FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
10
Żywe legendy francuskiego futbolu:
9 grudnia 1969 r. urodził się Bixente Lizarazu, francuski obrońca. Mistrz Świata i Europy. Fantastyczny piłkarz, inteligentny, świetnie czytał grę. Fachowiec na lewej obronie. W jego seniorskiej karierze reprezentował cztery kluby – Girondins Bordeaux (299/28), Athletic Bilbao (23/0), dwukrotnie Bayern Monachium (łącznie 273/8) i Olympique Marsylia (15/0). Trofea tylko z Bayernem – pięć Mistrzostw i Pucharów Niemiec, cztery Puchary Ligi oraz Puchar Europy i Puchar Interkontynentalny. W reprezentacji Francji 97 meczów i dwa gole (z Izraelem i Arabią Saudyjską). Grał w dwóch Mundialach (1998 – złoto oraz 2002) i w trzech Euro (1996, 2000 – złoto oraz 2004). Wygrał także dwukrotnie Puchar Konfederacji (2001, 2003). W 1999 r. w Drużynie Roku w Europie wg. dziennikarzy, rok później w Jedenastce Euro, w 2002 w Jedenastce Świata wg. FIFA. W Bayernie, po powrocie grał z numerem 69 – urodził się w 1969, mierzył 169 cm i ważył 69 kg. Po zawieszeniu butów na kołku trenował brazylijskie Jiu-Jitsu i surfował. W tej pierwszej dyscyplinie odnosił spore sukcesy gdyż był m.in. Mistrzem Europy! Bixente jest Baskiem i jednocześnie pierwszym Francuzem, który reprezentował barwy klubu z Bilbao. Oprócz języka baskijskiego, zna biegle francuski, hiszpański i angielski. Co ciekawe, nigdy nie nauczył się niemieckiego, mimo że w Bayernie grał łącznie prawie dziewięć sezonów.
@Adran360
@AxelF
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
1
@AssisMoreira A to prawda, tu się zgadzam w stu procentach. Jednak mówiąc: z tą defensywą łatwiej strzelać bramki, to tak do końca jasno nie wiadomo co miał na myśli....?
3
@lukaszmatusiewicz No dokładnie, przecież jest zupełnie na odwrót...
0
Zaraz, zaraz! Wygrać to nie wszystko! Z tak niskiej wartości przeciwnikiem to dzisiaj La Manita jest absolutnym minimum, zwłaszcza że w końcowym rozrachunku liczyć się będą również gole. Skoro RB Lipsk potrafił zaaplikować im 6 goli, to my nie możemy co najmniej 5......?
6
@FCBparasiempre
9 grudnia 1955 roku w Gdańsku urodził się Janusz Kupcewicz, pomocnik i były trener. Jego ojciec Aleksander oraz starszy brat Zbigniew również grali w piłkę(a tata w późniejszym czasie pracował jako trener) i występowali m.in. w Lechii Gdańsk. Pierwszy z nich w biało-zielonych barwach zaliczył 60 meczów, w których strzelił siedem goli. Janusz kontynuował rodzinną ścieżkę i do Lechii trafił praktycznie w samej końcówce swojej kariery. Tę rozpoczął w juniorach Warmii Olsztyn, by następnie przenieść się do większego w mieście Stomilu. Dzieciństwo, pierwsze lata szkolne i początki przygody z futbolem spędził właśnie na Mazurach, aby w końcu wrócić w rodzinne strony i napisać piękną, ośmioletnią historię w Arce Gdynia. Przez kibiców został wybrany najlepszym graczem w dziejach tego klubu, choć zdobył z nim jedynie Puchar Polski. Liczne kontrowersje wzbudziły jego występy dla obu tych drużyn, bowiem nie jest tajemnicą, iż w Trójmieście darzą się one sporą wrogością. ,,Piękne to były czasy. Z piłką pod pachą i… gra od rana do wieczora na boiskach o różnej nawierzchni. Niezapomniane chwile”– wspominał czas spędzony w Olsztynie w jednym z wywiadów dla TVP Sport. Starsi kibice mają ogromny przywilej pamiętania najpiękniejszych chwil w historii polskiej piłki. Jedną z nich bez wątpienia stanowił brązowy medal zdobyty na mistrzostwach świata w 1982 roku. W słonecznej Hiszpanii nasza reprezentacja pod wodzą Antoniego Piechniczka osiągnęła niezwykły sukces. Bohater tekstu nie mógł jednak od początku turnieju liczyć na uznanie selekcjonera. Do składu wskoczył dopiero na mecz z Peru, czyli ostatnie starcie w grupie. Kreatywność, zmysł gry oraz fantastyczne uderzenie z dystansu to cechy, które charakteryzowały Kupcewicza, który nie oddał już miejsca w wyjściowej jedenastce aż do samego końca mundialu. Zaliczył pełne 90 minut w bataliach z Belgią, ZSRR oraz przegranym półfinale z Włochami. Został już tylko mecz o krążek z brązu. To właśnie w pojedynku z „Trójkolorowymi” strzelił najważniejszego gola w życiu. Polacy ostatecznie pokonali Francję 3:2 i zgarnęli brąz, a Kupcewicz pięknym golem z rzutu wolnego oraz asystą przy trafieniu Stefana Majewskiego wyraźnie się do tego przyczynił. Cztery lata wcześniej miały miejsce mistrzostwa w Argentynie, gdzie Polska niestety rozczarowała. Kupcewicz winę za słabszą formę kadry zrzucał na selekcjonera Jacka Gmocha. ,,Atmosferę popsuł Gmoch. Byłem na tych mistrzostwach i nawet nie powąchałem murawy. Do Argentyny poleciał najlepszy zespół w historii polskiej piłki nożnej. Jak doskonale pan wie, grono doświadczonych, utytułowanych piłkarzy uzupełnili przecież młodzi – Nawałka, Boniek, Iwan. Jeśli jednak sobie przypomnę, to pierwszymi skojarzeniami związanymi z tamtymi mistrzostwami są kłótnie. A mogliśmy wtedy osiągnąć bardzo wiele.”– mówił szczerze we wspomnianej już rozmowie z TVP Sport.
Kupcewicz w sezonie 1982-1983, a więc w czasie fantastycznej formy na mistrzostwach świata w Hiszpanii, występował w Lechu Poznań, bowiem Arka spadła z najwyższej ligi, a on chciał utrzymać pozycję w kadrze i uczynić dalszy krok w karierze. W sfinalizowaniu transferu pomogli fani, grupa prywaciarzy zapłaciła działaczom Arki. W stolicy Wielkopolski od razu wygrał mistrzostwo kraju i postanowił ruszyć na podbój zagranicznych lig. Od 1983 do 1986 roku grał na obczyźnie. Reprezentował barwy francuskiego Saint-Etienne, a także greckiej AE Larisa. Wiodło mu się tam różnie, ale nie przepadł. W Saint-Etienne zaliczył łącznie 35 gier, a w Larisie 23. Sporo czasu stracił przez nękające go ówcześnie kontuzje. ,,Za mnie Saint-Etienne zapłaciło 380 tysięcy dolarów. To jeden z największych wydatków klubu na piłkarza. Jak do tego doszło? Francuzi szukali pomocnika. Sama drużyna cieszyła się popularnością w kraju. Mieli sporo problemów i powoli zaczęli upadać. Próbowano zatem wszystkiego, by ratować zespół. Sprowadzono mnie oraz zawodnika z Paragwaju. Niestety najbardziej znani gracze poodchodzili, więc trudno było powstać z kolan. Ja nie nauczyłem się języka, nie spełniłem też do końca sportowych oczekiwań.”– tłumaczył. Do Polski powrócił w 1986 roku i związał się z Lechią, co wywołało poruszenie w Gdyni. Legenda „Żółto-Niebieskich” zasiliła szeregi największego sportowego rywala. Kupcewicz wtedy nie miał żadnych innych ofert, a w wieku 31 lat czuł się jeszcze na siłach, aby kopać w pierwszej lidze. Po latach podchodził do tematu na spokojnie: ,,Trochę się nasłuchałem od kibiców. Rozumiem to, że patrzono na mnie spod byka. Jestem arkowcem, nie będę tego ukrywał. Okres spędzony w Lechii wspominam jednak bardzo dobrze.”
Jego związek z futbolem dobiegł końca w Turcji. W 1988 roku pograł przez kilkanaście miesięcy w Adanasporze. Po zawieszeniu butów na kołku próbował swoich sił w trenerce. Prowadził m.in. reprezentację Polski w futsalu, a także zespoły z niższych lig. Jako asystent trzy lata spędził w kadrze do lat 21. Pracował również jako nauczyciel wychowania fizycznego w Szkole Podstawowej numer 10 w Gdyni Chyloni. W latach 2001–2003 poproszony został o doradztwo sportowe w ukochanej Arce, dla której w przeszłości rozegrał ponad 150 meczów. O swoim przywiązaniu do klubu mówił wszem i wobec. Pomimo iż urodził się w Gdańsku, jego serce biło dla Gdyni i bić przestało w Gdyni. Miał swój epizod w polityce, ale kogo właściwie to teraz interesuje? 4 lipca 2022 roku odszedł od nas piłkarz zasłużony zarówno dla regionu pomorskiego, jak i dla reprezentacji. Ta jedna z pięciu zdobytych dla kadry bramek, w hiszpańskim mieście Alicante przeciwko Francji, na zawsze pozostanie legendarna. ,,Zdobyłem mistrzostwo Polski, Puchar Polski, medal mistrzostw świata. Jako gwiazda młodego pokolenia troszkę mi w główce zaszumiało, ale na szczęście przyszła pokora. Uważam, że miałem wspaniałą karierę i osiągnąłem bardzo dużo.” Janusz Kupcewicz dołączył do takich osobistości jak Kazimierz Deyna czy Włodzimierz Smolarek i teraz razem grają gdzieś mecz, bez pośpiechu czekając na nas wszystkich.
Osiągnięcia i statystyki:
Osiągnięcia klubowe:
Arka Gdynia
Puchar Polski (1x) – 1978/79
Lech Poznań
Mistrzostwo (1x) – 1982/83
Osiągnięcia Reprezentacyjne:
3 miejsce Mistrzostw Świata (1x) – 1982
4
Legendy polskiego futbolu:
@Symson
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360
11
Rekord pobity!
Dokładnie 13 lat temu Leo Messi pobił rekord Gerda Müllera w ilości bramek strzelonych w jednym roku kalendarzowym. Dotychczasowy rekordzista zdobył ich 85. W meczu FC Barcelony z Betisem Sewilla w 15-tej kolejce Primera Division Argentyńczyk strzelił jednak dwa gole i z wynikiem 86 trafień w 2012 roku wyprzedził Niemca. Pierwszą bramkę zdobył już po 15 minutach czym wyrównał rekord niemieckiego "Bombera Der Nation", a samodzielnym liderem klasyfikacji wszech czasów został w 24 minucie. Müller gratulował, ale twierdził, że dziś strzeliłby więcej goli. ,,On zasłużył na to, aby mnie wyprzedzić. Ale z defensywą jaka jest w dzisiejszym futbolu, łatwiej jest strzelać bramki”- powiedziała niemiecka gwiazda dla ,,La Gazzetta dello Sport”.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Safrani
14
Był sobie….. pierwszy taki Dembele w FC Barcelonie:
9 grudnia 1996 r. Emanuel Amunike pojawił się w Barcelonie aby podpisać kontrakt. Nigeryjczyk był niezłym piłkarzem, lecz ze względu na kontuzje nie osiągnął wróżonego mu poziomu. Historia jego transferu i pobytu w Blaugranie jest jednak niecodzienna. W czerwcu 1996 r. ówczesny piłkarz Sportingu Lisbona miał zostać zawodnikiem FC Barcelony ale nie przeszedł badań medycznych. Zdaniem Katalończyków Amunike miał kontuzjowane kolano. Portugalczycy twierdzili natomiast że… jest zupełnie zdrowy. W lipcu wiceprezydent Gaspart oskarżył Sporting o oszustwo. Portugalczycy nie chcieli aby piłkarz przeszedł gruntowne badania kontuzjowanej nogi, odrzucając propozycje artroskopii kolana. Prezydent Nuñez oświadczył nawet że Amunike jest ,,nowym samochodem z awarią silnika”. 9 grudnia 1996 r. Nigeryjczyk pozytywnie przeszedł wszystkie badania i trafił do Barçy za 3,6 mln euro. Trener Bobby Robson przedstawił go jako ,,transfer najwyższej klasy’’ i jego ,,największy koszmar” z czasów, gdy trenował FC Porto i grał przeciwko drużynie Amunike. Z biegiem czasu okazało się iż Nigeryjczyk stał się koszmarem FC Barcelony. Przez 3,5 roku przeszedł 5 operacji: trzy artroskopie, jedną osteotomie i transplantację chrząstki stawu kolanowego uzyskanej od zmarłego pacjenta. W październiku 1999 r. Barça próbowała rozwiązać jego kontrakt, starając się udowodnić że Amunike nie może wykonywać zawodu piłkarza. W tym samym czasie Nigeryjczyk domagał się… pieniędzy za jedną z operacji, które przeszedł w USA. Blaugrana zakazała mu treningów z zespołem ale w kwietniu decyzje tą uchylił hiszpański ubezpieczyciel. W 2000 r. po zakończeniu kontraktu ,,kukułcze jajo” przejęło Albacete. W kontrakcie zapisano klauzule że w przypadku kolejnej kontuzji kolana klub może rozwiązać kontrakt z piłkarzem. 13 stycznia 2001 r. Amunike doznał urazu… ścięgien Achillesa, co w praktyce zakończyło jego karierę piłkarską ale uniemożliwiło Albacete pozbycie się Nigeryjczyka z listy płac.
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
13
Barça w europejskich pucharach:
9 grudnia 1959 r. FC Barcelona pokonuje Reprezentacje Belgradu na Camp Nou w rewanżowym meczu półfinału Pucharu Miast Targowych 3:1 po golach genialnego trio: Kubali(5 minuta), Evaristo(57 minuta) oraz Eulogio Martineza(85 minuta) i awansuje do finału, który odbył się na wiosne przyszłego roku w formule dwumeczu.
@Adran360
@AxelF
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
10
@FCBparasiempre
Jeśli w profesjonalnym futbolu po godzinie gry prowadzisz 3:0, to po prostu musisz wygrać(!) a mówi się że prowadzenie 2:0 to niebezpieczny wynik. W 1993 roku piłkarze Anderlechtu zadali kłam tej tezie. Do 66. minuty mieli o trzy gole więcej niż Werder a mimo to przegrali. Spotkanie to przeszło do historii pod nazwą ,,Cudu nad Wezerą”. W 33. minucie spotkania rozgrywanego 8 grudnia 1993 roku w Bremie skrzydłowy Anderlechtu Danny Boffin mógł czuć się absolutnym bohaterem wieczoru. Przed chwilą pięknym, technicznym strzałem lewą nogą zupełnie zaskoczył bramkarza Werderu Olivera Recka. Golkiper jakby w pierwszej chwili chciał interweniować, zrobił krok do przodu, ale rąk do piłki nie wyciągnął, będąc zapewne przekonanym, że ta minie bramkę. Futbolówka jednak nieoczekiwanie dla Niemca lobem wpadła do siatki. Anderlecht prowadził już 3:0. Któż wtedy mógł przypuszczać, że to spotkanie dla Belgów stanie się prawdziwym koszmarem, zaś dla Werderu – jednym z najpiękniejszych wspomnień występów w europejskich pucharach? Gol z 33. minuty nie był jedynym trafieniem Boffina tego wieczoru. Kwadrans wcześniej ten skrzydłowy, nazwany ze względu na swoją szybkość La Mobylette (tak mówiono na popularne we Francji i Belgii motorowery), zamknął precyzyjnym strzałem akcję Philipa Haagdorena, podwyższając tym samym wynik meczu na 2:0. A w ogóle strzelanie tego dnia rozpoczął obrońca Anderlechtu Philippe Albert, który skorzystał z bardzo niepewnej interwencji Olivera Recka. Drogę do bramki piłce próbował jeszcze zastąpić Marco Bode, ale( choć zdołał odbić ją głową) ta i tak wylądowała za linią. Vis–à–vis Recka Filip De Wilde schodził na przerwę do szatni z czystym kontem. Jednak w końcówce pierwszej części gry sprowadził spore kłopoty na swój zespół. Popełnił rzadki błąd – przy wykopywaniu piłki z ręki przekroczył linię pola karnego, za co rumuński arbiter Ion Craciunescu podyktował rzut wolny pośredni dla bremeńczyków. Na szczęście dla De Wilde gracze Werderu nie skorzystali z prezentu. W rozgrywkach Ligi Mistrzów UEFA 1993/94 mogli brać udział tylko mistrzowie swoich krajów. W dodatku zwycięzcy najsilniejszych lig Starego Kontynentu nie trafiali tak jak dziś, od razu do fazy grupowej. Musieli najpierw walczyć w eliminacjach. Nie dla każdego faworyta były one udane. Na przykład Manchester United odpadł z tamtej edycji Champions League po dwumeczu z tureckim Galatasaray. W fazie grupowej, w której było miejsce tylko dla 8 zespołów, nie zabrakło natomiast mistrza Belgii Anderlechtu oraz mistrza Niemiec Werderu. Fiołki na swej drodze do elity dość pewnie wyeliminowały HJK Helsinki oraz Spartę Praga. Aż 6 goli w kwalifikacjach zdobył dla ekipy z Brukseli Luc Nilis. Dla Werderu eliminacje były nieco bardziej problematyczne. O ile pierwszy rywal, Dynamo Mińsk, nie sprawił wielkich kłopotów, o tyle kolejny przeciwnik, Lewski Sofia, postawił już bardzo trudne warunki. W Sofii ekipa z Bremy nie zdołała utrzymać dwubramkowej przewagi i z wyjazdu do Bułgarii przywiozła tylko remis. U siebie też nie było łatwo, ale w końcu Mario Basler zdobył zwycięskiego gola dla Zielono-Białych.
Po rozstrzygnięciu eliminacji w Genewie rozlosowano grupy. W tej oznaczonej literką „A” znalazły się Barcelona, Monaco, Spartak Moskwa oraz Galatasaray. A w grupie B los skojarzył Milan, Porto, Werder i Anderlecht. Anderlecht fazę grupową zaczął całkiem nieźle, bo od remisu z bardzo silnym Milanem. Werder zaś uległ FC Porto 2:3. Bremeńczycy przegrywali ze Smokami już 0:3, ale gole Bernda Hobscha i Wyntona Rufera strzelone w przeciągu minuty sprawiły, że Portugalczycy do końca musieli drżeć o zwycięstwo. Tym razem mistrzom Niemiec nie udało się odrobić trzybramkowej straty. Pokazali jednak, że woli walki im nie brakuje, nawet gdy znajdują się w beznadziejnej sytuacji. Już wkrótce ponownie mieli zostać poddani podobnej próbie charakteru. Mecz Werderu z Anderlechtem, który wspominamy w tym tekście, został rozegrany w ramach 2. kolejki fazy grupowej Ligi Mistrzów UEFA 1993/94. Po pierwszych 45 minutach tamtego pojedynku wydawało się, że ten zimny, a zarazem mokry (przed meczem padało niemal bez przerwy) grudniowy wieczór przyniesie pewne zwycięstwo Fiołkom. Ten pogląd podzieliło także wielu fanów Werderu, którzy w przerwie tłumnie opuszczali trybuny Weserstadion, nie wierząc już, że ich pupile mogą odwrócić losy spotkania. Zrezygnowani bremeńczycy z nietęgimi minami zeszli do szatni na spotkanie ze swoim trenerem Otto Rehhagelem. Nawet taki wojownik jak Dieter Eilts miał dość. – Czułem się jak gówno. Przeciwnik zakręcił nam w głowach – mówił. Pomocnik nie chciał wracać na zimny wiatr i zacinający deszcz. – To była typowa pogoda dla Bremy, ale chciałem zostać w szatni. Było tam ciepło, przyjemnie i mieliśmy coś do picia – wspomniał Eilts. A wracając do Rehhagela – w szatni zachowywał się spokojnie, a swoim piłkarzom po prostu radził, by spróbowali zrobić to, co się jeszcze da. Zarządził zmianę koszulek na czyste i zdecydował się na zmianę jednego zawodnika. Zdjął z boiska Andreasa Herzoga, a w jego miejsce wpuścił Thomasa Woltera, który miał wykonywać czarną robotę w środku pola. Natomiast obowiązki rozgrywającego powierzył Baslerowi. Po przerwie Niemcy grali dużo uważniej niż w pierwszej połowie. Sęk w tym, że zegar tykał, a po stronie zdobyczy bramkowych wciąż widniało zero. Minęło 20 minut drugiej części, a bagaż trzech goli coraz bardziej dociskał bremeńczyków. I wtedy nad Wezerą zaczęły dziać się cuda. Nowozelandczyk Wynton Rufer wybiegł do piłki zagranej na wolne pole i podciął ją nad interweniującym De Wilde. 1:3. W ciągu następnych kilku minut Werder stworzył dwie świetne sytuacje, ale ani Bernd Hobsch, ani Marco Bode nie zdołali strzelić bramki. To, co wówczas działo się w defensywie Anderlechtu, można nazwać szalejącym pożarem. Ta ogromna nerwowość udzieliła się także bramkarzowi. De Wilde wyszedł z bramki, by przechwycić dośrodkowanie. Ku rozpaczy swojej i swoich kolegów nie zdołał jej złapać, bo uprzedził go Rune Bratseth. Futbolówka po strzale Norwega wpadła do opuszczonej bramki. 2:3.
Niemcy poczuli krew. Napierali z wielką pasją. Na 10 minut przed końcem Rufer wrzucił piłkę na głowę Hobscha. Napastnik rodem z NRD nie miał kłopotów z pokonaniem De Wilde. Wielka radość wypełniła Weserstadion. Na trybunach, gdzie jeszcze kwadrans wcześniej zmarznięci kibice wieszali psy na zawodnikach, teraz zapłonęły race. 3:3. Podopieczni Rehhagela nie zamierzali zadowolić się remisem. Anderlecht, niczym kilkukrotnie trafiony w głowę bokser, chwiał się na nogach i ewidentnie nie miał pomysłu na wyjście z tej arcytrudnej sytuacji. Kolejne ciosy były tylko kwestią czasu. I w istocie za chwilę doszło do nokautu. 180 sekund po golu Hobscha Werder wyszedł na prowadzenie dzięki bramce Marco Bode. Wychowanek klubu z Bremy najlepiej odnalazł się w zamieszaniu w polu karnym i mocnym strzałem lewą nogą umieścił piłkę w bramce. 4:3. To nie był koniec. Ostatni gol doskonale podsumował postawę defensywy Anderlechtu po 66. minucie. De Wilde fatalnie podawał do Marca Emmersa. Piłkę przejął Hobsch, dośrodkował do Rufera i sekundę później padł piąty gol dla gospodarzy. Werder zwyciężył 5:3! Wynton Rufer w geście radości oddał fanom koszulkę, spodenki i getry, a następnie stanął na rękach i w ulewnym deszczu zaczął w ten sposób iść przez boisko. Potem w samej bieliźnie udzielał wywiadu. ,,Zajmie nam kilka dni, zanim zrozumiemy, co tu się wydarzyło” – komentował Oliver Reck. Z kolei Johan Boskamp, trener Anderlechtu, oszczędnie w słowach stwierdził: ,,To był koszmar. Wydawało mi się, że nocne widmo zniszczyło naszą grę.” W ostatecznym rozrachunku, mimo wspaniałego zwycięstwa nad Anderlechtem, Werder nie awansował do fazy pucharowej. W dwóch meczach z Milanem bremeńczykom udało się zdobyć zaledwie jeden punkt na cztery możliwe (wtedy za zwycięstwo przyznawano 2 „oczka”). Jeszcze gorzej wiodło im się w rywalizacji z Porto. W Portugalii, jak wspomnieliśmy, ulegli Smokom 2:3, a u siebie aż 0:5. Wygrali natomiast rewanż z Anderlechtem (w Brukseli było 1:2). Również Fiołki nie wyszły z grupy, notując 3 porażki, 2 remisy i tylko 1 zwycięstwo.
Czasami cuda się zdarzają a zwłaszcza w położonej nad Wezerą Bremą. Pamiętny mecz z Anderlechtem nie jest bowiem jedynym, który określa się ,,Cudem nad Wezerą”. Na miano to zasłużyły także domowe mecze Werderu ze: Spartakiem Moskwa (6:2 w 1987 roku), Dynamem Berlin (5:0 w 1988 roku) oraz Olympique Lyon (4:0 w 1999 roku).
8
Cud nad Wezerą:
@Adran360
@AxelF
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
10
Żywe legendy polskiego futbolu:
8 grudnia 1958 r. urodził się Mirosław Okoński, głównie lewoskrzydłowy. Jeden z największych ,,enfant terible” w historii polskiego futbolu. Mawiano w Poznaniu że kiedy ,,bawi się Okoń, to bawi się całe miasto”. Tak jak czarował w kontaktach osobistych, tak i na boisku. ,,Na obszarze nie większym od podstawki od piwa, potrafi kiwnąć kilku przeciwników naraz.”- pisali o nim dziennikarze w czasach gry w Niemczech. Te umiejętności pokazywał już w Polsce, gdzie był filarem Lecha Poznań. Trzy razy z Kolejorzem sięgnął po mistrzostwo Polski. Kiedy w ramach odbywania służby wojskowej musiał przejść do Legii, ,,transfer” ten został okupiony licznymi protestami, zwłaszcza gdy w finale Pucharu Polski Wojskowi zwyciężyli 5:0 a sam ,,Okoń” strzelił jednego gola. Trofeum to wywalczył jeszcze 3 razy, w tym dwukrotnie już w barwach Kolejorza, gdzie wrócił po służbie wojskowej. W 1983 r. sięgnął po podwójną korone. Wraz z Lechem wywalczył mistrzostwo a samodzielnie dołączył do tego tytuł króla strzelców, zdobyty ex aequo ze swym imiennikiem – Tłokińskim. W 4 sezonach z rzędu osiągał dwucyfrową liczbe goli. Mniej spełniony w reprezentacji. Trener Piechniczek nie lubił go z powodu zbyt dużego indywidualizmu. Okoński lubił dryblować na murawie, grał nie raz samolubnie i pod ,,publiczkę”. W Poznaniu wybaczono mu straty w imie tej widowiskowej gry, która przyniosła wiele sukcesów. W kadrze szkoleniowiec nie był aż tak wyrozumiały. Z tego względu Okońskiego ominęły zarówno MŚ w 1982, jak i w 1986 r. Ostatecznie zagrał w biało-czerwonych barwach 29 razy strzelając 2 gole. Po grze w Lechu ,,Okoń” czarował murawy Bundesligi. Z Hamburger SV sięgnął po Puchar Niemiec. Zajął 2 miejsce w plebiscycie na najlepszego piłkarza rozgrywek za Uwe Rahnem. Został także wicemistrzem kraju. Potem wyjechał do AEK Ateny. Blisko czteroletni pobyt w tym kraju przyniósł mu mistrzostwo Grecji. Występował tam także dla APS Korinthos. Na krótko wrócił do Poznania, gdzie grał w Lechu i Olimpii, później dla zespołów z niższych klas rozgrywkowych w Polsce i Niemczech. Kariere zakończył w swej macierzystej Gwardii Koszalin. W plebiscycie 80-lecia Lecha Poznań przeprowadzonym przez ,,Gazete Wyborczą” wybrany został najlepszym piłkarzem Kolejorza.
@Symson
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360
0
@Lionel_Messi10 Nikt mu jeszcze nie powiedział że z tą ryżą brodą wygląda jak stary ohydny dziad!?
0
@AxelF Tyle że ten atak ratuje nas w starciach z tzw. ogórkami czyli np. Valencią, Athletikiem Bilbao czy też ostatnio z Betisem, gdyż ich defensywy są tragiczne. A jak przyjdzie grać z poważnymi rywalami(czytaj Liga Mistrzów) to niepotrafimy nawet wygrać z Club Brugge, z którym na dobrą sprawe powinniśmy przegrać...
My przez długie fragmenty również mamy tragiczną defensywe a atak też pozostawia chwilami wiele do życzenia. Ponadto Kounde i Cubarsi są cieniem obrońców w porównaniu z poprzedniego sezonu. Nie mam pojęcia co się z nimi dzieje?
2
@FCBparasiempre
Po igrzyskach zniknął jednak z kadry. Zabrakło go w meczach eliminacyjnych mistrzostw świata. Chociaż przed meczem z Anglią w Chorzowie Górski rozważał jego kandydaturę, to statecznie nie powołał go z uwagi na fakt, że był w tak słabej formie, że nawet we własnym klubie większość czasu w meczach ligowych spędzał na ławce rezerwowych. Rok później, kiedy Ruch rządził w lidze, Górski inaczej już patrzył na zawodników z Chorzowa. 7 kwietnia po meczu z Górnikiem zwrócił uwagą zwłaszcza na Zygmunta Maszczyka i Joachima Marxa, ale nie umknął mu też bardzo dobry występ Ostafińskiego, o którym w swoich wspomnieniach napisał, że mógł się podobać. Zawodnik brał udział w zgrupowaniu przed mistrzostwami świata, ale do RFN ostatecznie nie pojechał. Był co prawda w gronie pięciu rezerwowych, którzy mieli pozostawać do dyspozycji, ale raczej marna to pociecha. Mistrzostwa pokazały, że selekcjoner trafił ze składem i młody Władysław Żmuda, który zastąpił Ostafińskiego na środku obrony obok Gorgonia, znakomicie wywiązywał się z powierzonych mu zadań. Piłkarz Ruchu był oczywiście rozczarowany i uważa, że przy braku powołania kluczowy był mecz z VfB Stuttgart z 13 kwietnia. Myślę, że zaszkodził mi mecz kontrolny kadry z VfB Stuttgart. Przegraliśmy 1:4, a niesamowite rzeczy „odstawiali” dwaj boczni obrońcy – Zbigniew Gut i Adam Musiał. Dawali się ogrywać jak dzieci. Nie byłem w stanie „połatać dziur”; wychodząc do szarżującego od linii bocznej rywala, zostawiałem „swojego” napastnika. No przecież nie mogłem pozwolić chłopu bezkarnie wjeżdżać w pole karne! Ale i tak usłyszałem od Jacka Gmocha: „Po co się dawałeś tak wyciągać do boku?” Do reprezentacji powrócił, ale tylko na kilka spotkań. Ostatnie rozegrał z Włochami w 1975 r. Jedenaście oficjalnych i dwa nieoficjalne występy w narodowych barwach, to chyba jednak zbyt mało na takiego formatu zawodnika. Jak sam przyznaje, trafił wtedy na okres, w którym rywalizacja o miejsce w składzie była ogromna. Dodatkowo w harmonijnym rozwoju nie pomagały mu kontuzje i polityka działaczy Ruchu, którzy niechętnie skłaniali się ku zwalnianiu zawodników na mecze reprezentacji. Vičan był znakomitym fachowcem, dysponował grupą świetnych zawodników, ale liczyła ona 12-13 zawodników. Jedna czy dwie kontuzje stawiały go w niełatwej sytuacji. Korzystniej zatem było wystawić zawodnikowi niekoniecznie prawdziwe zwolnienie lekarskie, założyć mu opatrunek gipsowy, i tak dalej, niż wysłać go na zgrupowanie kadry, mecz reprezentacji. Przez takie sztuczki Zygmunt Maszczyk omal nie zostałby wyeliminowany z mistrzostw świata. Po dwóch zdobytych mistrzostwach piłkarze Ruchu spuścili z tonu. Zespół był najstarszy w lidze. Zawodnicy nie mogli podołać już tak intensywnym treningom. Brakowało trochę ambicji, niektórzy zbliżali się powoli do końca swoich karier. Mimo że po rundzie jesiennej byli liderem, to rozgrywki zakończyli na czwartym miejscu. To był jednak początek końca wielkiego Ruchu. Odszedł trener Vičan, a na jego miejscu pojawił się František Havránek. To on twierdził, że Ostafińskiego wytykano palcami jako tego, który sprzedawał mecze. Sam piłkarz wspominał, że Czech w porównaniu do swojego poprzednika wydawał się trenerskim amatorem. Miał też podobno otrzymać zadanie wyczyszczenia zespołu ze starszych zawodników. Od zarzutów korupcyjnych Ostafiński jednak się odcinał. Havránek albo miał coś z oczami, albo kompletnie nie znał naszej ligowej rzeczywistości. Fakt, niekiedy padały zaskakujące wyniki, bo trzeba było kogoś ratować, komuś pomóc. Jednak nie zawodnicy podejmowali w takich kwestiach decyzje. W wywiadzie dla Przeglądu Sportowego mówił, że nigdy nie był inicjatorem tego typu działań. Dodawał też, że opinia, jaka do niego przylgnęła, to głównie zasługa działaczy, z którymi nie miał zbyt dobrych układów. Kiedy w 1976 r. przegrali z Lechem Poznań, to kierownik Alojzy Dzielong zarzucił jednemu z zawodników Ruchu – Janowi Benigierowi, że ten przeszedł obok meczu. O mało nie doszło do rękoczynów, ale Ostafiński stanął w obronie kolegi i załagodził sytuację. Nazajutrz, po przyjściu na trening, Stanisław Fangor wręczył mu pismo z informacją o dwutygodniowym zawieszeniu. Stwierdzono, że skoro bronił Benigiera, to musiał być zamieszany w porażkę, czyli prawdopodobnie sprzedał mecz. Pierwszy raz wszedł w drogę kierownictwu już na początku swojej przygody z Ruchem. Wtedy to po którymś z meczów oskarżono jego, Maszczyka i Bulę, że sprzedali mecz. Ostafiński nie miał pojęcia, o co chodzi, a na spotkaniu z zarządem doszło do pewnego incydentu. Na spotkaniu zarządu powiedział mi prezes: „jak już skończycie, towarzyszu, grać w piłkę, to wrócicie tam, skąd przyszliście: gęsi paść”. A ja mu nie zostałem dłużny: „jak pan skończy już być wiceministrem, to pana taki los czeka” – odpaliłem. Chwycił ciężką, szklaną popielniczkę i rzucił w moim kierunku. Złapałem i mu ją odrzuciłem! Pełna konsternacja! W końcu wszystko rozeszło się po kościach, ale – jak widać – pamiętano mi to”. Ostatni mecz w barwach Niebieskich rozegrał w listopadzie 1976 r. Rundę wiosenną spędził w Polonii Bytom, z którą awansował do ekstraklasy. Był podstawowym zawodnikiem ekipy, która całkiem nieźle radziła sobie w lidze. Przyzwoicie zapowiadający się sezon zakończył się dla niego już 1 listopada 1977 r. Gdy grałem w Polonii Bytom, w meczu z Zawiszą Bydgoszcz doznałem złamania kości strzałkowej w kostce. Nie mogłem grać przez osiem miesięcy. Robiłem wtedy wślizg, wybiłem piłkę rywalowi, a on wpadł całym ciałem na moją nogę. To był facet z dużą nadwagą i kość nie wytrzymała. Pamiętam do dzisiaj, że graliśmy 1 listopada, czyli we Wszystkich Świętych! Sędzia, który prowadził zawody, już przed meczem świętował. Był pijany, bo jak podszedł do mnie, to czuć było od niego alkoholem. Podejmował wtedy sporo złych decyzji. Gdyby dzisiaj sędziował na bani, poniósłby surowe konsekwencje, ale wtedy było inaczej.
Później zdecydował się na wyjazd na zachód. Podobnie jak kilku innych piłkarzy z drużyny Górskiego, wybrał grę we Francji. W zespole SC Hazebrouck wielkiej kariery jednak nie zrobił i wkrótce znalazł się z powrotem w Bytomiu. Wrócił do składu Polonii, kiedy ta okupowała ostatnie miejsce w tabeli. Zagrał w siedmiu meczach sezonu, które decydowały o pozostaniu w lidze. Dzięki uporządkowaniu gry obronnej i poprawie skuteczności bytomianie rzutem na taśmę utrzymali się w lidze. Kolejny sezon był już jego ostatnim w karierze. Grał praktycznie tylko jesienią, a z ekstraklasą pożegnał się 9 marca 1980 przegranym 0:1 meczem ze Stalą Mielec. To właśnie pobyt w bytomskiej drużynie najmilej wspominał: ,,Wszędzie zostawiłem trochę zdrowia i serca, wszędzie miałem przyjaciół, ale najmilej wspominam grę w Bytomiu. Może, że to był ostatni mój klub, a może zadziałał syndrom kresowiaka, bowiem wcześniej grała tam grupa zawodników, która miała lwowskie i wschodnie korzenie. W Polonii Bytom czuło się atmosferę wschodniej Polski i często słyszało się „ta joj”. Buty na kołku zawiesił w wieku 34 lat, a więc mógł jeszcze trochę pograć na przyzwoitym poziomie. Niestety uniemożliwiły mu to związane z grypą powikłania mięśnia sercowego i musiał się wycofać. W katowickiej AWF ukończył dwuletni kurs i otrzymał dyplom trenera drugiej klasy. Prowadził młodzieżowe drużyny Polonii Bytom i przez pewien czas był nawet asystentem w pierwszym zespole. Oprócz tego trenował: Wartę Zawiercie, Chorzowiankę, Beskid Andrychów, MK Katowice i Zagłębie Dąbrowa Górnicza. Dolegliwości sercowe sprawiły jednak, że przeszedł na rentę. Kilka lat pomagał żonie w prowadzeniu sklepu spożywczego. Dziś nadal jest blisko piłki. Chętnie udziela wywiadów i komentuje bieżące zmagania ligowe. Jest taki sam jak przed laty – zawsze mówi to, co myśli. Nawet jeśli jego oceny są surowe i kontrowersyjne, to nie waha się ich wygłaszać i nie owija w bawełnę. Był jednym z najlepszych stoperów w historii naszej piłki. Bez niego obrona Ruchu nie byłaby tak skuteczna. Szkoda, że nie spełnił się w reprezentacji, bo na pewno miał ku temu zarówno talent, jak i umiejętności. Twardy charakter i cięty język nie zawsze przysparzał mu przyjaciół, ale wsłuchując się w jego wypowiedzi, nawet dzisiaj trudno nie przyznać mu racji. Zawsze imponował wielką klasą i opanowaniem, a Andrzej Gowarzewski pisał, że w kronikach polskiego futbolu niewielu było lepszych od niego.
8
@FCBparasiempre
8 grudnia 1946 r. urodził się środkowy obrońca Marian Ostafiński. Jeśli zastanowimy się nad najlepszymi stoperami złotych czasów polskiej piłki, to w pierwszej chwili na myśl przychodzą dwa nazwiska: Jerzy Gorgoń i Władysław Żmuda. Warto przypomnieć jeszcze kogoś. Młodsi kibice mogą go nie kojarzyć ale starszym jego występy na pewno zapadły w pamięć. Był jednym z najlepszych polskich obrońców lat 70-tych. Na podbój pierwszoligowych boisk ruszał z dalekiego Przemyśla, leżącego kilkanaście kilometrów od radzieckiej granicy. Wieloletni zawodnik Stali Rzeszów i mistrz Polski z chorzowskim Ruchem. Niektórzy zarzucali mu lenistwo ale swoją ambicję i wolę walki udowodnił w meczu, w którym grał ze złamaną ręką. W latach 50-tych w 40-tysięcznym Przemyślu młodzi ludzie nie mieli zbyt wielu perspektyw rozwoju. Podobnie zresztą jak w wielu innych podobnych miastach. Kraj przecież dopiero stawał na nogi po wojnie. W tym przygranicznym mieście do wyboru była praca w Zakładach Automatyki POLNA lub w zakładach chemicznych Astra. Dopiero później powstały inne, istniejące do dziś firmy. W takiej szarej i monotonnej rzeczywistości dorastał Marian Ostafiński. Urodzony 8 grudnia 1946 r. chłopak od najmłodszych lat z upodobaniem biegał za piłką. Razem z kolegami wykorzystywali każdy wolny kawałek trawy, żeby choć na chwilę oderwać się od codziennych zajęć. W wieku 11 lat trafił do drużyny trampkarzy Polonii Przemyśl. Futbol nie był jedynym sportem, jaki uprawiał Marian Ostafiński. Dobrze radził sobie również jako szablista na szermierczej planszy. Jednak inne dyscypliny, jak właśnie szermierkę, koszykówkę czy narciarstwo traktował raczej jako sporty uzupełniające. Prawdziwą jego pasją pozostawała i nadal pozostaje piłka nożna. Boisko przy ulicy Sportowej było blisko mojego miejsca zamieszkania. A poszedłem tam już z kilkoma umiejętnościami piłkarskimi, nabytymi na podwórku. Na podwórku grało się w „kapki”, piłką zrobioną ze starych pończoch czy „mitki”– zużytą piłeczką do tenisa ziemnego. Tam uczyło się techniki i po takim „szkoleniu” trafiłem do juniorów Polonii. W niej trafiłem z kolei na Jerzego Miśkiewicza, który był moim pierwszym prawdziwym trenerem klubowym i który zawsze przypominał mi: Marian, pamiętaj, to ja byłem twoim pierwszym trenerem. I o tym pamiętam. – opowiadał w wywiadzie z Józefem Zagulakiem dla ,,Życia Podkarpackiego”. Młody piłkarz nie od razu występował w obronie. Podobnie jak jego kolega z reprezentacji – Jerzy Gorgoń – swoją przygodę z piłką rozpoczynał od gry w ataku i radował się ze zdobytych bramek. Trzynastoletni Marian wyróżniał się wzrostem, dzięki czemu dobrze radził sobie w powietrzu. O tym, że został obrońcą, zadecydował… przypadek: ,,W Polonii Przemyśl zaczynałem jako napastnik, strzelałem gole. Przed meczem z Czuwajem Przemyśl nasz środkowy obrońca doznał kontuzji. Ponieważ byłem wysoki i dobrze radziłem sobie w pojedynkach główkowych, więc udanie go zastąpiłem. W ten sposób zostałem stoperem, choć czasami wystawiano mnie i na boczną obronę”. Cztery lata później grał już w zespole seniorów, który występował w lidze okręgowej. Okręgówka była wszystkim, na co stać było przemyski zespół. Tymczasem talent Ostafińskiego musiał się dalej rozwijać. Regularnie przychodziły powołania do juniorskich i młodzieżowych reprezentacji województwa rzeszowskiego. To wtedy poznał Jana Domarskiego. Przymierzano go też do narodowej kadry juniorów, ale mimo że dostał powołanie, to na zgrupowanie nie pojechał. Bardzo mnie wówczas namawiał do wyjazdu na tę konsultację mój trener w Polonii, ale powiedziałem mu krótko: „nie mam za co pojechać, i nie mam odpowiedniego sprzętu” – mówił w wywiadzie z Dariuszem Leśnikowskim dla Przeglądu Sportowego. W Polonii występował do 1965 r. Wtedy po 19-latka zgłosiło się wojsko. Dzięki temu, że całkiem dobrze radził sobie z piłką, mógł odbyć służbę, grając dla zespołu Bieszczady Rzeszów. Zapomniany już dzisiaj klub w tamtych czasach prowadził kilka sekcji, wśród których uwagę zwracała zwłaszcza bokserska. Marian jednak nie boksował, ale oprócz gry w futbol z powodzeniem występował w drużynie piłki ręcznej, z którą awansował do drugiej ligi. Kiedy przychodził do klubu, to sekcja piłkarska grała w lidze okręgowej. Podczas jego pobytu w Rzeszowie zespół zanotował awans do ligi międzywojewódzkiej, czyli na trzeci szczebel rozgrywek. Po awansie Ostafiński nabierał coraz większej pewności, że wkrótce trafi do pierwszoligowej Stali Rzeszów. W Bieszczadach był wyróżniającym się zawodnikiem i to nie tylko w formacjach obronnych. Był etatowym wykonawcą rzutów wolnych i pewnie egzekwował jedenastki, co przekładało się na dość sporą liczbę bramek. Do I ligi nie trafił jednak od razu. Byłem niejako „pod ręką” dla Stali – zwłaszcza kiedy skończyłem służbę wojskową. Najwyraźniej jednak nie chciał mnie Kazimierz Trampisz, który wtedy prowadził ten zespół w I lidze. Musiałby przecież odstawić któregoś z kolegów, grających wówczas na środku obrony. Grali – a raczej „tuptali” – tam wtedy „wiekowi” Edward Kohut i Leon Szalacha. Widać nie chciał się z nimi rozstawać, jakby pomylił I ligę z ligą oldbojów… – wspominał w rozmowie dla Przeglądu Sportowego. Po zakończeniu służby wojskowej przez miesiąc trenował ze Stalą Mielec, ale ostatecznie trafił do innej Stali – do Stalowej Woli. Tamtejszy zespół, podobnie jak rzeszowskie Bieszczady, występował w lidze międzywojewódzkiej. W mieście nad Sanem spędził dwa sezony. Czuł jednak, że potrzebuje nowych wyzwań, czegoś nowego. Postanowił więc wziąć sprawy w swoje ręce. Kiedy na początku sezonu 1969/70 Stal Rzeszów przegrała cztery mecze z rzędu, pojechał do Rzeszowa. W przerwie na mecze reprezentacji sam pojechałem do prezesa rzeszowskiego klubu i spytałem go: „bierzecie mnie czy nie?”. No i wzięli! W pierwszoligowej wtedy Stali grał u boku dwóch piłkarzy, którzy mieli już za sobą debiut w reprezentacji – Jana Domarskiego i Mariana Kozerskiego. Zadebiutował w 5. kolejce w meczu z Ruchem Chorzów. Zaraz na początku meczu przewrócił się i doznał urazu. Ból ręki, która z każdą minutą coraz bardziej puchła, dawał się mocno we znaki. Ostafiński jednak pokazał swój zawzięty charakter, zacisnął zęby i wytrzymał do końcowego gwizdka. Później po przeprowadzonych badaniach okazało się, że ręka była złamana. Kontuzja trochę przeszkodziła mu w wejściu do zespołu, ale na ławce rezerwowych nie przesiadywał zbyt długo. Po kilku miesiącach swoją postawą zyskał uznanie w oczach kibiców. Był bezkompromisowy, ambitny, waleczny i uparty, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Wkrótce, po serii dobrych występów, zwłaszcza wśród napastników zaczął uchodzić za bardzo trudną do pokonania przeszkodę. W samym Rzeszowie miał tak silną pozycję, że podobno dobudowano mu balkon w bloku, w którym mieszkał, mimo że projekt tego nie przewidywał. Z pierwszoligowych boisk było dużo bliżej do reprezentacji. Zanim wystąpił w drużynie Kazimierza Górskiego, został sprawdzony w meczu reprezentacji młodzieżowej. 27 października 1971 r. Poznaniu zagrał przeciwko Czechosłowacji. Ostafiński miał już wtedy 25 lat, więc debiutował dość późno, ale dobry występ przeciwko naszym południowym sąsiadom stał się przepustką do pierwszej drużyny. To wtedy zwrócił na siebie uwagę Kazimierza Górskiego, który postanowił dać mu szansę w swoim zespole. 10 listopada Polacy wyjechali do hiszpańskiego Gijón, gdzie rozpoczynali walkę o awans na igrzyska. Przed meczem z amatorską reprezentacją Hiszpanii byli ostrożni, ale raczej spokojni o wynik. Optymistą był też Górski. Po pamiętnej porażce z RFN na Stadionie Dziesięciolecia w eliminacjach mistrzostw Europy, trener postanowił zamieszać w składzie. Jedną z poczynionych zmian było wystawienie właśnie Ostafińskiego. Sam piłkarz nie spodziewał się debiutu, ale to właśnie on wystąpił na środku obrony obok Gorgonia. Hiszpanie, choć amatorzy, to walczyli bardzo ambitnie i wcale nie położyli się na boisku. Polacy przeważali, ale do przerwy utrzymywał się bezbramkowy rezultat. Górski był jednak pewny zwycięstwa. W drugiej połowie nasza drużyna nie pozostawiła złudzeń piłkarzom z Półwyspu Iberyjskiego i strzelając dwie bramki, pewnie wygrała. Dobre występy nowych zawodników przekonały selekcjonera, że warto na nich postawić również w rewanżowym meczu z RFN. Ostafiński wspominał, że Niemcy patrzyli na polskich piłkarzy z góry, traktowali ich jak stworzenia z innej gliny. W naszych wywołało to dodatkową motywację. Jednym z wyróżniających się zawodników był właśnie zawodnik rzeszowskiej Stali, który do spółki z Gorgoniem wybił z głowy Müllerowi zdobywanie bramek. To po tym spotkaniu na stałe zadomowił się w reprezentacji. Sam mecz zapamiętał tak: ,,Bardzo szybko przeleciało mi te 90 minut. Jeszcze dobrze się I połowa nie zaczęła, a już trzeba było schodzić do szatni. Podobnie z II częścią gry. Człowiek nie miał czasu się zastanawiać, jak długo jeszcze potrwa mecz, bo działo się wiele. Myślę, że dobrze wtedy graliśmy – wspominał w rozmowie dla Przeglądu Sportowego. Druga część sezonu była słabsza w wykonaniu Ostafińskiego. Wielu zarzucało mu, że w spotkaniu z Bułgarią w Starej Zagorze to po jego starciu z Christo Bonewem sędzia podyktował wątpliwego karnego. Po tym meczu stracił na trochę miejsce w pierwszym składzie reprezentacji. Z klubem wygrał natomiast tylko w czterech ligowych pojedynkach i na koniec sezonu zabrakło im jednego punktu do utrzymania. Wobec takiego scenariusza, po rozegraniu 67 meczów w I lidze zdecydował się odejść z klubu. Na horyzoncie pojawiła się możliwość gry w chorzowskim Ruchu. Zależało mi jednak na grze w reprezentacji Polski, a z drugiej ligi było do niej zdecydowanie dalej niż z ekstraklasy. Przyznam szczerze, że nie paliłem się do zamieszkania na Śląsku, lecz perspektywa występów w silnym zespole przeważyła szalę. Zresztą Ruch pragnął mnie pozyskać znacznie wcześniej.
Po sukcesach, jakie pod wodzą obcokrajowców osiągały Legia i Górnik, na zatrudnienie zagranicznego trenera zdecydowano się także w Ruchu Chorzów. W lipcu 1971 r. szkoleniowcem Niebieskich został zdobywca Pucharu Zdobywców Pucharów ze Slovanem Bratysława – Michal Vičan. Po roku pracy poprosił działaczy o poszukanie następcy dla odchodzących Antoniego Piechniczka i Antoniego Nieroby. Wybór padł na Mariana Ostafińskiego, który obok Jerzego Gorgonia był już wtedy uważany za najlepszego stopera w kraju. Mówiło się, że duży wpływ na jego sprowadzenie miał Stanisław Fangor – działacz, który pochodził z tego samego regionu co Ostafiński. Najprawdopodobniej jednak decydujące były pieniądze i możliwość występów w I lidze. W Chorzowie reprezentacyjny obrońca (wraz z Jerzym Wyrobkiem na środku, Konradem Bajgerem na prawej stronie i Piotrem Drzewieckim na lewej) stworzył świetnie funkcjonujący blok obronny, który naprawdę trudno było sforsować. Niewiele brakowało, a losy Ostafińskiego mogłyby potoczyć się inaczej. Czechosłowacki trener aplikował potężne dawki treningów. Zawodnicy często byli po nich wyczerpani. Piłkarz nawet nosił się z zamiarem zakończenia swojej przygody z piłką. Zimą 1973 roku harowaliśmy naprawdę ciężko! Nigdy wcześniej tak nie trenowałem! W Rzeszowie miałem dwóch węgierskich trenerów, Karoly’ego Kontę i Nandora Hidegkutiego, ale w dupę dostałem dopiero u Vičana. Zresztą dla innych chorzowian jego metody treningowe to też był szok. A potworne zmęczenie powodowało złość – przynajmniej u mnie. Ze stadionu przy Cichej na Tysiąclecie wracałem pieszo. Przychodziłem tak wykończony i wściekły, że naprawdę chciałem dać sobie z tym spokój.” Mordercze treningi przyniosły za to oczekiwany skutek. W pierwszym sezonie Ostafiński i koledzy musieli jeszcze uznać wyższość Stali Mielec, ale rok później nie było już mocnych na Niebieskich. Chorzowianie przegrali tylko trzy spotkania i pewnie sięgnęli po tytuł mistrza kraju. Mistrzostwo zapewnili sobie na trzy kolejki przed końcem i dorzucili do tego jeszcze Puchar Polski. 7 października 1973 r. Ostafiński strzelił swoją pierwszą bramkę w ekstraklasie w wygranym 3:2 meczu z warszawską Gwardią. W relacjach prasowych bardzo często uznawano go za jednego z najlepszych na boisku. W mistrzowskim sezonie zespół bardzo dobrze radził sobie również w europejskich pucharach. Pod względem fizycznym absolutnie nie odstawali od rywali. W ćwierćfinale Pucharu UEFA trafili na holenderski Feyenoord. Po dwóch remisach 1:1 do wyłonienia zwycięzcy dwumeczu konieczne było przeprowadzenie dogrywki. W tej lepsi okazali się zawodnicy z Holandii, którzy jak się później okazało, wygrali trofeum. Jestem święcie przekonany, że przed tą dogrywką Holendrzy czegoś się naćpali. Naprawdę! Widział pan kiedyś, żeby po 90 minutach drużyna zeszła do szatni i siedziała tam 10 minut? A myśmy tyle czekali w Rotterdamie na rywali! Nie wiem co oni wtedy w tej szatni dostali, ale w dogrywce ruszyli na nas jak huragan. Najlepsze zaś jest to, że żaden z naszych działaczy nie próbował interweniować, gdy Feyenoord zniknął w tej szatni. Choć przecież – zgodnie z przepisami – jest to niedozwolone. Takich niestety Ruch miał w owym czasie działaczy. Mimo porażki schodzili z boiska przy brawach holenderskiej publiczności. Po powrocie z Rotterdamu podejmowali swojego wielkiego rywala – Górnika Zabrze. W meczu, w którym po kontuzji wracać próbował Włodzimierz Lubański, Niebiescy nie pozostawili złudzeń przeciwnikowi i pewnie zwyciężyli 3:0. Nie było na nich mocnych w kraju, a śmiało można stwierdzić, że i w Europie byli jedną z wyróżniających się drużyn. Swój prymat potwierdzili w kolejnym sezonie. W Pucharze Europy Mistrzów Krajowych dotarli do ćwierćfinału, gdzie dość pechowo przegrali z francuskim Saint-Étienne. Na krajowym podwórku znowu jednak nie było na nich mocnych, dzięki czemu zdobyli drugi z rzędu tytuł. Jak grałem w Ruchu, to robiliśmy punkty jak na zawołanie. Byliśmy maszynką do robienia punktów. Kiedyś mieliśmy nawet chyba 17 punktów przewagi nad drugim zespołem, a wtedy za wygrany mecz były 2 oczka. Robiliśmy punkty na bieżąco i bez problemów, a do tego ciągle byliśmy niezadowoleni. Nie tylko my mieliśmy inny charakter, ale trener też był inny. Vičan nie pozwalał sobie na to, żebyśmy przy kilku punktach przewagi myśleli, że jesteśmy już mistrzami. On nam wmawiał, żebyśmy byli na to uczuleni Wydawać by się mogło, że w epoce największych sukcesów polskiej piłki, to na najlepszej drużynie klubowej oparta będzie reprezentacja. Nie do końca tak było… Po meczu w Starej Zagorze Ostafiński musiał trochę poczekać na kolejny oficjalny występ w narodowych barwach. Ligowa forma chorzowian nie mogła umknąć uwadze Kazimierza Górskiego, który zastanawiał się nad powołaniami na igrzyska. Kadrę budował w oparciu o dwójki i trójki zawodników grających w jednym klubie. I tak z Ruchu na igrzyska pojechali: Zygmunt Maszczyk, Joachim Marx i Marian Ostafiński. Pochodzący z Przemyśla zawodnik nie od razu wskoczył do składu. Pierwsze mecze z Kolumbią i Ghaną przesiedział na ławce w roli rezerwowego. Od pierwszych minut wystąpił dopiero w trudnym meczu z NRD. Trzeba pamiętać, że w reprezentacji debiutował ledwie rok wcześniej. Na turnieju olimpijskim wystąpił w trzech spotkaniach. Poza wspomnianym z naszymi zachodnimi sąsiadami, Górski wystawił go w bardzo ciężkim pojedynku z ZSRR i w następnym spotkaniu z Marokiem. We wszystkich grał pewnie, spokojnie i solidnie. Tak jak na obrońcę jego klasy przystało. W finałowym spotkaniu z Węgrami jednak nie zagrał. Sam po latach miał żal do selekcjonera. ,,No i co mam dziś powiedzieć? Że wkurzył mnie wtedy trener Górski? No bo wkurzył. Powtarzał zawsze, że zwycięskiego składu się nie zmienia. A zmienił – i to w najważniejszym meczu. Przecież ja wcześniej w turnieju olimpijskim grałem w najtrudniejszych spotkaniach: z NRD, ze Związkiem Radzieckim. Nawet w ostatnim przed finałem meczu z Marokiem też zagrałem. Jeszcze dzień przed grą o złoto byłem pewien, że w niej wystąpię. Byłem wytypowany do podstawowej jedenastki. A kilka godzin później, na przedmeczowej odprawie, okazało się, że mnie nie ma mnie w wyjściowym składzie. Zły byłem jak cholera. Tym bardziej że przecież trener Górski zawsze mi powtarzał: „Marian, ty lepiej grasz jesienią niż wiosną. A już na mokrym boisku jesteś najlepszy”. A w Monachium lało…”. Przyczyn swojej absencji w finałowym spotkaniu doszukiwał się w nie najlepszych relacjach z Jackiem Gmochem. Kiedy wybrzmiał końcowy gwizdek, wszyscy razem świętowali zwycięstwo. Piłkarz wspominał, że szczególnie dobrze bawili się piłkarze Ruchu i Górnika. Dołączyli też do nich przedstawiciele innych dyscyplin, a sukces oblewali m.in. japońską sake, którą Ostafiński dostał od trenera polskich dżudoków po meczu z NRD.
6
Jeden z najlepszych polskich obrońców w dziejach polskiego futbolu kończy dziś 79 lat. Kim jest ten obrońca? Tego dowiecie się w odpowiedzi na mój komentarz.
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360
11
Niedoceniane legendy futbolu:
8 grudnia 1941 r. urodził się angielski napastnik Goeffrey Hurst, Mistrz Świata-1966 oraz zdobywca Pucharu Zdobywców Pucharów-1965(z West Ham United). Piłkarz, który został bohaterem finału Mistrzostw Świata w Anglii(1966) jeszcze pół roku wcześniej w ogóle nie grał w reprezentacji! Alf Ramsey miał wśród napastników duży wybór, Hurst był jednym z wielu. Nie pomogło mu nawet wywalczenie z drużyną West Ham Pucharu Zdobywców Pucharów(1965). Z punktu widzenia angielskiego trenera miernikiem wartości piłkarza były rozgrywki ligowe i pucharowe we własnym kraju a ponieważ tutaj Hurstowi szło całkiem dobrze, Ramsey postanowił zaryzykować. Geoffrey zadebiutował w reprezentacji w lutowym meczu przeciw RFN, do rozpoczęcia mundialu zagrał jeszcze tylko cztery razy i z takim marnym dorobkiem musiał rozpoczynać turniej na ławce rezerwowych. Tym bardziej iż najlepszy strzelec Anglii-Jimmy Greaves osiągnął wysoką formę(4 gole przeciwko Norwegii na 2 tygodnie przed Mundialem). Ale w meczu z Urugwajem rozpoczynającym Mundial Anglia nie strzeliła żadnej bramki. Dwa kolejne-z Meksykiem i Francją-wygrywała takim samym wynikiem 2:0 ale Ramsey nie był zadowolony i za każdym razem próbował innych napastników. Zaczynał z Greavsem i Conelym, w drugim meczu jego miejsce zajął Terry Paine a w trzecim Ian Callaghan. Żaden z nich nie spisywał się zgodnie z oczekiwaniami selekcjonera a w dodatku Greaves doznał kontuzji i Ramsey na ćwierćfinałowy pojedynek z Argentyną z konieczności wystawił Hursta. Obydwaj dobrze na tym wyszli ponieważ Anglia wygrała 1:0 a jedynego gola strzelił właśnie Hurst, który doskonale współpracował z klubowym kolegą Martinem Petersem i wiadomo było że zdobył miejsce w drużynie a miał wówczas 24 lata. W półfinale z Portugalią Geoffrey gola nie strzelił ale w sobotę 30 lipca 1966 roku przeszedł do historii futbolu. Nikt inny nie zdobył 3 goli w finale mistrzostw świata. W dodatku Hurst pokazał niespotykaną wszechstronność. Pierwszą bramkę zdobył głową, drugą(tę dyskusyjną) prawą nogą a trzecią-lewą. Cztery lata później pojechał na Mundial do Meksyku. Wiosną 1972 roku wystąpił w kadrze po raz ostatni, ponownie przeciw RFN, która w jednym z najlepszych meczów w historii futbolu pokonała na Wembley Anglików 3:1. Hurst w 49 meczach dla Anglii zdobył 24 gole. Na mundial do Hiszpanii(1982) pojechał jako asystent trenera, który go wychował w West Ham-Rona Greenwooda. Geoffrey Hurst otrzymał z rąk królowej tytuł szlachecki. Koszulka, w której grał podczas finału na Wembley osiągnęła na aukcji wartość 80 tys. funtów. Hurst sprzedał ją mimo iż sytuacja materialna go do tego nie zmuszała. Natomiast piłkę, którą Hurst strzelił 3 gole zabrał Niemiec Helmut Haller. Dopiero z górą po 30 latach wystawił ją na aukcji, dzięki czemu wróciła do Anglii.
@Adran360
@AxelF
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
9
Jak drzewo bez korzeni, człowiek bez przeszłości, tak FC Barcelona nie może istnieć bez historii:
8 grudnia 1921 r. w ,,Gran Teatre del Bosque” (teatr założony w 1905 r.) zarząd FC Barcelony wynajął jego szeroki parter aby zorganizować tutaj generalne zgromadzenie socios. Głównym punktem porządku dnia było przedstawienie projektu nowego stadionu. Szefowie klubu chcieli uzyskać przyzwolenie socios aby skonkretyzować kupno terenu, na którym miał stanąć przyszły „Estadio Camp de Les Corts”. W trakcie zebrania Gamper i inni członkowie rady, jak Joan Cabot i sekretarz Josep Julines, przemówili do zebranych, wskazując na konieczność doprowadzenia do realizacji tego projektu, który zaprezentowali jako naglącą potrzebę dla klubu. Ich wystąpienie zakończyło się owacją, będącą wyrazem jednogłośnej aprobaty dla propozycji przedstawionej przez dyrekcję. „Gran Teatre del Bosque” stał się więc teatrem marzeń barcelonizmu, gdzie narodził się przyszły, wymarzony stadion.
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AxelF
@Adran360
1
@Safrani No zdążyłem już zauważyć że jesteś cierpliwy a ja z kolei jestem troche w "gorącej wodzie kąpany"! :)
1
@Safrani Wiesz co? Nie obraź się ale ja już mam tego wszystkiego powyżej uszu! Powiem ci szczerze że meczu z Zagłebiem Lubin nie ogladałem ani minuty i wcale tego nie żałuje!
10
Szanowni cules, to był ten pierwszy raz!
8 grudnia 1899 r. FC Barcelona rozegrała swój pierwszy mecz w historii klubu! Pierwszym przeciwnikiem Blaugrany byli członkowie brytyjskiej colonii. Tak oto dziennik ,,La Vanguardia’’ zrelacjonował to spotkanie: ,,Wspaniała była wczorajsza gra na starym Velodromo de la Bonanova pomiędzy członkami stowarzyszenia ,,Foot-ball Club de Barcelona’’ i młodymi przedstawicielami kolonii angielskiej w stolicy Katalonii. O ustalonej wcześniej godzinie(to jest trzeciej po południu), obie drużyny złożone z dziesięciu graczy spotkały się na trawniku wspomnianego Velodromu. Mecz rozpoczął ze słabym północno-zachodnim wiatrem ,,team’’ Barcelona i później nastąpiła seria zdarzeń, które czynią ten ,,sport’’ tak atrakcyjnym dla silnych nacji. W drużynie Barcelony wyróżniali się- kapitan Joan Gamper, Urruela, Lomba i Wild ze względu na łatwość posługiwania się piłką. Na koniec należy gorąco podziękować zarówno ,,Foo-tball Club Barcelona’’ za tak udaną inaugurację swojego istnienia, jak i młodym anglikom za rozegranie dobrego, inteligentnego meczu. Drużynę ,,Barcelona foot-ball Club’’ reprezentowali Wild, A. Kamper, Urruela, Lomba, Orio de llobet, Lopez, Terradas, Kunzli i Schilling”. Mecz zakończył się zwycięstwem drużyny angielskiej 1:0 pomimo przewagi FC Barcelony. Wynik tego historycznego meczu na ówczesny czas był najmniej ważny. Wówczas liczyło się szlachetne fair-play pod każdym względem, czego dzisiaj próżno szukać nawet u anglików, którym w dużej mierze zawdzięczamy powstanie klubu. Dodam jeszcze że Velodromo de la Bonanova to było wówczas boisko duże ale bardzo nierówne i twarde, pełne kamieni, wyrw i kępek trawy. Miało jednak znakomite położenie, blisko stacji kolejowej La Bonanova w dzielnicy Sarii i to właśnie przekonało zarząd by korzystać z niego do rozgrywania meczów. W tamtych czasach boiska używano wspólnie z innymi drużynami z miasta. Grał ten, który przyjeżdżał jako pierwszy. Wśród drużyn, które korzystały z boiska była m.in. FC Catala, Barceloński klub założony zaledwie kilkanaście dni po FC Barcelonie.
@Adran360
@AxelF
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
3
Epokowe wydarzenie:
8 grudnia 1899 r. FC Barcelona rozegrała swój pierwszy mecz w historii klubu! Pierwszym przeciwnikiem Blaugrany byli członkowie brytyjskiej colonii. Tak oto dziennik ,,La Vanguardia’’ zrelacjonował to spotkanie: ,,Wspaniała była wczorajsza gra na starym Velodromo de la Bonanova pomiędzy członkami stowarzyszenia ,,Foot-ball Club de Barcelona’’ i młodymi przedstawicielami kolonii angielskiej w stolicy Katalonii. O ustalonej wcześniej godzinie(to jest trzeciej po południu), obie drużyny złożone z dziesięciu graczy spotkały się na trawniku wspomnianego Velodromu. Mecz rozpoczął ze słabym północno-zachodnim wiatrem ,,team’’ Barcelona i później nastąpiła seria zdarzeń, które czynią ten ,,sport’’ tak atrakcyjnym dla silnych nacji. W drużynie Barcelony wyróżniali się- kapitan Joan Gamper, Urruela, Lomba i Wild ze względu na łatwość posługiwania się piłką. Na koniec należy gorąco podziękować zarówno ,,Foo-tball Club Barcelona’’ za tak udaną inaugurację swojego istnienia, jak i młodym anglikom za rozegranie dobrego, inteligentnego meczu. Drużynę ,,Barcelona foot-ball Club’’ reprezentowali Wild, A. Kamper, Urruela, Lomba, Orio de llobet, Lopez, Terradas, Kunzli i Schilling”. Mecz zakończył się zwycięstwem drużyny angielskiej 1:0 pomimo przewagi FC Barcelony. Wynik tego historycznego meczu na ówczesny czas był najmniej ważny. Wówczas liczyło się szlachetne fair-play pod każdym względem, czego dzisiaj próżno szukać nawet u anglików, którym w dużej mierze zawdzięczamy powstanie klubu. Dodam jeszcze że Velodromo de la Bonanova to było wówczas boisko duże ale bardzo nierówne i twarde, pełne kamieni, wyrw i kępek trawy. Miało jednak znakomite położenie, blisko stacji kolejowej La Bonanova w dzielnicy Sarii i to właśnie przekonało zarząd by korzystać z niego do rozgrywania meczów. W tamtych czasach boiska używano wspólnie z innymi drużynami z miasta. Grał ten, który przyjeżdżał jako pierwszy. Wśród drużyn, które korzystały z boiska była m.in. FC Catala, Barceloński klub założony zaledwie kilkanaście dni po FC Barcelonie.
1
@Safrani Aaaaa to nie dobrze, bo ja akurat ich lubie i to chwilami nawet bardzo!
1
@Safrani A to niby dlaczego lepiej Raków niż "Kolejorz"?
No włąśnie jakby odszedł Papszun to nie wiadomo jakby to się skończyło, a tak można w ciemno stawiać na Raków...
3
Nasza "nieodżałowana" Ekstraklasa"?? Gdzie trzech się bije... ba! gdzie czterech się bije tam... Raków skorzysta, co mnie wcale nie zdziwi...
11
Idol z dzieciństwa:
Każdy młody człowiek grający w piłke nożną ma wśród starszych członków ulubieńca, którego stara się naśladować. W szeregach FC Barcelony gra wielu istniejących defensorów, jednak Carles Puyol swojego idola znalazł aż tysiąc kilometrów od miasta Gaudiego - w Mediolanie. Tarzan był sześcioletnim szkrabem, gdy Paulo Maldini debiutował w Barwach AC Milanu, żywym 10-latkiem, gdy Włoch sięgnął ze swoim klubem po pierwszym scudetto i zwariowanym na punkcie futbolu 12-latkiem, gdy Maldini wraz z reprezentacją Italii wywalczył brązowy medal mundialu. „Pui” od dziecka z całego serca kibicował Barçy, lecz istniała na świecie inna drużyna, która go fascynowała - AC Milan pod przywódcą Arrigo Sacchiego. We współczesnym futbolu to właśnie ekipa z Frankiem Rijkaardem, Ruudem Gullitem oraz Marco van Bastenem w składzie jest jedynym zespołem, którego wielkość można przyrównać do Barçy z początku XXI wieku. Mecz Rossonerich, który Puyolowi najbardziej utkwił w pamięci to starcie z Realem Madryt na San Siro w półfinale Pucharu Europy 1988/89. Team z Mediolanu pokonał na własnym terenie Królewskich aż 5:0 i w wielkim stylu zapewnił sobie udział w finale, gdzie zaaplikował Steaule Bukareszt cztery gole nie tracąc ani jednego. „Milan był sympatycznym klubem, całkowicie dominował w Europie i odłączył zasilanie Realowi Madryt. Rossonerii i Królewscy spotkali się w tych rozgrywkach również rok później i włoski zespół, ponownie okazał się lepszy” – powiedział Pui. Maldini Puyolowi najbardziej imponował, że nigdy się nie poddawał, potrafił grać na najwyższym poziomie, nawet będąc już w bardzo zaawansowanym wieku i całą karierę spędził w jednym klubie. 18 maja 1994 roku reprezentant Italii przyczynił się jednak również do tego, że Puyi przeżył jedno z największych upokorzeń w roli kibica. W tym pamiętnym finale Ligi Mistrzów na arenie w Atenach Rossonerii zdemolowali Dream Team Johanna Cruyffa, osiągając wynik 4:0. Tarzan rozpaczał wtedy w barze w La Pobla a Paolo Maldinii świętował trzeci w karierze Puchar Mistrzów i nie ostatni, bowiem później triumfował jeszcze w 2003 oraz 2007 roku. Włoch do dziś jest na tym polu lepszy od Carlesa, chociaż na gruncie reprezentacyjnym to dorobek Tarzana dzięki złotym medalom Euro 2008 i mundialu 2010 prezentuje się bardziej okazale. Puyol ma w swojej kolekcji koszulke Maldiniego, którą otrzymał od Włocha po meczu Champions League w sezonie 2000/01 i przechowuje ją jako jedno ze swoich cenniejszych trofeów. W końcu dla Carlesa Paulo jest najlepszym obrońcą w dziejach. Katalończyk od dziecka marzył żeby poznać Włocha, lecz obawiał się bariery językowej. Czas mijał, defensor Blaugrany stawał się coraz dojrzalszym piłkarzem aż u schyłku jego kariery w sierpniu 2011 roku miała miejsce niecodzienna sytuacja. Przebywający na wakacjach w Miami emerytowany już Maldini odwiedził na tamtejszym treningu zawodników Barçy przygotowujących się do towarzyskiego starcia z Chivas Guadalajara. W Tarzanie obudziło się dziecko i najwybitniejszy kapitan w historii Dumy Katalonii po spotkaniu z idolem oszalał z radości. „Trenowałem z najlepszym obrońcą w historii, Paolo Maldinim. Fantastycznie!” – wiwatował na Twitterze. Mało któremu dzieciakowi udaje się dorównać wielkością swojemu idolowi. Dziś można powiedzieć, że Carles Puyol jest jednym z takich ludzi. Trudno znaleźć piłkarza, który zostawia więcej serca na boisku, bardziej utytułowanego, a jednocześnie oddanego jednym barwom klubowym. Paulo Maldini był i jest przykładem wzorowego sportowca, lecz Carles Puyol nie ustępuje mu nic a nic.
Tarzan jako wielbiciel gry teamu Arrigo Sacchiego nie mógł przypuszczać że wiele lat później los zetknie go z będącym bardzo ważnym elementem tamtej drużyny Frankiem Rijkaardem. Czarnoskóry Holender zadebiutował w barwach rodzimego Ajaxu już jako 18-latek i spędził w tym klubie aż 8 sezonów. Z uwagi na konflikt z prowadzącym zespół Johanem Cruijffem przeniósł się do Sportingu Lizbona, jednak umowa została podpisana zbyt późno, wobec czego wypożyczono go do Realu Saragossa. Dla teamu z Aragonii rozegrał zaledwie 11 spotkań, po czym zaangażował go słynny AC Milan. U schyłku kariery, gdy stracił miejsce w wyjściowe „11” Rossonerich wrócił do Amsterdamu. Przed objęciem stanowiska pierwszego szkoleniowca FC Barcelony u progu sezonu 2003/04 trenerskie doświadczenie byłego reprezentanta Oranje nie było imponujące. Holender miał na koncie krótkie przygody z kadrą ojczystego kraju oraz Spartą Rotterdam, której nie udało mu się utrzymać w Eredivisie. Rijkaard trafił do Dumy Katalonii, gdy w fotelu prezydenta zasiadał Joan Laporta. Miał własny pomysł na zespół. Zgodnie z filozofią Barçy stawiał na efektowną grę, lecz uważał także iż odpowiednią metodą na skuteczną rywalizację z najlepszymi teamami w Europie jest siła fizyczna. W środku pola często brakowało więc miejsca dla filigranowego Xavy'ego. Były piłkarz Ajaxu i Milanu zasłynął także przekwalifikowaniem Carlesa Puyola na środkowego obrońcę. To również za jego „rządów" Tarzan stał się pierwszym kapitanem. „Rijkaard jest świetnym trenerem. Nie mówi zbyt wiele ale dokładnie przekazuje swoje myśli i ma bardzo sprecyzowane poglądy"- opisywał Holendra Puyi. Za kadencji Franka Rijkaarda Puyol wystąpił w swoim pierwszym finale Ligi Mistrzów, w którym przeciwnikiem Barçy był Arsenal. Metody szkoleniowca nie przypadły do gustu wszystkim piłkarzom Blaugrany. Xavi w jednym z wywiadów określił nawet Holendra mianem „nowotworu Barçy". Nie da się jednak ukryć że mimo tego atmosfera w klubowej szatni przynajmniej do finału Champions League w Paryżu była wyśmienita. Potwierdzają to słowa Tarzana: „Rijkaard powiedział nam że ciężko pracowaliśmy aby zajść tak daleko i żebyśmy po prostu cieszyli się chwilą oraz dali z siebie wszystko". Po zwycięskim meczu z Kanonierami piłkarze z miasta Gaudiego mimo wszystko niestety coraz rzadziej byli sobą a trener coraz częściej znajdował się w ogniu krytyki. Odszedł z klubu po zakończeniu sezonu 2007/08 a na jego następcę wybrano Pepa Guardiolę...
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AxelF
@Adran360
11
Były czasy, gdy Barça grała w piłkę nożną w parku „Ciutadella”, przed Parlamentem Katalonii:
Stało się to dawno temu i niemal formalnie, jednak Barça(i inne drużyny) rozegrały kilka meczów w parku „Ciutadella” w Barcelonie, naprzeciwko pałacu, w którym obecnie mieści się Parlament Katalonii. Oto historia. Park „Ciutadella” znajduje się na jednym z narożników dawnej cytadeli wojskowej, zbudowanej na rozkaz Filipa V w 1715 r., po kapitulacji Barcelony 11 września 1714 r., dacie tak bardzo opłakiwanej przez kataloński nacjonalizm. W 1869 roku generał Juan Prim poddał twierdzę Barcelonie, aby zyskać poparcie burżuazji przemysłowej, pod jednym warunkiem: że będzie ona wykorzystywana jako park publiczny. I tak się stało: mury zostały zburzone, tworząc bardzo potrzebną zieloną przestrzeń w coraz bardziej uprzemysłowionym mieście. Pierwotny układ, zaprojektowany przez Josepa Fontserè w 1872 roku, został zmodyfikowany, aby pomieścić Wystawę Światową w 1888 roku, a później ogród zoologiczny. Aby przybliżyć czytelnikowi kontekst, warto dodać, że na terenie starej wojskowej cytadeli nadal znajduje się kaplica wojskowa, pałac gubernatora (obecnie zajmowany przez szkołę średnią) obok oraz budynek arsenału, który jest obecnie siedzibą parlamentu Katalonii, znajdujący się naprzeciwko. Działka pomiędzy tymi trzema budynkami nazywała się „Plaza de Armas” (obecnie jest to ogród nazwany „Joan Fiveller”) i w przeszłości odbywało się tam kilka wydarzeń sportowych, w tym kilka meczów piłki nożnej. Na obszarze, który kiedyś stanowił środek boiska, stoi dziś rzeźba „Desconso”l autorstwa Josepa Llimony. Słupki bramkowe zwrócone były w stronę jednego jeziora, a w stronę drugiego, gdzie obecnie znajduje się zoo. Pozostałe budynki parku powstały w ostatniej tercji XIX wieku. Po lecie 1901 roku, już w XX wieku, Hiszpańska Federacja Gimnastyczna (poprzedniczka Królewskiej Hiszpańskiej Federacji Gimnastycznej) zorganizowała festiwal sportowy, w którym główną rolę odgrywały mecze piłki nożnej. Wybrała wspomniany plac „Plaza de Armas” w parku, aby reprezentacje Katalonii i Hiszpanii oraz Hiszpanii i Barcelony rozegrały dwa 45-minutowe mecze. Aby przygotować boisko, należało wyznaczyć prostokąt, ogrodzić go liną i usunąć nadmiar piasku. W tym meczu drużyna Barcelony wygrała 1:0 przed około 10 000 widzów, jak donosiły wówczas niektóre media. Niezły rekord. W kolejnych latach na „Plaza de Armas” odbywały się kolejne mecze. Na przykład jesienią 1904 roku Barcelona przegrała Puchar Klubu Sportowców z Internacionalem (1:0). W czerwcu 1910 roku Blaugrana pokonała Cardiff Corinthians 4:1 w meczu towarzyskim przed około 6000 widzów, z których część wbiegła na boisko, aby świętować zwycięstwo. Następnej jesieni Barcelona pokonała Espanyol 4:0 w meczu, który pierwotnie nie był zaplanowany, ponieważ ich przeciwnikiem na „Ciutadelli” (boisku, nawiasem mówiąc, udostępnionym w tym celu przez radę miejską) miał być Racing Paris, ale nie pojawił się na meczu. Należy zauważyć, że organizatorzy planowali pobierać 1 pesetę za wstęp na mecze z reprezentacją Francji i kolejną pesetę za krzesła. Ale Barcelona nie tylko wykorzystywała Park „Ciutadella” do gry w piłkę nożną. Był on również miejscem uroczystości. W 1920 roku klub zorganizował bankiet w obecnie zburzonej Restauracji, aby uczcić niedawne zwycięstwo w Mistrzostwach Hiszpanii. Pozostaje zlokalizować tę restaurację-kasyno, w której w 1920 roku odbywały się uroczystości upamiętniające sportowe sukcesy Barcelony, z udziałem 500 gości. Ten budynek w stylu renesansu francuskiego, wzniesiony w 1916 roku, znajdował się tuż nad jeziorem, tuż przed Monumentalnym Wodospadem. Składał się z parteru z kawiarnią-restauracją oraz piętra z kasynem. Niewątpliwie był ulubionym miejscem spotkań burżuazji i idealnym miejscem na uroczystości. Jednak w 1964 roku nadeszła kadencja burmistrza José Maríi de Porciolesa a jego zespół uznał, że konstrukcja zasłania widok na okolicę i zburzył ją.
@Adran360
@AxelF
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
0
@AxelF Miałem ciebie zapytać co sądzisz o(dla mnie wybitnie genialnym) Erneście Wilimowskim?
10
Ten przeklęty rzut karny:
7 grudnia 1966 roku Górnik Zabrze pokonał CSKA Sofie 3:0 w rewanżowym pojedynku 1/8 Puharu Europy Mistrzów Klubowych, w którym zabrzanie zagrali na własnym stadionie. Przed meczem wydawało się, że sprawa awansu jest rozstrzygnięta, wszakże pierwszy mecz wybitnie "trójkolorowym" nie wyszedł i przegrali na wyjeździe 4:0. Jednak w Zabrzu, w obecności 25 tysięcy kibiców, nasze legendy pokazały prawdziwie górniczy charakter. Po 45 minutach gry straty zostały niemalże odrobione. Górnik wygrywał 3:0, a to co przed meczem wydawało się niemożliwe, w przerwie nabierało realnych kształtów. W kronikach klubu, zawierających wycinki prasowe z tego meczu czytamy: ,,Tymczasem najgenialniejszy reżyser nie byłby w stanie napisać tak wspaniałego scenariusza sportowego, jak rozwijała się sytuacja w rewanżowym meczu. Skazani na porażkę zabrzanie już po 45 minutach zdołali odrobić 3 bramki. Wszystko zapowiadało się więc jak najlepiej. Ale kiedy przed piłkarzami Górnika zarysowała się realna szansa doprowadzenia do ogólnego wyniku obu spotkań na 4:4, wówczas Ernest Pohl nie wykorzystał "jedenastki". Tego na prawdę nikt się nie spodziewał, to na prawdę nie chciało się pomieścić w głowie żadnego z kibiców tak żywo dopingujących piłkarzy mistrzów Polski. Nie udało się! Zabrzanie wygrali na własnym boisku tylko 3:0 i do następnej rundy Pucharu Europy zakwalifikowała się drużyna z Sofii”. Po meczu trener Górnika ubolewał nad niestrzelonym karnym, stwierdził również, że w obu spotkaniach Górnika prześladował pech, w Sofii nie powinni przegrać 4:0, w Zabrzu z kolei co najmniej 4:0 wygrać. Uważał bowiem sofijską drużynę za wcale nie lepszą od Mistrza Polski. Dzieło przypadku i cud potwierdził w wywiadzie również trener CSKA, Ormandijew, który z ulgą odetchnął po ostatnim gwizdku.
Górnik Zabrze - CSKA Sofia 3:0 (3:0)
Gole: Szołtysik 1', Pohl 26', Pohl 44'
W 63. minucie Ernest Pol nie wykorzystał rzutu karnego podyktowanego za faul na nim (strzelił obok bramki).
Górnik Zabrze: Kostka - Olszówka, Oślizło, Kuchta, Kowalski, Pohl, Szołtysik, Olek, Wilczek, Lubański, Musiałek; trener: Geza Kalocsay
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360