FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
15
Szczęśliwe El Clasico:
19 stycznia 1991 r. FC Barcelona pozbawiona kontuzjowanego Koemana i Stoiczkowa, który został zawieszony za nadepnięcie na noge sędziego pokonuje na Camp Nou Real Madryt 2:1 w ramach 19 kolejki Primera Division. Jednym z goli dla Barçy było samobójcze trafienie Spasicia w 62 minucie i to ono zadecydowało o zwycięstwie Blaugrany. Pierwszego, znakomitego gola w tym meczu strzelił dla Blaugrany Laudrup w 18 minucie. Ten gol wywołał taką eksplozje okrzyków i kanonadę pomarańczowych oraz niebieskich rac odpalonych przez „boixos nois” zajmujących północną trybune że Zubizarreta poprosił sędziego by na chwile przerwał mecz. Stadion pogrążył się w jarzącej się mgle. David Miller z „Timesa” wyraził wątpliwość czy Barça zdołała strzelić bardziej spektakularnego gola od czasów, gdy Sandor Kocsis był w życiowej formie 30 lat wcześniej. Natomiast honorowe trafienie zaliczył Butragueño w 28 minucie. To zwycięstwo pozwoliło FC Barcelonie utrzymać pozycje lidera z czteropunktową przewagą nad Atletico i aż 10-punktową nad Realem Madryt!
Przypomnijmy:
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
4
@esem91 Raczej nie powinno zabraknąć. Podkreślam że wczoraj to była Anoeta plus brak Raphinii. Dalej to już powinno być dobrze, oczywiście w La Liga!
1
@Marusek Mówcie co chcecie ale dla mnie numerem drugim po Garcii powinien być Ter Stegen. Mimo że nie cierpie szwabów, tak on jest bardzo klasowym golkiperem i powinien bronić! A Remiro? No jest dosyć dobrym bramkarzem ale czy na te chwile lepszym od Niemca to ciężko powiedzieć? W przypadku definitywnego odejścia Ter Stegena to Remiro może spokojnie być numerem drugim.
14
Ku pamięci wybitnych Katalońskich legend:
Dokładnie 90 lat temu rozegrano pożegnalny mecz legendarnego Josepa Samitiera. Reprezentacja Katalonii zremisowała z czeskimi Židenicami 1:1. Tak oto ostatnie chwile Samitiera na boisku relacjonował dziennik ,,El Mundo Deportivo”: ,,Pepe Samitier, jeden z najbardziej podziwianych piłkarzy katalońskich, z najlepszą grą indywidualną, od dłuższego czasu zasługiwał na pożegnanie”. Ostatecznie Židenice wygrały trofeum dzięki większej liczbie….. wykonanych rzutów rożnych(9-8).
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
6
Cóż za kapitalny, pasjonujący spektakl zaprezentowali wczoraj "Txuri-Urdin" na Estadio Anoeta! Na tym piekelnym od miemal zawsze Anoeta Baskowie nawet grający w dzięsiątke potrafili dzielnie stawiać "nam" czoła. Bohaterem meczu został bez dwóch zdań Alex Remiro, który usunał w cień niepewnie interweniującego Garcie. Takie porażki w kraju Basków są dla mnie wkalkulowane w drodze po mistrzostwo, więc nie robiłbym z tego jakiejś większej tragedii...
1
@Marusek Szczerze? Nie dzierże rapu! Dla mnie to nie piosenki tylko jakieś wynaturzenie...
1
@Safrani A widzisz...... :)
1
@Marusek Aha... No ja na przykład nie znam żadnego Grubbsona?
10
@FCBparasiempre
W pełni zorganizowana piłkarska liga na terenie getta? Specjalna obozowa gazetka, redagowana przez kilkunastoletnich więźniów? Brzmi jak ponure zderzenie sacrum i profanum. Nie w Theresiensadt, kompleksie złożonym z obozu koncentracyjnego i getta.. Tam piłka nożna dla więźniów nierzadko stanowiła wybawienie i ucieczkę od nazistowskiego terroru – nawet, jeśli wybawienie trwało dwie trzydziestopięciominutowe połowy.
Forteca w Terezinie (kraj ustecki, Czechy) została wzniesiona pod koniec XVIII wieku na rozkaz cesarza Józefa II i nazwano ją na cześć jego matki, cesarzowej Marii Teresy. Warto wspomnieć, że to tutaj przebywał skazany za zabójstwo arcyksięcia Franciszka Ferdynanda Gawriło Princip. W 1939 roku, po wcześniejszym zajęciu Nadrenii i anschlussie Austrii, Hitler kontynuował swoją ekspansję i zajął tereny Czechosłowacji, w tym także Terezin. Cesarską twierdzę zaadaptował, według nazistowskiej propagandy, na „miejsce odosobnienia, w którym Żydzi będą wolni od wojny”. Cały kompleks dzielił się zasadniczo na dwie części: Małą Warownię (więzienie dla elit, członków ruchu oporu, przestępców) i Dużą Warownię – tą drugą stanowiły getto i obóz koncentracyjny. Założeniem polityki prowadzonej w kompleksie było ukazanie modelowego życia społecznego niemieckich, czechosłowackich czy austriackich (później także duńskich czy holenderskich) Żydów w nowej, nazistowskiej rzeczywistości. W 1944 roku nakręcono film propagandowy pt. ” Terezin. Dokument o żydowskim przesiedleniu.”, który miał ukazać „uroki” beztroskiego życia. Tak naprawdę pierwotnym celem było skupienie jak najliczniejszej żydowskiej elity, tak, by ich uwięzienie stanowiło przedmiot sporu z innymi państwami, które miały się za nimi wstawiać. Na zamkniętym terenie znajdowało się mnóstwo żydowskich przedstawicieli inteligencji, artystów czy sportowców – jedni z najsłynniejszych więźniów to rabin Leo Baeck, kompozytor Viktor Ullmann, Ester Adolphine – siostra Zygmunta Freuda czy Alfred Flatow, pierwszy żydowski zdobywca złotego medalu olimpijskiego. W pewnym momencie kulturalne życie zaczęło rozkwitać i przybierać formę zorganizowanych zajęć. Wykłady, dyskusje o Platonie, założeniach Majmonidesa, Talmudzie czy Biblii; recitale, wieczorki poetyckie czy koncerty jazzowe – choć trudno w to uwierzyć, wpisało się to w obozową rzeczywistość i pomogło w szerzeniu nazistowskiej propagandy skierowanej na zachód. Także Judenrat „zarządzający” gettem określany był mianem swoistego „resortu kultury”. Bogate kulturalne życie w modelowym obozie miało przecież świadczyć o humanitarnym traktowaniu więzionych i zadawać kłam pogłoskom o rzekomych obozach zagłady – choć z wywożenia do obozów zagłady i wcale nie zrezygnowano i widmo śmierci było stale obecne. Na podstawie źródeł, którymi dysponowałem, trudno wskazać, czy ktokolwiek stworzył ligę w Terezinie ex officio, i ktoś za pomocą dyrektywy jednoznacznie zarządził, że takie rozgrywki mają powstać. Narodziny Ligi Terezin przypisać można raczej celowej i świadomej polityce SS, polegającej na stopniowym reformowaniu obyczajów, udostępnianiu kolejnych „udogodnień” i pozornego łagodzenia nazistowskiego reżimu. Za jednego z takich reformatorów uważa się Alfreda Hirscha, jednego z więźniów wyznaczonych przez kierownictwo SS do opieki nad dziećmi., Był niemieckim Żydem – co powodowało, że był w pewnym stopniu szanowany przez część członków SS. To Hirsch był jednym z tych, którzy nalegali na utworzenie boiska dla dzieci, na udostępnienie im przyborów malarskich czy instrumentów – i choć kojarzony jest głównie jako opiekun dzieci, to jego działalności obozowej można przyznać spory wkład w rozwój sportu i kultury na terenie obozu. Inną sylwetką godną przypomnienia jest Frantisek Maier. Był on 20-letnim madrichem, a więc młodszym opiekunem i jednym z ulubieńców w młodzieżowych kwaterach Theresienstadt. Dziecięce kwatery były oddzielone od dorosłych, tak by nie musiały patrzeć na zgoła inne, często znacznie brutalniejsze traktowanie starszych. Franta, jak go pieszczotliwie nazywano, zajmował się chłopcami z pokoju siódmego. Wspominany przez Pavla Weinera, jednego z podopiecznych, był niby starszy brat – ciepły, troskliwy, ale potrafiący utrzymać dyscyplinę. To on aktywizował młodzież i sprawiał, że – jak wspomina Weiner w swoim dzienniku – „ich życie w obozie było na swój sposób wyjątkowe”. Autor dziennika dodaje: „Franta ciągle wymyślał nam jakieś zabawy i aktywizował nas; do tego kładł silny nacisk na piłkę nożną” Nie działał jak bezduszny brygadzista czy majster, stworzył raczej silną, zwartą grupę przyjaciół – to pozwoliło chłopcom stworzyć drużynę młodzieżową, nazwaną przez nich Nesharim, co w języku hebrajskim oznacza „Orły”. Franta nie należał do Nesharim. Sam był bramkarzem w zespole Jugendfuersorge, czyli opiekunów młodzieży. To właśnie Maier widoczny jest na jednym z kadrów filmu propagandowego. Kreatywni i zaradni chłopcy w swojej fascynacji poszli jeszcze dalej – zaczęli redagować gazetkę Rim, Rim, Rim! , nazwaną tak od okrzyku motywacyjnego przed meczami i turniejami. Pierwszy numer, napisany na maszynie, ukazał się w sześciu kopiach i dotyczył głównie spraw związanych z futbolem i sylwetkami ulubionych sportowców. Łącznie zachowały się 23 numery czasopisma, a tematyka Rim, Rim, Rim! przestała ograniczać się wyłącznie do sportu. Chłopcy zaczęli poruszać tematy znacznie bardziej uniwersalne, dotyczące życia, sztuki czy osobistych doświadczeń. We wrześniu 1944 Maiera, wraz z chłopcami z pokoju siódmego wysłano do Auschwitz, a Rim, Rim, Rim! przestało się ukazywać. Z grupki przyjaciół przetrwał jedynie starszy brat. Większość sformowanych ekip stanowiły określone grupy robotnicze złożone z więźniów. Kucharze (Köche), elektrycy (Elektriker) czy krawcy czy stanowili trzon całych rozgrywek. Jedną z gwiazd ligi był pomocnik olimpijskiej reprezentacji Czechosłowacji Pavel Mahrer. Jednak skład ligi nierzadko się zmieniał – podobnie jak zasady jej funkcjonowania – dzielono ją na ligę jesienną i wiosenną, a do tego grano o obozowy puchar. Oprócz wyżej wymienionych grup zawodowych istniały także drużyna lekarzy – Aeskulape, grupy skupiające członków organizacji syjonistycznej Blau-Weiß (młodzieżówka), reprezentacje Wiednia, Pragi, Czech czy Moraw. Prawdziwie eklektyczna liga, tworzona przez najrozmaitszych przedstawicieli różnych grup społecznych, profesji czy narodowości. W rozgrywkach uczestniczyli nawet strażnicy getta, tworzący drużynę „Gettowache”. Co ciekawe, z relacji świadków wynika, że nawet funkcjonariusze SS, mimo pozorów, jakie mieli zachowywać, gorąco kibicowali i wrzeszczeli podczas meczów. Wyniki w meczach pomiędzy drużynami były więcej niż hokejowe: 14:2, 9:1 czy 2:8 stanowiły rutynę. W jednym ze spotkań pomiędzy Kucharzami a SC Linden padł wynik 19:2! W jesiennych rozgrywkach w 1943 sam Hagibor Theresienstadt (nota bene ostatni w ligowej tabeli) w jedenastu meczach stracił łącznie 77 goli, a ekipa kucharzy przez tyle samo spotkań zdobyła 82 gole. U kierownictwa getta można było ubiegać się o specjalne stroje dla swojej drużyny. Zwykle grano w systemie 6+1 a połowa spotkania trwała 35 lub 30 minut. Boisko (oczywiście bez murawy) o wymiarach 45 na 75 metrów znajdowało się na dziedzińcu na terenie koszar. Widzowie w czasie spotkania siedzieli na ławkach ustawionych wokół boiska. Wielu ściskało się w okropnej ciżbie w oknach i murach koszar, byleby tylko obejrzeć mecz. „Graliśmy w niedzielę po południu, oglądało nas 3500 osób, byliśmy prawdziwymi idolami” – wspominał Jirka Taussig – Tesar, bramkarz młodzieżowej reprezentacji Czechosłowacji, który także przebywał w Terezinie. Świadectwo Tesara to bardzo mocny dowód na ogromne zainteresowanie obozowej społeczności futbolem – jedną z możliwości zapomnienia o beznadziejnym położeniu. „Kiedy tam trafiłem, wiele drużyn walczyło o mnie jakbym był częścią przetargu, ale zdecydowałem że dołączę do Kleiderkammer (odzieżówki). Miałem dzięki temu gdzie zanocować i pracować – a to na pewno pomogło mi przetrwać w getcie” – tu znów Tesar.
Do twierdzy na północno-zachodnim krańcu Czech przewieziono łącznie około 140-150 tysięcy Żydów, z czego co najmniej 15 tysięcy stanowiły dzieci. Różne są informacje na temat ofiar – liczba zmarłych na skutek fatalnych warunków waha się od 30 do 60 tysięcy. Do obozów śmierci (Auschwitz-Birkenau, Mały Trościeniec) wysłano co najmniej 80 tysięcy osób. Mimo zręcznych działań hitlerowskiej propagandy, nikt nie miał wątpliwości. „W Theresienstadt dostawałeś wszystko, o co tylko poprosiłeś, ale cała tragedia polegała na tym, że to była jedynie przykrywka i ludzie nie przestawali ginąć” mówił Franta po latach. Franta Maier po wojnie zmienił zapis imienia na amerykańskie „Francis” i wyjechał do Stanów. Zmarł w listopadzie ubiegłego roku. George, czyli Jiri Tesar nie żyje już od czterech lat. Czy piłka nożna potrafiła całkowicie wyzwolić z doświadczania okrucieństwa? Czy nadchodzący mecz czy zwycięstwo dawały cień szansy na przeżycie? Oczywiście że nie – Maier wspominał, zastrzelenie fotografa podczas meczu pomiędzy reprezentacjami Czech i Moraw. Dlaczego go zastrzelono? Ot tak, po prostu.
Historia Franty i jego kilkudziesięciu podopiecznych to opowieść o sile, nadziei i pragnieniu przetrwania i(co chyba najważniejsze) o niewątpliwym braterstwie, którego spoiwem był futbol w najbardziej pierwotnej postaci; nie ten współczesny, tak dobrze nam znany, oparty na rywalizacji i wyścigu – futbol w Theresienstadt stanowił czystą rozrywkę i dawał radość. Nie był wyścigiem. Był ucieczką.
8
Zapomnienie:
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Szalik
1
@Marusek Widze że uwielbiasz takie rockowe klimaty a nawet ostrzejsze?
Ja generalnie za rockiem aż tak bardzo nie przepadam aczkolwiek z tego gatunku to akurat najbardziej lubie właśnie Gawlińskiego, Budke Suflera i rzecz jasna Lady Punk. Jednak najbardziej uwielbiam muzyke disco. Moim pierwszym niebotycznym idolem był(zresztą nadal jest) Modern Talking a drugim(również jest i będzie) Zenon Martyniuk. Nie wiem dlaczego discopolo jest tak nielubiane, w końcu to są romantyczne teksty i to jak mówi młodzież: zajebista muza. Dla mnie extra muza do wytańczenia się gdziekolwiek i z kimkolwiek...
4
@FCBparasiempre
Sędzia Malka i jego dwaj sędziowie liniowi wrócili do hotelu dopiero półtorej godziny po traumatycznym wydarzeniu na „Easter Road”. Chociaż poszarzała twarz Malki wyraźnie zdradzała jego stan psychiczny, chętnie zgodził się na wywiad. Powiedział, że przygotuje pełny raport dla FIFA, ale nie mógł wymienić z imienia i nazwiska żadnego konkretnego zawodnika, który go kopnął lub uderzył, poza bramkarzem Medrano, który w rzeczywistości był bardziej zdenerwowany niż agresywny. Dodał, że po sędziowaniu ponad czterdziestu meczów międzynarodowych i międzymiastowych „po raz pierwszy zostałem zaatakowany i potrzebowałem ochrony policyjnej”. Sędzia został rzeczywiście popchnięty, powalony i kopnięty przez zawodnika Barcelony, a sędzia liniowy również został powalony i kopnięty, jak powiedział, przez środkowego napastnika Barcelony, Martíneza. „The Daily Record”: Szkoccy kibice z osłupieniem obserwowali, jak Hibernian przełamał impas w meczu z hiszpańską drużyną, po czym na boisku wybuchł chaos. Tylko interwencja policji uratowała niemieckiego sędziego. Jeden z organizatorów Pucharu Miast Targowych powiedział: „Czułem się bardziej jak w Ameryce Południowej niż w Szkocji”. Obrońca Blaugrany, Foncho, stanął przed półkolem mężczyzn w niebieskich strojach, z uniesionymi pięściami, jakby miał zamiar zaatakować całą grupę. Trener Hibernianu dołączył do policji na boisku. Po wielu gestach i wysiłku, gdy 22 zawodników ustawiło się w szeregu, gra została wznowiona. W szatni napięcie utrzymywało się nawet po meczu. Sędzia poprosił o lekarza i przybył lekarz drużyny Hibernian. Lekarz drużyny Barcelony również o niego poprosił, ale pozwolono mu przybyć dopiero później, co też uczynił. Policja utworzyła ścisły kordon, aby obserwować, jak drużyna FC Barcelony maszeruje do swojego autobusu. Drużyna, która odjechała przed sędzią, udała się do pociągu. Pan Malka jechał tym samym pociągiem, zaledwie kilka wagonów dalej, bez wiedzy hiszpańskiej drużyny. Hiszpańscy działacze pogratulowali zwycięzcom: „Wygrywaliśmy Puchar co roku od jego powstania. To naturalne, że i wy go wygracie”. Zapytany, czy obawiają się ewentualnych przyszłych działań dyscyplinarnych wobec klubu, wiceprezydent Barcelony wzruszył ramionami w bardzo ekspresyjny, bardzo hiszpański sposób: „Nie sądzę. To były tylko nerwy”. Alec Young w „The Scottish Daily Mail”: „Bitwa o Easter Road” – Wraz ze wzrostem liczby kibiców piłki nożnej, narastają również komplikacje, jakie ze sobą niesie. Gwałtowne nastroje, podekscytowane, krzyczące tłumy, ogromne sumy pieniędzy… wszystko to znacznie zwiększa napięcie”. Teraz mecz „Estar Road”. Mecz zbliża się do ostatnich minut. Hibernian otrzymuje rzut karny. Piłkarze Barçy spieszą się z protestem do sędziego. Ale decyzja pozostaje w mocy… Wraz z tym wynikiem kończy się jedna z największych atrakcji finansowych, ale jednocześnie reputacja Hiszpanii nieco spada. Wersja Antonio Valencii zamieszczona w czasopiśmie „Marca” jest prawdopodobnie najbardziej wiarygodna i pozwala na najlepszą rekonstrukcję wydarzeń sportowych i pozasportowych: „FC Barcelona wygrywała mecz, który stał się jeszcze bardziej skomplikowany, gdy ich przeciwnik, dzięki czystej determinacji i dumie, zdołał wyrównać. Nie był to zły wynik, ponieważ remis dawał możliwość rozegrania trzeciego meczu, który został już wcześniej ustalony w Barcelonie. Wszystko jednak legło w gruzach, gdy sędzia podyktował rzut karny za niefortunny incydent w polu karnym Barcelony. Dla hiszpańskich kibiców była to niesprawiedliwa decyzja, choć komentator w „ El Mundo Deportivo” zauważył, że sędzia ukarał już Barcelonę dwoma pośrednimi rzutami wolnymi z pola karnego i że w obliczu tego trzeciego, pod presją kibiców, zdecydował się na podyktowanie rzutu karnego. Następnie piłkarze Barcelony nękali sędziego aż do środkowego koła, protestując przeciwko tej decyzji. Policja musiała interweniować, aby sędzia mógł wykonać rzut karny. Przy wyniku 3:2, hiszpańscy piłkarze zareagowali jeszcze bardziej gwałtownie na sędziego, który ponownie zwrócił się do policji. Mecz został wznowiony i dokończony, z uwzględnieniem około pięciu minut doliczonego czasu gry, aby zrekompensować czas stracony w wyniku incydentów. Po końcowym gwizdku piłkarze Blaugrany wyrazili swoje niezadowolenie z decyzji o podyktowaniu rzutu karnego”. Ta rekonstrukcja obnaża złośliwą i ewidentnie hispanofobiczną narrację brytyjskiej prasy: wskazują oni Luisa Suáreza jako przywódcę protestów i agresji, zamierzając zrzucić całą winę na najlepszego piłkarza Barcelony i niedawnego zdobywcę Złotej Piłki; twierdzą, że sędziego rzucono na ziemię i kopnięto, pomimo braku jakichkolwiek zdjęć w prasie brytyjskiej ani hiszpańskiej, które by to potwierdzały; przypisują ksenofobiczne oświadczenie rzekomemu urzędnikowi Pucharu Miast Targowych, mówiąc: „Czułem się bardziej, jakbym był w Ameryce Południowej niż w Szkocji”, nie wymieniając jego nazwiska ani stanowiska. Zakładając, że to Francisco Román był autorem tego komentarza, drugim podejrzanym był Stanley Rous, choć żadne doniesienia nie wskazują, że przyjechał na mecz. Być może najlepszym dowodem na to, że brytyjska wersja wydarzeń jest całkowicie fałszywa, jest zachowanie sędziego. Wszystko wskazuje na to, że piłkarze Barcelony posunęli się za daleko w swoich protestach, nawet popchnęli sędziego, choć go nie powalili. Nie wyrzucił jednak żadnego zawodnika z boiska, być może przytłoczony sytuacją. A gdy wynik zmienił się na 3:2, a protesty Hiszpanów nasilały się, sędzia nie przerwał meczu, a wręcz przeciwnie – doliczył pięć minut doliczonego czasu gry, podczas których Barcelona szukała wyrównania. Wreszcie, w rzekomym raporcie, który miał przesłać do FIFA, również nie wymienił nazwisk żadnych zawodników.
9
@FCBparasiempre
Kiedy kibice FC Barcelony często wspominają sezon 1960/61, skupiają się niemal wyłącznie na przegranym finale z Benficą w Bernie. Rzeczywiście, był to ich udaremniony awans do Pucharu Europy; jednakże był to również logiczny finał burzliwego roku, który zapoczątkował przedłużający się, mroczny okres dla klubu, pełen błędów. Sportowa porażka była nie tylko odzwierciedleniem fatalnego zarządzania, które rozpoczęło się od zmiany trenera z powodu słabej formy w lidze a następnie kontynuowało się wraz z rezygnacją zarządu Blaugrany; należy również dodać, że w tej toksycznej atmosferze drużyna była uwikłana w poważne incydenty podczas Pucharu Miast Targowych, które mogły skutkować wykluczeniem z rozgrywek. Wybitna praca Francisco Romána, prezesa Katalońskiego Związku Piłki Nożnej i członka Komitetu Organizacyjnego Pucharu Miast Targowych, odegrała kluczową rolę w umożliwieniu Barcie udział w edycji 1961/62. Puchar Miast Targowych narodził się w cieniu ekonomicznego i sportowego sukcesu Pucharu Europy na europejskiej scenie piłkarskiej. Niejednorodny Komitet Wykonawczy, złożony z przedstawicieli FIFA i UEFA, również odegrał pewną rolę, choć faktyczną władzę decyzyjną miały federacje krajowe i członkowie rad miejskich klubów uczestniczących w rozgrywkach. Z tego powodu UEFA nie uwzględnia tych rozgrywek w swojej historii, ponieważ nie była odpowiedzialna ani za ich organizację, ani za przebieg. Po pierwszej edycji, która charakteryzowała się licznymi problemami organizacyjnymi i terminowymi, które wydłużyły ją o trzy sezony, Komitet Wykonawczy Pucharu Miast Targowych postanowił przezwyciężyć te trudności. Po pierwsze, zauważono, że udział klubów, nawet podszywających się pod lokalne drużyny, dodał energii turniejowi. W rzeczywistości, spośród czterech półfinalistów w 1958 roku, trzy miasta były reprezentowane przez kluby: Lozanna z Lausanne-Sports, Birmingham z Birmingham City FC i Barcelona z FC Barcelona. Dlatego w drugiej edycji uczestniczące federacje mogły bezpośrednio rejestrować kluby, które miały rywalizować z drużynami z miast. FC Barcelona, Inter Mediolan, Birmingham City i Lausanne-Sports powróciły, podczas gdy Chelsea zastąpiła londyńską drużynę, a Hannover 96 zastąpił drużynę z Frankfurtu. Po drugie, mimo że uczestnicy byli grupowani według stref i innych kryteriów, od pierwszej rundy rywalizacja toczyła się w systemie bezpośredniej eliminacji składającym się z dwóch meczów, co eliminowało ligę fazy grupowej. Po trzecie, liczba uczestników wzrosła z 12 do 16, otwierając drogę Olympique Lyon (Francja), Union San Gil (Belgia) i Újpest Dózsa (Węgry), a także pozwalając na udział drugiego włoskiego reprezentanta, Romy. Kolejnym nowym klubem był Belgrad, który wypełnił lukę po wycofaniu się Wiednia z inauguracyjnej edycji konkursu. Spowodowało to, że drugi Puchar Miast Targowych rozciągnięto na dwa sezony i pomimo skrócenia go o rok, prawda jest taka, że nie był to dobry bilans: 30 meczów w ciągu dwóch lat! Na trzecią edycję praktycznie wszyscy reprezentanci powrócili, z wyjątkiem Anglii, która oddała jedno miejsce – londyńskie – Szkocji, a ich miejsce zajął Hibernian z Edynburga. Komitet Wykonawczy zobowiązał się do rozegrania wszystkich rund pucharowych w jednym sezonie, ponieważ UEFA wywierała na nią znaczną presję: utworzono Puchar Zdobywców Pucharów, wzorowany na Pucharze Mistrzów Ligi. To zepchnęło Puchar Miast Targowych na jeszcze niższy poziom. Poniższe wersy stanowią przegląd krajobrazu europejskich rozgrywek klubowych. Aby dopełnić ten obraz, warto przypomnieć, że do tej pory Real Madryt wygrał wszystkie pięć rozgrywanych Pucharów Europy, a FC Barcelona, w swoim pierwszym zwycięstwie w stolicy Katalonii, wygrała obie edycje Pucharu Miast Targowych. Innymi słowy, tytuły mistrzowskie nie opuściły Hiszpanii, co zaczynało niepokoić UEFA, która nie kryła zainteresowania poszerzeniem listy klubów reprezentowanych w swojej gablocie z trofeami.
Korzystając z faktu, że Puchar Europy i Puchar Miast Targowych miały różnych organizatorów, CF Barcelona – węgierski klub Újpesti Dózsa również brał udział w obu turniejach w tym roku – stanęła w sezonie 1960/61 z dwoma otwartymi frontami międzynarodowymi i zdeterminowana, by zwyciężyć w obu. Nie trzeba dodawać, że głównym celem był Puchar Europy, z dodatkową motywacją w postaci zdetronizowania odwiecznych rywali bez utraty dominacji w Pucharze Miast Targowych, co wydawało się całkiem osiągalne, biorąc pod uwagę siłę uczestników. Na szczeblu krajowym potencjał drużyny Barçy pozwolił jej aspirować do zdobycia trzeciego z rzędu tytułu mistrzowskiego, czego nie dokonał wcześniej żaden hiszpański klub. I zaczęli nieodparcie: cztery zwycięstwa w czterech meczach ligowych, a w Pucharze Europy zapewnili sobie miejsce w najwyższej klasie rozgrywkowej dzięki dwóm zwycięstwom nad skromną belgijską drużyną Lierse… aż do pierwszych niepowodzeń. W kolejkach 5 i 7 dwa mecze wyjazdowe zakończyły się dwiema porażkami, oddając prowadzenie Realowi Madryt, który od tego momentu obserwował, jak jego przewaga maleje coraz bardziej. W Pucharze Miast Targowych z pewnymi trudnościami rozprawili się z Zagrzeb Select XI, którą w rzeczywistości było Dynamo Zagrzeb, panujący wicemistrz Jugosławii. Po remisie w pierwszym meczu, goście objęli niepokojące prowadzenie 0-2 w rewanżu, deficyt, który szybko został odrobiony dzięki skutecznemu powrotowi Barcelony po golach Luisa Suáreza, Eulogio Martíneza, Gensany i Czibora. W listopadzie rozegrano historyczny i kontrowersyjny mecz Real Madryt-FC Barcelona (2:2 i 1:2), w którym Real Madryt został zdetronizowany, co uczyniło FC Barcelonę faworytem do zdobycia najważniejszego tytułu mistrzowskiego w Europie. Co prawda, Real Madryt wziął rewanż w La Liga, wygrywając 3:5 na Camp Nou, co skłoniło kibiców Barcelony do skupienia się na Europie i odłożenia na bok krajowego mistrzostwa. Następnie, w połowie grudnia, nadeszła druga runda Pucharu Miast Targowych. Tym razem przeciwnik był rzekomo znacznie łatwiejszy, ponieważ Hibernian z Edynburga był drużyną ze środka tabeli szkockiej ligi, która w tamtym czasie nie miała w składzie żadnego zawodnika z zagranicy. Mieli fatalny początek sezonu: ich pierwsze osiem meczów ligowych zakończyło się porażkami. Następnie odwrócili losy meczu i w kolejnych ośmiu meczach zdobyli 10 punktów: cztery zwycięstwa, dwa remisy i dwie porażki. Hibernian nie rozegrał pierwszej rundy Pucharu Miast Targowych, ponieważ ich przeciwnik, Lozanna, wycofał się z rozgrywek. Pierwszy mecz miał się odbyć 14 grudnia 1960 roku w Edynburgu, ale mgła tej nocy uniemożliwiła jego rozegranie. Oficjalny protokół meczowy głosił: „ Ćwierćfinał, który miał się odbyć 14 grudnia 1960 roku, został przełożony przez niemieckiego sędziego, pana Malkę z Düsseldorfu, z powodu złej pogody i wyjątkowo gęstej mgły ”. Protokół został podpisany przez samego sędziego, Johannesa Malkę, Harry'ego Swana z Hibernian i Antonio Juliá de Campmany'ego z Barcelony. Tego samego dnia, 27 grudnia, potwierdzono datę rozegrania meczu w Barcelonie, w oczekiwaniu na nową datę zaproponowaną przez oba kluby, która musiałaby zostać zatwierdzona przez Komitet Pucharu Miast Targowych oraz dwie zaangażowane federacje krajowe. Rewanż był więc lustrzanym odbiciem pierwszego, a to, czego Szkoci obawiali się jako finansowego ciosu – dotkliwej porażki, która mogłaby zniechęcić kibiców do drugiego spotkania – okazało się czymś zupełnie przeciwnym. Zaskakujący remis 4:4 na Camp Nou pozostawił losy spotkania otwarte. Szkoci objęli prowadzenie 2:0 w ciągu pierwszych dwudziestu minut. Kocsis wyrównał, ale w 74. i 75. minucie Preston i Baker przywrócili Hibernianowi dwubramkową przewagę. W 84. minucie Kocsis a w 87. Evaristo, zapewnili sobie zwycięstwo, które oznaczało konieczność wygranej w Edynburgu. Zwycięstwo na Easter Road, domowym boisku Hibernianu, nie miało być pamiętnym osiągnięciem, lecz raczej koniecznym krokiem do powrotu na właściwe tory. Jednak oprócz naturalnego wsparcia szkockich kibiców dla klubu, w grę wchodziły również inne czynniki, takie jak imponująca passa Hibernianu między grudniem a styczniem – osiem kolejnych meczów ligowych bez porażki i awans do dwóch pierwszych rund Pucharu, w tym miażdżące zwycięstwo 15:1 nad skromnym Peebles Rovers. Tymczasem w Barcelonie euforia związana z wyeliminowaniem Realu Madryt z Pucharu Europy już opadła, a rzeczywistość była taka, że drużyna zajmowała czwarte miejsce w tabeli ligowej, tracąc aż 15 punktów do Realu Madryt! W 16. kolejce remis u siebie z Athletic Bilbao kosztował menedżera Ljubišę Broćicia posadę – drużyna traciła wtedy osiem punktów do lidera ligi – a jego miejsce zajął Enrique Orizaola, co tylko pogorszyło sytuację.
Nic więc nie pozostało z przewidywań z połowy grudnia dotyczących meczu, który później został przełożony. Wszystko wydawało się o wiele bardziej wyrównane. Zaledwie cztery dni przed meczem z Barceloną, Hibernian zakończył swoją passę zwycięstw, przegrywając na wyjeździe z Celtikiem 2:0. Nie popsuło to jednak nastrojów kibiców Hibernian , którzy wypełnili po brzegi Easter Road. I nie zawiedli się, ponieważ ich drużyna stanęła na wysokości zadania w starciu z Barceloną, zdeterminowaną, by wygrać, marzącą o historycznym dublecie w europejskich pucharach. W marcu czeka ich skromny Spartak Hradec Králové w ćwierćfinale Ligi Mistrzów. Mecz rozpoczął się fatalnie dla hiszpańskiej drużyny, która straciła pierwszą bramkę już po 11 minutach. Jednak ich reakcja była zdecydowana i jeszcze przed przerwą Eulogio Martínez i Kocsis odwrócili losy spotkania. Ale druga połowa, rozegrana bardziej zachowawczo, skomplikowała się, gdy Hibernians wyrównał w 73. minucie. Ten wynik oznaczał powtórkę w Barcelonie – zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami obu klubów – więc dzwonki alarmowe w zespole Barcelony zabrzmiały dopiero… w 84. minucie, gdy sędzia podyktował rzut karny za faul w polu karnym gości. Weteran Kinloch wykorzystał go, ustalając wynik na 3:2. Barcelona odpadła! Próbując dziennikarskiej bezstronności, Carlos Pardo na stronie drugiej „El Mundo Deportivo” wyjaśnił: „McLeod, w polu karnym, został sfaulowany, według Szkotów, przez Garaya, i poślizgnąwszy się, pociągnął za sobą zawodnika FC Barcelony, według hiszpańskiej wersji, którą mogliśmy wywnioskować z meczu. W tym samym artykule zauważył: Obiektywnym jest zauważenie, że w dwóch poprzednich przypadkach, gdy szkoccy napastnicy byli faulowani w polu karnym, podyktował pośrednie rzuty wolne, co na pierwszy rzut oka wydaje się potwierdzać, że niemiecki sędzia jest dość wrażliwy na to, co dzieje się między liniami losu”. Kronika, której nagłówek jest cytowany w tym artykule, tak relacjonowała tę sytuację: McLeod zaatakował, a Garay interweniował, obaj upadli, a sędzia ogłosił poważny faul. W dalszej części relacji czytamy: Rzut karny spowodował serię incydentów z powodu wątpliwego charakteru faulu, który trwał kilka minut, a Kinloch ostatecznie zamienił rzut karny na gola, który miał być zwycięskim golem, ponieważ chociaż Barcelona próbowała wyrównać do samego końca, który trwał pięć minut, nie udało jej się to z powodu świetnej obrony Szkotów, którzy walczyli niestrudzenie, aczkolwiek z nadmierną siłą. […] Kiedy sędzia zasygnalizował koniec niemal dramatycznego meczu, publiczność zgotowała swoim zawodnikom entuzjastyczną i długotrwałą owację. Nie możemy powiedzieć tego samego, wręcz przeciwnie, o hiszpańskich piłkarzach, a wręcz można by dodać, że o towarzyszącym im sztabie. W innej części reportażu narracja przybiera bardziej stronniczy ton, ujawniając wyraźne pominięcie kluczowych zawodników: Garay gonił McLeoda, gdy ten wchodził w pole karne; obaj upadli na ziemię, Bask został pociągnięty przez Szkota, piłka niebezpiecznie minęła bramkę, a niemiecki sędzia podyktował rzut karny. Decyzja ta została tak zignorowana przez wszystkich, że piłkarze Barcelony odmówili jej zaakceptowania, podobnie jak równie zaskoczeni kibice na trybunach. Reportaż kontynuuje fragment, który zasługuje na miejsce w antologii złego dziennikarstwa: „ Sędzia wycofał się na środek boiska, na boisko weszli fotografowie, a za nimi, w sposób demonstracyjnie demonstrujący, pojawiła się policja, która zdołała na chwilę przywrócić porządek, wypędzając intruzów”. Pomija fakt, że sędzia wycofał się na środek boiska, nękany przez piłkarzy Barcelony do tego stopnia, że policja musiała interweniować, aby umożliwić wykonanie rzutu karnego. Kronikarz Barcelony dokończył opowieść, znów ignorując zachowanie Blaugrany: Kinloch rozpoczął karę, surowo i celowo, odtworzono nieprzyjemne sceny, nastąpiła nowa inwazja fotografów i policji, a przywrócenie spokoju zajęło kilka minut. Antonio Valencia, zastępca redaktora naczelnego gazety Marca , w swoim raporcie meczowym relacjonuje akcję, która doprowadziła do trzeciego gola dla Szkocji: 84 i pół minuty. McLeod wyrywa się, mija dryblingiem pomocnika i wbiega w pole karne, ścigany przez Garaya. Gdy traci piłkę i prawie traci równowagę, Garay atakuje go, posyłając obu na murawę. Ku zdumieniu hiszpańskich piłkarzy, sędzia dyktuje rzut karny, który po serii incydentów opisanych w raporcie meczowym Kinloch bezlitośnie zamienia na zwycięskiego gola. A tak relacjonuje te incydenty: „Sędzia podyktował rzut karny, ku wielkiemu oburzeniu piłkarzy Barcelony i powszechnej radości kibiców. Dla nich to było tak, jakby sam Święty Mikołaj przysłał im prezent należny w dniu, w którym miał się odbyć przełożony mecz. Medrano i kilku piłkarzy Barcelony popychało sędziego. Oddziały policji wkroczyły na boisko, aby przywrócić porządek, podczas gdy szkoccy piłkarze siedzieli na trawie, zadowoleni z końca filmu. Po dwóch lub trzech minutach przerwy Kinloch bezlitośnie wykonał rzut karny”.
Jak widać, madrycki dziennikarz skupia się na informacjach najbardziej zbliżonych do faktów. Komentarze niektórych piłkarzy Barcelony opublikowano w El Mundo Deportivo: Orizaola(trener): „Szczerze mówiąc, z mojego doświadczenia piłkarskiego dzisiejszy mecz był bezprecedensowy. Nie przypominam sobie, żeby sędziowie podejmowali tak stronnicze decyzje”. Segarra: „Przez piętnaście lat gry w piłkę nożną nigdy nie byłem świadkiem takiej niesprawiedliwości. Moi koledzy z drużyny i ja zareagowaliśmy w logiczny sposób. Byliśmy wściekli i mieliśmy ku temu powody. Wierzę, że Hibernian nie wyeliminował nas z boiska. Sędziowanie było kluczowym czynnikiem”. Medrano(który zastąpił Ramalletsa): „Naprawdę ważne jest to, że zostaliśmy wyeliminowani bez powodu. Podyktowany rzut karny był zbrodnią. Do tego momentu graliśmy znakomicie i z wielkim entuzjazmem. Chcieliśmy zadedykować to zwycięstwo Barcelonie i jej kibicom”. Gensana: „Uważam, że wynik jest nienormalny. Przyczyny można określić jednym winowajcą: sędzią”. Następnego dnia, po powrocie do Barcelony, piłkarze rozszerzyli swoje wypowiedzi: Garay: „Nawet nie dotknąłem McLeoda. Pobiegł po piłkę, która minęła go, zgubił ją, poślizgnął się, upadł, ale bez żadnych teatralnych gestów. Medrano spokojnie przejął piłkę i wtedy sędzia podyktował rzut karny. Nasze zaskoczenie i oburzenie są nie do opisania. Sam McLeod był zaskoczony, a jego mina zdawała się mówić: „To nie moja wina, to po prostu część futbolu”. Ale to nie był jedyny sposób, w jaki zostaliśmy skrzywdzeni; były też inne. Zapytajcie na przykład Vergésa”. Vergés: „Krótko mówiąc, w akcji, która doprowadziła do naszego drugiego gola, Baker bezceremonialnie mnie odepchnął, gdy właśnie miałem wybić piłkę głową. Ponieważ nie mogłem jej wybić, piłka trafiła do Prestona, który umieścił ją w siatce. Protestowałem, ale nic to nie dało! Sędzia nawet nie raczył wysłuchać. Potem był rzut karny, który wymyślił z niczego. To było żałosne”. Medrano: „Garay, widziałem to doskonale, nie dotknął skrzydłowego, który stracił równowagę z powodu prędkości, z jaką się poruszał, próbując wykonać obrót. Na początku myślałem, że sędzia odgwiżdże faul na Szkocie za przeszkadzanie lub spalonego. Nie myślałem o karze”. Ale to Francisco Román, delegat FC Barcelony w Edynburgu, zaalarmował wszystkich: „Rzut karny? To nie był rzut karny. Sędzia się pomylił. Na pewno złożę raport z meczu i pracy sędziego…”. -Jaka jest sytuacja Barcelony przed kolejnym Pucharem? Zgodnie z regulaminem, to Komitet decyduje, czy kluby wezmą udział w Mistrzostwach. Dlatego też, czy Barça zagra w tym Pucharze, nie będzie wiadomo aż do następnego posiedzenia Komitetu. Wierzę jednak, że Barcelona zagra. Co więcej, chciałbym, żeby w rozgrywkach wzięły udział dwie hiszpańskie drużyny”. Następnego dnia, 24 lutego, „Marca” opublikowała oświadczenie sędziego Johannesa Malki. Treść oświadczenia brzmiała następująco: „Niemiecki sędzia, który sędziował cztery mecze międzynarodowe i międzymiastowe, oświadczył: „To pierwszy raz, kiedy zostałem zaatakowany i chroniony przez policję”. Następnie dodał: „To był zły mecz, ale winą za to można obarczyć Hiszpanów. Mogłem zakończyć mecz, ale nie chciałem. Teraz chcę tylko o wszystkim zapomnieć”. Malka złoży raport do FIFA. Zapytany, czy zgodziłby się sędziować kolejny mecz Barcelony, Malka, uśmiechając się, odpowiedział: „Tak, oczywiście, ale włożyłbym łopaty do butów, wziąłbym broń, a gdybym miał przyznać rzut karny, upewniłbym się, że w pobliżu jest patrol policji, zanim bym na to zwrócił uwagę”. Hugh McIlvanney w „The Scotsman”: „Herr Malka, niemiecki sędzia, został zaatakowany przez piłkarzy FC Barcelony i brutalnie pobity na boisku po tym, jak Hibernian wykorzystał rzut karny, który wyeliminował mistrzów Hiszpanii z Pucharu Miast Targowych. Sędzia biegł jak człowiek bojący się o swoje życie, gdy czterech zawodników, z Suárezem, reprezentantem lewego środkowego, rzuciło się na niego z furią, gdy tylko rzut karny Kinlocha trafił do siatki. Sędzia upadł na ziemię, a jego prześladowcy mieli go już dotkliwie pobić, gdy kilkudziesięciu policjantów wbiegło na boisko, by ratować Herr Malkę. Zaatakowali również rozwścieczonych hiszpańskich piłkarzy, aż w końcu zostali rozproszeni. Nawet wtedy Suárez, Garay, Segarra i kilku innych próbowało zaatakować funkcjonariusza. Kilku piłkarzy Hibernian, którzy próbowali ich uspokoić, również zostało popychanych. Minęło ponad siedem minut, zanim można było wznowić grę… Pod koniec meczu Herr Malka roztropnie ustawił się w niewielkiej odległości od miejsca, gdzie stali obrońcy „policjanci”. Jeden z jego liniowych miał mniej szczęścia, a jeden z hiszpańskich zawodników mocno go kopnął, gdy zmierzał w stronę szatni. Taki był haniebny koniec najbardziej haniebnego epizodu, jaki kiedykolwiek widziała szkocka piłka nożna”.
9
Dume Katalonii chciano wyrzucić z Pucharu Miast Targowych(część I):
@Szalik
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360
2
@Bernard777 Już był! Spójrz: http://www.sidelinesoccer.com/history-of-the-offside-rule
3
@Bernard777 Wiesz co, napewno już gdzieś to czytałem ale dawno i nie pamiętam! Jak tylko gdzieś znajde to dam ci znać.
3
Karnawał trwa:
9
Czy wiemy że:
147 lat temu Reprezentacje Anglii i Wali rozegrały między sobą pierwszy mecz w historii, spotkanie trwało dwie połowy po 30 minut i zakończyło się wygraną Anglików 2-1 a gole zdobyli: Herbert Whitfeld 8 minuta, Thomas Sorby 20 minuta - William Davies 47 m. (lub 45). Był to 8 mecz Anglików w historii a 3 Walii, obie reprezentacje wcześniejsze spotkania rozegrały ze Szkocją.
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Szalik
14
Hattrick „La Pulgi” na „Estadio Municipal de Riazor”:
18 stycznia 2015 r. FC Barcelona pokonała Deportivo La Coruña w 19-tej kolejce Primera Division. Lionel Messi po raz kolejny odpowiedział na spekulacje dotyczące jego przyszłości w FC Barcelonie sensacyjnym występem na boisku, strzelając hat-tricka a Katalończycy rozgromili Deportivo La Coruna 4:0. Argentyńczyk w zeszłym tygodniu uderzył na alarm, ogłaszając podczas ceremonii wręczenia Złotej Piłki FIFA, że nie wie, gdzie będzie w przyszłym roku, ale dał Blaugranie dwubramkową przewagę do przerwy w meczu z Deportivo a następnie w drugiej połowie skompletował potrójną koronę. Późny gol samobójczy obrońcy Sidneia pogorszył sytuację defensywy Depor. Po raz pierwszy w 19 meczach ligowych pod wodzą trenera Barcelony Luis Enrique powołał niezmieniony skład drużyny, która tydzień wcześniej pokonała Atletico Madryt 3:1, i zaprezentowała najbardziej przekonujący występ drużyny w tym sezonie. Jego odpowiednik, Victor Fernandez, przed meczem upierał się, że jego drużyna nie zamierza „zaparkować autobusu”, jednak nie dotrzymał obietnicy i Barca od samego początku pociągała za sznurki. Messi prawie dał Katalończykom prowadzenie w 10. minucie, gdy Ivan Rakitić dośrodkował z rzutu rożnego, a Argentyńczyk przechwycił piłkę niepilnowany, jednak bramkarz Deporu Fabricio zareagował szybko i skierował ją nad poprzeczkę ale minutę później Rakitić i Messi połączyli siły ponownie i tym razem bramkarz nie mógł nic zrobić, aby zapobiec strzałowi głową napastnika, który wpadł do siatki. Deportivo potrzebowało 26 minut, aby stworzyć swoją pierwszą szansę, ale została ona zmarnowana, gdyż Ivan Cavaleiro źle strzelił, mijając Gerarda Pique. Niedługo później Galicyjczycy otrzymali kolejny cios, gdy Messi podwoił przewagę Barçy. Podobnie jak przy pierwszym golu, 27-latek rozpoczął akcję podaniem do Neymara, a Brazylijczyk próbował podać do Luisa Suareza w polu karnym. Były piłkarz Liverpoolu nie potrafił jednak odpowiednio opanować piłki, więc Messi wysunął lewą nogę i wpakował ją do siatki. Najlepszy strzelec Blaugrany mógł skompletować hat-tricka jeszcze przed przerwą, gdy przedarł się przez prawą stronę pola karnego, ale jego strzał minął poprzeczkę a Suarez zmarnował szansę na zdobycie pierwszego ligowego gola na wyjeździe.
Depor dobrze rozpoczął drugą połowę a apelacja o rzut karny została odrzucona, gdy Haris Medunjanin został sfaulowany przez Javiera Mascherano, który dwa lata wcześniej został wyrzucony z boiska w tym samym meczu. Juan Dominguez był jedynym piłkarzem Deportivo, który wystawił na próbę Claudio Bravo a Chilijczyk obronił efektowny wolej pomocnika. Jednak rzadkie wypady gospodarzy w pole karne Blaugrany bledną w porównaniu z falami ataków Barçy a Messi strzelił hat-tricka tuż po godzinie gry, otrzymując krótki rzut rożny od Rakiticia i posyłając piłkę w przeciwległy róg. Argentyńczyk zdobył tu również potrójną koronę dwa sezony temu, w epickim zwycięstwie Barcelony 5:4. Upokorzenie Deportivo jednak nie dobiegło końca. Na siedem minut przed końcem Alberto Lopo próbował wybić dośrodkowanie Daniego Alvesa, ale zamiast tego odbił piłkę od pleców kolegi z drużyny Sidneia i z przerażeniem patrzył, jak wpada do siatki.
@Sysia11
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360
12
El Clasico w Copa del Rey:
18 stycznia 2012 roku Real Madryt poległ na Santiago Bernabeu z FC Barceloną 1:2 w pierwszym spotkaniu ćwierćfinałowym Pucharu Hiszpanii. Gole dla Barçy zdobyli: Puyol oraz Abidal, natomiast honorowego gola dla Królewskich strzelił nie kto inny jak Cristiano Ronaldo. Mecz został zapamiętany z dwóch powodów. Pierwszym z nich jest drugi(i ostatni) gol Erica Abidala w barwach Blaugrany. Francuz wykorzystał świetne podanie Messiego i ustalił wynik meczu. Cieniem na tym pojedynku rzuciła się jednak sytuacja z 68 min., gdy Pepe celowo nadepnął na ręke leżącego Messiego. Sytuacje zarejestrowały kamery, lecz nie widział jej arbiter, skończyło się więc bez wykluczenia z gry Portugalczyka. Komitet arbitrażowy hiszpańskiej federacji również postanowił nie karać Pepe za tę sytuację, choć była to recydywa obrońcy Realu, znanego z prowokacyjnych zachowań i fauli bez piłki. Dlaczego mnie(a być może i większość z was) to nie dziwi? Madryt nigdy nie był i nie będzie przychylny ,,naszemu” klubowi pod każdym względem i to się już raczej nigdy nie zmieni. Nie mam pojęcia kto zasiada w komitecie arbitrażowym ale podejrzewam że większość z nich jest przychylna tylko i wyłącznie Madrytowi!
Powspominajmy:
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
14
Żywe legendy FC Barcelony:
18 stycznia 1954 r. urodził się środkowy obrońca Antonio Olmo Rodriguez. Antonio wyróżniał się spokojem i umiejętnością przechwytywania piłki a także podaniami z dużej odległości. Zawodnik, który przeszedł przez system młodzieżowy, w 1972 roku został wypożyczony do Calelli, gdzie wkrótce pokazał swoją jakość. Ówczesny trener Barcelony Rinus Michels włączył Olmo do składu przedsezonowego w 1973 roku, ale obrońca kontynuował grę w drużynie B, Barçy Atlètic, aż do 1976 roku, kiedy został pierwszym członkiem zespołu, natychmiast zapewniając sobie miejsce w wyjściowej jedenastce i stając się reprezentantem drużyny międzynarodowej. Kibice Barcelony pamiętają silną współpracę środkowego obrońcy, którą Olmo stworzył z Miguelim. Niestety w kolejnych sezonach forma podupadała i już w wieku 30 lat przeszedł na emeryturę. 11 września 1984 roku klub oddał hołd obrońcy w meczu referencyjnym przeciwko Athletic Club, który był także okazją do pożegnania bramkarza Pedro Artoli.
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
0
@MoralnyKarzel No prosze, w końcu się odezwałeś! No to fajniutko :) A już miałem do ciebie pisać czy wogóle żyjesz? Cosik chyba rzadko zaglądasz na fcbarca.com bo raczej nie codziennie?
No postaram się z tą listą ciebie umieszczać. Nawet bardzo dobry pomysł aby oznaczyć cię w odpowiedzi na komentarz. Słuchaj a powiedz mi jeszcze jaką najbardziej piłką się fascynujesz, południowoamerykańską, brytyjską czy może hiszpańską? Podejrzewam że chyba najbardziej latynoską, skoro spodobało ci się te "lekkie pióro"?
A jakiemu jeszcze klubowi kibicujesz poza Lechią i Barcą?
1
@Kapitan hawk Ja będe zgodny z tobą i również 1:1
18
Feliz cumpleaños Pep!!! Josep Guardiola właśnie kończy dzisiaj 55 lat! No cóż ja mogę powiedzieć o nim? Brak słów, co mi ten Katalończyk nastarczył radości aż do końca życia! Wspaniały ,,Pepito”, życzę Ci nieustającego rozwoju i doskonalenia swoich umiejętności trenerskich. Niech każdy kolejny rok przynosi Ci nowe wyzwania i możliwości, które pozwolą Ci być jeszcze lepszym w tym, co robisz. Bądź inspiracją dla swoich podopiecznych i niech Twoja wiedza i doświadczenie budzą w nich chęć ciągłego doskonalenia się. Sto lat Pepula!!!
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
4
@FCBparasiempre
Jeszcze w czasie trwania piłkarskiej przygody Cuauhtemoc zagrał w jednej z meksykańskich telenoweli „Triumf miłości.” Odgrywał tam rolę strażaka Juanjo. Jak bywa w tego typu produkcjach, bohater grany przez Blanco najpierw zginął, by następnie w zaskakujących okolicznościach powrócić do produkcji, jako człowiek, który sfingował swoją śmierć. W latach 2016-2018 legenda meksykańskiej piłki sprawowała urząd burmistrza miasta Cuernavaca z ramienia Partii Socjaldemokratycznej. Oskarżano go w tym czasie o łapówkarstwo, a nawet zlecenie zabójstwa lokalnego biznesmena, zamieszanego w interesy z kartelami narkotykowymi. Część opinii publicznej domagała się odwołania byłego futbolisty z urzędu. Blanco zareagował na te zarzuty, organizując strajk głodowy. Oskarżenia ostatecznie wycofano. Mało tego. Polityczne ambicje „Czarodzieja z Tepito” sięgały wyżej niż urząd burmistrza. W październiku 2018 roku Blanco został wybrany gubernatorem stanu Morelos. Oczywiście całej sytuacji znów towarzyszą kontrowersje. Cuahtemocowi zarzuca się nepotyzm. W dodatku byłej gwieździe Club America umorzono dług podatkowy wynoszący 16 tysięcy dolarów, a przestępczość w regionie znacznie wzrosła. To co? Czas na urząd prezydenta? Postać Cuahtemoca Blanco dzieli Meksykanów na tych, którzy go kochają i tych, którzy go nienawidzą. Zawodnik permanentnie znajduje się z kimś w konflikcie. Ricardo La Volpe, Rafa Marquez, Jorge Campos… wszyscy oni musieli się publicznie mierzyć z jego gniewem. Obecnie natomiast Blanco brnie w polityczne wojenki, w których w gruncie rzeczy powinien się czuć jak ryba w wodzie. Ciężko jednak zaprzeczyć słowom Toma Marshalla z ESPN, który powiedział kiedyś o nim: ,,Konflikty, bójki, piękne gole, intensywność i pasja, z jaką blanco żył zarówno na boisku i poza nim, pozostawiły głęboki ślad w meksykańskim futbolu i barwną historię, namalowaną przez postać, jakiej obecnie w futbolu brakuje”.
10
@FCBparasiempre
Rok 1998. Na ekranie telewizora egzotyczny pojedynek pomiędzy Meksykiem i Koreą Południową. Uwiedziony barwnym stylem Jorge Camposa i strzeleckimi popisami blondwłosego Luisa Hernandeza, ściskam kciuki za ekipę „El Tri”. Kiedy jednak Cuauhtemoc Blanco bierze pomiędzy stopy futbolówkę i w pewnym momencie niczym żaba przeskakuje obok zszokowanych rywali z Azji, prezentując swoje popisowe zagranie nazywane ,,cuauhteminą”, moich meksykańskich bohaterów jest już trzech. Niczym trzech ,,Mariachi”. Jednakże to właśnie tego ostatniego będzie dotyczył ten tekst. Cuauhtemoc Blanco Bravo urodził się 17 stycznia 1973 roku na obrzeżach Mexico City, metropolii uznawanej za jedno z najniebezpieczniejszych miejsc na ziemi. Swoje imię odziedziczył po ostatnim władcy Tenochtitlanu, historycznej stolicy Azteków. Ten żyjący na początku XVI wieku Tlatoani (tak tytułowano władców ludów Nahua) zginął z ręki konkwistadora Hernana Corteza. Jedna z legend głosi, że Cortez, który początkowo obiecywał Cuauhtemocowi bezpieczeństwo w zamian za poddaństwo, stracił azteckiego władcę na torturach, próbując wydobyć z niego informacje dotyczące miejsca ukrycia złotego skarbu. Jeśli twoim patronem jest tak barwna postać, to powoli staje się jasnym, że twoje życie nie będzie nudne. Tak też było w przypadku Blanco, którego życiorys i kariera, były pełne zwrotów akcji niczym latynoska telenowela. Młody Blanco wychowywał się w miejscu nazywanym Tepito, które było częścią składową stołecznej dzielnicy o nazwie… Cuauhtemoc. Tutaj moglibyśmy wrzucić standardowy szablon, dotyczący piłkarzy wychowywanych w dzielnicach charakteryzujących się biedą i przemocą, którzy byli zdeterminowani, by poprzez futbol przedostać się do lepszego świata. Znacie te historyjki na pamięć. Na brudnych ulicach Tepito umiejętności Cuauhtemoca dostrzegł niejaki Alvaro „Coca” Gonzalez, który był miejscowym łowcą talentów. To za jego sprawą młokos został wtłoczony w tryby szkoleniowe Club America, jednego z najbardziej utytułowanych zespołów w Meksyku. Pierwszą szansę debiutu w barwach Las Aguilas (Orły) dostał w 1992 roku, jednak przez pierwszych kilka sezonów odgrywał raczej rolę uczniaka, który ma zbierać piłkarskie szlify i przyglądać się bardziej doświadczonym kolegom z zespołu. Jednakże w momencie, w którym wydawało się, że Blanco dostaje wiatru w żagle i powoli zacznie wskakiwać na wyższy poziom, na jego drodze stanęły dwie przeszkody, które będą przewijać się przez całą ścieżkę jego zawodowej kariery. Pierwszą z nich był trudny charakter wychowanego w Tepito piłkarza. Druga była stworzona z krwi i kości, a nazywała się Ricardo La Volpe. Argentyński szkoleniowiec był trenerskim nemezis Blanco. Aczkolwiek to Cuauhtemoc jako pierwszy sprowokował trwający latami konflikt, przerywając jedną z odpraw opiekuna Club America i wyrzucając z siebie, co sądzi o jego pracy. A nie były to peany pochwalne… Wkrótce La Volpe nie było już w zespole. Jednakże nie było w nim także Blanco, którego Argentyńczyk zdążył wysłać na wypożyczenie do Necaxy. W ekipie z miasta Aguascalientes niesiony złością młodzian, wykazał się świetną formą strzelecką. W 18 meczach zaaplikował rywalom 11 goli. Dość powiedzieć, że wcześniej Cuauhtemoc zgromadził ich łącznie 15… w 113 grach. Na sezon 1998/1999 Blanco powrócił do macierzystego klubu. Niebawem nadarzyła mu się pierwsza okazja, by wbić szpilkę swojemu byłemu trenerowi. Gdy zdobył gola przeciwko prowadzonemu przez La Volpe Atlasowi, pobiegł w kierunku ławki rezerwowych, położył się na murawie i z ironicznym uśmiechem wpatrywał się w zażenowanego szkoleniowca. Kolejne dwa sezony udowodniły, że Blanco aspiruje do bycia najjaśniejszą gwiazdą klubu, którego był wychowankiem. 45 występów i 40 trafień miały być tylko tego potwierdzeniem. Media rozpisywały się o „Czarodzieju z Tepito”. Jego wyluzowany, zawadiacki, uliczny styl gry rodem z brudnych podwórek kradł serca rzeszy kibiców. Problem w tym, że Cuauhtemoc równie bezczelny co na boisku bywał także poza placem gry. Kapitalna forma napastnika nie uszła również uwadze sztabu szkoleniowego reprezentacji Meksyku. Pierwsze powołanie „Czarodziej z Tepito” otrzymał jeszcze w 1995 roku. Na wspomniane na wstępie mistrzostwa świata do Francji, Blanco jechał już jako pewny punkt kadry „El Tri”. Na mundialu zdołał popisać się golem w starciu z Belgią, ale to właśnie za sprawą jego znaku rozpoznawczego, czyli specyficznego zagrania zwanego ,,cuauhteminą”, utkwił najbardziej w pamięci kibiców, oglądających tamten turniej.
Swój największy międzynarodowy sukces piłkarz Club America odniósł rok później. Wówczas to był liderem ekipy, która sięgnęła po zwycięstwo w Pucharze Konfederacji. Smak tego triumfu był szczególny, ponieważ cała impreza odbyła się w ojczyźnie tequili i burrito, a finałowe starcie z Brazylijczykami na trybunach Estadio Azteca oglądało 85 tysięcy fanów. „Czarodziej z Tepito” z liczbą sześciu goli na koncie został wraz z Ronaldinho i Marzoukiem Al-Otaibim z Arabii Saudyjskiej królem strzelców turnieju. Udane występy na arenie reprezentacyjnej przyciągnęły wzrok kupców z zagranicy. Pierwsi sieci na Cuauhtemoca zarzucili włodarze hiszpańskiego Realu Valladolid. Jednakże okres spędzony przez Meksykanina na półwyspie Iberyjskim można spisać na straty. Wkrótce po przybyciu na Estadio Jose Zorrilla Blanco wyjechał na zgrupowanie kadry narodowej. Tam w ramach meczu kwalifikacyjnego do mistrzostw świata „El Tri” zmierzyli się z reprezentacją Trynidadu i Tobago. „Czarodziej z Tepito” zdołał wpakować rywalom dwa gole, nim w 73 minucie gry niejaki Ansil Elcock sfaulował go brutalnie, powodując zerwanie więzadła krzyżowego w prawym kolanie i wysyłając go na półroczną rehabilitację. Gdy Cuauhtemoc wrócił w końcu na murawę, był bardzo daleki od swojej optymalnej formy. Po sezonie 2001/2002 Valladolid podziękowało mu za współpracę. W Hiszpanii zagrał łącznie 23 razy i zdobył trzy gole. Wielu kibiców do dziś wierzy w to, że koszmarna kontuzja w meczu z Trynidadem, była głównym powodem, przez który Blanco nie zdołał rozwinąć skrzydeł na Starym Kontynencie. Zresztą Meksykanin już nigdy nie powrócił grać do Europy. Sam jednak podziela zdanie kibiców i twierdzi, że gdyby nie feralne zerwanie więzadeł to mógł trafić do Realu Madryt, który rzekomo monitorował jego dyspozycję. Zresztą gol strzelony z rzutu wolnego właśnie „Królewskim” jest najbardziej pamiętnym momentem Cuauhtemoca w czasie hiszpańskiego rozdziału jego kariery. Ansil Elcock natomiast oficjalnie przeprosił Blanco… 16 lat po całym zdarzeniu. Nie zmieniło to jednak faktu, że były trynidadzki piłkarz po dziś dzień jest nazywany w Meksyku „El carnicero”, czyli „rzeźnik.” „Czarodziej z Tepito” niczym bumerang powrócił znów do miejsca, w którym czuł się najlepiej, czyli do Club America. Tam znów zaliczył dwa udane sezony. Szczególnie kampania 2003/2004 była dla Blanco owocna, gdyż zaaplikował ligowym rywalom 20 goli. Duży wpływ na to mógł mieć fakt, że w klubie z Mexico City stanowisko szkoleniowca objął Leo Benhakker. Nie była to jednak pierwsza przygoda holenderskiego trenera z ekipą ze stolicy Meksyku. Benhakker sprawował już pieczę nad Las Aguilas w sezonie 1994/1995. To on jako pierwszy zaczął odważniej stawiać na młodego Blanco. Potrafił dotrzeć do psychiki krnąbrnego młodziana i spowodować, że Cuauhtemoc zaczął uwalniać pokłady drzemiącego w nim talentu. Niemal dekadę później chemia na linii trener-zawodnik istniała nadal. Jednakże gdy w pochodzącym z Tepito piłkarzu uruchamiała się mroczna strona natury, to nawet jego duchowy ojciec w postaci Benhakkera nie potrafił nad nim zapanować. Tak było w meczu 1/8 finału Copa Libertadores pomiędzy Club America, a brazylijskim Sao Caetano. Już w pierwszym spotkaniu Cuauhtemoc dał się rywalom we znaki, gdy po strzelonym golu prowokacyjnie tańczył pomiędzy obrońcami przeciwnika. W rewanżu było tylko gorzej. Orły musiały gonić wynik dwumeczu i Blanco nie wytrzymał presji w końcówce spotkania, uderzając jednego z zawodników Sao Caetano łokciem w twarz, za co obejrzał czerwoną kartkę. Całe wydarzenie podgrzało atmosferę do tego stopnia, że po ostatnim gwizdku arbitra na murawie odbyła się regularna bitwa, w którą wmieszali się kibice. Musiała interweniować policja. To kosztowało napastnika Orłów roczną dyskwalifikację z rozgrywek organizowanych przez CONMEBOL. Klub natomiast postanowił go ukarać roczną zsyłką na wypożyczenie do drużyny Veracruz. Działacze zespołu z Mexico City zdawali sobie jednak sprawę z tego, że pomimo permanentnych kłopotów, w które lubił się pakować Blanco, stanowił on nadal wartość dodaną dla Club America. W barwach Orłów Cuauhtemoc spędził zatem kolejne trzy sezony. Być może jego i Las Aguilas łączyła pewna metafizyczna więź? Wszak „Cuauhtemoc” oznaczało w języku Azteków „tego, który zstępuje jak orzeł”. Trzymanie w swoich szeregach klubowego weterana popłaciło. W 2005 roku Club America zwyciężył w rozgrywkach Clausura (W Meksyku jak w większości krajów latynoamerykańskich sezon dzieli się na dwie części – Aperturę i Clausurę). Rok później Las Aguilas zatriumfowali w Lidze Mistrzów CONCACAF. Przy okazji Blanco zgarnął dwie nagrody dla najlepszego gracza sezonu w lidze meksykańskiej. Oczywiście wszystko trzeba było okupić kolejnymi skandalami z udziałem niesfornego piłkarza. Mniejszymi, jak wtedy, gdy celebrował gola zdobytego przeciwko Celaya, udając psa oddającego mocz na linię bramkową, gdyż miał na pieńku z golkiperem rywala i większymi, jak wtedy, gdy uderzył dziennikarza TV Azteca Davida Feitelsona, co zostało uwiecznione na nagraniu. Żadne przeprosiny ze strony „Czarodzieja z Tepito” nie działały jednak na opinię publiczną tak skutecznie, jak jego widowiskowa gra. To ona stanowiła najlepszy balsam na niezabliźnione rany.
Chociaż na początku XXI wieku Blanco bezsprzecznie był jednym z najlepszych meksykańskich piłkarzy, weteranem dwóch mundiali, na których trafiał do bramki rywala, to w 2006 roku zabrakło dla niego miejsca w kadrze udającej się na niemiecki czempionat. Powód? Lata 2002-2006 to okres, kiedy pieczę nad zespołem „El Tri” przejął stary znajomy Cuauhtemoca – Ricardo La Volpe. Jak nie trudno się domyślić, permanentne pomijanie asa Club America przy powołaniach, było pokłosiem dawnego konfliktu obydwóch panów. ,,Pójdźcie zapytać Bielsy, dlaczego nigdy nie grał Crespo z Batistutą. Każdy trener ma swoją wizję futbolu. To głupoty, które wchodzą mi jednym i wychodzą drugim uchem. Cuauhtémoc jest bez cienia wątpliwości wzorem, ale to nie Maradona czy Pelé. W Meksyku mamy też innych zawodników, którzy tworzyli historię. Nie umieściłbym go w pierwszej dziesiątce najlepszych meksykańskich piłkarzy”- tłumaczył swoją decyzję argentyński szkoleniowiec. ,,La Volpe? To wielki trener. Nie wiem jednak, dlaczego nie zabrał mnie na mundial. Bardzo mnie to zabolało. Myślę, że to wszystko z powodu zaszłości sprzed lat. Chciał się na mnie odegrać. Kiedy miałem 20 czy 21 lat nie podskakiwałem starszym. Trener starał się jednak mnie złamać. Mówił wiele nieprzyjemnych rzeczy. Starał się upokarzać młodych piłkarzy. Takich rzeczy się nie zapomina. Obrażał nas, zawsze tylko tych młodych. To wielki trener, ale gdyby miał lepsze podejście do piłkarzy, byłby o wiele lepszy. Dla mnie reprezentowanie mojego kraju jest powodem do dumy a kiedy grają hymn, serce mi pęka, chce mi się płakać”- nie krył swojego wzruszenia meksykański gwiazdor. W 2007 roku Blanco postanowił jeszcze raz opuścić Meksyk i spróbować swoich sił za granicą. Tym razem nie przemierzał jednak bezkresu oceanu, by dotrzeć do Europy. Udał się do Chicago, gdzie przywdział barwy grającego w lidze MLS Fire. Dokonał tego w tym samym czasie co David Beckham, który dołączył do LA Galaxy. Chociaż nie można było porównać w żaden sposób wagi marketingowej obydwóch ruchów, to na boisku różnica między Becksem, a Blanco wcale nie była szczególnie widoczna. ,,Blanco pojawił się i od razu był bardziej skuteczny jako gracz od Beckhama, ale miał też oddźwięk w innej grupie fanów. Nie był supergwiazdą w oczach wszystkich, ale był supergwiazdą dla meksykańskiej i meksykańsko-amerykańskiej społeczności w Chicago”- Nick Firchau, dziennikarz ,,Evening Tribune”. „Czarodziej z Tepito” podbił serca fanów ze Stanów Zjednoczonych. Gwarantował im to, co dla amerykańskiego kibica liczy się najbardziej – show. Cuauhtemina, gaszenie silnych półgórnych piłek tyłkiem, dwudziestometrowy rozbieg przy rzucie karnym… To część repertuaru zagrań meksykańskiego piłkarza. Przygodę z Chicago Fire zakończył z liczbą 62 spotkań, 16 goli i 26 asyst na koncie. ,,Na pierwszy rzut oka jego ciało wydawało się niezgrabne. Patrzyłem na niego i myślałem, że łatwo dam sobie z nim radę, a potem wchodziłem z nim w pojedynek jeden na jeden i za każdym razem przegrywałem. Niesamowite”- C.J. Brown, były piłkarz Chicago Fire. Niepotrzebne okazały się też obawy sztabu szkoleniowego o to, czy Blanco nie rozsadzi szatni od środka. Cuauhtemoc szybko stał się duszą towarzystwa, a swój nieprzeciętny temperament rozładowywał, wykręcając kolegom z zespołu rozmaite dowcipy. Po przygodzie z ligą MLS Blanco powrócił do ojczyzny, by przez kilka kolejnych sezonów powłóczyć się jeszcze po rozmaitych klubach. Jeżeli jednak sądzicie, że miał tam zamiar jedynie odcinać kupony, to grubo się mylicie. Z Dorados i Publą sięgnął po Puchar Meksyku, a z Irapuato zwyciężył w rozgrywkach 2 ligi. Przy okazji wrócił do reprezentacji Meksyku i załapał się na mistrzostwa świata w RPA, gdzie jego gol z rzutu karnego wyrzucił poza nawias turnieju, skłóconą kadrę Francji, prowadzoną przez Raymonda Domenecha. Zresztą egzekutorem jedenastek od zawsze był wybornym. W całej karierze zmarnował zaledwie dwa z 73 wykonywanych przez siebie uderzeń z wapna. Ostatecznie jego licznik reprezentacyjny zatrzymał się na 120 występach i 39 golach. Do tego w gablocie ma dwa złote medale za zwycięstwo w Złotym Pucharze CONCACAF i wspomniany wcześniej triumf w Pucharze Konfederacji. Buty na kołku zawiesił ostatecznie w 2016 roku, mając na karku 43 lata. Zagrał wówczas po raz ostatni w koszulce Club America. Dostał od trenera 36 minut w spotkaniu z Morelią. Taki ukłon w kierunku zasłużonego gracza. Powrót na ostatnie spotkanie ligowe, by dopiąć klamrę kariery. Na jego plecach widniał numer „100”, który upamiętniał stulecie ukochanego zespołu. Na pożegnanie udało się obić poprzeczkę rywala. Szkoda, że tamto uderzenie nie wpadło. Być może po raz ostatni w karierze Cuauhtemoc mógłby wykonać charakterystyczną cieszynkę, imitującą łucznika. Blanco podpatrzył ją podobno u hiszpańskiego napastnika Kiko, byłego piłkarza Atletico Madryt. Część opinii publicznej uważa jednak, że gest ma na celu złożenie hołdu rdzennej ludności indiańskiej. Potomkom Azteków. Cóż, ta wersja bardziej pasowałaby do szalonego życiorysu piłkarza…
7
Geniusz na wojnie ze wszystkimi:
@Szalik
@Safrani
@Ogorinho1974
@Marusek
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360
1
@Marusek Ah daj spokój, przecież wierze ci na słowo, nie musisz sie tłumaczyć :)
1
Już w pierwszej połowie miałem nieodparte przeczucie że tak "skuteczny" RB Lipsk musi dostać w pape od tego niewdzięcznego przezemnie przeciwnika...
0
@FcPortoFan1999 Wiesz co, akurat ostatnio nie śledze Juventusu i ogólnie Serie A, jednak Juventus na przykład tylko zremisował z takim Lecce a Cagliari prezentuje się podobnie w lidze, więc nie stawiałbym na wysokie zwycięstwo Juventusu, jeśli wogóle zwycięstwo?