FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
33 obserwujących
0 obserwowanych
Której reprezentacji, do której powołany został zawodnik Barcy, kibicujesz?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
0
@NeroTFP1 W takim razie ktoś musi tych panów porządnie zdopingować do wydania biografii o takim geniuszu! Zresztą nie tylko ich bo na przykład w Historii Ruchu Chorzów palce maczali również Andzrej Godoj, Grzegorz Joszko, Grzegorz Kopaczewski czy Michał Lakwa. Swoją drogą to zazdroszcze ci takich kontaktów z takimi ludźmi. Wypada chyba tylko żałować że nie urodziłem się na Śląsku a przynajmniej w dużym mieście...
11
Bramkarz, który obronił 7 rzutów karnych w meczu:
Bramkarz Sportingu Gijón obronił siedem z ośmiu rzutów karnych w meczu towarzyskim z 1921 roku, co było bezprecedensowym osiągnięciem. Miało to miejsce na stadionie „El Sardinero” w meczu z Racingiem Santander. Sędzia Fermín Sánchez Álvarez z Santander był odpowiedzialny za ten niezwykły występ. Sporting został zaproszony do stolicy Kantabrii, aby rozegrać mecz towarzyski ku czci Joaquína Cayóna, lotnika z Torrelavegi, który był obecny na uroczystości i był wówczas bardzo popularną postacią w Hiszpanii. W styczniu tego samego roku rada miejska jego rodzinnego miasta nadała już ulicy jego imię a Cayón stał się kwintesencją hiszpańskiego lotnika. Hołd składał się z meczu piłkarskiego pomiędzy gospodarzami, Racingiem Santander a Sportingiem Gijón. Na początku spotkania odbyła się oficjalna ceremonia uhonorowania wspomnianego kierowcy. Sam mecz rozpoczął się bardzo pozytywnie dla biało-czerwonych, którzy zdominowali rywali a Meana zaprezentował się po mistrzowsku. Absurdalna decyzja sędziego doprowadziła do rzutu karnego za rzekome popchnięcie napastnika Racingu. Rzut karny wykonał gwiazdor Racingu, reprezentant Basków Francisco Pagaza, którego strzał obronił bramkarz Román Soto . Piłka dobita jednak trafiła do Pagazy, który otworzył wynik spotkania. Zaledwie kilka minut później urodzony w Gijón napastnik Palacios, który po latach przeszedł do historii jako strzelec pierwszej bramki Atlético Madryt w najwyższej klasie rozgrywkowej, wyrównał po dośrodkowaniu Corsino. Pięć minut później sędzia podyktował kolejny rzut karny. Pagaza ponownie go wykorzystał a Soto obronił ale sędzia, twierdząc, że obrońca Sportingu wszedł w pole karne, nakazał powtórzenie rzutu karnego dwukrotnie, bramkarz Gijónu obronił oba strzały. I tak pierwsza połowa zakończyła się remisem 1:1 a bramkarz Sportingu obronił cztery rzuty karne. Druga połowa rozpoczęła się tak, jak zakończyła się pierwsza. Podyktowano kolejny rzut karny dla Sportingu, który Román wybił na rzut rożny. Fermín Sánchez nakazał powtórzyć go jeszcze dwukrotnie. Pierwszy strzał obronił bramkarz, a drugi minął bramkę. Był to ósmy rzut karny a emocje sięgały zenitu. Pomimo skandalicznego sędziowania, mecz zakończył się remisem 1:1. Zaraz po końcowym gwizdku doszło do bójki między zawodnikami Sportingu a sędzią i zawodnikami Santander. Skandal był ogromny a piłkarze Sportingu musieli zostać eskortowani z boiska przez policję z powodu gniewu, jaki skierowali w ich stronę kibice „El Sardinero”, obwiniając ich o przemoc, do której doszło podczas starcia obu drużyn. To była prawdopodobnie największy i najbardziej rażąca „kradzież” sędziowska, jakiej kiedykolwiek dopuściła się drużyna Gijón. Krótko po tym meczu bramkarz Román Soto Amado zrezygnował z gry w piłkę nożną, ponieważ wraz z kolegą z drużyny, Adolfo Trapote Junquerą, zostali powołani do hiszpańskiej armii, by walczyć w wojnie o Rif w Maroku. Dwuletnia służba wojskowa przerwała jego karierę sportową, a po powrocie z wojny postanowił poświęcić się swoim biznesom, całkowicie zrywając z piłką nożną.
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson
0
@Marusek Spokojnie, po prostu uważam że dzisiaj La Manity nie będzie, Mało tego, uważam że będzie nawet bardzo ciężko wygrać, więc remis biore w ciemno....
Być może jestem pesymistą ale jednak tak uważam...
11
Legendy polskiego futbolu:
3 stycznia 1940 r. w Otmęcie urodził się Bernard Blaut. Na zewnątrz mógł sprawiać wrażenie spokojnego, czasami wręcz flegmatycznego, ale ci, którzy z nim grali, mówili, że miał cechy dyktatora. Był jednym z czołowych defensywnych pomocników w Europie. Świetnie potrafił organizować grę, a po boisku poruszał się z wielką gracją. Przygodę z piłką rozpoczął dzięki rodzicom, którzy byli mocno zaangażowani w działalność klubu Strzała w Gogolinie. To tam stawiał pierwsze piłkarskie kroki, ale szybko poznano się na jego talencie i wkrótce trafił do opolskiej Odry. Po trzech latach zdolny pomocnik zasilił szeregi warszawskiej Legii. W stolicy udowodnił swoją klasę i szybko wywalczył sobie miejsce w pierwszym składzie. Miał niesamowitą wydolność, dzięki czemu mógł biegać po całym boisku i w razie potrzeby wspierać kolegów w ataku lub w obronie. Z czasem dorobił się w Legii funkcji kapitana zespołu. Był starszy od większości kolegów, którzy nazywali go Dziadkiem. Kiedy trener Jaroslav Vejvoda, chciał chodzącego swoimi ścieżkami Deynę wyrzucić z drużyny, to właśnie Blaut, wraz z grupą starszych zawodników, ujęli się za młodym zawodnikiem. W Legii spędził 12 sezonów, w których trakcie dwukrotnie zdobył puchar Polski (1964 i 1966) i dwukrotnie mistrzostwo Polski (1969 i 1970). W kadrze zadebiutował jeszcze jako zawodnik Odry w 1960 r. Łącznie rozegrał w narodowych barwach 36 spotkań i strzelił trzy gole. Kiedy polska reprezentacja pod wodzą Kazimierza Górskiego wkraczała na salony, Blaut był nękany kontuzjami. Głównie dlatego nie pojechał na igrzyska do Monachium. Po zakończeniu czynnej kariery zawodniczej zajął się trenerką. Był współpracownikiem czterech kolejnych selekcjonerów. Kazimierza Górskiego wspierał w Montrealu a Jacek Gmoch uczynił go odpowiedzialnym za bank informacji. Pomagał Ryszardowi Kuleszy i Antoniemu Piechniczkowi. Pracował też w Tunezji i Zjednoczonych Emiratach Arabskich. W Reprezentacji rozegrał 36 meczów, strzelając 3 gole; zmarł 19 maja 2007 r. w Warszawie.
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Gary
@Arkon
@Adran360
1
@Marusek Teoretycznie wysoka wygrana zawsze jest możliwa ale z Espanyolem Manity na ich stadionie to ja nie pamiętam?
0
@lukasoon15 No i właśnie ten remis biore w ciemno, zwłaszcza że to są derby na terenie Espanyolu...
0
@Marusek No siłe ofensywną mamy sporą(jak na Espanyol oczywiście), jednak nie oznacza to że wygramy na RCD Stadium a już napewno nie oznacza to z gruntu La manity! Byłbym bardzo powściągliwy z takimi osądami...
2
@Marusek Oj chyba się zagalopowałeś? Skąd masz takie przypuszczenie że to się może skończyć La manitą?
10
Pewne zwycięstwo na „Camp de Les Corts”:
3 stycznia 1932 r. FC Barcelona pokonała Racing Santander 4:2 w 5 kolejce Primera Division. Dublet zaliczył znakomity napastnik Angel Arocha. Pozostałe gole dla Barçy strzelali: Juan Ramon i Carlos Bestit. Po tej piątej kolejce Blaugrana uplasowała się na 3 pozycji ze stratą zaledwie jednego punktu do prowadzącego Athletic Bilbao.
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson
0
@Ogorinho1974 Daj spokój już nie przesadzaj. Przecież to nie jest biografia piłkarza a nawet jeśli w jakimś stopniu by była, to należało by podać również date śmierci lekarza Comamali! Tak czy siak za prawidłowe dane zielony herb się należy :)
11
Kultywowanie wartości klubowych:
Na początku 1982 r. za prezydentury Josepa lluisa Nuñeza klub nabył na własność obiekt znajdujący się w dzielnicy Sant Andreu. Był to sportowy kompleks, na który składało się boisko przystosowane do gry w piłke wraz z trybunami, boisko do uprawiania innych sportów, basen oraz kilka ogrodów. Operacja była wydatkiem rzędu 96,540,375 peset, które klub zapłacił właścicielom czyli firmie włókienniczej ,,Companyia Anonima Filatures de Fabra i Coats”, powstałej w 1903 r. Boisko kupione przez FC Barcelone, znajdujące się między ,,Passeig de Fabra” i ulicą Dublin miało 93 metry długości i 54 szerokości. Na trybunach mieściło się 4700 widzów, z czego 800 miało miejsca siedzące. Był to plac, na którym grała drużyna CE Fabra i Coats utworzona w 1922 r. jako CE Filatures z inicjatywy firmy włókienniczej. W 1953 r. zmieniła nazwe ale zachowała pionowe biało-czarne pasy na koszulkach. Jeszcze jako CE Fabra i Coats w sezonie 1962/63 walczyła o awans do Segunda Division. Niedługo potem w 1965 r. przemianowała się na Atletic Catalunya Club de Futbol i rozpoczęła współprace z Barçą, dlatego też od tamtej pory występowała w strojach ,,Blaugrana”. Przed nabyciem boiska ,,Fabra i Coats” FC Barcelona płaciła za wynajem ażeby drużyny juniorskie i młodzieżowe mogły rozgrywać swoje mecze. Wśród tych zespołów była Barcelona Atletic, która grała tutaj w latach 1970-1982, czyli do chwili, gdy zbudowano ,,Miniestadi”. Pozostałe drużyny juniorskie korzystały z tego boiska aż do lat 90-tych. Później zarząd klubu z Nuñezem na czele postanowił sprzedać w dwóch fazach obiekt ,,Klubowi Pływackiemu Sant Andreu” założonemu w 1971 r. przez pracowników fabryki ,,Fabra i Coats”. Dzięki tej operacji Barça zarobiła 198 milionów peset. Na kupionych terenach klub z Sant Andreu zbudował obiekt sportowy dla swoich członków a boisko wraz z trybunami zostało zburzone aby w tym miejscu mógł stanąć basen olimpijski. Niezależnie od przeszłości obiektu sportowego, w 1995 r. budynek fabryki włókienniczej sąsiedzi z Sant Andreu zamienili w Centrum Kulturalne.
@Safrani
@Ogorinho1974
@Marusek
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
10
Legendarni snajperzy, wybitne postacie FC Barcelony:
3 stycznia 1904 r. FC Barcelona gromi w 7 kolejce Mistrzostw Katalonii zespół FC Sant Gervasi 10:0! Hattrickiem w tym meczu popisuje się legendarny Katalończyk Roma Forns, jednak jeszcze większego wyczynu dokonuje również legendarny Katalończyk Carles Comamala, który strzela w tym meczu aż 5 goli! Ostatecznie jednak Duma Katalonii zajęła w mistrzostwach dopiero 4 miejsce ale za to królem strzelców został wspomniany właśnie Comamala z dorobkiem 15 goli. Wówczas Comamala, obok Gampera i Romy Fornsa był jednym z najlepszych napastników w Hiszpanii.
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson
0
@NeroTFP1 Coś już wspominałeś o Gowarzewskim ale nie pamiętam czy odnośnie Wilimowskiego? Kiedyś bodajże z Piłki Nożnej dowiedziałem się że Wilimowski nazywał się bodajże Prandella, dobrze mówie? Tak czy inaczej jest dużo materiału o "Ernim" żeby powstała książka, tylko czy w końcu ci trzej panowie się za to wezmą......?
1
@NeroTFP1 Na coś takiego czekam od kiedy dowiedziałem się o istnieniu genialnego "Erniego" czyli od 30 lat! Oby to się powiodło, bez względu na autora...
12
,,La Manita" Wilimowskiego:
Jeszcze nie wybrzmiały Sylwestrowy fajerwerki, jeszcze świat nie począł toczyć „koła historii" Anno Domini 1938 a piłkarze Ruchu Hajduki Wielkie już wybiegli na zaśnieżone boisko by w ponad 13-stopniowym mrozie zmierzyć się z rywalem zza miedzy- AKS-em Chorzów w meczu towarzyskim. Ekipa z Chorzowa w roku 1937 ,, urosła" do poziomu ligowego potentata i w tabeli końcowej sezonu wyprzedziła ,, Niebieskich", zdobywając tytuł wicemistrza polski. Hegemonia Ruchu została przerwana. W ostatnich zawodach AKS zwyciężył Ruch, to też miał nastąpić dawno oczekiwany rewanż ze strony byłego Mistrza Polski, który miał udowodnić że jego ostatnie porażki z Naprzodem i AKS były tylko dziełem przypadku względnie słabego zestawienia całej drużyny mecz pomiędzy wielkimi rywalami zaplanowano na niedzielę o godzinie 14:00 na stadionie w Wielkich Hajdukach. „Przegląd Sportowy" informował iż gruba warstwa śniegu nie tylko nie odstraszyła graczy ale nawet widzów, którzy zjawili się w ilości około 5000 i brali żywy udział w zawodach. „Udział" widowni udzielił się zresztą najdobitniej AKS w wynikłej zaraz po meczu bójce. Ruch wziął więc bezpardonowy rewanż nad swym sąsiadem. Pomimo licznych argumentów a przede wszystkim słabego sędziego różnica trzech goli jest jednak sprawiedliwym wykładnikiem sił. Aparat Hajduczan pracował jak zegarek najprzedniejszej konstrukcji. ,, Niebiescy" w tym meczu zagrali w następującym składzie: Brom, Giemsa, Czempisz, Panchyż, Nowakowski, Dziwisz, Przecherka, Skóra, Peterek, Wilimowski i Wodarz. Już na początku meczu w wyniku starcia z Wostalem kontuzji doznał Panchyż a w jego miejsce na boisko wszedł Henryk Mikunda. Bohaterem meczu okazał się Wilimowski, który zdobył 5 goli a pozostałe trafienia zanotował Peterek. Wynik spotkania brzmiał 7:4(3-2) dla Ruchu. Obserwatorzy oraz dziennikarze relacjonujący to spotkanie byli zgodni co do tego iż był to wielki mecz „Eziego", natomiast cichym bohaterem był Mikunda, który wyszedł z ławki rezerwowych a swoją nadspodziewanie dobrą postawą na boisku miał duży wkład w końcowy sukces drużyny. Co ciekawe, Ernest Wilimowski trzy dni wcześniej jako lider drugiego ataku hokejowej reprezentacji Śląska rozegrał mecz z FTC Budapeszt na lodowisku w Katowicach. Pomimo dużej przewagi Ślązaków zakończył się on wynikiem 2:1 dla drużyny Węgierskiej. Dziennikarz „Polski Zachodniej" pisał o grze Wilimowskiego: wysilał się na kombinację zgoła piłkarskie. Wilimowski nie zdaje sobie sprawy że podstawą hokeja jest szybkość i błyskawiczna orientacja w sytuacjach podbramkowych. Można zatem powiedzieć iż drużyna Ruchu niejako z marszu na pełnych obrotach, z impetem wkroczyła w rok 1938. Był to czas, w którym świat obserwował pożogę wojny domowej w Hiszpanii oraz ruchy na Dalekim Wschodzie między Japonią a Chinami. W Europie Środkowej coraz większym hegemonem stawała się III Rzesza pod wodzą kanclerza Adolfa Hitlera, która zaczęła stosować coraz bardziej agresywną politykę zarówno wewnętrzną, jak i międzynarodową...
@Symson
@Safrani
@Ogorinho1974
@NeroTFP1
@Marusek
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@Adran360
1
@Gary A zapomniałem dodać że przecież jest jeszcze mnóstwo meczów do oglądania i to nie tylko meczów piłki nożnej, tak więc tym bardziej nie mam czasu na czytanie tylu książek...
10
@FCBparasiempre
2 stycznia 1900 r. w Krakowie urodził się Józef Klotz. Był synem żydowskiego szewca. Z zachowanych źródeł możemy dowiedzieć się, że był to obrońca mierzący 185 centymetrów i ważący 75 kilogramów. Pierwszym zespołem w karierze krakowskiego defensora była obecnie nieistniejąca drużyna Jutrzenki, którą tworzyli zawodnicy wyznania mojżeszowego. Niewiele osób zdaje sobie sprawę z tego, że znane dzisiejszym kibicom hasło „Święta Wojna” pierwotnie odnosiło się do derbów rozgrywanych między klubem Józefa Klotza, a innym syjonistycznym zespołem – Makkabi Kraków. Dopiero z czasem te wyrażenie przerodziło się w określenie odnoszące się do meczu Cracovii z Wisłą. Stało się tak za sprawą Ludwika Gintela, który po przejściu do zespołu Pasów użył tego hasła przed rozgrywanym szlagierem z Białą Gwiazdą. Sam Klotz występował w trakcie swojej piłkarskiej przygody w dwóch klubach. W swoim pierwszym zespole występował w latach 1912-1925 i przeniósł się następnie do Makkabi Warszawa. W reprezentacji Polski rozegrał dwa spotkania– z Węgrami i Szwecją. Podróżując trasą, której stacje wyznaczają poszczególne etapy kariery krakowskiego obrońcy, przenieśmy się pamięcią do jego rodzinnego miasta, w którym było mu dane zadebiutować w koszulce z białym orzełkiem na piersi. Dużym wydarzeniem w karierze Józefa Klotza był bez wątpienia jego premierowy mecz w biało-czerwonych barwach. Kartki kalendarza wskazywały datę 14 maja 1922 roku. Polska drużyna narodowa, która występowała pierwszy raz w roli gospodarza, podejmowała tego dnia reprezentację Węgier. Skład naszej drużyny w głównej mierze opierał się na piłkarzach krakowskich klubów – byli to tak znani zawodnicy jak Ludwik Gintel, Henryk Reyman, czy Józef Kałuża. Wyjątek od reguły stanowiło dwóch zawodników – bramkarz Polonii Warszawa Jan Loth oraz legendarny Wacław Kuchar z lwowskiej Pogoni. Trenerem tamtego zespołu był Józef Lustgarten – międzynarodowy sędzia piłkarski i zawodnik, który w czasie swojej kariery występował w zespole Pasów.
W roku 1939 ówczesny szkoleniowiec został uprowadzony przez NKWD, co w konsekwencji poskutkowało jego trafieniem do stalinowskiego łagru, w którym został zmuszony spędzić długie 17 lat życia. Mecz był rozgrywany na boisku Cracovii. Warto przypomnieć, że stadion Pasów znajduje się obecnie przy ulicy upamiętniającej grającego w tamtym spotkaniu Józefa Kałużę. Miejsce, które wybrano na scenę zmagań obu zespołów stanowi ponadto najstarszą strukturę piłkarską dotychczas użytkowaną w Polsce. Licznie zgromadzeni na trybunach kibice niestety nie przynieśli szczęścia swojej reprezentacji. Już na samym początku spotkania Ludwik Gintel feralnie zaskoczył warszawskiego bramkarza i niefortunnie skierował piłkę do własnej bramki. Zegar odmierzający czas wskazywał czwartą minutę gry. Nasz bohater wystąpił w tym meczu na pozycji stopera. Kiepski początek naszej drużyny podziałał uskrzydlająco na goszczących w Krakowie Węgrów. To goście przejęli inicjatywę, którą udokumentowali następnymi bramkami. Dzieła zniszczenia dokonał Michaly Solti, który zdobył w trakcie tego spotkania jeszcze dwa gole. Polska poniosła dotkliwą porażkę i w kiepskim stylu przegrała 0-3. Józef Klotz, podobnie jak cały zespół nie mógł być zadowolony z tamtego występu. Podopieczni krakowskiego trenera musieli poczekać na swoją pierwszą oficjalną bramkę zdobytą w międzypaństwowym meczu. Był 28 dzień maja 1922 roku. Kadra Józefa Lustgartena rozgrywała tego dnia towarzyskie spotkanie w Sztokholmie. Polacy mierzyli się ze Szwedami. Biorąc pod uwagę ostatni pojedynek z Węgrami, nikt nie był pewny korzystnego wyniku, zważywszy, że mecz odbywał się na trudnym terenie stadionu olimpijskiego. Gdyby jednak znalazł się optymista, który miałby tego dnia wskazać potencjalnego strzelca gola dla Biało-czerwonych, to z pewnością postawiłby na bramkostrzelnego Wacława Kuchara. Sądzę, że przed pierwszym gwizdkiem nikomu nie przeszła przez głowę myśl, że to właśnie Józef Klotz zostanie autorem historycznej bramki.
W porównaniu do poprzedniego meczu szkoleniowiec postanowił wprowadzić do składu, aż siedmiu piłkarzy Cracovii. Nowymi zawodnikami zespołu zostali znani z krakowskich boisk- Leon Sperling, Adam Kogut i Józef Fryc. Ponadto skład został uzupełniony drugim zawodnikiem Pogoni Lwów- Józefem Garbieniem. To jednak obrońca Jutrzenki w 23. minucie spotkania podjął się wykonywania rzutu karnego, który został odgwizdany w polu karnym skandynawskiego zespołu. Oznaczało to, że zespół trenera Lustgartena stanął przed szansą strzelenia pierwszego gola w międzypaństwowym występie. Siła i precyzja uderzenia z 11 metra zaowocowała strzeleniem tak upragnionej przez polskich zawodników bramki. Warto dodać, że w 74 minucie przewagę Biało-czerwonych udokumentował jeszcze Józef Garbień. Polska pozwoliła sobie wbić jedynie jednego gola i ostatecznie wygrała na ciężkim terenie wynikiem 2-1. Pierwsze bramki i premierowe zwycięstwo kraju znad Wisły stało się faktem. Jak pokazała przyszłość – był to drugi i ostatni występ Józefa Klotza z orzełkiem na piersi. Mimo, iż właśnie w tym spotkaniu zapisał się w historii naszego futbolu jako strzelec pierwszego gola w kadrze, to nigdy później nie otrzymał szansy, by zaistnieć w niej na stałe. W 1925 roku piłkarz Jutrzenki postanowił przenieść się do zespołu Makkabi Warszawa i kto wie, jak potoczyłoby się jego dalsze życie, gdyby nie zdecydował przenieść się do stolicy…? 2 października 1940 roku w okupowanej stolicy Polski władze niemieckie zdecydowały się utworzyć największe getto dla ludności żydowskiej w całej zniewolonej przez agresora Europie. Do odizolowanego w listopadzie od reszty miasta więzienia trafili wszyscy ludzie związani z wyznaniem mojżeszowym. Tragiczny los nie oszczędził również bohatera meczu ze Szwecją. Bezwzględne jarzmo drugiej wojny światowej nie oszczędziło nikogo bez względu na dokonania i zasługi. Obrońca trafił podobnie jak inni Żydzi mieszkający w Warszawie do getta. Strzelec historycznego gola w Biało-czerwonych barwach zginął w 1941 roku za murami hitlerowskiego piekła.
8
Zapomniane legendy polskiego futbolu:
@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson
0
@LeoMessiiBarcaPepa No tak, rzeczywiście wszystko na to wskazywało ale jednak Laporta... zrobił swoje. Tak czy inaczej Xaviemu należy złożyć hołd za to co uczynił naszej Barcuni...
11
Rekord „Generała”:
2 stycznia 2011 r. Xavi Hernandez wyrównał rekord Bernardo Bianquettiego(zwanego Miguelim) w ilości spotkań dla pierwszej drużyny FC Barcelony. Otóż wygrany ligowy mecz z Levante był dla niego 549 meczem w barwach Dumy Katalonii. Dokonał tego w swoim 13-tym sezonie występów. Po zakończeniu spotkania cała rodzina ,,Blaugrana” zaprezentowała baner z napisem ,,Xavi t’estimem”(co po katalońsku znaczy ,,Xavi kochamy cię”). Natomiast Migueli pojawił się na boisku z wnukiem aby pogratulować nowemu rekordziście. Xavi rozegrał 767 oficjalnych spotkań i jeszcze do niedawna dzierżył absolutny rekord pod tym względem, jednak wyprzedził go nie kto inny jak sam Messi(778 spotkań).
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
1
@Gary Ja z kolei to w zasadzie czytam wyłącznie książki o futbolu, głównie z powodu braku czasu. U mnie również w gre wchodzi zmęczenie fizyczne i często niedospanie po pracy, co nie rzadko przekłada się na 2,3 godzinną drzemke po robocie. Inna sprawa że książki poza sportowe mnie nie pociągają(no może poza historycznymi) a ze sportowych to tylko i wyłącznie piłka nozna. Zresztą na inne nie miałbym czasu i raczej ochoty ale głownie czasu...
11
Zapomniane El Clasico:
2 stycznia 1944 r. FC Barcelona pokonuje na ,,Estadio Chamartin” Real Madryt 1:0 w 13 kolejce Primera Division. Zwycięskiego gola zdobył Jose Valle Mas w 50 minucie. Po tym zwycięstwie Blaugrana zachowała 2 pozycje w tabeli tracąc jedynie 1 punkt do prowadzącej Valencii. Co ciekawe, na półmetku rozgrywek Real Madryt zajmował dopiero 8 pozycje, kończąc zmagania na miejscu siódmym. Natomiast Barça zakończyła sezon dopiero na 6 pozycji, z tą samą ilością punktów co ,,Los Blancos” a mianowicie 28 ale za to większą ilością zdobytych goli.
Barça w europejskich pucharach:
2 stycznia 1963 r. FC Barcelona przegrała na ,,Stade du Ray” w Nicei z Crveną Zvezdą Belgrad 0:1 po golu Kosticia z rzutu karnego. To był dodatkowy(de facto finałowy) mecz 1/8 Pucharu Miast Targowych, po którym Blaugrana odpadła z rozgrywek.
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson
2
@Gary No jakby na to nie patrzeć to tak(!) jesteśmy "dupkami" :)
6
@July_6_BcN A skoro wiedziałaś, to jest mi z tego powodu niezmiernie miło. Uważam że każdy cule powinien to wiedzieć! No coż, brawo ty!
12
Czy prawdziwi cules wiedzą chociaż skąd się wzieli ci ,,cules”? Podejrzewam że nawet redakcja o tym nie ma pojęcia!
2 stycznia 1916 roku przy okazji towarzyskiego meczu FC Barcelona - Athletic Bilbao, który wzbudził ogromne zainteresowanie wynikające po części z obecności słynnego baskijskiego napastnika Rafaela Moreno Aranzadiego, znanego jako „Pichichi", pojawiły się pierwsze koniki. Zbijali biznes sprzedając za 5 peset wejściówki kosztujące normalnie półtorej pesety. Praktyka ta rozwinęła się gdy odpowiedzialny za boisko Manuel Torres zaczął oznaczać karnety, kiedy socios wchodzili na stadion, co spowodowało że nie mogli już rzucać ich za ogrodzenia, tak by inni kibice mogli ich użyć wchodząc bez płacenia. Kiedy stadion zapełniał się do ostatniego miejsca, tak jak na meczu z Athletikiem, gdy ponad 2000 ludzi nie dostało biletów, wielu z nich nie mogąc dopchać się na trybuny siadało na murach okalających obiekt. W ten właśnie sposób zrodził się termin „cules”, który od tamtej pory używany jest dla określenia sympatyków FC Barcelony, jako że siedząc na murze pokazywali tyłki pieszym przechodzącym przyległymi do stadionu ulicami.
@Symson
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360
0
@Gary No to ja powiem ci szczerze że musze mieć w miare komfortowe warunki do czytania a raczej rzadko kiedy takie warunki mam. W ten komfort wlicza się oczywiście również skupienie nad książką. Jakoś nie wyobrażam sobie czytania w pociągu, mam na myśli pełne skupienie i zapamiętanie tego co się czyta. No ale skoro jesteśmy entuzjastami futbolu, to jakie książki czytasz?
0
@Gary Ja jestem ciekaw skąd ty masz tyle czasu na czytanie aż tylu książek? To co ty całymi dniami przesiadujesz w domu? Nie chodzisz do pracy? Jeśli można wiedzieć oczywiście?
11
Wybitne postacie Blaugrany:
2 stycznia 1884 r. urodził się Jack Greenwell, piłkarz oraz piąty w historii trener FC Barcelony. Jedenaście lat kariery piłkarskiej spędził w Crook Town, skąd w 1912 r. trafił do Barçy, w której grał do zakończenia kariery w 1916 r. Rok później prezydent Gamper zatrudnił go w roli trenera. Greenwell zadebiutował na ławce 7 lipca 1917 r. w wygranym 3:1 meczu z Club Esportiu Europa. Prowadził drużynę nieprzerwanie przez 7 lat, co jest drugim najlepszym wynikiem w historii(najdłużej pracował śp. Johan Cruyff). Przez ten okres zdobył 5 mistrzostw Katalonii i 2 Puchary Hiszpanii(La Liga jeszcze wówczas nie istniała). W 1931 r. powrócił jeszcze na 2 sezony do FC Barcelony i dołożył jeszcze mistrzostwo Katalonii.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
11
Zbrodnia w Nigrán, masakra, która naznaczyła życie nowej gwiazdy FC Barcelony: Pedro Fernándeza
W 1994 roku w brutalnym ataku na dom rodziny pomocnika Barcelony zginęły cztery osoby. Pedro Fernández Sarmiento, znany jako Dro, to kolejny młody piłkarz Barcelony z wielkimi marzeniami. Ma zaledwie 17 lat, a już zadebiutował w pierwszym zespole. Hansi Flick jest nim zachwycony. To bardzo klasowy pomocnik, doskonały z piłką i bardzo zdyscyplinowany, ale musi poprawić swoją kondycję fizyczną. Niewiele wiadomo o jego życiu prywatnym, przynajmniej w Barcelonie. W Galicji natomiast wiele wiadomo o jego rodzinie. Dro urodził się 12 stycznia 2008 roku w Nigrán, w tym samym mieście Pontevedra, niedaleko granicy z Portugalią, gdzie 31 stycznia 1992 roku dwóch funkcjonariuszy policji po cywilnemu wtargnęło do domu Davida Fernándeza, ówczesnego wiceprezesa Celty. Dwóch funkcjonariuszy uwięziło Davida, jego żonę Pilar Sanromán, ich troje dzieci i gospodynię, Anę Isabel Costas, w ich domu. Zażądali 20 milionów peset (120 000 euro) i znęcali się nad zatrzymanymi. Dwoje z nich uciekło. Marta natomiast została zamordowana, podobnie jak jej rodzice i gospodyni. David Fernández, ówczesny dyrektor Celty Vigo, byłby dziadkiem Dro, gdyby żył. Ojciec i brat piłkarza Barcelony uciekli porywaczom w głośnej sprawie, która jest obecnie relacjonowana w filmie fabularnym, który wkrótce ukaże się na Netfliksie. Morderstwo w Nigrán spotkało się z szerokim zainteresowaniem mediów w Galicji ze względu na swój brutalny charakter. Dwoma funkcjonariuszami Policji Krajowej byli Manuel Lorenzo i Jesús Vela. W 1996 roku Sąd Prowincjonalny w Pontevedra skazał morderców na 212 lat więzienia, uznając ich winnymi sześciu zarzutów bezprawnego zatrzymania, trzech zarzutów zabójstwa, jednego zarzutu rozboju z zabójstwem i dwóch zarzutów usiłowania zabójstwa. Lorenzo i Vela zostali zwolnieni w 2013 roku, po odsiedzeniu 19 lat w więzieniu, co spotkało się z bardzo niepopularną decyzją w Vigo. Pięć lat wcześniej urodził się Dro, osoba bardzo introwertyczna, niemal zawsze unikająca rozgłosu mediów. „To bardzo uprzejmy i powściągliwy facet” – mówią ci, którzy najlepiej znają młodego pomocnika Barcelony. Niewiele wiadomo o życiu prywatnym Dro. Jest po prostu kolejnym mieszkańcem La Masii. Jako piłkarz jest niezwykle utalentowany technicznie. Świetnie porusza się w ciasnych przestrzeniach i zazwyczaj gra na środku lub lewym skrzydle. Flick ceni jego dyskrecję i odwagę. Jest cichy, ale na boisku nikogo się nie boi.
@Symson
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360
8
@FCBparasiempre
1 stycznia 1958 r. urodził się Andrzej Zgutczyński, napastnik. Z polskiej ligi do Auxerre wyjeżdżał z tytułem króla strzelców, zaraz po występie na mundialu w Meksyku. ,,Miałem 28 lat a już byłem zmęczony piłką. Czekała mnie gra w ataku z Erikiem Cantoną. Jednak czułem że nic lepszego nie będę mógł z siebie dać bo najlepszy czas jest za mną”- wspomina pan Andrzej. Nie lubi opowiadać o tym dawnym futbolu, choć ciekawych przygód miał mnóstwo. Nie zabiega by doceniano jego piłkarskie dokonania i jest szczęśliwy kiedy ma święty spokój. ,,Oczywiście nie krytykuje innych starych piłkarzy że zamierzchłą przeszłość na swój sposób celebrują ale nie widze potrzeby żebym też tak robił. Odwiedzam dawnych kumpli w ich mieszkaniach i czasem widze że mają piłkarski ,,ołtarzyk”: jakieś puchary, dyplomy, medale, zdjęcia. Nie mogę się powstrzymać: ,,Sam o to dbasz, czy ktoś musi za ciebie przecierać z kurzu? No bo kurz się na tym na pewno cały czas zbiera”. Nigdy do takich przedmiotów nie przywiązywałem nabożnej wagi. Było, minęło i nad czym tu się roztkliwiać”- konstatuje nasz bohater. Mimo iż Zgutczyński takiego miejsca w swoim domu nie ma, o gromadzenie odpowiednich eksponatów w czasie kariery nie byłoby trudno. W sezonie 1985/86 był w tak świetnej formie że w wielkim Górniku Zabrze zdobył 20 ligowych goli i został królem strzelców. To wyczyn szczególny gdyż w zabrzańskiej drużynie grali wybitnej klasy specjaliści od posyłania piłek do siatki, jak Jan Urban, Andrzej Iwan i Andrzej Pałasz a jednak ,,Zgutek” był najskuteczniejszy. Niektórzy zaznaczali że przy takiej klasie dogrywających piłkarzy nie było to dużym osiągnięciem bo wystarczyło tylko przytomnie dostawiać noge. Zgutczyński taką złośliwostke kwituje uśmiechem i wzruszeniem ramion. Świetnie odnalazł się w Zabrzu w roli łowcy goli, lecz i sam dostrzegał lepiej ustawionych kolegów. Górnik zdobył wtedy mistrzostwo Polski drugi raz z rzędu, zostawiając za plecami bardzo mocne drużyny Legii, Widzewa i Lecha. Króla strzelców docenił trener Piechniczek, zabierając go na mundial w Meksyku, choć innych wartościowych ofensywnych piłkarzy nie brakowało. Droga chłopaka z Mazur do sukcesów w Górniku, występów w reprezentacji Polski i lidze francuskiej była dosyć kręta. Z rodzinnego Ełku wyfrunął już jako osiemnastolatek. Musiało jednak minąć jeszcze sporo czasu zanim zadomowił się w ekstraklasie, choć debiut nastąpił bardzo szybko. Problem w tym iż po pierwszym meczu w elicie na następny musiał czekać ponad cztery lata! ,,Wynikało to z mojego zauroczenia Gdynią i Bałtykiem, który grał w II lidze. Trenowałem już z tym zespołem ale Mazur Ełk dogadał się na transfer z Lechem Poznań i nie był to problem, gdyż chodziło o dwa branżowe kolejowe kluby. Szkoda tylko że mnie nikt nie pytał o zdanie a ja od pierwszego dnia doskonale czułem się w Gdyni i nie miałem zamiaru przenosić się do Poznania. Za wiele nie miałem jednak do gadania a alternatywą było pozostanie w Ełku. Pojechałem więc do Lecha, lecz z negatywnym nastawieniem. Uznałem że nie będę się specjalnie przykładał aż w Kolejorzu dojdą do wniosku że takiego ,,cieniasa” nie potrzebują. W takiej sytuacji, skoro już udało się odejść z Mazura, pójde sobie do mojej do mojej wymarzonej Gdyni. To była taktyczna zagrywka. Muszę przyznać że plan się powiódł”- z wyraźną satysfakcją wyjaśnia Zgutczyński. W ekstraklasie w barwach Lecha zagrał na wyjeździe ze Stalą Rzeszów w kwietniu 1976 r. i na tym koniec. Cierpliwie czekał aż się skończy sezon i będzie mógł opuścić Poznań. W Bałtyku był plan na awans, lecz za nim udało się go zrealizować, Zgutczyński zajrzał jeszcze do Legii Warszawa. ,,Wszystko przez służbe wojskową, którą zacząłem w Gdyni. Legia chciała żebym dokończył ją w stolicy a potem został w drużynie z Łazienkowskiej na dłużej. To był czas, kiedy CWKS do wojska wziął też z Widzewa Włodka Smolarka. Byliśmy w jednej kompanii ale zwykle mieszkałem na mieście u rodziny. Po mundialu w Argentynie spotkałem się z trenerem Strejlauem. Powiedział że da mi szanse. Jednak uparcie myślałem o Bałtyku. Po odsłużeniu wojska chciałem wracać”- wspomina. Na razie jednak zanosiło się na ciekawą runde w drużynie, w której wciąż grały takie asy jak Ćmikiewicz, Deyna, Kusto czy Tadeusz Nowak. ,,Byłem przewidziany do ekipy na otwierający sezon mecz ze Śląskiem we Wrocławiu. Na gierce tuż przed wyjazdem Paweł Janas, oczywiście przypadkowo, wjechał mi wślizgiem i złamał palec u nogi. Trzeba było szybko poszukać Smolarka żeby jechał zamiast mnie. Gdy wreszcie się wyleczyłem, trener Strejlau wysłał mnie na mecz rezerw. Miałem się trochę ograć i co za traf: złamałem ręke! Uważam że nic nie dzieje się bez przyczyny bo tym bardziej mogłem wrócić do Gdyni”- zaznacza pan Andrzej. Z Bałtykiem upragniony awans wywalczył w 1980 r. Strzelił dla niego historycznego pierwszego gola na poziomie ekstraklasy. Gdynię już z własnej woli opuścił w 1983 r. Miał 25 lat i był jednym z najbardziej pożądanych napastników na wewnętrznym rynku transferowym. Pojawiła się oferta z Górnika Zabrze. ,,Nie przyszedłem do Górnika tylko Górnik przyszedł do mnie. W Bałtyku finansowo zaczynało dziać się gorzej, natomiast Górnik był coraz mocniejszy. Ważne było zdanie trenera Waldemara Obrębskiego. Znaliśmy się z kadry olimpijskiej. Gorąco polecał mi przenosiny do Zabrza. To była ogromna różnica, poczułem że podpisuje pierwszy naprawdę zawodowy kontrakt. Poziom zarobków oznaczał przeskok o kilka pięter”- przyznaje. Górnik za chwile był najlepszy w Polsce. Sprowadzono kolejnych wartościowych piłkarzy. Zespół grał ofensywnie i widowiskowo. Połowa składu występowała w reprezentacji kraju. Gdy przychodził Zgutczyński, trenerem był Zdzisław Podedworny. Potem nastąpiła era Huberta Kostki. ,, Na zgrupowaniu umiał nas przygotować w taki sposób że byliśmy w niesamowitym gazie. No i chodziło o granie do przodu, cały czas, bez względu na rywala”- zwraca uwagę pan Andrzej. Mundial w Meksyku powinien był być dla niego otwarciem nowych, międzynarodowych drzwi ale on ocenia go jako początek końca i co znamienne, już wtedy tak mu się wydawało. ,,Czułem jakby ktoś mi odciął prąd i nie chodziło tylko o zmęczenie po sezonie. Ja w ogóle powoli miałem już dość. Piłka przestawała mnie kręcić. Nie tylko granie ale nawet jej oglądanie. Pamiętam że gdy miałem 32 lata i występowałem jeszcze we Francji, wolałem patrzeć w telewizji na turniej tenisowy French Open niż na mecze mundialu we Włoszech. Sprawdzałem tylko wyniki meczów i to mi wystarczyło”- przyznaje nasz bohater. Na turnieju w Meksyku zagrał w jednym meczu, akurat w tym wygranym 1:0 z Portugalią. Zastąpił na ostatni kwadrans Włodzimierza Smolarka, który zdobył zwycięskiego gola. Po mistrzostwach został piłkarzem AJ Auxerre. We Francji wierzyli że znaleźli następcę Andrzeja Szarmacha. Pozycja na boisku, narodowość i nawet imię się zgadzały. ,,Jasno powiedziałem we francuskiej prasie żeby tak wiele sobie po mnie nie obiecywali bo Szarmach był jednym z najlepszych piłkarzy świata a ja wiedziałem że z każdym meczem uchodzi ze mnie powietrze i nie potrafiłem tego powstrzymać”. W pierwszym meczu przed miejscową publicznością zagrałem przeciwko PSG. Przegraliśmy 1:2 ale mógł być przynajmniej remis. Wyłożyłem piłke Ericowi Cantonie, lecz on walną 3 metry nad poprzeczką. Żałowałem że sam tego nie kończyłem bo gdybym trafił, może jednak inaczej potoczyła by się moja francuska historia a za chwile złapałem kontuzje, potem kolejną. Nic się nie układało”- podkreśla Zgutczyński. Spędził tam półtora roku, za jego sprawą udało się sprowadzić również z zabrzańskiego Górnika Waldemara Matysika. Zgutczyński jeden sezon spędził w drugiej lidze francuskiej. Potem grał jeszcze niżej aż wreszcie już zdecydowanie bardziej amatorsko w Szwecji, gdyż gorąco go do tego namawiał kolega z Bałtyku Gdynia Adam Walczak. Pomagał także Bałtykowi i był grającym trenerem w Raduni Stężyca, gdzie pojawił się również jego młodszy brat Dariusz, też znany niegdyś ligowiec. ,,Miałem ponad 40 lat a jeszcze kopałem piłke, co jest do mnie niepodobne ale to był już nieodwołalny koniec. Dałem sobie raz na zawsze spokój z futbolem, z pracą trenerską i dobrze mi z tym. Czasem obejrze jakiś mecz ale musi być naprawdę sensowny powód żebym dał się skusić”- kończy wywód nasz bohater.