9

Premiera z ,,Kanarkami”:

27 listopada 1949 r. FC Barcelona po raz pierwszy w historii klubu rozegrała mecz z brazylijskim klubem. To był mecz towarzyski z SE Palmeiras zakończony wynikiem 2:2. To był drugi w kolejności mecz w ramach turnieju z okazji 50-lecia klubu, o czym informowałem wczoraj. Gole dla Barçy zdobyli Josep Gonzalvo Falcon oraz Eduardo Manchon.



Wspomnień czar:

27 listopada 1974 r. powstał ,,Cant del Barça”. Z okazji 75 rocznicy powstania klubu stworzono hymn, który używany jest do dziś. Pieśń wykonało 3500 muzyków należących do Stowarzyszenia Chórów Katalońskich przed jubileuszowym meczem towarzyskim z NRD. W przerwie meczu Stowarzyszenie Sardanistów i Baletów Katalońskich wykonało na płycie boiska tradycyjny taniec kataloński, czyli ,,Sardanę”.

@Adran360
@AxelF
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

9

Zapomniane legendy polskiego futbolu:

26 listopada 1936 r. w Bytomiu urodził się Jan Liberda. Najlepszy ligowy strzelec Polonii Bytom i wielka gwiazda śląskiego futbolu. Karierę zaczynał w AKS-ie w 1949 r., ale już po roku zdolnego juniora przejęła Polonia. Piłkarskiego rzemiosła uczył się podpatrując Kazimierza Trampisza. W pierwszym zespole zadebiutował w 1953 r. w meczu z Cracovią. Dwa lata później wraz z reprezentacją Polski juniorów zagrał na turnieju FIFA w Montecatini, rozgrywanym we Włoszech. Szybko stał się ważną postacią w klubie. Miał niezbyt imponujące warunki fizyczne, ale wszystko nadrabiał ruchliwością i genialną techniką. Był urodzonym przywódcą i potrafił wyrażać swoje zdanie także poza boiskiem, co nie zawsze wychodziło mu na dobre. Jego udziałem były wszystkie sukcesy bytomskiego klubu. Dwukrotnie zdobył z Polonią tytuł mistrza Polski (1954 i 1962), dwa razy był najskuteczniejszym strzelcem w lidze (1959 i 1962). W 1962 r. został laureatem Złotych Butów w plebiscycie Sportu. To on poprowadził Polonię do triumfów w Pucharze Rappana i sukcesów w Ameryce. Z bytomskim zespołem był związany przed 19 lat. W tym czasie rozegrał 304 mecze i strzelił 146 goli. Po odejściu z klubu wyjechał do Chiacago Eagles, a później krótko grał w AZ Alkmaar i w 1971 r. wrócił do Polonii. Jako trener prowadził w ekstraklasie sosnowieckie Zagłębie, później pracował jeszcze w Polonii, Katowicach, Czeladzi i w Niemczech. W reprezentacji zadebiutował w zremisowanym 1:1 meczu z RFN w 1959 r. Znakomicie spisał się podczas polskiego tournée w Ameryce Południowej w 1966 r. Polacy grali wówczas dwukrotnie z Brazylią i raz z Argentyną. W każdym z tych meczów strzelili po jednym golu a autorem każdej z nich był właśnie Jan Liberda. Zagraniczni fachowcy wypowiadali się o nim w samych superlatywach, doceniając jego walory techniczne i boiskową inteligencję. W sumie w narodowych barwach rozegrał 34 spotkania. Ostatnie rozegrał w 1967 r. z ZSRR. W Reprezentacji rozegrał 35 meczów, strzelając 8 goli. Zmarł w Bytomiu 6 lutego 2020 r.

@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

9

Blaugrana w europejskich pucharach:

26 listopada 1957 r. FC Barcelona pokonała w meczu dodatkowym na St. Jakob-Stadion w Bazylei Birmingham City 2:1 w ramach półfinału Pucharu Miast Targowych. Pierwszego gola dla Barçy strzelił znakomity napastnik Evaristo de Macedo, natomiast decydującego gola na wage awansu do finału zdobył genialny Ladislao Kubala w 83 minucie.

@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AxelF
@Adran360

9

Jubileusze Dumy Katalonii:

26 listopada 1949 r. odbył się turniej z okazji 50-lecia klubu. 50-ta rocznica utworzenia FC Barcelony stała się pretekstem do organizacji turnieju z udziałem gospodarzy, duńskiego Kjøbenhavns Boldklub(najstarszego wielosekcyjnego klubu w Europie) i brazylijskiego Palmeiras São Paulo. Zwycięzca miał otrzymać Trofeig Noces d’Or, czyli Trofeum Złotych Godów. Była to jedna z pierwszych okazji by zobaczyć w Europie futbol południowoamerykański. W tym samym czasie Real Madryt gromił reprezentację Meksyku, więc gazety zgodnie uznały że ,,futbol w wydaniu meksykańskim i brazylijskim dzieli ogromna różnica a piłka hiszpańska znajduje się gdzieś po środku. Ciekawe jak wypadły by drużyny typu Botafogo czy Vasco da Gama, które prezentują jeszcze wyższy poziom?”- zastanawiali się dziennikarze. Blaugrana zremisowała bowiem z Palmeiras 2:2 ale głównie dzięki świetnej postawie Ramalletsa w bramce. Był to jednocześnie pierwszy w historii pojedynek Barçy z klubem brazylijskim. W składzie Brazylijczyków zagrał między innymi Jair, który rok później był podstawowym piłkarzem na Mistrzostwach Świata i strzelił Hiszpanom gola w wygranym meczu aż 6:1! Natomiast pojedynek z Duńczykami zakończył zwycięstwem Dumy Katalonii 1:0.

@Adran360
@AxelF
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

9

@FCBparasiempre
Anglicy nigdy nie byli królami piłki. Sami siebie tak nazywali i byli jednak przekonani, że nimi są. To, co wydarzyło się 25 listopada 1953 roku, zmieniło na zawsze ich świat, wstrząsnęło już od dawna chwiejącą się pozycją twórców futbolu. Oto krótkie przypomnienie jedynej w swoim rodzaju bitwy Węgrów z Anglikami. Mecz stulecia, tak bowiem nazwano to starcie. Prasa celowo przesadzała i nakręcała atmosferę. Mecz mimo pory, elektryzował brytyjską publikę. Świat miał się zmienić dla Anglików. W końcu zgodzili się zmierzyć z drużyną spoza Wysp. Do tamtej pory prężyli tylko muskuły w zawodach z: Irlandią, Szkocją i Walią. Z resztą Europy spotkali się ponad dekadę temu. Piłkarski światek miał w pamięci ich pogromy z lat 30-tych. Wówczas nie mieli sobie równych i pokonali Belgię (6:1 i 4:0), Hiszpanię (7:1), czy austriacki Wunderteamem (4:3). Słabsi od nich okazali się także Francuzi, przegrywając 4:1. Pokonali również Włochów (mistrzów świata) w stosunku 3:2 oraz Norwegów 4:0. W tamtym okresie nie dali szans również reprezentacji Europy, którą rozbili 3:0 i 6:1. Czas się jednak nie zatrzymywał. Lata mijały a Anglicy zachłysnąwszy się swoimi sukcesami, uwierzyli że są bezdyskusyjnie najlepszą i najbardziej zasłużoną ekipą świata. Węgrzy natomiast powoli budowali drużynę na lata. Było tak już w latach 30-tych. Po świetnych występach na mistrzostwach świata, gdy doszli do finału (nie było im dane wygrać m.in. przez zastraszające gierki Benito Mussoliniego), byli znani jako wyborni dryblerzy i spece od gry kombinacyjnej. Także już wówczas kiełkowała rewolucyjna taktyka, która zmieniła historię piłki, chyba bardziej niż zwycięstwa Anglików. Węgrzy zastosowali nowinkę, manewr „fałszywej 9” w którym Nandor Hidekguti cofał się do pomocy i robił miejsce Sandorowi Kocsisowi i Ferencowi Puskasowi. Madziarzy mieli dać popis nie tylko taktyki, ale zrewolucjonizowali także kwestię przygotowania przedmeczowego i treningu. Spotkanie w ogarniętym komunistyczną propagandą zespole, zostało potraktowane na tyle poważnie, że piłkarze Sebesa trenowali u siebie angielskimi piłkami i grali na boisku ze sztuczną mgłą. O przewadze Węgrów zadecydować miało także nowoczesne obuwie sportowe. Anglicy wręcz przeciwnie, nie mieli w tych kwestiach pojęcia o nowinkach, zresztą co ich to obchodziło? Byli przecież najlepsi. Znana jest pewna opowiastka. Bill Wright, kapitan Anglików dostrzegł dziwne buty przeciwników, stojących wraz z Anglikami w tunelu przed wyjściem na murawę. Powiedział do Stana Mortensona: ,,Powinno być dobrze.” Ten mecz miał bardzo wiele zmienić w angielskim spojrzeniu na futbol. ,,To był styl i system gry, którego nigdy wcześniej nie widzieliśmy. Żaden z tamtych piłkarzy nie znaczył dla nas nic. Nie wiedzieliśmy kim jest Puskás. Wszyscy tamci fantastyczni gracze byli ludźmi z Marsa, gdy tylko nas mijali. Przyjechali do Anglii, a my nigdy nie byliśmy pokonani na Wembley. Mógłby to być pogrom 3:0, 4:0, może nawet 5:0 małego kraju, który dopiero wchodził do europejskiego futbolu. Nazywali Puskása „galopującym majorem”, ponieważ był w armii. Jak ten chłopak, służący dla węgierskiej armii, mógłby przyjechać na Wembley i spowodować naszą porażkę? Ta jedna, jedyna gra zmieniła nasze myślenie. Myśleliśmy, że rozgromimy tę drużynę – Anglia na Wembley, jesteśmy mistrzami, oni są uczniami. Stało się jednak zupełnie inaczej” – czytamy na stronie Telegraph wypowiedź, sir Bobby’ego Robsona, który jednak był jeszcze nieopierzonym 20-latkiem i nie grał w tamtym spotkaniu.

Za pięć czwarta niebo nieco się przerzedziło, ale nie pozwoliło schować parasoli. Trener i jednocześnie zastępca ministra sportu – Gusztav Sebes – mógł sobie pogratulować profesjonalnego podejścia do zawodów, choć fachowcy wróżyli z chmur zwycięstwo Wyspiarzy. Zawodnicy chwilę wcześniej się rozgrzewali a gospodarze, przecierali oczy ze zdumienia, bo takich ćwiczeń jeszcze nie widzieli. To był pierwszy raz, gdy Węgrzy zaskoczyli Anglików. Gdy spotkanie już się rozpoczęło, Johnston w mig spostrzegł się że nie potrafi się ustawić do Hidegkutiego. Do tego „galopujący major” wraz z przyszła gwiazdą FC Barcelony Sandorem Kocsisem – robili mu na boisku totalny chaos. Minęło dosłownie kilka sekund i Bozsik wypuścił w uliczkę Hidegkutiego, który silnym strzałem pokonał Merricka. Tłumnie zgromadzeni kibice nie zdążyli dobrze usiąść a już było 0:1. Wściekli i zszokowani Anglicy przepuszczali szturm za szturmem na bramkę Grosicsa, ale siłowa i nieprzygotowana gra gospodarzy nie była tak efektywna. 16. minuta dała umęczoną bramkę dla Anglików, nerwowe starania trafieniem przypieczętował Sunwell. Węgrzy dopiero wtedy włączyli szósty bieg. To, co się stało między 20., a 28. minutą, było syntezą zjawiska, które nazywano później „Złotą Jedenastką”. Niezawodny tego popołudnia Hidekguti trafił po raz drugi, Puskas w przeciągu ośmiu minut zadał dwa decydujące w tym spektaklu ciosy. Lwy Albionu jeszcze dawały oznaki życia, trafiając w 38. i 56. minucie, ale taki ruch spotykał się z natychmiastową i zdecydowaną odpowiedzią Węgrów. Po przerwie, na 5:2 trafił Kocsis, a chwilę potem poprawił kompletujący hat-tricka Hidegkuti. Alfowi Ramseyowi, mającemu się narodzić za dziesięć lat legendarnemu trenerowi Anglików, przyszło choć trochę podreperować wynik miejscowych. Ostatecznie wynik – 6:3. Tak zakończył się mecz stulecia, który wiele zmienił w historii piłki nożnej. Węgrzy w tym spotkaniu o nieoficjalne mistrzostwo świata, jak to nazywali dziennikarze, na dobre rozpoczęli swoją złotą erę. Legendarny zespół, scementowany przez Sebesa w ciągu 32 spotkań nie przegrał meczu. Pokonali RFN podczas grupowych rozgrywek w finałach mundialu w Szwajcarii 8:3, a wcześniej w rewanżu za opisywane tu przeze mnie spotkanie, rozgromili ponownie Anglików 7:1, tym razem na własnym stadionie. Rewolucyjna taktyka i ustawienie 2-3-3-2, ze zmieniającymi się pozycjami i cofniętym napastnikiem, na dobre stworzyło team tak doskonały, że nie wiadomo, od kogo zacząć wymieniając kluczowych zawodników. Czy od Puskasa, który stał się legendą Realu i symbolem najładniejszej bramki roku? Czibora i Kocsisa, szalejącymi w Barcelonie, czy od innych kolegów, zdobywających seryjnie mistrzostwa kraju, z prowadzonym przez trenera kadry Honvedem czy MTK. Tamte gwiazdy do dziś są symbolami niedoścignionej przeszłości Węgrów, a także tragedii socjalistycznego kraju, z którego chce się tylko uciec. Tragedii ludzi, którzy chcieli tylko żyć i osiągać sukcesy w piłce, a przeszkodziła im w tym krwawo stłumiona w kraju rewolucja. Zostali przez to wyklęci i skazani na lata wygnania, ale w madziarskich sercach nigdy nie zatarła się pamięć o nich.

A Anglicy? Zderzyli się ze ścianą. Spostrzegli, że nie wolno się tak izolować od reszty Europy. Nie należy uznawać, że wszystko się już wie i niewiele więcej można nauczyć. Doszli także do tego, że przekonanie o tym, iż piłka nożna to ich produkt, jest fałszywe. Może to był pierwszy krok do przyszłego i jedynego mistrzostwa świata w 1966? Pokolenia Bobby’ego Moora, Geoffa Hursta, Bobby’ego Charltona i innych? Do tego było jednak jeszcze daleko, na razie poddani królowej Elżbiety musieli stanąć nad rozbitą drogocenną porcelaną i zdecydować co dalej. Nie popadli co prawda w chandrę, ale po kolejnym laniu postanowili zreformować totalnie swój futbol. Świat dla nich nie był już ten sam. Stanęli przed wyzwaniem. Zrezygnowano z modelu trenera, jako koordynującego oprócz reprezentacji, także poziom gry w kraju. Nie miały już miejsca przypadki wybierania składu przez komisję selekcyjną FA. Jak widać, znajdzie się wyjście z każdej sytuacji, ba, ona może nas bardzo wzmocnić i zmienić bieg wydarzeń.

2

@unic O co ci chodzi użytkowniku unic?

8

@FCBparasiempre
25 listopada 1945 r. Arsenal – Dinamo Moskwa

Bomby zrzuconych przez Luftwaffe wciąż rozbrzmiewają w zaułkach Londynu. Całe miasto przyszywa dreszcz. Istotnie, wraz z końcem wojny zabliźniała się pewna rana ale wiele innych wciąż się ją trzyma i będzie się ją trzeć jeszcze długo. Zazwyczaj proszę Catherine żeby zarezerwowała czas dla pana Orwella późnym popołudniem, kiedy nie ma już więcej pacjentów to przyjęcie. Jako że jesteśmy zawaleni pracą (wszyscy mówią o zabitych ale nikt nie wspomina o rannych a jest ich dwa razy więcej), czasem biedak leży na nosze aż do późna w nocy ale nigdy się nie skarżył. Lubię rozmawiać z panem Orwellem. To wykształcony i szlachetny człowiek. Przeciwieństwie do większości chorych, wciąż myśli trzeźwo, jak gdyby ta katastrofa, zamiast spowodować atrofię mózgu, wyostrzyła go codziennie jest tak samo. Najpierw sprawdzę czy rano na szyi wciąż jest w dobrym stanie. Wiele lat temu, podczas hiszpańskiej wojny domowej kula przeszyła mu gardło ale jego głos zaczyna się poprawiać, co szczególnie go cieszy. Później przepisuje mu kilka leków Żeby zwalczyć kaszel i zmęczenie. W miarę jak mijają kolejne tygodnie a objawy nie ustępują różnica staje się coraz poważniejszym zagrożeniem ale dopóki nie opuści go dobry nastrój coś mi mówi że zdołamy stawić jej czoło. Nie łatwo jeść co zniszczyć hart ducha pana Orwella. Dzisiaj, po przyjściu do szpitala był bardziej euforyczny niż zazwyczaj. Po rutynowym badaniu zaproponował mi papierosa i chciał mi coś wyznać. Przygotowywał artykuł, o którym miało się zrobić głośno. Artykuł niewygodny, jak mnie zapewnił, który prawdopodobnie nie jednego zdenerwuje. W związku z tournee, jakie Dinamo Moskwa odbyło ostatnio po naszym kraju, grając z wieloma uznanymi drużynami, chciał napisać o futbolu ale nie po to żeby go wychwalać, jak czyni większość. Wprost przeciwnie. Powiedział że według niego futbol ma niewiele wspólnego z czystą grą i że " propaguje nienawiść, zazdrość, chełpliwość, pogardę dla wszelkich zasad oraz sadystyczną przyjemność z bycia świadkiem przemocy". Jestem kibicem Arsenalu i trochę zaskoczyło mnie to druzgocące stwierdzenie mojego pacjenta ale słuchałem jego słów z zainteresowaniem, ponieważ wiedziałem że niezwykły mówić, jeśli nie ma do powiedzenia nic ciekawego. To prawda że pobytowi sowietów w naszym kraju towarzyszyły kontrowersje, odkąd wylądowali na „Croydon”. Niektórzy spekulowali że wśród piłkarzy i sztabu drużyny znajdowali się również tajniacy z NKWD, przysłani przez samego Stalina. Ja wolałem myśleć że te mecze są dobrą wiadomością dla ludzi, którzy po tym wszystkim, co przeżyli w ostatnich latach zasługują na trochę rozrywki ale pan Orwell mnie poprawił: według niego te spotkania nie były zwykłymi sportowymi widowiskami, ponieważ szybko spowiło je silne uczucie wrogości żeby rozstrzygnąć, który z dwóch Narodów jest lepszy na boisku. " stało się jasne że jeśli ta wizyta miała wpłynąć jakoś na relacje brytyjsko-sowieckie, to tylko je pogorszyła", stwierdził, gasząc papierosa w popielniczce i natychmiast wyjmując paczki kolejnego. Powiedziałem że Dinamo też nie wydało mi się szczególnie sympatyczne ale w końcu rywal przyjeżdża na stadion nie po to żeby zapraszać go na filiżankę herbaty i ciastka. Mój zięć był na ich meczu z Arsenalem na White Heart Lane(Highbury wciąż jest wykorzystywany przez obronę przeciwlotniczą w celu obrony cywilów przed atakami powietrznymi) i to był prawdziwy wstyd. Pan Orwell poprosił mnie o więcej szczegółów. Panowała tak gęsta mgła że ledwie dało się dojrzeć co działo się na boisku. Nawet piłkarze się nie rozpoznawali. Kiedy jednak nasz trener George Allison zaproponował żeby przerwać mecz, sowieci nawet nie chcieli o tym słyszeć. Dla nich to było jak kolejny dzień na Syberii. Dacie państwo wiare że(jak pisano w relacjach) w przerwie chłodzili się, pijąc wódkę? Wygrali z nami różnicą jednego gola 4:3. Nie chcieli się do tego przyznać, powiedział mój zięć ale wykorzystując zerową widoczność przez prawie pół godziny grali w 12.

Pan Orwell słuchał opisu zdarzeń w milczeniu. Na jego twarzy Malowała się pewna satysfakcja, jak gdyby to wszystko tylko potwierdzało że miał rację. Nadmieniłem że Arsenałem, który został pokonany przez Dinamo w najmniejszym stopniu nie przypominał Arsenalu, który wszyscy znamy, ponieważ najwyraźniej większość jego gwiazd nie wróciła jeszcze z Armii a żeby ich zastąpić, trzeba było wziąć chłopaków z Cardiff, Queens Park Rangers, Fulham czy Blackpool. Zięć powiedział że ZSRR może sprzedawać fortel swojej drużyny jako historyczny wyczyn ale że dla angielskich kibiców to porażka nie ma absolutnie żadnego znaczenia. Na jednakowych zasadach i bez złamania przepisów jeszcze się okaże, czy ktoś będzie w stanie pokonać nas na placu gry. Kiedy skończyłem opowiadać, pan Orwell zmienił pozycję na krześle i spokojnym głosem zapytał czy nie uważam że opinię mojego zięcia warunkuje to że jest Anglikiem. „Zawsze się dziwię kiedy słyszę ludzi mówiących że sport zacieśnia więzi między narodami - ciągnął. - Na boisku w twojej wiosce, gdzie wybierasz swoich kolegów i nie pojawia się żadne poczucie patriotyzmu, można grać tylko dla rozrywki ale kiedy chodzi o prestiż, kiedy czujesz że ty i o wiele ważniejsze drużyna, do której przynależysz, okryje się hańbą w wypadku przegranej, budzą się najdziksze instynkty walki". Później skrzyżował ręce na piersi i z dumny uśmiechem na twarzy zapytał jakie tak naprawdę dostrzegam różnice między meczem piłkarskim a samą wojną. To pytanie mnie zaskoczyło. Jako że znajdowaliśmy się w szpitalu moja odpowiedź była oczywista: „Nie ma strzałów. To mało?". Szczerze powiedziawszy, moja replika trochę go zdziwiła. Teraz z niecierpliwością czekam na jego artykuł w gazecie żeby sprawdzić jak z tego wybrnął.

7

@FCBparasiempre
25 listopada 1923 r., Stadion Letna, Slavia Praga-Hakoah Wiedeń.

Tylko ty możesz mi wybaczyć. Jako jedyny potrafisz odróżnić kto zasługuje na twoje przebaczenie a kto nie, ponieważ nie istnieje ludzka moc porównywalna z boską. A jedyny sposób by je uzyskać, to wyspowiadać się przed tobą... Mam świadomość że to nie było w porządku. Korespondencja to coś bardzo osobistego. Intymnego. Nietykalnego. Przysięgam że próbowałam zwalczyć pokusę z całych sił ale nie mogłam tego zrobić i pewnego dnia zaczęłam czytać listy pana Kafki przed ich wysłaniem i niepostrzeżenie zaczęłam czytać także te, które otrzymywał. Od jego śmierci minęło wiele lat ale ciężar winy nie znika. To moja kara. Wiem że to żadna wymówka ale w tamtym czasie nie czułam się najlepiej. Przeprowadzka bardzo źle na mnie wpłynęła. Z dala od rodziny dni upływały mi szaro, wolno i smutno. Nie zdołały mnie rozweselić ani spacery nad brzegiem Dunaju, ani gwar Klosterneuburga, gdy miałam wolny dzień. Matka przestrzegała mnie, kiedy jej powiedziałam że będę towarzyszyć panience Dorze Diamant i jej partnerowi panu Franzowi Kafce. „Nie łatwo jest patrzeć na umierającego człowieka - powiedziała mi. - część ciebie też umiera razem z nim". Miała rację. Znała moje nieuleczalne skłonności wystawiać się na miejscu drugiej osoby. W dobrych i w złych chwilach, w zdrowiu a przede wszystkim w chorobie. Byłam służącą panienki Diamant. Do moich obowiązków należało przynoszenie posiłków i lekarstw panu Kafce a także dbanie o to by jego pościel zawsze była czysta i pachnąca, na wypadek gdyby śmierć dosięgła go w łóżku. Co za nonsens, prawda? Ale podobnie jak panienka Diamant czułam potrzebę towarzyszenia mu na końcu drogi. Pan Kafka był mężczyzną innym niż wszyscy. Miał duszę dziecka. Panienka Diamant opowiadała o pewnym zdarzeniu, do którego doszło podczas naszego pobytu w Steglitz. Pewnego dnia, w czasie jednego z ich długich spacerów po lesie „Grunewald” spotkali dziewczynke, która płakała, ponieważ zgubiła lalke. Żeby ją pocieszyć pan Kafka powiedział jej że lalka się nie zgubiła, gdyż wysłała do niego list, który trzymał w domu. Potem przez całą noc nie zmrużył oka, pisząc ten list, jakby to była powieść. Następnego dnia wręczył go dziewczynce. Lalka pisała w nim że wybrała się w podróż i opowiadała o swoich przygodach. Od tamtej pory pan Kafka codziennie pisał list a dziewczynka tak się wciągnęła że zapomniała o stracie, którą poniosła. Pan Kafka pisał je dotąd a że znalazł sposób by przestać, nie krzywdząc przy tym małej - lalka wyszła za mąż. Mnie przytrafiło się to samo z jego korespondencją... Wszystko zaczęło się w Steglitz pod koniec lata 1923 roku. Każdego dnia panienka Diamant przekazywała mi kilka listów, które miałem zanieść na pocztę. Były to listy do jego rodziców Julii i Hermana oraz siostry Valli. Do pisarzy i wydawców. Najbardziej lubiłam te, które pisał do siostry Ottli. Pan Kafka kochał ją najbardziej na świecie a ja zawsze pragnęłam mieć brata, który kochałby mnie tak samo mocno... Nauczyłam się je otwierać bez rozrywania koperty. Muszę wyznać że nie miałam żadnej radości z czytania tych pierwszych listów a to z powodu wstydu i winy, które mnie ogarniało ale mimo to nie mogłam przestać... To w jednym z listów do Ottli zaskoczyła mnie wzmianka o Hakoah, drużynie mojego ojca i mojej też. Jego szwagier Józef Dawid prosił żonę by przekazała panu Kafce że Hakoah pokonał 5:0 angielski West Ham. Doskonale pamiętam datę tego listu: 5 września 1923 roku, 2 dni po meczu. Mój ojciec był ogromnie dumny: „Pierwsza zagraniczna drużyna, która pokonała ich na brytyjskiej ziemi! - krzyczał do mnie przez telefon. Córeczko, przeszliśmy do historii!". Pan Kafka nie był tak entuzjastyczny ale błyszczały mu oczy, kiedy o tym czytał. Pamiętam też list do Ottli z 3 października, w którym napisał: Może futbol się teraz skończy". Z typową dla siebie subtelną ironią pan Kafkaka wyjaśnił że czytał w "Selbstwehr", syjonistycznej gazecie wydawanej w Pradze że profesor Vogel znowu zaatakował futbol w serii artykułów zatytułowanych „Walka z epidemią piłki nożnej". Jak miał się teraz skończyć futbol, skoro Hakoah wygrywał! Skoro pokonaliśmy Mistrzów! Jednakże w połowie grudnia pan Kafka musiał napisać do swojego szwagra i Józefa Dawida, sympatyka Slavii, z gratulacjami po kolejnym zwycięstwie jego drużyny nad naszą. Przegraliśmy dwa razy z rzędu. Najpierw 9 września 0:1 w Wiedniu. Drugą porażkę, znacznie boleśniejszą ponieśliśmy 25 listopada w Pradze ulegając 2:4. Rozsierdzony ojciec opowiadał mi przez telefon że przegraliśmy z powodu niesłusznego wyrzucenia z boiska naszego obrońcy Nemesa w pierwszej połowie. „Pan Herites to najgorszy sędzia jakiego widziałem w całym życiu!"- krzyczał.

Odkąd się dowiedziałam że pan Kafka lubi futbol zaczełam opowiadać mu o Hakoah żeby zwrócić jego uwagę, gdy podawałam mu jedzenie albo lekarstwa. „Mój ojciec mówił że był dumny z bycia Żydem tylko kilka razy, właśnie po zwycięstwach Hakoah", powiedziałam mu pewnego dnia. „Człowiek jest zbudowany ze sprzeczności - odparł. - Jestem Niemcem wśród Czechów. Żydem wśród Niemców a wspieram klub austriacki, nasz Hakoah". W następnym roku stan jego zdrowia się pogorszył. Trafił do sanatorium Wienerwald w Pradze a później do szpitala w Wiedniu, gdzie leczono mu gruźlicę krtani ale poprawa była nieznaczna. Ostatnie miesiące spędził przykuty do łóżka w sanatorium w Kierling. Pamiętam słoneczny balkon jego pokoju i to, jak nasilały się skurcze żołądka, migreny i bezsenność. Pociemniały mu oczy i bardzo schudł. Doktor Klopstock przybył żeby się nim zajmować, kiedy pan Kafka już całkiem stracił głos. Zamiast mówić, pisał więc na kartkach, które przeglądałam, kiedy on i panienka Diamant odpoczywali. Ona nie odeszła od jego łóżka ani na jeden dzień... Nigdy nie zapomnę daty jego śmierci: 3 czerwca 1924 roku. To była straszna noc. Nawet lód przykładany do gardła nie przynosił mu ukojenia... Bardzo żałowałam że pan Kafka nie mógł zobaczyć jak HAKOAH zdobył tytuł mistrza Austrii rok później. Po golu Aleksandra Fabiana cieszyłby się tak samo jak mój ojciec. Bramkarz, który kończy mecz jako środkowy napastnik, bo złamał sobie rękę i strzela gola na wagę tytułu! Na pewno pisałby o tym golu w listach! Ale miał też szczęście że nie doczekał Holokaustu i że nie oglądał śmierci sióstr z rąk nazistów, ani uwięzienia swojej ukochanej Mileny... Po śmierci, kiedy opublikowano jego listy, przeczytałam je wszystkie. Te zaadresowane do Felice i Mileny. Przejmujący list do ojca. W jakiejś mierze wszyscy staliśmy się wścibskimi czytelnikami listów Kafki, nieprawdaż? Ale to też nie przynosiło mi ulgi. Z tych listów poznałam jego przeszłość: lata spędzone jako urzędnik w Praskim zakładzie ubezpieczeń, bezsenne literackie noce, nagrody za poprawę statusu zatrudnienia robotników, fatalne relacje z ojcem, lektury, syjonizm, gruźlica. Były niesamowicie interesujące. Niczym powieść w odcinkach z dramatycznymi zwrotami akcji i strasznym zakończeniem. Płakałam, cierpiałam, cieszyłam się. Żyłam i poznałam osamotnionego mężczyznę, który kochał jak nikt, nie wiedząc czym jest miłość. „Piszę inaczej niż mówię, mówię inaczej niż myślę, myślę inaczej niż powinienem"- Franz Kafka, „Koszmar rozumu". Kiedy przeczytałam to zdanie, dostałam gęsiej skórki. Człowiek i jego sprzeczności... Niektóre spotkania towarzyszą ci przez resztę dni a to spotkanie towarzyszy mi zawsze, kiedy odwiedzam jego grób na nowym cmentarzu żydowskim. Tam klękam i całym sercem proszę go o wybaczenie.

Miguel Angel Ortiz

11

Wyjątkowy rekord ,,La Pulgi”:

25 listopada 2014 r. FC Barcelona pokonała na wyjeździe Apoel Nikozja 4:0 w fazie grupowej Ligi Mistrzów. Hattrickiem w tym meczu popisał się Lionel Messi, który jednocześnie pobił rekord Ligi Mistrzów należący wówczas do Raula Gonzaleza(71 goli).

Spójrzmy:



@Sysia11
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360

12

Golazo!

25 listopada 2006 r. Ronaldo de Asis Moreira strzelił czwartego gola w meczu z Villareal, lecz za to jakiego!? ,,Nastawiałem się na to żeby przyjąć piłke i strzelić ale zauważyłem zbliżającego się obrońcę, odwróciłem się więc aby chronić piłke. Futbolówka znalazła się na idealnej wysokości do wykonania przewrotki, więc tego spróbowałem”- tak Brazylijczyk opisywał sytuacje, w której przyjął piłke na klatke piersiową tyłem do bramki i w ekwilibrystyczny sposób umieścił ją w bramce ustalając wynik spotkania na 4:0.

Stadiony świata:



@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

10

Blaugrana w Lidze Mistrzów:

25 listopada 1999 r. FC Barcelona remisuje na Camp Nou z Manchesterem United 3:3 w ramach fazy grupowej Ligi Mistrzów. Już w pierwszej minucie na prowadzenie wyprowadził gospodarzy Sony Anderson. Pozostałe 2 gole dla Barçy strzelił Rivaldo. Zwłaszcza ten ostatni gol dla gospodarzy był bardzo ważny, ponieważ dał FC Barcelonie remis 3:3.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

0

@Bobo25 A ja bym niechciał, gdyż ta kaszana jest tylko i wyłącznie napychaniem sobie kasy w kieszenie, zwłaszcza przez pana Kulesze. Nienawidze czegoś takiego, jak granie dla kasy a nie dla ojczyzny!

0

@FcPortoFan1999 Owszem, jest zmieniony ale nie na tyle żeby godnie zaprezentować się w fazie grupowej mundialu a już napewno nie na wyjście z grupy...

1

@Bobo25 Widziałeś w jaki sposób awansowali na Euro i jak się tam zaprezentowali? Bez komentarza

7

Duma Katalonii w europejskich pucharach:

25 listopada 1959 r. FC Barcelona pokonuje na Camp Nou AC Milan 5:1(!) w rewanżowym meczu 1/8 Pucharu Mistrzów Klubowych i melduje się w ćwierćfinale. Gole dla Barçy zdobyli: Eulogio Martinez(10 m.), Segarra(19 m.), Kubala(32 i 69 m.) oraz Czibor(65 m.)

@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AxelF
@Adran360

1

@Bernard777 Pomijając kwestie tego wyniku, to powiem tak: jeśli chodzi o poziom, jaki należy zaprezentować na mundialu, to nasza reprezentacja jest patałachem i partaczem w jednym. Ja bym ich na żadne mistrzostwa nie wysyłał! Przyniosą tylko wstyd i tyle!

11

Feliz cumpleaños panie Lopez!

Swoje 23 urodziny obchodzi dziś bardzo lubiany przez nas Pedro Gonzalez Lopez, znany wszystkim jako Pedri.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

0

Komentarz usunięty przez użytkownika

7

Legendarne postacie futbolu:

24 listopada 1874 r. W São Paulo urodził się Charles William Miller, syn szkockiego inżyniera kolejowego i Brazylijki. Jego matka, Carlota Fox, była potomkinią wybitnej brytyjskiej rodziny z São Paulo. Kiedy Charles miał dziewięć lat, jego rodzice postanowili wysłać go do Anglii na studia, tak jak wiele brytyjskich rodzin ekspatriantów w tamtym czasie. Wsiadł na statek z Santos, małego portu w São Paulo, i przybył do Southampton, tętniącego życiem miasta na południu Anglii. Tam zapisał się do Bannister Court School, elitarnej instytucji, która realizowała program nauczania wiktoriańskiego. Wyróżniał się w sporcie, szczególnie w krykiecie i piłce nożnej. Dołączył do lokalnych drużyn Corinthians i St. Mary's (obecnie Southampton FC) i rozwinął swoje umiejętności jako napastnik i skrzydłowy. Poznał również zasady i przepisy Hampshire Football Association, które później wykorzystał do wprowadzenia piłki nożnej do Brazylii. W 1894 roku Charles wrócił do Brazylii, niosąc w walizce piłkę nożną, pompkę do piłek i podręcznik zasad Hampshire FA. Chciał dzielić się swoją miłością do gry z przyjaciółmi i współpracownikami w São Paulo. Założył São Paulo Athletic Club (SPAC), jeden z najstarszych klubów sportowych w Brazylii, i stworzył w nim dział piłki nożnej. Nauczał zasad i technik gry grupę młodych mężczyzn, głównie brytyjskich ekspatriantów i brazylijskich elit, którzy zostali pierwszymi piłkarzami w Brazylii. Zorganizował również pierwszy oficjalny mecz piłkarski w Brazylii, pomiędzy SPAC a Gas Company, innym klubem założonym przez brytyjskich pracowników. Mecz odbył się 14 kwietnia 1895 r. na Várzea do Carmo, skrawku ziemi w pobliżu stacji kolejowej. Charles strzelił dwa gole i poprowadził SPAC do zwycięstwa 4-2. Nie poprzestał na tym. Postanowił przekształcić nieformalne gry w poważniejsze rozgrywki i założył Liga Paulista de Foot-Ball (LPF), pierwszą ligę piłkarską w Brazylii. Zaprosił również inne kluby do przyłączenia się do ligi, takie jak Mackenzie College, Germânia, Internacional i Paulistano. Był gwiazdą SPAC i wygrał trzy pierwsze edycje LPF w 1902, 1903 i 1904 roku. Strzelił 37 goli w 53 meczach i został najskuteczniejszym strzelcem ligi w 1904 roku. Grał także w drużynie stanowej São Paulo i reprezentował Brazylię w dwóch nieoficjalnych meczach przeciwko Argentynie w 1914 roku.

Charles William Miller jest powszechnie uważany za ojca futbolu w Brazylii, ponieważ był pionierem, który wprowadził i spopularyzował tę grę w kraju. Przyczynił się również do rozwoju i rozpowszechnienia tego sportu, tworząc kluby, ligi i turnieje, a także jako trener i sędzia. Wpłynął na styl i kulturę brazylijskiej piłki nożnej, wnosząc korynckiego ducha fair play, amatorstwa i elegancji. Zachęcał również do udziału Brazylijczyków z różnych klas społecznych i środowisk etnicznych, przełamując bariery elitaryzmu i rasizmu, które początkowo otaczały tę grę. Był świadkiem rozwoju i sukcesu brazylijskiej piłki nożnej, od jej skromnych początków do pierwszego tytułu Mistrzostw Świata w 1958 r. Zmarł w 1953 r. w wieku 78 lat w São Paulo. Został uhonorowany przez Brazylijską Konfederację Piłki Nożnej, która nazwała trofeum „Campeonato Brasileiro”, ligi krajowej, jego imieniem. Jest legendą tego sportu i symbolem więzi, jaką piłka nożna może stworzyć między ludźmi i narodami.

@Adran360
@AxelF
@Bernard777
@Comentateiro
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

7

@FCBparasiempre
Po debiucie na Mistrzostwach Świata w 1938 roku piłkarska reprezentacja Polski czekała na kolejny udział w światowym czempionacie aż 36 lat. W 1957 roku, po legendarnym zwycięstwie 2:1 nad Związkiem Radzieckim na Stadionie Śląskim, wydawało się, że Biało-Czerwoni będą w stanie wywalczyć awans na Mundial w Szwecji. Nadzieję Polaków pogrzebał dodatkowy mecz z ZSRR na neutralnym terenie w Lipsku, którego bohaterem, w niebywały sposób, został Eduard Strielcow. Po ogłoszeniu gospodarza szóstej edycji Mistrzostw Świata, 55 drużyn wyraziło chęć udziału w turnieju. O jedno z 14 wolnych miejsc musiały zmierzyć się w eliminacjach. Szwecja, jako organizator, i RFN, jako panujący mistrz, miały zaklepane miejsca na Mundialu bez konieczności kwalifikacji. W strefie europejskiej do obsadzenia było 9 miejsc, o które walczyło 27 drużyn. Zostały podzielone, co logiczne, na dziewięć grup po trzy zespoły. Polska trafiła do grupy szóstej z Finlandią i Związkiem Radzieckim. Od początku było jasne, że Skandynawowie będą dostarczycielami punktów, a o awans powalczymy z „Wielkim Bratem”. Ten pokazał nam miejsce w szeregu już w pierwszym starciu, wygrywając w Moskwie 3:0. Dwa tygodnie później w Helsinkach Biało-Czerwoni wygrali z Finlandią 3:1. W tym samym mieście gracze ZSRR roznieśli gospodarzy aż 10:0(!) i w październiku 1957 roku przyjechali do Chorzowa po zapewnienie sobie biletów do Szwecji. Mecz w Kotle Czarownic miał wymiar polityczny. Cieszył się tak wielkim zainteresowaniem, że nawet gdyby na obiekt mogło wejść pół miliona osób, zapewne odnotowalibyśmy komplet publiczności. Miejsc było znacznie mniej, przez co ostatecznie pojawił się nadkomplet, blisko 100 tys. fanów. Obejrzeli znakomite zawody, zakończone historycznym zwycięstwem Polaków 2:1. Oba gole dla Biało-Czerwonych zdobył rodowity Chorzowianin, Gerard Cieślik. Zwycięstwo Biało-Czerwonych bardzo urozmaiciło sytuację w tabeli naszej grupy. Na koniec rozgrywek mieli tyle samo punktów co ZSRR. Wówczas nie istniała reguła lepszego bilansu w meczach bezpośrednich czy stosunku bramek strzelonych do straconych. Zamiast tego musiało dojść do dodatkowego meczu na neutralnym terenie. Wybór przedstawicieli UEFA padł na Lipsk.

24 listopada 1957 roku miało się rozstrzygnąć, czy na Mistrzostwa Świata wraca Polska po 20 latach nieobecności, czy Rosjanie, dla których byłby to debiut na imprezie tej rangi. Nasi przeciwnicy szczególną uwagę zwrócili na szalejących miesiąc wcześniej Cieśliku i Lucjanie Brychczym. Polacy od początku spotkania prowadzili grę, zdobywając optyczną przewagę. Po kilku minutach jeszcze bardziej zawiało optymizmem. Znakomity napastnik ZSRR, Eduard Strielcow, padł na murawę po pojedynku z jednym z naszych obrońców. Wówczas zmiany zawodników były niedozwolone. Przy kontuzji piłkarz miał dwie możliwości: zejść z boiska i osłabić swój zespół lub pozostać na murawie i przynajmniej statystować. „Rosyjski Pele”, jak później ochrzczono Strielcowa, ledwo chodził, a mimo to wybrał tę drugą opcję. Piłkarze reprezentacji Polski rozmawiali z nim, śmiejąc się, że dzięki niemu grają w dwunastu. Jego stan był na tyle poważny, że odpuścili jego krycie, podejrzewając, że nawet przyjęcie piłki będzie dla niego nie lada bolesnym wyzwaniem. I niestety się przeliczyli. Chytry napastnik Torpedo Moskwa pod pretekstem kontuzji wyczekiwał swojej szansy. Ta nadarzyła się w 31. minucie. Nagle cudownie wyzdrowiał, na pełnej prędkości ruszył w kierunku bramki Tomasza Stefaniszyna i bardzo mocnym strzałem, po którym piłka odbiła się od poprzeczki i pleców polskiego golkipera, wyprowadził swoją ekipę na prowadzenie. Polacy byli totalnie zdezorientowani i zaskoczeni tym, jak łatwo dali się oszukać. Już się nie podnieśli. Na kwadrans przed końcem spotkania Gienrich Fiedosow trafił na 2:0 i to Rosjanie wywalczyli awans na Mundial. Strielcow w rosyjskim futbolu jest niestety postacią tragiczną. W 1957 roku był zaledwie 20-latkiem, a już miał status mega gwiazdy. Grał w swoim ukochanym klubie, Torpedo Moskwa. Przed Mistrzostwami Świata w Szwecji dostał nakaz jego opuszczenia i dołączenia do zarządzanej przez państwowe wojsko CSKA lub będącego w posiadaniu Komitetu Bezpieczeństwa Państwowego Dinama. Jednej i drugiej stronie stanowczo odmówił, czym wydał na siebie wyrok. Wysoko postawieni oficerowie i oficjele poczuli się zlekceważeni jego decyzją, zatem zakazali mu gry w narodowych barwach. O Mundialu musiał więc pomarzyć. Jakby tego było mało, młoda Rosjanka, Marina Lebiediewa, oskarżyła go o gwałt. Choć nie było żadnych dowodów w tej sprawie, Strielcow został skazany na 12-letni pobyt w łagrze. Łatwo się domyślić, że cała sprawa została wyimaginowana tylko po to, by zawodnik zdał sobie sprawę, komu odmówił. Z ciężkiego obozu pracy przymusowej wyszedł wcześniej, po pół tuzinie lat odsiadki. Wrócił do piłki, a nawet do reprezentacji ZSRR. Nadal był wierny Torpedo, które w 1965 roku poprowadził do Mistrzostwa Rosji. Zmarł dzień po swoich 53. urodzinach na raka gardła. Jest uznawany za jednego z najlepszych rosyjskich piłkarzy w historii. Nigdy nie dowiemy się, ile mógł osiągnąć, gdyby nie wpływ polityki na piłkę nożną.

6

Oto jak cwany Strielcow pozbawił ,,nas” udziału w Mundialu 1958:

@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@AxelF
@Adran360

10

Wspaniałe legendy argentyńskiego futbolu:

24 listopada 1912 r. urodził się argentyński napastnik Vicente Zito, zwany hafciarką. W rzeczy samej haftował na murawie tak misterny Esy floresy że najsubtelniejsze brabanckie mistrzynie robótek ręcznych spłonęłyby ze wstydu. Miała wprawdzie Argentyna dryblerów wielu ale... Ale trzeba dać wiarę największemu spośród ekspertów, legendarnemu Diego Lucero czyli Luisowi Alfredo Sciutto, niekwestiowanemu autorytetowi dziennikarskiemu. Ten człowiek widział i wiedział wszystko o futbolu na nowym lądzie. Na pytanie kto był najlepszym dryblerem w historii argentyńskiego futbolu odparł: ,,Było wielu fantastycznych mistrzów kiwki: Enrique Garcia, De la Mata, Moreno, Loustau, Mendez... Ale nikt nie dorównywał w tym kunszcie Zito, który wręcz hipnotyzował bezradnych obrońców wiążąc im nogi w supeł. To była prawdziwa sztuka a on był największym artystą". Jednak niezwykłe finty Zito przynosiły także całkiem wymierne efekty. Podczas ligowych występów w klubach Quilmes, Racing i Atlanta w latach 1931-47 osobiście nastrzelał 106 goli. Jak prawie każdy geniusz, również i Zito miewał swoje nastroje i chimery, toteż niekiedy zastępował go Diego Garcia, wraz ze skrzydłowym Arturo Arieta tworzący na co dzień zgraną parę w San Lorenzo.

@Adran360
@AxelF
@Bernard777
@Gary
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Sysia11

0

@daniel32778 No trudno się z tobą nie zgodzić, jednak z drugiej strony Luis Suarez pozostanie jednym z najlepszych strzelców w historii FC Barcelony, jakbyśmy na to nie patrzyli...

2

@Bernard777 Zgadza się, jednak wyeliminował nas przekrętem przez sędziego i to w obydwu meczach!

11

Azulgrana na „6-tke”:


Dokładnie 10 lat temu, po niesamowitym zwycięstwie 0:4 na Santiago Bernabéu, FC Barcelona kontynuowała dobrą passę, rozgromiwszy we wtorek AS Romę na Camp Nou, wygrywając 6:1 i zapewniając sobie pierwsze miejsce w grupie a tym samym awans do kolejnej rundy. Zdobywcy potrójnej korony z zeszłego sezonu powitali w składzie Lionela Messiego, ale Barça nie powitała gości z Serie A z entuzjazmem, pokonując ich w przekonujących zwycięstwach, dzięki bramkom Luisa Suareza (2), Lionela Messiego (2), Gerarda Pique i Adriano Correi. El Clasico trwało; tak prawdopodobnie Luis Enrique przedstawił ten mecz swoim zawodnikom i sądząc po naszej grze, podtrzymaliśmy to przekonanie. Barcelona dominowała w pierwszej połowie pod względem posiadania piłki (oczywiście), ale również utrzymywała Romę na własnej połowie dzięki fantastycznemu pressingowi, który okazał się skuteczny dzięki dwóm błyskawicznym bramkom Luisa Suareza i Lionela Messiego. Zrób sobie przysługę i obejrzyj gola Messiego, bo, kurczę, to może być najlepsza akcja drużynowa stulecia. Po tym intensyfikacja nieco opadła, gdy Barca zdała sobie sprawę, że prawdopodobnie ma już trzy punkty zapewnione, co zachęciło Romę do ataku, choć bez większych efektów. W rzeczywistości, jedyne, co udało im się osiągnąć, to rozwścieczyć Blaugranę, która przed przerwą przechyliła szalę zwycięstwa na swoją korzyść, strzelając trzeciego gola – swojego drugiego tego wieczoru – Luisa Suareza. W przerwie wprowadzono Sergiego Sampera (hurra!), a Barcelona kontynuowała grę niczym drużyna nadludzkich potworów (podwójne hurra!). Lionel Messi dorzucił swoją drugą bramkę i zaprosił do gry kilku innych. To doprowadziło do zdobycia gola przez Gerarda Pique (nawet jeśli, jak na jego gust, z kilkudniowym opóźnieniem), a Adriano, szóstym golem Barcelony, przypomniał nam o swojej dalszej obecności w drużynie. Obie drużyny (Neymar i Džeko) nie wykorzystały rzutów karnych, zanim Edin Džeko zrehabilitował się, zdobywając honorowego gola w końcówce, ale wówczas szkody już zostały wyrządzone, a drużyna Luisa Enrique rzuciła rękawicę reszcie świata: „Kiedy igra się z ogniem, trzeba się poparzyć. Właśnie graliśmy z dwoma świetnymi drużynami, obie z łatwością plasujące się w czołowej piętnastce w Europie i strzeliliśmy dziesięć goli! Ta drużyna jest po prostu niesamowita.


FC Barcelona: ter Stegen; Alves, Piqué (Bartra), Vermaelen, Alba; Busquets (Samper), Rakitić, Roberto (Adriano); Messi, Suárez, Neymar Gole: Suárez (15', 44'), Messi (18', 59'), Pique (56'), Adriano (77')


Roma: Szczęsny; Maicon, Manolas, Rudiger, Digne; Keita, Nainggolan (Iturbe), Pjanić (Ucan); Iago, Florenzi (Vainqueur); Dżeko


Gol: Džeko (90')


@Sysia11
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360

1

No to teraz jestem bardzo ciekaw jak nam pójdzie konfrontacja na Estadio Manuel Martínez Valero z "Los Franjiverdes"? I to bez względu na forme obydwu drużyn. Kiedy to gramy z nimi rewanż? W styczniu czy zw lutym?

2

@Marusek No ja gdybym wybierał to zdecydowanie Obcy decydujące starcie ale na przykład Prometeusz też zrobił na mnie duże wrażenie...

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?