11

Golazo!

22 grudnia 1973 r. Mijały właśnie ostatnie minuty pierwszej połowy meczu Barçy z Atletico Madryt na Camp Nou. Na wrzutkę w pole karne zdecydował się Rexach ale wydawało się że piłka jest poza zasięgiem Cruijffa. Holender zdecydował się więc na akrobatyczne zagranie nogą na dużej wysokości w stylu dzisiejszych uderzeń Ibrahimovicia i jego strzał znalazł droge do siatki w prawym górnym rogu bramki. To był najładniejszy gol ,,boskiego” Johana podczas jego pobytu w Barcelonie a być może i w całej karierze. Holender rozgrywał wówczas wspaniały sezon zakończony mistrzostwem Hiszpanii dla Blaugrany a ten gol pozwolił mu zdobyć przydomek ,,Latający Holender”.

Popatrzcie sami:



@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

14

Bernd Schuster kończy dzisiaj 65 lat:

22 grudnia 1959 r. w Augsburgu urodził się Bernd Schuster. Ten niemiecki piłkarz karierę zaczynał w 1. FC Köln, z którego w 1980 r. przeniósł się do FC Barcelony. Bardzo szybko stał się gwiazdą linii pomocy Blaugrany i w 6 kolejnych sezonach zdobywał dwucyfrową liczbe goli we wszystkich rozgrywkach. Dokonał tego pomimo faktu że stracił większość roku 1982 na rekonwalescencje po tym, jak ,,Rzeźnik z Bilbao”(Andoni Goikoetxea) brutalnie wszedł w jego kolano. W latach 1982-84 znakomicie układała się współpraca Bernda z Diego Maradoną, którego Argentyńczyk nie omieszkał komplementować w swojej autobiografii. Tuż po tym, jak został zmieniony w trakcie gry w finale Pucharu Mistrzów w 1986 r., udał się do szatni i nie informując nikogo, pojechał z żoną na lotnisko, gdzie pierwszym samolotem udał się do Barcelony. Przed sezonem 1986/87 Schuster został za to wykluczony z zespołu i nie rozegrał ani jednego meczu! Prezydent Nuñez zaoferował go nawet Espanyolowi. Jak zauważyli ironicznie dziennikarze, byłoby to jedyne możliwe rozwiązanie dla Schustera, bo nadal dzieliłoby go jedynie 30 minut samolotem od ,,ukochanej” Ibizy. Choć Niemiec pozwał klub do sądu, przegrał sprawę. Po roku wrócił do łask, lecz jego relacje z działaczami pozostawały napięte i latem 1988 r. zdecydował się na transfer do Realu Madryt. Co ciekawe, z drużyny Królewskich trafił po 2 latach do Atletico Madryt. Po zakończeniu kariery piłkarskiej zajął się pracą w roli trenera, zdobywając między innymi mistrzostwo Hiszpanii z Realem Madrid w 2008 r.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

9

@FCBparasiempre
Maschio mógł się wyprowadzić z „Avellanedy”. Dorastał tu wprawdzie ale kiedy wyjechał grać w piłkę we Włoszech mógł łatwo zerwać z miejscem urodzenia; gdyby po powrocie, ze zgromadzonym świeżo majątkiem przeniósł się do Buenos Aires, nikt nie miałby do niego pretensji. Nie zrobił tego jednak. „Nie potrafiłbym - powiedział. - Ruszyłem się stąd tylko raz, do Kordoby, gdzie mam rodzinę". „Avellaneda” wrosła w Humberto Maschio. „Tu się urodziłem ale tak naprawdę jestem tu dzięki pewnemu cudowi. Mój dziadek dotarł już do Argentyny(z Włoch) a ojciec miał popłynąć potem, razem ze swoimi siostrami ale ponieważ grał w piłkę w Sampdorii, wysłał z dziewczynami przyjaciela. Byli na pokładzie „Mafaldy”. Dwie siostry udało się uratować ale najmłodsza zmarła na atak serca. Ojciec przypłynął innym statkiem, więc to naprawdę cud że tu jestem. Zacząłem grać w piłkę na ulicach. W tamtych czasach nie było ruchu, jedyny środek transportu stanowiły tramwaje. Mój dom był dla mnie i moich przyjaciół jak piłkarska szatnia a niedaleko znajdowało się „portero” z czterema czy pięcioma boiskami. Nocami graliśmy w "cabeze"(główkowanie jeden na jednego) przy świetle latarni"- opowiadał Humberto. Do Racingu trafił w 1954 roku ale ponieważ trzon drużyny wciąż tworzyli mistrzowie kraju z lat 1949-51, początkowo trudno było mu się przebić. Nie minął jednak rok, gdy Juan Jose Pizzuti odszedł do Boca i można było wskoczyć na jego miejsce. Po roku Pizzuti wrócił(do Boca przeniósł się z kolei Angelillo) i w wieku 36 lat stał się dla pozostałych piłkarzy jak ojciec a z Maschio stworzył fantastyczny duet: młodszy kolega rozkwitał w roli ofensywnego pomocnika, wykorzystując miejsce zapewniane na boisku przez ruchliwego rutyniarza. „Pamiętam Corbatte. Był naprawdę hojny dla wszystkich, miał bardzo dobre serce. Niestety wielu ludzi wykorzystywało jego dobroć aż w końcu zatracił się w alkoholu"- mówił Maschio. Historia Corbatty jest tyleż tragiczna, co typowa. Nie ma w niej żadnego pojedynczego incydentu, który prowadziłby do katastrofy, żadnego wypadku samochodowego a ni morderstwa, żadnej zdrady czy momentu straszliwego pecha; był po prostu człowiekiem wielkiego talentu, tyle że ów talent pchał go w rejony, z których nie potrafił się wydostać. W piłce był geniuszem ale jego życie prywatne okazało się katastrofą. Urodzony w Daireaux, miasteczku na Pampie, kilkaset kilometrów na południowy zachód od Buenos Aires, w dzieciństwie stracił ojca i w efekcie musiał przenieść się z rodziną do La Platy. Nigdy nie nauczył się pisać i czytać, czego zawsze się wstydził: w późniejszych latach wspominał, jak fatalnie się czuł, gdy koledzy z drużyny dyskutowali o czymś, co przeczytali w jakiejś gazecie ale był też czas, w którym próbował ukrywać analfabetyzm, zawsze trzymając w ręce jakieś czasopisma podczas udzielania wywiadu. Dellacha w końcu nauczył go, jak nabazgrać swój podpis. Karierę piłkarską próbował rozpocząć w Estudiantes ale w wieku 14 lat odprawiono go z kwitkiem, kiedy złapał kontuzję kostki. Znalazł miejsce w Juverlandia de Chascomus, gdzie jego umiejętność dryblingu i silny strzał zwróciły uwagę Racingu, do którego trafił w 1955 roku. Nawet gdy stał się sławny, mówiło się że fani innych klubów rejestrowali się jako socios Racingu tylko po to żeby zobaczyć jak gra. Pozostał straszliwie nieśmiały, szczególnie w stosunku do kobiet. Litując się nad Corbattą koledzy z drużyny przedstawili go pewnej blondynce, opisywanej dosadnie jako "una chica que hacia la calle”(dziewczyna która pracuje na ulicy), w nadziei że przelotny romans pozwoli podbudować jego pewność siebie. Nie spodziewali się że Corbatta się zakocha, że wezmą ślub i zamieszkają razem w Banfield. Tyle że pewnego dnia w 1959 roku Corbatta wrócił do domu, z którego zniknęła nie tylko żona ale i cały majątek. „Nie zostały nawet pająki"- opowiadał. W końcu jednak przezwyciężył swoją nieśmiałość. Titta Mattiussi, legendarny gospodarz hostelu dla klubowej młodzieży opowiadał anegdotę o tym, jak w trakcie pewnego „concentracion” Corbatta przelazł przez płot o 6:00 rano, wracając z jakiejś upojnej nocy. Mattiussi trzykrotnie wsadzał go do wanny z zimną wodą ale i tak słyszał, jak Corbatta mówi do kolegów, żeby do niego nie podawali bo czuje się tak pijany że nie jest pewien, czy utrzyma się na nogach. „Ale kiedy trochę się przespał, grał jak bestia i zdobył dwa gole"- opowiadał Mattiussi. Jak w wielu historyjkach tego typu, nie wszystkie szczegóły muszą się zgadzać ale nawet biorąc na to poprawkę, trzeba uznać że anegdota oddaje ducha tamtych czasów. Nie bez powodu Corbatte nazwano kiedyś " argentyńskim Garrinchą". Jeśli jednak w jego życiu prywatnym panował bałagan, na boisku radził sobie znakomicie, grając z charakterystycznymi dla argentyńskiego Złotego Wieku lekkością i polotem i stąd tak wielka liczba anegdot na jego temat. Przy okazji jednego Clasico, rozgrywanego między Racingiem a Independiente był tak ściśle pilnowany przez Alcidesa Silveire że nie mogąc uwolnić się od swojego opiekuna na murawie, zszedł za linię końcową i schował się na moment za policjantami, oddzielającymi boisko od trybun. W meczu reprezentacji z Urugwajem w 1956 roku do tego stopnia rozwścieczył Pepe Sasie swoimi sztuczkami że napastnik poczekał aż rywal zostanie sfaulowany, po czym przebiegając obok leżącego kopnął go w twarz. Corbatta stracił dwa zęby, których nigdy później nie wstawił.

Słynął także ze skuteczności podczas rzutów karnych a zwłaszcza z tego, jak zmuszał bramkarzy do rzucania się w zły róg. Z 68 jedenastek, które wykonał w trakcie kariery zawodniczej wykorzystał 64. "Podczas karnych wykańczałem ich wszystkich. Podchodziłem bardzo blisko piłki, tak żeby bramkarz nie zdążył zareagować ale nigdy nie stawałem na wprost, tylko trochę z boku. Uderzałem wewnętrzną częścią prawej stopy w środek piłki, zawsze bardzo mocno i miałem zawsze spuszczoną głowę żeby nie wiedział, w którą stronę będę strzelał a sam patrzyłem spode łba, czekając co zrobi. Kiedy się ruszył, już go miałem"- mówił w wywiadzie dla "El Grafico". W 1963 roku Boca kupiło Corbatte za 12 milionów peso, wykorzystane przez Racing na rozbudowę stadionu i unowocześnienie ośrodka treningowego. Alkohol zaczynał już brać nad nim górę. Podczas tournee to Europie klub oddelegował obrońcę Carmello Simeone żeby miał oko na Corbattę. Simeone był pewien że wszystko jest w porządku aż do chwili, gdy zajrzał pod łóżko kolegi i znalazł tam cały stos pustych butelek po piwie. Trudno się dziwić że w barwach Boca rozegrał tylko 18 meczów ligowych a potem przeniósł się do Independiente Medellin, akurat na ostatnie chwile ligi El Dorado. W Kolumbii porzuciła go druga żona, znalazł się na granicy bankructwa a jego uzależnienie od alkoholu jeszcze się pogłębiło. Kiedy w wieku 34 lat wrócił do Argentyny, był już tylko cieniem dawnego Corbatty. Trafił do drugoligowego San Telmo a potem do Italia Unidos i Tiro Federal de Rio Negro w niższych ligach. Kłopoty finansowe i brak perspektyw zawodowych w świecie poza futbolem powodowały że grał jak mógł najdłużej. „W piłce nożnej nie ma przyjaźni, szczególnie gdy ci nie idzie. Wszyscy nagle znikają"- mówił. Wielu powiedziałoby jednak że nie chciał przyjąć pomocy. Kiedy skończyły mu się pieniądze, nocował w knajpie niedaleko „Hospital Fiorito, śpiąc za barem na dwóch połączonych prowizorycznie w szafkach. " Przyjechała po mnie siostra ale nie chciałem wracać do La Platy. Nocami brałem jakąś gazetę, oglądałem obrazki, co pozwalało mi oderwać się od niewesołych myśli i zasnąć. Wydałem wszystko, co miałem. Rozpuściłem pieniądze, nie patrząc komu i na co daję"- podsumował Corbatta. Miał 38 lat, kiedy w końcu przestał grać zawodowo w piłkę i przeniósł się do Benito Juarez, miasteczka położonego na południe od stolicy, gdzie zamieszkał w jakiejś szopie i wychodził czasem na boisko w barwach którejś z dwóch miejscowych drużyn. Sypiając w szatniach na „El Cilindro” i pracując z tamtejszymi drużynami młodzieżowymi. Przejmujący przykład tego, jak piłkarska fortuna kołem się toczy. Zmarł w 1991 roku w wieku 55 lat. Dwa lata później jego imieniem nazwano jedną z ulic prowadzących do stadionu.

Racing został wicemistrzem kraju w 1955 roku i zajął czwarte miejsce w 1956, w obu przypadkach po mistrzostwo sięgnęło River Plate. Maschio był już wtedy prawdziwą gwiazdą i reprezentantem kraju pełną gębą, walecznym rozgrywającym, który nie tylko ciężko pracował na boisku ale i strzelał wiele goli. Mówiło się nawet że lada chwila przejdzie do Juventusu. „W argentyńskim futbolu byłem wówczas najlepszy"- opowiadał. Został w Racingu na jeszcze jeden sezon, jednak po tym, jak na początku 1957 roku na trybunach kolejny raz pojawili się włoscy obserwatorzy, on, Angelio i Sivori zdecydowali że odejdą po Campeonato Sudamericano. Prezes klubu Santiago Saccol w marcu powiedział Maschio że negocjacje są na ukończeniu i że będzie mógł przejść do Bolonii. „Asystent prezesa, który pochodził z Urugwaju, powiedział że mi się spodoba, że miasto było wprawdzie zniszczone w czasie wojny ale ludzie są bardzo przyjacielscy, że są weseli i że faceci gadają tylko o trzech rzeczach: polityce, piłce i kobietach. Kobiety zaś są nieco bardziej pulchne ale naprawdę ładne. Pierwszy rok we Włoszech nie był dla mnie łatwy, tęskniłem za rodziną. Telefony w zasadzie nie działały, na połączenie z Argentyną trzeba było czekać 4 albo 5 godzin. Na szczęście mama pisała do mnie dwa razy w tygodniu: w poniedziałki i piątki"- opowiadał Maschio. Kiedy Maschio wzmocnił Bolonie, Angelillo trafił do Interu a Sivori do Juventusu. Temu pierwszemu nie szło Jednak zbyt łatwo w roli napastnika grającego w duecie ze świetnym Jugosławianinem Bernardem Vukasem i po dwóch sezonach przeniósł się do Atalanty. "Zacząłem tam okres przygotowawczy i musiałem strasznie dużo trenować, przed obiadem i po południu. Myślałem że się wykończę. Po kolacji trener dawał nam wolne i koledzy wychodzili ale ja musiałem iść spać". Była to zapowiedź tego, co czeka argentyńskich piłkarzy na przyszłorocznym mundialu. „Nie byłem zbyt szybki a w dodatku kryli mnie indywidualnie. Więc Ferruccio Valcareggi(ówczesny trener Atalanty) powiedział że aby stać się lepszym piłkarzem muszę zmienić styl. Grałem zbyt blisko bramki, doradził mi więc żebym cofnął się nieco głębiej, dzięki czemu łatwiej mi będzie widzieć ruch innych zawodników. Naprawdę stałem się lepszym piłkarzem. Miałem większą swobodę ruchów. Nie stałem się szybszy ale potrafiłem zgubić krycie, jak potem Riquelme. Wybrali mnie najlepszym piłkarzem w historii"- mówił mMschio. Nie był jedynym aniołem, któremu z początku nie wiodło się za granicą. „Sivori też miał najpierw pod górkę. Tak samo jak ja tęsknił za domem, więc Umberto Agnelli, prezes Juventusu postanowił zrobić mu niespodziankę: zorganizował specjalną kolację, podczas której orkiestra grała tylko tanga a cała knajpa była pełna argentyńczyków"- opowiadał.

Angelillo tymczasem strzelił 33 gole w sezonie 1958/59, co było wówczas rekordem Serie A. Inter zajął jednak tylko trzecie miejsce w lidze a z czasem zaczęto narzekać na nierówną formę byłego piłkarza Racingu. „Angelillo był jak aktor. Kiedy mu się chciało, grał rolę pierwszoplanową, innym razem jednak chował się za kulisami"- wspominał prezydent Interu Angelo Moratti. Styl jego życia, dodajmy, podobnie jak wielu Argentyńczykom tamtego pokolenia nie pozwalał skupić się wyłącznie na futbolu. „Pod koniec pobytu w Interze Angelillo trochę się opuści bo zaczął się spotykać z dziewczyną starszą od niego o 10 lat. Pamiętam że nieraz wspólnie imprezowaliśmy i zacząłem chodzić z jej przyjaciółką. Jeździłem z Bolonii do Bergamo tam i z powrotem"- opowiadał Maschio. Inni wiązali spadek formy Argentyńczyka z romansem ze słynną włoską piosenkarką. Tak czy inaczej jego słabość do kobiet nie mogła się podobać purytańskiemu Helenio Herrerze, który rozpoczął pracę z Interem w 1960 roku. Latem 1961 roku Angelillo odszedł do Romy, gdzie spędził cztery lata a potem grał jeszcze w Milanie, Lecce i Genui. Zakończył karierę piłkarską w 1969 roku a potem pracował jako trener w niższych ligach włoskich i w Maroku, do ojczyzny nie mógł wrócić w związku z nieodbytą służbą wojskową. Kiedy Maschio odzyskał formę w Atalancie, poczuł że zapuszcza korzenie we Włoszech. Zaczął nawet grać w reprezentacji Włoch, jako jeden z trzech aniołów porzuconych przez Argentynę a wciąż szukających okazji do pokazania się w świecie futbolu reprezentacyjnego. Angelillo i Sivori występowali już w eliminacjach do mistrzostw świata w 1962 a gdy przed samym turniejem kontuzję odniósł Boniperti, powołanie otrzymał także Maschio. W pierwszym meczu, zakończonym bezbramkowym remisem z RFN, wprawdzie nie wystąpił ale zagrał w drugim spotkaniu z Chile, w słynnej „Bitwie o Santiago", podczas której dwóch Włochów zostało usuniętych z boiska. „To było naprawdę coś. Złamali mi nos w ciągu pierwszych 20 minut a potem dostałem potężnego kopniaka w kostkę. Wytrzymałem do końca, w zasadzie niezdolny do gry bo wtedy nie można było robić zmian"- wspominał Maschio. Chile wygrało 2:0 i choć Włosi pokonali później Szwajcarów, odpadli z turnieju. Po dwóch udanych sezonach w Atalancie, Maschio został sprzedany w 1962 roku do Interu, prowadzonego wówczas przez znakomitego ale kontrowersyjnego Helenia Herrere, urodzonego skądinąd w Buenos Aires dziecka hiszpańskich rodziców, którzy rychło przenieśli się do Casablanki. Argentyńczyk nie przypadł mu jednak do gustu i choć razem zdobyli mistrzostwo kraju, sprzedał go do Fiorentiny. We Florencji Maschio spędził 3 lata a potem w wieku 33 lat wrócił do kraju i znów zaczął grać w Racingu. Świat, do którego wrócił różnił się już jednak fundamentalnie od tego, który opuszczał. Argentyńskie poczucie piłkarskiej wyższości legło w gruzach po mundialu 1958 roku.

5

Humberto Maschio: ostatni z aniołów(o brudnej twarzy):

@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Sysia11
@Symson

1

@AssisMoreira A no chciałem cie prosić żebyś pisał po Polsku a nie po angielsku!

0

@AssisMoreira Ty się uspokój z tą chińszczyzną!

1

@Lionel_Messi10 Te Brawo Barca to w dużej mierze za 3 punkty bo sam mecz ułożył się szczęśliwie, żeby nie rzec potężnie szczęśliwie...

11

Florentino Pérez FC Barcelony:

José Luis Núñez jest bez wątpienia najważniejszym prezydentem nowoczesnej ery FC Barcelony. Jego biznesowe podejście do piłki nożnej i rozumienie zarządzania najważniejszą katalońską instytucją sportową można porównać do Florentino Péreza z Realu Madryt. Przybył na Camp Nou, gdy klub był technicznie bankrutem, obciążony długiem w wysokości 700 milionów peset (4,2 miliona euro) a odszedł w 2000 roku, przekształcając go w globalny punkt odniesienia. Podczas swojej 22-letniej kadencji deweloper nieruchomości z Barakaldo zmodernizował struktury klubu, poszerzył bazę kibiców, pomnożył kluby kibiców, wybudował La Masię i Miniestadi, powiększył Camp Nou i kupił ziemię w Sant Joan Despí, gdzie teraz stoi Ciutat Esportiva Joan Gamper. Przekształcił Barçę w giganta. Pod tym względem podobieństwa do prezesa Realu Madryt są dość oczywiste. Ale to nie wszystko. Núñez miał świadomość, że aby ożywić finanse klubu, musi pozyskać najlepszych zawodników i w tym celu nie wahał się w 1982 roku wstrząsnąć rynkiem transferowym, podpisując kontrakt z Diego Armando Maradoną. Zapłacił za El Pelusę 1,2 miliarda peset (7,2 miliona euro), co było wówczas kwotą rekordową. Romario, Ronaldo , Figo , Gary Lineker , Simonsen , Hansi Krankl , Quini , Schuster , Alexanko ... to byli inni wielcy zawodnicy, którzy przybyli na Camp Nou podczas jego prezydentury. Był także pionierem w wyciąganiu dywidend z nietypowych źródeł dochodu, zwłaszcza z praw telewizyjnych, i w zawieraniu umów z TV3 w celu pokrycia części kontraktów dotyczących praw do wizerunku zawodników. Zawsze zamykał swoje rachunki z nadwyżką. „ Jestem urodzonym dyrektorem ” – powiedział w swoim luksusowym biurze w Núñez y Navarro, przy ulicy Urgell, kilka dni po wyborze. José Luis Núñez żył intensywnie swoją fandom Barcelony. Jego relacje z Realem Madryt były wybuchowe. Jedną z pierwszych rzeczy, które Núñez zrobił jako prezydent FC Barcelony, była wizyta w kaplicy pogrzebowej Santiago Bernabéu , który zmarł 2 czerwca. W Madrycie Núñez spotkał się z najważniejszymi postaciami Realu Madryt, wśród nich z Luisem de Carlosem, z którym nawiązał osobistą przyjaźń, a ich interakcje ze względu na ich stanowiska — De Carlos zastąpił Bernabéu na stanowisku prezydenta Realu Madryt — rozszerzyły się na ich rodziny. Gest José Luisa Núñeza i uprzejma i serdeczna natura De Carlosa otworzyły nowy rozdział w relacjach Madryt-Barcelona, którego szczytem było zaproszenie De Carlosa przez Núñeza na finał Pucharu Zdobywców Pucharów w Bazylei przeciwko Fortunie Düsseldorf w maju 1979 roku. Prezes Realu Madryt wrócił do Madrytu zachwycony sposobem, w jaki go przyjęto, i świetną zabawą, jaką przeżył w towarzystwie kadry zarządzającej Barcelony. W grudniu jednak, ku zaskoczeniu De Carlosa, Núñez odkurzył stary topór Barcelony i zaatakował Real Madryt oraz ówczesnego prezesa Narodowego Stowarzyszenia Sędziów, José Plazę. Słowa Núñeza tak oburzyły Luisa de Carlosa, że oświadczył, iż nigdy więcej nie postawi stopy w loży prezydenckiej Camp Nou ani nie weźmie udziału w żadnym spotkaniu z udziałem prezesa Núñeza.

Słowna sprzeczka między prezesami dwóch największych klubów Hiszpanii miała miejsce w szczególnie delikatnym momencie dla kraju. Rząd UCD był skrajnie słaby, z rosnącym bezrobociem i inflacją, a nad Adolfo Suárezem wisiało widmo wotum nieufności ze strony PSOE. W tej ponurej sytuacji prezes Generalitat, Josep Tarradellas, na kilka dni przed ligowym meczem Realu Madryt w Barcelonie, podjął decyzję, która zaparła dech w piersiach całej Hiszpanii. Tarradellas zadzwonił do De Carlosa i zapytał, czy nie miałby nic przeciwko spotkaniu z nim i Núñezem w Palau de la Generalitat. „Czy lubisz piłkę nożną?”- zapytał De Carlos. „Mnie to nic” – odpowiedział Tarradellas – „ale nie chcę, żeby relacje między Madrytem a Barceloną zostały nadszarpnięte pod pretekstem piłki nożnej, tworząc atmosferę, której nie chcę, zwłaszcza teraz”. -No cóż, możesz mnie doliczyć, 'prezydencie'. W środę, 6 lutego 1980 roku, Tarradellas wezwał obu prezydentów do Palau de la Generalitat, gdzie pod portretem króla Juana Carlosa w mundurze admirała przypieczętowali pokój uściskiem. Pablo Porta pełnił funkcję notariusza. Był to gest bardziej symboliczny niż rzeczywisty, ponieważ rywalizacja między Realem Madryt a Barceloną zaostrzała się w przyszłości za sprawą Ramóna Mendozy i Lorenza Sanza aż do przybycia Florentino Péreza na Bernabéu. Na kilka minut przed końcowym gwizdkiem De Carlos poinformował Tarradellasa, że zarząd Realu Madryt zgodził się przyznać mu złotą i diamentową odznakę klubu. Núñez, słysząc to, był oszołomiony. „ Nie, nie, nie, nie możesz mu jej dać, bo nie przyniosłem swojej ” – zaprotestował. Tarradellas przechylił głowę, wzruszył ramionami i patrząc na Núñeza sokolim wzrokiem, oświadczył: „ Nie martw się, teraz, wychodząc, pan De Carlos da mi odznakę, a ja powiem, że mam już odznakę Barcelony, żeby nikt nie wypadł źle ”. I tak się stało. Nawiasem mówiąc, Real Madryt wygrał (0:2) tego pamiętnego i historycznego wieczoru dla brytyjskiego piłkarza jamajskiego pochodzenia, Laruie Cunninghama, prawdziwego architekta porażki drużyny Rifé. Finał w Bazylei był punktem zwrotnym w karierze José Luisa Núñeza. Byłem świadkiem przyjęcia drużyny na Plaça de Sant Jaume z balkonu ratusza. Był to największy pokaz fanfar w historii Barcelony i jeden z wielu surrealistycznych momentów, jakich Núñez doświadczył podczas swojej ponad dwudziestoletniej prezydentury. W trakcie uroczystości kibice zaczęli skandować „ Neeskens, Neeskens, Neeskens ”, protestując przeciwko decyzji klubu o zwolnieniu holenderskiego pomocnika w zamian za Allana Simonsena, który zdobył Złotą Piłkę w 1977 roku z Borussią Mönchengladbach. Domagali się nawet jego rezygnacji. I to Tarradellas po raz kolejny musiał uspokoić zapłakanego Núñeza.

Jednak pomimo wzlotów i upadków długiej kadencji José Luisa Núñeza, budowniczy zdołał sprostać hasłu wyborczemu, którego użył w swoich pierwszych wyborach: „ Dla triumfującej Barçy ”. W ciągu dwudziestu dwóch lat pełnienia funkcji prezesa FC Barcelona klub zdobył 140 oficjalnych tytułów w czterech ligach zawodowych, w tym 27 w piłce nożnej, w tym swój pierwszy Puchar Europy. Jednak jego największym sukcesem było zatrudnienie Johana Cruyffa na stanowisku menedżera. Od tamtej pory nic nie było takie samo w FC Barcelona. I ostatnia, ale ważna kwestia. José Luis Núñez zadbał o to, by Barça pozostała wolna od uprzedzeń politycznych i stanowił bastion przeciwko powtarzającym się atakom nacjonalistów, zwłaszcza ze strony Convergència i Unió, mającym na celu przejęcie kontroli nad klubem. Tego popołudnia w swoim biurze na ulicy Urgell powiedział: „Z badań, które przeprowadziłem na członkach, doszedłem do wniosku, że tylko 5 procent członków Barçy angażuje się politycznie, podczas gdy pozostałe 95 procent koncentruje się wyłącznie na sportowych sukcesach Barçy. Polityka partyjna nie powinna być partyjna w Barcelonie ... Jestem prezydentem, który zawsze szanował poglądy polityczne wszystkich kibiców Barçy”. José Luis Núñez urodził się w Barakaldo (Vizcaya) 7 września 1931 roku i zmarł w Barcelonie 3 grudnia 2018 roku.

@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360

1

@Bernard777 A widzisz! Zgadza się! To Dariusz Koseła a nie Mariusz! Masz racje, to ewidentny błąd książkowy. Bardzo super fajnie że to dostrzegłeś bo akurat ja Ekstraklasy w latach 90-tych to w zasadzie nie śledziłem...

0

To z pewnością będzie bardzo trudny mecz z bardzo wymagającym przeciwnikiem. Nie wiem czy Villareal zagrał pucharowy pojedynek z Racingiem Santander w najsilniejszym składzie ale z pewnością do pojedynku z "naszą" Barcunia podejdzie o wiele bardziej zmotywowany niż na Copa del Rey. Krótko mówiąc bardzo ostrzegam przed huraoptymizmem i wcale się nie zdziwie jesli nawet przegramy...

9

Legendy rodzimego futbolu:

21 grudnia 1971 r. urodził się Tomasz Wieszczycki, pomocnik i obrońca. Jeden z najbardziej bramkostrzelnych pomocników w historii Ekstraklasy. Z ogromnym dystansem dziś nazywa siebie członkiem ,,Klubu 99”, podkreślając że zabrakło mu zaledwie jednego gola do Klubu 100. Sympatyczny zawodnik nie odżegnuje się od tej niewielkiej zadry w sercu. Niewielkiej, gdyż inne osiągnięcia z pewnością pomagają mu na co dzień zapomnieć o tym drobnym braku. Zresztą to nie jedyny przypadek w jego karierze, gdy odmawiano mu wstępu do elitarnego grona. ,,Wieszczu” był członkiem kadry Janusza Wójcika podczas Igrzysk Olimpijskich w 1992 r. Ostatecznie jednak selekcjoner trzymał go na ławce rezerwowych. Dlatego też czasami podawano w wątpliwość jego udział w zdobyciu wicemistrzostwa olimpijskiego, podobnie jak u Mariusza Koseły czy Arkadiusza Onyszki. Międzynarodowy Komitet Olimpijski przeciął jednak wszelkie spekulacje. Wieszczycki figuruje na liści polskich medalistów igrzysk a jego medal zawieszono w Centrum Olimpijkski na specjalnej ściance. W Ekstraklasie zadebiutował niemal pół roku przed 17-tymi urodzinami. W dodatku jako zawodnik podstawowego składu, co czyni z niego jednego z najmłodszych debiutantów pod tym względem. Już tydzień później miał na koncie premierowego gola. Jego licznik wieku wskazywał wtedy 16 lat, 7 miesięcy i 16 dni! Później przez prawie półtorej dekady(z dwuletnią przerwą na pobyty we Francji i Grecji) był już stałym elementem rozgrywek na najwyższym szczeblu w Polsce. Uzbierał przez ten czas aż 363 mecze. Kiedy kończył karierę ustępował pod względem liczby występów w Ekstraklasie zaledwie ośmiu piłkarzom. Dziś jest na 23 pozycji ex aequo z Jackiem Zielińskim ale goni ich Maciej Sadlok(na te chwile 357). Był trzecim najmłodszym w historii członkiem Klubu 300. Wyprzedzili go tylko Kapka i Janik. Z Szołtysikiem, Kmiecikiem, Ćmikiewiczem, Deyną, Maszczykiem, Bajorem i Gęsiorem tworzy grono jedynych zawodników z taką liczbą występów w Ekstraklasie i jednocześnie medalem olimpijskim na koncie. Tylko on, Bajor i Gęsior z tego towarzystwa występowali jeszcze w XXI wieku. Wieszczycki 2 razy zdobył mistrzostwo Polski. Raz z ŁKS, co dla niego jako wychowanka tej drużyny było szczególnym przeżyciem, a za drugim podejściem z Polonią Warszawa. Tak się jakoś złożyło że w obu swych zwycięskich sezonach pojawiał się w składach klubów dopiero po przerwie zimowej. W rundach wiosennych stanowił jednak zdecydowanie ważne ogniwo tych drużyn. Był jednym z głównych bohaterów fety po zdobyciu mistrzostwa przez Polonie Warszawa. Właściciel klubu Janusz Romanowski zaprosił na ceremonie bijący wtedy rekordy popularności zespół Ich Troje. Jego lider podstawił mikrofon Wieszczyckiemu i razem zaśpiewali refren piosenki ,,A wszystko to, bo ciebie kocham…”.

Ponadto może pochwalić się Pucharem Polski, Pucharem Ligi i Superpucharem. Należy do nielicznego grona piłkarzy, którzy te poczwórną korone wywalczyli z jednym klubem. Na podium mistrzostw Polski gościł wspólnie też z Legią i Dyskobolią Grodzisk Wielkopolski. Z obydwoma tymi klubami zdobył wicemistrzostwo kraju. Ponadto z Wojskowymi awansował do ćwierćfinału Ligi Mistrzów. Z Dyskobolią dane było mu zaś przeżyć słynną batalie w Pucharze UEFA, gdy niewielki klub wyeliminował Manchester City oraz Herte Berlin i zakończył zmagania na 1/16 finału. W lidze strzelił 99 goli, co często przywoływane jest w żartach. On sam nawet przypomina sytuacje z czasów gry w Dyskobolii, która mogła mu dać upragnioną ,,setke”. Z drugiej strony podkreśla fakt bycia jednym z najbardziej bramkostrzelnych pomocników. W reprezentacji Polski wystąpił 11 razy i strzelił 3 gole, w tym jednego w debiucie przeciwko Arabii Saudyjskiej. Pokonał też golkipera Słowaków w eliminacjach EURO 1996. Po zakończeniu piłkarskiej kariery bardzo krótko bo zaledwie jeden mecz prowadził ŁKS w Ekstraklasie. Obecnie najbardziej znany jako komentator Ekstraklasy w Canal+.

@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

10

Pewne 3 punkty na Camp Nou:

21 grudnia 2019 r. Duma Katalonii pokonała Deportivo Alaves 4:1 w 18-tej kolejce Primera Division. Po bezbarwnym meczu z Realem Madryt, do potyczki z Deportivo Alaves FC Barcelona przystąpiła na dużym luzie. Od pierwszego gwizdka sędziego widać było, że gole dla gospodarzy są kwestią minut. Kibice obecni na Camp Nou na premierowe trafienie czekać musieli niespełna kwadrans. Wówczas Luis Suarez wycofał w polu karnym piłkę do Antoine Griezmanna. Francuz precyzyjnym strzałem przy słupku pokonał Fernando Pacheco. Cztery minuty wcześniej do siatki trafił Lionel Messi, uczynił to jednak ze spalonego. Prowadząc miejscowi wciąż atakowali. Gospodarzom brakowało w sobotę skuteczności. Przyjezdni zagrozili miejscowym tylko raz. Z pola karnego niecelnie uderzył Wakaso Mubarak. Mistrzowie Hiszpanii wynik podwyższyć powinni w 39. minucie. Z ostrego kąta przymierzył Messi, pomylił się nieznacznie. Chwilę przed przerwą FC Barcelona w końcu trafiła. Suarez zagrał w polu karnym na prawo do Arturo Vidala, a ten mocnym strzałem umieścił piłkę w bramce. Druga połowa, podobnie jak pierwsza, rozpoczęła się od nieuznanego gola dla gospodarzy. Do siatki trafił Griezmann. W 56. minucie goście złapali kontakt bramkowy. Z lewej strony dośrodkował Ruben Duarte, a wchodzący z drugiej linii Pere Pons głową wpakował piłkę do bramki. Chwilę minut później mógł być remis. Ter Stegen wybiegł przed pole karne, ale źle wybił piłkę. Bramkarz uratował zespół, wybijając futbolówkę, która toczyła się w kierunku bramki. Z kolei w 66. minucie tuż obok słupka po rzucie rożnym uderzył Duarte. Futbolówka otarła się o słupek bramki Blaugrany. Zdobyty gol dodał pewności gościom. FC Barcelona po przerwie grała dużo słabiej. Gospodarze w składzie mieli jednak Messiego. Argentyńczyk nie grał dobrego meczu ale swoje zrobił. W 69. minucie pięknie uderzył lewą nogą sprzed pola karnego. Piłka wpadła do bramki a goście stracili nadzieje na sprawienie niespodzianki. Wynik gry ustalił kwadrans przed końcem Luis Suarez. Po strzale głową Urugwajczyka ręką zagrał Martin Aguirregabiria. Po analizie VAR arbiter wskazał na rzut karny, który pewnie wykorzystał napastnik gospodarzy.

@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

11

Van Gaal w język nigdy się nie gryzł:

21 grudnia 2001 r. Luis van Gaal został uratowany przed zwolnieniem. Drugi etap pracy van Gaala w Barcelonie od początku nie układał się pomyślnie. Tuż przed Świętami Bożego Narodzenia FC Barcelona jechała na Majorke z nożem na gardle, znajdując się w drugiej połowie tabeli. Strata punktów oznaczała pożegnanie się z van Gaalem i gorączkowe poszukiwanie trenera w okresie świątecznym. Holender próbował się bronić: ,,Mam charakter i charyzmę żeby popchnąć drużynę do przodu. Kibice nas wspierają, czego nie było podczas mojego pierwszego pobytu w Barcelonie. Wiedziałem że nie był to dobry pomysł aby wracać, lecz miałem wiele pomysłów i jestem ambitny. Pozostało jeszcze sporo meczów do końca a w Lidze Mistrzów idzie nam świetnie”- próbował ratować sytuacje van Gaal. Sytuacja w La Liga była tragiczna, natomiast w Lidze Mistrzów Blaugrana rzeczywiście odniosła 8 zwycięstw z rzędu i jedynie ten fakt ratował szkoleniowca przed zwolnieniem. Mecz na Majorce zapowiadał się niezwykle ciężko, ponieważ w ataku gospodarzy brylowali wówczas Samuel Eto’o i Walter Pandiani. Van Gaal postawił wszystko na jedną karte i wobec absencji Riquelme postawił na młodziutkiego Iniestę, który zaledwie 2 miesiące wcześniej debiutował w Lidze Mistrzów, gdy Barça zapewniła już sobie awans do kolejnej fazy. Na Baleary udał się nawet kontuzjowany Puyol aby podnieść morale ekipy. Duma Katalonii wbrew oczekiwaniom wygrała pewnie 0:4 ale na wynik spotkania miały wpływ dwie czerwone kartki dla gospodarzy w pierwszych 30 minutach gry. Kluivert zaliczył hattricka w niecałe pół godziny, natomiast graczem meczu poza Holendrem był Iniesta. Van Gaal komplementował młodziutkiego Hiszpana w ten sposób: ,,Po debiucie z Brugią byłem z niego bardzo zadowolony, niestety potem doznał kontuzji. Uznałem że teraz nadszedł jego czas. Z Riquelme entuzjazm drużyny był dużo niższy”. Holenderski trener uratował stanowisko, choć nie na długo, o czym postaram się wspomnieć w styczniu przyszłego roku.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

7

Nie znam języka angielskiego ale jeśli się nie myle to znalazłem strone internetową z 14-stoma piłkarzami, którzy zdobyli największą ilość hattricków w dziejach futbolu. Oto ta strona: https://topsoccerblog.com/football-players-with-most-hattricks/
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

2

@FcPortoFan1999 Wówczas tak sie tej organizacji nie traktowało jak dzisiaj tak więc.......

9

Narodziny PZPN:

Na zjeździe założycielskim odbywającym się w Warszawie w dniach 20–21 grudnia 1919 r. powstał Polski Związek Piłki Nożnej, największy oraz jeden z najstarszych polskich związków sportowych. „Przed samymi świętami, bo w dniach 20 i 21 bm. odbył się w Warszawie zjazd towarzystw sportowych wszystkich ziem polskich, na którym ukonstytuowano P.Z.P.N” – czytamy w jednym z grudniowych wydań „Ilustrowanego Kuriera Codziennego” w 1919 r. W Warszawie, w budynku przy ul. Oboźnej 1 (lub 3), który dzisiaj już nie istnieje, spotkali się działacze 31 stowarzyszeń i klubów piłkarskich. Miejsce spotkania jednak nie każdemu odpowiadało. W relacji „Ilustrowanego Kuriera Codziennego” można znaleźć informację mówiącą o „pewnych niedomaganiach”. Jak dowiadujemy się z dalszej części notatki, „zjazd rozpoczął się z pewnymi niedomaganiami, bo najpierw lokal nań przeznaczony był zajęty, a gospodarze warszawscy bardzo niepunktualni; to ogromnie nie podobało się gościom z Małopolski i Poznania, przyzwyczajonym nie tylko do punktualności, ale i do uszanowania zarządzeń przez zjazd powziętych”. Podczas zjazdu założycielskiego udało się jednak opracować i zatwierdzić statut stowarzyszenia, którego twórcami byli Józef Lustgarten, Jan Polakiewicz i Jan Weyssenhoff. Regulamin określał powstanie okręgowych związków piłki nożnej – Górnośląskiego, Krakowskiego, Lubelskiego, Lwowskiego, Łódzkiego, Pomorskiego, Toruńskiego, Warszawskiego oraz Wileńskiego – które dzieliły sekcje na klasy ABC. Rywalizować w mistrzostwach Polski mógł dopiero mistrz klasy A. Pierwszą siedzibą PZPN był Kraków. Na pierwszego prezesa Polskiego Związku Piłki Nożnej wybrano Edwarda Wiktora Cetnarowskiego, lekarza i działacza klubowego Cracovii. W 1921 r. Cetnarowski należał do współzałożycieli ukazującego się do dziś „Przeglądu Sportowego”.

W 1923 r. PZPN został oficjalnie przyjęty w poczet członków FIFA (Międzynarodowa Federacja Związków Piłkarskich), co zaowocowało tym, że już w następnym roku biało-czerwoni wystąpili na igrzyskach olimpijskich w Paryżu. Chociaż występ nie był udany, to wraz z końcem roku w PZPN zarejestrowano już 510 klubów, 17 tys. zawodników i 200 sędziów. W ciągu zaledwie trzech lat liczba grających profesjonalnie w futbol zwiększyła się ponad siedmiokrotnie. W 1925 r. powstało Polskie Kolegium Sędziów Piłki Nożnej, a rok później odbył się pierwszy finał Pucharu Polski. Trofeum zdobyła Wisła Kraków, która pokonała 2:1 Spartę Lwów. W grudniu 1926 r. zorganizowano w Warszawie pierwszą konferencję porozumiewawczą w celu utworzenia ligi. Zwolennikami ligi była większość czołowych klubów, jednak przeciwnikami takiego rozwiązania byli PZPN oraz organizacje regionalne. Podczas zwołanego w lutym 1927 r. w Warszawie Walnego Zgromadzenia Sprawozdawczego PZPN kluby i PZPN nie doszły do porozumienia. Wówczas nastąpił rozłam – 14 najlepszych klubów utworzyło ligę. Jedynie Cracovia, której prezesem był prezes PZPN Edward Cetnarowski, pozostała wierna związkowi. Pierwszy mecz ligowy odbył się 2 kwietnia 1927 r. w Warszawie. Wówczas Warszawianka pokonała Legię 4:1. Ligową rywalizację wygrała krakowska Wisła. Niebawem po rozgrywkach do ligi dołączyła Cracovia. Zwołane na 18 grudnia 1927 r. Nadzwyczajne Zgromadzenie PZPN usankcjonowało ostatecznie rozgrywki ligowe. Od 1928 r., kiedy funkcję prezesa zaczął pełnić gen. Władysław Bończa-Ujazdowski, siedzibą Polskiego Związku Piłki Nożnej była Warszawa. W 1934 r. polska reprezentacja zadebiutowała w eliminacjach mistrzostw świata, a cztery lata później, po raz pierwszy w historii, zakwalifikowała się do finałów tych zawodów. We Francji biało-czerwoni przegrali już w pierwszym meczu z Brazylią 5:6. Bohaterem spotkania okazał się jednak Ernest Wilamowski – zdobywca czterech goli. W 1937 r. prezesem związku został płk Kazimierz Glabisz, który tę funkcję pełnił do wybuchu II wojny światowej. Polska piłka nożna rozwijała się przez cały okres dwudziestolecia międzywojennego. W ok. 900 klubach znajdujących się w strukturach PZPN w 1939 r. było zarejestrowanych niemalże 120 tys. zawodników. W międzywojniu polska reprezentacja rozegrała 86 oficjalnych meczów międzypaństwowych – 26 z nich zakończyło się zwycięstwem a 15 remisem. W czasie okupacji Niemcy zakazali Polakom uprawiania sportu, jednak w piłkę nożną grano w konspiracji, a w Warszawie, Krakowie, Łodzi, Poznaniu, Radomiu i wielu innych miastach odbywały się regularne mecze. Po zakończeniu II wojny, 29 czerwca 1945 r., reaktywowano w Krakowie Polski Związek Piłki Nożnej. Na pierwszego powojennego prezesa wybrano Tadeusza Kuchara.

@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360

12

Trzecie trofeum do kolekcji:

Dokładnie 10 lat temu FC Barcelona pokonuje w finale na ,,International Stadium” w Yokohama City, CA River Plate 3:0 i sięga po swoje trzecie Klubowe Mistrzostwo Świata. FC Barcelona nie dała River Plate najmniejszych szans w finale Klubowych Mistrzostw Świata. Gole strzelali Leo Messi i Luis Suarez(2). W ostatnim ważnym egzaminie w tym roku piłkarze Barçy nie zawiedli. Duma Katalonii bez najmniejszych problemów pokonała River Plate w finale Klubowych Mistrzostw Świata, sięgnęła po piąte trofeum i potwierdziła miano najlepszej drużyny na świecie w ostatnich dwunastu miesiącach. Mecz został rozstrzygnięty po pięćdziesięciu minutach. Po niezłym początku ze strony River Plate z każdą kolejną minutą Barça przejmowała inicjatywę a drogę do siatki znalazł Leo Messi. Ten gol zapewnił Argentyńczykowi kolejne miejsce na kartach historii futbolu. 28–latek został dopiero drugim (po Samuelu Eto'o w 2010 roku) piłkarzem w historii, który na przestrzeni jednego roku kalendarzowego strzelał gole w siedmiu różnych rozgrywkach – w La Liga, Pucharze Króla, Lidze Mistrzów, Klubowych Mistrzostwach Świata, Superpucharach Hiszpanii i Europy, a także na Copa America. Barcelona rozstrzygnęła losy spotkania w pierwszym kwadransie drugiej połowy, który był prawdziwym koncertem zespołu Luisa Enrique. Luis Suarez szybko strzelił gola na 2:0, a potem w ciągu dziesięciu minut Barça mogła zdobyć przynajmniej cztery bramki. Po upływie niecałej godziny po raz drugi trafił Suarez i było po meczu. Na japońskich boiskach Urugwajczyk czuł się niczym ryba w wodzie. Snajper Barçy potrzebował zaledwie dwóch meczów na strzelenie pięciu goli i zostanie (wspólnie z Messim i Cesarem Delgado) najlepszym strzelcem w historii rozgrywek. ,,Cieszę się każdym dniem spędzanym w tej drużynie, każdą sekundą spędzoną u boku Iniesty, Messiego czy Neymara. Jestem niesamowicie szczęśliwy”– powiedział Suarez po zakończeniu spotkania. Ogromne wrażenie muszą robić liczby Leo Messiego. 28–letni Argentyńczyk zdobył w Jokohamie 26. trofeum w klubowej karierze i (wraz z Andresem Iniestą) pobił rekord Xaviego pod względem liczby trofeów w historii Barcelony. ,,Leo jest po prostu niesamowity. Nikt nie ma takiego głodu trofeów jak on”– przyznał Luis Enrique. Snajper Barçy nigdy nie rozczarowywał w finałach i w starciu z River Plate także nie miał zamiaru tego robić. Włączając tamte starcie, Messi wystąpił w karierze w 26. finałach i strzelił w nich aż 24 gole! ,,Ronaldinho przywrócił uśmiech na nasze usta, ale w osobie Messiego mamy najlepszego piłkarza w historii”– ocenił prezes Blaugrany, Josep Maria Bartomeu. Duma Katalonii rozegrała w niedzielę prawdziwy koncert, niejednokrotnie nie pozwalała rywalowi na wyjście z własnej połowy, i kończy rok 2015 w wielkiej formie. Przed nią jeszcze jeden rekord do pobicia. Jeśli piłkarze Luisa Enrique strzelą przynajmniej trzy gole w meczu z Betisem Sewilla, pobiją rekord Realu Madryt sprzed 12 miesięcy dotyczący liczby goli w roku kalendarzowym. Po spotkaniu z River Plate Katalończycy mieli na swoim koncie 176 trafień, co już jest rekordem klubu. ,,O Betisie pomyślimy niedługo. Teraz czas na powrót do Barcelony i... niech trwa fiesta!”– powiedział z uśmiechem Luis Enrique.

Gole: Messi (36'), Luis Suarez (49', 68') Składy:

FC BARCELONA: Claudio Bravo – Dani Alves, Gerard Pique, Javier Mascherano (81’ Vermaelen), Gerard Pique, Jordi Alba – Sergio Busquets, Ivan Rakitič (67’ Sergi Roberto), Andres Iniesta – Leo Messi, Luis Suarez, Neymar (89’ Mathieu)

RIVER PLATE: Marcelo Barovero – Gabriel Mercado, Eder Alvarez Balanta, Jonatan Maidana, Leonel Vangioni – Matias Kranevitter, Carlos Andres Sanchez, Leonardo Ponzio (46’ Lucho Gonzalez), Tabare Viudez (56’ Sebastian Driussi) – Rodrigo Mora (46’ Gonzalo Martinez), Lucas Alario

@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Safrani
@Sysia11

12

Rekord ,,La Pulgi”:

20 grudnia 2014 r. Lionel Messi bije klubowy rekord genialnego napastnika Paulino Alcantary, wynoszący 395 goli, strzelając swojego 396 gola dla Dumy Katalonii. Ma to miejsce w meczu 16 kolejki Primera Division z Cordobą CF na Camp Nou. Najpierw w 81 minucie Messi wyrównuje rekord Alcantary a po 10 minutach bije ten rekord ustalając wynik meczu na 5:0.

@Sysia11
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360

0

@Ogorinho1974 Aaa no to wszystko wyjaśnia... Dzięki za informacje.

11

Grande Espectacolo El Clasico:

20 grudnia 1981 r. FC Barcelona pokonuje na Camp Nou Real Madryt 3:1 w ramach 16 kolejki Primera Division. Gole zdobywają: Alexanco w 7 minucie, Quini w 53 minucie oraz w 60-tej z rzutu karnego. Honorowe trafienie dla Królewskich zaliczył Juanito w 49 minucie. To zwycięstwo pozwoliło umocnić się na pierwszym miejscu w tabeli z dwupunktową przewaga nad Realem Sociedad oraz pięciopunktową nad Realem Madryt.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

9

@FCBparasiempre
19 grudnia 1965 r. Racing Club – Gymnasia y Esgrima La Plata.

Wejdź Julian, napijesz się czegoś? Ach przyniosłeś matę, nie ma to jak własna mata.... Siadaj, czuj się jak u siebie, zostaw tam rzeczy... Wiesz co? Wczoraj dużo o tobie myślałem bo rozmawiałem z sąsiadami o Roberto w związku z czerwcową uroczystością i upamiętnieniem 40 rocznicy jego zniknięcia... To już 40 lat, jak ten czas leci... Pokazali mi tabliczkę, którą umieszczę przed domem rodziców, gdzie się wychowywał a tekst brzmiał jak krótki makabryczny wiersz ale mojemu bratu bardzo by się spodobał, ponieważ tak samo jak jego utwory wskazuje w innych. Posłuchaj: „Tutaj mieszkał Roberto Jorge Santoro / aktywista polityczny / zatrzymany zniknięty / przez rządowy terroryzm", poniżej data: 1 czerwca 1977 roku a na końcu: „Pamięć i Sprawiedliwość...". O to samo chodzi w twojej książce, prawda? Przywrócenie pamięci i oddanie sprawiedliwości 30 tysiącom znikniętym, którzy nigdy jej nie doczekali bo chociaż ty piszesz w książce tylko o 11, w rzeczywistości mówisz o wszystkich, dlatego tak bardzo podobał mi się pomysł na „Znikniętych kibiców Racingu"... Co takiego? Prezent? Dla mnie? Och! Egzemplarz książki! Nie mów że już trafiła do sprzedaży... Ach! Widzisz, pamiętałam że to 17 maja, tak... Później wpiszesz mi dedykację, dobrze? Denerwujesz się? To tak jak poród, powiadasz... Pozwól że się z tobą nie zgodzę. Wiesz że dla nas, kobiet wszystko jest znacznie trudniejsze niż dla was, ten świat jest urządzony przez i dla mężczyzn; ale bycie matką to najpiękniejsze, co może przytrafić się kobiecie, wy nigdy się nie dowiecie, co się czuje, nosząc dziecko pod sercem... Chociaż bycie matką może się też okazać bardzo ciężkie, widziałam moją mamę opłakującą znikniętego syna a to rozrywa od środka, dla matki nie ma nic gorszego, tym bardziej gdy to pierworodny. Mamę i brata łączyła wyjątkowa więź, ja byłam córeczką tatusia a Roberto był jej oczkiem w głowie... Pelado, tak go nazywali, nasz kochany Tolo... Bez wątpienia spodobałaby mu się twoja książka, Julian, przypomniałby sobie, jak został kibicem Racingu za sprawą taty i wujka... Już na długo przed tym, jak nazwano go trockistowskim poetą, tata nauczył go kochać błękitno-białe barwy Racingu a kiedy Totito był mały, mówił mu że na całym świecie nikt nie gra lepiej niż Norberto Mendez, pamiętasz go Julian? Ty na pewno nie jesteś takim fanatykiem jak oni... Mój Totito wierzył że ten "insider" był najlepszym piłkarzem świata i że występował w Racingu. Jak niby miał nie zostać fanatykiem? Uwielbiał grać na bruku przy skrzyżowaniu Fraga i Olleros, tuż obok, gdzie teraz będzie miał swoją tabliczkę, był dobrym zawodnikiem i wiele razy zdobywał mistrzostwo ze szkolną drużyną, w mieszkaniu mieliśmy pełno trofeów... A jak on krzyczał na piłkarzy, kiedy oglądał Racing w telewizji: „Atakujcie skrzydłem! Bliżej w obronie! Z pierwszej!". Słyszałam to z kuchni, kiedy pomagałam mamusi przygotowywać „milanesas” na kolację, Roberto i tata nie opuszczali ani jednego meczu... Nie mieliśmy wielkich luksusów, mama od najmłodszych lat nam powtarzała: „My, biedacy nie możemy sobie pozwolić na zbędne luksusy, musimy wiedzieć, co jest najważniejsze, rozumiecie?". Rodzinę, zbiorowość, drużyna, my. Roberto natychmiast to pojął, był bardzo inteligentny, chociaż dni spędzał na ulicy, w pizzeriach, barach, na boiskach albo w garażach i tam właśnie słuchał historii ludzi z dzielnicy o tym że nie starczało do pierwszego, o bezrobociu, nędzy, głodzie... Książki pojawiły się w wieku nastoletnim, wiersze pisane po nocach, o tym na pewno dużo opowiadał ci Martin Campos, wielki przyjaciel i kolega z magazynu „El Barrilete", którego tak bardzo kochali... Martin zawsze opowiadał że jeden jedyny raz poszedł na „Cilindro” i było to właśnie z Robertem, wszyscy razem chodzili na stadion a później świętowali... Roberto traktował futbol jak życie, wiedział że trzeba nieźle zasuwać, żeby coś osiągnąć, pracował jako „delivery” w markecie, kiedy usługa „delivery” jeszcze nie istniała, albo pilnował samochodów ludzi, to że szli na cmentarz odwiedzać groby bliskich, otwierał im drzwi i prosił o monetę.

Nazywano go „Pizzita” bo za uzbierane napiwki zawsze kupował porcję mozzarelli... Sam dobrze wiesz że pracował ponad 12 godzin dziennie, szukając tekstów do magazynu „Literatura De la pelota", co by mi dniami przesiadywał w księgarniach i bibliotekach, szperał w archiwach, przeglądał książki telefoniczne w poszukiwaniu kontaktów a później chodził po wszystkich trybunach, żeby notować przyśpiewki kibiców, hymny, poezję "fobalu", jak mawiał... Istne szaleństwo, tak jak wiele innych, które uczyniły z niego kogoś genialnego, prawda? Zauważ że nazywano go „bibliotekarzem świata" bo pudełka po butach miał pełne wycinków z gazet a do tego niesamowitą kolekcję tygodnika "El Grafico" ale z książką było inaczej, homerycznie... Wydał ją własnym sumptem żeby ciąć koszty i dopieszczał tak jak ty swoją... Wciąż pamiętam, jak prosił staruszki o zaliczkę na targu, gdzie pracował jako sprzedawca warzyw: „Pani mi teraz zapłaci a ja obiecuję egzemplarz z autografem autora", i w ten sposób zebrał pieniądze... Podczas prezentacji książki powiedział przybyłym że jest ogromnie szczęśliwy ale że byłby wdzięczny, gdyby kupili po egzemplarzu aby mógł zapłacić drukarzowi, który ścigał go po całym stadionie... Żył tak, jak grał, bez strategii ani taktyki... To właśnie znaczyło dla Roberta bycie poetą - potrzeba opowiedzenia o tym, co nie pozwala ci żyć. Poeta bez potrzeby nie był poetą, dlatego jego estetyka była jego etyką i mocno walczył żeby przybliżyć kulturę takim dzielnicom jak nasza... Zwłaszcza wtedy, gdy powierzyłam mu funkcję wychowawcy w szkole technicznej i organizował recitale i koncerty, wystawy malarskie... I futbol, rzecz jasna, futbol był tożsamością, którą Roberto miał zawsze wytatuowaną na skórze od najmłodszych lat i chciał by miała ją także jego córka Paula, która zrządzeniem losu przyszła na świat w najlepszym sezonie Racingu, kiedy ten wygrał Copa Libertadores i Puchar Interkontynentalny pokonując Celtic. Widzisz? Paulita nie przyniosła pod pachą bochenka chleba, tylko trofea a Dolores, jej matka, żona Roberto zawsze opowiada że kiedy Chango strzelił na „Centenario” zwycięskiego gola, dzięki któremu zostali klubowymi mistrzami świata, Roberto dar się tak, że obudził małą... W czasie dyktatury na trybunach „Cylindro” spotykał się z przyjaciółmi i krewnymi, tam unikali kontroli wojskowych ale moją ulubioną anegdotą, która według mnie najlepiej pokazuje, jak mój brat żył futbolem, jest ta z meczu przeciwko Gimnasii Y Esgrimie La Plata... Zauważ że Roberto ożenił się z Dolores 16 grudnia 1965 roku i w środku miesiąca miodowego w mieście Jose C. Paz, zaledwie 3 dni po ślubie, założył koszulkę Racingu, pożegnał się ze świeżo poślubioną żoną i pojechał na „Cylindro”, żeby obejrzeć zwycięstwo swojej drużyny 3:1... To była ostatnia kolejka sezonu i nie mógł jej opuścić, musiał być na trybunach. Tego wieczoru tak się cieszył z goli Pentrellego, Cardenasa i Martinolego że stracił głos, chociaż w rozgrywkach zajęli 8 miejsce... Ale ty, Julian, wiesz co chcę przez to powiedzieć, prawda? Ty też jesteś kibicem Racingu, klubu Gardela i Perona i naszego kochanego Roberta Jorge Santoro... A teraz już tak, możesz podpisać mi książkę... Czekaj, czekaj chwilę, przyniosę ci pióro.

Miguel Angel Ortiz.

3

@Safrani Na ogół zawsze są ciężkie początki...

9

Altruizm:

Na początku 1902 roku miesięczny dochód FC Barcelony wynosił niewiele ponad sto peset. Tyle właśnie było członków, z których każdy wpłacał składkę w wysokości jednej pesety od osoby. Problemy finansowe klubu łagodziły osobiste wpłaty jego bardziej hojnych członków, którzy często pozostawali anonimowi. Każdy dawał, co mógł, i nierzadko można było znaleźć kostkę mydła w szatniach na boisku „Carretera de Horta”, zostawioną przez nieznanego dobroczyńcę na rzecz higieny drużyny. W innym przykładzie tej altruistycznej ery, Ernest Witty, zawodnik i współwłaściciel firmy zajmującej się sprzętem sportowym w Barcelonie, skromnie wspominał, że całkowita wartość piłek nożnych, które podarował klubowi, mogłaby wystarczyć na zakup samochodu. Nie było potrzeby dokładnych obliczeń; bezinteresownie poświęcili się sprawie, którą kochali.

@Adran360
@AxelF
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

2

@Safrani No prosze! Dzięki śliczne za info :)

9

@FCBparasiempre
Dokładnie 70 lat temu w Łodzi urodził się Marek Dziuba, obrońca. ,,Przegnałem stare upiory. Nikt mi nie powie że nie umiałem powstrzymać towarzyszy ze wschodu.”- opowiada nam pan Marek, który po dwóch meczach ze Związkiem Radzieckim dwa razy mógł płakać. Najpierw ze złości a potem ze szczęścia. W czasach PRL hasło ,,Związek Radziecki” działało na emocje każdego Polaka. Na szeroko rozumiany dyktat Wielkiego Brata można było reagować wymuszoną albo akceptowalną uległością. Można się było też na niego nie godzić i przynajmniej w swoim małym, prywatnym światku oburzać i protestować. Obojętność raczej nie wchodziła w gre… Tak się złożyło iż Marek Dziuba ze Związkiem Radzieckim miał też do wyrównania osobiste piłkarskie porachunki. W 1977 r. Polaków czekały decydujące mecze w kwalifikacjach do argentyńskiego mundialu. Prowadzili w grupie ale nie mogli otwierać szampana bo czekały ich jeszcze domowe mecze z Danią i Portugalią. Trzeba było uważać zwłaszcza na tą ostatnią ekipe bo deptała im po piętach. Przegrała z Biało-Czerwonymi u siebie ale w innych meczach zbierała komplety punktów, co oznaczało że porażka Polski na Stadionie Śląskim albo wcześniejsze potknięcie z Danią może pozbawić nas awansu. Próbą generalną przed jesienną batalią był mecz towarzyski z ZSRR w Wołgogradzie. Towarzyski tylko z nazwy. W gruncie rzeczy wszyscy dobrze wiedzieli że nasi pojechali na piłkarską wojne. To był jeden z tych niezwykłych momentów, kiedy futbol staje się jedynie pretekstem do rozumienia i przeżywania współczesnego świata. Chodziło o kwestie uświadomienia sobie pewnych znaczeń: Polska grała z reprezentacją kraju, którego nazwa półtora roku wcześniej znalazła się w Konstytucji PRL. Sejm PRL uchwalił zapis nie tylko o przewodniej roli PZPR ale też przyjaźni z ZSRR. Nikt obywateli o zdanie nie pytał, oczywiście żadnego referendum nie było. To musiało irytować normalnych ludzi, którym władza śmiała się prosto w oczy. Mecz ze Sborną nabierał nowego wymiaru i urastał do rangi ważnego wydarzenia społecznego. Przynajmniej na tym polu mogliśmy się postawić sowieckiemu imperium.

Dziuba w drużynie Gmocha nie był nowicjuszem, miał już 7 występów. Selekcjoner szukał optymalnego składu formacji defensywnej ale póki co znacząco różnił się od tego, co wcześniej wymyślił i z powodzeniem stosował trener Kazimierz Górski. Brakowało więc nie tylko bramkarza Jana Tomaszewskiego, który wówczas przynajmniej siedział na ławce ale też Szymanowskiego, Gorgonia i już bezpowrotnie skreślonego Musiała. Do składu wchodzili inni. W Wołgogradzie między słupkami stanął Zygmunt Kukla a w obronie obok mundialowego medalisty Władysława Żmudy znalazło się miejsce dla Henryka Wieczorka, Henryka Maculewicza i właśnie Marka Dziuby. 22-latek został rzucony na głęboka wode i nie dość że mecz z ,,Ruskimi” na ich terenie, nie dość że to pierwsze starcie z nimi po naszych złotych igrzyskach olimpijskich w Monachium, to jeszcze trzeba grać przeciwko Błochinowi, najlepszemu piłkarzowi Europy roku 1975, który(jakby to wyrazić) nie przepadał za Polakami. Polecenie Gmocha wydane Dziubie nie pozostawiało żadnego pola do interpretacji: ,,Masz się skutecznie zająć Błochinem, pilnuj go jak oka w głowie.” Misterne plany i bojowe zaklęcia nie pomogły. Polska przegrała 4:1. Gdy w 57 minucie Lato strzelił na 1:2, jeszcze można się było łudzić że wszystko się jakoś dla nas ułoży ale przewaga gospodarzy już wtedy była bezsporna a potem rozbujał się ten przeklęty Błochin, który w 5 minut strzelił 2 gole. Próbujący pilnować go Dziuba był na łopatkach. Gmoch czym prędzej zdjął go z boiska. ,,Jasne że zabolało. Wołgograd oznaczał klęske. Moją klęske bo to mnie okrzyknięto winnym porażki. Ech ten Błochin… Nigdy faceta nie zapomnę. Kawal piłkarza, szybki mocny, trudny do upilnowania, no i dwa razy był cwańszy bo zdobył dwa gole ale czy naprawdę ja jeden odpowiadałem za przegraną? Janek Tomaszewski jak mnie spotyka to powtarza: ,,Ty durniu, trzeba było po 20 minutach zejść z boiska bo przecież dostałeś pod żebro i miałbyś święty spokój.” Zrobili ze mnie kozła ofiarnego. To we mnie siedzi jak drzazga nawet teraz, choć ile to już lat minęło?”- przyznaje Dziuba. Eksperci na bieżąco komentowali że Błochin w Wołgogradzie zakończył reprezentacyjną karierę Dziuby, choć było w tym dużo emocjonalnej przesady bo chodziło o młodego piłkarza. Zresztą czas pokazał iż fachowcy radykalnie się pomylili. Faktem jest że u Gmocha już nie dostawał szans a więc i o argentyńskim mundialu, na który Polska awansowała, ełkaesiak mógł zapomnieć. Wrócił do reprezentacji, gdy odszedł z niej Gmoch. Grał u Ryszarda Kuleszy. Polacy walczyli o awans do finałów mistrzostw Europy w 1980 r.; dwa razy potknęli się na NRD. Nie pomogły im nawet takie wyczyny jak pokonanie 2:0 Holandii, ówczesnego wicemistrza świata i to z dwóch ostatnich mundialów. ,,Na Stadionie Śląskim zaopiekowałem się znakomitym Rensenbrinkiem tak troskliwie że po meczu wkurzony pytał holenderskich dziennikarzy skąd Polacy wytrzasnęli tego prawego obrońcę? Nie znał mnie, no to mu się przedstawiłem.”- uśmiecha się Dziuba.

U Kuleszy grał do samego końca, czyli do słynnej afery na Okęciu. W jej wyniku selekcjoner stracił posade jako trener, który nie potrafił zapanować nad dyscypliną w zespole. Chodziło o mecz z Maltą, pierwszy w kwalifikacjach do MŚ España ’82. Przed wylotem na krótkie zgrupowanie do Włoch była zbiórka z noclegiem w Warszawie, co piłkarze wykorzystali na wyjście w miasto i tak zwane spotkania integracyjne. W efekcie rano na lotnisku Okęcie bramkarz Młynarczyk pojawił się z objawami wskazującymi na dość intensywnie spędzoną noc. Kulesza chciał go zostawić w kraju ale twardo sprzeciwili mu się Boniek, Żmuda i Terlecki. Selekcjoner się ugiął ale skandalu nie uniknął. Po buntowników do Rzymu osobiście wyruszył prezes PZPN i ściągnął ich do Polski. Z ustalonej hierarchii w kadrze wynikało że pod nieobecność Żmudy kapitanem był Dziuba, więc wtedy w naturalny sposób opaska trafiła do niego. ,,Strasznie trudna sytuacja bo podobnie jak Paweł Janas też byłem w radzie drużyny. Solidaryzowaliśmy się z chłopakami a jednak nikt nie kazał nam wracać z nimi do kraju. Biliśmy się z myślami, co robić. Sami mamy zrezygnować z udziału w zgrupowaniu?. Dołączyć do skreślonych? Zostaliśmy, lecz dylematy też zostały.”- wspomina pan Marek. Potem był też w kadrze u Piechniczka. Reprezentacyjna pozycja obrońcy ŁKS była coraz mocniejsza. W kluczowych eliminacyjnych meczach znowu z NRD grał z opaską kapitańską. Tym razem nikt już nie mógł zatrzasnąć mu przed nosem drzwi do finałów mistrzostw świata. Pojechał na mundial do Hiszpanii ale przestał być kapitanem. Usiadł na ławce bo trener uznał że lepszy jest Jan Jałocha. Obrońca Wisły Kraków w pierwszej połowie meczu z Peru, przy stanie 0:0 doznał jednak kontuzji i musiał zejść z boiska. Zastąpił go właśnie Dziuba. Gdyby wtedy coś nie wyszło, byłoby na Dziube, no bo on zastąpił podstawowego obrońcę i faktycznie po jego wejściu dużo się zmieniło, tylko że w drugą strone! Polacy po dwóch niepokojących, bezbramkowych remisach z Włochami i Kamerunem w drugiej połowie przełamali peruwiańskie zasieki i wygrali 5:1! Ten mecz był wydarzeniem rangi państwowej. W Polsce stan wojenny, rodacy szukali pokrzepienia. Władz też nam szczerze kibicowała bo cholernie potrzebowała sukcesu. W dniu meczu z Peruwiańczykami zarządzono rano zbiórke. Wszyscy mieliśmy założyć garnitury; aż się zaniepokoiłem że może w Polsce coś niedobrego się stało bo wiadomo, jakie niespokojne były czasy. Na szczęście nie, chodziło o bojowe przemowy. Jacyś ważni wysłannicy z Polski ustawili nas w rzędzie i tłumaczyli że Polska na nas liczy że teraz nie ma podziałów że dziś wszyscy jesteśmy razem. Nie powiem, ładnie mówili, czułem się napompowany, choć jeszcze wtedy zdawało mi się że znowu nie zagram.”- wspomina Dziuba.

Po wygranej w następnym meczu z Belgią, nadszedł dla Dziuby wytęskniony czas rewanżu. Polska miała zagrać z ZSRR o awans do strefy medalowej a w składzie rywali ten sam Błochin! Naszym wystarczał bezbramkowy remis i szanowali ten bezcenny kapitał początkowy. Wkurzeni Rosjanie z każdą minutą byli coraz bardziej bezsilni. ,,Marzyłem o tej chwili, choć trudno było mi uwierzyć że naprawdę może nadejść. Tak więc po 5 latach znowu mogłem zagrać przeciwko Ruskim i Błochinowi a cały naród z napięciem patrzył. Koniecznie musieliśmy ich wysłać do domu. Panowałem nad swoją strefą! Poprosiłem tylko Grześka Late żeby się tak głęboko nie cofał bo przez tę jego niesamowitą ruchliwość zaczynam tracić orientacje. Niech skupia się na walce w ofensywie. Wszystko zadziałało perfekcyjnie. To była świetna zespołowa robota. Wyrównałem stare porachunki”- opowiada pan Marek. Na swój drugi mundial już nie pojechał. Piechniczek pozwalał mu grać sporadycznie. Wystąpił w jednym meczu kwalifikacji do MŚ w Meksyku. Polacy w Mielcu sensacyjnie tylko zremisowali z Albanią(2:2). ,,Cudem uniknęliśmy jeszcze większego wstydu bo mogliśmy przegrać i widocznie znowu ja byłem winny bo nie dostałem następnego powołania. Tylko tak się składa że do gry wszedłem przy stanie 1:2 a potem gola strzelił już tylko Pałasz.”- relacjonuje Dziuba. Nie mógł wtedy wiedzieć że to jego ostatni mecz w kadrze narodowej. Było to pożegnanie bez echa. Nawet okolicznościowego proporczyka nigdy nie dostał. Nie zmienia to jednak faktu iż Dziuba jest reprezentantem spełnionym. Twardy chłopak z łódzkich Bałut doszedł w kadrze do największych zaszczytów: był jej kapitanem i ma medal z mundialu. Na początku jego piłkarskiej kariery pojawił się niejaki Władysław Lachowicz, łódzki dziennikarz i wyszukiwacz piłkarskich talentów. W ,,Głosie Robotniczym” dał anons że jest nabór do Łódzkiego Klubu Sportowego. To był najwyższy czas, bowiem Dziuba miał 14 lat. Zgłosił się i od razu poczuł że to miejsce dla niego. No i w klubowej piłce też kiedyś wykonał spektakularny ruch bo po latach jako stary ełkaesiak przeniósł się bezpośrednio do Widzewa. ,,Chciałem to zrobić choćby dlatego że przez te wszystkie lata mój klub nie grał w europejskich pucharach a ja z podziwem oglądałem, jak Widzew wojuje w Europie i to na naszym stadionie! Mój związek z ŁKS po prostu się wypalił. Czułem ze przy al. Unii też już mnie nie chcą a Widzew był nowym bodźcem. Przyjeli mnie tam jak swojego i zaraz nawet dali opaske kapitańską. Kibice? Nie miałem z nimi żadnego problemu. Wiadomo wychowałem się na Bałutach i to w takiej okolicy, gdzie(jak to mówią) bez kija i noża nie podchodź. Ełkaesiak z krwi i kości byłem, zresztą do dzisiaj jestem.”- deklaruje pan Marek. Wtedy jednak pasował też do charakternego Widzewa. To był wciąż wielki zespół, z Wójcickim, Wijasem, Wragą, Smolarkiem, Dziekanowskim… ,,W Pucharze UEFA wyeliminowaliśmy Borussie Mönchengladbach, lecz pechowo odpadliśmy z Dynamem Mińsk. Zabrakło kontuzjowanego Smolarka a myślę że z nim dalibyśmy rade. Mieliśmy ekipe, która mogła dojść nawet do finału. Z tym wielkim Widzewem mistrzostwa nie zdobyłem, tylko Puchar Polski. Troche szkoda.”- przyznaje Dziuba. Poważne granie kończył w belgijskim Saint-Truidense. Również tam go cenili i traktowali jak nauczyciela. Jednym z najbardziej pojętnych uczniów był 18-letni Marc Wilmots…


7

7

Żywe legendy francuskiego futbolu:

38 lat kończy dziś Karim Benzema. Oto jego krótka biografia: https://sportowefakty.wp.pl/pilka-nozna/karim-benzema/info

@Adran360
@AxelF
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

0

@Ogorinho1974 A no własnie ciekawi mnie dlaczego zmarł akurat w Sosnowcu a nie w Chorzowie, skąd pochodził? Wiesz coś na ten temat?

11

Zapomniane legendy polskiego futbolu:

19 grudnia 1949 r. w Chorzowie urodził się Jerzy Wyrobek, obrońca. Nie imponował warunkami fizycznymi ale potrafił znakomicie odnajdywać się na boisku i bezbłędnie kierować poczynaniami defensywy. Jego ojciec, Ryszard, był cenionym piłkarzem Ruchu. Jego bracia, Czesław i Eugeniusz, również byli piłkarzami a siostra Halina grała w piłkę ręczną. Jerzy futbol miał więc we krwi. Był wychowankiem Stadionu Chorzów ale profesjonalną karierę zaczynał w Wałbrzychu, gdzie w latach 1967-69 występował w miejscowym Zagłębiu. Razem z klubem w 1968 r. wywalczył awans do ekstraklasy, a dobre występy na pierwszoligowych boiskach zwróciły uwagę Ruchu. Na początku sezonu 1969/70 Wyrobek wrócił do Chorzowa i kontynuował rodzinną tradycję. Od razu został rzucony na głęboką wodę i debiutował w spotkaniu z zabrzańskim Górnikiem. Strzelił nawet bramkę w tym meczu, tyle że samobójczą. Na szczęście pięć minut przed końcem uderzeniem z rzutu karnego wyrównał Bronisław Bula i starcie zakończyło się remisem. Początek mógł być więc lepszy, ale Wyrobek nie załamał się i swoją klasę potwierdzał w kolejnych pojedynkach. Z miejsca stał się podstawowym zawodnikiem zespołu. W lidze opuścił tylko jeden mecz. Mimo młodego wieku imponował opanowaniem i odpowiedzialnością. Kiedy w 1971 r. szkoleniowcem Ruchu został Michal Vičan, część zawodników pożegnała się z zespołem. Wyrobek był jednak nie do ruszenia. Był już wówczas laureatem Złotych Butów w plebiscycie Sportu, a Słowak szybko poznał się na jego talencie. Ciężkie treningi, jakie narzucił nowy trener, przyniosły skutek w 1974 r. Ruch został mistrzem Polski, a rok później obronił tytuł. Dodatkowo w 1974 r. zespół zdobył też Puchar Polski. Wyrobek po swój trzeci tytuł sięgnął w 1979 r., 29-letni wówczas obrońca wystąpił jednak tylko w pierwszym spotkaniu sezonu z Wisłą Kraków, w którym doznał kontuzji. Przymusowa przerwa trwała aż półtora roku, ale po powrocie znowu był liderem defensywy chorzowskiego zespołu. 26 września 1982 r. rozegrał swój ostatni mecz w barwach Niebieskich. Ruch przegrał wówczas z Szombierkami 0:2. Wyrobek w ciągu 13 sezonów spędzonych w Chorzowie wystąpił w 264 spotkaniach i pięciokrotnie wpisywał się na listę strzelców. W reprezentacji Wyrobek zadebiutował w wygranym 5:0 meczu z Danią 2 września 1970 r. Później dostawał szansę w kilku kolejnych meczach, ale po spotkaniu z Niemcami w Hamburgu (0:0) w 1971 r. na dłużej rozstał się z kadrą. Zabrakło dla niego miejsca na igrzyskach, ale dobre występy w reprezentacji Under-23 trenera Strejlaua pozwalały mieć nadzieję, że znajdzie się w kadrze na mistrzostwa świata. Do RFN jednak nie pojechał, a do kadry wrócił w listopadowym pojedynku z Czechosłowacją (2:2). Kiedy nasza reprezentacja leciała do Montrealu, dla Wyrobka znowu zabrakło miejsca. Z drużyną narodową pożegnał się 13 kwietnia 1977 r. w przegranym 1:2 meczu z Węgrami. Po odejściu z Ruchu grał w TuS Neuhaus, gdzie spędził pięć lat. Kiedy jednak Ruch spadł z ekstraklasy, zadanie powrotu na pierwszoligowe boiska powierzono właśnie Wyrobkowi. Misja zakończyła się pełnym sukcesem. Niebiescy z pierwszego miejsca awansowali do elity i już w pierwszym sezonie po powrocie sięgnęli po swój kolejny tytuł. Oczywiście pod wodzą Wyrobka. Kiedy Ruch znowu spadł z ligi w sezonie 1994/95, na pomoc po raz kolejny wezwano Wyrobka. Trener znów potrzebował ledwie roku, żeby wrócić do elity, a na dodatek zdobył w tym samym sezonie Puchar Polski. Oprócz Ruchu, jako szkoleniowiec pracował jeszcze w Bełchatowie, Wodzisławiu Śląskim, Lubinie, Szczecinie czy Sosnowcu. W Reprezentacji rozegrał 15 meczów, strzelając 1 gola.

@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360

Media

Sonda

Której reprezentacji, do której powołany został zawodnik Barcy, kibicujesz?