6

@FCBparasiempre
11 grudnia 1896 r. urodził się Józef Daniel Garbień, znakomity przedwojenny napastnik. Różne postacie w historii polskiego futbolu miały możliwość występu w reprezentacji Polski. Wśród nich nie brakowało osób z perspektywy czasu legendarnych. Ludzi, którzy grę w kadrze łączyli z innymi, zawodowymi obowiązkami i radzili sobie doskonale, nie tylko w swoim fachu, lecz też na boisku. Złotymi zgłoskami pod tym względem w historii naszego kraju zapisał się Józef Garbień, bezapelacyjnie jeden z najlepszych piłkarzy w Polsce międzywojennej. Urodzony w 1896 roku w Łupkowie Garbień już od najmłodszych lat świetnie sobie radził na placu gry. Co ciekawe, wiele lokalnych źródeł twierdzi, że Garbień urodził się w Łupkowie – około 50 km od Sanoka obecnie przy granicy ze Słowacją. Młody zawodnik wykazywał nieprzeciętne umiejętności. Zanim miał możliwość je w pełni wykorzystać w poważniejszych rozgrywkach, musiało minąć jeszcze sporo czasu. Samemu Józefowi przyszło zaś wkrótce walczyć o niepodległość dla ukochanego kraju. Niewiele brakowało a Garbienia na boiskach II RP byśmy nie zobaczyli. Na początku wojny został wysłany z Legionami na front włoski. Po powrocie w rodzinne strony został ciężko ranny w trakcie obrony Lwowa, w której brał udział razem z zawodnikami Pogoni. Rok później mianowano go na kapitana w Korpusie Oficerów Sanitarnych Lekarzy. Z pewnością nie uszły wówczas uwadze jego wielkie umiejętności w zupełnie innej dziedzinie – medycynie. Tak, prócz wielkiego talentu do piłki, Garbień imponował również ogromną wiedzą, predestynującą go do lekarskiego fachu. A było tak: po ukończeniu szkół średnich w Stryju i Lwowie, Garbień przystąpił do studiów na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu im. Jana Kazimierza. Spędził tam bardzo dużo czasu, wkrótce musiał przecież pogodzić grę w piłkę z nauką. Jednak dawał sobie radę. Podobno jego dzień wyglądał mniej więcej tak: Do południa – uczelnia; Po południu – treningi; Wieczór i noc – książki. Jego żona musiała mieć do niego sporo cierpliwości. Podobno, gdy chodziła spać, Garbień chował się za zasłoną, zatracając się w lekturze medycznych przypadków. Ostatecznie absolwentem został w roku 1924. Prawdopodobnie od tego momentu jego kariera zaczęła powoli przesuwać się w kierunku pracy i odchodzić od piłki. Zanim jednak do tego doszło, zawodnik dał jeszcze kibicom sporo radości… Kojarzycie takich piłkarzy jak Wacław Kuchar czy Spirydion Albański? Jeśli tak, to Józefa Garbienia możecie zaklasyfikować do tej samej grupy utalentowanych zawodników, co wymieniona dwójka. Zawodnik Pogoni Lwów wraz z kilkoma klasowymi piłkarzami był częścią kultowego zespołu lat 20-tych. W rozgrywkach finałowych mistrzostw Polski wielokrotnie nękał rywali swoimi atakami na bramkę. Miał ku temu zresztą odpowiednie warunki fizyczne. Nieprzypadkowo zwano go bowiem „Tank” – w ten sposób podkreślano jego szczególne atrybuty – siłę, szybkość i niesamowity zmysł do zdobywania goli. Był to – nie bójmy się tego słowa – kompletny napastnik. Garbień był nie tylko klasowym zawodnikiem zespołu ze Lwowa. Jak już zasygnalizowano, występował też w koszulce reprezentacji Polski. Zadebiutował dokładnie w 1922 roku. Polska grała na wyjeździe ze Szwecją. Stadion w Sztokholmie stał się wówczas świadkiem historycznego wydarzenia w historii naszej piłki – pierwszego oficjalnego trafienia z akcji autorstwa, a jakże, Józefa Garbienia. Do tamtego spotkania Polska potrafiła strzelić tylko gola z rzutu karnego. Można zaryzykować tezę, że zawodnik Pogoni „odczarował bramkę”. Dwa lata później w barwach reprezentacji zadebiutował na Igrzyskach Olimpijskich w meczu z Rumunią, zremisowanym 1:1. Ostatecznie w narodowym zespole rozegrał osiem spotkań, ostatni w 1926 roku. W drugiej połowie lat 20-tych Garbień zaangażował się w projekt opieki medycznej nad sportowcami. Z perspektywy zawodowej zaliczył dość niezły awans, będąc mianowanym na lekarza naczelnego w Chrzanowie. W mieście oddalonym o kilkadziesiąt kilometrów od Krakowa pracował aż do wybuchu II wojny światowej.

Nie próżnował, gdy Polska jeszcze raz potrzebowała pomocy, tym razem będąc już pod jarzmem okupacji niemieckiej. Z oczywistych względów futbol już dawno poszedł w odstawkę. Podejmował się przeróżnych zadań, od organizacji i pracy w szpitalach polowych po pomoc przy przerzutach ludności żydowskiej. Niestety złapany przez Gestapo, wylądował w więzieniu na Montelupich, gdzie szybko odkryto jego nieprzeciętne umiejętności. Dzięki temu Garbienia mianowano na lekarza więziennego. On sam zaś starał się wykorzystywać swoją funkcję, by pomagać więźniom, wiązać koniec z końcem, a także w sprzyjających warunkach, uwalniać znajome konspiratorki w ciąży. Ta ciągła egzystencja na granicy ryzyka w końcu musiała się na nim zemścić. Niemcy, zorientowawszy się o dywersji ze strony lekarza, zesłali go wraz z pomagającym mu Józefem Cyrankiewiczem do „Dunkelzelle”. Tak, tym samym człowiekiem, który po wojnie już jako działacz komunistyczny w trakcie poznańskiego czerwca wygrażał o odrąbaniu ręki wszelkim przeciwnikom władzy ludowej. W specjalnym miejscu został poddany coraz to wymyślniejszym formom tortur, które tragicznie odbiły się na jego zdrowiu. Po kilku tygodniach został ponownie przywrócony na Montelupich. Niestety, nie mógł już operować jako chirurg z taką samą sprawnością. Mimo to po wyjściu z więzienia dalej pracował w konspiracji, pomagając m.in. usuwać tatuaże więźniom z Oświęcimia. Smutno zakończyła się cała ta historia. Po zakończeniu wojny Garbień tylko raz wybiegł na boisku, w symbolicznym meczu Krakowa z Bytomiem. Zagrał w barwach tego drugiego zespołu wraz z wysiedlonymi przyjaciółmi z Kresów. Przez kolejne lata cierpiał coraz bardziej z powodu licznych schorzeń. Wojna mocno odbiła się na jego zdrowiu i kondycji, które nigdy w stu procentach nie pozwoliły mu wrócić do pełnej sprawności.

4

9

Duma Katalonii w Lidze Mistrzów:

11 grudnia 2002 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou Newcastle United 3-1 w II fazie grupowej Ligi Mistrzów, po golach Daniego, Kluiverta oraz Thiago Motty. Honorowego gola dla Newcastle strzelił Ameobi.



@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

1

@Safrani No to z tym bym się zgodził. No coż, nie każdy miał to szczęście co ty...

1

@Safrani Nie no, chcesz mi powiedzieć że te ligi nie były wówczas kodowane, nawet na kanałach satelitarnych? Jakoś trudno mi w to uwierzyć! No niestety w tamtych czasach nie stać mnie było na satelity, zresztą na nic nie było mnie stać....

0

@Safrani W 1994 roku w telewizji? No to jestem bardzo ciekaw w jakiej?

3

@Safrani Oglądałeś to na żywo?

11

Niespotykane gole:

11 grudnia 1994 r. Georghe Hagi strzelił gola z połowy boiska. Rumun pojawił się w FC Barcelonie w miejsce Laudrupa. Niestety nie spełnił pokładanych w nim nadziei, choć jednym zagraniem zachwycił fanów. W grudniowym meczu z Celtą Vigo, rozgrywanym w silnej mgle, Hagi dostał szanse na występ z powodu braku w składzie Koemana(obowiązywał wtedy limit trzech obcokrajowców). W doliczonym czasie gry drużyna z Vigo zdobyła honorowego gola. Romario rozpoczynał gre od środka boiska i zaproponował Rumunowi uderzenie, biorąc pod uwagę ograniczoną widoczność krzycząc ,,Strzelaj, strzelaj!”. ,,Maradona Karpat” oddał niespodziewane uderzenie z połowy boiska(52 metry), które kompletnie zaskoczyło bramkarza rywali. W tym samym meczu ostatniego gola w barwach Blaugrany zdobył wspomniany Romario, który nie długo po Nowym Roku opuścił drużynę.

@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

1

@misterio Co to wogole znaczy vibe? i dlaczego używa się tak dużo tej cholernej "chińszczyzny"?

1

@misterio Doskonale pamiętam te zimy, chodziłem wówczas do podstawówki i to były niepowtarzalne zimy, które mogą już się niepowtórzyć. Wnioskuje z twoich słów że jesteś młody i w sumie chyba tylko z tego powodu ci zazdroszcze...
Natomiast jeśli chodzi o Widzew, ale zaraz, mówisz że twój tata był na tym meczu? To ty jesteś z Łodzi? No ja siłą rzeczy nie mogłem być na tym meczu bo po pierwsze byłem małym dzieckiem a po drugie, co ważniejsze to jestem z Białej Podlaskiej i nikt w mojej rodzinie nie interesuje się futbolem, więc z pewnością nie wchodziło w gre jechać do łodzi z tego powodu. Ponadto Widzew pokochałem dopiero jesienią 1982 r., jako beztroskie dziecko PRL-u...

9

Barça w europejskich pucharach:

11 grudnia 1963 r. FC Barcelona remisuje na wyjeździe z Hamburger SV 0:0 w rewanżowym meczu 1/8 Pucharu Zdobywców Pucharów. W pierwszym meczu tych drużyn na Camp Nou padł niecodzienny remis 4:4! Wówczas nie liczyły się podwójnie strzelone gole na wyjeździe, w wyniku czego potrzebny był mecz dodatkowy, o którym napisze za tydzień.

@Adran360
@AxelF
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

9

Żywe legendy argentyńskiego futbolu:

10 grudnia 1987 r. urodził się Gonzalo Higuain, argentyński napastnik. To postać nieoczywista, która wzbudzała skrajne emocje. Jednego dnia był postrzegany za wybitnego napastnika a drugiego był wyśmiewany i wyszydzany, że do niczego się nie nadaje. Gonzalo Higuain zawodowo grał w piłkę przez ponad 17 lat. Zaczynał w argentyńskim River Plate, a do Europy trafił w 2007 roku i zdobywał bramki dla największych klubów na świecie przez kolejne 13 lat. To był bardzo owocny czas dla Argentyńczyka. Strzelił 364 gole i zaliczył 127 asyst w 782 meczach. Przy okazji zdobył również 14 trofeów krajowych i europejskich: 3-krotny mistrz Hiszpanii z Realem Madryt (2007, 2008, 2012) ; Puchar Króla z Realem w 2011 roku ; 2 razy Superpuchar Hiszpanii z Realem (2008, 2012) ; 2 razy mistrzostwo Włoch z Juventusem (2017, 2018) ; 3 razy Puchar Włoch (Napoli 2014, Juventus 2017, 2018) ; Superpuchar Włoch z Napoli w 2014 roku oraz Liga Europy z Chelsea w 2019 roku. Trzeba przyznać, że są to zacne osiągnięcia, gdzie brakuje mu tylko jednej małej wisienki na torcie w postaci triumfu w Lidze Mistrzów. Z kolei z reprezentacją Argentyny sięgnął po wicemistrzostwo świata w 2014 roku oraz zdobył dwa srebrne medale na Copa America (2015, 2016). Higuain może pochwalić się też trzema rekordami: Najwięcej goli w jednym sezonie Serie A. Zakończył historyczny rekord ligi włoskiej, trzymany przez szwedzkiego Gunnara Nordhala z 1950 roku. Higuain w sezonie 2015/16 strzelił 36 goli w barwach Napoli. Najwięcej zdobytych goli z wyłączeniem rzutów karnych (113) w swoim czasie w Serie A (od 2013/14 do 2019/20). Członek drużyny Realu Madryt, która w sezonie 11/12 strzeliła rekordowe 121 goli w lidze. Sam Higuain zdobył wtedy 22 gole i zaliczył 9 asyst. W Realu Higuain zawsze był w cieniu Cristiano Ronaldo. Portugalczyk był największą gwiazdą „Królewskich” i najlepszym strzelcem w historii klubu. Aczkolwiek był taki jeden sezon – 2009/10, gdzie to Argentyńczyk zdobył więcej goli od CR7. Higuain był najlepszym snajperem Realu Madryt z 27 ligowymi golami i drugim najlepszym strzelcem La Liga za Leo Messim. Gdy patrzymy na te liczby i uzmysłowimy sobie fakt, że Higuain jest starszy od Lewandowskiego tylko o kilka miesięcy, możemy poważnie się zastanowić, co poszło nie tak u Argentyńczyka, że już w tym momencie mówi „basta”?

Polak mając 34 lata, przeżywał kapitalny okres w FC Barcelonie a ,,Pipita” ostatnie dwa lata spędził w MLS i teraz ogłosił zakończenie kariery. W 2016 roku ta dwójka napastników ścigała się w klasyfikacji o złotego buta. Lewy zdobył 30 goli w Bundeslidze, a Igła 36 bramek w Serie A. To był czas, kiedy często porównywano ze sobą tych snajperów. Teraz powiedzieć, że dzielą ich dwa oddzielne bieguny, to jak nic nie powiedzieć. Dlaczego Higuain poszedł tak drastycznie w dół? Gonzalo Higuain na konferencji prasowej, gdzie ogłosił zakończenie swojej piłkarskiej kariery, powiedział: ,,W mediach społecznościowych wokół piłki nożnej panuje toksyczne uczucie. Nie możesz sobie wyobrazić jaką szkodę przynosiły mi negatywne komentarzy. Naprawdę cierpiałem, moja rodzina mi pomogła. Ludzie powinni pomyśleć przed atakiem kogoś w mediach społecznościowych, to naprawdę poważny temat”. We wcześniejszych wywiadach Argentyńczyk podkreślał, że piłka nożna to piękny sport, ale piłkarz płaci za karierę bardzo wysoką cenę. I nie każdy sobie z tym radzi: ,,Zdecydowanie kariera przekroczyła moje oczekiwania i jestem wdzięczny za wszystko, co dał mi futbol, ale trzeba za to zapłacić wysoką cenę. Nie mówię o kwestiach ekonomicznych, ale o życiu. Co byś nie robił lub kończył robić, jesteś oceniany […] Ludzie nie mają pojęcia, kim są piłkarze. Myślą, że tylko gramy, ale mamy ojców, matki tak jak reszta. Mamy te same zmartwienia co wy. Piłkarz służy ludziom, dopóki gra, ale potem nikt nie dzwoni […] Moja przyszłość będzie z dala od futbolu. Uważam, że to nie jest świat, w którym chcę pozostać”.

@Adran360
@AxelF
@Bernard777
@Gary
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Sysia11

12

Pamiętamy!

10 grudnia 2002 roku, Wisła Kraków pokonała na wyjeździe Schalke Gelsenkirchen. To było apogeum "Ery Cupiała". Niemcy długo nie mogli znieść porażki. Może dlatego, że nie była to jakaś tam zwykła porażka. To było upokorzenie! Kiedy po meczu kierownik drużyny, Jerzy Kowalik, niósł do szatni skrzynkę piwa, miejscowi nie chcieli go przepuścić. W końcu jakoś się przepchnął. Zawodnicy Wisły Kraków wskoczyli z piwem do basenu, doprowadzając gospodarzy do białej gorączki. Kurtynę festiwalu żenady zasłonił obrońca niemieckiej drużyny, Tomasz Hajto, który wszedł do szatni wiślaków i co prawda pogratulował im awansu, ale też za chwilę pomachał kartą kredytową. - To ja lecę sprawdzić stan konta - powiedział. I wyszedł. Wiślacy popatrzyli po sobie, jakby właśnie spotkali bogatego badylarza - króla wioski. Kilkadziesiąt minut wcześniej przeszli do historii polskiego futbolu. 10 grudnia 2002 roku pokonali na wyjeździe Schalke 04 Gelsenkirchen 4:1. Wisła Kraków Henryka Kasperczaka była ostatnią polską drużyną klubową, którą można zaliczyć w poczet historycznych - wielkich. Bo nie tylko miała wyniki, ale też imponowała fantastycznym, porywającym stylem. Kamil Kosowski, Mirosław Szymkowiak czy Maciej Żurawski - to byli zawodnicy, których pokochała cała Polska.

@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360

10

Nie tylko dla kibiców Widzewa:

10 grudnia 1980 r. Widzew Łódź pokonał Ipswich Town 1:0 w 1/8 Pucharu UEFA. Po wyeliminowaniu drużyny klanu Agnellich, Widzew wylosował w kolejnej rundzie angielski Ipswich Town. Wyspiarze nie byli murowanymi faworytami w starciu z wicemistrzami Polski, którzy w 1/32 finału wyeliminowali słynny Manchester United i cieszyli się w Anglii dużym szacunkiem. Piłkarze Ipswich Town odrobili jednak pracę domową i na swoim terenie pokonali łodzian aż 5:0. Rewanż na zaśnieżonym stadionie przy al. Unii 2 był formalnością, ale Widzewiacy honorowo pokonali przeciwników 1:0 po bramce Marka Pięty, co przypominano m.in. w archiwalnym materiale Telewizji Polskiej. Tamtą edycje PUEFA wygrał właśnie Ipswich pokonując w dwumeczu AZ Alkmaar.

Pozdrawiam wszystkich sympatyków Widzewa, zwłaszcza tego Wielkiego!

@Adran360
@AxelF
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

0

@maroon Co za obrzydliwe kurestwo tutaj pokazujo! I redakcja na to pozwala? Mam wrażenie że redakcja taka sama jak te....

1

@blakkudium Aha, wszystko jasne tylko nie dla wszystkich jest jasne co tam jest napisane?

10

Udany rewanż:

10 grudnia 2014 r. FC Barcelona pokonała PSG 3:1 w fazie grupowej Ligi Mistrzów. W szóstej kolejce Blaugrana zrewanżowała się PSG za porażką z września i dzięki wygranej 3:1 zapewniła sobie zwycięstwo w grupie. Bardzo znamienne były nazwiska strzelców goli. Prowadzenie na Camp Nou ekipie z Francji dał Ibrahimović ale potem kolejno trafiali Messi, Neymar i Luis Suarez. Po tym meczu wydawało się że w klubie nie ma żadnych tarć ani problemów. ,,Naszym jedynym planem na 2015 rok jest wygrać wszystko, absolutnie wszystko"- mówił w grudniu Neymar w rozmowie z ,,Mundo Deportivo”. Jednak na początku roku, po przegranym meczu ligowym z Realem Sociedad zespół dopadł poważny kryzys. Enrique nie wystawił w meczu z Baskami Neymara, Alvesa i Messiego, zmęczonych długimi powrotnymi wojażami ze świąt. Leo się wściekł, następnego dnia nie przyszedł na trening, zbuntował kilku innych zawodników, którzy zaczęli domagać się usunięcia trenera. Prezydent Bartomeu zachował się jednak wytrawnie. Odmówił stanowczo tym prośbom i skasował wniosek Luisa Enrique o ukaranie Messiego. Strony musiały się pogodzić. Trener zrezygnował z kilku rygorów, które doskwierały piłkarzom a ci pogodzili się z tym że nie będzie tańczył tak jak mu zagrają. Ten ,,modus vivendi" zaprowadził FC Barcelonę do zwycięstwa zarówno w Primera Division jak i w Lidze Mistrzów.

@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

0

@KamQiX Wybacz ale ja nie opieram się generalnie na statystykach tylko na tym co widziałem w meczu a na tle Eintrachtu wyglądaliśmy co najmniej słabo. RB Lipsk, drużyna generalnie od nas słabsza wygrała z nimi 6:0! a my się z nimi piekielnie męczyliśmy i to samo w sobie jest co najmniej smutne...

0

@derus Dokładnie tak! W punkt.

0

@KamQiX Dominacja nie oznacza że musisz wygrać mecz. Jeśli drużyna mądrze się broni i skutecznie kontratakuje to jest w stanie wygrać nawet różnicą 3 goli! Eintracht miał zatrważającą nieskuteczność i tylko to nas uratowało. Nie usprawiedliwiaj naszej Barcuni bo defensywa to tragedia a pozostałe formacje też pozostawiają wiele do życzenia, taka jest prawda i trzeba się z tym pogodzić...

14

Grande Espectacolo El Clasico!

10 grudnia 2011 r. FC Barcelona pokonała na Santiago Bernabeu Real Madryt 3:1(1:1). Mecz rozpoczął się kapitalnie dla Realu, który objął prowadzenie już w 1. minucie ale później gole padały już tylko dla mistrzów Hiszpanii. Spotkanie rozpoczęło się fantastycznie dla Realu Madryt, który potrzebował niespełna minuty na objęcie prowadzenia. Piłkę spod własnej bramki fatalnie wybijał Victor Valdes, ta trafiła do Angela Di Marii, a po chwili do siatki wpakował ją Karim Benzema. Duma Katalonii po kiepskim początku szybko doszła do siebie. W 30. minucie Lionel Messi uruchomił kapitalnym podaniem Alexisa Sancheza, który strzałem w długi róg nie dał szans Ikerowi Casillasowi. Drugi gol dla Blaugrany padł w kuriozalnych okolicznościach. Xavi Hernandez uderzył piłkę z woleja zza pola karnego, ta trafiła w Marcelo, odbiła się od słupka, po czym wpadła do bramki. Stracony gol zupełnie zbił z tropu graczy „Królewskich". W 66. minucie wynik ustalił Cesc Fabregas, który wykorzystał znakomite podanie Daniego Alvesa. FC Barcelona dzięki trzem punktom zdobytym na Santiago Bernabeu została nowym liderem Primera Division. Warto również przypomnieć iż w tym meczu Blaugrana zagrała z pierwszą reklamą na koszulkach. Zarząd klubu ujawnił że napis ,,Qatar Foundation” będzie pierwszą reklamą na koszulkach Blaugrany, za którą klub zacznie pobierać pieniądze. Obecny wcześniej Unicef nie tylko nie płacił nic za reklamę ale wręcz otrzymywał dodatkowe wsparcie finansowe. Kontrakt opiewał na 5 lat i 30 mln euro za każdy sezon. To o 6,7 mln euro więcej, niż zarabiały wówczas na reklamach Manchester United i Liverpool. Zdaniem Javiera Fausa, wiceprezydenta ds. ekonomicznych, ,,jest to najlepsza umowa w historii futbolu i gdyby nasz prezydent pojawiał się częściej w mediach, nie udało by się uzyskać tak korzystnego kontraktu”. Dodał też: ,,Gdyby to była marka komercyjna, nie doszło by do podpisania umowy”. Niecały rok później zarząd zmienił jednak zdanie i na koszulkach pojawiła się reklama Qatar Airways.

@Adran360
@AxelF
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

1

To jest jakiś rodzaj paradoksu że nasza Barcunia zamiast wygrać wysoko z Eintrachtem Frankfurt na Camp Nou, to wygrywa minimalnie a w zasadzie to powinna przegrać, a zwycięstwo zawdzięczamy ogromnej nieskuteczności przeciwnika czyli nie małego szczęścia. Natomiast prawdziwym paradoksem jest strzelenie 2 goli przez jednego z gorszych zawodników na boisku. Defensywa na dzień dzisiejszy jest tragiczna i nic nie wskazuje na to że zdecydowanie się poprawi. Nie dla nas Liga Mistrzów, dociągnijmy chociaż tego majstra bo inaczej będzie wstyd...

0

Tak se myśle że Robert Lewandowski w meczu z Eintrachtem, ma jedną z niewielu okazji do postrzelania sobie w Lidze Mistrzów. W końcu przeciwnik z najniższej półki, więc do dzieła Lewy!
Ps. Ale te rzuty karne to niech sobie odpuści i odda choćby Yamalowi

1

@AxelF Najwidoczniej nie każdy będzie, jak to się mówi? poliglota? ja też nie znam zagramanicznych jazyków...

9

@FCBparasiempre
9 grudnia 2018, Santiago Bernabeu, River Plate- Boca Juniors.

Dziennikarz robi notatki i oczywiście gładzi wąsy. Nie powinno go tu być i ich też nie. Argentyna jest krajem, który nie potrafi już nawet zorganizować meczu piłki nożnej. Copa Libertadores w stolicy królestwa Hiszpanii brzmi dla Martina Caparossa jak niezły żart „Negro” Fontanarrosy albo nawet coś gorszego. Jak przystało na profesjonalistę na trybunie prasowej robi notatki: składy, ustawienia, kibice obu drużyn. Powieść w takiej scenerii zniszczyłaby każdą zasadę wiarygodności. Czuje melancholię i wstręt z powodu zepsutego kraju ale niezależnie od zdrowego rozsądku i logiki wie że to wciąż piłka nożna. „To był błąd i wstyd ale tutaj i teraz mamy emocje, oczekiwania i na chwilę zapomnimy o całej reszcie. Temu, jak sądzę służy futbol"- pisze na Twitterze. Nie trzeba długo czekać by pod wpisem pojawiły się obelgi. „Stary dupek"- ewidentnie ktoś niezbyt się wysilił. „Zacofany pseudoprogresista"- klasyk, chociaż w tym wypadku nieco naciągany. Wielu wyrzuca mu że wysłał tego tweeta z iPhona, inni raczą go lakonicznym „kretynem", niektórzy „tępakiem", „hipokrytą" i(jakżeby inaczej) „głupcem". Niedługo ktoś mu powie że nie można mieszać futbolu i polityki, samemu właśnie to robiąc, ni stąd, ni zowąd łącząc futbol i politykę. Caparros się uśmiecha, ubolewając nad absolutnym brakiem oryginalności swoich Trolli a jednocześnie przyglądając się rozgrzewce piłkarzy na murawie. Ani jeden nie miałby miejsca w podstawowym składzie czołowych europejskich drużyn, ledwie Gago potrafi jeszcze zwrócić jego uwagę ale mecz rozpocznie na ławce rezerwowych. W tym emocjonalnym zrywie, który implikuje fakt bycia Argentyńczykiem, nazwano to spotkanie „finałem stulecia", „finałem wszechczasów" czy jeszcze gorzej: „finałem całego świata". Świat już dawno temu przestał interesować się Argentyną, jej futbol jest niczym więcej jak pozostałością po grabieży a ten mecz- kroniką bezsilności. Siedząc na Santiago Bernabeu Caparros przypomina sobie żałosny bałagan z ostatnich tygodni: boisko zalane jak po biblijnym Potopie, mafie, który zupełnie swobodnie czują się w loży i na trybunach, remis 2:2, autokar Boca obrzucony kamieniami, gaz łzawiący, wymiociny, wstręt, kierownictwo kradnące na potęgę- wszystko godne pogardy. A jednak słysząc śpiewy, nie może przestać myśleć: To Clasico! Clasico na wygnaniu, zwiędłe, rozmemłane, zdewaluowane jak peso ale wspaniałe Clasico, do cholery! Ten, kto wygra będzie mógł drwić z tego drugiego do końca życia. Jak do diabła mógłby to przegapić? "Dale Boo, dale dale Boooo. Y dale Boo, dale dale Boooo". Nie pamięta kiedy ostatni raz widział kibiców obu drużyny na jednym stadionie. Wszystko przypomina gorzki substytut a jednak, kiedy piłka zaczyna się toczyć pragnąłby skakać razem ze swoimi. Barwy jego dzieciństwa- niebieski i żółty, czerwony i biały- przemieszane, zespolone, usypiające cały jego zmysł krytyczny. Chociaż niewiele ma do powiedzenia, unosi brwi i notuje: River jak bez głowy kurczaki próbujące wymienić trzy kolejne podania, ci z Boca wiszą na poprzeczce, od czasu do czasu wybijając piłkę w chmury. I tak przez całą pierwszą połowę aż prawie pod sam koniec Benedetto znajduje się naprzeciwko bramkarza i ze spokojem znanym z innych lig pokonuje Armaniego. Caparros skrzeczy, szaleje, zapomina o notatkach, Boca obejmuje prowadzenie, nikt nie wie jak to się stało ale prowadzi, co widać na tablicy wyników. Jak do diabła udaje nam się jeszcze pasjonować?

„Y dale Boca, dale Bo, Y dale Boca, dale Bo...". Wybija rytm stopami, w kącikach ust pojawia mu się głupi uśmieszek. A jeśli ostatecznie Boca wygra ten mecz? Chcę wspierać swoich, wrócić do tamtych pierwszych Clasicos, które oglądał na La Bombonerze jako dzieciak, już 50 lat temu. Pragnąłby poczuć to samo, prawdziwe emocje, niewinność, miłość do idoli... Ale co my, do cholery możemy wygrać z tą bandą egoistów i Schelotto w roli trenera? Trwa druga połowa, River czuje się o wiele swobodniej, Boca jest coraz bardziej onieśmielona i tak nadchodzi wyrównanie dzięki bramce Pratto, czego można się było spodziewać. Gol po szybkiej i ładnej akcji kombinacyjnej- była w tym gra, wymiana podań, był w tym jeszcze Football. Caparros przeczuwa i obawia się tego co ma dopiero nastąpić. Boca coraz bardziej się cofa, River prowadzi grę, lecz nie potrafi zdobyć kolejnej bramki. Mecz zmierza do dogrywki. „Wieczny finał"- napiszą niektórzy leniwi dziennikarze. Dwie minuty przed końcem regulaminowego czasu gry na boisko wchodzi Gago zastępując Pablo Pereza. Zanim rozpocznie się dogrywka Caparros obserwuje trybuny. Z ironicznym, niemal kpiącym spojrzeniem wyobraża sobie Europejczyków mówiących że atmosfera była niezwykle barwna, że dzicy ultrasi potrafili się zachować, że nie było tak źle; i wyobraża też sobie, jak mówią(chociaż tego nie mówię) że ci południowcy są tacy malowniczy i że ta wielka szkoda że na Bernabeu zostało 20 tysięcy wolnych miejsc. Krótko po rozpoczęciu dogrywki z boiska zostaje wyrzucony Barrios. Na tym etapie finału trzeba zawierzyć wszystko heroizmowi, temu głupiemu słowu, którym przykrywa się typową dla kibiców bezsilność. W momencie gdy Kolumbijczyk Quintero lewą nogą umieszcza piłkę w bramce Boca, Caparros już od dawna nie robi notatek. Nie bardzo wie dlaczego ale od dłuższej chwili koncentruje się na postaci Fernando Gago. Widzi go na środku boiska, z opaską kapitana, próbującego choćby w minimalnym stopniu uporządkować grę. Wytrącony z równowagi, bezradny, sterylny ale jak my, do diabła mieliśmy wygrać ten mecz? To futbol, więc wbrew wszelkiej logice, wbrew zdrowym rozsądkowi nadal wierzy. Nawet Gago oddaje groźny strzał w 115 minucie a zaledwie 60 sekund później jest na skraju swojego pola karnego, usiłując odebrać rywalowi piłkę. Wtedy zawodnik Boca z piątką na plecach doznaje urazu, już kolejnego. Kruchy, szklany piłkarz: ścięgno, kostka, kolano, więzadło krzyżowe, tym razem znowu ścięgno, tyle że prawej nogi. Jego kontuzja wygląda koszmarnie, podskakuje i upada na murawę. Najlepszy zawodnik na boisku, myśli Caparros, łamie się tak, jak złamało nam się wiele innych rzeczy. Zepsuty piłkarz z zepsutego kraju. Na tym wygnaniu wszystko jest smutne. Po niewartej pamiętania akcji gola do pustej bramki strzeli Pity Martinez i River zostało mistrzem a Boca kurą i będą się z nich naśmiewać latami. A on, Martin Caparros nadal będzie mieszkał w Madrycie, obcy wszędzie tak, jak obca jest ta edycja Copa Libertadores i myśli sobie wtedy że ojczyzna(ten wstyd, taka katastrofa) jest ścięgnem Gago, który nigdy do końca się nie zagoi.

David Garcia Cames.

1

@Adran360 Niedoczekanie szwabskim świniom!

0

@Adran360 Co najwyżej w dojczlandzie!

1

@Adran360 Tak to widać że w sumie ja nic nie widze!?

1

@Adran360 A jakiż on kuźwa potężny!?

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?