FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
33 obserwujących
0 obserwowanych
Której reprezentacji, do której powołany został zawodnik Barcy, kibicujesz?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
10
La Manita i hattrick „La Pulgi” na Teneryfie:
10 stycznia 2010 r. Duma Katalonii opuściła Teneryfę z komfortowym zwycięstwem 5:0 po rozgromieniu wyspiarzy. W tym meczu Blaugrana wróciła na zwycięską ścieżkę po remisie z Villarreal i porażce z FC Sevillą w Pucharze Króla. Co więcej, Leo Messi strzelił w tym meczu trzy gole, z czego ostatni był pięknym strzałem i z 12 golami dorównał Villi jako najskuteczniejszy strzelec La Liga. Tenerifa jedynie w pierwszych minutach stwarzała problemy liderom ligi, ale potem oddała grę FC Barcelonie, która po strzeleniu pierwszego gola grała bardzo komfortowo. Aby wrócić na właściwe tory, goście powtórzyli swój romans z Wyspami, podobnie jak w poprzednim spotkaniu obu drużyn, które miało miejsce 2 lutego 2002 roku i również zakończyło się wysokim zwycięstwem Barçy 6:0. Wówczas Blaugrane prowadził Carles Rexach a Patrick Kluivert strzelił cztery z sześciu goli dla Barcelony. Puyol dodatkowo wyprowadził swoją drużynę na prowadzenie strzałem przewrotką. Na początku meczu, podczas gdy drużyna Tenerife postawiła na swoją najsilniejszą jedenastkę, dzięki szybkiemu dojściu do siebie ofensywnego lidera, Nino, Pep zaproponował zmiany w pierwotnym ustawieniu Barçy, włączając do obrony Maxwella i Márqueza kosztem Abidala i Piqué, a także Bojana jako ofensywnego lidera w miejsce zawieszonego Szweda Ibrahimovicia. Ryzykowne posunięcie trenera z Santpedor, który zwrócił na siebie uwagę, sadzając na ławce rezerwowych jednego ze swoich najlepszych piłkarzy, obcokrajowca Pedra, przerodziło się w próbę ratowania młodego napastnika z reprezentacji, który w tym sezonie był nieco przygaszony po eksplozji ofensywy zawodnika z Wysp Kanaryjskich. Jednak śmiała formuła Guardioli omal nie kosztowała Katalończyków drogo. Na początku meczu to Teneryfa jako pierwsza ostrzegła, wykorzystując kilka strat gości w środku pola. Okoliczności te stworzyły zagrożenie przed bramką Valdésa, który dzięki pomocy słupka uchronił drużynę przed stratą gola.
Po tym okresie dyskomfortu Duma Katalonii odnalazła swoją drogę dzięki zmianie, jaką wprowadził duet Bojan-Messi. To właśnie Bojan zainicjował atak, stając się idealnym partnerem dla obecnego Mistrza Świata FIFA, któremu z łatwością asystował w 37. minucie, pokonując Juanlu dryblingiem z linii końcowej. Przy równowadze na korzyść FC Barcelony, dwa kolejne gole, tym razem głową Puyola, który również strzelił gola, tym razem przewrotką, w poprzednim meczu w 2002 roku oraz sam Messi, ponownie z asystą napastnika z Lleidy tuż przed przerwą, przypieczętowały wysiłki chętnej Tenerife. Po powrocie z szatni drużyna Oltry, nie mogąc uwierzyć w surową karę za swoją odwagę, mimo że była świadoma skuteczności liderów ligi w wykańczaniu akcji, kontynuowała poszukiwania pola karnego przeciwnika za sprawą zainspirowanego Alfaro i zaangażowanego Nino. Napędzani energią Kanaryjczyków, podopieczni Guardioli przypieczętowali zwycięstwo dwiema kolejnymi szansami. Pierwszą stworzył Messi, który popisał się wspaniałym strzałem, pozostawiając Aragończyków bezbronnych, a drugą ulubieniec miejscowej publiczności, Pedro, który wykończył wspaniałą akcję indywidualną, której nie celebrował z szacunku dla ojczyzny. Po tym bardzo potrzebnym zwycięstwie FC Barcelona nie tylko odbudowała wizerunek nadszarpnięty na początku roku, ale też odzyskała najlepszą formę przed kluczowym meczem pucharowym z Sevillą w przyszłą środę.
@Sysia11
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360
13
Campeonato Sudamericano de Selecciones:
10 stycznia 1942 r. na Estadio Centenario, Urugwaj gromi Chile 6:1. Co ciekawe, pierwszego gola i to już w pierwszej minucie strzelił Chilijczyk Contreras. Ten mecz rozpoczął 17-tą edycje Copa America. To był czas rewanżu za rok ubiegły, tym bardziej że gospodarzem był Urugwaj. A tak się działo że ilekroć dotychczas ,,Celestes” grali u siebie, nie doznawali goryczy porażki. Estadio Centenario, ten niemy świadek światowego prymatu Urugwajczyków w niezapomnianym 1930 roku, najwidoczniej posiadał zaklętą w swoich murach, zwycięską moc. Również i teraz miał pozostać twierdzą niezdobytą. Zaś chętnych do jej sforsowania nie brakowało. Po pięcioletniej nieobecności pojawili się dwaj silni konkurenci: jak zwykle wyzbyta kompleksów twarda ekipa Paragwaju i usiany gwiazdami pierwszej wielkości team Brazylii. Paragwajczycy pokazali znów paru doskonałych graczy, którzy jak się można było spodziewać, niebawem spakowali manatki i wywędrowali do wielkich argentyńskich klubów. Brazylia z kolei wystawiła sławy bezsporne. Obroną zawiadywał legendarny Domingos da Guia, protoplasta przyszłego ,,libero”, tego wynalazku lat 70-tych, po dziś dzień bezsprzecznie uważany za najlepszego stopera Brazylii wszechczasów. W środku pomocy brylował sumienny Oswaldo Brandão, w przyszłości wielki autorytet trenerski. Natomiast atak to już była prawdziwa kolia brylantów. Po prawej arcymistrz dryblingu Pedro Amorim, po lewej zgrana od lat na pamięć para Tim-Patesko a pomiędzy nimi godny następca Leonidasa i równie godny poprzednik Pelego, startujący właśnie do olśniewającej kariery Zizinho. Natomiast Argentyna dumna była że pojawił się środkowy pomocnik na miare dawnych mistrzów, takich jak Monti, Minella czy Lazzatti. Był to olbrzym z Newell’s, Antonio Perucca, zwany ,,Potron de America”. Jednak w ataku legendarny trener Stabile znów miał zawrót głowy. Pewna swego była jedynie lewa strona. Za to po prawej stronie istna wirówka nonsensu. Rozumiejąca się para klubowa z Tigre, Tossoni-Sandoval przetrwała tylko jeden mecz- 4:3 z Paragwajem. Niezadowolony z rozmiarów zwycięstwa Stabile co i rusz szukał innych rozwiązań. Szybki Heredia nie pasował do wolniejszego Sandovala, zaś były prawoskrzydłowy Pedernera został tymczasem kierownikiem ataku River Plate i na pozycji prawego łącznika czuł się nie swojo. Ta mieszanka wystarczyła wprawdzie na Brazylię ale już nie dała sobie rady w bezbramkowym meczu z twardym Chile, nie mówiąc już o uskrzydlonym dopingiem 70 tys. widzów gospodarzach turnieju.
Decydujący mecz Urugwaj wygrał 1:0 a ,,złotego” gola strzelił w 48 minucie lewoskrzydłowy Zapirain, który w przyszłości miał zyskać miano ,,urugwajskiego Stanleya Matthewsa”, bowiem występował czynnie jeszcze w latach 70-tych. Pokonanej w absolutnie równorzędnym boju Argentynie, CONMEBOL postanowił przyznać nagrodę pocieszenia. W tym celu ufundowano Copa Bolivia, puchar, który od tej pory zwyczajowo przypadał w udziale drugiej drużynie turnieju. Przy okazji Argentyna ustanowiła też rekord Copa America. 22 stycznia na Estadio Centenario rozgromiła Ekwador 12:0! Cztery gole w tym meczu strzelił Herminio Masantonio, legendarny napastnik Huracan. Jeszcze większym wyczynem popisał się w tym meczu fenomenalny napastnik Jose Manuel Moreno, który ,,huknął” aż 5 goli! Nic więc dziwnego iż to właśnie Moreno i Masantonio podzielili między siebie tytuł króla strzelców z wynikiem 7 goli. Urugwaj natomiast powtórzył sukces z 1935 r., lecz dokonał tego w obliczu niepomiernie trudniejszej i liczniejszej konkurencji. Zdobył aż 21 goli(tyle samo co słynny argentyński napad) za to stracił zaledwie 2, z Paragwajem i Chile, przy 6 obciążających defensywę Argentyny i 7 Brazylii. Była to naprawdę wielka drużyna. Jej trzon stanowili zawodnicy bezkonkurencyjnego mistrza kraju- Nacional, który przeżywał apogeum swojej świetności. Oto legendarna kadra Urugwaju ze zwycięskiego turnieju: Joaquin Bermudes(Peñarol), Enrique Castro(Nacional), Luis Ernesto Castro(Nacional), Oscar Chirimni(River Plate), Anibal Ciocca(Nacional), Jose Maria Correa(Sud America), Eugenio Galvalisi(Nacional), Schubert Gambetta(Nacional), Sixto Gonzalez(Liverpool), Obdulio Varela(Wanderers), Agenor Muñiz(Peñarol), Luis Anibal Paz(Nacional), Roberto Porta(Nacional), Raul Rodriguez(Peñarol), Hector Romero(Nacional), Severino Varela Puente(Peñarol) i wreszcie Bibiano Zapirain(Nacional).
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Safrani
0
@Ogorinho1974 Pełnoetatowy trener: https://www.bbc.com/sport/football/64403587
Tak mi przetłumaczył google.
W polskie strony to ja niedowierzam, zwłaszcza że to był anglik.
1
@Kapitan hawk Na Anoeta to zazwyczaj były ciężary. W końcu to Baskowie, naród bardzo bitny!
Czemu piszesz Getafe, tak jak się wymawia a nie pisze?
No i skąd u licha wziął się ten cały Matarazzo?
2
@kamyk_23 I co miałeś śmiałość zahaczyć o ten temat?
14
Kto by pomyślał że tak wybitny piłkarz, będzie taki chciwy:
10 stycznia 1946 r. w Krakowie urodził się Robert Gadocha(przy okazji wszystkiego najlepszego panie Robercie). Był jednym z najlepszych piłkarzy w historii polskiego futbolu. Czarował dryblingami i rzadko spotykaną techniką użytkową. Sam jednak przystał na los człowieka zepchniętego w głęboki cień. Tak zwana ,,Afera dolarowa” sprawiła że Gadocha dawny as reprezentacji i czołowy gracz Legii wybrał milczenie, zerwał kontakty nawet z dawnymi kumplami. Na Mundialu w 1974 nie strzelił żadnego gola ale był za to mistrzem asyst. Po jego zagraniach koledzy zdobyli aż 7 goli! Obok Kazimierza Deyny i Grzegorza Laty został wybrany do jedenastki mistrzostw świata. I to właśnie Lato opowiedział kiedyś historie, która legendzie Gadochy mocno zaszkodziła, powodując że do dzisiaj w życiu publicznym zupełnie go nie ma. Całkiem świadomie uznał iż nikomu nie musi się tłumaczyć, kolegom z reprezentacji też nie, choć mieli powody podejrzewać że Gadocha ich oszukał. W autobiografii Grzegorza Laty wydanej w 1994 r. były prezes PZPN po raz pierwszy wspomniał o dodatkowej finansowej motywacji, po którą sięgnęli Argentyńczycy. Chodzi o mecz z Włochami, ostatni w fazie grupowej na mistrzostwach świata. Zwycięstwo Polaków oznaczało że do drugiej rundy(oprócz Białoczerwonych) przeszliby też Argentyńczycy, którzy w równolegle toczonym meczu musieli pokonać słabiutkie Haiti różnicą co najmniej 3 goli. Tak też się rzeczywiście stało. Wygrali 4:1 a Polska swój mecz 2:1. Pytanie tylko czy Argentyna obawiająca się że nasz zespół spotkanie z Italią może potraktować ulgowo, faktycznie złożyła obietnice finansowej premii? Lato był przekonany że tak! Wtedy nie wymienił żadnych nazwisk, mówił tylko o dwóch-trzech zawodnikach polskiej drużyny. Mieli przyjąć 18 tys. dolarów ale nie podzielili się z pozostałymi kolegami, którzy nie wiedzieli o argentyńskim bonusie. Ujawniona przez Late sprawa wtedy rozeszła się po kościach. W 30-tą rocznice mundialowego medalu wrócił do niej w wywiadzie dla ,,Przeglądu Sportowego” i był już bardziej konkretny. Wciąż nie wymienił żadnego nazwiska, lecz liste podejrzanych ograniczył do jednej osoby, na dodatek łatwo ją było można zidentyfikować. ,,O całej sprawie dowiedziałem się dopiero 10 lat po mundialu. Byłem wtedy zawodnikiem Atalanta Mexico City. Mieliśmy w klubie jakąś impreze, zrobiła się luźniejsza atmosfera i na zwierzenia zebrało się Rubenowi Ayali, który w 1974 grał w ataku reprezentacji Argentyny. Zaczął mi opowiadać jak Argentyńczycy dyskutowali między sobą że trzeba Polaków zmobilizować do poważnej gry z Włochami. Ustalili że każdy z nich ze swojej premii za zakładany awans do drugiej rundy odpali Polakom po tysiąc dolarów. 22 piłkarzy plus 2 trenerów. W sumie 24 tys. dolarów”- relacjonował Lato w ,,PS”, uściślając że do odbiorcy trafiło 18 tys. USD a reszte przejął pośrednik. Przedstawił też hipotezę dlaczego odbierający kase zawodnik z nikim się nie podzielił. ,,Widocznie piłkarz, który zdaniem Ayali był kluczowym graczem Polski i z nim należało rozmawiać jako reprezentantem nas wszystkich, uznał że i tak wygramy z Włochami. Mieliśmy przecież wystąpić w żelaznym ustawieniu, byliśmy na fali a 18 tys. zielonych piechotą nie chodzi. Z czysto logicznego punktu widzenia postawę naszego kolegi można próbować jakoś zrozumieć, lecz tylko z logicznego”- opowiadał Lato.
Zatem skandal wybuchł dopiero w 2004 r. Grzegorz Lato jednym kamyczkiem uruchomił lawine. Na jaw zaczęły wychodzić kolejne fakty bo w Argentynie historia mundialowych dolarów znana była od dawna. Okazało się że o ile Ayala opowiedział Lacie o zakulisowej transakcji, to jednak nie on był pośrednikiem a niejaki Iggy Boćwiński, wówczas szef linii lotniczych PanAm na Polske i serdeczny kolega Gadochy. W operacje miała też być zaangażowana ówczesna żona polskiego piłkarza, która przejęła pieniądze, gdyż on sam uczestniczył w turnieju, ciągle przebywał z drużyną, więc tego typu aktywność siłą rzeczy musiała być mocno ograniczona. Gadocha wszystkim rewelacjom stanowczo zaprzeczył. Zrobił to twardo i jednoznacznie, po czym…. Zapadł się pod ziemie. ,,Jestem z boku, bo szanuje swoje nazwisko. Nie chce się wtopić w polską przeciętność. Poza tym… są pewne sprawy, o których w życiu się nie mówi tylko zabiera się je do grobu. Dlatego nie opowiadam o nich nawet w prywatnych rozmowach”- przekonywał na łamach ,,PS” Gadocha. Trzeba przyznać że brzmiało to cokolwiek tajemniczo a po wybuchu ,,afery dolarowej” nabrało nowego znaczenia. Przez następne lata Gadocha publicznie prawie się nie pokazywał. Niekiedy widziano go na stadionie Legii ale zdecydowanie więcej czasu spędzał w swoim domu na Florydzie. W 2013 r. dodzwonił się do niego Rafał Hurkowski, syn nieżyjącego już cenionego dziennikarza Romana Hurkowskiego. Gadocha zgodził się udzielić wywiadu dla polsatsport.pl. W opublikowanej rozmowie Gadocha powtórzył że z argentyńskimi dolarami nie miał nic wspólnego. ,,Nie wziąłem tych pieniędzy. Przecież gdyby do czegoś doszło, moi koledzy siłą rzeczy wszystkiego by się dowiedzieli! Dlaczego to wyszło dopiero po 30 latach? To wszystko dzieło mojej byłej żony. Była wpływowa, pracowała dla MSW. Szantażowała mnie że jeśli nie zrezygnuje z domu, zniszczy mi życie…. Moje nazwisko zostało zszargane”- stanowczo stwierdził, przyznając przy tym że na stałe mieszka w Sarasocie, na Florydzie. ,,Nie mam z nim kontaktu i nie słyszałem żeby któryś z moich kolegów z drużyny Górskiego miał. To nie jest przypadek ponieważ mam wrażenie że gdy wypłynęła sprawa argentyńskich pieniędzy, świadomie zniknął z pola widzenia. Może poczuł się urażony, że ktoś daje wiare sensacyjnym doniesieniom. No ale z drugiej strony nie próbował się tłumaczyć…. Dużo razem przeżyliśmy, więc na pewno byśmy go spokojnie wysłuchali. Kiedyś wspólni znajomi próbowali spotkać się z nim na Florydzie. Dzwonili, lecz nie odbierał telefonu. Pukali do drzwi ale nie otwierał”- tak opowiadał Lesław Ćmikiewicz, kolega Gadochy z reprezentacji i Legii. ,,To co powiedział Grzegorz Lato, zabrzmiało wiarygodnie. Pierwsza żona Roberta też przyznawała że trzymała te pieniądze. Ja natomiast zwyczajnie uważam że brudy wcześniej czy później wychodzą na wierzch”- zwraca uwagę Władysław Żmuda, czyli kolejny znajomy Gadochy z reprezentacji. ,,Po chrześcijańsku mogę mu wybaczyć ale niesmak pozostaje. Naszym przywódcą nie był, jednak zawsze zajmował konkretne stanowisko. Do tego potrafił nie głupio powiedzieć a mądrego zawsze warto posłuchać. Piłkarzem był pierwszorzędnym”- dodaje Żmuda. Gdy wyszła sprawa nieszczęsnych argentyńskich dolarów, zerwał kontakty z kolegami. Nie przyjeżdżał na okolicznościowe spotkania Orłów Górskiego, choć były tak godne okazje jak świętowanie 40-tej rocznicy medalu mistrzostw świata. W niczym nie zmienia to faktu że był jednym z najlepszych polskich piłkarzy w czasach, gdy nasza reprezentacja odnosiła największe sukcesy. Tego już nikt mu nigdy nie odbierze……
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360
0
@Ogorinho1974 Nie no, z tym to też się nie zgodze. Barron był oficjalnie zatrudniony przez Gampera, gdzieś to przed chwilą wyczytałem na jakiejś stronie
1
Oj Iga, nasza biedna i kochana Igunia...
0
@Ogorinho1974 Właśnie że to jest jedna i ta sama osoba. Po prostu Hiszpanie przekręcali jego nazwisko, głównie własnie na Barrow. Poniżej w tej wikipedii jest to napisane. Natomiast temu dziwacznemu fejsbukowi najzwyczajniej nie wierze!
2
@FcPortoFan1999 Książki przyjacielu, książki! Tam się znajdują wszystkie ciekawostki świata...
1
@FcPortoFan1999 To bardzo miłe z twojej strony, bardzo dziękuje za wsparcie. Ech ta redakcja i ta ich "złota piłka", daj spokój....
Ps. To nie tylko ciekawostki ale też bardzo ważne fakty historyczne dotyczące zwłaszcza Dumy Katalonii.
8
Zapomniane legendy rodzimego futbolu:
10 stycznia 1929 r. w Stanisławowie urodził się Kazimierz Trampisz. Wychowywał się w Stanisławowie. Od dziecka uwielbiał przebywać na łonie przyrody i uganiać się za piłką. Razem z kolegami grał na bosaka na placach i trawnikach. Miłość do futbolu zaszczepił w nim brat mamy Stanisław Kantor, który był bramkarzem w KS Górka. To właśnie w tym klubie mały Kazio stawiał swoje pierwsze kroki. Pierwsze regularne treningi odbywał jednak w założonym przez Sowietów Lokomotiwie. Tam też rozgrywał swoje pierwsze poważne mecze i imponował skutecznością. W 1945 r. trafił do drużyny seniorów. Szybko zauważono, że ma smykałkę do piłki. Kiedy przyszedł czas masowych wyjazdów Polaków ze Stanisławowa, prezes klubu, który był pułkownikiem, chciał za wszelką cenę zatrzymać młodego zawodnika do końca rozgrywek, oferując nawet 2,5 tys. rubli, ale ojciec Kazia się nie zgodził. Razem z rodzicami trafił do Bytomia. Tam został zawodnikiem Polonii, gdzie spotkał wielu swoich przedwojennych idoli. Przez jakiś czas występował też pod fałszywym nazwiskiem w zespole Hejnału Kęty. W Polonii szybko stał się jednym z filarów zespołu. Potrafił znakomicie przyspieszyć akcję i precyzyjnymi podaniami obsługiwać partnerów. Był dobrze wyszkolony technicznie i doskonale wiedział, kiedy najlepiej oddać strzał. W 1955 r. roku zawieszono go za rzekome opuszczenie spodenek i pokazanie kibicom ŁKS-u „tylnej części ciała”, ale nigdy się do przypisywanego mu czynu nie przyznał. Z bytomskim klubem był związany do 1962 r. Dwukrotnie świętował z kolegami mistrzostwo Polski. Z Bytomia przeniósł się do Rzeszowa, gdzie został zawodnikiem Stali. Spędził tam dwa sezony i zakończył karierę. Pracował jako trener m.in. w Rzeszowie, Bytomiu, Katowicach, Chorzowie, Krakowie i Głubczycach. Był reprezentantem Polski na igrzyskach w Helsinkach. Zagrał wówczas w pierwszym spotkaniu z amatorami z Francji. Debiutował w kadrze dwa lata wcześniej. 30 października 1950 r. zagrał w wygranym 1:0 meczu z Bułgarią w Sofii. Pierwszego gola dla biało-czerwonych zdobył 21 września 1952 r. w spotkaniu z NRD (wygrana 3:0). Dwa lata później zdobył dwa gole w pojedynku z Bułgarią. W ciągu ośmiu lat zaliczył tylko 10 występów. Mimo że nie grano wówczas zbyt wielu meczów, to jak na zawodnika takiej klasy, co Trampisz, to zdecydowanie za mało. W Reprezentacji rozegrał 10 meczów, strzelając 3 gole.
@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
0
@Bernard777 Już miałem ciebie pytać kiedy to Argentyna dostała taki łomot 1-8? Po jakimś czasie dopiero się zorientowałem że chodziło ci o 1/8 finału! Napisałes z myślnikiem jakby chodziło o wynik meczu. Aż zamarłem ze strachu na sam widok......!!!
A to po śląsku, to co konkretnie znaczy? Że niby się upiłeś?
0
@Ogorinho1974 Dokładnie to on się nazywał Miles Barron ale spójrz: https://en.wikipedia.org/wiki/Miles_Barron i tłumacz google tłumaczy mi że on poprowadził Barcunie w 12 meczach towarzyskich. No to jestem bardzo ciekaw gdzie ty to dokładnie wypatrzyłeś?
12
,,Złota Piłka France Football” wędruje do:
10 stycznia 2011 r. Lionel Messi odebrał swoją drugą z rzędu Złotą Piłke, tym razem po raz pierwszy w historii pod egidą FIFA. Wielu ekspertów faworyzowało Wesleya Sneijdera, który z Interem zdobył potrójna koronę a z reprezentacją dotarł do finału mundialu. Holenderski pomocnik przegrał jednak nie tylko z Messim ale również z mistrzami Świata- Iniestą oraz Xavim. Tym samym stała się rzecz bez precedensu ponieważ całe podium Złotej Piłki zajeli wychowankowie jednego klubu.
Czy my dożyjemy jeszcze kiedyś tak spektakularnego wyczynu?
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
0
@Ogorinho1974 O! No to musze ci powiedzieć że mnie mocno zaskoczyłeś, gdyż ja sam nie posiadam takich statystyk co do Barrowa. Można wiedzieć gdzie to wyczytałeś?
1
@misterio Bardzo ślicznie dziękuje. Już sam fakt że doceniasz te historyczne wartości wiele dla mnie znaczy i mocno podnosi na duchu. Jeszcze raz pięknie dziękuje :)
11
Niespotykane El Clasico!
10 stycznia 1943 r. FC Barcelona remisuje na ,,Camp de Les Corts” z Realem Madrid… 5:5(!) w ramach 14 kolejki Primera Division. Gole dla Barçy zdobywali: Mariano Martin(25 oraz 40 minuta), Josep Escola(31 m.) oraz Jose Valle(31 i 62 m.). Jeszcze do 87 minuty Blaugrana prowadziła 5:4. Na 3 minuty przed końcem Mardones doprowadził do remisu. Patrząc na tabele kończącą sezon ten Klasyk nie miał większego znaczenia ponieważ Duma Katalonii zakończyła go na 3 pozycji. Co ciekawe, ,,Królewscy” zakończyli rozgrywki na… 10 pozycji!
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
1
@Kapitan hawk No nie rób nam nadzieji bo to nieprawda. To znaczy prawda że z Barcelona ale Sporting Club a nie FC...
2
@JimMorrisonFCB To prawda, to był wspaniały, bardzo błyskotliwy napastnik, jakich Argentyna miała bez liku, począwszy od Libonattiego a skończywszy na Alvarezie. Szkoda że poza reprezentacją nie mogłem go oglądać w klubach, zwłaszcza europejskich. Doskonale pamiętam te mecze na mundialu Italia '90. Boski Diego genialnie podawał do Blond strzały a ten robił co swoje...
10
Zapomniane legendy futbolu:
Legenda Spartaka Moskwa i reprezentacji Związku Radzieckiego. Świetny piłkarz i bardzo skromny człowiek. Igor Netto, bo o nim jest ten artykuł, grał aby nieść chwałę ZSRR, jednak tak naprawdę imperium wyrządziło mu wielką krzywdę niszcząc życie rodzinne. Igor Aleksandrowicz Netto urodził się 9 stycznia 1930 roku w Moskwie. Rodzina piłkarza pochodziła z Estonii. W XVIII wieku osiedlił się tam prapradziadek Igora, z pochodzenia Włoch. Zamieszkał w Estonii, ponieważ w nadbałtyckim kraju czekała na niego praca ogrodnika. Ojciec zawodnika walczył podczas I wojny światowej po stronie łotewskich strzelców sprzymierzonych z Rosją. Zmarł w 1956 roku. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że zgon Netto seniora nastąpił, kiedy Igor i jego koledzy ze złotej drużyny olimpijskiej wracali pociągiem do kraju i świętowali zdobycie mistrzostwa (1:0 z Jugosławią w finale). Kapitan zwycięskiego zespołu wiedział o śmierci ojca jeszcze przed podróżą, jednak nie powiedział o tym nikomu z ekipy. Netto nie chciał psuć kolegom radości ze zdobycia złotych medali. Najbardziej tragiczna jest jednak historia relacji Igora z jego starszym bratem Lwem. W 1944 roku został on schwytany przez Niemców po tym, jak walczył dla Armii Czerwonej podczas II wojny światowej. Po zakończeniu wojny został zwolniony z więzienia przez Amerykanów. Lew Netto wrócił do ojczyzny, jednak w 1948 roku oskarżono go o szpiegostwo na rzecz Stanów Zjednoczonych. Lwa skazano na 25 lat pobytu w gułagu mieszczącego się w Norylsku, czyli jednym z najzimniejszych miast świata. Brat Igora opuścił obóz w 1958 roku. Zarówno Igor, jak i jego rodzina musieli wymazać Lwa z pamięci. W dokumentach kontrolnych wypełnianych przed IO w Helsinkach piłkarz zeznał, że nie widział brata od czasu wojny. Gdyby wyjawił prawdę, nie pojechałby na igrzyska, a w przyszłości okazałoby się, że to najłagodniejsza represja wobec jego osoby. Bracia spędzili ze sobą ostatnie lata życia Igora, który zmarł 30 marca 1999 roku w wieku 69 lat. Chorego na Alzheimera Netto opuściła żona, radziecka aktorka Olga Jakowlewa. Poznali się w 1960 roku. W uroczystościach ślubnych nie uczestniczyła matka, sprzeciwiająca się wyborowi syna. Jej zdaniem Olga związała się z Igorem tylko dlatego, aby skorzystać z jego sławy i zrobić karierę filmową. Rzeczywiście, poważanie w branży Jakowlewa zyskała już po ślubie z jednym z najlepszych radzieckich futbolistów. Aktorka i piłkarz rozwiedli się w 1987 roku.
Niewiele brakowało, aby Netto zamiast piłki nożnej wybrał hokej na lodzie. Jako młodzian łączył nawet grę dla piłkarskiej i hokejowej sekcji Spartaka. Z uganiania się za krążkiem zrezygnował – jak głosi legenda – pod wpływem nacisków ze strony osób związanych z piłkarską częścią Spartaka. Jako hokeista Netto grał na pozycji napastnika. Jako piłkarz występował w środku pola z numerem sześć. Tak kolegę z drużyny wspominał Aleksiej Paramonow: ,,Byłem pięć lat starszy od Igora. Najbardziej zaskoczyło mnie to, że ten młody zawodnik, bez żadnych obaw domaga się od starszych zawodników zostania na boisku po każdej sesji treningowej, aby poprawić technikę. Nikt go nie posłuchał, a on żonglował piłką i starał się poprawić przyspieszenie. Ten rodzaj szkolenia pozwolił mu stać się jednym z najlepszych piłkarzy w kraju.” Jeszcze jako młody gracz żądał od kolegów z defensywy, aby przestali grać długimi podaniami do napastników, tylko podawali piłkę po ziemi lub jemu. Można powiedzieć, że to Netto był jednym z prekursorów tzw. ,,wejścia między stoperów”. Nazywano go ,,Gęś”, ponieważ miał skrzeczący głos i bardzo długą szyję. Zaledwie w wieku 22 lat został kapitanem piłkarskiej reprezentacji Związku Radzieckiego. Z opaską na ramieniu w ciągu trzynastu lat (1952-1965) rozegrał 52 spotkania. Łącznie zanotował 54 występy. Następnym kapitanem został wybitny napastnik Walentin Iwanow. Nominacja Netto na kapitana drużyny zbiegła się z najlepszym okresem w dziejach radzieckiej reprezentacji. W 1956 roku w Melbourne zdobyła ona olimpijskie złoto. Cztery lata później ZSRR jako pierwsza ekipa w dziejach wywalczyła mistrzostwo Europy. W 1958 roku Związek Radziecki po raz pierwszy awansował na mistrzostwa świata. Tam jednak na drodze do medalu stanęła Brazylia uważana po dziś dzień za jedną z najlepszych drużyn w historii dyscypliny. Równie wiele sukcesów Igor Netto osiągnął dla Spartaka Moskwa. Reprezentował klub przez siedemnaście lat. Rozegrał dla niego 368 ligowych meczów. Pięć razy zdobywał ze Spartakiem mistrzostwo ZSRR, a trzy razy krajowy puchar. Po śmierci legendy na cmentarzu Wagankowo wzniesiono jego pomnik. Na kamieniu napisano ,,Kochały Cię miliony”. Wielki w swej prostocie napis ku czci wielkiego w swej prostocie piłkarza.
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
13
Wyjątkowe legendy argentyńskiego futbolu:
100 metrów przebiegał w czasie nieco ponad dziesięciu sekund. „Był szybszy od wiatru”, pisali o nim dziennikarze. Argentyński atakujący Claudio Caniggia urodził się 9 stycznia 1967 r. i był jednym z najciekawszych zawodników lat 90-tych XX wieku. Dlaczego nie wymieniamy go wśród absolutnie największych tamtych czasów? Ponieważ nad ciężką, katorżniczą, treningową pracę przedkładał imprezy, alkohol, narkotyki i… przyjaźń z Diego Maradoną. To musiało go zgubić. Claudio Caniggia w pełnej formie był prawdziwym ucieleśnieniem dynamiki, szybkości i latynoskiego temperamentu. Kiedy patrzyło się na niego w biegu, miało się wrażenie, że ten facet frunie nad boiskiem. Był jak najdoskonalszej krwi mustang, niemający przed sobą żadnych limitów. Wychowały go Club Atletico River Plate oraz Henderson, jedna z dzielnic potężnej metropolii Buenos Aires. Caniggia miał talent. Nie był specjalnie wysoki, ale był nieprawdopodobnie zwinny i dynamiczny. „Zanim obrońca zdołał dopaść go na dobre, on już był w innym sektorze boiska” – mówił Hector Viera, jego szkoleniowiec w River, człowiek, który wprowadził go do seniorskiej piłki. Caniggia bardzo szybko trafił do wielkiego piłkarskiego świata. W 1988 roku, w wieku 21. lat podpisał kontrakt z włoskim Hellas Verona. Wyjazd w tak młodym wieku do włoskiej Serie A, najlepszej wówczas ligi świata, okazał się dla niego doskonałym wyborem. Caniggia miał co prawda w Italii wiele problemów, często był faulowany i poniewierany na boisku, ale dzięki temu błyskawicznie nauczył się tego, jak gra się w piłkę nożną na najwyższym poziomie. Rzucony na najgłębszą z możliwych wodę, szybko nauczył się pływać wśród rekinów. Na dobre Caniggia rozwinął się już w Atalancie. W ekipie „Nerazzurrich” z Bergamo przez trzy lata był najjaśniejszym punktem zespołu. To m.in. dzięki jego doskonałej postawie skromna Atalanta najpierw uzyskała prawo gry w europejskich pucharach (sezon 1989-90), a następnie dobiła do najlepszej ósemki Pucharu UEFA (1990-91). To w Italii zyskał przydomek „Il Figlio del Vento”, czyli „Syn wiatru”.
Jako gracz Atalanty Caniggia pojechał na swój pierwszy piłkarski Mundial. Początek turnieju nie był dla niego udany. To właśnie na nim wykonany został jeden z najbardziej pamiętnych wślizgów w całej historii turniejów o Mistrzostwo Świata. Była 89. minuta meczu otwarcia pomiędzy Argentyną a Kamerunem. Sensacyjnie przegrywająca 0-1 ekipa obrońców tytułu ruszyła z jedną z ostatnich akcji na bramkę rozpaczliwie broniących się graczy z Afryki. Caniggia był nie do zatrzymania. W szaleńczym biegu minął dwóch kolejnych defensorów „Nieposkromionych Lwów”. Droga w kierunku bramki Thomasa N’Kono stała otworem. Wtedy jak spod ziemi wyrósł potężny Benjamin Massing. Kameruński stoper, nie patrząc na piłkę, z pełnym impetem wszedł w nogi Argentyńczyka. To był koniec tej akcji. Massing dostał za tę interwencję czerwoną kartkę, ale równocześnie pozbawił „Albicelestes” ostatniej szansy na wyrównanie. Kamerun sensacyjnie wygrał tamten mecz 1-0. Pomimo porażki to właśnie podczas Mundialu 1990 Caniggia na dobre zaistniał w szerokiej świadomości kibiców. To był zdecydowanie jego turniej. Razem z Diego Maradoną przeciągnął przeciętny argentyński zespół aż do wielkiego finału tej imprezy. Twarda, zagęszczona defensywa, nieustanne paraliżowanie gry i ofensywne wypady małą ilością graczy. Argentyńczycy Carlosa Bilardo na włoskim Mundialu nie mogli się podobać. To była drużyna ostrych, zdyscyplinowanych żołnierzy, wsparta fenomenem Maradony i Caniggii. Piłkarze tacy jak Simon, Ruggeri, Serrizuela czy Batista wychodzili na mecze z nożami w zębach. Tamta Argentyna była skuteczna do granic możliwości, a dodatkowo… sprzyjało jej wielkie szczęście. Z grupy awansowała z trzeciego miejsca (ówczesny regulamin przewidywał taką możliwość dla czterech najlepszych „trzecich miejsc”), Brazylię wyeliminowała, będąc zespołem zdecydowanie gorszym, dzięki jednemu przebłyskowi geniuszu duetu Maradona- Caniggia, a Jugosłowian i Włochów odprawiła dopiero po konkursach rzutów karnych. Talent i błysk Caniggii na tle tej bardzo przeciętnej ekipy był widoczny aż nadto. To właśnie jego bramki dały „Albicelestes” zwycięstwo nad Brazylią oraz niezwykle istotne wyrównanie w półfinałowym boju z Italią. Po włoskim Mundialu Caniggia był już gwiazdą. W 1991 roku wywalczył jeszcze z Argentyną swoje pierwsze Copa America, zdobywając na turnieju w Chile dwie bramki a latem 1992 roku jego nowym pracodawcą została mająca spore ambicje Roma. Tak zaczęły się pierwsze poważne kłopoty Argentyńczyka… Caniggia zatopił się w nocnym życiu Rzymu. Był stałym bywalcem najmodniejszych knajp, klubów i dyskotek. Imprezował nieustannie. Wynajmował całe lokale, stawiał drinki, wciągał kokainę. Żył jak gwiazda rocka, a nie profesjonalny sportowiec. Zatracił się w swojej sławie, pieniądzach i możliwościach. To nie mogło dobrze się skończyć. W kwietniu 1993 roku w organizmie piłkarza wykryto obecność narkotyków. Wyrok był bezlitosny. 13 miesięcy bezwzględnej dyskwalifikacji. W Rzymie nie chcieli o nim słyszeć… Już po Mundialu 1994, na który zdążył wrócić w ostatniej chwili i na którym także padły wobec niego zarzuty o zażywanie narkotyków, Caniggia przeniósł się do mistrzowskiej w Portugalii Benfiki. W słabszej lidze, w dużym klubie, grającym dodatkowo w Lidze Mistrzów, miał się odrodzić i przypomnieć o sobie światu.
Tamta Benfica to był fajny, perspektywiczny zespół, który jednak nie do końca wykorzystał tkwiący w nim potencjał. W Champions League Lizbończycy odpadli w ćwierćfinale, wyrzuceni za burtę przez broniący trofeum Milan. Caniggia w trakcie tamtych bojów po raz kolejny w swojej karierze przekonał się o sile i możliwościach legendarnego Franco Baresiego. Doświadczony Włoch swoją nieustępliwością i rewelacyjnymi interwencjami wybił argentyńskiemu napastnikowi piłkę z głowy… Caniggia zatęsknił za Buenos Aires. Latem 1995 roku, po zaledwie jednym sezonie w Benfice, Claudio powrócił, po siedmiu latach, do ligi argentyńskiej. Tym razem miejscem jego pracy stało się jednak Boca Juniors. Czas spędzony w barwach popularnych „Xeneizes” był dla niego okresem dalszych imprez i zabaw. Nocne picie i awantury w lokalach wykańczały go fizycznie. Jego częstym kompanem był w tamtym okresie Diego Maradona, prawdziwy król życia… Pod koniec lat 90-tych Caniggia jeszcze raz postanowił zawitać do Europy. Grał ponownie dla Atalanty, a także dla szkockich Dundee FC i Rangers. Dzięki dobrej postawie na Ibrox, przypomniał o sobie w ojczyźnie. Marcelo Bielsa, ówczesny selekcjoner argentyńskiej kadry, powołał 35-letniego napastnika na japońsko-koreański Mundial 2002. Trudno było o efektowniejszy akcent na koniec burzliwej kariery. I choć w Azji Caniggia, podobnie jak cała Argentyna, furory nie zrobił to i tak przypomniał o sobie wielu tym, którzy zdążyli już o nim zapomnieć. Claudio Caniggia bez wątpienia był piłkarzem wyjątkowym. Sposób gry, styl życia, ale też sam image, jednoznacznie kojarzyły się z buntem, wolnością i brakiem limitów. Argentyńczyk żył i grał po swojemu i chyba dlatego tak wielu kibiców pokochało go miłością bezwzględną. Dla niego to dużo ważniejsze niż znalezienie się w panteonie gwiazd, tworzonym przez dziennikarzy i ekspertów…
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Sysia11
2
@Marusek Nie no, to nawet nie podlega dyskusji! Mało tego, Włodek to był mój pierwszy idol z dzieciństwa, oczywiście jeśli chodzi o Polaków, bo z zagranicy to wiadomo(!) "mój" boski Diego Armando!
2
@Safrani Wielkie śliczne dzięki za nominacje! Podejrzewam że ty wiesz jakie mam zdanie na temat tej całej złotej piłki, jak i jej formatu? No i zapewne wiesz jakie wartości mną kierują na stronie(mocno to podkreślam!) klubu piłkarskiego FC Barcelona a nie jakiegoś idiotycznego "pomponika". A że redakcja, taka a nie inna, pozwala na wszelkiego rodzaju głupoty na tej stronie sportowej, no to cóż, ja na nie mam wpływu...
0
@Colon No teraz to rozumiem! Troche dziwny ten komentarz: taki słodko-gorzki. Tak czy inaczej bardzo ci dziekuje za pamięć, gdyż to oznacza że doceniasz moje komentarze ale jednak nie priorytetowo....
10
Znani i lubiani:
Swoje 45 urodziny obchodzi dziś Eusebiusz Smolarek, pomocnik i napastnik. Euzebiusz Smolarek co prawda urodził się 9 stycznia 1981 r. w Łodzi ale większość dzieciństwa i pierwsze piłkarskie kroki stawiał za granicą. Wszystko uwarunkowane było karierą jego nieżyjącego już ojca - śp. Włodzimierza. Euzebiusz Smolarek w kadrze narodowej występował w latach 2002-2010. Łącznie rozegrał w biało-czerwonych barwach 47 meczów, strzelając 20 goli. Pod względem trafień do siatki przebił zatem swojego ojca - Włodzimierza (13 goli). Jak wspomniano, debiutu w dorosłej drużynie doczekał się w 2002 r., a powołanie otrzymał od Jerzego Engela. Na kolejny występ z orłem na piersi musiał poczekać ponad dwa lata z powodu kontuzji kolana oraz zawieszenia. Pierwsze bramki zanotował pod koniec 2005 r., w tym debiutancką w starciu z Austrią. W 2006 roku selekcjoner Paweł Janas zabrał "Ebiego" na Mistrzostwa Świata w Niemczech. Kibicom kadry dał się szczególnie zapamiętać z końca 2006 r., kiedy to Polska pokonała w Chorzowie Portugalię 2:1 w ramach eliminacji ME 2008. Wówczas oba trafienia zanotował właśnie "Ebi". Po raz pierwszy w reprezentacji trafił więcej niż jeden raz. Rok później Euzebiusz Smolarek w starciu eliminacyjnym z Kazachstanem ustrzelił hat-tricka w jedenaście minut i był ponownie bohaterem meczu, w którym nasi kadrowicze wygrali 3:1. Ogółem eliminacje ME 2008 to najlepszy czas reprezentacyjny Smolarka. Strzelił w nich wówczas dziewięć goli (trzecie miejsce w klasyfikacji strzelców kwalifikacji), a Biało-Czerwoni awansowali na Euro z pierwszego miejsca. Na ME w Austrii i Szwajcarii "Ebi" nie zdołał strzelić ani razu i był to kolejny nieudany turniej dla naszej reprezentacji (tak ja na MŚ 2006, tak i na Euro 2008 odpadliśmy po trzech meczach fazy grupowej). Euzebiusz Smolarek w sposób szczególny pokazał się również kibicom kadry 1 kwietnia 2009 r. Wówczas ustrzelił drugiego reprezentacyjnego hat-tricka w starciu z San Marino. Był to rekordowy mecz Polaków, którzy wygrali aż 10:0. Smolarek po raz ostatni w biało-czerwonych barwach wybiegł na murawę 17 listopada w ramach meczu z Wybrzeżem Kości Słoniowej (3:1).
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360
1
@Colon Jak mam to konkretnie rozumieć i co w związku z tym?
16
Pamiętamy!
Wybitne legendy polskiego sportu:
Panie i Panowie dzisiaj 78 lat kończy Jan Tomaszewski, człowiek, który zatrzymał Anglie! Karierę piłkarską pan Jan rozpoczął w Śląsku Wrocław, w barwach tej drużyny zadebiutował w I lidze. W latach 1963–1967 był zawodnikiem Gwardii Wrocław. W 1971 przeszedł do Legii Warszawa. Jednak po kilku słabych występach stracił miejsce w pierwszej jedenastce i w 1972 przeniósł się do ŁKS Łódź, gdzie udało mu się wywalczyć pozycję jednego z najlepszych polskich bramkarzy. Od 1978 występował za granicą – w Beerschot i Herculesie Alicante. Jako piłkarz największe sukcesy odniósł, grając w reprezentacji Polski. W drużynie narodowej zadebiutował 10 października 1971 w meczu eliminacji mistrzostw Europy z drużyną RFN – wyznaczony wówczas do gry Piotr Czaja tuż przed meczem rozchorował się i musiał zostać zastąpiony przez Jana Tomaszewskiego. Reprezentacja Polski przegrała 1:3, a debiutującego bramkarza krytykowano wówczas za postawę w tym spotkaniu. Następny mecz w drużynie narodowej rozegrał po półtorarocznej przerwie w marcu 1973. Wówczas wywalczył miejsce w pierwszej jedenastce reprezentacji, z którą jeszcze w tym samym roku uzyskał awans do mistrzostw świata. Przyczyniła się do tego jego postawa w meczu eliminacyjnym z Anglią rozgrywanym 17 października 1973 na stadionie Wembley. Nazwany przed meczem przez angielskiego trenera Briana Clough clownem Jan Tomaszewski bronił skutecznie, przepuszczając w meczu tylko jeden strzał oddany przez Allana Clarke'a z rzutu karnego. Dzięki swojemu występowi zdobył duży szacunek wśród angielskich kibiców i zyskał przydomek bohatera z Wembley a także człowieka, który zatrzymał Anglię.
W 1974 brał udział w mistrzostwach świata w RFN, w których reprezentacja Polski zajęła trzecie miejsce. Dwukrotnie w tych mistrzostwach obronił rzuty karne (jako pierwszy bramkarz w historii na imprezie tego poziomu) – Staffana Tappera w meczu ze Szwecją oraz Uliego Hoenessa w meczu z RFN. Po mistrzostwach zdobył wielkie uznanie a Pelé nazwał go najlepszym bramkarzem świata. W reprezentacji Polski wystąpił również na Igrzyskach Olimpijskich w Montrealu w 1976 (srebrny medal) oraz na mistrzostwach świata w Argentynie w 1978, w trakcie których stracił miejsce w reprezentacyjnej bramce na rzecz Zygmunta Kukli. W czasie obydwu mistrzostw świata (1974, 1978) rozegrał łącznie 990 minut w 11 spotkaniach. Do drużyny narodowej powrócił w 1981, rozgrywając dwa spotkania. Ostatni występ, a zarazem jedyny jako kapitan reprezentacji, zanotował w towarzyskim spotkaniu z Hiszpanią rozegranym 18 listopada 1981. Ogółem w barwach narodowych wystąpił w 63 meczach oficjalnych. Jest uważany za jednego z najwybitniejszych bramkarzy w historii polskiej piłki nożnej. Należał również do światowej czołówki bramkarzy lat 70. Wielokrotnie, także po zakończeniu kariery, występował w meczach pokazowych i charytatywnych. Krótko zajmował się działalnością trenerską. W latach 1989–1990 był trenerem bramkarzy reprezentacji Polski. Prowadził również w kilku meczach drużynę Widzewa Łódź w sezonie 1989/1990. Jako jeden z nielicznych zaliczył swój trenerski debiut w ekstraklasie jeszcze przed oficjalnym zakończeniem kariery – w ostatnim meczu sezonu 1980/1981 kierował zespołem ŁKS Łódź w meczu z Szombierkami Bytom, a w 1982 zagrał jeszcze cztery mecze jako zawodnik. Krótko był asystentem trenera reprezentacji Polski, kiedy to funkcję tę pełnił Andrzej Strejlau. Mając na koncie 63 mecze w barwach reprezentacji Polski, należał do Klubu Wybitnego Reprezentanta. 28 czerwca 2012 zrzekł się członkostwa w tej organizacji. Decyzję podjął dzień po tym, jak przewodniczący klubu, Władysław Żmuda, złożył wniosek o jego wykluczenie, motywując to jego zdaniem "bulwersującymi wypowiedziami pod adresem polskiej drużyny narodowej startującej w mistrzostwach Europy 2012 i poszczególnych piłkarzy".
@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
1
@Marusek Tak coś podejrzewałem że możesz być z Łodzi :) No ale żeby kibicować najpierw ŁKS a potem Widzewowi, to jest co najmniej dziwne? Nie jestem z Łodzi ale dobrze wiem że ŁKS z Widzewem mają "kose" i jest tam u was ponoć bardzo niebezpiecznie podczas derbów? Pytam bo nigdy nie byłem...
Z tym Blackburn i Leeds też mnie zaskoczyłeś, skąd akurat te ekipy.
Dla mnie w Angli numer jeden to Manchester City i to nie głownie z powodu Pepito a właśnie z powodu Kazia Deyny.
14
Niezrównany łowca nagród:
9 stycznia 2012 r. Lionel Messi odebrał swoją trzecią Złotą Piłke z rzędu. Argentyńczyk był oczywistym faworytem tej edycji plebiscytu po tym, jak poprowadził Blaugrane do wygrania 5 pucharów w 2011 r. Messi stał się najmłodszym zawodnikiem z trzema Złotymi Piłkami na koncie a w dodatku zdobył je 3 lata z rzędu, czym wyrównał osiągnięcie Michela Platiniego. Na podium znalazło się również miejsce dla Xaviego a tuż za nim uplasował się Andres Iniesta.
@Sysia11
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360