3

@Adran360 No niestety ale nadeszły bardzo chude lata dla argentyńskich klubów i nie wiadomo kiedy to się zmieni?
Ostatnio nie śledze Copa Libertadores ale widze że Racing Club minimalnie przegrał walke o finał z Flamengo...

12

Cztery tytuły z rzędu, wyczyn nie do pobicia!

Mówią, że sukces łatwiej osiągnąć niż utrzymać a w takich rozgrywkach jak najważniejszy południowoamerykański puchar klubowy, Copa Libertadores, utrzymanie się na szczycie to nie lada wyczyn. Argentyński Club Atlético Independiente czterokrotnie z rzędu zdobywał Copa Libertadores w latach 1972-1975. Do dziś jest to jedyny zespół, któremu udało się tego dokonać. Dziś wydaje się to trudne do pobicia, ale jedno jest pewne: ten rekord zostanie zapamiętany na zawsze i podniósł poprzeczkę niezwykle wysoko. Nawet najlepsze serwisy bukmacherskie zarobiłyby krocie, gdyby podejrzewały, że jakakolwiek drużyna może powtórzyć takie osiągnięcie. Zobaczmy więc, jak, gdzie i kiedy Independiente zdołało wygrać Copa Libertadores cztery razy z rzędu.

Copa Libertadores w 1972 roku był jedną z najbardziej emocjonujących i niezapomnianych edycji turnieju kontynentalnego. Była to 13. edycja turnieju, w której wzięło udział 20 drużyn z 10 krajów Ameryki Południowej: Argentyny, Chile, Ekwadoru, Boliwii, Brazylii, Kolumbii, Urugwaju, Paragwaju, Peru i Wenezueli. Obie drużyny finalistów pokonały liczne przeszkody, aby dotrzeć do finału. W pierwszej fazie Independiente rywalizowało w bardzo zaciętej grupie z Rosario Central (innym argentyńskim klubem) oraz kolumbijskimi drużynami Santa Fe i Atlético Nacional. W drugiej fazie udało im się pokonać brazylijskie São Paulo i ekwadorską Barcelonę, zapewniając sobie awans do finału. Z kolei Universitario de Peru miał podobnie trudną drogę. W pierwszej fazie wyeliminował dwa chilijskie kluby, Universidad de Chile i Unión San Felipe a także Alianza Lima, lokalnego rywala. W drugiej fazie zmierzył się z urugwajskimi drużynami Nacional, obrońcą tytułu, oraz Peñarol, pokonując kolejną przeszkodę i awansując do finału. Finał rozegrano w dwóch meczach: pierwszy w Peru a drugi w Argentynie. Pierwszy mecz był zacięty i zakończył się bezbramkowym remisem, z niewielką liczbą klarownych sytuacji dla obu drużyn. Rewanż był bardziej otwarty i emocjonujący, a o jego losach zadecydowała celność w wykończeniu, z jaką napastnik Eduardo Maglioni strzelił dwa gole dla Independiente, a napastnik Percy Rojas strzelił gola honorowego dla Universitario. W ten sposób Independiente po raz trzeci w historii zdobyło tytuł mistrza Copa Libertadores, wyrównując ówczesny rekord Peñarolu. Zespół prowadzony przez Pedro Dellachę okazał się najlepszy na kontynencie dzięki solidnemu, ofensywnemu i zdecydowanemu stylowi gry.

W następnym roku drużyna rozpoczęła walkę o czwarty tytuł mistrza kontynentu. Pierwszy mecz finałowy odbył się 22 maja 1973 roku w Argentynie. Tam Independiente i Colo-Colo z Chile zremisowały 1:1. Rewanż rozegrano tydzień później na Estadio Nacional w Chile, gdzie Colo-Colo i Independiente zakończyły się bezbramkowym remisem. Po 180 minutach gry sytuacja była nadal nierozstrzygnięta i zamiast rzutów karnych, przed wprowadzeniem zasady bramek na wyjeździe, konieczne było rozegranie dogrywki na neutralnym boisku. Independiente przemierzyło Río de la Plata i dotarło do sąsiedniego Urugwaju na mecz na legendarnym Estadio Centenario w Montevideo, znanym z inauguracyjnego finału Mistrzostw Świata w 1930 roku. Mario Mendoza otworzył wynik meczu dla Independiente w 25. minucie, a Carlos Caszely wyrównał dla Chilijczyków w 39. minucie pięknym lobem. Bezbramkowa druga połowa doprowadziła do dogrywki, a wejście Ricardo Bochiniego przeważyło szalę na korzyść Argentyńczyków. Jego kolega z ławki rezerwowych, Miguel Ángel Giachello, strzelił zwycięskiego gola w 106. minucie. Ten wyczerpujący remis zachwycił kibiców, którzy oglądali starcie Independiente i Colo-Colo w trzech krajach przez ponad pięć godzin, zanim wyłoniono zwycięzcę.

Pokonawszy peruwiańskich i chilijskich rywale w dwóch poprzednich edycjach, Brazylia z FC São Paulo postanowiła spróbować powstrzymać Independiente w finale Copa Libertadores w 1974 roku. Argentyńska drużyna udała się do Brazylii na pierwszy mecz na „Estádio do Pacaembu” i wróciła z pustymi rękami po porażce 1:2. Cztery dni później, 16 października 1974 r., obie drużyny spotkały się w Argentynie, gdzie w 34. minucie Bochini strzelił gola, a Agustín Balbuena drugiego, ustalając wynik meczu na 2:0 i 3:2 dla Argentyńczyków, którzy wygrali trzeci mecz na Narodowym Stadionie Chile 1:0.

Independiente zakwalifikowało się do finału Copa Libertadores w 1975 roku minimalną przewagą a ich dążenie do zdobycia czterokrotnego tytułu mistrzowskiego niemal rozsypało się już na samym początku. Różnica zaledwie jednego gola sprawiła, że w finale zmierzyli się ze stosunkowo mało znaną chilijską Unión Española, drużyną, która w swojej prawie 80-letniej historii mogła pochwalić się czterema tytułami mistrzowskimi. Chilijczycy wygrali pierwszy mecz na Estadio Nacional w Santiago 1:0, ale Independiente zrewanżowało się, pokonując rywali 3:1. Trzeci mecz, w stolicy Paragwaju, Asunción, również zakończył się dwubramkową przewagą, Independiente wygrało 2:0, a zatem łącznie 5:2. Partner Bochiniego na boisku, Daniel Bertoni, strzelił gola w obu zwycięstwach. Tamta drużyna Independiente była niezwykle utalentowana i choć potrafiła grać agresywnie, byłoby błędem sądzić, że polegała wyłącznie na sile fizycznej. Potrafili łączyć inteligencję z siłą fizyczną, tworząc potężny koktajl, który pozwolił im osiągnąć tak wiele sukcesów w pierwszej połowie lat 70-tych.

@Adran360
@AxelF
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

16

Cenne 3 punkty na wyjeździe:

O kolejne trzy punkty wzbogaciła się reprezentacja Polski w eliminacjach piłkarskich mistrzostw Europy. 15 listopada 2006 r. Biało-czerwoni wygrali w Brukseli bardzo ważny mecz z Belgią 1:0. Zwycięskiego gola strzelił napastnik GKS Bełchatów Radosław Matusiak. To trzecia wygrana z rzędu kadry prowadzonej przez Leo Beenhakkera. Holenderski selekcjoner reprezentacji Polski zaskoczył wszystkich. W środku boiska za chorego Mariusza Lewandowskiego zagrał nie Przemysław Kaźmierczak, nie Łukasz Garguła i nie Rafał Murawski, a Dariusz Dudka. Jak widać Beenhakker wie co robi, bo piłkarz Wisły Kraków rozegrał w Brukseli dobre spotkanie. Podobnie jak Marcin Wasilewski, którego ostatecznie do gry na prawej obronie wystawił selekcjoner kosztem Marcina Baszczyńskiego. Od początku spotkania to Polska dyktowała warunki gry. Już w 10 minucie obrońcy gospodarzy uratowali swój zespół przed utratą gola po akcji Euzebiusza Smolarka z Radosławem Matusiakiem. W 19 minucie biało-czerwoni objęli prowadzenie. Rozgrywający świetny mecz Matusiak wygrał pojedynek biegowy z defensorem Bayernu Monachium Danielem Van Buytenem i technicznym strzałem w długi róg pokonał Stijna Stijnena. Matusiak potwierdził, że staje się zawodnikiem europejskiego formatu. Oprócz strzelonego gola radził sobie z obrońcami rywali, a także stwarzał sytuacje strzeleckie kolegom z drużyny. Widać, że dwa gole strzelone w meczu z Wisłą Kraków to nie był przypadek i mamy kolejnego dobrego napastnika. Po zdobyciu gola przez Polaków obraz spotkania nie zmienił się. Belgowie nie mieli atutów ani pomysłu na sforsowanie naszej obrony, która grała bardzo pewnie. Na środku defensywy nie mylili się Jacek Bąk i Michał Żewłakow a kolejny bardzo dobry mecz rozegrał Grzegorz Bronowicki. Biało-czerwoni czekali na okazje do kontr i mieli wyśmienite szanse na podwyższenie prowadzenia. W 36 minucie po bardzo dobrym podaniu Matusiaka w sytuacji sam na sam znalazł się bohater dwóch poprzednich spotkań eliminacyjnych, Smolarek, ale strzelił tuż obok słupka. Tuż przed przerwą ten sam piłkarz miał jeszcze jedną szansę. Tym razem dośrodkował Maciej Żurawski, a po uderzeniu głową piłki przez Smolarka centymetrów zabrakło nam do szczęścia.

W II połowie Belgowie zagrali ofensywnie i częściej robiło się nerwowo pod bramką Artura Boruca. Biało-czerwonych wspierało jednak 15 tys. wspaniale dopingujących kibiców, którzy zasiedli na stadionie w Brukseli. ,,Gramy u siebie. Polacy, gramy u siebie” - roznosiło się po obiekcie skandowanie fanów. Największe zagrożenie gospodarze stworzyli już w doliczonym czasie gry, kiedy do ataku przeszedł rosły Van Buyten. Bezbłędnie bronił jednak Boruc, który raz ubiegł właśnie wspominanego wcześniej piłkarza a później Emila Mpenzę. W 79 minucie na boisku pojawił się Rafał Murawski, wychowanek MRKS Gdańsk i były piłkarz Prokomu Arki Gdynia, czy Lecha Poznań i zapisał się w historii polskiej piłki nożnej jako 800 piłkarz, który wystąpił w biało-czerwonych barwach.

,,Zawsze gramy o trzy punkty i tak samo było w Brukseli. Staramy się jak najdłużej utrzymać przy piłce, żeby przejść do akcji ofensywnej. Mieliśmy więcej sytuacji i zasłużyliśmy na zwycięstwo. Cieszę się, że rok zakończyliśmy dwoma jakże cennymi wygranymi” - powiedział Dariusz Dziekanowski, asystent Leo Beenhakkera.

@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@AxelF
@Adran360

16

Pyrrusowe zwycięstwo na zakończenie eliminacji:

15 listopada 1989 r. reprezentacja Polski wygrała wyjazdowe spotkanie z Albanią 1:2 w el. MŚ 1990 po golach Tarasiewicza i Ziobera. Jesień Ludów zrobiła swoje. W Albanii reżim komunistyczny mocno chwiał się w posadach. Mieszkańcy tego kraju coraz głośniej domagali się wolnych wyborów oraz idących za nimi głębokich zmian społecznych, gospodarczych i politycznych. W takiej scenerii nasi piłkarze kończyli nieudane eliminacje włoskiego mundialu. I mecz w Tiranie niczego w tym smutnym krajobrazie nie zmienił. Polacy wygrali szczęśliwie, bo gospodarze w niczym nie ustępowali drużynie Andrzeja Strejlaua. On przynajmniej miał małą satysfakcję, że prowadzona przez niego kadra odniosła pierwsze zwycięstwo w meczach o punkty. W wyścigu o awans biało-czerwoni wyraźnie ustępowali Szwedom i Anglikom. Kilka zrywów, indywidualnych szarż i okresów dobrej gry to za mało, by nawiązać walkę na pełnym dystansie ze Skandynawami i Wyspiarzami.

@Adran360
@AxelF
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

11

Wybitne legendy argentyńskiego futbolu:

15 listopada 1918 r. urodził się Adolfo Pedernera, napastnik; 3-krotny triumfator Copa America(1941, 1945 i 1946); 5-krotny mistrz Argentyny oraz 4-krotny mistrz Kolumbii. Pedernera uchodzi za największego stratega w historii argentyńskiej piłki. Jego niepowszednie walory dobrze wyraża wymowny przydomek ,, Napoleon futbolu". Adolfo był jednym z wychowanków ,, fabryki talentów" River Plate, dokąd trafił jako niespełna 15-latek z klubiku Cruceros del Plata w Patricios. Wraz z równie uzdolnionym Moreno zadebiutował w sezonie 1935. Zaczynał od lewego skrzydła, potem przeszedł na prawe. Czarował wtedy bajeczną techniką, krótkim, zabójczym dryblingiem i umiejętnością zaskakującego przeboju. Centrował z matematyczną dokładnością. Z biegiem lat ten ,, Bonaparte" przeobraził się w prawdziwego ,, Napoleona". Przeszedł na środek napadu i na tej pozycji stworzył własną szkołę gry. Był to Uniwersytet futbolowy na poziomie Oksfordu lub Sorbony. Pedernera, zwany również ,, Gran Adolfo" , skupiał wszystkie nici fenomenalnej ,, maszynki" River Plate, po mistrzowsku kierując najlepszym atakiem świata: Muñoz, Moreno, Pedernera, Labruna, Loustau. Pociągał ze sznurki, ustalał hierarchię zadań, regulował rytm gry, słowem rządził! Jego przywódczą funkcję plastycznie oddaje druga zwrotka popularnej pieśni triumfalnej ułożonej z okazji kolejnego tytułu mistrzowskiego River w sezonie 1945: ,,La Maquinita de River, Modelo de precision, Su capitan es Soriano, Pedernera el conductor". Tekst tak prosty że nie ma potrzeby go tłumaczyć. ,, konduktor" dawał sygnał do odjazdu pociągu, który do stacji docelowej(a mógł być nią tylko ligowy prymat) docierał z niezawodną punktualnością w latach 1936-37-41-42-45. W roku 1947 zwalniając miejsce dla młodej rewelacji Alfreda di Stefano, przeszedł do klubu Atlanta za rekordową sumę transferu 140 000 pesos. W następnym sezonie trafił na krótko do Huracan, po czym wyemigrował do Kolumbii. W latach 1935-48 i 1953(powrotny epizod w Huracan) strzelił 136 goli. Dla samego River strzelił 130 goli w 288 meczach. W reprezentacji rozegrał 20 spotkań z siedmioma bramkami na koncie, nieustannie rywalizując o miejsce na środku ataku z takimi asami jak Pontoni czy Masantonio. W Bogocie przeżył drugą młodość. Czterokrotnie poprowadził Milionarios do mistrzostwa kraju, w drugiej fazie tego imponującego cyklu pełniąc rolę grającego trenera. W Kolumbii, gdzie fetowano go niczym bohatera narodowego odniósł potem jeszcze wiele sukcesów szkoleniowych a w 1962 roku doprowadził reprezentację tego kraju po raz pierwszy w dziejach do finałów Mistrzostw Świata, gdzie sprawiła światową sensację remisując z faworyzowanym ZSRR 4:4.

@Sysia11
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@AxelF
@Adran360

13

Wybitne legendy Dumy Katalonii:

15 listopada 1927 r. urodził się Joan Segarra, głównie środkowy obrońca, wielka legenda FC Barcelony. Segarra był charyzmatycznym kapitanem(miał przydomek ,,El Gran Capitan”) między innymi ,,Barcelony Pięciu Pucharów”. Cechował go wysoki wzrost i doskonałe przygotowanie fizyczne. Przez 15 sezonów rozegrał aż 402 spotkania we wszystkich rozgrywkach, co daje mu jedno z czołowych miejsc w historii klubu. Mimo gry na pozycjach defensywnych strzelał dużo goli, szczególnie w sezonie 1958/59, kiedy to Blaugrana zdobyła podwójną korone. Z powodu problemów z gałką oczną nie zagrał w finale Pucharu Europy z Benfiką. W reprezentacji rozegrał 25 spotkań, ostatnie na Mistrzostwach Świata w Chile w 1962 r. przeciwko Czechosłowacji. Zmarł 3 września 2008 r.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

0

@AxelF A ja wyobraź sobie byłem już na świecie :)
Jednak tego Claresa też za dobrze nie znam ale hattricka udało mu się strzelić!

11

Pośredni rzut karny. Od Rika Coppensa do Messiego:

Rzut karny to niewątpliwie najdotkliwszy rzut karny, jaki drużyna może ponieść w meczu piłkarskim (oczywiście po strzeleniu gola). Bramkarz zawsze jest na przegranej pozycji w starciu z tego typu strzałami, ponieważ wykonawca rzutu karnego ma znaczną przewagę i rzadko jest on niecelny. Dzisiaj porozmawiamy o pośrednim rzucie karnym , który tylko nieliczni mieli odwagę skutecznie wykonać. W historii rzuty karne pośrednie były rzadkością. Oczywiście, musimy skupić się na „wynalazcy” tej osobliwej metody wykonywania rzutów karnych. Cofamy się do 5 czerwca 1957 roku. Tego dnia w Brukseli odbył się mecz kwalifikacyjny do Mistrzostw Świata 1958 pomiędzy Belgią a Islandią. W reprezentacji Belgii grał zawodnik o nazwisku Rik Coppens. Piłkarz z numerem 9 otrzymał rzut karny i zaskoczył wszystkich, podając piłkę do kolegi z drużyny (prawdopodobnie świadomego jego intencji), który oddał ją po minięciu bramkarza. Na szczęście istnieje doskonały materiał filmowy z tej historycznej akcji.



Bez wątpienia nazwisko Rika Coppensa na zawsze zapisało się w historii piłki nożnej właśnie dzięki tej akcji. Belgijski napastnik spędził całą karierę w lidze swojego kraju, grając w takich drużynach jak Beerschot VAC, gdzie rozegrał ponad 500 meczów w ciągu 15 sezonów i dwukrotnie był królem strzelców ligi. Podobno odrzucił nawet znaczące oferty od potężnych klubów tamtych czasów, takich jak Inter Mediolan i AC Milan, ponieważ był wierny swojemu klubowi od urodzenia.

Przez wiele lat Johan Cruyff był uważany za prawdziwego wynalazcę rzutu karnego pośredniego. Holenderski geniusz spopularyzował tę technikę w 1982 roku, grając w Ajaxie. Tym razem przeciwnikiem był skromny Helmond Sport, którego amsterdamska drużyna prowadziła już z dużą przewagą w momencie podyktowania rzutu karnego. Cruyff, naśladując ruch Coppensa, zagrał krótkie podanie do swojego kolegi z drużyny, Jespera Olsena, który oddał piłkę, dzięki czemu Cruyff mógł wpakować ją do siatki. Najzabawniejsze jest to, jak sam strzelec bramki wyjaśnił po latach wątpliwości, jakie wzbudził u sędziego tym strzałem: „Sędzia był pod wrażeniem. Podszedł do mnie i zapytał, czy to dozwolone. Powiedziałem: »Oczywiście, dlaczego nie?«, a on wskazał na środek boiska”.


Od czasów Cruyffa, byli inni odważni piłkarze, którzy próbowali wykonać tego typu rzut karny. Messi i Suárez z powodzeniem wykonali to w niedawnym meczu Barça-Celta; jednak dwie gwiazdy, takie jak Henry i Pires, zrobiły z siebie kompletnych idiotów, nie wykorzystując rzutu karnego przeciwko Manchesterowi City, kiedy obaj byli częścią Niepokonanych Arsenalu. Na szczęście dla dwóch gwiazd Arsenalu, ich drużyna nie potrzebowała tej bramki, by wygrać mecz i zdominowała cały sezon, zdobywając mistrzostwo Premier League bez porażki. Tak czy inaczej, to akcja, której nigdy nie zapomną.


@Adran360
@AxelF
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

8

Wybitne legendy polskiego futbolu:

14 listopada 1907 r. w Krakowie urodził się Henryk Martyna, obrońca i kapitan Legii Warszawa, 24-krotny reprezentant Polski, członek zespołu, który zajął czwarte miejsce na IO w Berlinie w 1936 r. ,,Miał słynny, oswobadzający wykop oraz bił potężne rzuty karne i wolne. Pamiętam, jak raz na meczu z austriackim Rapidem strzelił wolnego niemal ze środka boiska i trafił w poprzeczkę. Gdzie te czasy?” – wspominał jego grę redaktor Bohdan Tomaszewski. Antałek to mała beczułka przeznaczona do przechowywania wina albo piwa, w potocznym języku oznaczająca po prostu grubasa. Właśnie Antałkiem nazywano Martynę i faktycznie jego sylwetka daleka była od ideałów fitnessu, przy wzroście 167 cm ważył ponad 80 kg. Jednak twardo stał na nogach, grał z wielkim wyczuciem i poświęceniem a rywali straszył swoimi atomowymi strzałami. Przygodę z futbolem zaczynał w krakowskich klubach (Orzeł, Korona), w stolicy Małopolski skończył też szkołę handlową. W 1928 r. rozpoczął służbę wojskową w Warszawie i trafił do Legii, gdzie przeżył najlepsze lata swojej kariery. Dla Wojskowych rozegrał 160 meczów i zdobył 18 goli. Odszedł w 1936 r. i do wybuchu wojny grał w Warszawiance. Był pierwszym strzelcem gola dla reprezentacji w meczu o punkty – 15 października 1933 r. w eliminacjach MŚ pokonał legendarnego bramkarza Františka Pláničkę strzałem z rzutu wolnego (przegraliśmy 1:2). W kadrze debiutował 28 września 1930 r. w towarzyskim meczu ze Szwecją (zwycięstwo 3:0) a przygodę z drużyną narodową zakończył 4 października 1936 r. z Danią (zszedł w 21. minucie w meczu przegranym 1:2). W czasie kampanii wrześniowej walczył w obronie Twierdzy Modlin. Niemcy zwolnili go z obozu jenieckiego w Iławie i wrócił do Warszawy. W rozgrywkach konspiracyjnych w stolicy reprezentował barwy KS Radość. W czasie Powstania Warszawskiego był cywilnym komendantem kamienicy przy ul. Mokotowskiej 52, a po zakończeniu walk trafił do obozu przejściowego w Pruszkowie. Uciekł stamtąd i resztę życia spędził w Krakowie. Był współwłaścicielem firmy poligraficznej, a także kierownikiem sklepu, w czym z pewnością pomogło mu wykształcenie ekonomiczne. W Reprezentacji rozegrał 23 mecze, strzelając 4 gole. Zmarł 17 listopada 1984 r.

@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@AxelF
@Adran360

2

@Lionel_Messi10 W końcu to tylko mecz towarzyski...

8

Legendy argentyńskiego futbolu:

14 listopada 1936 r. urodził się Rubén Héctor Sosa, pomocnik i napastnik; zdobywca Copa America z 1959 r. oraz 2-krotny mistrz Argentyny z Racing Club de Avellaneda. Sosa nazywany był Markizem, ponieważ główkową z elegancją i klasą godną Markiza. Przyszedł z Platensy i w latach 1958- 64 strzelił(głównie głową) dla Racingu 79 goli w 147 meczach. Łącznie w lidze argentyńskiej Sosa rozegrał 181 meczów i zdobył 96 bramek. W 1965 roku przeniósł się do Urugwaju, gdzie do 1966 roku grał w klubie CA Cerro, a w 1967 roku w klubie Club Nacional de Football, z którym zdobył wicemistrzostwo Urugwaju i dotarł do finału Copa Libertadores 1967. Karierę piłkarską zakończył w 1968 roku w USA, w klubie Boston Beacons, w którym rozegrał 17 meczów i zdobył 7 goli. W reprezentacji Argentyny Sosa rozegrał 17 meczów, zdobywając 11 goli.

@Sysia11
@Safrani
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AxelF
@Adran360

1

@Symson O! przepraszam ale w natłoku ludzkich spraw nie dałem ci zielonego herba! :) Ależ naturalnie że legenda i to nie tylko Kolejorza ale i całej Polski!

9

Bitwa o ,,Highbury”:

Bardzo często mówi się, że styl wyspiarskiej piłki nożnej odznacza się grą siłową. W tamtych czasach jednak mieliśmy do czynienia z gladiatorami muraw. Brutalne mecze im więc nie były straszne. Mecz z 14 listopada 1934 roku jest również określany „prawdziwym meczem o mistrzostwo świata”. Do Londynu przyjechała reprezentacja Włoch, która w 1934 roku wygrała mundial na swoim terenie. Anglicy nie brali udziału w tamtym turnieju, ponieważ w 1928 roku rodzima federacja wystąpiła ze struktur FIFA. Choć był to mecz towarzyski, to brano go jak najbardziej na poważnie. Sam Benito Mussolini obiecał każdemu zawodnikowi, że w przypadku wygranej, otrzymają po 150 funtów oraz samochód a konkretnie wybrany przez siebie model Alfy Romeo.

Anglicy już na początku spotkania pokazali, że traktują ten mecz towarzyski jak prawdziwy finał. W pierwszej minucie świetną okazję na zdobycie bramki zmarnował Eric Brook, który nie wykorzystał rzutu karnego, sprezentowanego przez Ceresciolego. Włoski piłkarz w dosyć głupi sposób sfaulował w polu karnym Teda Drake’a. Zaledwie 120 sekund później Brook się zrehabilitował i otworzył wynik tego spotkania. Można powiedzieć, że od tego momentu puściły hamulce po obu stronach. W 10. minucie Brook ustrzelił dublet, lecz na tym gospodarze nie poprzestali. Chwilę po wznowieniu gry, boisko musiał opuścić Luis Monti, który po zderzeniu z Drake’iem doznał złamania nogi. Od tej chwili goście grali w osłabieniu (w owym czasie nie wprowadzono jeszcze przepisu dotyczącego zmian). Wykorzystując przewagę, trzecią bramkę wbił na domiar złego…Ted Drake. Włosi nie wytrzymali i rewanżowali się jak tylko można. Najlepiej to obrazuje starcie, po którym Eddie Hapgood musiał opuścić boisko z powodu złamanego nosa. Mało? Niedługo potem opatrywany był Ray Bowden z powodu skręcenia kostki a Eric Brook opuścił murawę na skutek złamania kości przedramienia. Na drugą połowę Włosi wychodzili więc w przewadze. Bramka strzeżona przez Franka Mossa była ostrzeliwana raz za razem. Włosi szturmowali połowę Anglików, czego efektem były dwa gole Giuseppe Meazzy. O ile sytuacja na boisku trochę się uspokoiła, to nadal dochodziło do starć, choćby między Luigim Bertolinim i Wilfem Coppingiem. Na szczęście Anglików, wynik spotkania do ostatniego gwizdka nie uległ zmianie. Po tej batalii – piłkarzy uznano za bohaterów narodowych i mistrzów świata, a potocznie nazywano ich „Lwami Highbury”. W meczu tym wystąpił także sir Stanley Matthews. Agresja i brutalność, jaka towarzyszyła temu spotkaniu, w efekcie doprowadziła do poważnych rozmów na temat rezygnacji organizowania oficjalnych spotkań międzypaństwowych…

@Adran360
@AxelF
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

2

@Lionel_Messi10 Na jakim programie transmisja?

10

Hattrick Claresa:

14 listopada 1976 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou Burgos CF 3:0 w ramach 10 kolejki Primera Division. Hattrickiem popisał się Manuel Clares Garcia, który został ściągnięty pod koniec maja 1974 r. z CD Castellon aby w przyszłości zastąpić Cruijffa.

@Adran360
@AxelF
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

11

Ku pamięci legend:

14 listopada 1986 r. zmarł Ferdinand Daučik. Pochodził on z Czechosłowacji a do Barcelony przybył w 1950 r. jako trener węgierskich uciekinierów z komunistycznego kraju, których liderem był jego szwagier, Ladislao Kubala. Josep Samitier, wielka legenda Barçy był zachwycony poziomem węgierskiej drużyny i doradził prezydentowi FCB zatrudnienie zarówno Daučika, jak i Kubali. Już w pierwszym sezonie Blaugrana dzięki nowym nabytkom zdobyła mistrzostwo Hiszpanii a w dwóch kolejnych podwójną koronę. W 1954 r. Daučik odszedł z Barcelony i przez ponad 20 lat prowadził kilkanaście klubów, głównie hiszpańskich. W sumie był trenerem przez 30 lat bez przerwy, co jest rzadko spotykane. Jeszcze we wrześniu 1980 r. Daučik w wieku 70 lat był pełen werwy i pomysłów: ,,Jestem co raz bardziej przekonany że moja witalność bierze się z tego iż cały czas jestem aktywny. Do teraz widząc dzieci biegające za piłką przyłączam się do gry. Moja głowa jest pełna pomysłów, które zrewolucjonizują futbol hiszpański. To ostatni cel, który sobie postawiłem. Futbol hiszpański jest chory od ponad 15 lat, konkretnie od porażki na Mistrzostwach Świata w Anglii. Wiem że jestem osobą kontrowersyjną ale gdyby brać pod uwagę matematykę w piłce, to pod względem zwycięstw i trofeów byłbym numerem jeden”- powiedział Daučik w 1980 r.

@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AxelF
@Adran360

12

Dwucyfrówka w “Campionat de Catalunya de Futbol”:

14 listopada 1926 r. FC Barcelona rozgromiła na „Camp de Les Corts” FC Gracia 10:2 w ramach 5 kolejki mistrzostw Katalonii. Po jednym hattricku zaliczyli Vicente Piera oraz legendarny Josep Samitier. Dublet zaliczył Jose Sastre a pozostałe gole zdobyli Sagi Barba oraz Paulino Alcantara. W mistrzostwach triumfowała Duma Katalonii a królem strzelców został genialny Josep Samitier z dorobkiem 18 goli.

@Adran360
@AxelF
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

4

Ooo Portugalia przegrała z Irlandia? No kto by się spodziewał?
O! Pan Cristiano dostał czerwona kartke? A taki grzeczny chłopak ponoć. Najwyraźniej ktoś go musiał sprowokować, najprędzej chyba Messi...

1

@AxelF Po prostu są rankingi dotyczące wyłącznie Ligi Mistrzów i wyłącznie Pucharu Europy. Rzadko robi się ranking ogólny, zwłaszcza indywidualny a w tym rekord dzierży genialny Lubański...

12

Najmłodszy strzelec w historii Ligi Mistrzów?

W rozegranym 10 grudnia 2019 r. meczu Inter – FC Barcelona (1:2) Ansu Fati wpisał się na listę strzelców i został ogłoszony najmłodszym strzelcem gola w historii Ligi Mistrzów. I rzeczywiście, jeśli mielibyśmy trzymać się nomenklatury, tak jest. Zawodnik Dumy Katalonii liczył sobie wówczas 17 lat i 40 dni. Weźmy jednak pod uwagę, że Liga Mistrzów została powołana w 1992 roku jako naturalny kontynuator Pucharu Europy, do którego dziesiątki lat temu swoje trzy grosze dodawały polskie potęgi klubowe. W sezonie 1967/68 Górnik Zabrze był jedynym zespołem w Europie, który pokonał wielki Manchester United Matta Busby’ego w marszu Czerwonych Diabłów po najważniejsze klubowe trofeum. Przy obecności ponad 90 tys. osób na Stadionie Śląskim Zabrzanie pokonali Anglików 1:0. Niestety, w pierwszym meczu, rozegranym na Old Trafford, polegli 0:2 i pożegnali się z rozgrywkami na etapie ćwierćfinału. W obu spotkaniach wystąpił fenomenalny Włodzimierz Lubański, który niespełna pięć lat wcześniej dokonał niebywałej sztuki. W 1/8 finału Pucharu Europy Górnicy mierzyli się z Duklą Praga. 13 listopada 1963 roku pokonali czeską ekipę 2:0, a jednego z goli zdobył właśnie Lubański, mający wówczas zaledwie 16 lat i 258 dni! W statystykach klubowych do triumfów w Lidze Mistrzów (tej po 1992 roku) dodaje się triumfy w Pucharze Europy (tym przed 1992 rokiem). Wiemy na przykład, że Real Madryt wygrał Ligę Mistrzów piętnaście razy, choć tak naprawdę, znów trzymajmy się nomenklatury, dziewięciokrotnie (wcześniej, za czasów Pucharu Europy, w 1956, 1957, 1958, 1959, 1960 i 1966 roku). Dlaczego zatem sytuacja z wyczynami indywidualnymi jest zgoła odmienna? Dlaczego za najmłodszego strzelca nie uznaje się piłkarza grającego przed 1992 rokiem? To nie Ansu Fati powinien być liderem tej klasyfikacji. To wyróżnienie należy się Włodzimierzowi Lubańskiemu.

@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@Gary
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@AxelF
@Adran360

0

@Arkon Napisałeś Lato, więc uznałem że liczą się tez ci, których się na żywo nie widziało. Natomiast gdybyś śledził skrupulatnie moje historie to byś znał genialnego Gerarda Wodarza...

14

Wybitne legendy polskiego futbolu:

13 listopada 1955 r. w Warszawie urodził się Stanisław Terlecki. Synonim wielkiego pecha w polskim futbolu. Dwukrotnie był bardzo bliski wyjazdu na mistrzostwa świata, jednak na przeszkodzie stawały mu dziwne przypadki. Ostatecznie nie zagrał na tej imprezie, choć w opinii wielu Terlecki był jednym z najlepszych lewoskrzydłowych lat 70-tych i 80-tych na świecie! ,,Brylantowe” – mawiał podobno o jego umiejętnościach sam Gmoch. Zawodnik był pewniakiem w jego drużynie szykowanej do występu na Mistrzostwach Świata. Na drodze stanął mu jednak ligowy występ w barwach ŁKS przeciwko Polonii Bytom. Niespełna miesiąc przed mundialem obrońca rywali Czesław Bryłka popełnił brzydki, perfidny faul, po którym Terlecki doznał kontuzji łąkotki. Wykonał olbrzymią prace aby powrócić do zdrowia w ekspresowym tempie. Stawił się nawet na specjalnych testach zarządzonych przez selekcjonera, przechodził kolejne egzaminy ale kiedy przyszło do wykonania strzału piłka lekarską, musiał odpuścić. Gmoch wprost przyznawał że ten niespodziewany wypadek przewrócił do góry nogami całą jego koncepcje gry opierającą się głównie na Terleckim. Cenił go nawet wyżej niż Gadoche. Uważał że posiada wszystkie zalety tamtego a dodatkowo jest skuteczniejszy. Pomimo braku powołania, przyjechał na lotnisko powitać powracającą z mundialu kadre. Pomagał nawet wynosić bagaże Masztalerowi. Natomiast Bońka i Kukle częstował szampanem. Za drugim razem na drodze stanął mu jego charakter. Inteligentny i błyskotliwy Terlecki z czasem zaczął być coraz bardziej bezkompromisowy. Przekornie stawał okoniem w reakcji na wiele decyzji. Już raz spotkał się z dyskwalifikacją, za… szczekanie na dziennikarzy. Kilka miesięcy później popadł w jeszcze większe tarapaty, gdy razem z Bońkiem i Żmudą protestował przeciwko karze dla Młynarczyka. Całą czwórke ukarano za to dyskwalifikacją. Piłkarze Widzewa ukorzyli się przed PZPN-em i przeprosili. Terlecki pozostał niezłomny w swej decyzji. Przypłacił za to absencją mundialową. Świat nie mógł znów obejrzeć w akcji znakomitego technika…

Po prawdzie długo mu się zbierało na taka dyscyplinarną absencje. Jako potomek magnaterii był chyba jedynym jawnym przeciwnikiem komunizmu wśród piłkarzy. W czasie strajków studenckich nawet samochodem dowoził prowiant protestującym. Jako jeden z nielicznych legitymował się studiami i to nie na AWF-ie ale na Wydziale Historycznym Uniwersytetu Łódzkiego. Zawsze zresztą podkreślał wage nauki. Kariera klubowa nie przyniosła mu zbyt wielu trofeów. Ani w Gwardii, ani w ŁKS-ie, w którym stał się gwiazdą ligi, nie dane mu było choćby raz stanąć na podium. Raz zagrał w finale Pucharu Polski. Dopiero po powrocie zza granicznych wojaży, już w barwach Legii Warszawa, 2-krotnie został zdobywcą Pucharu Polski. Nigdy zaś nie zdobył mistrzostwa Polski. Pomimo tego niewątpliwie stał się jedną z największych gwiazd Ekstraklasy pod koniec lat 70-tych. Do tej pozycji uprawniał go niesamowity drybling i umiejętności techniczne. Dzięki szybkości i naturalnej kiwce łatwo przedostawał się pod pole karne rywali. Wytrzymałość sprawiała natomiast że można było się spodziewać jego kolejnych rajdów praktycznie w każdej chwili, nawet pod sam koniec meczu. Dla tych popisowych numerów na stadion ŁKS-u ściągały tłumy. Szacuje się iż większość Stanisławów urodzonych w tym mieście pod koniec lat 80-tych zawdzięcza swoje imie właśnie temu piłkarzowi. Jego ściągnięcie klub zawdzięcza włókniarkom, które poskarżyły się Gierkowi że ich mężowie myślą o braku tego piłkarza a nie o pracy. Starszym fanom z miejsca przypominał swojego poprzednika z ofensywy łodzian – Jerzego Sadka. Może Terlecki obdarzony był nieco słabszym wykończeniem niż Sadek, za to miał jeszcze lepszy drybling. Wielu uważało nawet że nie widziało lepszego piłkarza w swoim życiu. W barwach ŁKS-u sięgnął po swoje najważniejsze indywidualne wyróżnienie w karierze – tytuł Odkrycia Roku w Plebiscycie ,,Piłki Nożnej”. W reprezentacji w sumie zagrał 29 razy i strzelił 7 goli. Najlepiej wypadł w starciu ze Szwajcarią w 1979, gdy strzelił 2 gole. Po dyskwalifikacji już nigdy nie włożył biało-czerwonej koszulki reprezentacji. Wyjechał do USA, gdzie w New York Cosmos został następcą Pelego. Po powrocie do Polski występował jeszcze w ŁKS-ie, Legii oraz Polonii Warszawa. Później zajął się biznesem. Prowadził też własną szkółke piłkarską. Spisał biografie pt. ,,Pele, Boniek i ja”. Był felietonistą w ,,Superexpresie”. W ostatnim czasie jednak wycofał się ze środowiska piłkarskiego. Stanisław Terlecki zmarł w grudniu 2017 r. po wieloletnich problemach z psychiką i alkoholem.

@Adran360
@AxelF
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

3

@Arkon A u mnie: Młynarczyk, Szczepaniak, Oślizło, Żmuda, Szymanowski, Kasperczak, Wodarz, Szołtysik, Deyna, Wilimowski i Peterek.

5

@FCBparasiempre
Na nogi postawiono najważniejszych działaczy Górnika, dygnitarzy partyjnych w Zabrzu, aż w końcu sprawa oparła się o prezesa PZPN Wiesława Ociepkę, który był jednocześnie członkiem KC PZPR. Oślizłę wypuszczono rano o 10:00, dopiero po okazaniu, w którym rozpoznał go jeden z milicjantów. Kiedy zawodnicy wychodzili na mecz, funkcjonariusze uważnie przyglądali się każdemu piłkarzowi Górnika, szukając Kapcińskiego. Ten jednak nie został nawet wpisany do protokołu i czekał w hotelu. Dzięki zabiegom na różnych szczeblach całą sytuację udało się załagodzić, ale dla zawodnika nie był to koniec problemów. „Wie pan, pobity funkcjonariusz musiał zmienić pracę…” – stróże prawa dawali mi wyraźnie do zrozumienia, że jakiś „prezent” dla pokrzywdzonego pozwoli ją wyciszyć. Po takiej sugestii wróciłem do Zabrza, wziąłem z klubu cały kupon gabardyny – materiały na galowy mundur górniczy – i pojechałem z nim ponownie do stolicy. Pokręcili nosem… „Święta się zbliżają, coś by się przydało pod choinkę” – usłyszałem. Nie było wyjścia; podjąłem – niemałe – pieniądze z książeczki PKO, wsadziłem w kopertę i zawiozłem do Warszawy. Dopiero wtedy ostatecznie zamknięto dochodzenie – wspominał. Dominacja Górnika w lidze nie każdemu się podobała. Czasami zdarzało się, że sędziowie bardziej sprzyjali przeciwnikom. Pojawiały się też rozmaite propozycje odpuszczenia meczu, ale nikt nigdy nie proponował pieniędzy za przegraną czy remis. Miała też miejsce sytuacja, w której wyniku Oślizło został zawieszony. Górnik grał z GKS-em Katowice. Przegrywali już 0:2, ale w końcu do siatki trafił Alozjy Deja, a potem do remisu doprowadził Hubert Skowronek. Ta druga bramka nie została jednak uznana przez sędziego. Bogdan Hirsch dopatrzył się pozycji spalonej, jak i faulu Erwina Wilczka. Zaczęły się protesty. Zostałem czynnie znieważony. Uderzył mnie zawodnik Górnika, Florenski. Wcześniej byłem atakowany przez Oślizłę i Wilczka. Obaj trzymali jednak ręce przy sobie – żalił się mediom arbiter. Dla Hirscha było to pierwsze spotkanie prowadzone na tym szczeblu. Wcześniej piętnastokrotnie sędziował na drugoligowych boiskach. Mecz został przerwany, według zabrzan niesłusznie. Oślizło, który był kapitanem, złożył oficjalny protest z powodu naruszenia przepisów gry i domagał się odnotowania tego w protokole. ,,Sędzia nie uznał nam prawidłowo – moim zdaniem – zdobytej braki. Chłopcy otoczyli go, gestykulując dość gwałtownie. Mówią, że Włodek Lubański położył arbitrowi rękę na ramieniu, że nim „potrząsnął”. Ja tego nie wiem – byłem pod własną bramką. Z tym większą konsternacją przyjąłem decyzję arbitra, który wskazał na tunel, przerywając mecz”– przedstawiał swoją wersję Oślizło. Kilka dni później przyszły do klubu wezwania na Wydział Dyscypliny. Ośliźle zarzucono obrazę słowną sędziego, a Florenskiemu czynne znieważenie arbitra. Kapitan Górnika przypuszcza, że koniecznie chciano kogoś ukarać i padło na najstarszych. Ich kariery zbliżały się już powoli do końca, a zawieszenie takiego zawodnika jak choćby Lubański, byłoby znaczącym osłabieniem dla reprezentacji. Na posiedzeniu, kiedy kazano nam z „Florkiem” siąść przed wysokim gremium, poczułem się jak na ławie oskarżonych w sądzie. Odczytano protokół pana Hrischa. „Oj, panie Stanisławie, nigdy bym nie przypuszczał, że tak zrównoważony człowiek może się uciec do takich zachowań” – usłyszałem komentarz zza stołu, przy którym siedzieli członkowie wydziału. „Pan wierzy w to, że ja mógłbym postąpić tak, jak to opisał sędzia?” – zapytałem przewodniczącego. „Ale ja, niestety, muszę respektować to, co jest napisane” – nie odpowiedział mi wprost na moje pytanie. Wtedy już wiedziałem, że jestem na straconej pozycji – opowiadał stoper. Ostateczne Kostka, Oślizło i Wilczek otrzymali karę sześciu miesięcy dyskwalifikacji w zawieszeniu na rok. Oślizło został dodatkowo pozbawiony funkcji kapitana na dwa lata. Florenskiego zdyskwalifikowano na okres dwóch lat, co oznaczało dla niego praktycznie koniec kariery. Piłkarze wiedzieli, że to niesprawiedliwe, żaden jednak nie zaprotestował. Wszyscy chcieli chronić Lubańskiego. Brał udział w wielu pucharowych bojach Górnika. Pierwsze ich występy bywały pechowe, o czym szerzej przeczytacie w naszej książce. Dopiero pod wodzą Gezy Kalocsaya udało im się bardziej zaistnieć w rozgrywkach. W 1967 r. wiosną spotkali się z Manchesterem United, prowadzonym przez Matta Busby’ego. W Anglii Polacy przegrali, ale u siebie postawili Anglikom bardzo trudne warunki i wygrali 1:0. Gola strzelił Lubański, a asystę przy tym trafieniu zanotował Oślizło. Nie wystarczyło to jednak do awansu i zabrzanie pożegnali się z rozgrywkami.

Znakomite występy dawały kibicom nadzieje na równie dobry start w kolejnym sezonie. Tym bardziej że zabrzanie byli w świetnej formie. Niestety, ale po interwencji wojsk Układu Warszawskiego w Czechosłowacji marzenia prysły. UEFA chciała oddzielić kraje kapitalistyczne od komunistycznych. Wobec tych planów państwa zza żelaznej kurtyny wycofały się z rozgrywek. Wszystkie oprócz Czechosłowacji. Nasi południowi sąsiedzi dobrze na tym ruchu wyszli, bo właśnie wtedy Slovan Bratysława zwyciężył w rozgrywkach o Puchar Zdobywców Pucharów. To w tych rozgrywkach Górnik, jako zdobywca krajowego pucharu, reprezentował Polskę sezon później. Jeśli nas regularnie czytacie, to z pewnością znacie historię występu zabrzan w tamtym sezonie. Oślizło oczywiście odgrywał jedną z głównych ról. To on właśnie namówił Gorgonia, żeby w rewanżowym meczu z Romą ruszył do przodu i spróbował szczęścia. Opłaciło się. Gorgoń wywalczył rzut karny, który na bramkę zamienił Lubański. Przed trzecim, dodatkowym meczem, niewiele brakowało, a zawodnicy Górnika nie dojechaliby na czas na stadion i przegraliby walkowerem. A wszystko przez sztuczki Helenio Herrery. Omal nie spóźniliśmy się na mecz, choć w mieście byliśmy przecież odpowiednio wcześniej. Wszystko dlatego, że autokar w ogóle nie podjechał po nas pod hotel. Na szczęście polonusi z Francji i Niemiec, którzy przyjechali do nas po autografy, zabrali nas swoimi samochodami! To była ostatnia chwila! Wbiegłem na stadion 20 minut przed pierwszym gwizdkiem, przebierałem się w strój, jadąc już samochodem. Włosi dawno się rozgrzewali. Potem okazało się, że Helenio Herrera, trener Romy, powiedział kierowcy, że ma po nas… nie jechać, bo autokar jest do wyłącznej dyspozycji włoskiej ekipy i ma na nią czekać na parkingu. Tymczasem organizatorzy przygotowali jeden autokar dla obu drużyn – opowiadał Oślizło. Starcie zakończyło się oczywiście remisem. Dziwnym trafem w dogodnej sytuacji dla Górnika zgasło światło. Zabrzanie jako pierwsi objęli prowadzenie, ale Włosi wyrównali po wątpliwym karnym. Wobec braku rozstrzygnięcia nadszedł czas na losowanie. Pierwsze w tym meczu, które decydowało o kolorze strojów, wygrali Włosi. Tym razem jednak szczęście było po naszej stronie. Właściwie nie była to moneta, a żeton – zielony z jednej, czerwony z drugiej strony. Sędzia nie wskazał wówczas, który z nas ma pierwszeństwo wyboru. Szybko się więc wyrwałem i pokazałem na „zieleń”. „Kolor nadziei” – pomyślałem sobie. A poza tym czerwonego to ja bardzo nie lubiłem… Sędzia podrzucił żeton. Te sekundy, kiedy frunął w powietrzu, były straszne. W końcu arbiter pozwolił upaść mu na ziemię. I wtedy zobaczyłem ten mój kolor na wierzchu! Wyrzuciłem w górę ręce z radości – wspominał jeden z najważniejszych momentów w swojej karierze Oślizło. Przed finałem z Manchesterem City koledzy namówili swojego kapitana, żeby poszedł do prezesa i spróbował wynegocjować jakąś dodatkową premię. W odpowiedzi usłyszał, że mają grać i wygrać, a krzywdy im nie zrobią. Do Wiednia pojechały dwa autokary, w których oprócz zawodników, znalazło się też miejsce dla żon, działaczy, dygnitarzy i rozmaitych dyrektorów. Dojechali na miejsce w dniu meczu przed południem. Dostali dwie godziny wolnego na zakupy, ale czynników, które wpłynęły na wynik meczu, było z pewnością więcej. Jeszcze przed upływem kwadransa Anglicy objęli prowadzenie. Drugiego gola zdobyli po błędzie zabrzańskiej obrony. Stefan zagrał do mnie niezbyt precyzyjnie. Z trudem doszedłem do piłki. Chciałem ją od razu podać do Olka, lecz nie uczyniłem tego dokładnie i Lee wyczuł moje intencje. Murawa była śliska, przewróciłem się, a rywal samotnie ruszył na naszą bramkę – wspominał z żalem stoper Górnika. Kiedy do końca pozostawało 20 minut, Oślizło postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. Wiele nie ryzykował, a zawsze miał ciągoty ofensywne. Akcja poszła prawą stroną. Banaś posłał płaskie dośrodkowanie w pole karne wprost do kapitana. Byłem odwrócony bokiem do bramki. Przyjąłem prawą nogą, obróciłem się o 180 stopni i uderzyłem lewą, tą słabszą. Nie powiem, że z zamkniętymi oczami, ale jednak bez mierzenia. Piłka dostała jeszcze poślizgu i wpadła do bramki. Czasu na radość nie było, szybko pobiegłem do środka boiska. „Jeszcze 20 minut” – kołatała mi w głowie myśl– opisywał. Anglicy dobrze jednak wiedzieli co robić. Grali na czas. Jak najczęściej starali się wybijać futbolówkę poza boisko, a nie było wtedy ustawionych co pięć metrów chłopców do podawania piłek. Górnik przegrał. Na pomeczowej, wspólnej kolacji mieli jednak okazję napić się szampana z okazałego pucharu.

Na początku lat 70-tych mimo już dosyć zaawansowanego wieku Oślizło ciągle prezentował bardzo dobrą formę. Jednak jego przygoda z reprezentacją zakończyła się po pechowej porażce z RFN na Stadionie Dziesięciolecia 10 października 1971 r. Polacy przegrali 1:3, a winą za porażkę obarczono Jana Tomaszewskiego i resztę formacji defensywnej, z Oślizłą na czele, choć nikt go palcem nie wskazywał. W Górniku jednak jego pozycja była niepodważalna. Niestety kontuzja, którą odniósł 21 października 1972 r., była początkiem końca jego piłkarskiej kariery. Kwadrans przed końcem meczu z Pogonią doznał urazu w starciu ze skrzydłowym Ryszardem Mańką. Korki przeciwnika przebiły prymitywny ochraniacz i zatrzymały się na kostce. W szatni, po ściągnięciu getrów, zobaczyłem jednak wielką dziurę w nodze, z wystającą kością! Nie była złamana, ale i tak konieczna okazała się wizyta w szpitalu i szycie. A następnego dnia rano koledzy odlatywali do Kijowa na pierwszy mecz PEMK z miejscowym Dynamem. Prezes Wyra poprosił mnie, bym przyjechał pożegnać chłopaków, jako dobry duch drużyny. Ale byłem tak słaby po zabiegu, że nie udało mi się nazajutrz dojechać do klubu i życzyć drużynie „wszystkiego dobrego”. Najwyraźniej właśnie z tego powodu doszło do ochłodzenia naszych stosunków – wspominał obrońca. W Kijowie Górnik przegrał, a w prasie podkreślano, że bardzo był widoczny brak Anczoka i Oślizły. W rewanżu 8 listopada pan Staszek już zagrał, ale drużynie nie udało się odwrócić losów dwumeczu. 12 listopada wyszedł w wyjściowym składzie w meczu z Lechem. Górnik wygrał 3:0. Nikt nie przypuszczał, że to ostatnie ligowe spotkanie legendarnego stopera. Miał już 35 lat, ale ciągle czuł się na siłach, żeby grać. O tym, że nie ma dla niego miejsca w zespole, dowiedział się od krawca. Na początku 1973 r. zabrzanie mieli polecieć na ponadmiesięczne tournée do Meksyku, Gwatemali, Kostaryki i Kolumbii. Tradycyjnie po jednym z treningów piłkarze poszli na przymiarkę garniturów, w których mieli udać się za ocean. Krawiec sprawdzał listę zawodników, ale próżno było na niej szukać nazwiska Oślizły. Wzburzyło mnie to, poszedłem do kierownika, Mariana Olejnika. „Nie ma mnie na liście” – mówię. Bardzo się zmieszał, speszył, wreszcie mówi: „Prezes Wyra polecił, żeby cię już nie zabierać. Że już masz dość tych dachówek na dom w Szczyrku” – przedstawiał sytuację Oślizło. Ostatnie zdanie odnosi się do domku letniskowego, którego budowę pan Staszek powoli kończył. Długie lata zastanawiał się, czy prezes był o tę daczę zazdrosny, czy chodziło o coś innego. Mimo że wielokrotnie się spotykali, to Oślizło nigdy nie zapytał o powody tej decyzji. Kiedy Górnik był w Ameryce, to obrońca trenował razem z drugą drużyną. Pracował nad dojściem do jak najwyższej formy. Chciał jeszcze udowodnić swoją przydatność dla drużyny. Na próżno prezesa do zmiany zdania próbował przekonać trener Jan Kowalski. Swoje niezadowolenia ze sposobu, w jaki potraktowano Oślizłę, wyrażali też zawodnicy na czele z Lubańskim. Nikt nic nie wskórał. 14 kwietnia przy okazji derbowego meczu z Ruchem oficjalnie pożegnano wielkiego obrońcę. To był mój pierwszy tej wiosny mecz, w którym pojawiłem się na stadionie. W garniturze, na trybunach. W przerwie poproszono mnie na bieżnię, podziękowano za lata gry w Górniku. Dostałem telewizor kolorowy. I tyle – opowiadał. Po zakończeniu boiskowej kariery próbował swoich sił jako trener. Prowadził sporo drużyn, z lepszymi, bądź gorszymi rezultatami. Myślał, że będzie to dość łatwa praca – wystarczyło przekazać młodszym to, co samemu najlepiej się potrafiło – ale jednak nie było to takie proste. Zdecydowanie lepiej radził sobie jako piłkarz niż jako szkoleniowiec. Eryk Wyra proponował mu posadę kierownika sekcji, ale Oślizło uniósł się honorem i grzecznie podziękował. Wkrótce potem okazało się, że musi podjąć normalną pracę w górnictwie, bo tylko trenerzy pierwszego zespołu byli z niej zwolnieni. Na szczęście dano mu możliwość wyboru działu, w którym będzie pracował i dzięki temu został inspektorem BHP. Pracując w kopalni, równoległe był szkoleniowcem drużyn młodzieżowych. Kilka razy zmieniał miejsce zatrudnienia, ale zawsze pilnował tego, żeby mieć ciągłość pracy w górnictwie i nie stracić przywileju górniczej emerytury. W 1990 r. został drugim trenerem Górnika u boku swego przyjaciela Jana Kowalskiego. Obaj panowie doprowadzili zabrzański zespół do wicemistrzostwa kraju, a rok później do finału Pucharu Polski. Kiedy w 1995 r. zwolniono Edwarda Lorensa i Waldemara Fornalika ich miejsce zajął właśnie Oślizło. Swój ukochany klub poprowadził jednak tylko w dwóch meczach. Jeden wygrał i jeden przegrał. Przez cały czas był związany z klubem. Najpierw jako rzecznik, później jako doradca prezesa. Jako jedyny z dawnych gwiazd Górnika ma własny gabinet na stadionie. Z zabrzańskim klubem ośmiokrotnie zdobywał tytuł mistrza Polski. Sześciokrotnie wznosił w górę Puchar Polski. Czterokrotnie zwyciężał w plebiscycie Sportu o Złote Buty. W reprezentacji rozegrał 57 spotkań. Strzelił jedną bramkę (ze Szwecją we Wrocławiu w 1966). Wiele razy wyprowadzał kadrę na boisko jako kapitan. Niestety, jak całe pokolenie lat 50. i 60. był niespełniony w reprezentacji. Żeby awansować na wielką imprezę, zawsze czegoś brakowało, zawsze coś stawało na przeszkodzie. Wzór do naśladowania tak na boisku, jak i poza nim. Zawsze oddany i waleczny, ale jednocześnie elegancki i grający fair. Dokładnie taki, jaki powinien być kapitan.

5

@FCBparasiempre
Do przełomu lat 40. i 50. w Jedłowniku działał miejscowy LZS. Po jego likwidacji na nieużywane przez klub boisko przychodzili moi rówieśnicy, którzy mieli mniej zajęć domowych. Wielokrotnie, idąc za pługiem, słyszałem dobiegające z niego okrzyki „gol”, „strzelaj” i inne. Krótko mówiąc – odgłosy rozgrywanych tam meczów. Żal mi był, że mnie tam nie ma. Ale wola ojca była ważniejsza od przyjemności… – wspominał. Kiedy uczęszczał do liceum miał styczność z organizacją Służba Polsce. Tę paramilitarną organizację utworzono w lutym 1948 r. i miała służyć przysposobieniu zawodowemu, wychowaniu fizycznemu i przysposobieniu wojskowemu młodzieży. Latem Oślizło z kolegami regularnie jeździli do miejscowości Łobez w województwie szczecińskim. Miejscowy PGR borykał się z problemem braku rąk do pracy, więc młodzi pomagali przy żniwach, czy opróżniali chlewy z obornika. Pewnej niedzieli zostali wyzwani przez chłopaków z miejscowego LZS-u na mecz. Przyjęli propozycję, wszak kilku kolegów Staszka grało już w wodzisławskim Kolejarzu. Przybysze ze Śląska nie dali szans gospodarzom i pewnie wygrali. Oślizło trafił do składu trochę z przypadku, bo brakowało kilku do pełnej jedenastki. Zagrał jednak na tyle dobrze, że paru kolegów dostrzegło w nim talent. Kiedy przed jednym ze spotkań ligi juniorów brakowało Kolejarzowi zawodnika, to właśnie Staszka starano się namówić na grę. „Staszek, przyjdź na trening” – usłyszałem od mojego serdecznego przyjaciela, Gienka Szulca. Pomagał mi czasami w nauce, a kiedy trzeba było, dawał przed lekcjami odpisać zadanie, którego nie zdążyłem odrobić w domu. Poza tym był kapitanem tamtej drużyny. Jak mogłem mu odmówić?! – wspomina początek swojej przygody z piłką Oślizło. Był wtedy w klasie maturalnej, więc nauki miał sporo. W domu pracy też było pod dostatkiem. Z tego względu rodzice niezbyt przychylnie patrzyli na nową pasję Staszka. Treningi pochłaniały sporo czasu, a przecież trzeba jeszcze było na nie jakoś dotrzeć i wrócić do domu. Na stadion miał trzy kilometry. Kiedy się spieszył, to często wracał truchtem, przez co wydatnie poprawiał swoją i tak dobrą kondycję. Z nią akurat nigdy nie miałem problemów. Za to byłem kompletnie „surowy” jeśli chodzi o wyszkolenie. U progu tej przygody z futbolem dawały o sobie znać ogromne braki techniczne – przyznawał. Podobnie jak jego późniejsi koledzy z Górnika – Jerzy Gorgoń i Zygmunt Anczok – zaczynał jako napastnik. O tym, że zagrał na obronie, zadecydował tak jak u wyżej wymienionych, przypadek. Kiedy kontuzję złapał nasz stoper, przesunięto mnie na środek defensywy. To był oczywiście tylko szczęśliwy traf, ale okazał się strzałem w dziesiątkę! – opowiadał. Grając w Kolejarzu, miał okazję wystąpić w spotkaniu sparingowym przeciwko kadrze juniorów Śląska. Dla chłopaków z Wodzisławia gra z takim rywalem była sporym wyróżnieniem, a także okazją do pokazania się trenerom. To wtedy po raz pierwszy na meczu syna zjawił się Jakub Oślizło. Reprezentację Śląska prowadził wówczas Ewald Cebula, którego uwagę zwróciła dobra dyspozycja młodego stopera. Oślizło zaprezentował się na tyle dobrze, że na kolejne konsultacje młodzieżowej kadry Śląska został już zaproszony. Kiedy zdał maturę, przyszła kolej na wybór uczelni. Początkowo Oślizło złożył papiery na Wyższej Szkole Rolniczej w Krakowie. Miał nadzieję, że będzie mógł jednocześnie rozpocząć treningi w Wiśle. Jednak kiedy pojawił się przy Reymonta, nikt się nim specjalnie nie przejął. Zraził się do grodu Kraka i swoje kroki skierował do Wyższej Szkoły Ekonomicznej w Katowicach. To tam właśnie rozpoczął życie na własny rachunek. Po cichu cieszył się, że wreszcie mógł się oderwać od ciężkiej pracy w gospodarstwie. Tuż obok budynków uczelni było boisko Kolejarza Katowice. To tam miał kontynuować swoją przygodę z piłką. Rozpoczęcie studiów wiązało się oczywiście ze zmianą barw klubowych. W Kolejarzu z Wodzisławia problemów z moim odejściem nie robili, więc zostałem zawodnikiem Kolejarza z Katowic. Tu już na codzienne dojazdy z rodzinnego domu było za daleko. Wraz z bramkarzem katowickiej drużyny, Gajdą, miałem do dyspozycji pokój w okolicach ówczesnego dworca kolejowego. 55 lat później wciąż doskonale pamiętam ten budynek, stojący wciąż na swym miejscu. Miejsce do najcichszych nie należało. Pociągi jeździły „po sąsiedzku”, stukały i gwizdały co parę minut. Człowiek jednak, wracając z treningów, na nic już nie zważał. Spaliśmy jak zabici, i to często nawet przy otwartych oknach! Poza tym byłem naprawdę szczęśliwy, że wyrwałem się z tego „wiejskiego kieratu” w Jedłowniku – wspominał Oślizło swoje początki w Katowicach. Grając w Katowicach, często jeździł do Radlina. Poznana w liceum dziewczyna była już narzeczoną. Oślizło podróżował tam pociągiem, ale na radliński dworzec nie dojeżdżał. Kiedy pociąg mocno zwalniał na zakręcie, wyskakiwał kilka kilometrów przed stacją. Stamtąd miał jakieś 100 m do domu swojej sympatii. Prezes klubu pan Wrona załatwił nawet swojemu zawodnikowi bilet na pierwszą klasę. W 1955 katowiczanie wywalczyli awans do III ligi śląskiej i zagrali w niej w kolejnym sezonie. Dobre występy młodych zawodników, a zwłaszcza jednego, nie pozostawały bez echa. Umiejętności i talent Staszka dostrzegł młody obiecujący trener Kazimierz Górski. Krótko po świętach Bożego Narodzenia Oślizło pojechał na konsultacje kadry juniorów do Szklarskiej Poręby. Zaprezentował się tam na tyle dobrze, że powołano go również na marcowe zgrupowanie, na którym juniorzy przygotowywali się do wyjazdu na turniej juniorów UEFA do Budapesztu. Prasa wyróżniała go po każdym z trzech meczów – z Austrią (3:2), Rumunią (0:1) i Jugosławią (1:1). Polacy zajęli w grupie drugie miejsce. Co ciekawe, na turnieju rozgrywano tylko fazę grupową. Nie było półfinałów, żeby zapobiegać nadmiernej konkurencji.

Coraz lepiej zapowiadająca się kariera, młodzieńcza miłość i powołania do juniorskiej reprezentacji sprawiły, że Stanisław zrezygnował ze studiów. Po powrocie z turnieju zaległości na uczelni miał już na tyle duże, że stwierdził, że nie ma sensu tego dłużej ciągnąć. To wtedy podjął definitywną decyzję o zostaniu piłkarzem. Rodzice nie robili mi specjalnych wymówek, gdy zrezygnowałem z Akademii. Ojciec zaczynał odczuwać dumę z moich sukcesów, gdy koledzy pytali go, czy ten Oślizło w reprezentacji juniorskiej to jego syn – wspominał. Na styczniowych konsultacjach był jeszcze zawodnikiem Kolejarza, ale do Budapesztu pojechał już jako zawodnik Górnika Radlin. W 1951 r. klub odniósł największy sukces w swojej historii – zdobył wicemistrzostwo kraju. Kiedy Oślizło do niego dołączał, zespół grał na zapleczu ekstraklasy. Był za silny na drugą ligę i za słaby na pierwszą. Wcześniej działacze snuli plany uczynienia z niego wizytówki górnictwa. Byłem zadowolony z propozycji Górnika z wielu względów. Raz – że mogłem w ten sposób wrócić do rodzinnego domu. Dwa – że przecież niewątpliwie był to sportowy awans. No i trzy – bo do narzeczonej miałem dużo bliżej… Zresztą tak naprawdę to właśnie zdanie jej oraz mojej przyszłej teściowej ostatecznie skłoniło mnie do zmiany klubu. Do obu pań działacze Górnika dotarli wcześniej niż do mnie – opisywał zmianę klubowych barw pan Staszek. Pierwszy raz w nowych barwach zagrał 8 kwietnia 1956 r. Była to trzecia kolejka rozgrywek drugiej ligi. Górnik Radlin wygrał w Bydgoszczy z CWKS-em (dzisiejszym Zawiszą) 1:0. Oślizło miał 18 lat, a grał już pierwszym składzie na bardzo odpowiedzialnej pozycji stopera. W prasie podkreślano, że posiada nieprzeciętny talent, ale musi jeszcze dużo pracować. Zdarzały mu się słabsze występy, choć w większości meczów spisywał się bardzo dobrze. Był ambitny i chciał jak najszybciej nadrabiać braki. Często zostawał po treningach i pracował nad słabszymi elementami swojej gry. Klub chciał poważnie zaistnieć w najwyższej klasie rozgrywkowej, ale warunki były bardzo skromne. Rolę szatni spełniał dość prymitywny barak. Na środku stał „żeleźniok”, czyli żelazny piec z wychodzącą z niego rurą. Siadaliśmy wokół niego po treningu i suszyliśmy koszulki. Samemu trzeba było zadbać o strój. O buty także. Co prawda dostarczał je klub, ale po każdych zajęciach czy po meczu zabierałem je do domu, samodzielnie czyściłem i wypychałem gazetami, by nie straciły „profilu”. Z kąpielą bywało różnie. Czasami zdarzała się ciepła woda i wtedy chodziło się do łaźni z przyjemnością. Częściej jednak z kranu leciała zimna. Nie narzekałem jednak – mówił Oślizło. To podczas pobytu w Radlinie ustatkował się i wziął ślub. Wcześniej za pierwsze pieniądze, które zaoszczędził, sprawił sobie motocykl Iż. Później udało mu się okazyjnie kupić moskwicza od pewnego przedsiębiorcy z Radlina, który zaproponował mu, że zakup może spłacać w ratach. Niewiele brakowało, a jak większość młodych mężczyzn trafiłby do wojska. Dostał nawet bilet, co wywołało niemałe zamieszanie w klubie. Na szczęście był oficjalnie zatrudniony jako górnik, przez co służba wojskowa go ominęła. W górniczym klubie spędził cztery sezony. Dwukrotnie awansował z nim do ekstraklasy i dwukrotnie z niej spadał. Ten drugi spadek, który zespół zanotował w 1959 r., był ostatnim. 15 listopada Górnik Radlin zremisował w Łodzi z ŁKS-em 1:1 i nigdy więcej na najwyższym szczeblu nie zagrał. Ostatnią bramkę dla klubu na tym poziomie strzelił właśnie Oślizło. Zdawał sobie sprawę, że nadchodzi czas na zmianę otoczenia. Kibice przychodzili na stadion głównie, żeby podziwiać jego grę. Był w bardzo dobrej formie, dziennikarze go chwalili, coraz częściej pojawiały się głosy, że odejdzie z Radlina. Grał w juniorskiej reprezentacji, wiedział, że jeśli chce zaistnieć w dorosłej kadrze i dalej rozwijać, to musi poszukać nowych wyzwań. Swoje kroki skierował do Chorzowa. W Ruchu grali Antoni Nieroba, Eugeniusz Faber czy Kazimierz Polok, których Oślizło dobrze zdążył poznać w kadrze juniorskiej. Liczył, że dzięki pomocy kolegów szybciej zaaklimatyzuje się w nowym miejscu. Poza tym miał w pamięci wspomnienie z wczesnej młodości, kiedy to będąc na licealnej wycieczce, miał okazję oglądać spotkanie Ruchu z Polonią Bytom. Chorzowianie wygrali 7:0, co zrobiło ogromne wrażenie na młodym Staszku. Kiedy jednak zjawił się na Cichej, zastał tam tylko gospodarza obiektu. Ten wskazał mu miejsce, gdzie spotka członka zarządu. Działacz wcale nie kwapił się z podjęciem decyzji i powiedział, żeby Oślizło przyszedł innym razem, kiedy będzie więcej decyzyjnych osób. Zawodnik zraził się w ten sposób do chorzowskiego klubu, a Ruch stracił jednego z najlepszych polskich stoperów w historii.

Talent Oślizły zaczynał dostrzegać inny wielki klub ze Śląska – zabrzański Górnik. W Zabrzu świętowano właśnie drugi w historii tytuł mistrzowski, miasto było dużo liczniejsze od Radlina i miało też większy stadion. Działało tutaj aż osiem kopalń, więc o zaplecze finansowe klubu nie trzeba się było martwić. Młody obrońca nie mógł chyba lepiej trafić. Pierwszy raz wystąpił w nowych barwach 29 listopada 1959 r. w towarzyskim meczu z opolską Odrą. Był jeszcze wtedy graczem klubu z Radlina. Parę dni później w Zabrzu zaproponowano mu wyjazd z drużyną na zachodnioeuropejskie tournée. W jego dotychczasowym miejscu pracy nie robiono mu problemów i udzielono zgody na wyjazd. Na ten wyjazd pojechałem jako prawy obrońca. Szukano bowiem w Zabrzu następcy dla szykującego się do zakończenia przygody z piłką Antka Franosza. Pozycja stopera należała do reprezentanta, Stefana Florenskiego. Ale i tak dobrze mi się w tej nowej roli grało. Zdecydowałem więc, że moim klubem będzie właśnie Górnik Zabrze – wspominał. Zmiana barw klubowych nie była tak prosta. Transfery między klubami były wówczas niezbyt częste, oczywiście nie licząc tych piłkarzy, którzy odbywali służbę wojskową w Legii. W Radlinie zakładano, że w kolejnym sezonie klub wróci do ekstraklasy, a tak klasowy gracz, jakim był już wtedy Oślizło, miał odegrać w tym powrocie jedną z głównych ról. Staszek próbował interweniować u Andrzeja Kropaczka – prezesa klubu i dyrektora kopalni w jednej osobie – ale bez skutku. Na dodatek jeszcze go zawieszono. Wobec silnych finansowych argumentów z Zabrza prezes w końcu ustąpił. Oślizło kosztował niebotyczne wtedy 100 tys. złotych. Jemu samemu za transfer zapłacono 25 tys., czyli równowartość 10 górniczych pensji. Jak się miało później okazać, piłkarz był zdecydowanie wart wydanych pieniędzy. Ale w Radlinie straszyli mnie Zabrzem. „Nie idź tam, Stadiek. Rozpijesz się, tam przecież same pijaki!”, mówili. Ale ja się nie bałem. Nie piłem, nie paliłem i zawsze słuchałem trenerów. Wiedziałem, że przecież nikt na siłę wódki do gardła nie będzie mi wlewał – wspominał w książce Pawła Czado. Oślizło musiał z marszu wkomponować się w drużynę. Miał grać na prawej stronie, ale po kontuzji, jakiej doznał Florenski w Rzymie, udanie zastąpił go na pozycji stopera. Sezon zakończył z zespołem dopiero na trzecim miejscu. Sam przyznaje, że nie było to wejście smoka, ale najlepsze miało nadejść. W zabrzańskim klubie szybko stał się jednym z liderów. Mimo młodego wieku wkrótce wybrano go na kapitana zespołu. A warto pamiętać, że w drużynie było wielu znakomitych, bardziej doświadczonych graczy. W tajnym głosowaniu zdecydowano jednak, że najbardziej godnym noszenia kapitańskiej opaski jest właśnie Oślizło. Już w drugim sezonie zwyciężył w plebiscycie Sportu i zdobył swoje pierwsze Złote buty. Górnik w tamtym sezonie przegrał tylko dwa spotkania, zaliczając fantastyczną passę 22 meczów bez porażki. W cuglach wygrali mistrzostwo. Pierwsze z ośmiu, jakie stało się udziałem pana Stanisława. Zawsze grał twardo i nieustępliwie, będąc przy tym jednocześnie dżentelmenem. Kiedy do klubu przyszedł młodziutki Włodzimierz Lubański, to właśnie Oślizło otoczyć miał go opieką. Podczas tournée w USA czy na pierwszych zgrupowaniach byli razem w pokoju. Sztab wiedział, że przy ułożonym i spokojnym Staszku, młodemu Włodkowi nie grozi nic złego. Przyjęli mnie znakomicie. Staszek Oślizło, kapitan drużyny, opiekował się mną jak ojciec. W Górniku potrafiono wprowadzać młodych piłkarzy do zespołu, co wcale nie jest sprawą prostą – wspominał swój początek w klubie Lubański. Relacje prasowe z czasów jego gry są pełne pochwał pod jego adresem. Sporadycznie jedynie zdarzały mu się słabsze spotkania. Najczęściej w Sporcie można było przeczytać, że na uwagę zasługuje znakomita postawa stopera Oślizły. Wspaniale grał głową. Dzięki uprawianej w młodości siatkówce dysponował bardzo mocnym odbiciem. ,,Stasiek to wyjątkowa postać. Tworzyliśmy parę stoperów, która w tym czasie miała największy skok dosiężny. Być może wynikało to z faktu, że Stasiek wcześniej trenował siatkówkę, grał w koszykówkę. Ja miałem 71 centymetrów, Stasiek – 72 centymetry”– opowiadał Jacek Gmoch, z którym Oślizło przez lata grał w reprezentacji. Cieszył się opinią eleganckiego i uprzejmego zawodnika. Miał jednak w swojej karierze kilka incydentów dyscyplinarnych. Jednym z nich było zdarzenie z Warszawy, sprzed meczu z Gwardią. Dzień przed spotkaniem Górnik przyjechał do stolicy późnym wieczorem. Zawodnicy zjedli kolację i część wyszła przed hotelową restaurację. Czekali przed autokarem, aż zjawi się reszta ekipy. Nagle zjawił się patrol milicji, który nakazał zawodnikom się rozejść i nie robić zbiegowiska. Tłumaczenia, że są piłkarzami i czekają na kolegów, na nic się zdały. Emocje zaczęły narastać, pojawiła się też policyjna suka. Nagle Oślizło, który żywo dyskutował z milicjantami, poczuł, że ktoś próbuje założyć mu kajdanki. Chciał się wyrwać, ale na niewiele się to zdało i wpakowano go do samochodu. W tym samym czasie z hotelu wyskoczył Karol Kapciński, który zazwyczaj był rezerwowym. Bez namysłu uderzył jednego z mundurowych w twarz i zniknął w ciemnościach. W raporcie milicjanci jako winnego tego zajścia wskazali Oślizłę. Efekt? ,,Dostałem pod pachę koc i wpakowali mnie do celi. Siedziały w niej już w typki o bardzo nieciekawym wyglądzie. Pietra miałem sporego, gdy ich zobaczyłem. Grzecznie oddałem im koc, po czym skuliłem się gdzieś w kącie i usiłowałem zdrzemnąć”– wspominał noc w areszcie pan Staszek.

7

@FCBparasiempre
Swoje 88 urodziny obchodzi dzisiaj nestor polskiego futbolu Stanisław Oślizło. W latach 60-tych XX wieku zabrzański Górnik przeżywał swoje złote lata. W kraju mało kto mógł się z nimi równać. Klub godnie reprezentował Polskę na arenie międzynarodowej. Kapitanem i opoką defensywy tamtej drużyny był zawsze elegancki Stanisław Oślizło. W barwach klubowych i reprezentacyjnych grał przeciwko wielu znakomitym piłkarzom tamtej epoki. Raymond Kopaszewski, Bobby Charlton, George Best, Josef Masopust, Gundi Asparuchow, Gianni Rivera, Walery Łobanowski czy Garrincha. To tylko niektórzy z nich. Dennis Law proponował mu wymianę koszulek, a Pele z uznaniem klepał po plecach. Jest jedynym strzelcem gola dla polskiego klubu w finale europejskiego pucharu. Na początku 1960 r. polska kadra szykowała się do występu na igrzyskach olimpijskich w Rzymie. W gronie powołanych na zgrupowanie selekcyjne piłkarzy był też Stanisław Oślizło. Młody stoper Górnika Radlin był w trakcie przenosin do Zabrza. Na ligowych boiskach wyróżniał się na tyle, że sztab postanowił dać mu szansę na styczniowym zgrupowaniu. Prouff samodzielnie prowadził zabawy biegowe po górach, w śniegu. Pewnego dnia odmroził sobie uszy i nos. Zasuwaliśmy wtedy bardzo mocno, ciężko pracowaliśmy – zwłaszcza w dwójkę, z Jasiem Kowalskim. Wylaliśmy litry potu, w przeciwieństwie do części starszych piłkarzy w tej drużynie. Czasami chowali się gdzieś za drzewami, czekając na powrót reszty ekipy z wyznaczonej przez trenera pętli biegowej – wspominał swoje pierwsze zetknięcie z dorosłą kadrą. Na obozie pokazał się z dobrej strony. Szkoleniowcy zauważali, że jest coraz poważniejszym konkurentem dla Romana Korynta. Dziennikarze widzieli w nim spory talent, ale młody zawodnik wciąż miał jeszcze sporo do poprawy. Zaliczył kilka przymiarek olimpijskiego garnituru, ale do Rzymu nie pojechał. Szkoda, bo jak się później okazało, z obrońcami mieliśmy tam spore problemy. Na pocieszenie zostały mu mecze młodzieżówki i powołania do kadry B na spotkania z Węgrami i Bułgarami. Recenzje prasowe nie były najlepsze i niektórzy wątpili nawet, czy Oślizło będzie w stanie zająć miejsce Korynta. Wkrótce jednak dostał swoją szansę w seniorskiej reprezentacji. 21 maja 1961 r. graliśmy na Stadionie Śląskim z drużyną ZSRR. Kibice pamiętali znakomite zwycięstwo sprzed czterech lat, ale nastroje były raczej ostrożne. W końcu trzeci mecz w Lipsku wygrali rywale i to oni pojechali na szwedzkie finały. W maju 1959 r. zostaliśmy też upokorzeni na Łużnikach, gdzie przegraliśmy aż 1:7. Na dodatek radziecka drużyna rok wcześniej zwyciężyła w pierwszym turnieju o mistrzostwo Europy. Zapowiadał się więc ciężki mecz. Nazwiska Łobanowskiego, Netto czy Jaszyna budziły u debiutującego obrońcy szacunek, ale jak sam przyznawał i tremę. Sport pisał, że dla stopera zabrskiego będzie to pierwszy wielki egzamin. Oślizło dobrze prezentował się w lidze. Chwalono jego grę głową, nieustępliwość i zachowanie się przy stałych fragmentach. Przed spotkaniem z ZSRR świetnie zaprezentował się w nieoficjalnym meczu z kadrą Bułgarii, gdzie wymiatał, co się dało. Przy okazji towarzyskich starć Górnika z kijowskim Dynamem miał okazję grać przeciwko Łobanowskiemu, który strzelił wtedy dwie bramki. Polak wyciągnął wnioski z tej lekcji. Nasi reprezentanci nieoczekiwanie wygrali 1:0 po bramce Ernesta Pohla. Oślizło rozegrał bardzo dobre zawody. W pierwszej połowie przeprowadził odważną akcję, którą zakończył ostrym strzałem na bramkę Jaszyna. Takie rajdy obrońców należały wtedy do rzadkości. Znakomicie spisywał się w grze powietrznej i wygrywał wszystkie pojedynki główkowe. Gratulujemy Ośliźle doskonałej postawy. Grał uważnie, dokładnie, energicznie, a strzał, jaki oddał w I połowie, był jedynym wartościowym strzałem naszej drużyny w tym czasie. Oślizło zdobył sobie miejsce w reprezentacji i mamy nadzieję, że będzie robił dalsze postępy – pisano w katowickim Sporcie. Spotkanie z ZSRR było elementem przygotowań do dwumeczu z Jugosławią, z którą rywalizowaliśmy w eliminacjach do mistrzostw świata w Chile. Niestety porażka 1:2 na wyjeździe i remis 1:1 u siebie sprawiły, że do Ameryki Południowej polecieli piłkarze z Bałkanów, którzy zajęli tam czwarte miejsce.

Stanisław Oślizło urodził się 13 listopada 1937 r. w Jedłowniku, który w czasie okupacji został włączony w granice Wodzisławia Śląskiego. Był trzecim dzieckiem w rodzinie, siostra Helena była starsza o dziewięć lat, a brat Alfons o cztery. W dwudziestopięciohektarowym gospodarstwie, które prowadzili jego rodzice, uprawiano zboże, ale także tytoń, buraki i rzepak. Ich dom był największy w okolicy, w czasie wojny w kilku zaanektowanych pokojach działał sztab jednej z niemieckich dywizji. Mały Staszek od małego przyzwyczajał się do widoku żołnierzy w mundurach. Wbrew zarządzeniom w domu rozmawialiśmy po polsku. Ale już pod koniec wojny, kiedy dorosłem do szkoły, musiałem posługiwać się niemieckim – wspominał w swojej biografii. Wojna zaczęła się, kiedy miał niespełna dwa latka, więc tragicznych wydarzeń nie mógł pamiętać. Zupełnie inaczej było w 1945 r., kiedy nadchodziła Armia Czerwona. Okolice Wodzisławia stały się areną zażartych walk. Niemcy długo się bronili, ale w końcu zostali wyparci. Nadeszło wyzwolenie. Podobnie jak Edward Szymkowiak – jego kolega z kadry – Oślizło nie ma dobrych wspomnień związanych z Sowietami. Mieliśmy służącą, bardzo ładną dziewczynę. Ruscy chcieli ją zgwałcić. Ojciec – potężny facet – postawił się sołdatom. Ci postawili go pod ścianą w piwnicy, wsadzili mu lufę pepeszy w brzuch. Wystarczyło pociągnąć za spust. Brat pobiegł z płaczem do jakiegoś majora czy kapitana, ściągnął go do piwnicy i w ten sposób uratował życie tacie – relacjonował. Sowieci rabowali, co tylko się dało. Rodzina Oślizły głęboko w sianie schowała motocykl, ale żołnierze wygrzebali go i zabrali. Po tym, jak zabrano też dwa konie, chcieli ocalić pozostałe zwierzęta i zabandażowali im nogi. Liczyli, że jak Rosjanie zobaczą opatrunek, uznają zwierzę za chore i je zostawią. Mylili się. Opatrzone konie i krowy zabijali na miejscu, na mięso. Wydawało się, że wraz z końcem wojny, skończą się problemy i prześladowania, ale nic z tych rzeczy. Kiedy ojciec sprzeciwił się programowi kolektywizacji rolnictwa, stał się wrogiem klasowym. Wraz z kilkoma kolegami marzył o powrocie „dawnej Polski”, ale ich tajne spotkania szybko zostały namierzone. Zostali aresztowani, a dom Oślizłów wielokrotnie w nocy nachodzili funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa. Nic nie znaleziono, ale ojcu Staszka wytoczono proces. Żeby opłacić adwokatów, matka musiała sprzedać ciężarówkę, którą w obejściu zostawili Niemcy. Na nic to się jednak zdało. Jakub Oślizło został skazany na karę śmierci. Szczęśliwie dzięki amnestii zamieniono mu ją na dożywocie. Potem skrócono do 25 lat więzienia, a w wyniku kolejnych złagodzeń kary wyszedł po siedmiu. W tym czasie pracował w kamieniołomach. Musiałem uzyskać zgodę od dyrektora mojej szkoły, żeby mama mogła mnie zabrać na widzenie z ojcem do Strzelec Opolskich. To było bardzo ciężkie więzienie, a przecież tata nikogo nie zabił, nikogo nie skrzywdził. (…) A na roli trzeba było ciężko pracować, nie można było tego zaniedbać. Razem z bratem pomagaliśmy mamie – wspominał na łamach książki „Górnik Zabrze. Opowieść o złotych latach”. Władza ludowa na każde kułacze gospodarstwo nakładała normy. Przychodził urzędnik i określał, ile trzeba było oddać tytoniu, buraków, rzepaku czy ziemniaków. Nikogo nie obchodziło czy ziemia nadaję się pod konkretną uprawę ani to, że rodzina została bez ojca. Normę trzeba było wyrobić. Dopiero kiedy kupili ciągnik, już po wyjściu ojca na wolność, zrobiło się trochę lżej. O piłce nożnej, czy sporcie w ogóle nie było jednak czasu myśleć. Jako dziecko Oślizło co niedzielę chodził do kościoła. Był ministrantem. Kiedy w 1949 r. rozpoczęła się budowa nowej świątyni, nastoletni Staszek aktywnie brał w niej udział. Proboszcz parafii Ewald Kasperczyk bardzo dbał o młodzież. Interesował się tym, jak młodzi radzą sobie w nauce, chciał, żeby dzieciaki „wyszły na ludzi”. To on namówił Staszka, żeby poszedł do liceum, to dzięki niemu Oślizło pobierał lekcje gry na fortepianie. I choć muzykiem nie został, to znajomość nut przydała mu się podczas tournée Górnika po USA i w trakcie złotych godów Krystyny i Henryka Losków, gdzie umiejętności gry na dwie ręce zazdrościł mu Ryszard Rynkowski. W liceum pochodzenie społeczne nie ułatwiało mu szkolnego życia, a łatka syna kułaka długo się za nim ciągnęła. Wspominał, że bardzo lubił geografię, bo była dziedziną wiedzy, która trzymała się z dala od polityki. To właśnie w liceum poznał swoją przyszłą żonę. W 1955 r. zdał swój egzamin dojrzałości. Jak to zawsze ze mną bywało, jeśli już się do czegoś brałem, traktowałem to bardzo poważnie. Dlatego na kilka tygodni przed maturą, wraz z kilkoma kolegami wynajęliśmy pokój w Wodzisławiu. Tam wspólnie przygotowywaliśmy się do tego najważniejszego w dotychczasowym życiu szkolnym momentu – opowiadał. W liceum po raz pierwszy zetknął się ze sportem wyczynowym. Dzięki pracy na roli był bardzo silny i sprawny. Chętnie włączył się w budowę szkolnego boiska, gdzie później grał z kolegami w siatkówkę. Tę dyscyplinę ćwiczył nawet przez kilka miesięcy w Jastrzębiu i niewiele brakowało, a zostałby siatkarzem. Poza tym znakomicie radził sobie w lekkoatletyce. Do dzisiaj jego wyniki na 100 metrów, w skoku w dal, w pchnięciu kulą i rzucie granatem są rekordami szkoły. Przez kilka miesięcy trenował gimnastykę pod okiem braci Gaców z Radlina, którzy byli wtedy trenerami kadry olimpijskiej i wychowywali kilku olimpijczyków. W Ośliźle dostrzegali spory talent, ale w życiu młodego chłopaka właśnie wtedy pojawiła się piłka nożna.

1

@AxelF Jedną z klubowych, cyklicznych rywalizacji w Europie z prawdziwego zdarzenia był przed wojną „Puchar Mitropa”, lecz Polskie kluby nie zostały zaproszone do tychże rozgrywek. Z jakiego powodu? Nie wiadomo. Wiadomo natomiast, że nawet gdyby takowe zaproszenie zostałoby wystosowane do polskich władz, to decyzja o udziale w „Copa Mitropa” byłaby negatywna – tak wypowiadał się ówczesny prezes PZPN-u Kazimierz Glabisz, jako powód podając m.in.: „ Nie mamy drużyn, które mogłyby się skutecznie postawić renomowanym zespołom ekstraklasy węgierskiej czy włoskiej”. Taka decyzja prezesa była dość zaskakująca, wręcz zdumiewająca, gdyż potwierdzeniem wielkości choćby przedwojennego Ruchu Hajduki świadczy fakt zwycięstwa w Monachium z Bayernem 30 grudnia 1934 r. po golu Peterka. „Nie wiem jak długo trwałaby jeszcze ta hegemonia Ruchu, ale pamiętajmy, że w tej drużynie grali wówczas znakomici piłkarze reprezentujący klasę światową” - stwierdził po latach Antoni Piechniczek. Zresztą nie tylko śląski klub potrafił wygrać z silnym wówczas przeciwnikiem. Jesienią 1934 r. Pogoń Lwów pokonała AC Milan 5:3, a wiosną 1936 r. Wisła Kraków pokonała Chelsea Londyn 1:0, a więc stanowisko prezesa Glabisza było kompletnie nieuzasadnione i ewidentnie krzywdzące ówczesny polski futbol…

10

Premierowa edycja Pucharu Mitropa:

13 listopada 1927 r. Rapid Wiedeń pokonuje Sparte Praga 2:1 w drugim meczu finałowym Copa Mitropa. Jednak to właśnie czeska drużyna sięga po ten puchar ponieważ w pierwszym meczu rozgromiła u siebie Rapid 6:2! Tak oto pierwszym w historii triumfatorem Copa Mitropa zostaje Sparta Praga.

@Adran360
@AxelF
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

12

Dublet „La Pulgi”:

Dokładnie 15 lat temu FC Barcelona objęła prowadzenie w tabeli Primera Division pokonując Villarreal 3:1 w zaciętym meczu rozegranym na Camp Nou w ramach 11-tej kolejki rozgrywek, w którym wyróżnił się Leo Messi, autor dwóch z trzech bramek dla swojej drużyny. Barça i Villarreal zmierzyły się na Camp Nou o pierwsze miejsce w tabeli, w zależności od późniejszego wyniku Realu Madryt. Obie drużyny opierały swoją gre na posiadaniu piłki ale ponieważ piłka jest tylko jedna, to Barça zdominowała ją w pierwszych minutach. „Żółta łódź podwodna” z kolei wywierała intensywną presję na całym boisku, czekając na możliwość przeprowadzenia kontrataku. Pierwsze poważne ostrzeżenie, jakby zapowiedź tego, co miało nastąpić, pochodziło od Messiego, który skierował głową dośrodkowanie Alvesa w stronę bramki ale Diego Lopez i obrońcy wybili piłke niemal z linii bramkowej. Na pierwszą bramke w meczu nie trzeba było długo czekać. Po dobrej akcji Barçy piłka dotarła do Iniesty, który podał ją do Villi. Asturyjczyk, będący w świetnej formie, nie pomylił się i pokonał bramkarza Villareal płaskim strzałem. Minuty po golu Blaugrany były najbardziej chaotyczne w meczu. Genialne podanie Xaviego pozostawiło Messiego samego przed bramką przeciwnika. Argentyńczyk podał do Pedro a Kanaryjczyk podwyższył na 2:0. Sędzia jednak nie uznał gola z powodu spalonego, którego nie było a już w następnej akcji Nilmar wyrównał po wspaniałej akcji indywidualnej. Bramka wstząsneła nie tylko Guardiolą, który wdał się w ostrą wymiane zdań z ławką rezerwowych ale także z jego własnymi zawodnikami, co Villareal wykorzystał, tworząc jak dotąd swoje najlepsze okazje w meczu. Najlepszą z nich był rzut wolny, który sprokurował Abidal. Rossi oddał celny strzał ale Valdes obronił.

FC Barcelona jednak zdołała przezwyciężyć ten okres presji i ponownie zagroziła bramce Lopeza, czego efektem był rzut wolny zza pola karnego, który Messi posłał tuż obok bramki. Pierwsza połowa zakończyła się protestami kibiców, w tym machaniem białymi chusteczkami. Początek drugiej połowy przebiegał według bardzo podobnego scenariusza jak pierwsza: Barça tworzyła kolejne okazje, a podopieczni Juana Carlosa Garrido czekali na okazję, aby zdobyć bramkę po raz czwarty z rzędu podczas wizyty na Camp Nou. Jednak to Messi z pomocą Pedro stworzył kolejną spektakularną bramke, swoją 9-tą w 9 rozegranych dotychczas meczach i przełamał impas. Po dwóch podaniach w polu karnym między Kanaryjczykiem a Messim, „Pchła” przerzucił piłke nad Lopezem, słabszą prawa nogą. Delgado Ferreiro ponownie stał się nieświadomym protagonistą, uznając że faul Maxwella na Borja Valero, gdy obrońca był ostatnim zawodnikiem na boisku, zasługuje jedynie na żółtą kartke. W 84 minucie Messi przypieczętował los Villarealu strzelając drugiego gola w meczu.
@Sysia11
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?