FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
0
@AxelF A no widzisz, a wystarczy tylko czytać książki :)
Oczywiście trzeba mieć czas i chęć czytać te książki, gdyż kiedyś nie miałem ani jednego ani drugiego...
11
Z historii Blaugrany:
13 listopada 1950 r. socios zagłosowali za zakupem terenów pod Camp Nou. Architekci ocenili iż stary stadion „Camp de Les Corts” da się powiększyć jedynie o 8 tys. miejsc przy jednoczesnym obniżeniu komfortu oglądania spotkań. Władze FC Barcelony zarządziły więc czterodniowe głosowanie, w którym socios mieli zadecydować o ewentualnym pozyskaniu ziemi pod budowę przyszłego stadionu na 100 tys. osób. Na ponad 30 tys. socios, głosowało 7967, w tym aż 7835 opowiedziało się za zakupem terenów za 10 mln peset.
@Adran360
@AxelF
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
6
@FCBparasiempre
Gdy się zbliżyła noc listopadowa w pucharach, zaproponowałem tym moim podchorążym że mógłbym im w przygotowaniach do zrywu trochę pomóc, jako czytelnik francuskiej prasy i osobisty przeciwnik wszystkiego, co z Saint Etienne. Przeznaczenie obciążyło mnie, oprócz niejasnej sytuacji paszportowej, wszelkimi wadami Francuzów i Polaków, jakie przodkowie moi zdołali zebrać. Gdy widzę że gdzieś pęcznieje balon, moim obowiązkiem jest go przekłuć. Francja, tego, co mi zrobiłaś, nie uczyniła ze mną żadna kobieta. Teraz będziesz mieć za swoje. Coś tam o francuskiej piłce wiedziałem, również dzięki spacerom do SPATIFu, gdy się po drodze wpadało do klubu MPiK na placu Unii Lubelskiej poczytać międzynarodową prasę. My wtedy zagraniczną piłkę znaliśmy tyle, ile było widać przez dziurkę od kluczu i z meczów naszych drużyn w pucharach. Po transmisjach z mistrzostw świata w Anglii w 1966 i już się zaczynaliśmy mościć w tym salonie a tu się okazało że mistrzostwo w Meksyku w 1970 telewizja nie pokaże bo Gomułka i jego banda ciemniaków Zdecydowali że za drogo. Nie wiedzieli że nawet jak transmisji nie zrobią, to składkę do Eurowizji i tak będę musieli zapłacić taką, jakby transmitowali. Na te mistrzostwa pojedzie z Polaków tylko Ryszard Kapuściński. Ja z wiedzą o Saint Etienne nabytą na kanapie z gazetą i w MPiK-u byłem w takim świecie już niemalże bywalcem. Od słowa do słowa z piłkarzami temat podchwycił trener Edmund Zientary i wylądował u mnie na Mokotowie, w mieszkaniu przy Joliot- Curie, z kapitanem Bernardem Blautem. Wojtek Gąsowski też na chwilę z nami przysiadł. Kalina nam dolewała herbaty. Porozkładałem gazety, wycinki, sprawozdania i raportowałem. Nawet wtedy jeszcze nie wiedziałem że to się nazywa Bank informacji a tym bardziej że Benio Blaut będzie potem przez lata robił taki bank u trenerów reprezentacji Polski. Trener Zientara to jest temat na osobne opowiadanie. Powieść nawet. Kapuściński jeździ po świecie, szukając wojen futbolowych i innego wrzenia świata a nie ruszając się z Legii, gdzie kiedyś trenował jako młody bramkarz, znalazłby postaci i tematów na Pulicera i pół Nobla. Gdyby mu tylko cenzura puściła. Weźmy prezesa sekcji tenisowej i Jerzego Lewińskiego, adwokata, który podczas wojny był policjantem żydowskim w getcie i ponoć pianistę Szpilmana wyciągnął na Umschlagplatzu z selekcji do Treblinki. Choć zdaje się że Szpilman miał do tej wersji wydarzeń zasadnicze uwagi. Weźmy Generała Tadeusza Jedynaka, mocnego człowieka wywiadu, który jeździł z Legią jako opiekun na wyjazdy zagraniczne a jego paszport dyplomatyczny pomógł wywieźć nie jedną skrzynię z rzeczami na handel. Weźmy wreszcie Zientare, który podczas wojny stał już pod murem na Chłodnej, czekając na rozstrzelanie, zanim się Niemiec rozmyślił. Po wojnie zwiał z jednostki wojskowej, rozczarowany nową władzą i ukrywał się pod imieniem i nazwiskiem rozstrzelanego kuzyna. Jest to jedyny znany mi piłkarz, który zagrał w reprezentacji jako dwie różne osoby. Zadebiutował jako nieżyjący kuzyn Andrzej Szczepański a kilka lat później wrócił do kadry już jako Andrzej Zientara bo w międzyczasie darowano mu karę za dezercję na tym nie koniec zjawisk nadprzyrodzonych. Trener ma mianowicie jako jeden z nielicznych w Polsce konto dewizowe, bo przywiózł sporo dolarów z wyprawy na zarobek i granie w piłkę do Melbourne. To on zawsze odpowiadał za dolarowe rozliczenia wyjazdów Legii a pieniądze wrzucone na to konto w jakiś ciekawy sposób się rozmnażały. Zawsze się udawało z garnka coś wyskrobać do budżetu Legii. Nawet tyle, żeby wystarczyło na sprowadzenie Deyny i zatrzymanie go, gdy kusili inni i jeszcze na inne transfery i pensje. Cokolwiek Górnik Zabrze wyczarowuje u siebie w kopalnianym szybie i odszkodowaniach za szkody górnicze, w garnku dolarów Legii zawsze się znajdowała jakaś odpowiedź a jak nie w garnku, to się zrzucali wysocy szarżą wojskowi, jak to ponoć było z Gadochą. Teraz ten zespół piłkarskich wojaków zarządzany jak jakieś radosne sprzysiężenie, miał się zderzyć z klubem, który się w pół środki nie bawił. Roger Rocher, prezes z fajką, karierę zrobił jako szef lokalnego przedsiębiorstwa robót publicznych i przeskoczył do budowania piłkarskiego przedsiębiorstwa rozrywkowego. Pisałem już jak mnie cieszyła każda porażka Saint Etienne ale przyznać trzeba że jesienią 1969 było z tymi porażkami krucho. Oni szli po kolejne mistrzostwo Francji, w lidze strzelali średnio po więcej niż trzy gole na mecz i nawet pierwsza runda pucharów im się tym razem wybitnie udała bo wyeliminowali Bayern Monachium. Trener Albert Batteux zajmował się w Saint Etienne tym, czym wcześniej w Reims jako piłkarz i trener, czyli produkcją szampańskiego futbolu a Francja kochała jego i drużynę, która w składzie miała właściwie samych reprezentantów krajów, które straszyły atakiem. Herve Revelli strzela w 1969 roku w lidze w takim tempie, jakiego Francja nigdy wcześniej nie widziała i za mojego życia już nie zobaczy. Długonogi Salif Keita, czysta elegancja był ogłaszany nowym Eusebio. Obrona rządził kapitan Robert Herbin, cały w lokach, w pomocy od przeszkadzania był Aime Jacquet. Pięknie się na nich przygotowaliśmy, tylko za cholerę tego 12 listopada nic na boisku nie chciało działać. Żadnego szampańskiego futbolu Saint Etienne tego wieczoru nie serwowało, raczej parło prosto do celu. Legia jakieś okazje miała ale je marnowała a Francuzi swojej nie zmarnowali. Keita elegancko do Revelliego, czyli akcja z moich wycinków a potem Revelli do bramki, czyli jeszcze bardziej z moich raportów. 1:0 dla nich. W przerwie niedoleczony Benio Blaut musiał zejść z boiska a kibiców trochę poniosło. Poleciały petardy i butelki po wódce, jedna zraniła w głowę Jacqueta. Lubię polską publiczność ale trzeba powiedzieć że ma temperament nieokrzesany i dziwaczny. Jest kompletnie nieprzewidywalna i kapryśna. Raz wygwiżdże Janusza Sidłę że nie dorzucił oszczepem do 80 m. a przecież organizatorzy to zapowiadali, innym razem będzie zajadle bronić swoich. Kiedyś nam na meczu tak rzucali wyrazami nad uchem że Holoubek nie wytrzymał. Zwrócił grzecznie uwagę raz, drugi, aż w końcu złapał jednego za fraki i ściągnął w dół a jeden kolega tamtego spojrzał z niesmakiem na mnie, na Konwickiego i rzucił: „Panowie, chodźmy gdzieś indziej bo tu granda siedzi".
Burdy to nie jest żadna Polska specjalność, przy europejskich pucharach bywają takie rozróby że Gabriel Hanot się w pewnym momencie przeraził że te rozgrywki wymyślił i teraz Europa się z ich okazji pozabija. Opublikował kiedyś w "L'Equipe" apel do własnych kibiców, tych z Reims żeby się opamiętali i przestali zachowywać jakby ojczyzna była w niebezpieczeństwie tylko dlatego że na mecz przyjechała Austria Wiedeń. U nas, od kiedy pamiętam jest dyskusja, skąd to chamstwo, toczy się debaty w gazetach i telewizji, nawet krakowski z polityki, gdzie teraz wpisuje, taką debatę w TV prowadził. Pogadali, przeanalizowali a butelki dalej lecą. Szkoda bo atmosferę ci nasi kibice robią niesamowitą i piłkarzy to niesie. Sędzia z Belgii chyba też był pod wrażeniem bo cierpliwie czekał, czy się uda zapanować nad tymi, którzy coś rzucali na boisko. Nie przerwał meczu, chodź mógł. Wtedy musiałby być co najmniej walkower albo i wykluczenie z pucharów i może by nie było tych następnych 45 minut widziałem w życiu niejedno spotkanie sportowe, które było dramat tragicznym arcydziełem Przy niektórych współczesnych sztukach polskich ale to 45 minut było szczególne. Co nam wszystkim pozostawało, gdy zaczynała się druga połowa? Opóźniona przez rzucanie butelek i petard, już bez Blauta, przeciw faworytowi, nad którym czuwały wszelkie moce, bo prowadził do przerwy, choć mógł przegrywać. Co zostało poza litanią do Kazimierza Deyny, który po Blaucie musiał przejąć trochę więcej rozgrywania? Umówmy się: nie był to zły adresat, jeśli chodzi o litanię. Deyna grał w 1969 tak że Warszawa zaczęła go kochać, jak pokochała Holoubka po „Trądzie w Pałacu Sprawiedliwości". Z tą różnicą że Holoubka pokochała też cała Polska a tajne tak raczej nie miejscami. Obaj którzy się ze swoim talentem nie narzucają. Popisywali się, nie popisując. Nie przyznawali sobie na scenie żadnej dodatkowej roli, rzucali się w oczy, nie chcąc się rzucać w oczy. Są z zawodu czarodziejami i w dawnych czasach pewnie mieliby proces oczary ludzie czuli że jeśli ktoś ma nagle zrobić coś z niczego, to pewnie właśnie Deyna. Skandowali jego nazwisko, komentator francuskiej telewizji mówił: " Deyna, Deyna toujours". I Deyna rzeczywiście coś wyczaruje ale zanim to się stało, wcześniej wyskoczyły inne diabły. Żmijewski kolejny raz zaczął swoje Zzygzaki z piłką i tym razem wreszcie tak zakręcił obrońcami że nie wiedzieli gdzie są. Żmijewski jest niezmordowany, przyjemnie bezczelny i kiwa się jak latynos. Na boisku i w życiu zawsze sobie przejście znajdzie. Jeśli ktoś wchodzi w drzwi obrotowe za tobą a wychodzi przed tobą, to możesz podejrzewać że to jest albo Żmijewski albo Gadocha. Nie był to dla nich łatwy wieczór, tyle razy się podania Żmijewskiego tego dnia marnowały aż wreszcie piłka spadła pod nogi Janowi Pieszce. Pieszko jest kolejny do procesu o czary: nieduży, niepozorny a wyrasta nie wiadomo skąd i umie strzelać w pucharach jak szalony. Tym razem trafił do bramki z bliska, była 78 minuta. 5 minut później Deyna zahipnotyzował bramkarza, strzelił z daleka niby łatwo, w środek. George Carnus piłkę jednak przepuścił. Koniec meczu. Gdy grała Legia, to strzelało Saint Etienne. Gdy w drugiej połowie zaczęło odważnie grać Saint Etienne to nastrzelała Legia. I tak właśnie ziarno kolejnej pucharowej klęski Saint Etienne zaczęło kiełkować. Choć wszyscy rozchodzili się tego wieczoru raczej spokojni: Legia bardziej z ulgą niż euforią, goście z wiarą że nic się nie stało, że u siebie na pewno odrobią. Przyszło do rewanżu i w posypanym śniegiem błocie znów czekali z niespodzianką Żmijewski z Deyną. Pierwszy podał, drugi zawinął tak że bramkarz nie sięgnął. Znów się wszystko rozstrzygnęło w ostatnim kwadransie. Wtedy nawet nie wiedzieliśmy, jaki to jest powód do wypinania piersi: nikt już po Legii za mojego życia nie wygra w pucharach z Saint Etienne na ich stadionie. To będzie jedno z najbardziej przeklętych dla gości boisk w Europie. Będą tracić na nim nawet trzy bramkowe przewagi z pierwszego meczu i za moich czasów jeszcze tylko Bayern zdoła tam odprawić jakieś egzorcyzmy i wywieźć remis. Dziwny był listopad tamtego roku dla człowieka, który żył skazany na piłkę ze wszystkimi jej polskimi ograniczeniami. W te trzy listopadowe tygodnie 1969 roku nagle coś puściło, pękła nad Polską bania z wielkim futbolem. Legia w ćwierćfinale Pucharu Europy, Górnik w ćwierćfinale pucharu zdobywców pucharów, nawet reprezentacja jakoś zaczęła wreszcie wyglądać i rozbiła nieoczekiwanie Bułgarie. I jak to sobie wszystko w głowie teraz poukładać? Co, poziom się nagle na świecie obniżył? W nas coś wstąpiło? Zabłąkał się ten sukces i zaraz ucieknie, jak się zorientuje gdzie jest? Czy zostanie? A kto w ogóle wtedy przypuszczał że na dłużej zostanie nie w klubach, tylko w reprezentacji, którą piłkarze traktowali jak ubogą krewną?
Górnik Zabrze wiosną 1970 roku dojdzie do finału pucharu zdobywców pucharów na Praterze. Legia zajdzie do półfinału ale w dwumeczu z Feyenoordem przegra coś więcej niż awans do finału. Okaże się że nagle zaczęły komuś przeszkadzać dolarowe czary i różne garnki bez dna. W drodze do Rotterdamu podczas lotniskowej kontroli wpadną na wywozie dolarów Grotyński ze Żmijewskim. W kolejnym roku na przemycie zostaną złapani koszykarze Legii i sypnął piłkarzy, wpędzając ich w jeszcze większe kłopoty. Później jeszcze ktoś doniesie na trenera Zientare że Ukraińczyk na lotnisku w Paryżu wręczał mu złoto albo dolary. Trener wyląduje w celi na Rakowieckiej na długie miesiące. Sekretarz generalny Legii Edward Potorejsko dostanie kilka lat wyroku. Nagle się władzy, która sama lubiła dorobić na nielegalne sprzedaży tego i owego zebrało na walkę z przemytem. Akurat w sporcie, a ja nie bardzo lubię, gdy ktoś sportowcom wmawia że muszą być szlachetniejsi od ogółu. Niby dlaczego? Pisarze nie muszą, kompozytorzy nie muszą a sportowcy tak? A gdzie niby i kiedy ktoś ten sport pełny samych szlachetnych widział? Sport, jeśli już, ma moc uwypuklania wszystkiego, co w nas jest. Tego co dobre i tego co złe. To jest jego siła, może jej piękno nawet. Legie zobaczę jeszcze w ćwierćfinale w europejskich pucharach raz, w 1971, zresztą z ułaskawionym przejściowo Żmijewskim. W półfinale nie zobaczę jej już nigdy. Było nam razem w europejskie wieczory jak w podróży: szczęście mignęło tylko na moment, na moment tylko się ukazało, po to tylko aby uczynić życie tym smutniejszym i okrutniejszym.
Stanisław Dygat
Epilog
Polska zajmie na mundialu 1978 piąte miejsce, co uznane zostanie za klęskę. Francja odpadnie z Mundialu 1978 w pierwszej rundzie.
Sezon 1969/70 Pozostaje do dziś najlepszy dla polskich klubów w pucharach.
Saint Etienne stanie się w końcu wielką siłą w Europie ale nigdy nie zdobędzie pucharu, najbliżej tego osiągnięcia będzie w 1976 roku, gdy w finale przegra z Bayernem Monachium.
W latach 80-tych konflikt prezesa Rogera Rochera z trenerem Robertem Herbinem doprowadzi do ujawnienia że w klubie przez wiele lat funkcjonowała lewa kasa, tajne konta, nierejestrowane wypłaty dla piłkarzy i łapówki dla lokalnych polityków. Prezes Rocher zostanie wskazany na 3 lata więzienie i ułaskawiony przez prezydenta Jacquesa Chiraca.
W 2019 roku historyk Hans Woller ujawni że lewą kasę na wypłaty, deponowaną na tajnych kontaktów zagranicznych w bankach miał też przez lata finałowy rywal Saint- Bayern.
Ustanowiony w 1969 przez Herve Revelliego rekord goli ligowych w roku kalendarzowym(31) wyrówna dopiero w 2019 Kylian Mbappe.
Latem 1998 roku lekceważony przez francuskich dziennikarzy trener prowadzi reprezentację do Mistrzostwa Świata. Jesienią 1998 roku podczas meczu drugiej rundy pucharu UEFA Wisła Kraków AC Parma Dino Baggio zostanie trafiony w głowę nożem rzuconym z trybu. Wisła zostanie wykluczona na jeden sezon z pucharów a Marek Piwowski zrobi o tym spektakl teatru telewizji „Nóż w głowie Dino Baggio".
8
@FCBparasiempre
12 listopada 1969 r. stadion Wojska Polskiego, Legia Warszawa-AS Saint Etienne 2:1.
Urodziłem się wśród huku armat, pół roku po strzałach do arcyksięcia. Umierałem wśród dźwięków werbli, dwa tygodnie po tym jak Jean Havelange i jego wnuczek wylosowali Polsce łatwą grupę na mundialu w 1978 roku. Mundial ten Polska jechała wygrać. Drużynie Francji mały i duży Havelange wylosowali złośliwie trudną grupę. To mnie jeszcze na finiszu życie utwierdziło w przekonaniu że dobrze wybrałem ojczyznę. Napraszała mi się ta Francja w polskość strasznie, ojciec cmokał nad wszystkim paryskim, paszport kusił łatwizną ale ja wiedziałem że to syreni śpiew. Moją powinnością było oprzeć się i trwać. W palcie z metką „Bracia Jabłkowscy" a nie od francuskich krawców. Nagroda będzie wielka: kłanianie się szmaciakom, bo grzeczność wymaga i nocne rozmyślania o czynie; wieczne patrzenie z ukosa, byle ktoś nie pomyślał że ci na czymś zależy; kolarz Królak wpadający na Stadion Dziesięciolecia, moja Kalina, Mój stolik w SPATIF-ie, Bohdan Poręba, Legia i Gwardia razem w europejskich pucharach, Holoubek i Konwicki w cenie biletu na mecz. Gdzie ja bym znalazł taki drugi los? 33 lata byłem w papierach Francuzem, więc wierzcie mi: trochę się orientuję. „Byłem przez długie lata pewien że wszystko co napisałem o mojej rodzinie w jeziorze Bodeńskim zostało przeze mnie wymyślone. W domu panowało słabe zainteresowanie naszym drzewem genealogicznym. W zasadzie historia naszego rodu ginie w mrokach pierwszej połowy XIX wieku. Wiedziałem tyle że mój dziadek był powstańcem 1863 roku i po powstaniu zbiegł do Francji. Dopiero niedawno dowiedziałem się że mój prapradziadek naprawdę przybył do Polski z Napoleonem i był Francuzem. Z maleńką różnicą: nie był żadnym oficerem ale kupcem, który wlókł się za wojskiem z towarami. W Warszawie spodobało mu się i został, założył sklep. Rodzina moja pochodzi z Saint Etienne i są jeszcze tam albo w okolicy, ludzie o moim nazwisku pisanym tak, jak pisał się mój prapradziadek: przez i a nie przez y. A ja od tego czasu ilekroć dowiem się że drużyna Saint Etienne przegrała, cieszę się bo nie znoszę całej tej rodzinnej historii, którą lubiłem do czasu, kiedy myślałem że jest zmyślona przeze mnie". Tymczasem wylosowaliśmy kiedyś drużynę Saint Etienne w pucharach a ja zostałem wezwany do czynu. Gdy wybuchła wojna prawdziwa, druga światowa, to wróciłem z niej po 45 minutach. Gdy trafiłem na Szucha, to gestapowiec był jak na złość miły. Gdy trafiłem do niewoli, to była to niewola śmieszna i niemęska, w budynku szkoły nad jeziorem. Wszystko przez paszport, który jakby mi zawadzał w czynie. Tymczasem wojny pucharowej polsko-francuskiej roku 1969 było aż cztery razy po 45 minut a wygrał ten, kto miał zostać szybko zgnieciony i wszystko odbyło się z jakimś tam nawet moim udziałem. Tego dnia byłem na Legii jakoś bardziej niż zwykle. Bardziej nawet niż wtedy, gdy w 1950 wyszliśmy na boisko Legii trenować przed meczem artyści- dziennikarze. Na bramce był Tadzio Borowski, ja w ataku z Władkiem Broniewskim i satyrykiem Józkiem Prutkowskim. Niestety Borowski rozwalił rękę, mnie coś strzeliło w kręgosłupie, Broniewskiemu zabrakło tchu a Prutkowskiemu zaczęło pikać serce. teraz była jesień 1969 i nie dość że pierwszy raz mieliśmy zagrać w pucharze Europy z Francuzami, to jeszcze byli to Francuzi z Saint Etienne. Mało tego: byli to jeszcze przy tym Francuzi ogłaszani przez Francuzów najlepszą drużyną na świecie. Ogłaszani zupełnie serio, choć byli wtedy ledwie królami podwórka. Francuzi wymyślili europejskie puchary, według mnie z poirytowania że Anglicy ogłosili Wolverhampton mistrzem świata, gdy ta drużyna pokonała Wielki Honved w meczu towarzyskim Francuzi powiedzieli: „Hola, chcecie tak ogłaszać, to może zróbmy Puchar Europy klubów, wygrajcie go i będziecie mogli tak twierdzić". Zrobili te rozgrywki a Anglicy oczywiście je zlekceważyli i nie wygrali. Problem w tym że Francuzi też nie wygrali a jak wymyślili europejskie puchary, to musieli przecież czuć że nie Wolverhampton, tylko ich Stade de Reims jest prawdziwym mistrzem świata. Że zdobędzie Puchar Europy, tak jak zdobył w 1953 Copa Latina i będzie można oficjalnie ogłosić że to najlepsza drużyna na świecie. A tu nie: zaczął wygrywać Real Madryt i nie bardzo mógł przestać. Jak już przestał, to zaczęła Benfica. Po niej Inter i tak dalej. Wszyscy, tylko nie Francuzi. Francuzi wymyślili też plebiscyt na Złotą Piłkę dla najlepszego piłkarza Europy i tam w miarę szybko coś wygrał Francuz ale i to, prawdę mówiąc Polak - Kopaszewski. Powikłania w relacjach to moja specjalność ale powojennych relacji piłkarskich polsko-francuskich sam bym nie dał rady tak pogmatwać. Gdy Reims grało z Realem w pierwszym finale Pucharu Europy, prawie co drugi zawodnik w składzie Francuzów umiał po polsku. Co 10-ty piłkarz we Francji był wtedy Polakiem. Po wojnie były przez kilka lat dwa PZPN-y. Jeden Polski Związek Piłki Nożnej w Polsce, 2 Polski Związek Piłki Nożnej we Francji. Oba miały swoje rozgrywki, puchary, nawet swoją reprezentacją polski. Ta Francuska reprezentacja Polski Miała we Francji pod górę w tamtejszym MSW i mecze przyjeżdżała czasem grać tutaj, w Polsce. Grała na przykład z reprezentacją Polski górników, reprezentacją Polski związków zawodowych. Kompletny mętlik a piszę to ja, człowiek narodowościowo poczwarny Kalina Jędrusik by powiedziała że jak są dwa PZPN-y, to można się nawet pogubić, który PZPN jebać. Ale Kalina tak nie powiedziała bo poznałem ją już po tym, jak ten drugi PZPN Francuzi kazali rozwiązać kropkę Zresztą akurat wtedy nie było przejściowo żadnego PZPN-u, bo ten polski był komisją piłki nożnej przy GKKF. Nawet jak już się ostał jeden PZPN, w Warszawie, to i tak mnóstwo rzeczy ważnych dla polskiej piłki nadal działo się we Francji. Mieszka w Paryżu takiej Polski Żyd, potężny manager piłkarski. Ma na nazwisko Ukraińczyk. Ludzie myślą że to jego pseudonim. Mówię że jest z Łodzi albo że ze Lwowa a to jest chłopak z serca Warszawy. Tylko ani on, ani nikt inny nie chce za bardzo o tym co przed wojną rozmawiać. Może i słusznie bo jak Ukraińczyk ma być najpotężniejszym menadżerem piłkarskim na świecie a tu ktoś sobie przypomni że to ten rudy Juliusz, co z nim do gimnazjum chodził? I Juliusz się na przykład kałamarzem poplamił przy całej klasie? Albo się kiedyś potknął przy koleżankach i głupio wywrócił? Albo, nie wiem ustawiał gonitwy na mokotowskim torze i miał wyrok za sanacji? Takie niby teraz potężny i wpływowy, z samym Pelem się przyjaźni a kiedyś się umazał atramentem i głupio wywrócił? Światowa Sława wygląda jakoś nonsensownie, gdy chodziła kiedyś z nami do szkoły. Trzeba się potem nagimnastykować żeby z takiego sukcesu wybrnąć. Trochę jak z tym polskim śpiewakiem, który podbijał największe sceny świata i śpiewał z Marią Callas ale w swoim własnym zespole w Polsce dostawał po tym tylko rolę drugorzędne. Ha, kolego, z Marią Callas to każdy potrafi ale czy ty umiesz tu, drugorzędnie? I wtedy ten jego sukces stawał się jakoś bardziej strawny.
Z Ukrańczykiem jest o tyle łatwiej że to są sukcesy tylko „polskiego pochodzenia" a nie takie arcypolsko-polskie, więc przynajmniej nie trzeba z nimi codziennie żyć. Ukraińczyk jest jedyną osobą na świecie, która rozmawia przez telefon więcej ode mnie. Załatwia w piłce wszystko, również Legii. Wozi te nasze kluby po Brazyliach, Tunezjach a nawet Izraelach, ruga jest strasznie, gdy mu wstydu narobił słabą grą ale wszyscy koło niego dalej skaczą bo sypie dolarami. A przy tym święcie wierzy w światową łączność proletariatu a przynajmniej taką wiarę publicznie wyznaje. Zna też wszystkie dziury w żelaznej kurtynie. To on reprezentację Polski przebraną za reprezentację Warszawy wywiózł do Hiszpanii Generała Franco. Normalnie, w środek faszystowskiego reżimu, na otwarcie Stadionu Camp Nou. Tylko dali im na koszulki syrenkę zamiast orzełka ale to była ta sama drużyna, która parę dni później zagrała z Bułgarią jako normalna reprezentacja. Zresztą on wywiózł do Hiszpanii nawet Honved Budapeszt, czyli węgierską Legię, klub wojskowy, chodź w paszportach wszystkich piłkarzy węgierskich była napisane: „ważne na wszystkie kraje poza Hiszpanią". Przekreślił to zdanie, podpisał się „Ukraińczyk" i Honved wyjechał. Jak to robi, nie wiadomo. Mówię że ma brata w KC w PZPR ale to by było trochę dziwne bo on jest jedynakiem. W każdym razie, gdziekolwiek w piłce spojrzysz, tam Ukraińczyk. Jak trzeba było Kopaszewskiego i Reims przywieźć do Polski na towarzyski mecz w 1961- Ukraińczyk. Jak Pelego obwozić po Europie- Ukraińczyk. Jak trzeba Legię i Górnika wysyłać w świat- Ukraińczyk. A jak teraz Saint Etienne przyjechało do nas, to się okazało że tam u nich też już instaluje się Ukraińczyk. Jest jesień 1969 i sytuacja robi się trochę nabrzmiała bo mija 15 lat od wymyślenia pucharów przez Francuzów a Francuzi ciągle nic nie wygrali. Już UEFA się zgodziła na drugi puchar, puchar zdobywców pucharów a Francuzi dalej nic nie zdobyli. Dlatego gdy się wreszcie u nich pojawił klub, który pięknie grał i jeszcze piękniej szeleścił pieniędzmi, to stracili głowę dlatego Saint Etienne. „Allez les verts” - i naprzód marsz, ojczyzny dzieci. Bo nadszedł chwały naszej dzień”. „Biada despotom, zdrajcom biada”. Idzie Saint Etienne. W finale Pucharu Europy w 1969 roku Milan Gianniego Rivery pięknie przechytrzył taktykę Ajax Johanna Cruyffa ale znalazła się taka francuska gazeta która uznała że puchary, owszem są ważne, natomiast gdy pomierzyć, jak kto gra, jak dominuje w swoim futbolu, ilu ma piłkarzy w reprezentacjach, to jaki tam Milan i Ajax... Nie mają startu do Saint Etienne! Mimo że Saint Etienne wtedy nie przeszło w pucharze Europy nawet pierwszej rundy. Dla nich żadna nowość: jak tylko wystawiali głowę ze swojego ciepełka, do Europy, to dostawali tam w twarz. Trochę jak filmy Wajdy na festiwalu w Cannes. Co roku posyłamy tam jego nowy film przekonani że to już, już teraz, to w tym sezonie, to tym razem świat pozna się na polskim geniuszu. I co roku się okazuje że skrzywdzili że Cannes nie dojrzało, nie rozumie. Że to już chyba Polski los nie być rozumianym. Że spróbujemy za rok mistrz, Nie trać ducha. Niech ci nawet nie przyjdzie do głowy że może nie trafiłeś z dziełem, może ramota wyszła tym razem, może byli lepsi. Nie, nie, nie. „Ze Złotą Palmą czy nie ja i tak kocham cię". I „Zawsze nad wami, canneńskimi jurorami". No więc gramy z Saint Etienne. Już rok wcześniej oni wylosowali Ruch Chorzów ale to było świeżo po tym jak generał Siwicki z błogosławieństwem Jaruzelskiego i razem z kolegami z Układu Warszawskiego najechał Czechosłowację. Niektóre kluby Zachodnie zagroziły bojkotem, jeśli mają zagrać z tymi ze wschodu. Więc losowanie pucharów powtórzono tak żeby drużyny z krajów, które aktualnie najeżdżają Czechosłowację grały w pierwszych rundach tylko ze sobą a nasz PZPN odpowiedział że on z czegoś takiego swoje kluby wycofuje. Za nim poszło kilka innych krajów. Co ciekawe, sama Czechosłowacja nie poszła. UEFA przyklepała te walkowery i wszyscy, którzy nie najeżdżali Czechosłowacje dograli dalej sezon jakby nigdy nic a rok później Saint Etienne znów wylosowało polski klub, i to wojskową Legię, z pionu Jaruzelskiego i Siwickiego ale jakoś nie było bojkotów. I tak właśnie wylądowałem w sztabie klubu piłkarskiego. Dokładniej może należałoby powiedzieć że sztab wylądował u mnie ale w zasadzie mało to istotne bo granica była płynna. Piłkarze Legii u mnie w salonie czuli się tak samo u siebie jak my z Holoubkiem i Konwickim u nich na trybunach. Nie piszę żeby się chwalić (to bym napisał że grywałem w tenisa z Gombrowiczem i raz nawet wygrał), piszę by dać świadectwo prawdzie i jestem wręcz trochę zakłopotany. To był czas, gdy nagle się w Polsce zaczęła taka moda na bywanie piłkarzy na salonach że już się zacząłem nieswojo czuć z tym że u mnie sportowcy bywali od dawna. Cała reprezentacja Olimpijczyków do Tokio przez moje progi przemaszerowała a z czasem bywało coraz więcej piłkarzy bo się w całym sporcie piłka zaczęła coraz mocniej rozpierać. Ona najlepiej się zbratała z telewizją, właściwie to się okazało że jest do niej stworzona, z piłki robił się już powoli osobny gatunek. Legia, Górnik- seriale z cotygodniowymi perypetiami bohaterów. Jak w „Stawce większej niż życie” czy „Czterech Pancernych”, czy w lidze bokserskiej ale ta jakby ostatnio podupadła. Piłka zaczyna zjadać wszystko. Znam ludzi, którzy w życiu nie zajmowali się sportem a teraz dyskutują żywo, czy Zientara i Matyas dobrze ustawili drużynę. Na Legii siada więcej artystów niż w SPATiF-ie. W sportowej prasie Olga Lipińska i Łapicki typuje że ligę wygra Legia a Putrament że Górnik. Każdy by chciał żeby i u niego jakiś piłkarz bywał i boję się że niedługo zacznie ich w Warszawie brakować do bywania. Nas Wojtek Gąsowski poznał z Władkiem Stachurskim i jego Elą i tak poszło. Polubiliśmy się z Beniem Blautem, bywał Władysław Grotyński a Henrykowi Apostolowi pomogłem załatwić wizę do Stanów żeby mógł grać w orłach w Chicago bo mnie ambasada USA dość lubiła i zapraszała na pokazy filmowe. Biorąc pod uwagę że mój mokotowski sąsiad Józio Rutkowski wziął w obroty Janusza Żmijewskiego z przyległościami, że z nim i Bogdanem Łazuką czasem na miasto wyjdzie Deyna, że Lucjan Brychczy raczej nie bywa a Gadocha zawsze swoimi drogami- No to jeśli chodzi o tych dostępnych jeszcze do bywania, kołdra naprawdę krótka.
8
Butelka w głowie Aime Jacqueta(prosze przeczytać w odpowiedzi na komentarz):
@Adran360
@Arkon
@AxelF
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
4
@FCBparasiempre
Ostatni grupowy pojedynek ze Szkotami zapisał się w kronikach. Już w pierwszej minucie z boiska usunięty został José Batista. Enzo wraz z kolegami nie załamali się i zdołali wywalczyć dający im awans remis. Wielu jednak zarzucało Urugwajowi ostrą i brutalną grę. ,,Urugwaj przynosi wstyd. Nie mają respektu dla godności innych ludzi”– mówił Alex Ferguson. Urugwaj miał zmierzyć się Argentyną, czyli odwiecznym rywalem w 1/8. Starcia tych drużyn zawsze elektryzowały kibiców. Wielu czekało również na rywalizację dwóch wybitnych jednostek – Maradony z Francescolim. W meksykańskiej Puebli faktycznie iskrzyło. Sędzia pokazał aż siedem żółtych kartek. W drugiej połowie nad stadionem przeszła burza i padał ulewny deszcz. Maradona rozgrywał kapitalny mecz, ale na listę strzelców się nie wpisał. Miguel Bossio starał się mu uprzykrzać życie, jak tylko mógł. Po drugiej stronie równie dobre zawody rozgrywał Francescoli. Enzo dwoił się i troił, ale twardzi argentyńscy obrońcy zatrzymywali go wszelkimi możliwymi sposobami. Pojawiają się głosy, że jeśli na meksykańskim turnieju ktoś dorównywał Maradonie, to był to właśnie Francescoli w starciu 1/8 finału. Mecz zakończył się jednak zwycięstwem Albiceleste 1:0 po bramce Pedro Pasculliego i to oni, a nie Urugwaj zagrali w tym pamiętnym ćwierćfinale. Szansa na rehabilitację pojawiła się już rok później. Copa América odbywała się wtedy w Argentynie. Częściowo powrócono do starej formuły. Turniej rozgrywano w jednym kraju, ale Urugwaj jako obrońca tytułu do rywalizacji przystępował dopiero w półfinale. Tam nadarzyła się okazja do rewanżu za ostatnie starcie na mundialu. Na Estadio Monumental spotkały się drużyny mistrzów świata z mistrzami kontynentu. 65 tys. kibiców obserwowało znakomite spotkanie. Zacięte, toczone w ostrym tempie i obfitujące w zagrania najwyższej klasy. Smaczku dodawała oczywiście rywalizacja dwóch największych indywidualności Ameryki Południowej, czyli Maradony i Francesoliego. To właśnie na nich w dużej mierze zwrócone były oczy kibiców. Nieco lepiej wypadł Argentyńczyk, ale Enzo po raz kolejny udowodnił, że wiele mu nie ustępuje. W finale zameldowali się obrońcy tytułu. Bramkę tuż przed przerwą strzelił Antonio Alzamendi i nawet wysiłki młodziutkiego Claudio Caniggi nie zmieniły wyniku Tym razem to Urugwaj przeszedł dalej i miał grać o złoto. Tam spotkali się z Chile, które w półfinale odprawiło coraz silniejszą Kolumbię z Carlosem Valderramą. Rozgrywany 12 lipca finał zgromadził na Estadio Monumental ledwie 35 tys. kibiców. Nie było to jednak widowisko godne finału. Piłkarze grali bardzo ostro i sędzia usunął z boiska aż czterech piłkarzy. Wśród nich znalazł się też Francescoli, który do szatni musiał zejść po niespełna pół godzinie gry. Nie zawsze udawało mu się trzymać nerwy na wodzy. Mimo to przewaga Urugwaju była wyraźna, a Chilijczycy chyba nie wytrzymali psychicznie. Obrońcy tytułu wygrali 1:0 po bramce Bengoechei. Dzięki nieco dziwnemu regulaminowi do końcowego zwycięstwa wystarczyły im ledwie dwa mecze. Turniej w 1987 r. był dla Enzo okazją do powrotu na Estadio Monumental, gdzie cieszył się wielkim szacunkiem. Kiedy w 1986 r. River Plate zdobywał pierwsze w swoje historii Copa Libertadores, Francescoli grał już w Europie. Jeszcze przed meksykańskimi mistrzostwami zdecydował się odejść do Paryża. W stolicy Francji tworzono wtedy drużynę, która miała zdominować krajowe rozgrywki i zaistnieć w Europie. Przedsiębiorca z branży motoryzacyjnej Jean-Luc Lagardère zainwestował duże pieniądze w jeden z najstarszych francuskich klubów – Racing. Głównym sponsorem klubu została motoryzacyjna firma Matra, co zaowocowało zmianą nazwy na Matra Racing. Francescoli dołączył do drużyny, w której obok niego mieli grać: Pascal Olmeta, Thierry Tusseau, Maxime Bossis, Luis Fernández, Rubén Paz czy Pierre Littbarski. Drużyna była jednak silna tylko na papierze. W lidze zajęli dopiero 13. miejsce, choć Francescoli był wyróżniającym się zawodnikiem. Z 14 bramkami uplasował się w czołówce klasyfikacji strzelców. W Paryżu spędził trzy sezony. Za każdym razem był najlepszym strzelcem w drużynie. Najbliżej europejskich pucharów był w 1988, kiedy do miejsca premiowanego grą w Pucharze UEFA zabrakło Racingowi czterech punktów. To wtedy właśnie Francescoli miał okazję zamienić Paryż na Turyn. Juventus chciał go u siebie jako zmiennika dla Platiniego, ale Enzo odrzucił ofertę. Został w Racingu i pomógł drużynie utrzymać się w lidze. Z mocarstwowych planów wyszły nici. Wkrótce Francescoli opuścił klub, a bez niego w składzie Racing spadł z ligi. W swoim ostatnim sezonie w klubie wprowadzał w świat dorosłej piłki młodego Davida Ginolę. Dziś drużyna gra na piątym poziomie rozgrywkowym, a o tym, że pieniądze w piłkę nie grają, nie wiedzą w Paryżu chyba do teraz…
Kolejnym przystankiem w jego przygodzie z piłką była Marsylia. Tam inny majętny człowiek tworzył inny wielki klub. Tapie i jego Olympique odegrali jednak dużo istotniejszą rolę w europejskim futbolu. W 1990 r. klub zdobył mistrzostwo Francji, a Enzo był podstawowym zawodnikiem zespołu. Razem z Chrisem Waddlem grali za plecami Papina. Urugwajczyk dbał o dostarczanie piłek do francuskiego snajpera. W Ligue 1 grało wtedy wielu znakomitych piłkarzy. Pamiętajmy o obowiązujących wówczas limitach dla obcokrajowców. Tym cenniejsze jest więc zdobycie przez niego tytułu najlepszego zagranicznego piłkarza w lidze. Pokonał w tej rywalizacji takich piłkarzy jak: Klaus Allofs, Enzo Scifo, George Weah, Abédi Pelé czy Ramón Díaz, co musi budzić uznanie. Pomógł też drużynie w dotarciu do półfinału Pucharu Mistrzów. Tam musieli uznać wyższość Benfiki. Francescoli nie mógł rozwinąć skrzydeł, bo stał się obiektem brutalnych zagrań Portugalczyków. Praktycznie każdy jego kontakt z piłką kończył się faulem. Wówczas bardziej polowano na nogi, sędziowie pozwalali na więcej. Tylko osiem rozegranych spotkań w najważniejszych klubowych rozgrywkach w Europie. To bilans Urugwajczyka. W Marsylii spędził jednak tylko sezon. To właśnie jego grę starał się podglądać pewien młody chłopak. Ten syn algierskich imigrantów przychodził na treningi Olympique i chciał grać tak, jak Enzo. Sześć lat później obaj panowie zagrają przeciwko sobie, a w 1998 r. ten młody chłopak strzeli dwie bramki w finale mistrzostw świata. Kiedy zobaczyłem jak gra Francescoli, to stał się dla mnie wzorem. Chciałem być taki jak on. Był piłkarzem, którego oglądałem i podziewałem w Marsylii. Był moim idolem, kiedy grałem przeciwko niemu w Juventusie. Enzo jest jak Bóg – mówił Zidane. Postanowił spróbować swoich sił w najsilniejszej wtedy lidze świata.Nie przeszedł do zespołu z topu, ale do drużyny, która miała walczyć o utrzymanie. Jego wybór padł na Cagliari. Zanim jednak przeniósł się na Sardynię, pojechał z reprezentacją na mistrzostwa świata. Kibice ciągle czekali na sukces drużyny narodowej, która dobrze spisywała się na kontynencie, ale do mundiali szczęścia nie miała. Francescoli jako kapitan miał pomóc w przełamaniu tej złej passy. Urugwaj odpadł jednak w 1/8 z gospodarzami turnieju, czyli Włochami. W zespole beniaminka Serie A występował z dwoma kolegami z reprezentacji – Danielem Fonsecą i José Óscarem Herrerą. Wspólnie zapewnili zespołowi utrzymanie. Francescoli był ustawiany nieco głębiej. Nie strzelał już tylu bramek, co wcześniej, ale udowodnił, że dobrze radzi sobie jako rozgrywający. O ile miejsca w dolnych rejonach tabeli były czymś, czego po Sardyńczykach można było się spodziewać, o tyle zajęcie przez nich szóstego miejsca w 1993 r. należało uznać za niespodziankę. Do podium stracili tylko cztery punkty, a zajęta pozycja gwarantowała im udział w Pucharze UEFA. Tam dotarli aż do półfinału. Enzo grał już wtedy gdzie indziej. W ciągu trzech lat spędzonych na Sardynii zaliczył 97 ligowych występów i strzelił 17 bramek. To on zapewniał polot i fantazję i do dziś się o nim w Cagliari pamięta. Śródziemnomorski klimat Sardynii zamienił na górskie powietrze Turynu. Został zawodnikiem Torino. Tamtejsi działacze na własnej skórze przekonali się o umiejętnościach Urugwajczyka 16 maja 1993 r. Wtedy to Francescoli jeszcze w barwach Cagliari rozegrał znakomite spotkanie. Sardyńczycy roznieśli Torino aż 5:0. Enzo dwukrotnie pokonał Marchegianiego i dołożył jedną asystę. Swoimi akcjami ciągle stwarzał zagrożenie pod bramką turyńczyków. Po takim popisie stał się jednym z głównych celów transferowych Torino. W nowej ekipie znowu grał bardziej cofnięty i częściej podawał, niż strzelał. W Pucharze Zdobywców Pucharów wystąpił tylko trzykrotnie i były to jego ostatnie mecze w europejskich pucharach. Grał tutaj tylko przez jeden sezon. W Serie A zajął z klubem ósme miejsce. Kiedy z nowymi kolegami pojawił się na meczu w Cagliari, przywitano go kwiatami i owacjami na stojąco. Z włoskimi i europejskimi boiskami pożegnał się 1 maja 1994 r. Trudno oprzeć się wrażeniu, że mógł w Europie osiągnąć więcej… Francescoli wrócił do swojego piłkarskiego domu, czyli na Estadio Monumental w Buenos Aires. Nie odcinał kuponów. Przeżywał swoją drugą młodość. Jeszcze w 1994 r. zdołał doprowadzić drużynę do triumfu w Torneo Apertura. River nie przegrało wtedy żadnego meczu. Sam Francescoli z 12 bramkami został królem strzelców. El País umieścił go w południowoamerykańskiej jedenastce marzeń. Tej jedenastki nie opuści przez następne trzy lata. ,,Wśród możliwych do realizacji marzeń, moim zdaniem najważniejszym jest zdobycie Copa Libertadores i będziemy do tego dążyć. Jeśli chodzi o moją emeryturę, to nastąpi to wtedy, kiedy nie będę już w stanie odpowiednio się skoncentrować albo zacznę gorzej znosić podróże, czyli wtedy kiedy nie będę mógł grać na odpowiednim poziomie – mówił w jednym z wywiadów.
W 1995 r. w Copa Libertadores River dotarło do półfinału. Tam jednak musieli uznać wyższość Atlético Nacional z niesamowitym René Higuitą w bramce. Swoje marzenie o triumfie w tych rozgrywkach Francescoli zrealizował rok później. W lidze zespołowi nie wiodło się najlepiej, ale kiedy nadchodził czas gier w Copa Libertadores, piłkarze wznosili się na wyżyny. Fazę grupową przeszli bez porażki. W 1/8 finału mierzyli się ze Sprotingiem Cristal z Peru. W pierwszym meczu przegrali 1:2, ale rewanż na Estadio Monumental rozwiał wszelkie wątpliwości. River wygrało 5:2. Francescoli wpisał się na listę strzelców, ale zrobiło to też dwóch jego uczniów – Ariel Ortega i Hernán Crespo, który jedną z bramek strzelił przewrotką w stylu Enzo. W ćwierćfinale byli lepsi od rywali z krajowego podwórka – San Lorenzo. W półfinale zmierzyli się z Universidad de Chile, gdzie świetne partie rozgrywał Marcelo Salas. Sam jednak nie był w stanie wygrać dwumeczu i po remisie 2:2 w Chile i zwycięstwie 1:0 u siebie w finale zagrali piłkarze znad La Platy. W finale ich przeciwnikiem była América de Cali. Pierwszy mecz ekipa River przegrała 0:1. Zdołali jednak odrobić straty. Niesieni fanatycznym dopingiem kibiców Los Millonarios rozegrali świetny mecz i dzięki dwóm bramkom Crespo mogli cieszyć się z triumfu. Francescoli, który od lat marzył o tym pucharze, mógł wreszcie jako kapitan unieść go w górę. Na stadionie rozpoczęło się wielkie świętowanie. Po moim odejściu dziesięć lat temu nigdy bym nie przypuszczał, że będę mógł wygrać Copa Libertadores po moim powrocie. Kiedy zdałem sobie sprawę, że jesteśmy w stanie wygrać? W Peru, po przegranej z Cristalem. Tamtej nocy byliśmy zdenerwowani i przegraliśmy 1:2. Pomyślałem, że jeśli dziś nas nie pobili, to tylko dlatego, że szczęście jest po naszej stronie. Chciałbym jeszcze coś powiedzieć tym, którzy myślą, że piłkarz z 15-letnim stażem w pierwszej lidze się nie denerwuje: kończyłem finał ze skurczami – nerwy zjadły mi nogi – mówił Francescoli po finale. W 1995 r. znów wygrał Copa América. Urugwajczycy w grupie bez problemów uporali się z Wenezuelą, dzięki bramce Enzo wygrali 1:0 z Paragwajem i zremisowali 1:1 z Meksykiem. W ćwierćfinale 2:1 odprawili Boliwię, a w półfinale 2:0 pokonali Kolumbijczyków. W finale ich przeciwnikiem byli Brazylijczycy. Mistrzowie świata prowadzili po pierwszej połowie 1:0, ale tuż po przerwie wyrównał Bengoechea. Regulaminowy czas nie przyniósł rozstrzygnięcia i po raz pierwszy w historii o tytule miały rozstrzygnąć rzuty karne. Te lepiej wykonywali gospodarze i po dramatycznej walce mogli cieszyć się z w pełni zasłużonego zwycięstwa. To właśnie ten triumf obok zwycięstwa w Copa Libertadores wymienia jako najważniejsze momenty swojej kariery. Grał znakomicie. Znalazł się w jedenastce marzeń turnieju, jako jedyny przedstawiciel zwycięzców. Uznano go też za najlepszego piłkarza imprezy. Do tych nagród dorzucił drugą w karierze nagrodę dla najlepszego gracza Ameryki Południowej. Rzeczywiście przeżywał drugą młodość. W grudniu 1996 r. w Tokio rozgrywano mecz o Puchar Interkontynentalny. River Plate mierzyło się w nim z Juventusem. Naprzeciw Enzo stanął jego wielki fan – Zinédine Zidane. Juve wygrało 1:0, ale dla Francuza ważniejsza od zwycięstwa była możliwość gry przeciwko idolowi z młodości. ,,Spotkanie z nim w finale było snem, pod koniec gry dał mi koszulkę dla mojego syna, a mój syn Enzo spał z nią”– opowiadał Zidane. Francescoli zbliżał się już powoli do końca kariery. Coraz częściej zaczynały dokuczać mu urazy. Mimo to zdołał doprowadzić zespół do jeszcze trzech mistrzowskich tytułów z rzędu – Apertura 1996, Clasura 1997 i Apertura 1997. Niejako na zakończenie swojej kariery dorzucił jeszcze triumf w Supercopa Sudamericana w 1997 r. Nie udało mu się razem z reprezentacją zakwalifikować na turniej do Francji. To nieco przyspieszyło jego decyzję o przejściu na piłkarską emeryturę. Ogłosił ją na początku 1998 r. Chciał w końcu poświęcić się rodzinie i nieco nadrobić czas, którego nie mógł jej poświęcić w trakcie kariery. 1 sierpnia 1999 na Estadio Monumental odbył się specjalny mecz pożegnalny. Wśród widzów znaleźli się prezydenci Argentyny i Urugwaju. Na boisku Enzo wraz z przyjaciółmi z River Plate pokonali 4:0 Peñarol. Przez całą swoją karierę palił po kilka papierosów dziennie. Często żartowano, że na zgrupowaniach w pokoju, który dzielił z Gabrielem Cedrésem, panuje londyński smog. Żeby zapobiegać suchości w ustach zwykle żuł gumę, czego nauczył się jeszcze w Wanderers. Lubi gotować, chętnie gra w golfa i często ogląda telewizję. Wspominał, że niektóre filmy widział 63 razy. Dzisiaj jako menadżer stara się przywrócić blask swojemu ukochanemu klubowi. Na stanowisku trenera zatrudnił Marcelo Gallardo, którego praca zaczyna przynosić efekty i po latach posuchy, River znów jest jednym z czołowych zespołów w kraju.
Był jednym z najlepszych piłkarzy swoich czasów. Czterokrotnie grał w finałach Copa América i trzykrotnie cieszył się ze zwycięstwa. Warto zauważyć, że tacy piłkarze jak Zico, czy Maradona, których obok Enzo uznaje się za najlepsze „10” lat 80., nie mają na swoim koncie żadnej wygranej w tej imprezie. Francescoli nie miał jednak szczęścia do turniejów o mistrzostwo świata. Być może gdyby miał w drużynie lepszych partnerów, to Urugwaj osiągnąłby więcej w Meksyku czy we Włoszech. Gdyby grał w którymś z wielkich europejskich klubów, z pewnością dziś bardziej byśmy o nim pamiętali. Przez to, że zaliczył ledwie kilka występów w europejskich pucharach, trudno mu było się przebić w świadomości przeciętnego kibica. Fachowcy jednak go doceniają. Wielokrotnie w rozmaitych zestawieniach jest wymieniany jako jeden z najlepszych piłkarzy w historii. Grał pięknie i elegancko. Jeśli ktoś kochał futbol, to musiał pokochać grę i styl Enzo. Tak jak Zizou…
4
@FCBparasiempre
,,Na nieszczęście dla wszystkich wielu wyolbrzymia moje umiejętności, tak więc mam nadzieję, że nikogo nie rozczaruję. Mam ambicję sprostać oczekiwaniom, jakie są przede mną stawiane. Chcę jednak podkreślić, że w River jest wielu graczy najwyższego poziomu, a ja będę tylko kolejnym. Nie uważam siebie za zbawcę River. Jedyne co muszę zrobić w niedzielę, to starać się nie myśleć o tym, że wszystkie oczy będą zwrócone na mnie. To prawda, przyszedłem do jednego z najlepszych klubów na świecie i nie zamierzam dać się zastraszyć”– mówił Enzo po przyjściu do klubu. Zadebiutował w drużynie 24 kwietnia 1983. River podejmował wtedy na własnym boisku w rundzie wstępnej Campeonato Nacional Huracán. Wygrali 1:0, a w rewanżu potwierdzili swoją wyższość, zwyciężając 2:0. Przygodę w rozgrywkach zakończyli jednak dość szybko. Już w ćwierćfinale musieli uznać wyższość Argentios Juniros. Początki Księcia w boskim Bueons nie były różowe. Francescoli miał problemy z odnalezieniem się w sposobie gry. ,,Początki były trudne. Drużynie nie szło najlepiej, mi też. Nie mogłem znaleźć sobie miejsca na boisku. Dopiero z czasem wszystko zaczęło się układać”– wspominał po latach. Wspominał też toczącą się debatę w telewizji o wysokości jego transferu, kiedy to znany, były już wtedy sędzia Guillermo Nimo powiedział, że tym, który powinien zapłacić za grę dla River, jest sam Francescoli. Kibice nie mieli powodów do zadowolenia. Enzo przychodził jako ten, który miał dać zespołowi nową jakość. Strzelił co prawda kilka bramek, ale na niewiele się to zdało. Drużyna rozczarowywała. Campeonato Metropolitano zakończyła na przedostatnim miejscu w tabeli. Nic dziwnego zatem, że pojawił się pomysł kolejnych przenosin. W 1984 r. po Enzo zgłosiła się kolumbijska América Cali. Francescoli chciał jednak zostać w River i miał ambicję, żeby odnieść tam sukces. Postawił więc zaporowe warunki finansowe i z transferu wyszły nici. Zanim jednak próbowali go kupić Kolumbijczycy, Enzo oczarował wszystkich swoją grą na Copa América. Turniej był rozgrywany w innej formule niż dzisiaj. Rozgrywki toczyły się od sierpnia do listopada, a drużyny rywalizowały w dwóch grupach. Każdy grał z każdym mecz i rewanż – u siebie i na wyjeździe. Zwycięzcy trzech grup i obrońca tytułu spotkali się w półfinałach, które również rozrywano tym samym systemem. O tym, kto zostanie mistrzem, decydował finałowy dwumecz. Francescoli nie grał we wszystkich meczach. Trener Omar Borrás doskonale pamiętał go z drużyn młodzieżowych i ściągnął dopiero na półfinały. Tam przeciwnikiem Urugwaju była solidna reprezentacja Peru, która wcześniej zostawiła w pokonanym polu Kolumbię i Boliwię. Celestes okazali się dla nich jednak za silni. W pierwszym meczu w Limie gospodarze przegrali 0:1. Mieli szansę na remis, ale karnego egzekwowanego przez Navarro obronił Rodriguez. W rewanżu na Estadio Centenario wszyscy spodziewali się łatwego zwycięstwa Urugwaju, ale goście tanio skóry nie sprzedali i udało im się uzyskać remis. Ostatnim przeciwnikiem w drodze do końcowego zwycięstwa była Brazylia. Ta miała wtedy jedną z najlepszych reprezentacji w historii. Takie nazwiska jak Leão, Leandro, Sócrates, Careca czy Roberto Dinamite kojarzy większość kibiców. Pierwszy mecz rozgrywano w Montevideo. Urugwaj pewnie wygrał 2:0, a Francescoli do spółki z Diogo praktycznie pozbawili Brazylię złudzeń. Rewanż rozgrywano na stadionie Fonte Nova w Salvadorze. Na trybunach zgromadziło się prawie 100 tysięcy kibiców. Mimo wsparcia płynącego od publiki, Canarinhos nie byli w stanie rozwinąć skrzydeł. Guttierez bezbłędnie kierował obroną, a Francescoli i Barrios niepodzielnie panowali w środku pola. Gol Jorginho przywrócił co prawda nadzieje kibicom, ale kiedy Aguilera wygrał w 77. minucie pojedynek główkowy z Mozerem i skierował piłkę do siatki, to stało się jasne, że tytuł najlepszej drużyny kontynentu po szesnastu latach wróci do Urugwaju. Dla kibiców, którzy ciągle przeżywali porażki w eliminacjach do dwóch ostatnich mundiali, ten wynik był zapowiedzią lepszych czasów. Enzo był jednym z najlepszych na boisku i uznano go za najbardziej wartościowego gracza turnieju. Pokazał niedowiarkom, że naprawdę potrafi grać w piłkę. Gazety natomiast zastanawiały się, który Francescoli jest prawdziwy – ten, który czaruje w Copa América, czy ten, który ma problemy w River Plate. Kolejny rok przyniósł odpowiedź na pytania gazet. Przed sezonem do klubu wrócił Norberto Alonso i dodatkowo ściągnięto Roque Alfaro. Było jasne, że to między tymi dwoma zawodnikami rozegra się walka o grę na pozycji nr 10. Francescoli z konieczności miał grać na „8”. Początkowo niezbyt dobrze się tam czuł, ale nie miał zamiaru się poddawać. Szło mu coraz lepiej i zaczynał strzelać coraz więcej bramek. Odrodził się. Zaczął powoli pokazywać, na co go stać. Zawsze jednak podkreślał, że to przyjście do klubu Alonso pomogło mu w dojściu do wielkiej formy. Wkrótce zmienił się trener. Odszedł Luis Cubilla, którego tymczasowo zastąpił Don Adolfo Pedernera. To on właśnie zmienił ustawienie drużyny i przesunął Enzo na pozycję „9 i pół”, jak sam Francescoli określał swoją rolę na boisku.
,,Razem z Don Adolfo często spotykaliśmy się w klubowej cukierni i rozmawialiśmy. Pewnego dnia powiedział mi: „Masz wszelkie warunki, żeby grać podwieszony na ostatnich 30 – 40 metrach boiska. Musisz być jednak znacznie bardziej nieprzewidywalny”. Miał rację i dzisiaj jestem mu za to wdzięczny”– opowiadał. Kiedy rozgrywki ligowe już prawie wystartowały, opiekę nad zespołem powierzono Héctorowi Veirze. Nowy trener nazywał go fenomenem. Francescoli urzekał kibiców swoją grą. Znakomicie spisywał się w ataku i w drugiej linii. Potrafił wziąć na siebie ciężar gry i dzięki swoim nieprzeciętnym umiejętnościom przechylić szalę zwycięstwa. Po niemrawym poprzednim sezonie doprowadził River do finału Campeonato Nacional. Tam niestety jednak przegrali z Ferro Carril Oeste. Natomiast w Campeonato Metropolitano finiszowali na czwartym miejscu. River grało coraz lepiej. Enzo wykazał się znakomitą skutecznością. Strzelił w lidze aż 24 bramki i zapewnił sobie tytuł króla strzelców. Dzięki swoim świetnym występom uznany został piłkarzem roku Ameryki Południowej. Rok 1985 przyniósł zmiany w argentyńskim futbolu. Przeprowadzono reformę rozgrywek. Od tej pory zespoły grały systemem jesień – wiosna. W ostatniej edycji Campeonato Nacional River otarli się o udział w finale, ale trochę im zabrakło. W marcu i kwietniu musieli sobie radzić bez jednego ze swoich filarów, bo Enzo był potrzebny w eliminacjach do meksykańskiego mundialu. Jego pozycja w klubie była jednak niepodważalna. Wymieniano go w jednym rzędzie z najlepszymi zawodnikami na świecie. Enzo rozwiązuje ci wiele problemów. Jest absolutnie fenomenalny. Dla mnie jest na najwyższym poziomie, na tym samym co Platini, Rummenigge i Maradona. On robi wszystko, każę mu grać z tyłu, podpowiadam i wiem, że pokiwa głową. Nigdy nie powie: idź, sam zagraj i pokaż – mówił o nim trener Veira. W lipcu ruszyły nowe rozgrywki. Campeonato Metropolitano przekształcono w ligę ogólnokrajową, do której oczywiście mogły awansować kluby spoza Buenos Aires. Dla River Plate miał to być początek nowego, pięknego rozdziału w ich historii. Od początku kroczyli od zwycięstwa do zwycięstwa a Francescoli strzelał i strzelał. Często to właśnie jego bramki przesądzały o zwycięstwach. Był etatowym wykonawcą rzutów karnych. W lidze uzbierał 25 goli i ponownie został najlepszym strzelcem. W całym sezonie River Plate przegrało tylko trzy spotkania. 9 marca 1986 r. Los Millonarios podejmowali u siebie Velez Sarsfield. Odnieśli pewne zwycięstwo, aplikując rywalom trzy bramki, nie tracąc przy tym żadnej. Wynik meczu strzałem z rzutu karnego w samej końcówce ustalił Francescoli. Wraz z końcowym gwizdkiem arbitra stało się jasne, że po kilku latach tytuł wróci na Estadio Monumental. Do końca rozgrywek pozostawało jeszcze pięć kolejek, ale tym zwycięstwem River Plate zapewnili sobie mistrzostwo. Enzo był gwiazdą. Razem z Ruggerim rozegrali najwięcej meczów w lidze – 31. Francescoli, jako pierwszy piłkarz spoza Argentyny, zdobył nagrodę dla piłkarza roku w tym kraju. Jego klasę doceniali też koledzy z drużyny. Enzo był fundamentem drużyny nie tylko z powodu bramek. Był bardzo ważny również dla nas, obrońców. Kiedy przychodził cięższy okres gry i nie było do kogo zagrać, to podawaliśmy do niego i mogliśmy chwilę odetchnąć. On robił resztę – utrzymywał piłkę przez odpowiedni czas, dzięki czemu mogliśmy spokojnie odzyskać siły. Enzo już wtedy był dla nas punktem odniesienia, choć nie miał takiej pozycji jak Alonso czy Gallego. Widziałem, że był bardzo szczęśliwy podczas rozgrywek. Żył w pełni i osiągnął to, co sobie założył – mówił Jorge Gordillo. Na moim pierwszym treningu siedziałem na ławce rezerwowych przy bocznym boisku i patrzyłem na piłkarzy, zadając sobie pytanie: „Jak ten gość może być tak krytykowany, skoro jest tak fenomenalny?”. Kiedy zobaczyłem go po raz pierwszy, wiedziałem, co o nim mówiono. To było w 1984 r. Od razu zdałem sobie sprawę z tego, jak bardzo jest dobry. Mimo że przyszedłem grać na jego pozycji, traktował mnie szczególnie od pierwszego do ostatniego dnia. Najważniejszą imprezą w 1986 r. były oczywiście mistrzostwa świata. Kibice mieli prawo oczekiwać, że formę prezentowaną w klubie Francescoli przełoży na reprezentację. Pomógł kolegom awansować na mundial po 12 latach przerwy. Trzy lata wcześniej w dobrym stylu wygrali Copa América, a teraz nadeszła pora, żeby potwierdzić klasę wśród 24 najlepszych zespołów na świecie. Zadanie jednak nie był wcale takie proste. Urugwaj trafił do „grupy śmierci”, jak określił ją selekcjoner Omar Borrás. Ich rywalami byli Szkoci, Duńczycy i wicemistrzowie świata Niemcy. To właśnie z Niemcami Urusi zagrali pierwszy mecz. Piłkarze z Ameryki Południowej nie byli faworytami, ale to właśnie oni jako pierwsi strzelili bramkę. Fatalne podanie Lothara Matthäusa do obrońców przejął Antonio Alzamendi. Położył na ziemię Toniego Schumachera i silnym, odbitym od poprzeczki strzałem dał swojemu zespołowi prowadzenie. Niemcy grali jednak do końca. Sześć minut przed końcowym gwizdkiem wyrównał Klaus Allofs. Kibice mogli czuć się rozczarowani, ale remis z Niemcami ujmy nie przynosił. Zupełnie inne nastroje towarzyszyły im po drugim grupowym spotkaniu. Debiutujący na mundialu Duńczycy rozbili Urugwaj aż 6:1. Przy stanie 1:0 z boiska za drugą żółtą kartkę wyleciał Miguel Bossio, ale do końca pierwszej połowy Celestes jakoś się trzymali. Tuż przed przerwą z rzutu karnego na 2:1 strzelił Francescoli i wydawało się, że będą w stanie toczyć wyrównaną walkę. Druga odsłona była jednak koncertem podopiecznych Seppa Piontka. Strzelili cztery gole i nie pozostawili rywalom złudzeń. Preben Elkjær Larsen ustrzelił hat-tricka. Kiedy po latach pytano Enzo, czy wstydzi się jakiegoś występu, wskazywał właśnie to spotkanie. ,,Powinniśmy się zamknąć i przegrać 1:3. Strzeliłem na 1:2 i pobiegłem po piłkę, krzycząc do kolegów: dalej, wyrównajmy! , Straciliśmy piłkę i nawet tego nie zauważyliśmy. Nigdy więcej mi się to nie przydarzyło. Jest to jedyna rzecz, za którą przepraszam wszystkich Urugwajczyków”– wspominał tamten mecz.
8
@FCBparasiempre
12 listopada 1961 r. urodził się Enzo Francescoli, legendarny urugwajski napastnik. Kiedy w 1950 r. Urugwaj zwyciężał na Maracanie Brazylię, mało kto pewnie przypuszczał, że będzie to ich ostatni występ w finałowym starciu. Urugwajczycy świetnie spisali się na turnieju w Szwajcarii, gdzie przegrali w półfinale z Węgrami, czy w Meksyku(1970), gdzie świetne partie rozgrywał Mazurkiewicz. Na arenie klubowej znakomicie prezentował się Peñarol, ale przez lata brakowało jakiegoś spektakularnego sukcesu drużyny narodowej. Na mundiale w Argentynie i Hiszpanii Urugwaj w ogóle się nie zakwalifikował. Nie było też w składzie piłkarzy tej klasy co Nasazzi, Scarone, Andrade, Ghiggia, Varela, Hohberg czy Schiaffino. Dopiero na początku lat 80-tych pojawił się zawodnik, który przywrócił kibicom wiarę w możliwości drużyny. Był nim Enzo Francescoli, który ze względu na swoją elegancję w grze i bajeczną technikę otrzymał przydomek ,,Książę”. W lutym 1986 r. reprezentacja Polski wybrała się do Ameryki Południowej na małe tournée. Wizyta za oceanem wieńczyła kilkutygodniowe zgrupowanie we Włoszech. Piechniczek zdawał sobie sprawę z tego, jak pracuje się w klubach i był zdania, że tylko dłuższa, wspólna praca pomoże stworzyć naprawdę silną drużynę. Trzecia drużyna mundialu w Hiszpanii w ramach przygotowań do meksykańskiego turnieju miała po raz pierwszy w historii zmierzyć się z Urugwajem, a także z najlepszymi klubami Argentyny. Z Boca Juniors i Racingiem wygraliśmy po 1:0, a z Urusami zremisowaliśmy 2:2. W pamięci kibiców zapisał się jednak pojedynek z River Plate. ,,Los Millonarios” byli wtedy jednym z czołowych zespołów na kontynencie. Potwierdzili to na koniec roku, kiedy zwyciężyli w Copa Libertadores i w Pucharze Interkontynentalnym, w którym wygrali ze Steauą. W składzie nie brakowało wielkich nazwisk. Américo Gallego zdobył mistrzostwo świata w 1978 r., Oscar Ruggeri i Nery Pumpido dokonają tego później na meksykańskich boiskach. Najjaśniej świeciła jednak gwiazda El Principe. I to właśnie występ, jaki zanotował Francescoli, najbardziej zapadł w pamięć kibicom zarówno nad La Platą, jak i nad Wisłą. Spotkanie stało na wysokim poziomie. W 37. minucie błąd popełnił Jacek Kazimierski i gospodarzy na prowadzenie wyprowadził Norberto Alonso. Do szatni Polacy schodzili z jednobramkową stratą. W 48. minucie wyrównał Dziekanowski strzałem z rzutu wolnego. Na odpowiedź River nie trzeba było długo czekać, bo już kilka minut później stadion w Mar del Plata zatrząsł się w posadach. Francescoli wyprowadził gospodarzy na prowadzenie. Polacy jednak nie rezygnowali. Cztery minuty po bramce Urugwajczyka piłkę po strzale Jana Urbana ręką z linii bramkowej wybił Oscar Ruggeri. Karnego pewnie wykorzystał Dariusz Dziekanowski i znów był remis. W 67. minucie w zamieszaniu podbramkowym Andrzej Zgutczyński dograł do Romana Wójcickiego, a ten z najbliższej odległości umieścił piłkę w siatce. Pięć minut później było już 4:2. Nery Pumpido w sytuacji sam na sam zastopował Krzysztofa Barana i wybił piłkę przed pole karne, ale tam przejął ją Andrzej Buncol i lobem spoza pola karnego podwyższył prowadzenie. Wydawało się, że Polacy rozstrzygną spotkanie na swoją korzyść. Gra się nieco zaostrzyła. Kwadrans przed końcem Francescoli ostro starł się Kazimierzem Przybysiem. Enzo w odwecie uderzył go w twarz, ale sędzia Abel Gnecco z boiska wyrzucił Polaka. Minutę później czerwone kartoniki obejrzeli Andrzej Zgutczyński i Jorge Borelli. Na boisku zrobiło się nieco więcej miejsca, co wkrótce wykorzystali piłkarze River Plate. Do końca pozostawało mniej niż dziesięć minut i wtedy dał o sobie znać geniusz Francesoliego. Po akcji świeżo wprowadzonego na boisko Ramóna Centurióna, Enzo przejął piłkę w polu karnym i nie dał szans Józefowi Wandzikowi, który zmienił w przerwie Kazimierskiego. Gospodarze poczuli krew i przycisnęli. W 87. minucie po dośrodkowaniu z rzutu rożnego Ramón Centurión doprowadził do wyrównania. Chwilę później Francescoli wprawił kibiców w ekstazę. Sędzia zwlekał z zakończeniem meczu. River Plate egzekwowało rzut wolny. Z prawej strony boiska piłkę w pole karne wrzucił Norberto Alonso. Oscar Ruggeri wygrał pojedynek z polskim obrońcą i dograł do wchodzącego w szesnastkę, niepilnowanego bohatera tekstu. Francescoli przyjął futbolówkę na klatkę piersiową i popisał się fenomenalnym uderzeniem z przewrotki. Wielu uważa, że to najpiękniejsza bramka, jaką kiedykolwiek straciła reprezentacja Polski. W Ameryce Południowej pamięć o niej jest żywa do dziś i jest stawiana jako wzór idealnego uderzenia nożycami, które określa się tam jako chilena. W tym przypadku zdecydowanie trafienie to można określić mianem golazo.
Enzo Francescoli przyszedł na świat 12 listopada 1961 r. w Montevideo. Dorastał w atmosferze uwielbienia dla bohaterów brazylijskiego mundialu z 1950 r. Jako dziecko był świadkiem wielkich sukcesów Peñarolu. Futbol był obecny w jego życiu od najmłodszych lat. Każdą wolną chwilę spędzał na boisku. Już w wieku sześciu lat uganiał się za futbolówką w dziecięcych zespołach Club Cadys Real – klubu, który działał w jego najbliższym sąsiedztwie. Zwykle graliśmy na ulicy. Po południu, po powrocie ze szkoły i drzemce, budowaliśmy jakieś bramki i graliśmy 20 na 20. Nie pamiętam dokładnie, kto wtedy z nami grał, ale byli to chłopcy w różnym wieku. Mój brat już wtedy się wyróżniał, można powiedzieć, że dobrze uderzał piłkę – wspominał Luis Francescoli. W tym samym czasie dołączył do drużyny ze swojej szkoły San Francisco de Salles, która lepiej jest znana jako Maturama i pod taką nazwą funkcjonuje do dzisiaj. Samo określenie pochodzi od nazwy ulicy, gdzie zaczynała swoją działalność. Enzo w krótkim czasie stał się oczywiście jednym z najlepszych zawodników i został prawdziwym liderem drużyny. Pewnej środy poszliśmy do szkoły, ponieważ odbywała się tam ceremonia wręczenia nagród. Enzo nie mógł iść, bo leżał w łóżku z wysoką gorączką. Wszystko wyjaśniliśmy księdzu, człowiekowi o nazwisku Soviski. Zapewnił nas, że nie będzie stwarzał problemów i powiedział, żeby Enzo dbał o siebie. W razie potrzeby mógł nie przychodzić w czwartek czy w piątek, nie byłoby z tym problemu. Najważniejsze jednak, żeby wrócił do soboty, bo wtedy mieli rozegrać jeden z decydujących meczów – wspominał ojciec Enzo. Francescoli miał wtedy dopiero 10 lat, ale już zaczął zwracać na siebie uwagę. Wielu o niego pytało, przepowiadając mu świetlaną przyszłość. Był raczej wątłej postury, ale braki w warunkach fizycznych nadrabiał techniką i przeglądem pola. Jako młody chłopak wylądował na testach w urugwajskim River Plate i w Peñarolu, ale nie został zawodnikiem żadnego z tych klubów. Mówiło się, że to przez jego sylwetkę, ale to nieprawda. W pierwszym z tych zespołów wziął co prawda udział w jednym z treningów, ale drugi już przegapił, bo wolał kontynuować grę z przyjaciółmi. Również w ekipie Los Carboneros nie został na dłużej. Poszedłem do Las Acacias [ośrodek treningowy Peñarolu], gdzie było sześć tysięcy dzieciaków. Całe popołudnie spędziłem na oglądaniu, sam grałem przez 20 minut. Mosquera powiedział „zapiszcie chudego”. Przeszedłem pierwszy etap. Przy wyjściu powiedziałem jednak do mojego staruszka: „Nie wiem, czy mam przyjść tato… Znów miałbym oglądać innych i czekać całe popołudnie… Nie chcę”. I nie poszedłem – wspominał w wywiadzie dla El Gráfico w 2008 r. Francescoli uczęszczał do szkoły salezjańskiej. Był podstawowym zawodnikiem szkolnej drużyny, z którą zdobył pięć razy z rzędu mistrzostwo. Jak to zwykle bywa w podobnych przypadkach, rówieśników wielokrotnie przewyższał umiejętnościami. Stało się jasne, że musi dołączyć do profesjonalnego klubu z odpowiednim zapleczem, sztabem szkoleniowym i bazą treningową. Wkrótce został zawodnikiem Wanderers. Byłem wtedy w ostatniej klasie w mojej szkole, a mój przyjaciel Gustavo Perdomo grał w rezerwach Wanderers. ,,Grywaliśmy tuż za rogiem. Pewnego dnia graliśmy mecz i zostałem zauważony. Podeszli do mnie Martiarena i Giacoia, których bardzo szanowałem. Zaproponowali mi, żebym dołączył do klubu i kiedy szkoła się skończyła, zgodziłem się. Poza tym byłem tam razem z moim przyjacielem”– mówił o okolicznościach przejścia do Wanderers Enzo. Do Wanderers Enzo dołączył w 1978 r. Początkowo grał w drużynach młodzieżowych. Również tam swoimi umiejętnościami przewyższał kolegów i wyrobił sobie silną pozycję. Trenował w Las Piedras, na przedmieściach Montevideo, gdzie chodził codziennie ze swoją małą torbą. Cieszył się uznaniem do tego stopnia, że często drużyna zaczynała mecz bez niego, a on dołączał na boisko po kilku czy kilkunastu minutach. W soboty musiałem nadrabiać przedmioty w szkole. Ojciec po mnie przyjeżdżał i zabierał na mecz. Nieraz zdarzało się, że dojeżdżaliśmy kilka minut za późno. Wanderers zaczynali wtedy w dziesięciu, bo cieszyłem się uznaniem trenera Martiareny. Wychodziłem z autobusu, przebierałem się i wchodziłem na boisko – wspominał Francescoli. To właśnie w drużynie Wanderers dorobił się przydomku Książę. Określił go tym mianem Aníbal Ciocca, który sam był tak nazywany. Grał w Wanderers na początku lat 30-tych a potem święcił triumfy z Nacionalem. Ciocca był pod wrażeniem elegancji i stylu, jaki prezentował Francescoli na boisku i uznał, że Enzo jest godny odziedziczyć ten przydomek. Gdziekolwiek później nie grał, to właśnie w ten sposób nazywali go kibice.
W zespole seniorskim zadebiutował 9 marca 1980 r. Wanderers grało wtedy na wyjeździe z Defensorem Sporting w ramach Torneo Colombes. Enzo z kolegami pewnie zwyciężyli 5:0, a on sam rozpoczął piękny etap w swojej przygodzie z piłką. Z miejsca stał się podstawowym zawodnikiem. Wystąpił we wszystkich 26 meczach ligowych. Trzykrotnie wpisał się na listę strzelców. Klub największe sukcesy odnosił w latach 30. i 40., potem popadł w ligową przeciętność i niejednokrotnie balansował na krawędzi spadku. Ostatni raz na podium zameldowali się w 1963 r. Rozgrywki z 1980 r. ukończyli jednak na drugim miejscu, ustępując tylko Nacionalowi. Francescoli miał w tym sukcesie niemały udział. Czuł się pewniej i coraz bardziej czarował swoją grą. Szybko pojawiły się porównania do wielkiego Juana Schiaffino i pogłoski o zainteresowaniu River Plate czy Milanu. Forma młodego zawodnika zwróciła uwagę selekcjonera młodzieżowej reprezentacji. Raúl Bentancor zabrał Enzo na mistrzostwa Ameryki Południowej do Ekwadoru. W fazie grupowej Urugwajczycy mierzyli się z Ekwadorem, Boliwią, Paragwajem i Kolumbią. Zajęli pierwsze miejsce w grupie i nie przeszkodziła im nawet porażka z Paragwajem. Francescoli zdobył ważne bramki w starciach z Kolumbią i Ekwadorem i był wyróżniającym się zawodnikiem rozgrywek. W fazie finałowej Urusi byli bezkonkurencyjni. Wygrali wszystkie trzy mecze – 2:1 z Brazylią, 2:1 z Boliwią i na deser rozbili aż 5:1 swoich największych rywali z Argentyny. Do swoich zdobyczy strzeleckich Enzo dorzucił trafienia w starciach z Brazylią i Argentyną i z pięcioma golami na koncie został królem strzelców turnieju. W zgodnej opinii fachowców przyszłość stała przed nim otworem, a na potwierdzenie tych słów uznano go za najlepszego gracza całych rozgrywek. Zwycięstwo w ekwadorskim turnieju otwierało drogę do udziału w młodzieżowych mistrzostwach świata. Te rozgrywano w dalekiej Australii, a Enzo, który rozgrywał kolejny dobry sezon w klubie, miał poprowadzić drużynę do sukcesu. W grupie Celestes mierzyli się z USA, Polską i Katarem. Suncorp Stadium w Brisbane, na którym rozgrywano mecze grupy A, okazał się bardzo szczęśliwy dla Urugwaju. Francescoli z kolegami sprostali oczekiwaniom i wygrali wszystkie trzy mecze. W ćwierćfinale ich przeciwnikiem byli Rumuni. Spotkanie było wyrównane, ale w ostatecznym rozrachunku lepsi okazali się Europejczycy. Wygrali 2:1, a dającą zwycięstwo bramkę strzelili na kilka minut przed końcem meczu. Mimo że Francescoli w żadnym meczu nie wpisał się na listę strzelców, to po raz kolejny zaprezentował się z bardzo dobrej strony i wielu wróżyło mu wielką przyszłość. Rok 1981 zakończył ze swoim klubowym zespołem na trzecim miejscu w ligowej tabeli. Grał w australijskim turnieju, więc opuścił kilka kolejek, ale i tak zdołał strzelić siedem bramek. Kiedy w lutym 1982 r. Urugwaj brał udział w towarzyskim turnieju Nehru Cup, rozgrywanym w Kalkucie, nowy selekcjoner Omar Borrás postanowił sprawdzić wyróżniającego się piłkarza. Francescoli zagrał we wszystkich meczach. W pierwszym, z Jugosławią B, który uważa się za nieoficjalny, strzelił nawet bramkę. Ponownie na listę strzelców wpisał się w starciu z olimpijską reprezentacją Włoch, którą Urugwaj pokonał 3:2. Poza tym w turnieju brały udział zespoły Chin i Korei Południowej, z którymi Urusi zremisowali. Gospodarz, czyli Indie, przegrały z ekipą Enzo 1:3. W finale Urugwaj wygrał pewnie 2:0 z Chinami, a Enzo po raz pierwszy posmakował triumfu z reprezentacją. Turniej oczywiście nie stał na jakimś niebotycznym poziomie, ale dla takiego zawodnika jak Francescoli był dobrą okazją do pokazania swoich umiejętności trenerowi. Na mundialu w Hiszpanii Urugwaju zabrakło, więc kibicom pozostały emocje związane z rozgrywkami na krajowym podwórku. Tym razem Wanderers po dwóch solidnych sezonach nieco rozczarowali. Finiszowali na piątym miejscu, ale paradoksalnie dla Enzo był to najlepszy sezon w klubie. Znowu nie opuścił żadnego spotkania i dziesięciokrotnie pokonywał bramkarzy rywali. Kiedy jednak w kwietniu 1983 r. zespół rozpoczynał zmagania w Copa Libertadores, to Enzo nie było już w drużynie. Przeniósł się na drugi brzeg La Platy, do River Plate. To właśnie w barwach River Plate wszedł na wyższy poziom, a Estadio Monumental stało się jego drugim domem. Zanim jednak został zawodnikiem Los Milionarios, transfer poprzedziły żmudne negocjacje. Zgodę na jego odejście musiało wyrazić zgromadzenie socios, a nie było łatwo ich przekonać. Po raz drugi w 80-letniej historii klubu konieczne było przeprowadzenie dwóch takich zebrań. W końcu jednak Francescoli dostał zgodę na transfer. River miało zapłacić Urugwajczykom 310 tys. dolarów i dodatkowo do Wanderers miało trafić 20 procent zysku z kolejnego transferu. Swoją dolę musiał też dostać Enzo i jego przedstawiciele. Pojawił się problem, bo River nie mógł zapłacić wynegocjowanej kwoty w gotówce. Stanęło na tym, że zapłacono tylko 50 tys., a reszta miała być uregulowana w ratach. Gwarancji miał udzielić Banco di Napoli, a raty miały być finansowane z kolejnych transz za transfer Ramóna Díaza, który rok wcześniej zamienił River na Napoli. W sprawie kontraktu indywidualnego Francescoli bez problemu doszedł do porozumienia z klubem i wreszcie mógł zacząć grać.
9
,,Książę” znad La Platy kończy dziś 64 lata(czytajcie w odpowiedzi na mój komentarz):
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AxelF
@Adran360
11
Copa Mitropa:
12 listopada 1931 r. Wiener AC przegrywa z First Vienna FC 1:2 w drugim meczu finałowym Pucharu Mitropa po dwóch golach Franza Erdla oraz honorowym Hanke. Po puchar sięga austriacki First Vienna, który wygrał obydwa mecze finałowe(pierwszy 3:2).
@Adran360
@AxelF
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
6
@FCBparasiempre
W dzisiejszych czasach to, że w większości reprezentacji znajdują się piłkarze naturalizowani lub tacy, którzy korzenie mają na drugim końcu świata, jest już właściwie normą. W ostatnich latach piłkarze w pewien sposób związani z Polską reprezentowali na mistrzostwach świata i Europy światowe potęgi – Francję, Niemcy, Anglię, Argentynę czy Brazylię. Obecność takich zawodników w kadrach narodowych to jednak zjawisko niemal tak stare jak sama piłka nożna. Zapraszamy Was do przeczytania historii o jednym z pionierów – pierwszym piłkarzu polskiego pochodzenia, który zagrał na mundialu. Kurytyba to liczące prawie dwa miliony mieszkańców miasto w południowej Brazylii i stolica stanu Parana. Aktualnie w Kurytybie mieszka ok. 400 tys. potomków Polaków, a polska kultura i tradycja wciąż jest tam żywa. Jednym z największych terenów zielonych w mieście jest park Jana Pawła II, w którym znaleźć można m.in. skansen z chatami pierwszych polskich emigrantów czy restaurację, która gościom serwuje barszcz oraz pierogi. W Kurytybie urodził się, chociażby doskonale znany kibicom reprezentacji Polski Thiago Cionek – uczestnik Euro 2016 i MŚ 2018. Historia polskiej emigracji do Kurytyby sięga jednak końca XIX w., gdy polscy rolnicy wyjeżdżający do Ameryki Południowej otrzymywali od rządu Brazylii hektary ziemi za darmo. To właśnie w Kurytybie 12 listopada 1910 roku na świat przyszedł syn Polaka i Niemki– Rodolfo Barteczko, znany również pod pseudonimem Patesko. Gdy futbol na kontynencie południowoamerykańskim jeszcze raczkował, Brazylia była w cieniu dwóch potęg – Argentyny i Urugwaju. Lokalni rywale na zmianę triumfowali w Copa America, natomiast „Canarinhos” odgrywali rolę ubogiego krewnego, tylko dwukrotnie przerywając ten duopol – akurat wtedy, gdy kontynentalne mistrzostwa rozgrywane były w „Kraju Kawy”. Ten układ sił potwierdziły pierwsze Mistrzostwa Świata w 1930 roku. Po porażce w pierwszym meczu z Jugosławią jasne stało się, że druga i ostatnia grupowa potyczka z Boliwią będzie tylko meczem o honor. Brazylijczycy z zazdrością mogli spoglądać na sąsiadów, którzy spotkali się w pierwszym historycznym finale turnieju o Złotą Nike. Przed kolejnym mundialem brazylijski futbol był w trakcie ogromnych zmian – przejścia z amatorstwa na zawodowstwo. Problemy biurokratyczne sprawiły, że Brazylijczycy nie mogli wysłać do Włoch najmocniejszej reprezentacji. Przed MŚ funkcjonowały de facto dwa brazylijskie związki piłki nożnej: stary, który zrzeszał kluby amatorskie i nowy, do którego należało większość najważniejszych zespołów z Rio de Janeiro i Sao Paulo. FIFA do wysłania reprezentacji na turniej zobligowała stary związek, do którego wciąż należało Botafogo. Dwie brazylijskie federacje nie doszły do porozumienia, wskutek czego na włoski mundial wysłano liczącą zaledwie siedemnastu zawodników drużynę. W jej skład wchodziło dziewięciu piłkarzy Botafogo, do których dokooptowano ośmiu profesjonalistów. Wśród tych zawodowców byli między innymi słynny Leonidas czy wspomniany Patesko. Brazylijczyk o polskich korzeniach karierę zaczynał w lokalnym klubie Palestra Italia, w którym szybko zdobył status gwiazdy, a w 1932 roku triumfował w Campeonato Paranaense (mistrzostwa stanu Parana). Rok później reprezentował już barwy urugwajskiego Nacionalu, czołowego wówczas klubu Ameryki Południowej, z którym w 1933 roku został mistrzem kraju. Gdy brazylijska federacja tworzyła ekipę na Mistrzostwa Świata, zdecydował się na powrót do kraju.
W podróż do Europy Brazylijczycy wyruszyli 12 maja 1934 roku. Były to jeszcze czasy, w których piłkarze nie podróżowali drogą powietrzną. Trzynastodniowa podróż na małym statku Biancamano nie należała do najbardziej komfortowych. Brazylijczycy cierpieli z powodu choroby morskiej, a do Europy dotarli dopiero dwa dni przed pierwszym meczem. Na domiar złego już na początku turnieju „Canarinhos” trafili na bardzo mocną reprezentację Hiszpanii z legendarnym bramkarzem Ricardo Zamorą. W tych okolicznościach to Hiszpanie byli faworytem meczu na Stadio Luigi Ferraris w Genui i zgodnie z oczekiwaniami pokonali zmęczonych rywali 3:1, choć nie bez kontrowersji – Brazylii należał się ponoć rzut karny po interwencji hiszpańskiego obrońcy, który ręką zatrzymał strzał Leonidasa. W drużynie Brazylii zagrał oczywiście Rodolfo Barteczko, zostając tym samym – na cztery lata przed debiutem reprezentacji Polski na MŚ – pierwszym piłkarzem polskiego pochodzenia na mundialu. Po Mistrzostwach Świata Patesko trafił do Botafogo, gdzie znalazł swoje miejsce na ziemi. W klubie z Rio de Janeiro ten lewonożny napastnik występował do 1943 roku (z krótką przerwą na grę w Atletico Mineiro i Fluminense), strzelił w tym czasie 102 gole dla klubu i zapracował na status jednej z klubowych legend. Dobra gra w klubie pomogła mu również rozwinąć skrzydła w reprezentacji Brazylii, w której łącznie rozegrał piętnaście oficjalnych meczów i zdobył sześć bramek. W świetnej formie był podczas Copa America w 1937 roku, ale w decydującym o tytule meczu „Canarinhos” przegrali po dogrywce z Argentyną. Mundial w 1938 roku miał być czasem ostatecznej próby dla „Canarinhos”. Tym razem działacze z Rio de Janeiro i Sao Paulo doszli do porozumienia, więc Brazylijczycy jechali do Francji w najmocniejszym możliwym składzie, z błogosławieństwem prezydenta kraju Getulio Vargasa. Nie popełniono też błędów sprzed czterech lat – przed turniejem piłkarze spędzili miesiąc na zgrupowaniu w uzdrowisku Caxambu, a do Francji dotarli na trzy tygodnie przed pierwszym meczem. Nic dziwnego, że oczekiwania kibiców były ogromne, a pierwszy rywal miał być tylko przystawką przed daniem głównym – walką o medale. A jednak Polska nieoczekiwanie postawiła potentatowi z Ameryki Południowej bardzo twarde warunki. W barwach „Canarinhos” błyszczał Leonidas, ale Polacy mieli w swoich szeregach genialnego Ernesta Wilimowskiego, który nie ustępował brazylijskiemu magikowi. Temu meczowi poświęcono już wiele artykułów, więc ograniczmy się do samego wyniku – po jednym z najlepszych spektakli w historii mundiali Brazylijczycy triumfowali po dogrywce 6:5. Ogromna rywalizacja w brazylijskiej kadrze sprawiła, że Patesko akurat w tym meczu nie zagrał. W rezerwie pozostał również na mecz drugiej rundy z wicemistrzem świata sprzed czterech lat, Czechosłowacją. W drużynie naszych południowych sąsiadów główne role odgrywali król strzelców poprzedniego mundialu Oldrich Nejedly i bramkarz Frantisek Planicka, który mecz z Brazylią kończył ze złamaną ręką. Sam mecz był jednym z najbrutalniejszych w historii mundiali, a w piłkarskich kronikach zapisał się jako „bitwa w Bordeaux”. Brazylijczycy kończyli mecz w dziewiątkę, a mimo to udało im się dociągnąć do końca remis 1:1. Regulamin nie przewidywał rzutów karnych, więc dwa dni później zaplanowano powtórkę. Trener Brazylii Ademar Pimenta wymienił praktycznie cały zespół, na czym skorzystał Patesko, który wskoczył do składu. Znowu błyszczał Leonidas, który wprowadził „Canarinhos” do strefy medalowej, ale potem – poturbowany i skrajnie wyczerpany – nie mógł wystąpić w półfinale z Włochami. Mecz odbył się w Boże Ciało, dzięki czemu transmisji radiowej mogły słuchać miliony Brazylijczyków liczących na awans drużyny narodowej do finału. Trzeci morderczy mecz w ciągu pięciu dni – to było jednak zbyt wiele. Brazylijczycy winą za porażkę obwiniali sędziego, ale obiektywni obserwatorzy uznali, że wypoczęci Włosi byli po prostu lepsi od zmęczonych i pozbawionych swojej największej gwiazdy rywali. Na otarcie łez Leonidas i spółka w meczu o 3. miejsce ograli jeszcze Szwedów. Patesko rozegrał trzy mecze (grał w drugim meczu z Czechosłowacją, z Włochami i ze Szwecją), nie strzelił gola i pozostał w cieniu największej gwiazdy drużyny. Mimo że Brazylijczycy wracali do domów „tylko” z brązowymi medali, na ulicach Rio de Janeiro byli owacyjnie witani przez tłumy kibiców. Chociaż niekwestionowaną gwiazdą tej drużyny był właśnie Leonidas, to na przełomie lat 30. i 40. XX wieku Rodolfo Barteczko stworzył w reprezentacji zabójczy duet z Timem. W 13. tomie encyklopedii piłkarskiej FUJI czytamy o nich: ,,Głównym atutem brazylijskiego ataku była jego lewa strona: Tim – Patesco. Znakomicie zgrani, świetni technicznie, wchodzili jak w masło w każdą obronę. ,,Elba de padua lima , prawdziwy arbiter elegancji, był jednym z najwybitniejszych rozgrywających tamtych czasów i mistrzem mierzonych podań. Oczarowana jego finezją prasa argentyńska ochrzciła go mianem . Miał on u boku wysokiego, szczupłego dryblera o jasnych włosach, który jego intencje wyczuwał w okamgnieniu.” Co ciekawe Tim jeszcze raz oglądał, jak Polacy strzelają pięć goli w jednym meczu 44 lata później, gdy prowadzona przez niego na Mundialu Espana ’82 reprezentacja Peru uległa biało-czerwonym 1:5.
W 1942 roku, gdy Europa pogrążona była w wojnie, Patesko zapisał ostatni rozdział swojej reprezentacyjnej kariery. Podczas Copa America strzelił nawet dwa gole w meczu z Chile, ale ostatecznie „Canarinhos” ponownie musieli uznać wyższość Urugwaju i Argentyny. Brazylijczyk z polskimi korzeniami przeszedł do historii jako jeden z najlepszych brazylijskich napastników pierwszej połowy poprzedniego stulecia, brązowy medalista mistrzostw świata i legenda Botafogo. Zmarł 13 marca 1988 roku na gruźlicę w Rio de Janeiro. Historia rodziny Patesko i okoliczności jego narodzin nie są do końca wyjaśnione. W 43. tomie encyklopedii piłkarskiej FUJI „Herosi Złotej Nike” można przeczytać, że Barteczko urodził się w rodzinie polskiego emigranta w Niemczech, a do Kurytyby trafił jako dziecko. W tomie 13. „Copa America” Barteczko nazwany został „owocem polsko-austriackiego związku”. Z tomu 7. „Rocznik 93-94” dowiadujemy się natomiast, że jest on synem polskiego emigranta z Austrii, ale urodził się już w Kurytybie. Większość internetowych źródeł przyjmuje, że Patesko urodził się w Brazylii jako syn polskiego imigranta i Niemki. W tym samym czasie, co reprezentacja Brazylii, swój mecz rozgrywali Niemcy, którzy w składzie również mieli trzech piłkarzy polskiego pochodzenia: Fritza Szepana, Paula Zielinskiego i Stanislausa Kobierskiego.
6
Pierwszy Polak na mundialu:
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@AxelF
@Adran360
2
@AxelF Dokładnie tak! Mam chyba gdzieś o tym artykuł. Swego czasu podrzuce ci...
16
Skromnie z trzecioligowcem:
12 listopada 2008 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou Benidorm 1:0 w rewanżowym meczu 1/32 Pucharu Króla. Jedynego gola zdobył Lionel Messi w 65 minucie. W pierwszym meczu W Benidorm Barça również pokonała Benidorm 1:0.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
0
@Antimadridista_WR No tego to sobie nie przypominam...?
2
@Bernard777 Ooo to akurat tego nie wiem. Wiem jedynie że był mocno sfrustrowany tą absencją. Jak gdzieś kiedy natrafie to dam znać ci...
14
Nieszczęśliwy przypadek ,,La Pulgi”:
12 listopada 2006 r. Lionel Messi doznał poważnej kontuzji a mianowicie złamania piątej kości śródstopia w meczu z Realem Saragossa, co oznaczało 3 miesiące przerwy w grze. Był to już drugi tak poważny uraz Argentyńczyka w ciągu roku. Pauzował również w 3 ostatnich miesiącach poprzedniego sezonu z powodu naderwania mięśnia uda i opuścił w ten sposób finał Ligi Mistrzów w 2006 r.
@Sysia11
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360
11
Blaugrana w europejskich pucharach:
12 listopada 1958 r. FC Barcelona pokonuje na wyjeździe FC Basel 1:2 w ramach pierwszej rundy 1/8 Pucharu Miast Targowych. Gole dla Barçy zdobyli: rewelacyjny napastnik Evaristo oraz Gensana.
@Adran360
@AxelF
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
2
@Bernard777 Coś tam o nim mi się obiło. Kiedyś spróbuje coś o nim napisać. Również dziękuje i pozdrawiam :)
2
@FCBparasiempre
Gdy sława wyprzedza talent:
Jeśli twoim ojcem jest najlepszy piłkarz świata, to z góry wiadomo, że gdy odwiesi już buty na kołku, to właśnie na ciebie spadnie ciężar presji, by w te buty ponownie wskoczyć. Nawet jeśli spadają ci one z nóg i czujesz się w nich jak w kajakach, a na dodatek wspomniany ojciec odżegnuje się od wspólnych więzów krwi. I to pomimo tego, że już dawno udowodniono mu, że się myli, a ty wyglądasz jak jego niemal perfekcyjna kopia z młodości. Mniej więcej tak wyglądała ponad połowa życia Diego Sinagry, znanego jako Diego Maradona jr. Pierworodnego syna śmiertelnego boga futbolu. Ile dzieci spłodził Diego Maradona? To pytanie, na które chyba nikt – nawet on sam za życia – nie potrafił odpowiedzieć ze stuprocentową pewnością. La Pelusa był w tym temacie równie skuteczny co pod bramką rywala. W momencie śmierci uznawał swoje ojcostwo w przypadku ósemki potomków. W 2019 roku dowiedzieliśmy się o trójce kubańskich pociech mistrza świata z 1986 roku, które spłodził, gdy na początku XXI wieku przebywał na wyspie, rządzonej przez swojego przyjaciela Fidela Castro, przechodząc tam terapię odwykową. Matkami tych dzieciaków miały być dwie różne kobiety. Jedna z nich to Mavys Alvarez, która w czasie ich romansu miała… 16 lat. Jest to jedno z najpoważniejszych odbrązowień pełnego rys pomnika argentyńskiego gwiazdora. Pierwszy obyczajowy skandal z udziałem ówczesnego piłkarza Napoli wybuchł jednak krótko po zakończeniu mundialu Mexico ’86, który zapewnił Diego futbolową nieśmiertelność. 20 września 1986 roku w jednym z neapolitańskich szpitali przyszedł na świat malec, którego matka utrzymywała, że jest on owocem jej romansu z największym idolem całego miasta. To dziecko to owoc mojego związku z Diego Armando Maradoną, piłkarzem Napoli. Po więcej informacji w tej sprawie proszę się zwracać do mojego adwokata. Dlaczego Diego nie uznał syna? Myślę, że jest niedojrzały. Ale wie, że to jego syn. Myślę, że przez to cierpi. Tak mówiła przed kamerami telewizyjnymi 21-letnia wówczas Cristina Sinagra, tuląc do piersi noworodka. Powagi całej sytuacji dodawał fakt, że długoletnia narzeczona La Pelusy – Claudia Villafane – była wówczas w drugim miesiącu ciąży. Diego odżegnywał się obiema rękami, jakoby miał być ojcem chłopca. W 1993 roku odmówił wykonania testów DNA, w związku z czym sąd uznał jego ojcostwo. Pomimo tłumaczeń Maradony Neapol wiedział swoje. Mały Sinagra wyglądał jak skóra zdarta z krnąbrnego taty. Ten natomiast na początku 1991 roku odszedł z Napoli w cieniu licznych skandali, powiązań z Camorrą i uzależnienia od kokainy, co zaowocowało 15-miesięczną dyskwalifikacją piłkarza złapanego na dopingu. Neapol również musiał przeżyć coś w rodzaju terapii odwykowej. Skończyły się w końcu lata prosperity, gdy ekipa ze stolicy Kampanii biła bogaczy z północy kraju, prowadzona do boju przez Maradonę. W głowach szalonych neapolitańczyków tliła się jednak nadzieja, która była niczym metadon dla ćpuna uzależnionego od heroiny. Przecież za kilka lat w buty ojca mógł wskoczyć Maradona junior… Zresztą jeśli przetrzepiecie Internet, to znajdziecie jeszcze archiwalne teksty sprzed 20 lat, napisane, chociażby przez brytyjskiego ,,Guardiana”, w których przeczytacie: ,,Ma tylko 14 lat, ale już uważany jest za zdolnego do gry z chłopcami starszymi o trzy lata. Cudowne dziecko tak jak jego tata”. Całość artykułu okraszona jest wymownym tytułem: ,,Neapol czeka na zbawiciela”. Żyjemy w czasach, w których z jednej strony nieodpowiedzialni rodzice potrafią zakładać w social mediach profile kilkuletnim „gwiazdom piłki” i dzielić się ze światem informacjami o ich postępach w treningach, napędzając tym samym narrację o ”nowych Messich”. Z drugiej strony opinia publiczna jest coraz częściej świadoma zagrożeń, które płyną z nakładania presji na tak młodych adeptów piłkarskiej sztuki. Gdy Sinagra dorastał nie było jeszcze twittera, tik toka czy instagrama, ale sam fakt noszenia na sobie ciężaru bycia pierworodnym Boskiego Diegito i dorastanie w tak specyficznym miejscu jak Neapol wystarczały z nawiązką. Diego Sinagra przejawiał jako dzieciak ogromny talent, ale wiadomo, że jest on tylko jednym z czynników składających się na ostateczny sukces. W jakim stopniu ten talent wykorzystał Maradona junior? A ilu z was słyszało o nim w innym kontekście, niż fakt bycia synem jednego z największych piłkarzy na świecie?
Tak chyba możemy określić związek młodego Maradony z futbolem. We wspomnianym artykule ,,Guardiana” jest mowa o tym, że Sinagra jako 14-latek pojawił się na konsultacjach włoskiej kadry u-17. W Napoli trenował od 11 roku życia. Z jednej strony z piętnem ogromu oczekiwań miejscowych fanów, z drugiej strony cały czas mając w świadomości, że ojciec się do niego nie przyznaje. Nie potrzebował swojego ojca wcześniej, więc nie potrzebuje go i teraz – mówiła zadziornie Cristina Sinagra. SSC Napoli nie było już superdrużyną napędzaną przez trio Ma-Gi-Ca (Maradona-Giordano-Careca). Tułało się po Serie B, a za gwiazdę zespołu uchodził Stefan Schwoch czy Francesco Turini. Na trybunach stadionu Świętego Pawła, dziś przemianowanego na stadion imienia Diego Maradony, zasiadało co mecz zaledwie po kilka tysięcy sfrustrowanych fanów. Młodziutki Diego był dla nich nadzieją na wyrwanie zespołu z marazmu. Prawdziwy zbawca pojawił się jednak kilka lat później pod postacią podstarzałego producenta filmowego i nazywał się Aurelio De Laurentis. A młody? Z ojcem łączył go niski wzrost, krępa postura i burza czarnych włosów. A piłkarsko? Bardziej Sinagra niż Maradona… Diego jr. swoje najlepsze kluby, w jakich miał okazję występować (Napoli, Genoa), wpisał do CV jeszcze jako junior. W barwach seniorskiego zespołu z Neapolu nigdy nawet nie zagrał. Raz był w składzie meczowym, ale Pescara oddała spotkanie walkowerem… Później była już tylko równia pochyła. Jeszcze jako 15-latek zagrał we wspomnianym zespole Squadra Azzura u-17 (pod nazwiskiem Maradona), mierząc się na boisku z dorosłą reprezentacją Włoch. Rino Gattuso szybko nakrył młodziana czapką, a selekcjoner Trapattoni mówił po meczu, że oczekiwałby po nim więcej. Urodzony w Neapolu Fabio Cannavaro powiedział natomiast: ,,Jako neapolitańczyk mam dreszcze widząc Maradonę na boisku, ale gdyby był on moim synem, nie chciałbym, żeby skupiał tyle uwagi”. Sinagra, być może robiąc dobrą minę do złej gry, bagatelizował fakt, że wszystkie oczy powędrowały w jego kierunku. ,,Nazwisko Maradona nie jest ciężarem, jest inspiracją. Dziś drżały mi nogi ale jeśli Bóg pozwoli, może kiedyś zagram w przeciwnej drużynie”. Nie zagrał i było cholernie daleko od zagrania… Gdy pogrążone w kłopotach Napoli uznało, że Sinagra jest im zbędny, stało się jasne, że chłopak nie pójdzie ścieżką kariery podobną do tej, jaką kroczył jego ojciec. Nie skorzystał z oferty wyjazdu do szkockiego Dunfermline, został w ojczyźnie i zawędrował do amatorskiego zespołu Cervia. Dlaczego akurat Cervia? Zespół ten został wyselekcjonowany do wzięcia udziału w specjalnym reality show pod nazwą „Campioni, il sogno”, w którym widzowie śledzili poczynania owej drużyny przez cały sezon i częściowo decydowali o jej kształcie poprzez głosowanie audiotele, a na koniec kampanii wybierali trzech najlepszych zawodników, którzy w nagrodę udawali się na przedsezonowy obóz przygotowawczy do Juventusu, Interu i Milanu. Junior nie znalazł się w tej trójce… W 2008 roku postanowił spróbować sił w beach soccerze i można chyba powiedzieć, że w końcu odnalazł swoje przeznaczenie. Gra w reprezentacji Włoch, gol w finale mistrzostw świata, scudetto zdobyte z Napoli? Tak, Sinagra osiągnął to wszystko, tyle że na piasku… Ze Squadra Azzura został wicemistrzem świata w 2008 roku, Neapolowi dał ich pierwsze plażowe mistrzostwo Italii. Na zielonej trawie cały czas kopał na poziomie amatorskim, chociaż niekiedy potrafił przypomnieć widzom, jaka krew płynie w jego żyłach. W barwach Venafro zdobył takiego gola:
2
@Bernard777 i @AxelF coś ciekawego dla was w odpowiedzi na komentarz
1
@AxelF Bardzo prestiżowe rozgrywki, w których powinny uczestniczyć polscy przedwojenni mistrzowie, zwłaszcza Ruch Hajduki Wielkie. Jednak ówczesny prezes PZPN uważał że jesteśmy zasłabi. Wkrótce zacytuje ci jego słowa...
13
Copa Mitropa:
11 listopada 1928 r. Rapid Wiedeń pokonuje Ferencvaros Budapest 5:3 w drugim meczu finałowym o Puchar Mitropa. Jako że w pierwszym meczu Węgrzy rozgromili Austriaków 7:1, to właśnie Madziarzy dzięki większej liczbie strzelonych goli sięgnęli po ten puchar.
@Adran360
@AxelF
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
10
Wybitne postacie polskiego futbolu:
11 listopada 1889 r. w Świątnikach Górnych urodził się Tadeusz Synowiec. Pierwszy kapitan polskiej reprezentacji, współzałożyciel ,,Przeglądu Sportowego” i jeden z najlepszych zawodników w polskim futbolu w jego pionierskim okresie. Pochodził z biednej rodziny i dość wcześnie został osierocony. Później od rówieśników zaczął naukę, ale był najlepszym uczniem krakowskiego gimnazjum. Utrzymywał się z lekcji, których udzielał uczniom młodszych i starszych klas. Piłkę kopać zaczął w klubie RKS Rudawa a w wieku 20 lat w 1909 r. trafił do Cracovii. Stał się symbolem klubu, dla którego rozegrał 317 spotkań. Od 1913 r. pełnił funkcję kapitana. W trakcie I wojny światowej przebywał w okolicach Kijowa, gdzie w latach 1914-1917 występował w zespole Polskiego Towarzystwa Gimnastycznego w Kijowie. W 1921 r. razem z kolegami został pierwszym w historii mistrzem Polski. Stanisław Mielech wspominał, że podczas jednego z wyjazdów niewiele brakowało a Synowca zostawili by na dworcu. Czekali na peronie na przyjazd pociągu, a gdy ten nadjechał, wszyscy rzucili się, żeby zająć jak najwygodniejsze miejsca. Pociąg miał już ruszać, ale wtedy ktoś zapytał: gdzie jest Tadek? Synowiec spokojnie, niczym się nie przejmując, siedział sobie na ławce i pogrążał się w lekturze sportowej prasy. To m.in. dzięki niemu powstał ,,Przegląd Sportowy”. Był jego pierwszym redaktorem naczelnym i tę funkcję pełnił już wtedy, kiedy jechał z kolegami na premierowy występ polskiej reprezentacji w Budapeszcie. W kadrze zagrał osiem razy. We wszystkich meczach pełnił zaszczytną funkcję kapitana zespołu. Ostatni występ zaliczył 18 maja 1924 r. w przegranym 1:5 meczu ze Szwecją. Na paryskich igrzyskach był rezerwowym. W sierpniu 1925 r. przejął obowiązki kapitana związkowego PZPN, z których wywiązywał się do końca 1927 r. Prowadził reprezentację w 12 meczach (11 oficjalnych). Jako zawodnik znakomicie potrafił się ustawiać i imponował skutecznością w odbiorze piłki. Nigdy jednak nie atakował przeciwnika jako pierwszy, starał się wyczuć jego ruchy i zwykle udawało mu się wybić futbolówkę. Sporadycznie się zdarzało, że ktoś minął go dryblingiem. Był niezrównany w grze głową i nigdy nie wpadał w panikę. Zawsze, nawet w największym zamieszaniu, potrafił zachować spokój. Grał bardzo fair i nigdy nie faulował, nigdy też nie miał zatargów z sędziami. Imponował kondycją i przygotowaniem fizycznym, a dzięki swojemu uporowi, nieustępliwości i bezwzględnemu wykorzystywaniu błędów rywali, krakowska publiczność nadała mu przydomek „Żyła”. Nie umiał przerzucać piłki na drugą stronę boiska, nie potrafił strzelać goli głową z rzutów rożnych, albo poprzez linię obrony. Ale gdy Kożeluh na treningu zarządził strzelanie o czekoladę do starego kapelusza leżącego w bramce, w cylinder pierwszy trafiał „Żyła”. Styczeń, który był „pies na czekoladki” narzekał, że Tadzio nigdy się nie spieszył z napoczęciem czekolady i z poczęstunkami. W Reprezentacji rozegrał 8 meczów. Zmarł 7 listopada 1960 r. w Kędzierzynie-Koźlu.
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360
8
Premierowe trafienie „Tarzana”:
Lokalne media krótko podsumowały potyczke Blaugrany z Realem Valladolid, która miała miejsce 11 listopada 2001 r. na Camp Nou. Najczęściej padającym słowem było „goleada”. Starcie z ekipą z środkowej Hiszpanii po raz kolejny okazało się niezwykle ważne dla będącego już podporą defensywy Barçy Carlesa Puyola. W 19-tej minucie spotkania przy stanie 1:0 dla gospodarzy „Tarzan” sunął z piłką prawą stroną boiska i gdy znalazł się w pobliżu pola karnego przeciwnika zagrał ją do Patricka Kluiverta. Holeneder od razu odegrał futbolówkę, która odbiła się od interweniujących obrońców i trafiła wprost pod nogi długowłosego defensora Blaugrany. Pui zdecydował się na strzał z dziesiątego metra, po którym próbujący wślizgu obrońca oraz golkiper Valladolid nie mieli nic do powiedzenia. Piłka odbiła się jeszcze od słupka i zatrzepotała w siatce gości. Tak oto Carles Puyol zdobył swojego gola numer jeden w pierwszym zespole FCB a cały stadion wiwatował. Za sprawą Patricka Kluiverta i Javiera Savioli gospodarze zadali przyjezdnym jeszcze dwa ciosy, nie dając się trafić ani razu. Prasa po meczu nie szczędziła pochwał pod adresem „Tarzana”: „Barça z Puyolem na boisku to zupełnie inny zespół. Gladiator po raz kolejny pokazał pazur a całe Camp Nou skandowało jego nazwisko. Postępy jakie czyni ten zawodnik nie są żadnym zaskoczeniem. Tym razem udane poczynania w defensywie ukoronował pięknym golem. Pui zdawał się zaskoczony reakcją mediów: „Szczerze? Nie przypominam sobie żeby kibice skandowali moje nazwisko. To był mój pierwszy gol w oficjalnym meczu ale najważniejsze ze dopisaliśmy sobie w tabeli 3 punkty. Moi towarzysze wykonali dobrą prace, którą szczerze doceniam”. Podkreślał również: „Z tego co pamiętam strzeliłem już gola w ubiegłym roku w jednym z przedsezonowych pojedynków ale ja w ogóle nie zaprzątam sobie tym głowy, gdyż mam się skupiać na obronie a nie na zdobywaniu goli. Jak już mówiłem, najbardziej się ciesze że wygraliśmy a nie z tego że wpisałem się na liste strzelców”.
„Gola tego chciałbym zadedykować wszystkim, którzy wspierali mnie od początku mojej przygody z futbolem a w szczególności Antonio Oliveresowi, którego nie ma już wśród nas, a któremu wiele zawdzięczam”- Carles Puyol.
@Adran360
@AxelF
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
2
@AxelF Swoją drogą dlaczego ta Eoren nie pisze dalej takich znakomitych artykułów? Znając obce języki i wogóle...
Można zaryzykować stwierdzenie że redakcja schodzi/zeszła na psy...
10
Blaugrana w Superpucharach:
11 listopada 1992 r. FC Barcelona pokonała na Vicente Calderon Atletico Madryt 1:2 i tym samym sięgnęła po raz trzeci w swojej historii po Superpuchar Hiszpanii. Tydzień po tym jak Barça sensacyjnie odpadła z Pucharu Europy(porażka z CSKA Moskwa) Blaugrana stanęła przed szansą na przynajmniej częściowe zatarcie złego wrażenia z europejskich pucharów. Po pierwszym meczu na Camp Nou i zwycięstwie 3:1 z Atletico szansa na Superpuchar jeszcze wzrosła. W rewanżu osłabieni brakiem Schustera gospodarze zaatakowali w pierwszych minutach, aczkolwiek Futre nie wykorzystał dwóch dogodnych sytuacji. Gol Beguiristaina w 21 minucie właściwie rozstrzygnął rywalizację. ,,Kluczowy był wynik pierwszego meczu a zwłaszcza fakt nadrobienia strat ze stanu 0:1”- podsumował dwumecz Johan Cruijff.
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
2
@AxelF No ja też tego nie pamiętam, choć nie obligacje są w tym miejscu najważniejsze a głównie pamięć o tym jakby nie patrzeć ważnym wydarzeniu...
9
Kultywowanie historii FC Barcelony:
11 listopada 1954 r. zaprezentowano makietę Camp Nou. Wystawę modelu stadionu w skali 1:200 otwarto w samym centrum miasta i cieszyła się ogromnym powodzeniem. W przetargu na budowę stadionu wygrała firma INGAR SA, która zaproponowała najniższą stawke(podobnie jak AGROMAN- 66 mln. peset), ale przewidywała dużo krótszy czas budowy(18 miesięcy, o 10 mniej niż rywale). W sumie sam projekt kosztował klub prawie 35 mln peset, z których 16 pochodziło z kredytu. Już na samym początku prac okazało się iż budowa pochłonie dużo więcej niż przewidywano. Najpierw kwota wzrosła do 100 mln peset, następnie do 162 mln, aż w końcu pełne koszty konstrukcji wraz z kosztem terenów i podatków osiągnęły zawrotną sume 242 mln peset. Z uwagi na to, że była to suma przekraczająca możliwości Barcelony, wyemitowano obligacje i papiery wartościowe na sume 160 mln peset, które gwarantowały 7% zysków w skali roku.
@Adran360
@AxelF
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
5
@FCBparasiempre
W Parmie cały czas miał status gwiazdy. Coraz częściej jednak dawał o sobie znać jego charakter. Można było poczytać w tabloidach o jego barwnym życiu prywatnym. Przyczyniał się do tego również jego romans z niemiecką modelką Petrą Scharbach. Mimo wszystko w sezonie 1994/95 pozostawał nadal ważną częścią w żółto-niebieskiej układance Nevio Scali. Zagrał we wszystkich rozgrywkach 41 razy i zdobył 10 goli. Był też „ojcem sukcesu” w półfinałowej potyczce włoskiego zespołu z Bayerem Leverkusen w Pucharze UEFA. Dzięki jego trzem bramkom w dwumeczu z Niemcami, zawodnicy Parmy trzeci sezon z rzędu dotarli do finału europejskich rozgrywek. Rywalem Asprilli i spółki w najważniejszym meczu, tym razem był ich inny znajomy z Serie A – Juventus. Podopieczni Nevio Scali na własnym boisku pokonali Starą Damę 1:0, zaś w stolicy Piemontu zremisowali 1:1. Tino zagrał pełne 180 minut. Bohaterem Parmy został jednak tym razem Dino Baggio, który pokonał Angelo Peruzziego dwukrotnie. Asprilla po raz kolejny mógł wznieść klubowe trofeum w górę. Kłopoty Ośmiornicy zaczęły się jednak sezon później. Na Stadio Ennio Tardini pojawili się między innymi Hristo Stoiczkow, który przywędrował do Włoch z wielkiej Barcelony, a także 23-letni Filippo Inzaghi, który sezon wcześniej strzelił dla Piacenzy 15 goli w Serie A (Asprilla w najlepszym sezonie zdobył 10). Zwiększenie konkurencji w składzie oraz mało profesjonalny rytm życia Asprilli, uwielbiającego nocne eskapady, spowodował, że Kolumbijczyk nie był już jedną z najważniejszych kart w talii trenera Parmy. W pierwszej części sezonu zameldował się na boisku jedynie sześć razy. Faustino musiał się zastanowić nad swoją przyszłością. W przerwie zimowej zgłosił się menedżer Newcastle United – Kevin Keegan. Sroki walczyły wówczas o zdobycie mistrzostwa Anglii. Zimą 1996 roku Faustino Asprilla opuścił słoneczną Italię, żeby zagrać w powstałej dopiero Premier League. Sam, we wspomnianym wcześniej wywiadzie dla FourFourTwo, utrzymuje, że jego odejście było spowodowane podpisaniem kontraktu z Fabio Capello, który miał objęć po sezonie stery Gialloblu i nie widział miejsca dla Tino. Ostatecznie Capello Parmy nie poprowadził, gdyż wybrał ofertę Realu Madryt, ale Asprilli w zespole już nie było. Czy taka wersja wydarzeń jest prawdą? Patrząc na brak zaufania, jakim od początku sezonu 1995/96 darzył Kolumbijczyka Nevio Scala, trudno przypuszczać, by jego transfer do Newcastle stał się faktem jedynie za sprawą Capello. Luty 1996 roku. Tłumy fotoreporterów oraz kibice i przedstawiciele Newcastle entuzjastycznie witają na lotnisku, wychodzącego z prywatnego odrzutowca (wysłanego specjalnie po niego) Faustino Asprillę. Głęboko wierzą, że oto na ich ziemię zstępuje ten, który da zespołowi upragniony tytuł mistrza Anglii. Twarz ich wybawcy nie do końca jednak bije pewnością siebie, jakiej oczekiwano od wspaniałego herosa. Bardziej przypomina on zagubionego chłopca, który właśnie pomylił samoloty i wylądował nie w miejscu docelowym. W Anglii w ten dzień szalała śnieżyca, a mieszkający całe życie w krajach o ciepłym klimacie Faustino, w młodości zdecydowanie bardziej wolał biegać po szkolnym boisku, niż uczęszczać na lekcje geografii. Kompletnie nie był przygotowany na trzaskający mróz, który czekał na niego w Wielkiej Brytanii. ,,Widziałem na mapie, że Newcastle leży gdzieś nad morzem. Cóż, co miałem pomyśleć, jeśli nie to, że są tam plaże i jest gorąco?”. Zadebiutował już 24 godziny po przylocie do Anglii. W meczu z Middlesbrough zmienił w 67. minucie Keitha Gillespie. Gdy pojawiał się na boisku, jego koledzy z drużyny przegrywali 0:1. Newcastle wygrało a Asprilla asystował przy jednej z bramek. Zmiana dała partnerom z drużyny odpowiedni zastrzyk energii. Nie wszystko potoczyło się jednak tak dobrze. Gdy Kolumbijczyk przybywał na St. James Park, Newcastle United miało dziewięć punktów przewagi nad drugim w tabeli Manchesterem United. Kibice głęboko wierzyli, że po niemal 70 latach uda się zdobyć upragniony tytuł. Zwłaszcza, że Kevin Keegan sprowadził posiłki. Oczy wszystkich zwrócone były jednak w głównej mierze na czarnoskórego latynosa. Nadmuchany do granic możliwości balonik pękł z hukiem. W ostatnich 14 meczach, zawodnicy The Magpies zdobyli zaledwie 21 punktów. W tym samym czasie Czerwone Diabły sir Alexa Fergusona w 13 spotkaniach wywalczyły ich aż 33, notując zaledwie jedną porażkę. Podopieczni Keegana dali się wyprzedzić. Po sezonie zaczęło się szukanie winnych. Gromy posypały się również na głowę El Tino, który w tych 14 meczach zaledwie trzy razy trafił do siatki. Keeganowi eksperci zarzucali zaś, że po przyjściu Kolumbijczyka zmienił ustawienie taktyczne, by wpasować go w tryby swojej drużyny, a przez to zepsuł dobrze naoliwioną maszynę.
Asprilla pojawił się w zespole w momencie rozpoczęcia kryzysu. Sam szkoleniowiec również bronił swojego gracza, często podkreślając, że w wielu meczach dawał on jego zespołowi najwięcej jakości ze wszystkich. Tak było chociażby w starciu „o sześć punktów” z Manchesterem United, który Newcastle przegrało pechowo po bramce Erica Cantony. Przyszły selekcjoner reprezentacji Anglii uznał Asprillę najlepszym zawodnikiem tamtego meczu. Większość osób, które obejrzały tamto spotkanie uznało nim jednak Petera Schmeichela, który powstrzymał biało-czarną nawałnicę pod swoją bramką. Po latach sam jednak przyznał, że był to jeden z tych wieczorów, w czasie którego „wszystkie piłki trafiały w niego”. Ta potyczka była jednym z punktów zwrotnych sezonu. Mimo to Asprilla i koledzy zebrali sporo braw od swoich kibiców za starcie z United. Pod wrażeniem piłkarskich umiejętności kolegi z zespołu był także Peter Beardsley: ,,Asprilla był wspaniałym graczem. Miał wysublimowane podanie, świetną wizję gry i umysł piłkarza”. Na zarzuty o to, że Faustino był głównym winowajcą niepowodzenia Newcastle w tamtym sezonie odpowiedział: ,,Stanowił łatwy cel, ale to po prostu nie było prawdą”. Nie zawsze jednak koledzy z drużyny i menadżer zachwycali się postawą El Tino. Najbardziej naraził im się po przegranym 0:2 meczu z Arsenalem na Highbury, kiedy po meczu szybko wziął prysznic i pospiesznie wymknął się tylnym wyjściem ze stadionu i pognał motocyklem na lotnisko, nie czekając na pomeczową odprawę. Uzasadnił to tym, że… nie mówi po angielsku, więc i tak nie zrozumiałby słów Kevina Keegana. Pojedyncze przebłyski geniuszu Ośmiornicy dawały jednak nadzieje, że w kolejnym sezonie na dobre stanie się on liderem drużyny. Za rekordową sumę 15 milionów funtów ekipę z Newcastle wzmocnił król strzelców Euro 1996, Alan Shearer, otrzymując jednogłośny status największej gwiazdy zespołu. Asprilla grywał na skrzydle lub siedział na ławce rezerwowych. Z ławki musiał oglądać choćby rewanż na Manchesterze United. Newcastle rozbiło rywala aż 5:0. W przeciwieństwie do Asprilli, nadzieje kibiców spełniał Shearer, który został w tamtym sezonie królem strzelców całych rozgrywek z liczbą 25 goli. El Tino w 24 spotkaniach strzelił cztery. Do tego ze stanowiska menadżera zespołu zrezygnował na początku 1997 roku Kevin Keegan. Można było mieć wątpliwości, czy zastępujący go na trenerskiej ławie Kenny Dalglish znajdzie miejsce dla Kolumbijczyka. Legenda Liverpoolu nie odstawiła jednak Asprilli całkowicie na boczny tor. W sezonie 1996/97 Newcastle znów zajęło drugie miejsce w lidze i doszło do ćwierćfinału Pucharu UEFA. W tych drugich rozgrywkach Asprilla spisywał się zdecydowanie lepiej, strzelając pięć goli w sześciu spotkaniach. Na początku kolejnego sezonu sytuacja Faustino znów się zmieniła. Z drużyny odeszli Les Ferdinand i David Ginola, zaś Shearer doznał urazu więzadeł w czasie przedsezonowego turnieju. W nogach Asprilli miała spoczywać odpowiedzialność za tworzenie sytuacji bramkowych. Octopus zaczął sezon w świetnym stylu, zapewniając swojemu zespołowi zwycięstwo w pojedynku z Sheffield Wednesday w pierwszej kolejce. Zdobył w tamtym spotkaniu dwie bramki. Jak się miało okazać… były to jego jedyne dwa gole ligowe. Dzięki drugiemu miejscu z poprzedniego sezonu, ekipa znad rzeki Tyne mogła przystąpić do rundy kwalifikacyjnej Ligi Mistrzów. Tam nie bez kłopotu rozprawili się z Dinamem Zagrzeb i awansowali do rozgrywek grupowych. Pierwszym przeciwnikiem zespołu Kenny’ego Dalglisha była Barcelona. Asprilla od zawsze bardzo dobrze czuł się w rozgrywkach pucharowych. Kibice Newcastle na pewno jednak spodziewali się tego, co zrobił 17 września 1997 roku na St. James Park. Każdy wielki piłkarz ma w swojej karierze spotkanie, które może wspominać latami. Takim meczem dla Asprilli z pewnością był pojedynek z Blaugraną. W 22. minucie pozwolił się sfaulować w polu karnym rywala bramkarzowi Ruudowi Hespowi, by następnie samemu pokonać go z „wapna”. Osiem minut później głową skierował futbolówkę w okienko bramki holenderskiego golkipera Barcy. Na początku drugiej połowy El Tino wbiegł między obrońców katalońskiego zespołu i po wyskoku rodem z NBA zdobył hat-tricka. Po wszystkim długo celebrował swój wyczyn pod trybunami, robiąc fikołki i świętując z kibicami Newcastle. Barcelona na hat-trick Asprilli odpowiedziała tylko dwoma golami i trzy punkty zostały na wybrzeżu. Był to epizod, który na zawsze wyrył się złotymi zgłoskami w historii klubu z Anglii, a także w życiorysie naszego bohatera. Sezon miał jednak nieudany. W Lidze Mistrzów również nie strzelił już bramki, a Sroki odpadły w grupie, zwyciężając jeszcze tylko raz z Dynamem Kijów. Zimą 1998 roku przygarnął go klub, w którym zaczął swoją przygodę z europejską piłką. Po dwóch latach przerwy wrócił do Parmy.
Wszystko to było już tylko odcinaniem kuponów. Parma odkupiła go z Anglii za kwotę sześciu milionów funtów. Dokładnie tyle samo włoscy działacze otrzymali wcześniej od Newcastle. Przez dwa sezony zagrał zaledwie w 12 meczach ligowych. W 1999 roku wywalczył swój drugi Puchar UEFA. Parma pokonała w finale Marsylię 3:0. El Tino zagrał w decydującym starciu sześć minut, zmieniając w końcówce spotkania Hernana Crespo. Było to już czwarte europejskie trofeum, które udało mu się zdobyć. Tym razem jednak jego wkład w sukces był symboliczny. Niedługo potem wybudował ranczo, które chyba było już wyrazem tęsknoty za powrotem do swojej ojczyzny. Po epizodzie w Parmie powrócił na swój kontynent. Przez kolejne kilka lat tułał się po Ameryce Południowej, grając kolejno w Brazylii (Fluminense i Palmeiras), Meksyku (Atlante), Kolumbii (Atletico Medellin), Chile (Universidad Chile), Argentynie (Estudiantes La Plata) i ponownie w Kolumbii (Cortulua), gdzie w 2004 roku zawiesił buty na kołku. Trzy lata wcześniej po raz ostatni przywdział koszulkę reprezentacji Kolumbii. Dla Los Cafeteros zagrał 57 spotkań i zdobył 20 bramek. Pojechał na dwa mundiale (1994, 1998) i trzy razy był w składzie reprezentacji na Copa America. Jak wspomniałem na początku tego tekstu, Asprilla był postacią bardzo barwną. Kochał piękne kobiety, dobrą zabawę i nadal kocha życie. Po zakończeniu kariery został ekspertem w telewizji ESPN. Promuje również własną markę… prezerwatyw. W kolumbijskim radiu LA FM tak się wypowiadał na ten temat: ,,Myślę, że to świetny pomysł. Mam nadzieję, że zostaną wykorzystane w kampanii przeciwko niechcianym ciążom nastolatek”. W czasach gry w Newcastle podrywał podobno dziewczyny, wmawiając im, że w jego mieszkaniu znajduje się David Ginola. Rozochocone dziewczyny chętnie wchodziły wówczas do domu Kolumbijczyka, chcąc poznać przystojnego, francuskiego piłkarza. Oczywiście na miejscu napotykały pusty apartament. Gianfranco Zola utrzymywał zaś, że gdy jedyny raz zabrał Asprillę na ryby, to ten połamał mu wszystkie wędki. Tino jest również fanem broni palnej, z którą w czasie gry w Chile przyszedł kiedyś na trening, mówiąc kolegom, że jeśli nie zaczną uciekać, to zacznie do nich strzelać. Pojawiał się także roznegliżowany na okładkach czasopism w Kolumbii i Włoszech. Aktywnie udziela się również na Twitterze. Aktualnie większość czasu spędza na swoim ranczo w rodzinnym Tulua, gdzie między innymi hoduje konie. Świetna technika, dobry przegląd pola, niekonwencjonalne decyzje. Czego więc zabrakło Asprilli, by zrobić większą karierę? Zapewne każdy odpowie podobnie. Charakter „południowca” zbyt często dawał o sobie znać. Popadanie w skandale, romanse, zbyt gorąca głowa, niechęć do reżimu treningowego i słabość do wszelkich życiowych pokus. To demony, które pogrążyły już niejedną gwiazdę futbolu rodem z Ameryki Południowej. Z drugiej jednak strony, skoro Asprilli prowadzenie takiego żywota odpowiada, jest szczęśliwy i zadowolony ze swojej kariery, to czy mamy prawo go osądzać? Możemy się jedynie cieszyć, że futbolowi bogowie stworzyli kolejną postać, której historii życia słucha się z zapartym tchem.