FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
0
@JordiAlbion Dlatego mówie że jak przejdziemy Albanie to będzie z górki. Ale sam mundial to już zupełnie inna bajka...
2
Odnośnie losowania baraży to powiem tak: Jeśli jakimś cudem przejdziemy Albanię(co w dzisiejszych czasach będzie bardzo trudne) to w finale czeka na nas przeciwnik, który zdecydowanie lepiej nam leży i osobiście uważam że wtedy awansujemy na mundial, zwłaszcza że owy półfinał da nam przysłowiowego kopa. Natomiast obecna jakość kadry jest delikatnie mówiąc bardzo przeciętna i nie predystynuje nas do grania nawet w fazie grupowej mundialu. Czy w marcu będzie zdecydowana poprawa? Ciężko wyrokować ale poprawa musi być znaczna, gdyż na mundial nie jedzie się na wycieczke i zagranie trzech meczów grupowych, tylko co najmniej po wyjście z grupy. Mam wrażenie że pan Kulesza czeka wyłącznie na awans(czytaj pieniążki od FIFA) i tylko to się dla niego liczy...
10
Derby Barcelony:
20 listopada 1921 r. FC Barcelona rozgromiła w derbach Barcelony Espanyol 9:0(!) w ramach Mistrzostw Katalonii. Aż 5 goli w tym meczu strzelił genialny snajper Josep Climent Gracia. Hattrickiem popisał się legendarny Paulino Alcantara a jednego gola zdobył Vicenç Martinez. W końcowym rozrachunku FC Barcelona sięgnęła po raz 10-ty po mistrzostwo Katalonii. Królem strzelców zostali równocześnie Paulino Alcantara i Josep Climent Gracia, którzy strzelili po 19 goli każdy.
@Adran360
@AxelF
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
10
@FCBparasiempre
19 listopada 1965 r. urodził się Laurent Blanc, obrońca. Francja to kraj, który doczekał się wielu wspaniałych piłkarzy. Jej barwy reprezentowali tacy zawodnicy jak Zinedine Zidane, Michel Platini czy Didier Deschamps. Należeć do grona najlepszych francuskich futbolistów to duża sztuka. Na takie miano z pewnością zasługuje Laurent Blanc. Dziś opowiemy historię 97-krotnego reprezentanta, mistrza świata i mistrza Europy. Pierwszym klubem w jego karierze było Montpellier HSC. W 1987 roku Blanc doczekał się sukcesu, wygrywając z zespołem rozgrywki Ligue 2 i awansując do najwyższej klasy rozgrywkowej. Trzy lata później przyszedł czas na jeszcze większe osiągnięcie. Klub z południa Francji wywalczył puchar kraju. W finale okazał się lepszy po dogrywce od RC Paryż. W 1991 roku Blanc zdecydował się na odejście zagranicę. Trafił do Włoch. W barwach Napoli miał okazję występować na boisku ze słynnym Diego Armando Maradoną. Wiele więcej o jego pobycie pod Wezuwiuszem napisać nie można. Nie był to dla niego udany czas. Po zaledwie sezonie wrócił do ojczyzny, stając się zawodnikiem Nimes Olympique. Szybko przeniósł się do AS Saint-Etienne – klubu mającego dużą markę, ale największe sukcesy już za sobą. Blanc czarował tam świetną grą, co wpłynęło na kolejną przeprowadzkę. Pozostał we Francji, ale zawitał do klubu mającego większe ambicje. Był rok 1995. Owym klubem było AJ Auxerre. Nie były to ambicje na wyrost. Blanc sięgnął z tym klubem po pierwsze w karierze mistrzostwo Francji. Miał także przyjemność po raz drugi w życiu podnieść krajowy puchar. ,,FC Barcelonę pokochałem od pierwszego wejrzenia. Gdy zobaczyłem Camp Nou stałem oczarowany: ogromem, historią i „zapachem” wielkiego futbolu. Jego zupełnie niespotykaną wcześniej bliskością. Czułem się jak w jakimś kościele, a raczej bazylice. To była świętość jedyna w swoim rodzaju”– tak we wstępie do publikacji „Wielkie kluby Europy. FC Barcelona” Michała Zaranka pisał Dariusz Tuzimek. Tak samo w sezonie 1996/1997 miał okazję poczuć się opisywany w tym tekście francuski obrońca. Właśnie wówczas dołączył do grona zawodników „Dumy Katalonii”. Stał się piłkarzem jednego z najsłynniejszych klubów świata. Nie dorobił się miana ikony hiszpańskiego klubu, ale mógł unieść głowę jako dumny zdobywca Pucharu Króla oraz Superpucharów Hiszpanii i Europy. Na tym jednak zakończyła się lista jego sukcesów odnoszonych w koszulce „Blaugrana”. Blanc znów powrócił do Francji. Tym razem wkroczył do największego klubu w historii swojej ojczyzny – Olympique Marsylia. W 1999 roku odniósł jeden z największych sukcesów na klubowej arenie międzynarodowej. Dotarł z marsylczykami do finału Pucharu UEFA, gdzie jednak musiał uznać wyższość AC Parma. Włoskich akcentów w jego biografii jest zdecydowanie więcej, bowiem po okresie spędzonym na Stade Velodrome, ponownie zawitał do Italii. Po tym, jak próbował podbić Neapol, tym razem rozgościł się w Mediolanie. Grał w barwach Interu do 2001 roku, po czym przeprowadził się na wyspy. Zasilił Manchester United. To właśnie tam zakończył zawodniczą karierę. Zrobił to w pięknym stylu, bowiem w 2003 roku sięgnął po mistrzostwo Anglii. Dla „Czerwonych Diabłów” trafiał czterokrotnie, z czego trzy bramki zdobył w rozgrywkach Ligi Mistrzów. Po tym jak dołożył swoje trzy grosze do mistrzostwa kraju w sezonie 2002/2003, postanowił zawiesić buty na kołku. Wkrótce miała zakończyć się jego kariera trenerska. O tym jednak za chwilę. Piękniejszym rozdziałem w piłkarskim życiu naszego bohatera jest z pewnością kariera reprezentacyjna. W klubowej, którą i tak należy uznać za przyzwoitą, nawet nie zbliżył się do tego, co osiągnął z kadrą. Już w 1988 roku wygrał razem z kolegami mistrzostwa Europy U-21. Uznano go nawet za najlepszego zawodnika tego turnieju. Była to jednak tylko zapowiedź tego, co miał wywalczyć w przyszłości. Dekadę po sukcesie w młodzieżowym Euro, przyszedł czas na zdobycie tego, co dla każdego piłkarza najcenniejsze. Dokonał tego przed oczami liczących na to z całego serca rodaków. W 1998 roku Francja była gospodarzem mistrzostw świata. Oczekiwania w stosunku do gospodarzy były duże, mimo że ich trener – Aime Jacquet podjął kilka kontrowersyjnych decyzji, rezygnując z niektórych wielkich gwiazd. W kadrze na mundial nie znaleźli się tacy zawodnicy jak Eric Cantona, David Ginola i Jean-Pierre Papin. Blanc mógł liczyć na przychylność selekcjonera, dzięki czemu dostąpił zaszczytu gry w turnieju o miano najlepszej reprezentacji globu.
W fazie grupowej „Trójkolorowi” odnieśli trzy zwycięstwa, kolejno nad Republiką Południowej Afryki, Arabią Saudyjską i Danią. W 1/8 finału trudne warunki postawił im Paragwaj. O awansie gospodarzy zadecydowała bramka Blanca. Był to tzw. „złoty gol”, strzelony w dogrywce. Francuski stoper stał się tym samym pierwszym zdobywcą tego typu bramki. Nigdy wcześniej „golden goal” nie padł na mundialowych arenach. W ćwierćfinale Francuzi po rzutach karnych pokonali karnych Włochów. Po meczu półfinałowym również mieli powody do radości, jednak w przypadku Blanca była to radość tylko połowiczna. Wprawdzie jego zespół wygrał 2:1, ale obrońca otrzymał czerwoną kartkę, która wyeliminowała go z gry w finale przeciwko Brazylii. Losy najważniejszego turniejowego starcia są znane większości fanów futbolu. Francja wygrała 3:0, dzięki czemu dłonie Blanca mogły spocząć na najważniejszym pucharze w piłkarskim świecie. Blanc pojechał też na kolejny duży turniej. W 2000 roku znalazł się w kadrze walczącej o medal mistrzostw Europy w Belgii i Holandii. Już w pierwszym meczu strzelił gola, przyczyniając się do zwycięstwa nad Danią 3:0. W kolejnych spotkaniach nie trafiał do siatki, ale Francuzi po wygranej nad Czechami i porażce z Holandią awansowali do dalszej fazy. W ćwierćfinale „trójkolorowi” okazali się lepsi od Hiszpanów, a w rywalizacji o finał pokonali po dogrywce Portugalczyków. W dramatycznym meczu o złoto byli o włos lepsi od Włochów. Laurent Blanc święcił kolejny triumf z reprezentacją. Po mistrzostwach zakończył grę w narodowych barwach. Zaliczył w nich aż 97 występów. Został zapamiętany nie tylko z wielkich meczów i dużych sukcesów, ale również ze słynnego gestu całowania przed każdym meczem łysej głowy legendarnego bramkarza Fabiena Bartheza. Siedem lat po zdobyciu mistrzostwa Europy, Blanc wszedł do trenerskiego świata. Został szkoleniowcem Girondins Bordeaux. Zdołał wywalczyć z tym klubem mistrzostwo Francji. W 2010 roku dostąpił zaszczytu prowadzenia reprezentacji. Pojechał z nią na rozgrywane w Polsce i na Ukrainie mistrzostwa Europy. Jego podopieczni wiele tam nie ugrali, zatrzymując się na ćwierćfinale, w którym lepsza była Hiszpania. Po turnieju były obrońca podał się do dymisji. Po roku przerwy w trenerskiej przygodzie objął najmocniejszy klub w kraju – Paris Saint-Germain. Był to czas wielkich sukcesów na arenie krajowej. Ze stołecznym zespołem Blanc aż trzy razy wygrał rozgrywki Ligue 1. Dwa razy cieszył się z Pucharu Francji. Pod jego wodzą klub wzbogacił gablotę o trzy Puchary Ligi Francuskiej i tyle samo krajowych superpucharów. Do końca nie można jednak uznać paryskiego etapu, zakończonego w 2016 roku, za w pełni udany. Zabrakło bowiem sukcesów międzynarodowych, a wszyscy doskonale wiedzą jak duże są ambicje bogatego PSG. Po skończeniu przygody z najlepszym obecnie krajowym klubem Blanc odpoczywa od pracy szkoleniowca. Wiele jednak wskazuje na to, że nie powiedział ostatniego słowa. ,,Po trzech latach w Paryżu musiałem odpocząć. Jestem z tego powodu bardzo szczęśliwy, gdyż interesują mnie także inne sprawy niż futbol”– powiedział Blanc. Być może nasz bohater spróbuje sił za granicą. W ojczyźnie osiągnął bowiem już wszystko. Sam zapowiada, że marzy o podjęciu pracy w innym kraju: ,,Mam pewne wymagania względem siebie. Chciałbym udowodnić, że stać mnie na trenowanie za granicą”. Laurent Blanc jest piłkarzem spełnionym. Miał okazję grać w najmocniejszych klubach Europy i sięgać po najcenniejsze trofea. Uszczęśliwiał rodaków, dając im sukcesy, o jakich od wielu lat marzyli. W pracy trenerskiej też może pochwalić się pierwszymi osiągnięciami. Być może to właśnie jako trener dopisze kolejny rozdział w swoim piłkarskim życiu. Bez względu na to czy tak się stanie, mistrz świata i Europy już teraz ma zagwarantowane miejsce wśród legend futbolu.
Osiągnięcia klubowe:
Montpellier HSC:
1 x Puchar Francji (1990)
AJ Auxerre:
1 x mistrzostwo Francji (1996)
1 x Puchar Francji (1996)
FC Barcelona:
1 x Puchar Hiszpanii (1997)
1 x Superpuchar Hiszpanii (1996)
Zwycięstwo w Pucharze Zdobywców Pucharów (1997)
Manchester United:
1 x mistrzostwo Anglii (2003)
Osiągnięcia Reprezentacyjne:
Złoty medal młodzieżowych mistrzostwo Europy (1988)
Złoty medal mistrzostw świata (1998)
Złoty medal mistrzostw Europy (2000)
Osiągnięcia trenerskie
Girondins Bordeaux:
1 x mistrzostwo Francji (2009)
1 x Puchar Ligi Francuskiej (2009)
2 x Superpuchar Francji (2008, 2009)
Paris Saint-Germain:
3 x mistrzostwo Francji (2014, 2015, 2016)
2 x Puchar Francji (2015, 2016)
3 x Puchar Ligi Francuskiej (2014, 2015, 2016)
3 x Superpuchar Francji (2013, 2014, 2015)
Osiągnięcia Indywidualne:
1 x najlepszy piłkarz Mistrzostw Europy U-21 – 1988
1 x najlepszy piłkarz roku we Francji – 1990
3 x jedenastka mistrzostw Europy – 1992, 1996, 2000
6
Wybitne legendy francuskiego futbolu:
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
11
Wybitne legendy radzieckiego futbolu:
19 listopada 1934 r. urodził się Walentin Iwanow, znakomity napastnik, który z piłkarską reprezentacją Związku Radzieckiego zdobył złoty medal olimpijski w Melbourne w 1956 roku, a także mistrzostwo i wicemistrzostwo Europy w 1960 i 1964 roku. Był trzecim najlepszym strzelcem w historii reprezentacji ZSRR - 26 goli (w 59 meczach). Cztery z nich zdobył na mundialu w Chile w 1962 roku, co dało mu, razem z pięcioma innymi zawodnikami, tytuł króla strzelców (31 października 2011 r. zmarł inny z najlepszych snajperów tego turnieju - Węgier Florian Albert). Drużyna Związku Radzieckiego zajęła wówczas najlepsze miejsce w mistrzostwach świata - czwarte. Przez całą karierę był związany z Torpedo Moskwa, z którym wywalczył mistrzostwo ZSRR w 1960 i 1965 roku. Potem przez długie lata był trenerem tego klubu. Jego syn Walentin Iwanow jest znanym sędzią piłkarskim.
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
10
Zapomniane legendy futbolu:
19 listopada 1934 r. urodził się Kurt Hamrin. Największym sukcesem piłkarskiej reprezentacji Szwecji jest zdobycie srebrnego medalu na mundialu rozgrywanym w ich kraju w 1958 roku. W finale turnieju Szwedzi przegrali 2-5 z reprezentacją Brazylii, o której sile decydowali tacy piłkarze jak Pele, Garrincha, Vava czy Didi. Gwiazdami szwedzkiej drużyny byli natomiast zawodnicy występujący na co dzień w lidze włoskiej. Jednym z nich był ,,Uccellino” (mały ptak) Kurt Hamrin – prawoskrzydłowy z numerem siedem, który stał się legendą nie tylko piłki szwedzkiej ale i calcio. Jako dziecko grał w piłkę i Bandy – jedną z odmian hokeja na lodzie, czyli sportu narodowego w Szwecji. Hamrin rozpoczął seniorską karierę od gry w amatorskim wówczas AIK Solna, gdzie zadebiutował jako siedemnastolatek. Grę w piłkę musiał godzić z pracą drukarza, bowiem AIK było w stanie oferować swoim piłkarzom jedynie pięćdziesiąt koron szwedzkich po wygranym meczu. Dodatkowo pomagał ojcu i braciom jako malarz. Po latach wspominał: ,,Lubiłem tę pracę i zapach farby”. W 1955 roku został wypatrzony przez przedstawiciela zakładu Fiata w Sztokholmie. Każdy oddział zagraniczny włoskiego giganta samochodowego miał swojego człowieka odpowiedzialnego za wyławianie piłkarskich talentów grających w miejscowych klubach. Na przykład Argentyńczyk Omar Enrique Sivori trafił do Turynu dzięki przedstawicielowi Juventusu przy zakładzie Fiata w Buenos Aires. Podobne praktyki miały miejsce między innymi w Polsce, kiedy to Legia Warszawa werbowała najzdolniejszych graczy w kraju do wojska oraz do swojego klubu. W 1955 roku Szwecja rozegrała mecz towarzyski z Portugalią. Na to spotkanie wybrał się ówczesny trener Juve Sandro Puppo. Po spotkaniu zapytał Kurta, czy chce grać na Półwyspie Apenińskim. Hamrin bez wahania zgodził się na transfer, ponieważ dla szwedzkich zawodników wyjazd do Włoch oznaczał zerwanie ze statusem amatora i grę w bardzo silnej lidze za dobre pieniądze. Zmianę otoczenia doradzali mu znakomici koledzy z reprezentacji: Gunnar Nordahl i Gunnar Gren. ,,Kiedy rano obudziliśmy się po pierwszej nocy w Turynie, moja żona Marianne otworzyła okno, z którego było widać Alpy okryte śniegiem, po czym powiedziała mi, że jesteśmy w raju”– opowiadał Hamrin. Skrzydłowy spędził jednak w klubie ze stolicy Piemontu zaledwie jeden sezon. W 23 meczach zdobył 8 bramek. W uzyskaniu znakomitej formy przeszkadzała mu chroniczna kontuzja śródstopia. W 1957 roku Juventus rozstał się z Hamrinem. Kurt być może dostałby kolejny sezon na pokazanie pełni swoich nieprzeciętnych umiejętności, gdyby nie restrykcyjne przepisy odnośnie obcokrajowców w składach ekip Serie A. W wyjściowej jedenastce mogli pojawić się tylko dwaj cudzoziemcy. ,,Stara Dama” tymczasem zakupiła jednego z najlepszych piłkarzy w historii walijskiego futbolu Johna Charlesa oraz Enrique Sivioriego, który w 1961 zdobył Ballon d’Or. Hamrin pozostał w Italii, a jego nowym pracodawcą była Padwa. Celem klubu na sezon 1957/1958 było utrzymanie się w najwyższej klasie rozgrywkowej. Dzięki świetnej grze Hamrina (dwadzieścia goli skrzydłowego w trzydziestu ligowych meczach) oraz innych zawodników, takich jak Sergio Brighenti czy Enore Boscolo, mały klub z Padwy zakończył sezon na trzeciej pozycji. Trener Nereo Rocco bardzo dbał o kondycję zawodników, dlatego rozkazał im, aby na treningi przybywali pieszo bądź rowerem. Doskonała gra Szweda nie umknęła uwadze większych drużyn. Po piłkarza zgłosiła się Fiorentina. Szwed miał zastąpić Brazylijczyka Julinho. Pobyt we Florencji nie był tylko epizodem jak w przypadku gry dla Juventusu i Padwy. Piłkarz spędził w tym mieście dziewięć lat, gdzie rozegrał dla ,,Violi” 289 ligowych gier, w których zdobył 150 bramek. Rekord ten pobił dopiero Gabriel Batistuta. Hamrin dwukrotnie zdobywał z Fiorentiną Puchar Włoch. Kibice szybko zapomnieli o Julinho. Zachwycała ich szybkość filigranowego skrzydłowego, a także efektowne dryblingi i strzały, po których piłka wyprawiała w powietrzu cuda. Hamrin uczynił z Fiorentiny liczący się klub we Włoszech. W sezonie 1963/1964 zespół z Florencji pokonał w Bergamo Atalantę 7-0, a Hamrin zdobył pięć goli, co po dziś dzień pozostaje wyjazdowym rekordem ,,Violi”. Dziennikarz Beppe Pegolotti wymyślił mu przydomek ,,mały ptak”, ponieważ jego zdaniem sposób biegania Hamrina przypominał spokojny, dostojny lot ptaka. W dodatku Kurt nie grzeszył warunkami fizycznymi (mierzył zaledwie 170 centymetrów wzrostu).
Z czasem skład Fiorentiny zaczął się odmładzać. Hamrin opowiadał, że gdy zapraszał kolegów z zespołu na obiady, ci nazywali jego żonę ,,mamą”. W 1967 roku 34-letniego wówczas Szweda do Milanu sprowadził Nereo Rocco – trener, który dał mu szansę odbudowania się w Padwie. Druga wspólna praca Hamrina i Rocco zaowocowała jeszcze większymi sukcesami. Milan wygrał w 1968 roku ligę, natomiast w 1969 Puchar Europy. Po tym sukcesie Hamrin przeniósł się do Neapolu, gdzie również grał przez dwa lata. Karierę zakończył w 1972 roku w IFK Sztokholm. ,, Uccellino” robił zawrotną karierę klubową, jednak wiele dał także reprezentacji. Na MŚ 1958 zdobył cztery gole i wraz z Agne Simonssonem był najlepszym strzelcem drużyny. Podopieczni Anglika George’ a Raynora imponowali grą w defensywie. Do momentu finału z Brazylią, w pięciu meczach stracili raptem dwie bramki. W drodze do starcia z „Canarinhos”, Szwedzi pokonali między innymi Węgry, Związek Radziecki oraz broniącą tytułu Republikę Federalną Niemiec. Hamrin występował w reprezentacji przez dwanaście lat, jednak uzbierał na swoim koncie zaledwie 32 występy. Strzelił w nich 17 goli. Obecnie nadal mieszka we Włoszech. Wiele temu krajowi zawdzięcza, choć od zawsze irytowało go, że Włosi wymawiali jego nazwisku jako ,,Amrin”. W Szwecji natomiast nie używano jego imienia Kurt, lecz zdrobnienia Kurre. Wraz z Marianne doczekał się pięciorga dzieci, ośmiorga wnucząt i jednego prawnuka. Na każdym kroku podkreślał, jak wiele szczęścia doświadczył ze swoją żoną. Dziennikarze często proszą go o wywiady. W nich Hamrin narzeka że dzisiejszy futbol jest o wiele bardziej brutalny niż wtedy, kiedy on był zawodnikiem. Nie podoba mu się też brak identyfikowania się z klubami przez wielu piłkarzy. Od jego debiutu w Serie A minęło blisko sześćdziesiąt lat, a mimo to nadal pozostaje na ósmym miejscu wśród najlepszych strzelców w historii rozgrywek. Tylko siedmiu graczy wzbiło się wyżej niż ,,mały ptak”…
@Adran360
@AxelF
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
1
@AxelF To prawda iż nie był to najtrudniejszy przeciwnik ale z drugiej strony spójrz na wcześniejsze fazy Copa del Rey. Tam grają trzecio- a nawet czwartoligowcy. Słyszałeś żeby jakiś piłkarz tym bardzo słabym przeciwnikom strzelił 8 goli!???
0
@LeoMessiiBarcaPepa Dokładnie tak! I to jeszcze bez reklam!
11
Grande Espectacolo El Clasico:
Dokładnie 20 lat temu FC Barcelona rozbija w Klasyku Real Madryt na Santiago Bernabeu 0:3 w ramach 12 kolejki La Liga. Duma Katalonii pod rządami Franka Rijkaarda odniosła najbardziej efektowne zwycięstwo nad Realem na wyjeździe od czasu tryumfu 0:5 w sezonie 1973/74. Holender został pierwszym w historii trenerem Barçy, który dwukrotnie wygrywał w La Liga na Santiago Bernabeu(Cruijff jako trener uczynił to zaledwie jeden raz w ośmiu spotkaniach). Wynik meczu otworzył Eto’o po podaniu debiutującego w El Clasico Messiego. Bohaterem meczu został jednak Ronaldinho, który dwoma efektownymi rajdami dobił ,,Los Blancos” w drugiej połowie. Brazylijczyk był pierwszym piłkarzem Blaugrany od czasu Diego Maradony, którego gole oklaskiwali kibice madryckiego klubu na Santiago Bernabeu. Dwóch z fanów Królewskich, którzy na stojąco wyrażali swój podziw dla umiejętności Ronaldinho, stało się celebrytami. Byli bohaterami komiksów w gazetach, wywiadów dla prasy i telewizji. Takie arcydzieło sztuki można oglądać bez końca:
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
10
Legendarne mecze, legendarne postacie:
19 listopada 1911 r. FC Barcelona gromi FC Catale 17-1(!) na „Camp del Carrer de Industria”, w ramach pierwszej kolejki Mistrzostw Katalonii. Mało tego, 8 goli(!) w tym meczu strzela legendarny napastnik Jose Rodriguez Vasquez, znany bliżej jako Pepe Rodriguez. Jest tylko jeden piłkarz w historii Blaugrany, który strzelił więcej goli od Pepe w meczu o stawke a mianowicie sam założyciel klubu Joan Gamper(9 goli). Jest to jedno z najwyższych zwycięstw w historii klubu. Pomimo tego Duma Katalonii zajęła w rozgrywkach 2 miejsce ex aequo z FC Espanya ale na pocieszenie Pepe Rodriguez został królem strzelców tychże rozgrywek(15 goli). Trzeba również podkreślić iż w tym meczu 4 gole strzelił…. rzekomo pierwszy Polak w Blaugranie- Walter Rozitsky.
@Adran360
@AxelF
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
12
Żywe legendy futbolu:
18 listopada 1963 r. urodził się Peter Schmaichel, duński bramkarz, mistrz Europy z 1992 r. oraz zdobywca Ligi Mistrzów z 1999 r. Święcił sukcesy zarówno w karierze klubowej, jak i z reprezentacją Danii. Kibice na całym świecie pamiętają go z serii świetnych występów w barwach Manchesteru United, jednak klub z Old Trafford był tylko jednym z wielu przystanków w bogatej karierze Petera Schmeichela. Duński bramkarz, Peter Schmeichel mimo to, że urodził się w Skandynawii obywatelem Danii został dopiero w wieku 7 lat. Wcześniej, przez pierwsze lata swojego życia nosił obywatelstwo po ojcu, który był Polakiem. Zresztą o polskich korzeniach jednego z najwybitniejszych bramkarzy świata w historii świadczy także jego drugie imię, Bolesław. Te otrzymał po dziadku. Z biegiem czasu rodzina Schmeichelów na dłużej osiadła jednak w Danii i ze względu na fakt, że matka Petera była Dunką ten bez problemu otrzymał obywatelstwo tego kraju. Talent piłkarski młodego Schmeichela nie został jednak dostrzeżony zbyt szybko. Dopiero w roku, w którym skończył 18 lat rozpoczął treningi w piłkarskim klubie. Jego pierwszą przystanią w piłkarskiej karierze stał się w 1981 roku miejscowy klub Gladsaxe Hero. Tam szybko zyskał sobie zaufanie szkoleniowców i stał się pierwszym bramkarzem drużyny. Schmeichel był wyróżniającym się zawodnikiem jedenastki z Gladsaxe i szybko zainteresowanie jego osobą wyraziły większe kluby Danii i Europy. On jednak pozostawał wierny barwom klubowym przez dwa lata. W roku 1984 Schmeichell trafił do Hvidovre IF. Tam mógł w dalszym ciągu szlifować swój kunszt bramkarski i... strzelecki. Przez dwa lata gry w tym klubie rozegrał bowiem 88 spotkań, w których strzelił sześć bramek, głównie po rzutach wolnych i karnych. O strzelającym bramkarzu szybko zrobiło się w Danii głośno.
W 1987 roku chęć zatrudnienia uzdolnionego golkipera wyraziło słynne duńskie Brøndby Kopenhaga. Na przeprowadzce do stolicy 24-letni wówczas Peter Schmeichel wyraźnie zyskał. Miał szansę nie tylko na grę wśród wielu reprezentantów kraju, ale także walkę o mistrzostwo Danii. Po tytuł ten udało mu się z jedenastką z Kopenhagi sięgnąć już w pierwszym roku gry w jej barwach. Po roku sukces ten powtórzył. W 1989 roku Brøndby musiało obejść się smakiem i przegrało walkę o mistrzostwo kraju, ale odkuło się zdobyciem Pucharu Danii. Kolejne dwa sezony przyniosły znów niepodważalną dominację drużyny ze stolicy, a Schmeichel zbierał bardzo pochlebne opinie. Nic więc dziwnego, że chęć zatrudnienia uzdolnionego bramkarza wyraziły największe kluby Europy, w tym słynny Manchester United. W tej sytuacji zadziałała magia Sir Alexa Fergusona, któremu udało się nakłonić Duńczyka do przeprowadzki na Old Trafford. Po latach sam przyznał, że była to jedna z najlepszych inwestycji jaką klub zrobił w minionym stuleciu. Latem 1991 roku Peter Schmeichel trafił do drużyny Czerwonych Diabłów i szybko wywalczył sobie miejsce między słupkami bramki drużyny szkockiego menedżera. Z przyjściem golkipera przyszły też liczne sukcesy Manchesteru na arenie angielskiej, jak i w Europie. Już w pierwszym roku gry Schmeichela na Wyspach The Red Devils zdobyły Superpuchar Europy. W latach 1993, 1994, 1996, 1997, 1999 Man Utd. sięgał po tytuł mistrza Anglii, w 1994, 1996, 1999 zdobył Puchar kraju, zaś w 1993, 1994, 1996, 1997 wywalczył Tarczę Wspólnoty. Spory w tym udział Schmeichela, który w 1992 roku został uznany za najlepszego bramkarza świata i swojego panowania długo nie oddał. Kapitalną erę w drużynie z Manchesteru Schmeichel ukoronował zdobyciem pucharu Ligi Mistrzów w 1999 roku. Wówczas po zaciętym finale drużyna Sir Alexa Fergusona pokonała Bayern Monachium 2:1 i mogła świętować zdobycie drugiego w historii klubu Pucharu Europy. Wraz z sięgnięciem po triumf w europejskich rozgrywkach skończyła się jednak era Schmeichela na Old Trafford. 36-letni wówczas golkiper zdecydował się na piłkarską emeryturę przenieść się w cieplejsze regiony Europy. Ostatecznie jako kierunek obrał Portugalię, gdzie związał się kontraktem ze Sportingiem Lizbona. Już pierwszy sezon Schmeichela spędzony w Portugalii przyniósł sukcesy. Drużyna ze stolicy kraju sięgnęła po mistrzowski tytuł a duński bramkarz był jej bardzo pewnym punktem.
Gra w preferującej techniczny styl rozgrywania piłki lidze nie przypadła jednak imponującemu świetnymi warunkami fizycznymi golkiperowi do gustu. Po dwóch latach gry w Verde-e-Brancos Schmeichel zdecydował się na powrót na Wyspy Brytyjskie. Wbrew pozorom 38-letni bramkarz nie miał większych problemów ze znalezieniem sobie klubu w angielskiej Premier League. Podpisał kontrakt z Aston Villa i przez rok gry w drużynie z Birmingham rozegrał w jej barwach 29 spotkań, strzelając jedną bramkę. W roku 2002 jako 39-latek trafił do Manchesteru City, odwiecznego rywala Czerwonych Diabłów, z którymi święcił największe sukcesy. Nie zostało to jednak źle na Old Trafford odebrane. Kibice pełni szacunku dla tego, co Schmeichel zrobił dla ich klubu przywitali go brawami, gdy znów zagościł na stadionie United. W barwach „The Citizens” Schmeichel występował przez rok. Rozegrał 29 spotkań, po czym zakończył bogatą karierę zawodniczą. Łącznie rozegrał w niej 653 spotkania, z czego aż 350 w Premier League. Obok bogatej kariery klubowej Peter Schmeichel może poszczycić się także imponującą karierą reprezentacyjną. Choć miał polskie korzenie, szczególnego wyboru nie miał i wybrał grę w reprezentacji Danii. W narodowych barwach zadebiutował w 1987 roku. Pięć lat później, jako kapitan duńskiej reprezentacji osiągnął z nią największy jej dotychczasowy sukces. Zatriumfował w Mistrzostwach Europy 1992 roku. Jak potem mówił, był to dla niego najwspanialszy sukces w całej karierze. Schmeichel bronił też duńskiej bramki podczas Mundialu 1998 roku we Francji. Karierę reprezentacyjną zakończył w 2001 roku, zaliczając 129 gier w narodowych barwach, w których strzelił jednego gola.
@Adran360
@AssisMoreira
@AxelF
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
1
@FcPortoFan1999 ... na alarm?
13
Postacie polskiego futbolu:
18 listopada 1953 roku urodził się Janusz Wójcik. Zostanie zapamiętany przede wszystkim jako były selekcjoner reprezentacji Polski, którą prowadził w latach 1997-1999. Był także jednym z architektów sukcesu olimpijskiej reprezentacji piłkarskiej, która sięgała po srebro na Igrzyskach Olimpijskich w Barcelonie w 1992 roku. Wójcik prowadził tę kadrę w latach 1989-1992. W swojej karierze piłkarskiej grał głównie w warszawskich klubach: Gwardii, Ursusie i Hutniku. W wieku 23 lat wyjechał do Pakistanu, gdzie reprezentował barwy klubu Ravalpindi. Karierę zawodniczą zakończył już w 1980 roku w Toronto Falcons. Następnie poświęcił się trenerskiemu fachowi. Oprócz prowadzenia reprezentacji Polski był także między innymi szkoleniowcem Jagiellonii Białystok, Legii Warszawa, Pogoni Szczecin, Śląska Wrocław i Widzewa Łódź.
Pierwszym sukcesem absolwenta Wydziału Trenerskiego AWF w Warszawie był awans z Jagiellonią Białystok do ekstraklasy w 1987 roku. Dwa lata później został trenerem reprezentacji olimpijskiej (po pracy na stanowisku szkoleniowca kadry do lat 18), z którą awansował na igrzyska olimpijskie w Barcelonie 1992. W Hiszpanii, mając w składzie m.in. Andrzeja Juskowiaka, Wojciecha Kowalczyka, Tomasza Łapińskiego, Tomasza Wałdocha, Jerzego Brzęczka, Ryszarda Stańka, Piotra Świerczewskiego i Marka Koźmińskiego, zajął drugie miejsce. W finale igrzysk biało-czerwoni przegrali z Hiszpanią 2:3, tracąc decydującą bramkę w ostatniej minucie. Po olimpijskim sukcesie Wójcik stał się jednym z najbardziej popularnych trenerów w Polsce. Wydawał się faworytem do objęcia funkcji selekcjonera pierwszej reprezentacji, ale ostatecznie powierzoną mu ją dopiero w 1997 roku. Wcześniej prowadził m.in. Legię Warszawa, z którą w 1993 roku zajął pierwsze miejsce w lidze (tytuł został odebrany przez PZPN i przyznany Lechowi Poznań). W latach 1994-96 Wójcik prowadził olimpijską reprezentację Zjednoczonych Emiratów Arabskich, pracował też w klubach w tym kraju. Od jesieni 1997 prowadził seniorską reprezentację Polski. Ta przygoda trwała dwa lata i zakończyła się po nieudanych eliminacjach mistrzostw Europy 2000. Kadra Wójcika zaczęła eliminacje od cennego wyjazdowego zwycięstwa 3:0 w Burgas nad mocną wówczas Bułgarią, ale ostatecznie nie zdołała wyprzedzić w grupie Szwecji i Anglii. Później popularny "Wójt" prowadził drużyny Pogoni Szczecin i Śląska Wrocław. W latach 2001-02 był zatrudniony przez cypryjski Antorthosis Famagusta, a w 2003 objął funkcję selekcjonera reprezentacji Syrii. Po powrocie do Polski był jeszcze trenerem Świtu Nowy Dwór Mazowiecki, Znicza Pruszków i - na krótko - walczącego bez powodzenia o utrzymanie w ekstraklasie łódzkiego Widzewa. Był jedną z wielu osób zamieszanych w aferę korupcyjną w polskim futbolu. Prokurator przedstawił mu zarzuty dotyczące czasów pracy w Świcie Nowy Dwór Maz. w 2004 roku. W październiku 2014 trener został skazany przez wrocławski sąd na karę dwóch lat pozbawienia wolności w zawieszeniu, dwuletni zakaz pracy w roli trenera i grzywnę. Wójcik był jedną z barwniejszych postaci polskiego futbolu w ostatnich kilkudziesięciu latach. Janusz Wójcik, zmarł 20 listopada 2017 r. w wieku 64 lat.
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360
1
@AxelF Gdyby nie był tak rozrywkowy to prawdopodobnie zrównałby się z Messim...
9
Zasłużone postacie polskiego sportu:
18 listopada 1897 r. w Warszawie urodził się Tadeusz Gebethner. ,,Nigdy nie zapomnimy Tadeusza Gebethnera, tego szlachetnego człowieka, który uratował życie moje i męża. Kto jeszcze okazał tak wiele serca, tak głębokiego człowieczeństwa, tyle dobrej woli i bezinteresowności? Kto bardziej niż on zasługuje na wieczną wdzięczność i drzewko w Alei Sprawiedliwych w Jerozolimie?” – pytała wiele lat po wojnie ocalała Ludwika Abrahamer. Działacz sportowy, biznesmen, polityk, patriota, drukarz, wydawca, żołnierz, członek konspiracji niepodległościowej, Sprawiedliwy wśród Narodów Świata – to wszystko odnosi się do Tadeusza Gebethnera. Mimo tak wielu aktywności znalazł także czas na całkiem imponującą karierę piłkarską. Pochodził ze znanej warszawskiej rodziny księgarzy, a sport był mu bliski od zawsze. Jako nastolatek grywał w klubie Stella Warszawa, działającym przy Warszawskim Kole Sportowym. 8 października 1915 r. w lokalu jego matki przy ul. Zgoda 12 w Warszawie razem z grupą kolegów ze Stelli (w tym z braćmi Janem i Wacławem) założył klub Polonia Warszawa i został jego pierwszym prezesem (miał wtedy niespełna 18 lat). Grę dla Czarnych Koszul godził z nauką w Wyższej Szkole Handlowej (dzisiejsza SGH). W październiku 1918 r. rzucił to wszystko i został żołnierzem odradzającej się po 123 latach zaborów Polski. Walczył w 1920 r. z bolszewikami w słynnym 5. Pułku Ułanów Zasławskich. Do futbolu wrócił po wojnie, kiedy to ze swoją Polonią promował polskość na Górnym Śląsku, tuż przed ustanowionymi przez Ligę Narodów plebiscytami. Znalazł się w gronie założycieli Polonii Bytom, zyskał nawet miano jej honorowego prezesa. Podczas pierwszych pełnych rozgrywek o mistrzostwo Polski w piłce nożnej Polonia Warszawa zajęła drugie miejsce, a Tadeusz Gebethner był kapitanem drużyny wicemistrzów. Karierę piłkarską zakończył w 1925 r. w wieku 28 lat po 137 meczach dla Polonii. Od tej pory skupiał się na pracy w rodzinnym przedsiębiorstwie, jednak grywał od czasu do czasu w meczach oldboyów i działał na rzecz swojego ukochanego klubu. Jako ochotnik walczył w kampanii wrześniowej, a w czasie okupacji cały czas był aktywny w konspiracji. W swoim mieszkaniu przy ul. Śniadeckich 32 przez dwa lata ukrywał trzyosobową żydowską rodzinę Abrahamerów, która szczęśliwie doczekała końca wojny na Węgrzech (w 1981 r. dostał za to od Instytutu Jad Waszem w Jerozolimie medal Sprawiedliwego wśród Narodów Świata). Była to niestety nagroda wręczona pośmiertnie, ponieważ Tadeusz Gebethner zginął w Powstaniu Warszawskim. Jako zastępca dowódcy I kompanii 3. Batalionu Pancernego AK „Golski” (pseudonim „Gustaw”) 1 września 1944 r. został ciężko ranny, co skończyło się amputacją ręki i nogi. Po upadku Powstania trafił do Stalagu XI A 341 w Altengrabow niedaleko Magdeburga. Fatalne warunki sanitarne i brak odpowiednich lekarstw sprawiły, że Tadeusz Gebethner nie „wylizał” się ze swoich ciężkich ran i zmarł 14 października 1944 r.
@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
2
@FCBparasiempre
Cudowna ,,Barça pięciu pucharów”:
Gdy cofamy się do lat 50-tych, przywołujemy „Maracanazo”, węgierską „Złotą Jedenastkę”, Brazylię Pelego, zaś z drużyn klubowych przychodzi większości z nas do głowy bodaj jedynie Real Madryt z Kopą, Di Stefano i Puskasem. Tymczasem jeszcze przed wielką serią Królewskich w Pucharze Europy swą klasę zademonstrowała ekipa wielkiego rywala Madrytczyków – FC Barcelony. Ów zespół ochrzczono „Barcą Pięciu Pucharów”. Legenda, która dziś została przyćmiona przez Dream Team Cruyffa czy erę Guardioli. Obecnie pamiętają o niej jedynie prawdziwi „cules”. Historia ma swój początek latem 1950. Wtedy to bowiem na Półwysep Iberyjski zawitała Hungaria, drużyna złożona z emigrantów ze wschodu kontynentu. Zagrali oni kilka meczów w Hiszpanii, podczas których ówczesny już skaut Barcelony, wcześniej będący piłkarzem katalońskiego klubu, Josep Samitier zwrócił uwagę na lidera gości Laszlo Kubalę. Problem polegał na tym, że jak to ma miejsce także w dzisiejszych czasach, na tego samego zawodnika sidła zasadzili ludzie związani z Realem Madryt. Ostatecznie jednak Samitier wywiódł ich w pole wsadzając pijanego Kubalę do samochodu i zawożąc go do Barcelony, gdzie Laszlo parafował umowę z „Blaugraną”. Laszlo został oszukany, gdyż podczas jazdy spytał Samitiera: „Jedziemy do Madrytu?”, a w odpowiedzi otrzymał potwierdzenie.
Dzięki temu Kubala niejako w pakiecie z trenerem Hungarii Ferdinandem Daucikiem i kolegą klubowym Nicolae Simatociem, znanym pod węgierskim nazwiskiem Miklos Szegedi, podpisał kontrakt z Dumą Katalonii. Co ciekawe, przyszły idol „Les Corts” był prywatnie szwagrem szkoleniowca. Interesująca jest również sprawa pochodzenia zawodnika. W jego żyłach płynęła krew słowacka, ale też polska. Na przestrzeni piłkarskiej kariery występował dla reprezentacji Czechosłowacji, Węgier i Hiszpanii. Życie Kubali jest jednak materiałem na odrębną historię, skupmy się na ówczesnej Barcelonie. Rywalizacja o wspaniałych piłkarzy między wielkimi rywalami rozgorzała później wokół Alfredo Di Stefano, co można poczytywać jako swego rodzaju zemstę „Królewskich” za sprzątnięcie im Kubali sprzed nosa przez „Blaugranę”. Gdy Argentyńczyk porozumiał się już z Barceloną, a zarząd klubu dogadał szczegóły transferu z klubami roszczącymi sobie prawa do Alfredo – Milionarios Bogota i River Plate, plany pokrzyżował im prezydent Realu Santiago Bernabeu. Przekonał napastnika do gry w Madrycie. Rozstrzygnięcia sporu podjęła się federacja, która wydała wyrok orzekający o tym, że cztery lata kontraktu mają zostać podzielone po równo kolejno między Real i Barcę. „Blaugrana” oprotestowała tę decyzję, lecz apelację odrzucono, po czym władze katalońskiej ekipy zrezygnowały ze starań o pozyskanie piłkarza. Z pierwszej połowy sezonu 1950/51, a zwłaszcza jego pierwszej połowy, „cules” nie mogli się cieszyć. Podstawową przyczyną porażek Katalończyków było zawieszenie na rundę wiosenną Laszlo Kubali. Jako powód kary nałożonej na Węgra wskazano nieuprawnione opuszczenie ojczyzny i uchylanie się od służby wojskowej. W Primera Division FC Barcelona nie zdołała się przebić nawet na podium. Jej wyniki z tamtych rozgrywek ligowych w dzisiejszych czasach wyglądają jak zły sen. Aż 11 porażek w 30 spotkaniach, co dało czwartą pozycję, a Barcelona zdążyła już wcześniej wypracować sobie miano czołowej ekipy w kraju i na kontynencie. Aby zrozumieć jednak ówczesną sytuację w klubie wypada nadmienić, że rok wcześniej Barca zakończyła ligę na piątym miejscu, przegrywając przy tym 10 spotkań ligowych.
Duet Daucik-Kubala wyprowadził „Blaugranę” ponownie na salony. Pierwszy sukces bordowo-granatowych miał miejsce wiosną 1950. Ekipa z „ Camp de Les Corts” triumfowała w Pucharze Generała. Pod ową nazwą krył się, za rządów Francisco Franco, dzisiejszy Copa Del Rey. Turniej nie trwał tak jak dziś prawie cały sezon, lecz zamknął się na przestrzeni niecałego miesiąca już po wyłonieniu mistrza kraju. Przeciwnikami graczy z Miasta Gaudiego w pierwszej rundzie została FC Sevilla. „Blaugrana” nie napotkała na swojej drodze do awansu problemów. W spotkaniu na „Estadio de Nervion” rozpoczynającym pucharowy marsz triumfalny wygrała 1:2. Rewanż tylko pogrążył Andaluzyjczyków, gdyż zakończył się pewnym zwycięstwem Barçy 3:0. W ćwierćfinałowym dwumeczu „Duma Katalonii” zmasakrowała wręcz Atletico Tetuan (dziś siedziba mieści się w granicach Maroka, a sam klub nie został zlikwidowany). Dwie wygrane, bilans bramek 7:2 mówią same za siebie. O awans do finału Katalończycy zmierzyli się z sztandarowym klubem Baskonii – Athletikiem Bilbao. Publiczność zgromadzona na Les Corts nie miała okazji do obejrzenia choćby jednej bramki, a w Kraju Basków przyjezdni zdołali triumfować 2:1. W batalii o trofeum los skojarzył „Blaugranę” z kolejnym baskijskim klubem – Realem Sociedad San Sebastian. Areną finału wybrano „Nuevo Chamartin” w Madrycie. Śpieszę z wyjaśnieniem dla nieświadomych – dziś tenże stadion funkcjonuje pod nazwą Estadio Santiago Bernabeu ku pamięci byłego prezydenta Realu. Ostateczna konfrontacja okazała się łatwizną dla FC Barcelony. „Blaugrana” pokonała przeciwników 3:1 i zdobyła pierwsze trofeum po dwuletniej posusze. Copa del Generalisimo jedynie było początkiem prawdziwej zwycięskiej serii, jakiej barcelonismo doświadczyło w roku 1952. Pięć pucharów w 12 miesięcy. Osiągnięcie to w roli rekordu funkcjonowało aż do ery Guardioli.
Pierwszy z pięciu kroków postawiony został poprzez wygranie ligi. Walka o prymat toczyła się praktycznie do końca. „Blaugrana” z 43 punktami na koncie o ledwie trzy „oczka” wyprzedziła „Lwy” z Bilbao, wtedy grające pod nazwą Atletico ze względu na represje. Wtedy hierarchia wyglądała trochę inaczej, gdyż ekipy Primera Division prezentowały bardziej wyrównany poziom. Barca wygrała dziewiętnaście spotkań, pięć zremisowała a sześciokrotnie zmuszona była uznać wyższość rywali.
Później w krajowym pucharze podopieczni Daucika niszczyli wszystkich, których napotkali na swej drodze. Zdemolowane zostały ekipy „Los Colchoneros” i Malagi, a także Realu Valladolid w pierwszym meczu. Rewanż przeciwko Kastylijczykom, poprzedzony „La manitą” na „Les Corts”, Barceloniści przegrali 3:1, lecz ogromna zaliczka z pierwszego meczu pozwoliła im bez trudu awansować. 25 maja Blaugrana stanęła przed szansą obrony wywalczonego rok wcześniej tytułu, a utrudnić jej tę sztukę miała Valencia. Mimo starań Nietoperzy, Barca udowodniła swoją przewagę w stosunku do pozostałych klubów hiszpańskich i po zwycięstwie 4:2 mogła cieszyć się z potwierdzenia panowania na krajowym podwórku wznosząc ku niebu Puchar Generała. Niemal miesiąc później, 15 czerwca, bordowo-granatowi dołożyli piękne, acz mające symboliczne znaczenie trofeum za wygranie „Copa Martini&Rossi”. W corocznym, kończącym sezon na „Les Corts” spotkaniu o charakterze towarzyskim pokonali zaproszoną ekipę z francuskiej Nicei. W czerwcu Barça wzięła udział też w Pucharze Łacińskim na paryskim Parc des Princes. Na przełomie lat 40. i 50. rywalizowali w nim mistrzowie Francji, Portugalii, Włoch i Hiszpanii. W Paryżu najlepsza hiszpańska ekipa sezonu zostawiła w pokonanym polu mistrzów Włoch – Juventus (4:2) i, ponownie w ciągu dwóch tygodni, Francji – OGC Nice (1:0). Do wyżej wymienionych trofeów automatycznie doliczono dzięki dubletowi w kraju „Copa Eva Duarte” (Superpuchar Hiszpanii). Ten wielki team błyszczał niemniej krótko, bo do roku 1953. Bezpośrednio po mitycznym sezonie z trudem wywalczył „tylko” dublet a następnie całkowicie spuścił z tonu, co poskutkowało zwolnieniem Ferdinanda Daucika jesienią 1954. Lecz „Barca de las Cinco Copas” to nie tylko tytuły. Zespół ten był również jak jedna wielka rodzina, z mnóstwem smaczków i anegdot. Naiwni ci, którzy myślą, że dzisiejsi piłkarze są bardziej rozrywkowi od tych, którzy dawniej zachwycali fanów. Gustau Biosca, obrońca w talii Daucika, wdał się w płomienny romans z wszechstronnie utalentowaną i ciemnowłosą Lolą Flores, obiektem westchnień wielu Hiszpanów. Lola zajmowała się tańcem, śpiewem, a także grała w filmach. Mimo tych atutów Lola dla Gustaua okazała się wyłącznie zabawką i piłkarz rzucił ją, by zostać przy swej żonie.
Bohaterem szklanego ekranu przez chwilę miał okazję być portero Antonio Ramallets. Wystąpił on w filmie Francisco Roviry-Velety „11 par butów” i „Asy szukają spokoju” wraz z Andresem Boschem, Estanislau Basorą i Kubalą. Antonio bardzo dbał o swój wygląd. Żartowano nawet, że ma lustro przymocowane do prawego słupka, by po każdej interwencji patrzeć, czy jego fryzura pozostała nienaruszona. Zawsze przed pierwszym gwizdkiem wykonywał również swego rodzaju rytuał: podchodził do bramki, witał kibiców i rzucał do siatki rękawiczki wraz z czapką. Obecnie wszyscy gracze „Barcy Pięciu Pucharów” niestety już nie żyją (ostatnim żyjącym był Biosca, który odszedł w dzień wszystkich świętych 2014 roku), więc tym bardziej cenne jest utrzymywanie pamięci o nich. Szczególnie w umysłach miłośników nie tylko FC Barcelony, ale całego hiszpańskiego futbolu.
1
@AxelF tylko spójrz w odpowiedź na mój komentarz.
1
@AxelF Ależ z wielka przyjemnością: Kubala, Cesar Rodriguez, Eduardo Manchon i Moreno(Tomás Hernández Murillo)
11
Kubala Supercrack!
18 listopada 1951 r. Węgierski geniusz Ladislao Kubala aplikuje 5 goli(!) w wygranym 6:1 meczu z Celta Vigo w ramach 11 kolejki Primera Division. Szóstego gola dołożył Estanislao Basora. Ladislao Kubala był jednym z najwybitniejszych piłkarzy w historii piłki nożnej. Węgierski piłkarz jest wielką legendą FC Barcelony, gdzie grał przez 10 sezonów. Jednak każda gwiazda ma swoje wady a jedną z legend Barçy była jego skłonność do nocnych wypadów. 18 listopada tamtego roku Barça rozegrała mecz ligowy z Celtą Vigo na „Camp de Les Corts”. Podobno Kubala poprzedniego wieczoru wyszedł na drinka a rano Ángel Mur, masażysta drużyny, zauważył jego nieobecność. Po wezwaniu jednego z towarzyszy piłkarza, odnaleźli go w piwnicy tego samego baru, „śpiącego na kacu”. Czas grał kluczową rolę, bo mecz z drużyną Celty był już za kilka godzin. Ángel Mur dał mu zimny prysznic, kazał wypić kilka mocnych kaw i zaprowadził do sauny, żeby pomóc mu wypocić toksyny. Oczywiście, dał mu też masaż i mimo wszystko Kubala wyszedł na boisko. Tego popołudnia Barça rozgromiła Celtę 6:1 a Ladislao Kubala strzelił pięć goli, z czego cztery w pierwszej połowie. Najwyraźniej kac nie zrobił na nim większego wrażenia a może to rozpieszczanie przez masażystę Barçy było kluczem do tego cudownego powrotu do zdrowia? To był pierwszy sezon Kubali w FC Barcelonie, jego najbardziej obfity pod względem strzelonych goli. Stopniowo piłkarz zaczął kontrolować tempo i wieczorne wyjścia, co mu się opłaciło, ostatecznie stając się czwartym najlepszym strzelcem w historii klubu.
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AxelF
@Adran360
12
Wybitne legendy Katalońskiej Dumy:
18 listopada 1926 r. urodził się Estanislao Basora, wybitny hiszpański prawoskrzydłowy. Do FC Barcelony trafił w 1946 r. z Manresy. W pierwszym sezonie zarabiał ogromną jak na ówczesne czasy sume 35 tys. peset. W 1949 r. jego ojciec został zastrzelony dubeltówką przez swojego pracownika z fabryki tekstyliów. Krótko potem Estanislao zadebiutował z golem przeciwko Irlandii w reprezentacji oraz strzelił hattricka przeciwko Francji w Colombes w ciągu 12 minut. Po tym drugim spotkaniu zyskał przydomek ,,potwora z Colombes’’. W latach 1952-54 grał w Blaugranie wraz ze swoim bratem Joaquinem. W 1956 r. trener Plattko nie wystawiał go w składzie i Basora otrzymał propozycje przejścia do Realu Madryt. Mimo trudnej sytuacji wolał jednak trafić na krótko na wypożyczenie do Lleidy aby niedługo po tym wrócić do Barçy. Był członkiem ,,Grupy przyjaciół’’- piłkarzy Blaugrany, którzy cieszyli się z samej możliwości gry w piłke a nie tylko ze zdobywanych trofeów. Estanislao Basora uważany jest za jednego z najlepszych skrzydłowych świata lat 40-tych i 50-tych. Z Dumą Katalonii zdobył 4 Mistrzostwa Hiszpanii i również 4 Puchary Hiszpanii. Basora był też ostatnim żyjącym członkiem najsilniejszej linii ataku, do której w swojej wspomnieniowej piosence(,,Temps era temps’’) nawiązywał Joan Manuel Serrat, znany hiszpański muzyk. Basora zmarł 12 marca 2012 r. w Las Palmas.
@Adran360
@AssisMoreira
@AxelF
@Bernard777
@Gary
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
1
@AxelF Nie kwestionowałbym gaszenia pragnienia przez sok z cytryn, jednak sam osobiście nie znosze tak kwaśnego płynu i zdecydowanie wolałbym zwykłą wode. Natomiast najlepiej gasi mi pragnienie piwo...
10
Blaugrana w Mistrzostwach Katalonii:
18 listopada 1923 r. FC Barcelona rozgromiła na „Camp de Les Corts” FC Martinenc 9:0 w ramach 4 kolejki Campionat de Catalunya. Tak zwaną „karete” zaliczył genialny Paulino Alcantara. Natomiast hattricka ustrzelił równie genialny Josep Samitier. Pozostałe gole dołożyli Sagi Barba oraz Agusti Sancho.
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AxelF
@Adran360
9
FC Barcelona bez historii jest jak człowiek bez pamięci:
18 listopada 1900 r. FC Barcelona rozegrała pierwszy w historii mecz na wydzierżawionym boisku „Camp del Hotel Casanovas”. Przeciwnikiem był Hispania Athletic Club, zwany ,,czerwonym teamem" ze względu na kolor strojów w jakim występowali przeciwnicy. W meczu tym nie mógł wystąpić legendarny napastnik i jednocześnie ikona Blaugrany- Joan Gamper, z powodu ciężkiej choroby. Mecz zakończył się wynikiem bezbramkowym ale najważniejsze było to że boiskowe wydarzenia oglądało około 4 tysięcy osób, z czego tysiąc na siedząco. Tak wysoka frekwencja wynikała z masowego wysyłania zaproszeń przez sekretarza FC Barcelony. Spośród obecnych w loży honorowej znaleźli się między innymi prezesi Katalońskiego Stowarzyszenia Gimnastyki oraz Klubu Bicyklowego- dwóch najpopularniejszych organizacji sportowych tamtej epoki. Ponieważ nie był to obiekt spełniający wszystkie warunki, lecz zaledwie plac do rozgrywania meczów, jako szatnie piłkarze musieli wykorzystywać pokoje hotelu Casanovas, z czym wiązały się wielkie niedogodności. Do mycia mieli tylko miednicę a poza tym każdy z zawodników musiał przynosić z domu własny ręcznik. Piłkarze nie mieli też napojów by muc uzupełniać płyny w przerwie meczu i w efekcie dzielili się cytrynami, pijąc z nich sok, którym gasili pragnienie. Tak oto wyglądały pionierskie czasy futbolu naszej Barcuni.
@Adran360
@AxelF
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
2
A więc tak jak myslałem, mecz z Holandia był tylko przyjemnym "wypadkiem przy pracy". My nie zasługujemy na żadem mundial, gdyż tam będzie tylko wstyd i hańba! Powiem więcej, mam duże wątpliwości czy my wogóle zasługujemy na baraże...?
15
Historyczny awans na Euro:
17 listopada 2007 r. reprezentacja Polski pokonała Belgie na Stadionie Śląskim w Chorzowie 2:0 w eliminacjach ME. Ten dzień, ten zespół i sztab trenerski, a także ta publiczność ze Stadionu Śląskiego przejdą do historii. 17 listopada 2007 r. Polska zapewniła sobie awans na mistrzostwa Europy. Po raz pierwszy w historii. Koncerty gwiazd światowego rocka U-2 i Red Hott Chili Peppers rozgrzewały Stadion Śląski do czerwoności, ale nawet te wydarzenia nie wytrzymują porównania z "Orłami" Leo Beenhakkera. Ich gra i gole strzelane przez niesamowitego Ebiego były jak wulkan, dzięki któremu nikt nie czuł mrozu. Smolarek junior zaliczył serial pięciu goli w dwóch kolejnych meczach eliminacyjnych (wcześniej hat-trick w starciu z Kazachami), o jakim jego tata Włodzimierz mógł tylko pomarzyć. Nic dziwnego zatem, że gdy Ebi schodził z boiska, stadion żegnał go na stojąco a uradowany Leo Beenhakker aż podniósł swego snajpera do góry. Historyczny mecz zaczęliśmy jednak niewyraźnie. Jakby sparaliżowani stawką, która była większa, niż kiedykolwiek. Co więcej, w I połowie groźniejsza była Belgia, ale to my strzeliliśmy gola "do szatni". Belgowie grali "o pietruszką", ale nie wyglądali, jak baranki prowadzone na rzeź. Ciasno kryli naszych środkowych, blokowali również skrzydła, gdzie toczyła się większość akcji Orłów. Przebiliśmy się bokami w 24. min, ale najpierw Wojciech Łobodziński za mocno dośrodkował, a za moment Krzynówek, bijąc z prawej nogi nie trafił. Tak samo jak Michał Żewłakow z rzutu wolnego chwilę później. Sceneria meczu była wspaniała. Leo Beenhakker wiedział, co mówi, gdy podkreślał: ,,Warunki pogodowe nam niestraszne. Wiem, że murawa jest w bardzo dobrym stanie”. Istotnie, nowiutki świeżo rozwinięty trawiasty dywanik wyglądał imponująco. Także kibice postarali się o doskonałą oprawę, w trakcie hymnu układając z kartoniady gigantyczną flagę, a przede wszystkim cały czas głośno wspierając zespół. Dzięki temu piłkarze nie mieli na co narzekać. Na dodatek wokół murawy krążyły „cheerleaderki” w narodowych barwach i zagrzewały do dopingu kibiców. Kontuzja, przez którą Jakub Błaszczykowski wypadł ze składu na mecz z Kazachstanem odbija mu się czkawką do dzisiaj. Prawoskrzydłowy Borussii Dortmund nie znalazł uznania w oczach Leo Beenhakkera na spotkanie z Belgami. Leo spodobał się na treningach we Wronkach Wojciech Łobodziński. Po 10 minutach to Belgowie byli bliżsi zdobycia gola. Po szybkiej wymianie podań na lewej stronie Kevin Mirallas zostawił piłkę wbiegającemu w pole karne Farisowi Harounowi, a ten z lewej nogi przymierzył w lewy róg. Na szczęście dla nas Artur Boruc z kocią zwinnością rzucił się w tamtą stronę i dosięgnął piłki. Odpowiedzieliśmy 10 minut później. W polu karnym Belgów zakotłowało się, ale uderzenia Jacka Krzynówka i Macieja Żurawskiego zostały zablokowane. A Mirallas był cierniem w oku naszej defensywy. W 34. min Jacek Bąk musiał się ratować się faulem, bo Belg uciekał mu na czystą pozycję. Bąk obejrzał żółtą kartkę, a po chwili, po kropnięciu z 30 metrów z wolnego Jana Vertonghena nie straciliśmy gola tylko dzięki sprawności Boruca. Jak lampart rzuca się na antylopę - on poszybował w kierunku piłki i sobie tylko znanym sposobem przeniósł ją nad poprzeczką. Długo nie mógł tego pojąć trener Belgów Rene Vandereycken, który już widział piłkę w okienku polskiej bramki. Za moment znowu było groźnie, ale po strzale Mirallasa piłkę głową wybił Michał Żewłakow. Po przechwycie piłki brakowało nam przyspieszenia. Przy rozgrywaniu akcji zachowywaliśmy się czasem jak w szczypiorniaku, który nie bez kozery w języku słowackim i czeskim nazywany jest "hadzaną". Orłów do lotu poderwała akcja dobrze spisującej się dwójki Marcin Wasilewski - Radosław Sobolewski. "Sobol" ofiarnie minął dwóch rywali i wyłożył piłkę na szesnastkę Euzebiuszowi Smolarkowi. Ten uderzył celnie, ale za lekko, więc Stijn Stijnen spokojnie złapał piłkę.
Stadion Śląski oszalał z radości tuż przed przerwą po prezencie Belgów. Vertonghen zbyt lekko wycofał do Stijnena. Wykorzystał to Ebi, który tylko czekał na taki przypadek. Poszedł do końca i choć bramkarz ratował się wybiciem piłki wślizgiem, Smolarek zablokował piłkę ciałem, podholował kilka metrów i z siedmiu metrów wpakował do pustej bramki! Na nic się zdała ratunkowa pogoń Daniela Van Buytena. Była godzina 21.17. ,,Wielkość Leo polega na tym, że on potrafi reagować na zmieniającą się sytuację. Nic nie jest w stanie go zaskoczyć”- podkreślał były asystent Holendra Dariusz Dziekanowski. Beenhakker potwierdził to w tym starciu. Prowadzenie do przerwy wcale go nie zadowoliło. Wiedział, że ta gra nie tak ma wyglądać. Dlatego "Żurawia" cofnął do drugiej linii, a Ebiego posłał do ataku, a na lewe skrzydło powędrował "Krzynek". Na początku drugiej połowy, gdy Ebi ukąsił po raz drugi, dla milionów Polaków rozsianych po całym świecie wszystko stało się prostsze i w jaśniejszych kolorach. Awansu na mistrzostwa Europy nie mógł nam wydrzeć. Nawet Bart Goor z Anderlechtu, który ze wściekłością kopnął na bramkę w 55. min (kolejna świetna interwencja Boruca). Choć gola na 2:0 zdobył również Smolarek, Leo Beenhakker po ojcowsku przytulił za niego wprowadzonego chwilę wcześniej Jakuba Błaszczykowskiego. Bo to właśnie Kubuś rozruszał ofensywę Orłów i zaczął bramkową akcję pięknym krzyżowym podaniem, po którym obrońcy zdołali odbić piłkę krótko - pod nogi Krzynówka. Ten wypalił ile sił, bramkarz odbił przed siebie, a dobitka Ebiego była formalnością. Jak zareagował Stadion Śląski? Chóralnym "Ebi!", "Leo!" i jeszcze głośniejszym "Mazurkiem Dąbrowskiego". Człowiek czuje się dumny z tego, że jest Polakiem.
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson
13
Niespełnione legendy polskiego futbolu:
17 listopada 1964 r. w Katowicach urodził się Krzysztof Warzycha. Popularny ,,Gucio” zaczynał karierę w Ruchu Chorzów wraz z Waldemarem Fornalikiem. Obaj dobrnęli do pierwszej drużyny, obaj przeżyli z nią spadek do drugiej ligi a potem szybki powrót do elity i równie błyskawiczne mistrzostwo Polski. ,,Po degradacji mogłem odejść. Były przymiarki do Legii Warszawa, do Śląska Wrocław… Jasne że chodziłoby o służbę wojskową ale zostałem, drużyna się nie rozpadła, to był fundament pod wygranie ligi”- zwraca uwagę pan Krzysztof. Podobnie jak w aktorskim epizodzie, Warzycha więcej osiągnął od Fornalika również w karierze piłkarskiej, dokładnie odwrotnie niż w trenerskiej, bo na tym polu ,,Waldek King” zbudował prawdziwe królestwo. Warzycha też próbował, między innymi również w Ruchu ale nie ma się czym pochwalić. Za to piłkarzem jest legendarnym i to dwóch klubów – Ruchu i Panathinaikosu Ateny. ,,Który jest mi bliższy? To są sprawy nieporównywalne. Z Polski wyjeżdżałem w wieku 25 lat, czyli więcej życia spędziłem już w Grecji. W Polsce grałem tylko w Ruchu, nastrzelałem dla niego sporo goli ale dla Panathinaikosu o wiele więcej. Z Ruchem miałem mistrzostwo kraju a z Panathinaikosem też krajowe tytuły, ponadto półfinał Ligi Mistrzów i w ogóle mnóstwo meczów, które niosły mnie jak na skrzydłach”- opowiada ,,Gucio”. Strzelił zwycięskiego gola Ajaxovi w Amsterdamie(1:0) w pierwszym półfinałowym meczu wspomnianej Ligi Mistrzów w 1996 r. To był dzień jego chwały. ,, W rewanżu przegraliśmy 0:3. Ajax miał fantastyczną drużynę, mocniejszą od naszej”- przyznaje bohater Koniczynek, który w 2000 r. w fazie grupowej LM strzelił gola także Juventusowi(3:1). Łącznie w tych prestiżowych rozgrywkach zdobył 8 goli. Do Aten trafił po mistrzowskim sezonie w Ruchu, kiedy z 24 golami został królem strzelców. W 15 jesiennych meczach dorzucił jeszcze 12 ligowych trafień i już nikt nie był w stanie go zatrzymać przed zmianą klubu.
,, W Panathinaikosie szukali napastnika bo poważną kontuzje złapał ich as Dimitris Saravakos. Dobrą opinie wystawił mi niezwykle ceniony w Grecji Kazimierz Górski ale decydujący był chyba dwumecz Ruchu w Pucharze Europy z CSKA Sofia. Na Stadionie Śląskim zremisowaliśmy 1:1. W rewanżu strzeliłem gola i choć przegraliśmy 1:5, najwyraźniej mi to nie zaszkodziło”- wspomina Warzycha. Trenerem greckiej drużyny był Christo Bonew, legenda bułgarskiego futbolu. Bardzo chciał mieć polskiego napastnika w składzie. Podjął fantastyczną decyzje! Panathinaikos zawdzięcza mu sprowadzenie najlepszego snajpera w historii klubu(288 goli w 503 oficjalnych meczach). W reprezentacji nie był taki skuteczny. W 50 występach strzelił tylko 9 goli ale naprawdę ważnego tylko raz, kiedy Polacy okrutnie męczyli się w starciu z Albanią na Stadionie Śląskim w eliminacjach MŚ ’90, gdzie wreszcie posłał zwycięską piłke do bramki. Zwykle jednak spadała na niego krytyka. Stał się wręcz symbolem piłkarza, który nie potrafił przełożyć formy z klubu na kadre narodową. ,,Ciągnie się ta łatka za mną przez całe lata ale dzisiaj mam już do niej duży dystans. W klubie sytuacja psychologicznie była dla mnie łatwiejsza. Nie wyszedł mi jeden mecz, nie wyszedł drugi a i tak grałem w trzecim, w którym umiałem znowu odpalić. W reprezentacji było inaczej. Przyjeżdżałem na zgrupowanie i już była presja że mam strzelać jak w lidze. Nie strzeliłem, to wypadałem. Ta świadomość zaczęła mi wreszcie ciążyć. Inna sprawa że w kadrze, zwłaszcza na początku, grałem w pomocy a ja zawsze najlepiej czułem się na szpicy. Nie robiłem z tego problemu. Grzecznie stosowałem się do decyzji a może jednak z większym naciskiem powinienem był tłumaczyć że jestem wysuniętym napastnikiem?”- zastanawiał się ,,Gucio”.
W Ekstraklasie debiutował za czasów trenera Lenczyka, wiosną 1983, czyli w tej samej rundzie co wspomniany Fornalik. Następny sezon zaczął już w podstawowym składzie. Tak było w dwóch meczach ale w trzecim wszedł na boisko z ławki w 87 minucie i potrzebował kilkudziesięciu sekund by strzelić pierwszego ligowego gola. Na dodatek nie byle gdzie i nie byle komu – Legii przy Łazienkowskiej! Jego trafienie przypieczętowało wygraną 2:0. Po tym meczu Ruch był liderem a w następnej kolejce znowu wygrał, ponownie po golu Warzychy(wyjazdowe 2:0 z GKS Katowice). Finalnie Niebiescy ligi jednak nie podbili. Zajeli miejsce w środku stawki a po rundzie jesiennej Lenczyka zastąpił Alojzy Łysko. Młody Warzycha na dobre zadomowił się w podstawowym składzie i w marcu 1984 , mając niespełna 20 lat i mniej więcej tyle samo spotkań w ekstraklasie, zagrał w dorosłej reprezentacji Polski. W wyjazdowym meczu towarzyskim ze Szwajcarią(1:1), w którym gola strzelił Boniek, zastąpił na ostatnie 20 minut Włodka Smolarka. ,,Zaczynałem u selekcjonera Piechniczka i u niego 13 lat później kończyłem, gdy znowu prowadził kadre”- przypomina pan Krzysztof. Swego czasu uważano go za piłkarza niedostępnego dla polskich mediów. Sugerowano że jest obrażony za te wszystkie złośliwe uwagi w sprawie jego gry w kadrze. Gdy wiosną 1996 przyjeżdżał do Warszawy na ćwierćfinał Ligi mistrzów, Legia-Panathinaikos(0:0), nie chciał rozmawiać z dziennikarzami. W rewanżu mistrzowie Grecji wygrali 3:0 po 2 golach Warzychy. ,,Czy byłem obrażony? Nie przesadzajmy. Ja jestem skromnym chłopakiem, nie chciałem za często pojawiać się w mediach, taki mam charakter. To nie było po złości.”- zapewnia teraz Warzycha. W kwestii potyczek z Legią ma jeszcze jedną uwagę: ,,Wtedy ją ograliśmy ale rok później ona ograła nas w Pucharze UEFA. Uznajmy że wychodzi na remis.”- kończy rozmowe ,,Gucio”. Krzysztof Warzycha poza mistrzostwem Polski z Ruchem w 1989, 5-krotnie zdobywał mistrzostwo Grecji z Panathinaikosem i tyleż samo Pucharów Grecji oraz dwukrotnie Superpuchar Grecji.
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360
1
@FcPortoFan1999 Maracana ma pojemność 150 tysięcy. Któryś z amerykańskich stadionów ma również 100 tysięcy i będzie gościł przyszłoroczny mundial...
9
Górnik wkracza na salony, czyli pierwszy polski ćwierćfinał Pucharu Europy:
Ponad pół wieku temu po raz pierwszy w historii mistrz Polski przebrnął przez drugą rundę Pucharu Europy Mistrzów Klubowych. Na starcie edycji 1967/68 stanęło 32 krajowych mistrzów. Oczywiście mapa Europy wyglądała wówczas zupełnie inaczej – jednego mistrza miały: Związek Radziecki, Jugosławia i Czechosłowacja, a w „rodzinie” UEFA nie było choćby Izraela. W pierwszej rundzie zabrzanie poradzili sobie z mistrzami Szwecji, Djurgardens Sztokholm, wygrywając 3:0 (Włodzimierz Lubański 2, Roman Lentner) i 1:0 (Jerzy Musiałek). Z kolei mistrzowie ZSRR po ciężkich bojach wyeliminowali Celtic Glasgow (2:1 w Szkocji, 1:1 w Kijowie). Na Stadionie Centralnym w Kijowie zasiadło 90 tysięcy kibiców, liczących na wygraną gospodarzy. Trener zabrzan dr Istvan Kalocsai wystawił w pierwszym składzie zamiast doświadczonego Lentnera, 18-latka z Michałkowic, Alojzego Deję i był to przysłowiowy strzał w dziesiątkę, bowiem młodzian nie pękł przed utytułowanymi graczami wielkiego rywala. Taktyka Górnika była prosta – pieczołowite krycie radzieckich graczy i szybkie kontry. Ustawienie 4-4-2 zamiast 4-3-3 też zaskoczyło ekipę Wiktora Masłowa. Jeden piłkarz więcej w drugiej linii pozwolił na opanowanie sytuacji w środku pola. Pierwsza gol padł z samobójczego strzału Alfreda Olka, który w 12. minucie zaskoczył Huberta Kostkę. Stracony gol nie załamał Górnika. Zabrzanie doskonale przygotowani do tego meczu wyrównali już 180 sekund później po uderzeniu Zygfryda Szołtysika z 20. metrów. Bramkarz radziecki nawet nie drgnął. Decydujący gol padł w 61. minucie, po strzale głową Włodzimierza Lubańskiego. Lubański świetnie radził sobie z radzieckimi defensorami, stwarzając duże zagrożenie pod bramką Wiktora Bannikowa. W 82. minucie po rzucie wolnym z okolic narożnika pola karnego przed bramką Huberta Kostki powstało wielkie zamieszanie. Gdy wydawało się, że piłka już wpadnie do bramki Górnika, na linii bramkowej ręką zatrzymał ją Rainer Kuchta. Sędzia podyktował rzut karny. Do piłki podszedł Josef Szabo. Kostka jednak odbił strzał, a następnie nakrył ją przed bramką. Wtedy niezwykle chamskim zagraniem „popisał się” nieźle grający do tej pory Witalij Chmielnicki. Wszedł on z całym impetem w zabrzańskiego golkipera. Kostka zacisnął zęby i dotrwał na posterunku do końca, lecz po ostatnim gwizdku arbitra nie był w stanie o własnych siłach opuścić boiska.
17 listopada 1967, Stadion Centralny w Kijowie
1/8 finału Pucharu Europy
Dynamo Kijów – Górnik Zabrze 1:2 (1:1)
Gole: Olek 12., sam. – Szołtysik 15., Lubański 61.
Dynamo: Wiktor Bannikow – Władimir Szczegołkow, Wadim Sosnichin,Władimir Lewczenko, Wasilij Turjańczyk, Siergiej Krulikowski – Jozsef Sabo, Fiodor Miedwied, Wiktor Sieriebriannikow – Anatolij Byszowiec, Witalij Chmielnicki.
Górnik: Hubert Kostka – Rainer Kuchta, Stefan Floreński, Stanisław Oślizło, Henryk Latocha – Erwin Wilczek, Alfred Olek, Zygfryd Szołtysik, Alojzy Deja – Włodzimierz Lubański, Jerzy Musiałek.
,,My z Włodkiem Lubańskim przygotowujemy się już na Real Madryt. Takie mam przeczucie, że z tą drużyną zagramy w ćwierćfinale” – przyznał przed meczem Stanisław Oślizło. Ta wypowiedź pokazuje, jaka pewność siebie emanowała z graczy Górnika. W nocy przed meczem na Śląsku doszło do załamania pogody, spadł śnieg. Mimo tego, murawa była dobrze przygotowana. Obie ekipy miały grać w optymalnych składach, po przeziębieniu Lubańskiego nie było śladu. Dynamo przyjechało w najsilniejszym zestawieniu, choć trener Masłow po pierwszym spotkaniu narzekał na przemęczenie swoich zawodników. Odwrotnie niż Kalocsai. Ten serwował zabrzanom naprawdę ciężkie treningi. I nikt nie śmiał narzekać. W przeddzień rewanżu na Stadionie Śląskim w Chorzowie było sprzedanych ponad 70 tysięcy wejściówek, mimo iż Telewizja Polska zapowiedziała bezpośrednią transmisję z tego spotkania. Na Stadion Śląski zjechały tłumy. Na długo przed meczem sto tysięcy widzów wypełniło stadion i oczekiwało na pierwszy gwizdek. Na trybunach były widoczne transparenty z Krakowa, Poznania, Wrocławia czy Lublina. Cała Polska żyła meczem Górnik – Dynamo. Mecz był zacięty i emocjonujący, wszak stawką był ćwierćfinał Pucharu Europy. Sporo roboty miał szwedzki sędzia Einar Broemstroem, bo piłkarze często faulowali. Sprzyjała temu śliska murawa. Zabrzanie, podobnie jak w pierwszym spotkaniu, grali systemem wzmocnionej obrony. Tym razem jednak druga linia Górnika nie grała tak dobrze jak w Kijowie. Trener gości zrezygnował z usług Sabo, w jego miejsce wystawiając szybkiego skrzydłowego Anatolija Puzacza. Kijowianie dużo częściej niż w pierwszym spotkaniu atakowali właśnie bokami. Jednak to Górnik miał więcej z gry i powinien mecz wygrać. W 38. minucie to jednak goście wyszli na prowadzenie, gdy po wrzutce z rzutu rożnego Kostkę pokonał Turjańczyk. Na minutę przed przerwą Stadion Śląski opanowało szaleństwo. Na 1:1 wyrównał Szołtysik, finalizując akcję Wilczka z Lubańskim. As atutowy Górnika miał pecha – raz obił słupek, drugi raz poprzeczkę. W pole karne Dynama zapędził się znany z ofensywnej gry obrońca Floreński (wtedy defensorzy rzadko przekraczali linię środkową boiska), ale gdy stanął oko w oko z Bannikowem, zbyt wcześnie zdecydował się na strzał. Obserwatorzy po meczu wyróżnili Lubańskiego, który błyszczał szybkością i popisywał się techniką. W środku pola kapitalne zawody zagrali Olek i Szołtysik, którego precyzyjne podania budziły uznanie kibiców. Po spotkaniu rozentuzjazmowany tłum wpadł na murawę. Sensacja stała się faktem – Górnik awansował do ćwierćfinału Pucharu Europy!
29 listopada 1967, Stadion Śląski w Chorzowie
1/8 finału Pucharu Europy (rewanż)
Górnik Zabrze – Dynamo Kijów 1:1 (1:1)
Gole: Szołtysik 44. – Turjańczyk 38.
Górnik: Hubert Kostka – Rainer Kuchta, Stefan Floreński, Stanisław Oślizło, Henryk Latocha – Alojzy Deja, Alfred Olek, Zygfryd Szołtysik, Erwin Wilczek – Włodzimierz Lubański, Jerzy Musiałek.
Dynamo: Wiktor Bannikow – Władimir Szczegołkow, Wadim Sosnischin, Leonids Ostrovskis, Wasilij Turjańczyk, Siergiej Krulikowski – Anatolij Byszowiec, Fiodor Miedwied, Wiktor Sieriebriannikow – Witalij Chmielnicki, Anatolij Puzacz.
Sędziował: Broemstroem (Szwecja)
Widzów: 100.000
PS. W ćwierćfinale Górnik wylosował Manchester United.
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
4
@Lionel_Messi10 Doskonale pamiętam mundial 1998 i grającą tam Norwegie. Do tamtego mundialu Norwegowie również przeszli przez eliminacje jak burza nie przegrywając żadnego meczu. Na samym mundialu wygrali grupowy mecz z Brazylią(!) 2:1, wychodząc na drugim miejscu z grupy. W 1/8 trafili niestety na... Włochów i załatwił ich Christian Vieri. Wówczas Norwegowie mieli Tore Andre Flo, dzisiaj mają Hallanda i podobnie mocną ekipe. Różnica jest jednak taka że wówczas klimat był zdecydowanie łagodniejszy od tego, jaki będzie panował w USA a zwlaszcza w Meksyku...