również mógł zostać zakwestionowany. Zostało to jednak poruszone w innym ważnym komentarzu opublikowanym przez A. Mercé Varelę w „El Mundo Deportivo”, w którym stwierdziła: „ Czasami wspominano, że incydenty wynikające z fatalnej gry sędziego w meczu Hibernian-Barcelona rozegranym w Edynburgu mogą doprowadzić do wykluczenia Barcelony z kolejnej edycji Pucharu Miast Targowych. Miałem okazję zapoznać się z raportem z meczu dziś po południu i mogę potwierdzić, że sprawa jest całkowicie zamknięta. FIFA zażądała raportu od sędziego z tego meczu dopiero kilka miesięcy temu i teraz nic nie może zostać wykorzystane przeciwko Barcelonie”.

Dokumentacja ta z pewnością obejmowałaby rzekome śledztwo przeprowadzone przez RFEF, które zostało wstrzymane na wniosek Komitetu Pucharu Miast Targowych, a także raport, który sędzia Johannes Malka przesłał do FIFA. Co więcej, sądząc po sposobie, w jaki dziennikarz przedstawił incydenty, jedyną osobą zasługującą na karę był sędzia za jego fatalny występ. Z powodu braku dowodów nie można potwierdzić, że dokument ten dotarł do pana Mercé Vareli za pośrednictwem delegacji wysłanej przez Barcelonę do Bazylei. Jeśli przyjrzymy się nazwiskom i stanowiskom osób, które udały się do Szwajcarii, zrozumiemy, jak poważnie potraktowały sprawę. Na liście znalazł się sam Francisco Román, prezes Katalońskiego Związku Piłki Nożnej, jako członek Komitetu Wykonawczego, a także pan Juliá de Campmany jako przewodniczący Komisji Prasowej i delegat miejski (oraz pełniący obowiązki prezesa kilka dni po pamiętnym meczu Hibernian-Barcelona), nowy prezes klubu, Enrique Llaudet, oraz administrator FC Barcelona, Juan Gich. Obiektywnie rzecz biorąc, w obradach Komitetu Wykonawczego Pucharu Miast Targowych kwestia Barcelony zeszła na dalszy plan. Pierwszy dzień poświęcono na przegląd składu komitetu, w którym reprezentacja Hiszpanii miała znaczący wpływ, dodatkowo wzmocniony słabnącym wpływem Stanleya Rousa z dwóch ściśle powiązanych powodów. Była to sprawa zarówno dla FIFA, jak i UEFA. Prezydencję FIFA tymczasowo sprawował od marca 1961 roku Szwajcar Ernst Thommen, który był również honorowym prezesem Komitetu Wykonawczego Pucharu Miast Targowych. Wybory nowego prezesa FIFA zaplanowano na koniec września tego roku, a Stanley Rous był jednym z kandydatów. Dlatego nierozerwalnie wiąże się z tym fakt, że sam Stanley Rous stał za utworzeniem Pucharu Zdobywców Pucharów Europy, w ramach UEFA. Rous potrzebował wsparcia członków UEFA dla swoich ambicji FIFA. Logicznie rzecz biorąc, promowanie tych nowych rozgrywek było sposobem na zademonstrowanie jego zaangażowania w przyszłość stowarzyszenia. I jak podkreślono kilkakrotnie w tym artykule, pojawienie się Pucharu Zdobywców Pucharów , który został bardzo dobrze przyjęty przez wiele federacji, stanowiło znaczący krok wstecz dla Pucharu Miast Targowych. Zatem prawdziwym celem zgromadzenia w Bazylei było zapewnienie przetrwania rozgrywek, których niedociągnięcia organizacyjne uwidoczniły się w braku mistrza w zakończonym już sezonie 1960/61, ponieważ finał pomiędzy Birmingham City a AS Roma dopiero miał się odbyć. Reprezentacje Anglii i Włoch miały rozegrać te mecze między wrześniem a październikiem 1961 roku. Pierwszego dnia zaangażowanie w rozgrywki zostało wzmocnione przez kluby i federacje uczestniczące w trzeciej edycji. Spośród szesnastu, czternaście potwierdziło swój udział w sezonie 1961/62, pozostawiając dwa wolne miejsca, które Komitet Wykonawczy miał obsadzić spośród aspirujących drużyn, w tym Espanyolu i Valencii. W czwartej edycji Partizan Belgrad (Puchar Europy) oraz Vasas (Puchar Europy) i Újpesti (Puchar Zdobywców Pucharów), oba z Budapesztu, nie wzięły udziału ze swoimi reprezentacjami narodowymi. Ich miejsca zajęły Crvena Zvezda Belgrad i MTK Budapeszt. Było to konsekwencją zwiększonej liczby uczestników dwóch pucharów organizowanych przez UEFA, które nie tylko zyskały poparcie federacji, ale także stały się atrakcyjne dla uczestniczących klubów i szerokiej publiczności. Do Pucharu Europy zarejestrowało się dwudziestu ośmiu mistrzów kraju, plus Benfica, która broniła tytułu. Pominięto tylko trzy federacje: Albanię, Islandię i Związek Radziecki. W drugiej edycji Pucharu Zdobywców Pucharów wzięło udział 21 drużyn. Natomiast Puchar Miast Targowych gwarantował udział 12 różnych krajów, ponieważ Niemcy, Włochy, Szwajcaria i Jugosławia miały po dwóch reprezentantów. Najbardziej niepokojący był potencjał drużyn. Spośród wszystkich uczestniczących krajów, tylko Crvena Zvezda Belgrad była wicemistrzem Jugosławii, a Inter Mediolan zajął trzecie miejsce we Włoszech. To sprawiło, że obecność Barcelony, jako wicemistrza kontynentu, była niezbędna dla podniesienia prestiżu turnieju, ponieważ pozostałe drużyny były dość słabe.

Na koniec Komitet Wykonawczy wyraził chęć, aby w Pucharze Miast Targowych reprezentował po jednym przedstawicielu z każdej z 31 federacji wchodzących wówczas w skład UEFA. Biorąc jednak pod uwagę okoliczności, Komitet Wykonawczy nie sprzeciwiał się temu, aby niektóre kraje i/lub miasta wystawiły dwie lub trzy drużyny, dlatego też zaakceptował kandydatury wszystkich zgłoszonych drużyn. Pozwoliło to RCD Espanyol i Valencia CF na udział w kolejnej edycji, bez uszczerbku dla CF Barcelona. Jakość drużyn nie poprawiała się. Na przykład Racing Strasbourg we Francji właśnie awansował do Pierwszej Dywizji po zajęciu czwartego miejsca w Drugiej Dywizji w tym sezonie, a Belenenses w Portugalii zajął piąte miejsce, podobnie jak Vojvodina Novi Sad w Jugosławii. Ponadto drużyny, które brały udział w poprzedniej edycji, również nie były najlepszymi drużynami w swoich krajach, jak Hibernian w Szkocji, który zajął ósme miejsce, lub Olympique Lyonnais we Francji, który zajął piętnaste miejsce. Wyjątkiem były dwaj krajowi wicemistrzowie, debiutujący w Pucharze Miast Targowych: Sheffield Wednesday i AC Milan. Było to zaangażowanie w ilość ponad jakość, które w rzeczywistości nie osiągnęło pożądanego poziomu dla zawodów, chociaż otrzymało specjalne traktowanie w szczególności w Hiszpanii, Włoszech i Jugosławii. Następnego dnia odbyło się losowanie pierwszej rundy i wybrano nowy Komitet Wykonawczy. Francisco Román i Antonio Juliá de Campmany, którzy reprezentowali już CF Barcelona w reprezentacji Hiszpanii, zostali ponownie wybrani. Enrique Llaudet wykonał wówczas gest dyplomatyczny, proponując prezesa Hibernian FC, pana Swana, jako nowego członka komitetu. W ten sposób możliwość wykluczenia FC Barcelony z Pucharu Miast Targowych została skutecznie pogrzebana. Szereg działań (tych podjętych przez Francisco Romána) i okoliczności (przyszłość rozgrywek i kandydatura Stanleya Rousa na stanowisko prezesa FIFA) uchroniły kataloński klub przed tą haniebną tragedią, która w lutym wydawała się nieunikniona, a w lipcu została okrzyknięta dyplomatycznym sukcesem Blaugrany i hiszpańskiej piłki nożnej.

7

@FCBparasiempre
Po ostatnim gwizdku meczu z Hibernianem w Edynburgu, w obliczu sensacji brytyjskiej prasy krążącej po międzynarodowej scenie piłkarskiej, wykluczenie Barcelony z Pucharu Miast Targowych wydawało się nieuniknione. Stanley Rous, który kilka miesięcy później został prezydentem FIFA, musiał czuć się pod presją tych alarmistycznych nastrojów. Przekazał to Francisco Románowi, przedstawicielowi Hiszpanii w Komitecie Wykonawczym rozgrywek, człowiekowi blisko związanemu z katalońską piłką nożną ze względu na funkcję prezesa Katalońskiego Związku Piłki Nożnej i byłego prezesa RCD Espanyol. W tym momencie stawką był nie tylko honor FC Barcelony, ale i całego hiszpańskiego futbolu. Wykluczenie FC Barcelony z Pucharu Miast Targowych było możliwe od samego początku. Nikt nie wątpi, że zachowanie piłkarzy Barcelony w Edynburgu było naganne i że według kryteriów UEFA automatycznie zostaliby ukarani wykluczeniem klubu z europejskich rozgrywek na co najmniej kilka sezonów. Sensacja, z jaką brytyjska prasa relacjonowała te wydarzenia, z pewnością wywarła presję na Stanleya Rousa, przewodniczącego Komitetu Pucharu Miast Targowych, aby podjął działania. Poważny charakter wydarzeń potwierdził delegat klubu w Edynburgu, Francisco Román, który wiedział, że dalszy udział drużyny w rozgrywkach zależy od decyzji Komitetu Wykonawczego, którego był członkiem i którego działania w kolejnych tygodniach będą miały decydujące znaczenie. Zarząd FC Barcelony zebrał się w czwartek, 23 lutego, aby omówić między innymi incydenty i podjąć wszelkie kroki w celu ochrony klubu przed potencjalnymi sankcjami. Jednak incydent w Edynburgu był tylko kolejnym elementem szerszego kryzysu, który ogarnął klub, dlatego wieczorem 28 lutego Francisco Miró-Sans podał się do dymisji, przekazując tymczasowo funkcję prezesa Antonio Juliá de Campmany'emu, którego obecność w międzynarodowej piłce nożnej była znacząca: przewodniczący Komitetu Prasowego i delegat miejski w Komitecie Organizacyjnym Pucharu Miast Targowych. Zdecydowane zwycięstwo w pierwszym meczu Pucharu Europy nad czechosłowackim mistrzem mogło być ulgą sportową dla CF Barcelona, ale nie było wystarczające, biorąc pod uwagę decyzję podjętą przez Komitet Pucharu Miast Targowych, który na swoim posiedzeniu 11 marca pod przewodnictwem Stanleya Rousa ogłosił następujące ustalenia dotyczące meczu Hibernian FC-CF Barcelona rozgrywanego w Edynburgu:

1.- Komitet został poinformowany, że FIFA zażądała od sędziego pełnego raportu na temat incydentów, jakie miały miejsce w trakcie meczu.

2.- Komitet podjął decyzję o zwróceniu się do Królewskiej Hiszpańskiej Federacji z prośbą o podjęcie natychmiastowych działań dyscyplinarnych wobec klubu CF Barcelona oraz wobec zawodników, którzy dopuścili się niewłaściwego zachowania wobec sędziego i liniowych.

3. Członkowie Komitetu pragną ostrzec klub i zawodników, że opisane wykroczenia szkodzą reputacji piłki nożnej, ich kraju i klubu. Jeśli nie zostaną podjęte działania dyscyplinarne, utrzymanie rozgrywek w przyszłości będzie niemożliwe.

4.- Postanowiono również poinformować Królewską Hiszpańską Federację i klub CF Barcelona, że wskazane wykroczenia mogą ostatecznie zaszkodzić przyszłemu udziałowi tego klubu w Turnieju Pucharu Miast Targowych.

5. Komitet został poinformowany, że obecny prezes, pan Juliá de Campmany, wystosował pismo do klubu Hibernian FC, wyrażając ubolewanie z powodu kłopotliwych niedogodności spowodowanych incydentami podczas meczu Hibernian-Barcelona i oferując podróż do Edynburga, aby rozegrać mecz towarzyski z Hibernian w terminie, który zostanie wkrótce ustalony. Cały dochód z tego meczu zostanie przekazany na cele charytatywne wybrane przez Hibernian FC.

Na szczególną uwagę zasługuje znakomita praca Francisco Romána, członka Komitetu, który wraz z Anglikiem Stanleyem Rousem i Włochem Ottorino Barassim zasiadał w komisji. Z jednej strony udało mu się przerzucić odpowiedzialność i wykonanie kary na hiszpańską federację, a z drugiej odłożyć decyzję o wykluczeniu klubu z rozgrywek do ostatniego posiedzenia zaplanowanego na lipiec. Chodzi o mecz w Szkocji i sankcje wobec Barcelony. Francisco Román przybył do Bazylei z walizką pełną przemyślanych propozycji. Wiedział, że Puchar Miast Targowych przegrał walkę z UEFA i że zainteresowanie było bardzo niskie. W rzeczywistości Barcelona stanowiła ponad połowę widzów, których rozgrywki przyciągnęły w ciągu trzech edycji. Dlatego konieczne było otwarcie drzwi dla nowych formatów i atrakcyjniejszych drużyn. Z tego powodu pan Román zaproponował, aby w kolejnej edycji uczestniczyło łącznie 16 federacji, a drużyny biorące udział pochodziłyby z rozgrywek kwalifikacyjnych w każdym kraju. Rozmawiano nawet o zaproponowaniu najwyżej sklasyfikowanej drużyny w lidze krajowej, z wyłączeniem mistrzów ligi i pucharu, ponieważ graliby oni już w odpowiednich turniejach organizowanych przez UEFA. Katalońskie nastawienie Francisco Romána było widoczne, gdy sam przyznał, że ta ostatnia opcja była przedwczesna, ponieważ stanowiłaby nieoczekiwaną nagrodę dla wicemistrza ligi, z którego inne drużyny zrezygnowały z powodu braku motywacji podczas rozgrywek. Tak było w przypadku FC Barcelony, która traciła trzy punkty do Atlético Madryt, oraz RCD Espanyolu, który również zamierzał grać w Pucharze Miast Targowych, mimo że zajmował dwunaste miejsce. Zgłosił również kandydaturę Valencii CF, na wypadek gdyby pojawił się wakat, obok wspomnianej kandydatury RCD Espanyolu, z zamiarem utrzymania reprezentanta Barcelony w przypadku ewentualnego wykluczenia FC Barcelony. 20 marca zebrał się tymczasowy zarząd Hiszpańskiej Federacji Piłkarskiej pod przewodnictwem Benito Pico. Po opuszczeniu posiedzenia Pico oświadczył, że Madryt nie otrzymał żadnego pisma od Komitetu Sprawiedliwych Miast z prośbą o nałożenie sankcji. Rozmawiali jedynie z Francisco Románem, który szczegółowo opisał przebieg dyskusji w komisji: Hibernian nie złożył żadnej skargi, a Barcelona z kolei pospieszyła z wszelkimi wyjaśnieniami, oferując nawet zorganizowanie nowego meczu na koszt Hibernianu w ramach akcji charytatywnej, aby okazać współczucie dla tego, co się stało, oferując w ten sposób wszelkie możliwe sportowe usprawiedliwienia. Faktem jest, że Hiszpańska Federacja nie podjęła żadnych działań, a piłkarze Barcelony nadal grali bez żadnych problemów. Mijały dni, aż nadszedł półfinał Pucharu Europy z Hamburgiem. W obliczu niemieckiej propozycji rozegrania meczu 12 i 26 kwietnia, Barcelona wolała rozegrać pierwszy mecz 26, pozostawiając rewanż otwarty na 3, 10 lub 17 maja. Ponieważ nie osiągnięto porozumienia i biorąc pod uwagę, że UEFA spotykała się w Lizbonie 6 i 7 kwietnia, dyrektor generalny klubu, pan Gich, udał się do stolicy Portugalii. Ostatecznie UEFA potwierdziła daty, które odpowiadały Hamburgowi, pozostawiając Barcelonę z poczuciem poważnej krzywdy, do tego stopnia, że zasugerowano rodzaj zawoalowanego odwetu za katastrofę w Edynburgu. Stanowisko UEFA było stanowcze: albo mecz zostałby rozegrany 12, albo Barcelona zostałaby zdyskwalifikowana. Według Benito Pico, prezesa Hiszpańskiej Federacji Piłkarskiej, sukcesy hiszpańskiej piłki nożnej w Europie sprawiały zbyt wiele problemów, stąd podejmowane były decyzje, które zaszkodziłyby dwóm najbardziej reprezentatywnym drużynom. Problem polegał na tym, że reprezentacja Hiszpanii miała rozegrać mecz z Walią 19 kwietnia w ramach eliminacji do Mistrzostw Świata dla Chile, co przeciążyłoby terminarz reprezentacji Barcelony. Agustín Pujol, hiszpański członek Komitetu Wykonawczego UEFA, zauważył jednak, że nie ma innego rozwiązania, ponieważ termin zaproponowany przez Barcelonę kolidował z meczem RFN – Irlandia Północna, również w ramach eliminacji do Mistrzostw Świata. Następnie w szkockim dzienniku „The Glasgow Herald” 8 kwietnia 1961 r. opublikowano następującą notatkę: „Zakończenie śledztwa w sprawie Barcelony. - Hiszpańska Federacja Piłkarska wstrzymuje śledztwo w sprawie udziału piłkarzy FC Barcelony w wydarzeniach, które miały miejsce 22 lutego na „Easter Road” podczas meczu Pucharu Miast Targowych pomiędzy Hibernian i FC Barceloną”. Rzecznik hiszpańskiej federacji poinformował, że śledztwo zostało wstrzymane na prośbę Komitetu Pucharu Miast Sprawiedliwych, który wnioskował o jego przeprowadzenie.

Ale czy faktycznie wszczęto jakieś śledztwo? Ściśle rzecz biorąc, trudno było wszcząć śledztwo bez wyraźnego wniosku, który według hiszpańskiej federacji nie pochodził ani od Komitetu Wykonawczego Pucharu Miast Targowych, któremu nie podlegała, ani od FIFA. Co więcej, rzekomy raport, który Johannes Malka wysłał do FIFA, byłby kluczowy. W końcu bez oskarżonych nie może być winnych. A jeśli rzekome śledztwo rzeczywiście zostało wszczęte, to czy, zgodnie z oświadczeniem, zostało ono zamknięte lub wstrzymane na wniosek Komitetu Pucharu Miast Targowych? Czy dlatego, że sprawa została już rozwiązana, czy też dlatego, że nie było interesu w jej kontynuowaniu? A dla bardziej podejrzliwych fakt, że UEFA ostatecznie zaakceptowała daty zaproponowane przez Hamburg zamiast tych zaproponowanych przez Barcelonę, może być uznany za wystarczającą karę. Inna hipoteza mogłaby wskazywać na samego Stanleya Rousa, który początkowo zareagował na zamieszanie w brytyjskiej prasie wszczęciem śledztwa w sprawie Barcelony, jednak gdy sytuacja się uspokoiła, nie miał problemu z zamknięciem sprawy, łagodząc wszelkie różnice zdań z hiszpańską federacją w oczekiwaniu na zbliżające się wybory prezydenckie FIFA, które zostały tymczasowo przeprowadzone przez Szwajcara Ernsta Thommena po śmierci Anglika Arthura Drewry'ego w marcu 1961 r. Kalendarz nigdy się nie zatrzymał. Finał sezonu był dla CF Barcelona bardzo intensywny: 05/03/1961 Półfinał Pucharu Europy / Tiebreaker: Barcelona 1; Hamburg 0.

05.07.1961 1/8 finału , pierwszy mecz, Copa de España: Barcelona, 7; Real Gijon, 1.

11.05.1961 1/8 finału , rewanż, Copa de España: Real Gijón, 2; Barcelonie, 4.

21.05.1961 8. runda , pierwszy mecz, Copa de España: Barcelona, 2; Hiszpański, 3.

26/05/1961 Podpisano umowę transferową Luisa Suáreza do Interu Mediolan.

27.05.1961 8. runda , rewanż, Copa de España: Español, 2; Barcelonie, 1.

31.05.1961 Finał Pucharu Europy: Benfica, 3; Barcelona, 2.

Transfer Luisa Suáreza zaczął nabierać kształtów w Hamburgu, podczas rewanżowego meczu półfinału Pucharu Europy, i został potwierdzony w przededniu dwóch kluczowych meczów. I chociaż zdobywca Złotej Piłki nie zagrał przeciwko Espanyolowi, to pojawił się w Bernie dzięki porozumieniu między zarządami Barcelony i Interu. Po tych wynikach Barcelona zakończyła sezon bez zdobytych trofeów i odpadła z rozgrywek organizowanych przez UEFA. Wybory zarządu klubu CF Barcelona zakończyły się na początku czerwca zwycięstwem Enrique Llaudeta, który podjął się zadania zjednoczenia kibiców Barcelony i przywrócenia klubowi legendarnego prestiżu. Nowy prezydent Barcelony ogłosił, że drużyna zostanie wzmocniona na każdej pozycji, aby skompletować kadrę wystarczająco dużą, by wystawić zarówno drużynę A, jak i B. Aby utrzymać aktywność wszystkich zawodników i zastąpić mecze europejskie – bez Pucharu Europy i z możliwym wykluczeniem z Pucharu Miast Targowych – harmonogram meczów towarzyskich zostanie wypełniony, aby zwiększyć dochody i uzupełnić budżet. To był jeden z pomysłów, ale rzeczywistość była zupełnie inna, biorąc pod uwagę, że mecze towarzyskie, bez względu na atrakcyjność przeciwników, nigdy nie wzbudziłyby takiego zainteresowania, jak rozgrywki międzynarodowe, zwłaszcza takie, które docierają do fazy pucharowej. Sam Enrique Llaudet przyznał to miesiąc po objęciu stanowiska prezesa, wyjaśniając, że ponieważ gra w Pucharze Miast Targowych, wraz z procesem przetargowym na stadion Les Corts, całkowicie dyktowały sytuację finansową, którą należało przedstawić walnemu zgromadzeniu członków, prezentacja zostanie przełożona na wrzesień, do czasu potwierdzenia udziału w turnieju europejskim. Istniały również możliwe zastępstwa dla Barcelony. A z Nowego Jorku, gdzie Espanyol grał w lipcu w długim turnieju międzynarodowym, jego prezes, pan Oliveras de la Riva, wyruszył w powietrze, aby ożywić atmosferę przed zbliżającym się posiedzeniem Komitetu Pucharu Miast Targowych. Oto, co oświadczył 20 lipca w wywiadzie dla „El Mundo Deportivo”: „ Przede wszystkim chcę powtórzyć, że, jak sama nazwa wskazuje, Puchar Miast Targowych został ustanowiony dla prawdziwych drużyn gwiazd ze stolic europejskich, gdzie corocznie odbywają się te międzynarodowe turnieje. To właśnie obowiązek Espanyolu, jakim była gra w barażach o awans do Pierwszej Ligi, sprawił, że nasze miasto w pierwszej edycji tego turnieju reprezentowała wyłącznie drużyna Barcelony, jeśli chodzi o zawodników, ale nosząca nazwę Barcelona i nosząca białe koszulki Katalońskiego Związku Piłki Nożnej zamiast ich tradycyjnych niebiesko-czerwonych barw, jak wszyscy pamiętają”. Później, bez pełnego uzasadnienia, opierając się jedynie na wygraniu pierwszego Pucharu Miast Targowych, a później drugiej edycji, Barcelona nadal brała udział w rozgrywkach, już nie jako reprezentant miasta, ale po prostu jako drużyna klubowa. Nie oznaczało to w żaden sposób, że Espanyol zrzekł się praw, które bezsprzecznie należą do niego jako drużyny z siedzibą w mieście Barcelonie. […] [Espanyol argumentował] Zawsze, co najmniej od czasu objęcia przeze mnie urzędu nie tylko w Radzie Dyrektorów, której mam zaszczyt przewodniczyć dzisiaj, ale także w poprzedniej, której przewodniczył mój dobry przyjaciel, pan Marimón, prawa te, o których poinformowaliśmy za pośrednictwem prezesa Federacji Katalońskiej, pana Francisco Romána, który był również członkiem wspomnianego Komitetu Organizacyjnego, nie były uznawane, z argumentem, że Hiszpania miała już swoją reprezentację w Barcelonie, nie biorąc pod uwagę, że Włochy miały dwie drużyny w rozgrywkach – Inter i Romę – a brytyjskie drużyny miały również dwie, z Birmingham i Hibernian. […] Espanyol w żadnym wypadku nie zamierza lekceważyć praw Valencii ani żadnego innego klubu, ale broni swoich i odmawia akceptacji udziału tego czy innego klubu w Pucharze Miast Targowych, reprezentując hiszpańską piłkę nożną, w oparciu o mniej lub bardziej arbitralną nominację. Nie należy zapominać, że udział w Pucharze Europy jest możliwy dopiero po wygraniu La Ligi, a w Pucharze Europy po zdobyciu Copa del Generalísimo (Pucharu Hiszpanii). Dlaczego zatem boisko nie miałoby decydować o tym, kto powinien reprezentować Hiszpanię w Pucharze Miast Targowych? Powtarzam, nie zamierzamy stawiać naszych praw ponad prawami, których mogą domagać się inne kluby, ale w żaden sposób nie zrzekamy się prawa do dochodzenia własnych […]Przed naszym wyjazdem do Nowego Jorku, nasz dyrektor, pan Porta, otrzymał zadanie przekazania panu Benito Pico, prezesowi Komitetu Zarządzającego Hiszpańskiej Federacji, naszego życzenia, aby zwycięzca turnieju wstępnego ostatecznie wziął udział w Pucharze Miast Targowych. Oznaczałoby to dwumecz, gdyby dwa kluby aspirowały do udziału, lub podwójny turniej grupowy, gdyby więcej uprawnionych drużyn było w miastach goszczących Międzynarodowe Targi. […] Chcę oświadczyć, że w ostatnich latach nasz klub działał w warunkach duszności ekonomicznej z powodu nieustannej serii meczów międzynarodowych, Pucharów Europy i Pucharów Miast Targowych rozgrywanych przez Barcelonę, które, naturalnie, zmonopolizowały uwagę kibiców Barcelony. Wyeliminowanie klubu Blaugrana z Pucharu Miast Targowych, który tak wspaniale wygrali dwukrotnie, stawia ich, jak sądzę, na równi z nami, a teraz boisko musi mieć ostatnie słowo. Cokolwiek innego nie byłoby ani sprawiedliwe, ani tym bardziej sportowe. Wszyscy, łącznie z dyrektorami Barcelony, powinni to uznać.

7

Dume Katalonii chciano wyrzucić z Pucharu Miast Targowych(część II):

@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Ogorinho1974
@Safrani

12

@FCBparasiempre
25 stycznia 1995 r. Selhurst Park. Crystal Palace – Manchester United.

Odkąd świat przestał być światem i był czymś innym, na co jeszcze nie mamy nazwy, Javier Marias codziennie rano wychodzi na spacer po Madrycie. Przedtem też to robił, tyle że teraz, zamiast przemieszczać się pieszo robi to we wspomnieniach. Stan wyjątkowy zastał go poza miastem i na razie, do diaska może tam wracać tylko w krótkich wyobrażonych podróżach. Po kilkugodzinnej pracy nad powieścią zamyka oczy i wyrusza na spacer, najczęściej po „Chamberi”, dzielnicy swojego dzieciństwa, z której ulic z powodu zamknięcia zniknęły samochody. Pisarz jest wdzięczny za ten nietypowy spokój z jednej strony dlatego że wymazał z mapy kierowców, jego zdaniem najliczniejszą bandę przestępców w całym kraju, z drugiej natomiast dlatego że pozwala mu spacerować tak spokojnie po tych chodnikach, które bardziej niż do jego pamięci należą do podeszw jego butów. Nie chodzi się po nic innego, tylko po to żeby myśleć żeby znaleźć się na odległych pustkowiach żeby się zgubić i Marias korzysta z tych osobliwych poranków żeby dużo myśleć, przede wszystkim o głupotach. W czwartek na przykład przechadzał się po „Cea Bermudez” zastanawiając się gdzie podziała się jego broszka z wizerunkiem Szekspira, którą nosi zawsze, kiedy ma na sobie garnitur ale już od kilku tygodni jej nie widział. W sobotę przemierzał „Aleją Filipinas” usiłując odgrzebać wiersz Stevensona, który przetłumaczył ponad 30 lat temu. W niedzielę z kolei przed zamkniętym wejściem do „Muzeum „Sorolla” zastanawiał się, w którym miejscu na regale w salonie powinien umieścić bagnet poderwany przez Pereza-Reverte żeby goście zauważyli go od razu po wejściu i powstrzymali się od zadawania niepotrzebnych pytań. Myślenie uważa Marias, okazuje się praktyczne a jednocześnie niebezpieczne, ponieważ człowiek nigdy nie wie co ostatecznie przyjdzie mu do głowy. W procesie umysłowym jest coś przypadkowego, jakaś nieprzewidziana detonacja. Człowiek może zacząć rozmyślać o fabule przepięknej komedii Leisena a skończyć na idiotycznej twarzy jakiegoś posła z partii Ludowej: innego dnia tak jak dziś może spacerować po „Rios Rosas” z płonącym w mózgu akapitem z Josepha Conrada a dotarłszy do Ponzano koncentrować się tylko na byłym piłkarzu. Cantona, zawsze Cantona... Dla Francuza to bardzo typowe- pojawić się od tak, w środku pandemii. Prowokujące spojrzenie, postawiony kołnierzyk koszulki, proste plecy, niczym łabędź wyciągający się z gracją przed stadem. Marias w gruncie rzeczy cieszy się z ponownego spotkania z legendą. Wciąż dostrzega w nim tę dziką i sentymentalną bestię, która w jakiś dziwny sposób zadrapała mu serce w latach 90-tych. Nadal ma przed oczami jego melodyjny futbol, pozbawiony tekstu i interpretacji sposób poruszania się po boisku, które można było jedynie nucić. Kiedy wraca do Cantony, zazwyczaj przypomina sobie, nie wie zbyt dobrze dlaczego, o sierżancie, którego w czasie służby wojskowej miał Juan Benet. Ten mężczyzna, jak opowiadał autor rycerza z Saksonii wyrażał się przed rekrutami na swój sposób: „A więc kiedy widzicie Francuza czujecie wielką wściekłość? To właśnie jest patriotyzm". Marias śmieje się z anegdoty Beneta i z prowokacyjnej pozy piłkarza, tego wnuka hiszpańskich wygnańców, którego nie wszyscy darzyli taką samą sympatią. Gwiazdor Manchesteru United był bardziej demonstracyjnym dadaistą niż piłkarzem. Kto to widział żeby facet, który zajmuje się kopaniem piłki przyznawał że w wolnych chwilach czyta Baudelaire'a i Monteskiusza? Żyjemy w społeczeństwie, które desperacko szuka osób wyjątkowych, myśli pisarz, kierując się powoli w stronę Alei „Castellana”, jednocześnie zaś stara się za wszelką cenę by ci wyjątkowi przestali nimi być, ponieważ w gruncie rzeczy to przeszkadza i podkreśla przeciętność, już nie tylko jego kolegów, lecz także podejrzliwych szefów. Cantona był odważnym człowiekiem, tak go zapamiętał: postacią wbrew normom, która postanowiła się zbuntować, zanim pochłonie ją masa. Powieściopisarz usiłuje przywołać jeden z wielu wysublimowanych goli, jakie Francuz strzelił w tamtym okresie, kiedy uświadamia sobie że nogi nieświadomie przywiodły go do stóp Santiago Bernabeu. Nie spodziewał się że dojdzie tak daleko. Podnosi wzrok i widzi ogromny stadion, pogrążony w niezgłębionej ciszy, niczym na dnie morza. Już od ponad dwóch miesięcy nie są tu rozgrywane żadne mecze. Koronawirus pozostawił go w stanie zawieszenia, tak samo jak większość stadionów na całym świecie i panująca na nim wymuszona cisza przywodzi na myśl jeden z wielkich betonowych obiektów, zbudowanych w połowie na obrzeżach dowolnego miasta. Nie może się nie wściekać. Futbol w ogóle a Real Madryt w szczególności zawsze był dla niego wytchnieniem, ponieważ w przeciwieństwie do tego, co dzieje się z literaturą może o nich pisać jasno i będąc pewnym swoich wspomnień. Teraz jednak, kiedy piłka została zamknięta na cztery spusty, brakuje mu powietrza a jakby tego było mało władze już ogłosiły że kiedy rozgrywki zostaną wznowione, mecze będą się odbywać bez publiczności na trybunach. Mamy przechlapane! Chociaż, gdy się nad tym dobrze zastanowić myśli sobie Marias, zakaz wpuszczania kibiców, nie jest wcale taką złą wiadomością. Nigdy nie podobało mu się pojęcie kibiców, rozumiane jako ta hałaśliwa masa, która przychodzi na stadiony tylko po to żeby przykryć swoje nieszczęścia linczując wroga. Stajemy się tak romantyczni, odnosząc się do piłkarskiej publiczności że niekiedy zapominamy iż pewna jej część składa się z prawdziwych łajdaków. Cantona doskonale wiedział że nie wszyscy siedzący powyżej murawy są godnymi szacunku aniołkami. W 1995 roku podczas wyjazdowego meczu Czerwonych Diabłów na Selhurst Park musiał stawić czoło zuchwałości jednego z tych osobników, niejakiemu Simmonsowi, kibicowi Crystal Palace, który już wcześniej ukarano za napad z bronią w ręku na stacji benzynowej i był znany ze swoich rasistowskich poglądów. Krótko mówiąc podejrzany element, który zaczął wściekle obrażać francuskiego piłkarza, kiedy ten schodził do szatni po tym, jak został wyrzucony z boiska za brutalny faul na rywalu. Ktoś inny przeszedłby obok godząc się z upokorzeniem ale piłkarz po raz kolejny wybrał najmniej spodziewane rozwiązanie i odpowiedział chuliganowi przeskakując bandę i wymierzając mu akrobatyczny cios. Możliwe że tego popołudnia Cantona trochę przesadził ale Mariasa wciąż, po ponad 20 latach wytrąca z równowagi to, co stało się później, kiedy Manchester United odsunął Cantonę od treningów i zawodnik padł ofiarą powszechnego moralnego potępienia, wspieranego przez kierownictwo klubu, trenerów i dziennikarzy, którzy nawet nie spróbowali zobaczyć w tym zachowaniu również aktu odwagi i nieposłuszeństwa. To zdarzenie, którego pisarz bronił w niejednym artykule na zawsze już naznaczyło karierę francuskiego geniusza. Karierę, którą zakończył dwa sezony później. Można mówić o czasie przed i po zawieszeniu butów na kołku przez Cantone, ponieważ razem z nim odszedł jego niepowtarzalny charakter. W dniu, w którym rozstał się z futbolem świat zagroził zawaleniem a jednak zdołaliśmy się podnieść i tylko przypadkiem sobie o nim przypominamy. Dlatego nie ulega wątpliwości że tym razem też się podniesiemy, dochodzi do wniosku Marias. Mimo wszystko koniec jednej historii jest niczym innym jak początkiem następnej.

Marcel Beltran

6

Jej(Królewska) Wysokość Premier Lig!!!

11

Zapomniane legendy polskiego futbolu:

25 stycznia 1929 r. w Warszawie urodził się Edmund Zientara, pomocnik oraz napastnik. Wśród piłkarskich znaków rozpoznawczych stolicy nie może zabraknąć sylwetki Edmunda Zientary, piłkarza, który zarówno życie, jak i karierę związał z Warszawą. Pierwsze spotkania po II wojnie światowej rozgrywane tutaj, były dla niego przeżyciem szczególnym. Jeszcze kilkanaście miesięcy temu widział swoje rodzinne miasto obrócone w gruz. Powstanie Warszawskie zabrało mu ojca, ostatnia okupacyjna zima położyła zaś schorowaną matkę do grobu. On sam ledwo wyrwał się spod ściany śmierci, tylko dlatego że znał po niemiecku akurat słowo ,,piętnaście” i uznano go za zbyt młodego do rozstrzelania. Musiał też potem w konspiracji używać dokumentów zabitego Andrzeja Szczepańskiego. Dlatego długi czas po wojnie wiele osób mówiło do niego per ,,Andrzej”. Ciężkie przeżycia jednak go nie złamały, lecz zahartowały jego ducha, czyniąc z niego twardego zawodnika z wielkimi zdolnościami przywódczymi. Był jednym z nielicznych piłkarzy, którzy w Ekstraklasie zagrali w barwach trzech różnych warszawskich klubach. Zaczynał w Polonii Warszawa, potem przeniósł się do Legii a następnie do Gwardii, by wrócić po kilku sezonach w szeregi Wojkowych i głównie z tym klubem jest do dzisiaj kojarzony Zientara. Jako kapitan Zientara sięgnął z Legia po dublet w 1956 r. Świetnie wyszkolony technicznie, wszechstronny zawodnik z bardzo dobrym przeglądem pola nadawał tempo grze Wojskowych. W ataku rządzili wtedy Kowal, Brychczy, Kempny oraz Pohl. On zaś był ostoją pomocy. Sam kiedyś zdradzał umiejętności do gry w najbardziej wysuniętej formacji. Ostatecznie jednak z powodu zbyt słabego strzału został nieco cofnięty. Poza jedynym mistrzostwem wywalczył po jednym medalu z pozostałych kruszców.

Jest do dziś jedynym w historii piłkarzem, który zagrał w reprezentacji Polski jako przedstawiciel trzech klubów ze stolicy. Jeden raz zrobił to będąc powołany z Polonii, trzy razy z Gwardii i aż 36 razy z Legii. Był dopiero drugim po Cieśliku zawodnikiem, który uzbierał 40 występów w drużynie narodowej. W białoczerwonych barwach występował aż 11 lat. Ostatni selekcjoner, pod którego wodzą grał, Ryszard Koncewicz, uważał go za jednego z najinteligentniejszych polskich piłkarzy. Brał udział w zwycięskim starciu ze Związkiem Radzieckim. Nie wspominał tego jednak najlepiej. Prasa uznawała Zientarę za jednego z najsłabszych piłkarzy po polskiej stronie. Omal też nie strzelił samobója. Na usprawiedliwienie- do rywalizacji przystąpił z kontuzją. Musiał dostać kilka zastrzyków aby stanąć na nogi. Podobnie jak w Legii, tak i w kadrze pełnił funkcje kapitana. Opaskę przejął po Cieśliku. Na ramieniu z nią wystąpił 19 razy. W tej roli prowadził również zespół narodowy podczas Igrzysk Olimpijskich w 1960 r. w Rzymie. Kariere zakończył w Australii. Nawet po zawieszeniu butów na kołku nie rozstał się całkowicie z futbolem. Przez wiele lat był jednym z najlepszych szkoleniowców w Ekstraklasie. To on poprowadził Legie do półfinału Pucharu Mistrzów a Stal Mielec do ćwierćfinału Pucharu UEFA, co czyni z niego jedynego szkoleniowca, który z dwoma polskimi klubami występował na tak zaawansowanym etapie w europejskich pucharach. Trzy razy w tej roli zdobył mistrzostwo Polski. Do czasu Jacka Magiery był jedynym w historii Legii człowiekiem, który po ten tytuł sięgał zarówno jako piłkarz, jak i szkoleniowiec Wojskowych. Prowadził także Pogoń Szczecin, Wisłe Kraków oraz kluby cypryjskie. Jego nie spełnionym marzeniem pozostawała jednak reprezentacja Polski. Ostatecznie krótko pełnił w niej role tylko asystenta. Był sekretarzem generalnym PZPN w latach 1991-95. Krajowa federacja uczciła go tytułem członka honorowego. Legia Warszawa przyjęła go natomiast do Galerii Sław.

@Adran360
@Arkon
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

10

Żywe legendy argentyńskiego futbolu:

25 stycznia 1954 r. urodził się Ricardo Bochini, ofensywny pomocnik, mistrz świata z 1986 r. „El Bocha” jak go nazywali jest jedną z legend Independiente Buenos Aires i jednym z najbardziej utalentowanych pomocników w historii argentyńskiego futbolu. Wystąpił w trzech finałach Pucharu Interkontynentalnego i dwa razy zwyciężał w tych rozgrywkach a najlepiej zaprezentował się w 1973 roku, kiedy to w wieku zaledwie 19 lat zdobył cudowną bramkę, która dała Independiente zwycięstwo nad Juventusem Turyn w Rzymie! Jedenaście lat później w roku 1984 nadal był kluczową postacią w drużynie, która pokonała FC Liverpool w finale Pucharu Interkontynentalnego w Tokio. W klubie z Avellaneda grał w latach 1972-1991. W tym okresie rozegrał 634 ligowe mecze i strzelił 97 goli. Z Independiente czterokrotnie był mistrzem Argentyny jak również czterokrotnie sięgał po Copa Libertadores (w tym 3 razy z rzędu!), a dwa razy wywalczył Puchar Interkontynentalny. Mimo niepodważalnej pozycji w Indepediente, w reprezentacji Argentyny pojawiał się epizodycznie. W kręgu zainteresowania kolejnych selekcjonerów znajdował się już od połowy lat 70., jednak w kadrze na mistrzostwa świata znalazł się dopiero w 1986. W turnieju w Meksyku zagrał 4 minuty w półfinałowym meczu z Belgią, co dało mu tytuł mistrza świata. Łącznie w kadrze rozegrał 11 spotkań (1977-1986). W chwalebnych latach 70. argentyński Club Atlético Independiente mógł pochwalić się kluczowym zawodnikiem: Ricardo Bochiniem. Ten utalentowany piłkarz, którego idolem był młody Diego Maradona, pozostawił niezatarty ślad w historii futbolu. Ricardo Enrique Bochini urodził się w styczniu 1954 roku w Zárate w prowincji Buenos Aires, 90 kilometrów od stolicy. Po sukcesach w rodzinnym klubie i bezskutecznych próbach gry w San Lorenzo i Boca Juniors, Bochini dołączył do Independiente w wieku 17 lat, szybko awansując w szeregach klubu. Choć nie jest tak znany w Hiszpanii, Bochini to postać legendarna a jego sukces jest znaczący w kraju, który dał światu piłkarskiemu Maradonę i Messiego. W rocznicę jego urodzin, przypominamy jego dziedzictwo, aby zrozumieć, dlaczego pozostaje źródłem inspiracji zarówno dla kibiców, jak i obstawiających. Dla tych drugich to wstyd, że historyczni piłkarze, tacy jak Bochini, nie są uwzględniani w ofercie dzisiejszych bukmacherów. Niewątpliwie jego obecność byłaby decydująca, przechylając szalę zwycięstwa w każdym meczu z najlepszymi gwarantowanymi kursami. Miesiąc po zwycięstwie Independiente w Copa Libertadores w 1972 roku, 18-letni Ricardo Bochini zadebiutował w pierwszym składzie na „El Monumental”, wchodząc z ławki rezerwowych w meczu z River Plate, przegranym 0:1. W 1973 roku Bochini był już stałym zawodnikiem drużyny walczącej o czwarty tytuł mistrza kontynentu w meczu z Colo-Colo. W decydującym finale jego wejście okazało się kluczowe dla Argentyńczyków. Jego kolega z ławki rezerwowych, Miguel Ángel Giachello, strzelił zwycięskiego gola w 106. minucie. Bochini był również kluczowym zawodnikiem Pucharu Interkontynentalnego w 1973 roku, a także finałów Copa Libertadores w latach 1974 i 1975. Niezależnie od tego, czy strzelał wspaniałe gole, czy grał w znakomitym duecie z Danielem Bertonim, El Maestro zawsze sprostał swojemu przydomkowi. Rok 1975 był dla Bochiniego dziwnym rokiem. Został powołany do służby wojskowej, choć traktowano go inaczej niż większość rekrutów, ze względu na status jednego z najlepszych i najbardziej utytułowanych piłkarzy w kraju. Po zaledwie dwóch miesiącach zasady dla Ricardo zostały złagodzone i mógł on dostosować swój harmonogram do treningów i meczów Independiente. Pod koniec służby uczęszczał na zajęcia tylko dwa razy w miesiącu. Sezon 1988/89 Primera División okazał się ostatnim triumfem Bochiniego, w którym Independiente zdobyło mistrzostwo, kończąc sezon z ośmiopunktową przewagą nad najbliższym rywalem, Boca Juniors. Ostatni mecz Bochiniego dla „El Rojo” miał miejsce w maju 1991 roku, przed ich lojalnymi kibicami, przeciwko Estudiantes. Zanim zakończył karierę, miał na koncie ponad 600 występów w lidze, ustępując jedynie ekscentrycznemu bramkarzowi Boca Juniors, Hugo Gattiemu.

Bochini strzelił 105 goli we wszystkich rozgrywkach w swojej karierze i choć osiągnięcie 100 goli to godne pochwały osiągnięcie, to nie z celności był znany. Dla napastnika gra u boku Bochiniego była niemal gwarancją bramek. Ten ofensywny pomocnik był pomysłowym zawodnikiem, potrafiącym zwodzić przeciwników i podawać im piłkę. Miał znakomitą wizję gry, co pozwalało mu stwarzać niezliczone okazje prawą nogą; jego precyzyjne podania były tak legendarne, że doczekały się nawet własnego określenia w leksykonie argentyńskiej piłki nożnej: „podanie Bochiniego”. Bochini był rzadkością w argentyńskiej piłce nożnej, spędzając całą karierę w jednym klubie. Jest wiele godnych podziwu w człowieku, który zdobył dziewięć najważniejszych trofeów w ciągu 19 lat gry dla Independiente i którego dominacja na początku lat 70-tych nie uległa zmianie pomimo szybkiej rotacji menedżerów. Oprócz sukcesów drużyny, Bochini został uhonorowany kilkoma nagrodami indywidualnymi, w tym tytułem Argentyńskiego Piłkarza Roku w 1983 roku, Brązową Nagrodą dla Piłkarza Roku Ameryki Południowej w 1984 roku oraz miejscem w Drużynie Roku Ameryki Południowej w 1989 roku. Jego wyczyny w Independiente prawdopodobnie nie w pełni przełożyły się na błyskotliwą karierę międzynarodową. Bochini zadebiutował w reprezentacji Argentyny w 1973 roku, ale w ciągu 13 lat rozegrał tylko 28 meczów w reprezentacji. César Luis Menotti powołał go na Mistrzostwa Świata w Meksyku w 1986 roku, mimo że miał 32 lata i prawdopodobnie minął już szczyt formy. Jednak miejsce w kadrze nie gwarantowało czasu gry a Bochini pojawił się na boisku tylko pięć razy podczas całego turnieju. Pod koniec ćwierćfinału z Belgią, trener Carlos Bilardo ironicznie sprowadził go na boisko, aby zastąpił Jorge Burruchagę, któremu asystował przy zwycięskiej bramce w finale Copa Libertadores w 1984 roku. „Kiedy wszedł na boisko przeciwko Belgii na Mistrzostwach Świata, pierwszą rzeczą, jaką zrobiłem, było wypatrzenie go i podanie piłki” – napisał Diego Maradona, który w młodości ubóstwiał Bochiniego, w swojej autobiografii z 2004 roku pt. „El Diego”. „Pamiętam, że powiedziałem: to było jak granie jeden na jednego z Bogiem”.

@Sysia11
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360

0

Skoro te jakieś El nacional generuje plotki i sensacje to po huk(!) wy to zamieszczacie tutaj!?

12

@FCBparasiempre
25 stycznia 1942 r. urodził się Eusebio da Silva Ferreyra, genialny portugalski snajper. Eusébio jest uważany przez wielu światowej sławy ekspertów w dziedzinie piłki nożnej, jak i kibiców za jedną z największych legend piłki nożnej w całej historii. Chociaż obiektywnie należy stwierdzić, że nie zdobył tak dużej popularności jak najwybitniejsi piłkarze tacy jak Pele czy „ boski ” Diego Armando Maradona. Grał na pozycji środkowego napastnika, nosząc przydomek ,,Czarnej Pantery” lub ,,Czarnej Perły z Mozambiku”. Był znany z doskonałej techniki i nieprzeciętnych dryblingów, dzięki którym zyskał przydomek pantery. Ojciec Eusebio był piłkarzem mozambickiej drużyny Ferroviario, ale nie grał w reprezentacji narodowej, ani nie osiągnął żadnych znaczących sukcesów. Pomimo tego właśnie w sporcie widział przyszłość dla swojego syna. Właśnie ojciec był pierwszym, o ile można to tak ująć trenerem legendarnego dziś piłkarza. Nauczył swojego syna wszystkiego co sam umie, dostrzegł też, dzięki doświadczeniu i fachowej wiedzy, którą zdobył podczas swojej zawodowej kariery, że jego syn ma naprawdę talent do gry. Eusebio już od najmłodszych lat interesował się piłką nożną i korzystał z każdej okazji żeby pokopać piłkę, doskonalą w ten sposób swoje umiejętności. Swoją karierę piłkarską zaczął w lokalnym klubie piłkarskim Sporting Lourenço Marques w 1957 roku, spędzając tam 3 sezony piłkarskie. Klub ten był dla młodego Eusebio miejscem gdzie dopiero nabierał doświadczenia w świecie piłki nożnej. Został on zauważony przez obserwatorów z Portugalii i w tym momencie jego kariera nabrała tępa. W 1960 roku przeniósł się do Benfici Lizbona, gdzie grał do 1975 roku odnosząc w tym czasie wiele sukcesów takich jak: jedenastokrotne Mistrzostwo Portugali, pięciokrotne zwycięstwo w Pucharze Portugalii i zwycięstwo w Pucharze Europy(Liga Mistrzów) w 1962 roku. Odnosił także indywidualnie sukcesy między innymi Europejski Piłkarz Roku w 1965, Europejska nagroda Złotego Buta w 1968 i 1973, dwukrotnie najlepszego piłkarza Portugalii i siedmiokrotnie króla strzelców ligi portugalskiej. Poza osiągnięciami indywidualnymi i klubowymi wraz z reprezentacją Portugalii udało mu się zając trzecie miejsce, zaraz za reprezentacjami Anglii oraz RFNu na mistrzostwach świata w 1966 roku, a on sam w tym samym roku dostał nagrodę Złotego Buta za dziewięć strzelonych goli na mistrzostwach. Eusébio w reprezentacji w latach 1961–1973 zagrał 64 mecze, strzelając 41 goli, co bardzo długo było rekordem narodowej reprezentacji Portugalii. Jego wynik pobił dopiero w 2005 roku Pedro Miguel Carreira Resendes, znany jako Pauleta, posiadając w swoim dorobku 47 goli. Eusébio praktycznie całą swoją karierę spędził w jednym klubie, czym nie może poszczycić się zbyt wielu znanych piłkarzy, mimo to osiągnął prawie wszystko, o czym każdy piłkarz marzy i jest w stanie osiągnąć. Mowa tu nie tylko o trofeach, pucharach i nagrodach, ale o niesamowitej liczbie fanów, honorowych tytułów, pomników a przede wszystkim tego, że został w pamięci każdego prawdziwego fana piłki nożnej.

W ciągu tych piętnastu lat strzelił dla Benfici 727 goli! w 715 meczach, co jest wynikiem wręcz niesamowitym, samym w sobie pokazującym klasę i umiejętności piłkarza. W 1975 nadeszła pora na powolne kończenie kariery, dlatego Eusébio przeniósł się do Stanów Zjednoczonych, by podjąć współpracę z Rhode Island Oceaneers. Był to zespół zlokalizowany w małym mieście Pawtucket w stanie Rhode Island. Nie osiągał tam żadnych sukcesów, był to raczej początek jego piłkarskiej emerytury, gdzie daleko od prasy i całego medialnego szumu mógł w spokoju trenować swój ukochany sport. Klub ten został założony w 1974, a rozwiązany cztery lata później. Sam piłkarz spędził tam jeszcze krócej, bo w tym samym roku przeniósł się do innego amerykańskiego klubu Boston Minutenem. Klub piłkarski działający jeszcze krócej niż poprzedni bo tylko w latach 1974-1976 mieszczący się w Bostonie, stolicy stanu Massachusetts. Eusébio w tym samym roku, odszedł aby przenieść się do meksykańskiego klubu Club de Fútbol Monterrey. Był to jego trzeci klub w jednym roku, miał siedzibę w Monterrey, stolicy stanu Nuevo León. Ponownie nie grał tutaj zbyt długo, bo już w 1976 roku przeniósł się do SC Beira-Mar. Był to portugalski klub, w mieście Aveiro. Tak więc po dwóch latach piłkarz powrócił do Europy. Ponownie nie został za długo w jednym klubie i już po sezonie wrócił do Ameryki Północnej, ale tym razem do Kanday, dołączając do zespołu Toronto Metros-Croatia, mieszczącego się w Toronto w południowej części prowincji Ontario. Jeszcze w ty samym roku przeniósł się do zespołu Las Vegas Quicksilver. Po raz kolejny osiedlił się w Stanach Zjednoczonych, a dokładnie w Las Vegas w stanie Nevada. Po raz kolejny zmienił drużynę jeszcze w tym samym roku, przenosząc się do Newark w stanie New Jersey. Co ciekawe drużyna New Jersey Americans do której się przeniósł obecnie jest drużyną koszykarską, działającą pod nazwą New Jersey Nets. Ostatnim klubem w karierze Eusébio był União de Tomar, w portugalskim mieście Tomar. Po zakończeniu kariery „Czarna Pantera” nie wrócił do rodzinnego Mozambiku, osiedlił się na stałe w stolicy Portugalii Lizbonie. Mimo że od zakończenia kariery minęło ponad 30 lat, mieszkańcy Lizbony nadal uważają go za bohatera, o czym świadczyć może postawiony mu pomnik przed boiskiem Estadio da Luz. Do pamięci kibiców przeszły w szczególności jego dwa wyczyny na Mistrzostwach Świata w 1966 roku. Chodzi o zdobycie tytułu najlepszego strzelca mistrzostw z dorobkiem dziewięciu bramek i poprowadzenie w ten sposób Portugalii do najniższego stopnia podium, eliminując po drodze takie potęgi jak Brazylia czy ZSSR. Brazylia właśnie była jednym z głównych pretendentów do zdobycia tytułu mistrzowskiego. Tak obstawiała większość kibiców, którzy grali na zakładach. Drugim wyczynem było doprowadzenie stanu meczu z Koreą z 0:3 do 5:3, w ćwierćfinałowym meczu. Piłkarz jest znany nie tylko jako sportowiec, ale jako i człowiek. Mimo święcenia największych sukcesów swojej kariery w 1966 roku pamiętał o Maputo w jego rodzinnym Mozambiku, gdzie w tym samym czasie trwała krwawa wyzwoleńcza walka z Portugalczykami. Wypowiedział on znane słowa, do dziś oddającego jego wizerunek : „ Nienawidzę polityki. Moją polityką jest futbol!" W takim przekonaniu udało mu się zostać wielką gwiazdą i legendą piłki nożnej, mimo że urodzonemu w małej prowincji Portugalii nikt wcześniej nie dawałby żadnych szans na sukces. Jego karierę można z pewnością brać za wzór do naśladowania przez młodych piłkarzy.

Można wnioskować że Eusébio da Silva Ferreira wywarł ogromny wpływ na rozwój piłki nożnej nie tylko w Mozambiku, ale w Portugali i Europie. Interesującym jest że Eusébio posiada dwa paszporty, jest uznawany za Mozambijczyka ale kto wie jakby potoczyła się jego kariera gdyby zdecydował się na grę dla reprezentacji Mozambiku ? Można jedynie przypuszczać, że gdyby zdecydował się jednak na grę dla narodowej reprezentacji Mozambiku, mogło by to przyczynić się do zahamowania jego błyskotliwej kariery. Przypuszczać można, że nie byłby w stanie osiągnąć tego co osiągną, a co już zostało w powyższym artykule dość szczegółowo opisane, gdyby nie zdecydował się na grę w reprezentacji Portugalii. Na pewno nie zagrał by z reprezentacją Mozambiku w finałach mistrzostw świata. Pomimo tego, iż był piłkarzem ponadprzeciętnym, nie byłby w stanie sam pociągnąć swojej drużyny do zdobycia jednego z pucharowych miejsc. Jednakże, jego wpływ na ogólny poziom gry ówczesnej reprezentacji Mozambiku byłby bez wątpienia ogromny. Nie ma też wątpliwości w kwestii tego, że miałby realne szanse na zostanie kapitanem drużyny. Nie tylko ze względu na swoje umiejętności, ale także na charyzmę, która nie zawsze idzie jak wiadomo w parze z talentem sportowym nie tylko piłkarskim. Wróćmy jednak do tego, jaki wpływ Estadio da Luz wywarł na rozwój piłki nożnej w swoim ojczystym kraju. Wielu młodych Mozambijczyków, właśnie dzięki niemu zainteresowało się piłką nożną na poważnie, widząc w sporcie swoją szansę na lepsze, szczęśliwsze życie. Dla wielu z nich piłka nożna stała się nie tylko pasją ale też sposobem na życie. Ponadto w kraju, z którego pochodził znacznie powiększyła się liczba kibiców piłkarskich. Można mówić tutaj o zjawisku porównywalnym do tego jakie jeszcze kilka lat temu obserwować mogliśmy w naszym rodzimym kraju. Jak zapewne większość czytelników pamięta, skoki narciarskie w naszym kraju stały się popularne wśród kibiców właśnie wtedy gdy nasz, znany chyba wszystkim Polakom rodak – Adam Małysz osiągać zaczął sukcesy. Przyczyniło się to nie tylko do wzrostu liczby kibiców, ale ogólnie także do rozwoju tej, do niedawna mało popularnej dyscypliny sportu w naszym kraju. O podobnym zjawisku mówić można także w Mozambiku, z którego pochodzi „ czarna pantera ” Estadio da Luz. Kto wie na jakim poziomie stałby futbol w owym kraju gdyby nie błyskotliwa kariera piłkarska jednego z jego obywateli.

Media

Sonda

Której reprezentacji, do której powołany został zawodnik Barcy, kibicujesz?