FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
1
Panie Flick, granie linią defensywną ustawioną na połowie przeciwnika jest niepoważne, zwłaszcza tak niskiej jakości defensywą. W taki sposób nie będziemy wygrywać meczów i odnosić sukcesów. Przypominam że wczoraj to był tylko Club Brugge...
0
Z tą tylko ogromną różnicą że owe DNA nie będzie nam wygrywać meczów a co za tym idzie nie będzie sukcesów. Pańska nazbyt ryzykowna taktyka rzadko kiedy zdaje egzamin.
11
Wybitne postacie argentyńskiego futbolu:
5 listopada 1938 r. w Rosario urodził się Cesar Luis Menotti, były napastnik i trener. Jako trener Menotti nie tylko odmienił grę na boisku ale także pozostawił niezatarty ślad w filozofii i podejściu do piłki nożnej. Jego ofensywny styl gry i pasja do kreatywnego futbolu uczyniły go wizjonerem, który wywarł głęboki wpływ na pokolenia piłkarzy i trenerów. Jako piłkarz 11-krotnie występował w reprezentacji Albicelestes strzelając 2 gole. Reprezentował rodzime Rosario Central, Racing Club, Boca Juniors oraz m.in. FC Santos, gdzie za partnera miał młodszego o 2 lata Pelego. W 1965 r. zdobył mistrzostwo Argentyny z Boca Juniors a w 1968 r. mistrzostwo Brazylii z FC Santos. Kariere trenerską rozpoczął w rodzinnym Rosario ale sławe zdobył jako nauczyciel Huracanu. W roku 1973 zdobył z nim mistrzostwo kraju. Kiedy Argentyna w 1974 r. zawiodła na mundialu w RFN, Menotti zajął miejsce trenera Capa. Wkrótce powierzono mu opieke nad wszystkimi argentyńskimi reprezentacjami. Miał filizofie swojego wielkiego nauczyciela- Juana Carlosa Lorenzo, w którego drużynach nie było miejsca na przypadek. Menotti cieszył się opinią niezależnego filozofa futbolu, wypowiadającego się także ze swadą na temat kultury i polityki. Stał się nowym typem trenera piłkarskiego, który nie ograniczał swoich zainteresowań do boiska. Był wysoki, nosił przezwisko ,,El Flaco”(Chudy), elegancki, przystojny, z włosami do ramion i papierosem w ręku; był w latach 70-tych i 80-tych jednym z najbardziej rozpoznawalnych ludzi futbolu. Po wygranym mundialu w Argentynie i mistrzostwie świata drużyn młodzieżowych mógł stawiać warunki. Po mundialu w Hiszpanii 1982 zrezygnował z pracy z kadrą, przyjmując propozycję FC Barcelony. Mając tam Maradonę, Schustera i Simonsena, w roku 1983 zdobył z nią Puchar Króla. Trenował potem najlepsze kluby ale już bez sukcesów na jakie wszyscy liczyli. Miał opinie człowieka junty, przeciw czemu zażarcie protestował. Nie robił nic takiego, co w tych trudnych dla Argentyny czasach wystawiało by mu złe świadectwo. Później demonstrował poglądy lewicowe, opowiedział się też po stronie prezydenta Carlosa Menema, polityka, który w przeciwieństwie do dyktatora Videli, futbol autentycznie kochał a że i na tej miłości zbijał kapitał to już inna sprawa. Menotti zmarł 5 maja tego roku. Szkoleniowiec zmagał się z dużymi problemami zdrowotnymi. Jak podały argentyńskie media, Menotti jeszcze miesiąc przed śmiercią trafił do szpitala z powodu poważnej anemii, jednak po 12 dniach otrzymał wypis dzięki polepszeniu się stanu zdrowia. Poza tym mówiło się też o problemach z układem krwionośnym.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
15
Na wstępie chciałbym pozdrowić gorąco wszystkich sympatyków Widzewa, zwłaszcza WIELKIEGO WIDZEWA, który współtworzył największe sukcesy polskiego futbolu:
5 listopada 1980 r. Widzew Łódź wyeliminował Juventus Turyn! Po dramatycznym rewanżu i konkursie rzutów karnych czerwono-biało-czerwoni awansowali do kolejnej rundy Pucharu UEFA kosztem Juventusu Turyn. Dwa tygodnie wcześniej Widzewiacy zszokowali piłkarski świat, pokonując u siebie wielki, naszpikowany gwiazdami Juventus Turyn 3:1! To była dopiero trzecia kampania europejska czerwono-biało-czerwonych i choć Widzew dwa lata wcześniej w pierwszej rundzie Pucharu UEFA wyeliminował po dwóch remisach Manchester City, tak spektakularnego i pewnego zwycięstwa na arenie międzynarodowej jeszcze nie odniósł. Oczywiście zwycięstwo w pierwszym meczu nie dawało jeszcze awansu, ale łodzianie mogli poważnie myśleć o tym, żeby wyeliminować europejskiego giganta. ,,Wiedzieliśmy, że będzie ciężko. W Juventusie grała wówczas połowa reprezentacji Włoch. Ale mieliśmy świadomość, że możemy coś ugrać”- wspomina po latach nastroje zespołu przed rewanżem Andrzej Grębosz, strzelec pierwszego gola w Łodzi. ,,Gdybym nie wierzył w sukces, poprosiłbym trenera o niewystawienie mnie do gry”- powiedział włoskiej telewizji Zbigniew Boniek, cytowany również przez "Sport". Od początku meczu w Turynie emocji nie brakowało. Obie drużyny miały swoje okazje, choć to gospodarze byli bliżej zdobycia bramki. Obili nawet poprzeczkę bramki strzeżonej przez Józefa Młynarczyka. Mocno dawał się łodzianom we znaki Marco Tardelli. I to właśnie on, tuż przed przerwą, otworzył wynik. Mało tego. Zaraz po zmianie stron turyńczycy prowadzili już 2:0, a w kolejnych minutach mogli nawet wyżej! Nadzieję gościom dała dwójkowa akcja Bońka i Marka Pięty zakończona golem tego drugiego. Odpowiedź Włochów przyszła już dwie minuty później. Wynik na 3:1 ustalił w 61. minucie Liam Brady. Do końca regulaminowego czasu gry rezultat meczu nie uległ zmianie, co oznaczało dogrywkę. W niej Juventus dominował, ale nie przełożył tego na kolejne trafienia. O awansie do 1/16 finału Pucharu UEFA zadecydować miał konkurs rzutów karnych. Jego bohaterem okazał się Młynarczyk, który wybronił dwie pierwsze "jedenastki" Starej Damy. Jego koledzy, strzelcy nie mylili się i ostatecznie po pewnym trafieniu Bońka łodzianie wygrali 4:1 i dopełnili sensacji, eliminując z dalszej gry Juventus. ,,Oprócz rywala była jeszcze jedna mała przeszkoda w postaci sędziego. Nie uznał nam prawidłowo bramki, przez cały mecz delikatnie faworyzował gospodarzy. Nie było łatwo”- przypomina wizytę w Turynie Grębosz. Jakby na potwierdzenie jego słów po meczu Gaetano Scirea przyznał kolegom w szatni, że w pierwszej połowie faulował w polu karnym Bońka, na co arbiter pozostał niewzruszony. Żadne przeciwności losu nie przeszkodziły jednak Widzewowi w odniesieniu jednego z największych triumfów w historii polskiej piłki klubowej.
,,W tamtych czasach ograć Juventus to była nie lada sztuka, a my tego dokonaliśmy. Mieliśmy wielki zespół z charakterem, indywidualności, przed nikim nie klękaliśmy, to wszystko dało nam ten sukces”– podkreśla dziś Młynarczyk.
Strzelcy rzutów karnych: Mirosław Tłokiński, Franco Causio (pudło), Andrzej Grębosz, Antonio Cabrini (pudło), Włodzimierz Smolarek, Liam Brady, Zbigniew Boniek.
Juventus Turyn: Dino Zoff - Antonio Cabrini, Claudio Gentile, Gaetano Scirea, Antonello Cuccureddu, Marco Tardelli, Liam Brady, Pietro Fanna (91’ Vinicio Verza), Giuseppe Furino, (46’ Cesare Prandelli), Franco Causio, Roberto Bettega. Trener: Giovanni Trapattoni
Widzew Łódź: Józef Młynarczyk, Bogusław Plich (93’ Jan Jeżewski), Andrzej Grębosz, Władysław Żmuda, Andrzej Możejko, Mirosław Tłokiński, Zdzisław Rozborski, Zbigniew Boniek, Krzysztof Surlit, Marek Pięta, Włodzimierz Smolarek. Trener: Jacek Machciński
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360
1
@AxelF Służe uprzejmie. Jest mi niezmiernie miło z tego powodu. Również miłego dnia i okazałego zwycięstwa :)
12
Blaugrana w europejskich pucharach:
5 listopada 1980 r. FC Barcelona poległa na Camp Nou 0:4(!) z 1. FC Köln w rewanżowym starciu 2 rundy Pucharu UEFA i odpadła z rozgrywek. Barça mimo zwycięstwa 0:1 na wyjeździe, w rewanżu u siebie doznała kompromitującej porażki. Kontuzje Sancheza i Migueliego na początku meczu kompletnie rozbiły drużynę Blaugrany. Legendarny ,,Tarzan” wrócił jeszcze na chwile na boisko jako… napastnik. Quini przeniósł się do pomocy, Asensi trafił na pozycje Alexanco a ten zastąpił… Migueliego w obronie! Kilka minut później padł pierwszy gol dla gości a Migueli chwile później ostatecznie opuścił plac gry. Przegrana kosztowała Kubale posade trenera, natomiast FC Barcelona po sezonie sprowadziła z FC Köln Schustera aby wyprowadził drużynę z kryzysu. No cóż, jak się nie raz już przekonaliśmy, nie każdy genialny piłkarz może bez problemu parać się trenerką.
@Adran360
@AxelF
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
11
Sensacja przy Bułgarskiej:
Dokładnie 15 lat temu Lech Poznań pokonał Manchester City 3-1 w fazie grupowej Ligi Europy. Gole zdobyli: Dimitrije Injac 31', Manuel Arboleda 86', Mateusz Możdżeń 90' oraz Emmanuel Adebayor 51'. „Dzisiaj Poznań na pewno wcześnie, po takim wyniku, po takim meczu, nie położy się spać. Piękny wieczór przy Bułgarskiej”– tymi słowami zakończył telewizyjną transmisję komentujący spotkanie na antenach Polsatu, Mateusz Borek. I rzeczywiście, po niespodziewanym, by nie powiedzieć sensacyjnym ograniu angielskiego giganta, fanom Lecha z pewnością niespieszno było do łóżek. Po takim występie kibice Kolejorza jeszcze długo pozostawali na stadionie i oklaskiwali swoich ulubieńców. Debiutujący w roli trenera poznaniaków José Mari Bakero, który dzień wcześniej zastąpił na tym stanowisku Jacka Zielińskiego, o lepszym starcie w nowych barwach nie mógł marzyć. Lechici rozstrzygnęli spotkanie w samej końcówce, gdy do siatki Manchesteru City trafiali Manuel Arboleda i Mateusz Możdżeń. Bramka zdobyta przez 19-latka była ozdobą tego meczu. Wygrana pozwoliła poznaniakom powrócić na 1. miejsce w tabeli grupy A Ligi Europy. Konfrontacja z ,,The Citizens” jest po dziś dzień miło wspominana przez sympatyków Kolejorza.
Brawo Kolejorz!
@Symson
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360
9
Wybitne legendy rodzimego futbolu:
Dokładnie 100(!) lat temu urodził się Teodor Anioła, napastnik. Już od najmłodszych lat przejawiał wielki talent piłkarski. Potrafił znaleźć się w sytuacjach podbramkowych, co więcej miał niesamowitą skuteczność, można powiedzieć, że strzelał więcej goli niż miał okazji. Jego kariera tak naprawdę rozpoczęła się po zakończeniu II wojny światowej. Jako 20-latek trafił do Kolejowego KS, czyli obecnego Lecha. Do dzisiaj żaden z Lechitów nie jest w stanie nawet nawiązać do jego bramkowych zdobyczy. Świetnie przywitał się z poznańską publicznością, zdobywając hat-tricka w swoim debiucie. Podczas całej swej kariery w Poznaniu strzelił 138 goli! Obecnie jest ósmym snajperem w całej historii naszej rodzimej ligi oraz trzykrotnym jej królem strzelców. Ustanowił rekord, którego do dziś nikt nie pobił. W wygranym meczu 11:1 z Szombierkami Bytom strzelił 6 goli. W okresie powojennym liga nie funkcjonowała. Lech był uznaną marką tylko na szczeblu regionalnym, w tym czasie prym wiódł inny klub z Poznania – Warta. Dopiero w 1948 roku PZPN zdecydował się na przeprowadzenie eliminacji do nowo założonych rozgrywek. W nich Anioła potwierdził swój instynkt strzelecki, w 15 występach strzelił 23 gole, które dały upragniony awans do pierwszej ligi ,,Kolejorzowi”! W swoim pierwszym sezonie na najwyższym szczeblu rozgrywek Lech zajął bezpieczną szóstą pozycje a Teodor został najlepszym strzelcem drużyny z dorobkiem 12 goli. Jego talent eksplodował jednak w kolejnych latach. Jako 24 letni zawodnik mógł pochwalić się już tytułem króla strzelców polskiej ligi. W następnych rozgrywkach powtórzył wyczyn, a jego wkład w sukces drużyny był kluczowy. Dzięki wspomnianemu wcześniej Tercetowi ABC, Lech walczył o najwyższe lokaty, znajdując się na podium tabeli, co zaowocowało brązowymi medalami. Ostatni swój tytuł strzelecki zdobył w 1951 roku, następnie Lech widocznie osłabł, stając się drużyną tylko środka tabeli. Anioła nie zdobył już żadnego indywidualnego wyróżnienia, miał silną konkurencję w lidze w postaci Pohla czy Cieślika, którzy dominowali. Mimo to, w kolejnych latach był najlepszym strzelcem swojego zespołu.
,,Z perspektywy czasu widać wyraźnie, że należał do tych piłkarzy, którzy urodzili się zdecydowanie za wcześnie”– pisze Rędzioch na łamach czasopisma „Hej Lech”. – Grając dziś zyskałby z pewnością status gwiazdy i niemałe profity z tego płynące. Jedną z ciekawych sytuacji było to, że w latach 1953-1955 z wyjątkiem meczu z AKS Chorzów, żaden inny piłkarz Lecha nie potrafił strzelić gola. A trwało to aż… 596 dni! Widać, jak bezcennym piłkarzem był Anioła. Wystąpił tylko w siedmiu meczach z orzełkiem na piersi, zdobywając jedynie dwa gole w spotkaniu z NRD. Ponoć nie mógł rozwinąć skrzydeł, był stłamszony i nie mógł wpasować się w ówczesną reprezentację. Rozegrał także siedem meczów w kadrze B. W pozytywnych słowach wypowiadał się o nim Jan Rędzioch, historyk poznańskiego klubu. W 1959 roku namówiony przez działaczy Warty Poznań, zdecydował się opuścić II ligowego Lecha. Wywołał ogromny skandal, przechodząc do rywala zza miedzy. Został zdyskwalifikowany na pół roku, w tym czasie nie grał w piłkę. Klub odebrał mu mieszkanie, więc w ostatecznym rozrachunku do przenosin nie doszło. Wraz z końcem roku wrócił do Lecha. Rok później pomógł swoimi trafieniami awansować do Ekstraklasy swojemu klubowi, jednak po powrocie do niej, rozegrał tylko jeden mecz, który był pożegnalnym. Jego karierę zakończyła kontuzja, miał wówczas 36 lat. Na piłkarskiej emeryturze, próbował swoich sił jako trener rezerw w Poznaniu, równocześnie pracował jako urzędnik kolejowy. Lech w kolejnych latach nie mógł poszczycić się sukcesami a tym bardziej wyborowym strzelcem. Jego godnym następcą był Mirosław Okoński, niestety Teodor nie doczekał już czasów lubianego dzisiaj przez wszystkich „Reksia”. Zmarł 10 listopada 1993 roku. Ku pamięci Anioły, od połowy lat dziewięćdziesiątych rozgrywany jest coroczny memoriał jego imienia.
@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson
0
@AxelF Ależ z największą przyjemnością! Generalnie mam limit oznaczanych użytkowników ale postaram się od czasu do czasu ,,wcisnąć" ciebie gdzieś tam. Przynajmniej na początku a później zobaczymy...
1
@blakkudium Co to za dziewczyny i co maja napisane na tyłkach?
9
Ruch Hajduki Wielkie przypieczętowuje mistrzostwo Polski:
4 listopada 1934 r. ,,Niebiescy” zmierzyli się z nieistniejącą już Warszawianką w Warszawie w ostatnim meczu ligowym. Ruch pomimo zapewnionego już mistrzostwa zagrał ambitnie, skutecznie i ładnie dla oka. ,,Przegląd Sportowy” napisał: ,,7:1. Warszawianka została formalnie ,,znokautowana” przez mistrza Polski, który podkreślił wyraźnie, jaka różnica dzieli go od innych zespołów ligowych”. Z twierdzeniem warszawskiej gazety trzeba się zgodzić. Ruch był bezapelacyjnie najrówniejszą oraz najbardziej bramkostrzelną drużyną w sezonie ligowym 1934. W meczu z Warszawianką, który był pięknym epilogiem całorocznego występu ,,Niebieskich”, aż 4(!) gole strzelił genialny Ernest Wilimowski a po jednej Wodarz, Kubisz i Peterek. To był czwarty mecz w sezonie Wilimowskiego, w którym strzelał co najmniej 4 gole(!) a przecież tym sezonem debiutował w naszej ekstraklasie. Łącznie w swoim debiutanckim sezonie nastrzelał aż 34 gole(!), co dało mu tytuł króla strzelców. Mówimy tutaj o piłkarzu, który w czerwcu tamtego roku skończył zaledwie 18 lat…
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360
2
@AxelF A dziękuje ci ślicznie. Ja przedstawiam tutaj większość fajnych i wciągających artykułów. Czyżbyś dopiero teraz to zauważył?
8
@FCBparasiempre
4 Listopada 1876 roku to data kiedy wszystko się zaczęło. Tak jak i cały futbol, początek zawodów międzynarodowych miał miejsce w Anglii i był raczej skromny. W Londynie na stadionie krykietowym „The Oval” spotkało się dwóch zdobywców krajowych pucharów. Queen’s Park Football Club, które kilka miesięcy wcześniej zapewniło sobie swój trzeci z rzędu Puchar Szkocji oraz Wanderers F.C. zdobywcy Pucharu Anglii. Nie był to pierwszy mecz pomiędzy angielską i szkocką drużyną, dość powiedzieć, że rok wcześniej Wanderers pojechali rozegrać mecz z Queen’s Park na ich terenie, był to początek pewnej tradycji, jaką była rywalizacja zdobywców trofeów z dwóch różnych państw. „The Spiders” rozbili gospodarzy 6-0, a choć spotkanie nie przykuło wielkiego zainteresowania, to w następnej dekadzie zorganizowano jeszcze pięć następnych starć między zdobywcami pucharów obu krajów. Wszystkie wygrali Szkoci. Przełom nastąpił w roku 1887 kiedy to Aston Villa zatriumfowała nad Hibernian aż 3-0. Zwycięstwo Anglików było kluczowe do… nadania spotkaniu znaczenia. Choć już przed spotkaniem gazety reklamowały ten mecz jako starcie dwóch silnych zespołów, a zainteresowanie znacznie przewyższyło to sprzed dekady (szacuje się, że mecz oglądało około 7000 widzów. Dla porównania finał FA Cup w roku 1887 oglądało 15,500 widzów, ale jeszcze przed rokiem 1885 nigdy nie przyciągnął on widowni większej niż 10,000 osób.) to wciąż był on reklamowany jako mecz czysto towarzyski. Tak też opisywały go później szkockie media, ale Anglicy nie po to odnieśli zwycięstwo, by się nim nie chwalić. „Preston Herald” opisał po nim Aston Villę jako zespół posiadający „prawo i roszczenie do bycia mistrzem świata piłki nożnej tym roku.”. Tezę tą, należy uznać za pierwszy luźny pomysł wyłaniania międzynarodowego mistrza piłki nożnej. Pomysł, który przyjął się błyskawicznie. Już w następnym roku starcie pomiędzy Renton a West Bromwich Albion było reklamowane jako mecz o mistrzostwo świata. Nawiasem mówiąc, szkockie Renton zwyciężyło 3-0, a Anglicy nigdy nie pogodzili się z porażką. Upierali się, że warunki na Hampden Park były okropne (rzeczywiście nad stadionem przeszła burza.) i domagali się rewanżu w Anglii. Nigdy jednak do tego nie doszło. Zawody o „Mistrzostwo świata” utrzymały się jednak aż do roku 1904, a wartym naszej uwagi jest jeszcze jeden finał. W sezonie 1891/92 dwumecz stoczyły między sobą Everton oraz Rangers. Everton wygrał 4-1 na wyjeździe i utrzymał przewagę u siebie, gdzie uległ tylko 0-2, ale sam mecz nie był aż tak hucznie reklamowany. Ważnym jest jednak to, że oba kluby nie były zdobywcami krajowych pucharów, tylko mistrzami kraju po triumfie w rozgrywkach ligowych. Był to pierwszy taki przypadek w historii. Anglicy i Szkoci bawili się na własnym podwórku jeszcze długo, rozgrywając charytatywny brytyjski Puchar Ligi w 1902 roku, a także towarzyski „Budapest Cup”, który zdobywcy krajowych pucharów Celtic oraz Burnley rozegrali w 1914 roku w stolicy Węgier, lecz nie byli oni osamotnieni. Początek XX wieku to gwałtowna ekspansja futbolu na Europę, tym samym pole do rozgrywek międzynarodowych nieskładających się już tylko z Anglików i Szkotów. Trzeba jednak Brytyjczykom oddać ogromny wpływ na popularyzację tej dyscypliny. To bowiem anglik, hydraulik John Gramlick był inicjatorem Challenge Cup, pierwszego międzynarodowego turnieju na kontynencie. Gramlick, będący także współzałożycielem Vienna Cricket and Football Club, ufundował trofeum dla rozgrywek, które wystartowały w roku 1897. Challenge Cup był pucharem międzynarodowym, ale nie międzypaństwowym! Jak to możliwe? Otóż otwarty był on dla wszystkich drużyny należących do Imperium Austro-Węgier. Puchar miał ambitne założenia, lecz został brutalnie zweryfikowany. W praktyce bowiem przystępowały do niego głównie zespoły reprezentujące trzy narody, a nawet precyzyjnie, trzy największe miasta imperium. Kluby z Wiednia, Pragi i Budapesztu były jedynymi, które dotarły do finału pucharu, a oprócz nich w „Challenge Cup” udział wzięło tylko kilka innych drużyn. S.C. Baden, Viehofen, Mödling były drużynami Austriackimi, mniejsze zespoły z Czech i Węgier pojawiły się dopiero po roku 1902 kiedy wprowadzono kwalifikacje regionalne, a drużyny z Polski, Ukrainy, Rumunii, Jugosławii i Włoch nie pojawiły się nigdy (wymienione tu państwa po rozpadzie Austro-Węgier przejęły fragment jego terytorium albo wyzwalając się spod okupacji jak Polska, albo uzyskując nowe tereny jak Włochy). Turniej rozgrywano dziesięciokrotnie, a jego ostatnia edycja odbyła się w sezonie 1910/11.
Challenge Cup, choć w założeniach był ambitny, w rzeczywistości nigdy nie wyrósł ponad zmagania największych miast jednego państwa. Za pierwszy międzypaństwowy turniej rozgrywany na kontynencie należy więc uznać Challenge International du Nord. Zawody rozpoczęte w roku 1898 i trwające nieprzerwanie do roku 1914. Spowodowane zostały one nieumyślnie przez USFSA, czyli Związek Francuskich Stowarzyszeń Sportowych. Do organizowanych przez siebie rozgrywek o tytuł mistrza Francji dopuścił on bowiem tylko ekipy z Paryża, zmuszając ekipy z innych części kraju to zakładania własnych zawodów. Na północy z inicjatywą wyszedł Sporting Club de Tourcoing, który nie tylko zaprosił do udziału w turnieju ekipy z Francji, ale także z Belgii. Do 1905 roku był to turniej pomiędzy tymi dwoma państwami, a Belgia odnosiła znaczne sukcesy, wygrywając sześć z siedmiu turniejów, trzykrotnie tocząc wewnątrz belgijskie boje w finale. Tylko w roku 1900 zatriumfował zespół z Francji, gdy Le Havre pokonało Club Français w jedynym finale wewnątrz francuskim. Zabawną ironią jest to, że Le Havre rok wcześniej zostało pierwszym mistrzem Francji spoza Paryża, USFSA dopuściła bowiem mistrzów poszczególnych departamentów do rywalizacji z mistrzem Paryża w roku 1899. Mały przełom nastąpił w roku 1905 kiedy to do turnieju zaproszono ekipy z Holandii oraz Szwajcarii. Holenderska Prinses Wilhelmina dotarła nawet do finału, lecz tam uległa Union Saint-Gilloise 1-3. Tytuł pozostał w Belgii aż do roku 1909 gdy to turniej przeszedł swoją ostatnią przemianę. Belgowie wycofali się z udziału, a zastąpiły ich amatorskie kluby z Anglii. Francusko-angielską rywalizacją amatorów pozostał on już do roku 1914 kiedy wojna zakończyła jego istnienie. Był on ciekawym pucharem międzynarodowym, lecz nie mający wielkiego statusu, a zespoły w nim uczestniczące nie należały do najlepszych w swoich krajach. Zupełnie inaczej było w przypadku „Coup Van der Straeten Ponthoz”, pierwszego turnieju określanego przez prasę mianem klubowych mistrzostw starego kontynentu. Puchar został utworzony w roku 1900 z inicjatywy hrabiego Carla Van der Srtaeten-Ponthoz, który również ufundował trofeum dla zwycięzcy. Do pierwszej edycji zaproszono kluby z sześciu państw, lecz Niemcy i Austriacy nie wystawili przedstawiciela. Udział wzięli mistrzowie Belgii (Racing Club de Bruxelles), Szwajcarii (Grasshopper Club), Holandii (H.V.V.) oraz Francji (Iris Club Lille), a także zaproszone gościnnie zespoły z Belgii (Royal Leopold FC i Antwerp Daring Club) i Holandii (R.A.P). Z uwagi na nieparzystą ilość drużyn dwa zespoły awansowały do półfinału na zasadzie wolnego losu. Był to Grasshopper, który półfinał przegrał 2-3 z holenderskim R.A.P i Iris Club Lille który… wycofał się z niejasnych powodów. Nie był on pierwszym zespołem, który się wycofał. Belgijski Antwerp D.C. miał rozegrać mecz preeliminaycjny z Royal Leopold, ale zrezygnował, obawiając się siły rywala. W efekcie turniej okazał się belgijskim koszmarem. Royal Leopold został rozbity przez H.V.V 1-8 a Racing najpierw uległ R.A.P 1-2, a potem po otrzymaniu szansy zastąpienia Lille w półfinale, przegrał 0-3 z H.V.V. Tym samym pierwszy turniej o tytuł klubowego mistrza Europy skończył się finałem wewnątrz holenderskim. Zwyciężyli go piłkarze R.A.P w dość dramatycznych okolicznościach. Od pierwszej minuty spotkania przegrywali po bramce samobójczej, ale dwie późne bramki (80 i 85 minuta) pozwoliły im odmienić losy spotkania. Co ciekawe król strzelców turnieju, Eetje Sol z H.V.V. wszystkie pięć goli zdobył w pierwszym spotkaniu przeciwko Royalowi Leopold. Były to skromne początki zawodów, które niestety nie zdołały utrzymać prestiżu. W następnym roku do udziału zgłosiły się tylko kluby z Belgii i Holandii, a sukcesem zawodów były kontrowersje sędziowskie na tyle duże, by podnieść dyskusje na temat potrzeby zaistnienia międzynarodowego organu do zarządzania piłką nożną. Wiele pomysłów z tamtej dyskusji stało się podstawą założenia FIFA w 1904 roku. Potem w pucharze udział wzięli jeszcze angielscy amatorzy, ale pomimo rokrocznych zawodów aż do 1907 roku nie udało im się znów zebrać mistrzów kilku europejskich krajów w jednym turnieju. ,,Coup Van der Straeten Ponthoz” jest jednak najbliższy idei Pucharu Europy i należy traktować go jako dalekiego przodka tych rozgrywek. Po nim nastały jeszcze turnieje organizowane we Włoszech, „Torneo Internazionale Stampa Sportiva” w roku 1908 oraz „Sir Lipton Thomas Trophy” w latach 1909 i 1911, a udział w nich brały kluby z Włoch, Anglii, Szwajcarii i Niemiec, lecz nie byli to krajowi mistrzowie, ciężko mówić więc o zapowiedzi Pucharu Europy. Pierwszą fazę kształtowania się międzynarodowego futbolu brutalnie przerwała wojna w roku 1914. I choć nie było wtedy blisko utworzenia tego co dziś znamy pod nazwą Ligi Mistrzów, to warto pamiętać, że już w pierwszej dekadzie XX wieku, w Europie szukano sposobu, by uczynić futbol międzynarodowym.
6
Narodziny premierowej rywalizacji międzynarodowej:
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
2
@AxelF Szansa jest zawsze a jak wyjdzie to zobaczymy...
1
@AxelF Jak na razie niekoniecznie...
8
Czy tego chcemy czy nie:
Luis Figo kończy dzisiaj 53 lat. Oczywiście wszyscy wiemy jak zachował się wobec ,,naszego” klubu, jednak nie wszyscy pamiętają że miał bardzo duży wkład w zdobycie 2 mistrzostw Hiszpanii, 2 Pucharów Króla oraz Pucharu Zdobywców Pucharów, będąc kapitanem Blaugrany. Mało tego, Figo miał również bardzo pozytywny wpływ na rozwój kariery zarówno Puyola jak i Xaviego, którzy debiutowali w barwach Blaugrany u boku Portugalczyka. Zresztą Puyol sam się o tym wypowiadał, jak pomocny był dla niego Figo.
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
3
@Sysia11 czytałaś mój ten oto artykuł: https://www.fcbarca.com/la-rambla/dyskusja-16201006#comment-16201006
9
Niechlubne potyczki Blaugrany w Lidze Mistrzów:
4 listopada 1992 r. FC Barcelona przegrała na Camp Nou 2:3 z CSKA Moskwa w rewanżowym meczu 2 rundy Ligi Mistrzów i odpadła z rozgrywek. Blaugrana wywiozła z Moskwy remis 1:1 a wynik mógłby być jeszcze lepszy, gdyby nie błąd Guardioli w 16 minucie, po którym zdenerwowany Cruijff zdjął go z boiska. W rewanżu Katalończycy za sprawą Nadala oraz Beguiristaina szybko objeli dwubramkowe prowadzenie i byli bliscy podwyższenia rezultatu(Ferrer trafił w słupek). Gol dla gości w 44 minucie zaskoczył gospodarzy, lecz nie zapowiadał katastrofy. W drugiej połowie w przeciągu 5 minut ekipa CSKA wyszła na prowadzenie 2:3 i kontrolowała przebieg spotkania. Po raz pierwszy w historii Barça odpadła w Pucharze Europy przed półfinałami i dopiero drugi raz za kadencji trenerskiej Cruijffa nie doszła do finału europejskich pucharów. Holender stwierdził że ,,dla niego jest to jedna z tych historycznych klęsk Blaugrany, kiedy wydawało się że przeżywa wspaniałe momenty a w jednej chwili trafiła z nieba do piekła”. Dodał też: ,,Miałem wrażenie iż jesteśmy w stanie się przełamać ale tak się nie stało”. CSKA miało młody zespół ale żaden z piłkarzy nie zrobił wielkiej międzynarodowej kariery. Po wyeliminowaniu Barçy moskwianie trafili do rundy grupowej pierwszej edycji Ligi Mistrzów, gdzie zdobyli jedynie 2 punkty w sześciu spotkaniach. Co poszło nie tak w ekipie obrońców Pucharu Europy?
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
9
@FCBparasiempre
Leo Messi przyznał kiedyś, że w czasach swojego dzieciństwa podziwiał i naśladował jego grę. Dla Diego Maradony był jedynym piłkarzem, za oglądanie którego byłby w stanie zapłacić. Pablo Aimar był z pewnością zawodnikiem obdarzonym nieprzeciętnymi umiejętnościami. Byle jaki piłkarz nie słyszy przecież takich pochwał od dwóch najwspanialszych graczy w historii Argentyny. Jak wyglądała jego kariera? Pablo Cesar Aimar urodził się 3 listopada 1979 roku, szesnaście miesięcy po zdobyciu przez reprezentację Argentyny złotego medalu na mistrzostwach świata, które rozgrywane były na jej ziemiach. Wydawać by się mogło, że po takim sukcesie każdy młody chłopak po prostu skazany będzie na zostanie w przyszłości piłkarzem. Ricardo Aimar, ojciec bohatera tekstu, miał w tym temacie jednak inne zdanie. Uważał, że jego syn powinien skupić się na edukacji, zamiast uganiać się po mieście za piłką. Pablo nie chciał go słuchać i całymi dniami grał z kolegami na ulicach Rio Cuarto, niewielkiego miasta w prowincji Cordoba. To tu przyszedł na świat i się wychowywał. Właśnie w czasie jednej z takich podwórkowych gierek jego nieprzeciętny talent został dostrzeżony przez Alfiego Mercado, trenera miejscowego Estudiantes (czwarta klasa rozgrywkowa). Trudno zresztą było przejść obojętnie obok młodego Aimara, tańczącego z piłką i unoszącego się ponad tumanami kurzu. Dostał propozycję dołączenia do klubu bez jakichkolwiek testów. Tak też rozpoczął swoją piłkarską przygodę w miejscowej drużynie, gdzie trenował trzy razy w tygodniu. Nie trzeba było długo czekać, żeby Pablo przykuł uwagę mocniejszych klubów w kraju. W końcu wpadł w oko trenerom River Plate, którzy zapragnęli ściągnąć go do swojej akademii. Transferowi sprzeciwiała się jednak rodzina, uważająca, że Pablo jest za mały na wyjazd do Buenos Aires. Liczyli oni jednocześnie, iż jego zainteresowanie futbolem niedługo przeminie. Dopiero osobista interwencja Daniela Passarelli, menedżera River i argentyńskiego mistrza świata z roku 1978 oraz 1986, sprawiła, że Aimar ruszył w wielki świat. Odrzucił tym samym wbrew woli ojca możliwość uczenia się w szkole medycznej. W nowym klubie szybko dostał szansę na zaprezentowanie swoich umiejętności w pierwszej drużynie. Zadebiutował w niej już w wieku szesnastu lat w starciu z Colon. Swojego pierwszego gola zdobył dopiero ponad dwa lata później, ale jego gry nigdy nie definiowały bramki – przynajmniej te zdobywane przez niego. Grał najczęściej na pozycji numer dziesięć, która w piłkarskiej Argentynie ma rangę kultu. Jego zadanie polegało przede wszystkim na kreowaniu gry i stwarzaniu kolejnych sytuacji kolegom z drużyny. Jak zobaczymy później, w czasie swojej kariery miał okazję grać z kilkoma całkiem niezłymi zawodnikami ofensywnymi, którzy potrafili korzystać z jego ponadprzeciętnych umiejętności. Debiutancki sezon Aimara w River zbiegł się z odzyskaniem przez ten klub tytułu mistrzowskiego. Po nim dołożył jeszcze dwa, zanim w 2001 zdecydował się opuścić kraj. Uczciwie przyznać trzeba, że w tamtym okresie River dysponowało naprawdę utalentowaną kadrą. Pablo przez te kilka lat dzielił szatnię z takimi piłkarzami jak Hernan Crespo, Marcelo Gallardo, Ariel Ortega, Juan Pablo Sorin, Marcelo Salas czy Juan Pablo Angel. Mieszanka takich graczy w jednym zespole po prostu musiała skończyć się zdobywaniem ligowych tytułów. Nie jest łatwo żyć w Argentynie z łatką „następcy Maradony”. Przekonało się o tym kilku bardzo dobrych zawodników, dla których buty po Boskim Diego okazywały się zdecydowanie za ciasne. Aimar nigdy nie szukał takich porównań, ale swoim stylem gry nie mógł ich uniknąć. Tym bardziej, gdy sam Maradona w pewnym momencie nazwał go swoim „naturalnym dziedzicem”. I jeżeli dla samego Pablo te słowa znaczyły niewiele, to klubom zainteresowanym jego usługami dawały jasny przekaz. Aby go pozyskać, będziecie musieli dodać jedno zero do proponowanej sumy transferowej. Chętnych na kupno zawodnika, który przez cztery lata zanotował blisko trzydzieści asyst w samych ligowych spotkaniach River, oczywiście nie brakowało: ,,Byłem przytłoczony liczbą ofert. Anglia, Włochy, Hiszpania – cały czas ktoś do mnie dzwonił. Koniec końców, była to dla mnie łatwa decyzja”. Aimar zdecydował się podpisać kontrakt z Valencią, która wyłożyła na niego 24 miliony euro, rekordową wówczas kwotę w historii klubu. Argentyńczyk pomachał na do widzenia stadionowi El Monumental, obiecując zakochanym w nim kibicom, że pewnego dnia powróci do Buenos Aires i klubu, któremu tak wiele zawdzięcza.
Maradona nie był jedynym admiratorem talentu El Mago, „Czarodzieja”, jak zwykli nazywać go fani. Już po udanym debiucie przeciwko Manchesterowi United pochwały zebrał od samego Johana Cruyffa. Holender podobno namawiał działaczy Barcelony, aby sięgnęły po argentyńskiego pomocnika, zamiast Ronaldinho. A potem miało być tylko lepiej. Valencia, do której dołączył, wcześniejszy sezon zakończyła na trzecim miejscu w hiszpańskiej ekstraklasie. W Lidze Mistrzów doszła aż do finału, gdzie uległa dopiero Realowi Madryt. Nietoperze, prowadzone przez Hectora Cupera, nie mogły w pierwszym sezonie Aimara narzekać na brak jakości w składzie. Santiago Canizares, Roberto Ayala i Mauricio Pellegrino w obronie, Ruben Baraja, Gaizka Mendieta i Kiki Gonalez w pomocy oraz John Carew w ataku, to tylko niektóre nazwiska z kadry. Występ w finale Champions League nie był jednorazowym wyskokiem, co Valencia udowodniła, dochodząc do tej rundy w kolejnym sezonie, już z Aimarem w składzie. Argentyńczyk szybko stał się czołową postacią ekipy Cupera, który dał mu absolutną wolność w grze. Zwolnił go przy tym z zadań defensywnych. W krajowej lidze Nietoperze jednak już tak dobrze sobie nie radziły i rozgrywki zakończyły na piątym miejscu. Finał Pucharu Mistrzów z kolei przegrali z Bayernem Monachium po rzutach karnych. Pablo niestety nie będzie dobrze wspominał tamtego spotkania, ponieważ musiał opuścić boisko już w przerwie, co było konsekwencją starcia z Owenem Hargreavesem. Niedługo po tym Cuper przeniósł się do Interu Mediolan, a na Estadio Mestalla zwitał Rafa Benitez. Hiszpan chwilę wcześniej awansował do Primera Division wraz z zespołem Tenerife. Zadaniem 41-letniego wówczas szkoleniowca było przede wszystkim poprawienie wyników klubu w lidze. Prowadzona przez niego Teneryfa w drugiej klasie rozgrywkowej mogła pochwalić się drugim najlepszym wynikiem straconych goli (32) i to właśnie na grze defensywnej chciał skupić się Benitez w swojej pracy z Los Ches. O ile dla klubu była to doskonała strategia, to dla samego Aimara już niekoniecznie. Valencia straciła zaledwie 27 bramek w całym ligowym sezonie i sięgnęła po mistrzostwo kraju po trzydziestu jeden latach posuchy. W ofensywie już tak kolorowo nie było. Drużyna strzeliła tylko 51 goli, a Pablo, którego licznik zatrzymał się na czterech, został trzecim najlepszym strzelcem klubu. Jego gra uległa jednak zmianie – Benitez cofnął go nieco w głąb boiska, aby z tamtych obszarów kierował drużyną razem z Barają. Oznaczało to dla Aimara oddalenie od bramki rywala i nieco więcej zadań defensywnych. Z drugiej strony częściej znajdował się przy piłce, przez co szybciej mógł obsługiwać biegających po skrzydłach Vicente oraz Rufete. Valencia nieskutecznie broniła mistrzowskiej korony, kończąc kolejny sezon na mało zadowalającym, piątym miejscu. W Lidze Mistrzów zaszła tylko do ćwierćfinału, ale swój prywatny sukces odniósł Aimar, kończąc rozgrywki z pięcioma asystami, co zapewniło mu pierwsze miejsce w tej klasyfikacji, ex aequo z Rui Costą z Milanu. Niezbyt satysfakcjonujący sezon dla Nietoperzów był jednak ciszą przed prawdziwą burzą. Rozgrywki 2003/04 należą do jednych z najlepszych w klubowych dziejach, chociaż dziś wydają się już bardzo odległą historią. Valencia, nieco odważniej poczynająca sobie w ataku, sięgnęła w nich nie tylko po krajowe mistrzostwo, lecz także zdobyła Puchar UEFA. W Primera Division zostawiła za sobą Barcelonę, Deporitvo La Coruna oraz Real Madryt. Z kolei na europejskiej arenie Nietoperze w finale pokonały Olympique Marsylię. Aimar wciąż dogrywał ważną rolę w zespole Beniteza (rozegrał ponad trzydzieści meczów w sezonie), ale coraz częściej dopadały go kontuzje, które za chwilę staną się nieodłączonym elementem jego kariery. Nie przeszkodziło to jednak Maradonie wypowiedzieć poniższych słów: ,,Pablo jest obecnie jedynym piłkarzem, za którego zapłaciłbym, żeby móc obejrzeć jego grę. Jest najlepszym zawodnikiem Argentyny w ostatnich latach i jest nawet bardziej utalentowany niż [Juan Roman] Riquelme czy [Javier] Saviola”. Są takie gole, które czasami lepiej oddają naturę piłkarza niż opisywanie jego gry. Dla Aimara takim golem było trafienie w starciu z Liverpoolem (wrzesień 2002), które hiszpańska ekipa wygrała 2:0. Wielu uważa, że tamten mecz spowodował także, że wkrótce na Anfield przeniósł się Benitez. Doszło do tego zaraz po mistrzowskim sezonie Valencii. Szkoleniowiec nie potrafił dogadać się z zarządem i postanowił odejść. Do Anglii zabrał ze sobą Xabiego Alonso oraz Luisa Garcię, których znał z Primera Division. Dla Aimara nie widział miejsca w swoim nowym klubie. Miejsce Beniteza zajął Claudio Ranieri. Włoch jednak nie potrafił, lub nie chciał, wykorzystać możliwości argentyńskiego pomocnika w stu procentach, wystawiając go często na skrzydłach lub trzymając na ławce jako pożytecznego rezerwowego. Ich drogi powoli się rozchodziły – Pablo nie dostawał wystarczająco swobody na boisku, a trener nie widział w nim zawodnika, który regularnie potrafi odcisnąć piętno na ważnych spotkaniach. Na niekorzyść Ranieriego działało jednak to, że Valencia grała słabo, co skończyło się jego zwolnieniem pod koniec lutego 2005 roku. Zastąpił go Antonio Lopez, a jego pierwszą decyzją było przywrócenie Aimara na właściwą pozycję. Nietoperze zajęły siódme miejsce w lidze, a po sezonie jako szkoleniowca zatrudniono Quique Sancheza Floresa. Pod jego wodzą Pablo znów rozegrał bardzo dużo spotkań, ale nie wpływał na grę w takim stopniu, w jakim sam by chciał. Po zakończeniu kampanii 2005/06 opuścił Estadio Mestalla.
Głośno mówiono o jego powrocie do Argentyny, ale Aimar zaskoczył wszystkich i zgodził się na transfer do Realu Saragossa. Tam znów mógł poczuć swobodę w grze i być kluczową postacią zespołu. Wbrew pozorom Pablo nie trafił do byle jakiej drużyny. W kadrze Realu znajdowały się wówczas takie postacie jak bracia Milito (Diego i Gabriel), Gerard Pique i Ayala. Przyjście Aimara miało przede wszystkim ogromny wpływ na strzeleckie wyczyny Diego, który pierwszy sezon zakończył z 23 trafieniami, ustępując jedynie Ruudowi Van Nistelrooyowi w walce o trofeum Pichichi. Dla całego klubu był to zresztą udany sezon, bo zakończony na szóstym miejscu w lidze. Pablo z kolei odzyskał utraconą radość z gry, czego efektem było jedenaście asyst w Primera Division. Nikt nie spodziewał się jednak, że będą to miłe złego początki. Kolejny rok był dla klubu z Saragossy katastrofą. Złe zarządzanie i problemy finansowe doprowadziły do nieoczekiwanej wyprzedaży kluczowych zawodników. Bez nich Real zajął osiemnaste miejsce w tabeli i spadł do Secunda Division. Aimar, borykający się z kontuzjami i mający za sobą bezsprzecznie najgorszy sezon w karierze, musiał odejść. Znów poruszano temat powrotu do kraju, ale 28-letni wówczas Pablo nie chciał tak szybko składać broni. Wybrał transfer do Benfiki, która poszukiwała następcy odchodzącego na emeryturę Ruiego Costy. El Mago ponownie miał szczęście trafić nie tylko do szatni nabrzmiałej od piłkarskiego talentu, lecz także do drużyny, która w swojej grze chciała stawiać na ofensywę. W pierwszym sezonie w Lizbonie spotkał takich zawodników jak Angel Di Maria, Jose Antonio Reyes Oscar Cardozo czy Nuno Gomes. Początkowo, z powodu kontuzji, nie był w stanie pokazać pełni swoich umiejętności, ale debiutancką kampanię zakończył przynajmniej z pucharem Taca da Liga. Grę Benfiki i samego Aimara odmieniło przyjście w lecie 2010 Javiera Savioli. Dwaj Argentyńczycy zostali ustawieni za plecami wysuniętego Cardozo. Paragwajczyk nie mógł sobie wymarzyć lepszego duetu dogrywających zawodników. Dzięki ich podaniom zdobył 38 goli w 47 występach, co uznać należy za spektakularny dorobek. Z taką siłą rażenia Orły po prostu musiały zdominować rozgrywki ligowe. Tak też się stało, a do efektownego zwycięstwa w Primeira Liga (78 bramek strzelonych przy zaledwie 20 straconych) dołożyły skuteczną obronę Taca da Liga. Elegancka gra Aimara sprawiła, że szybko stał się jednym z ulubieńców fanów na Estadio da Luz. Wciąż jednak nękały go kontuzje, przez co miewał problemy z regularną grą. Nie przeszkodziło mu to w spędzeniu w Lizbonie aż pięciu sezonówi zanotowaniu ponad trzydziestu asyst w lidze przez ten czas. Współpracę z nim najlepiej wspomina Saviola: ,,Nigdy wcześniej nie grałem z innym zawodnikiem, który tak dobrze wiedziałby, gdzie jestem lub gdzie za chwilę będę na boisku”. W 2013 Aimar opuścił Portugalię i mimo że pamiętał o obietnicy złożonej fanom River Plate, nie zdecydował się jeszcze na powrót do Argentyny. Obrał bardzo egzotyczny kierunek, bo wybrał transfer do… Johor Darul Ta’zim, klubu występującego w lidze malezyjskiej. Z nową drużyną podpisał dwuletni kontrakt, który uczynił go najlepiej zarabiającym piłkarzem w historii tamtejszych rozgrywek. Ogromne pieniądze nie mogły jednak nic poradzić na wciąż dręczące go urazy. Po roku i rozegraniu zaledwie ośmiu spotkań Pablo zakończył przygodę z JDT. Aimar powrócił do Buenos Aires 5 stycznia 2015 roku i zaczął uczestniczyć w treningach River, zgłaszając chęć dołączenia do kadry. Warunkiem była kondycja fizyczna (w piłkę nie grał od ponad sześciu miesięcy). W maju wypełnił złożoną obietnicę i pojawił się na boisku, wchodząc z ławki rezerwowych w starciu z Rosario Central. Jego druga przygoda z River nie trwała jednak długo, ponieważ parę tygodni później ogłosił zakończenie kariery. Powodem były słowa trenera, który nie widział dla niego miejsca w kadrze na półfinałowy mecz Copa Libertadores. W liście pożegnalnym do kibiców napisał: ,,Powiedziano mi, że nie znajdę się w składzie i ja to zrozumiałem. Nie chcę zajmować miejsca, które należy się innym. Dlatego też zdecydowałem się zakończyć profesjonalną karierę. Będę teraz wspierał was z trybun i mam nadzieję, że osiągnięcie wszystko, na co zasługujecie. Niedługo przyjdzie mi podziękować osobiście za sposób, w jaki mnie traktowaliście”. Co ciekawe, Aimar na chwilę powrócił do futbolu w styczniu tego roku. Rozegrał towarzyski mecz w barwach Estudiantes de Rio Cuarto. Ogłosił po nim, że dołączy do kadry zespołu na spotkanie z Sportivo Belgrano w ramach Copa Argentina, aby spełnić marzenie o zaliczeniu oficjalnego występu w barwach klubu, który go wychował. Pablo wyszedł na ten pojedynek w pierwszym składzie i z opaską kapitańską na ramieniu. Mecz zakończył się bezbramkowym remisem, przez co Estudiantes odpadło z rozgrywek. Aimar przyznał po końcowym gwizdku, że było to jego definitywne pożegnanie z piłką w roli zawodnika. Gdzie znajduje się miejsce Pablo w panteonie argentyńskich gwiazd? Gdy spojrzymy na jego dorobek medalowy, to przyznać należy, że wielu jego rodaków mogłoby mu pozazdrościć. Wygrał naprawdę dużo, jak na zawodnika przez pół kariery dręczonego kontuzjami. Czy w stu procentach wykorzystał swój talent? Nigdy nie był graczem, którego oceniano na podstawie suchych liczb. Być może wszystko lepiej potoczyłoby się, gdyby po Valencii odszedł do lepszego klubu. Z drugiej strony, w Saragossie znów w niego uwierzono i zbudowano zespół właśnie wokół jego nieszablonowej boiskowej wizji. Z pewnością Aimar był jednym z tych piłkarzy, którzy dostarczają kibicom emocji i wartości estetycznych. Buty po Maradonie również i dla niego okazały się za ciasne, ale jeżeli sam Boski Diego jest gotów płacić pieniądze, aby oglądać cię w akcji, to naprawdę musisz mieć talent. Tak też należy zapamiętać Pablo – jako piłkarza, który swoje występy z zakurzonych ulic Rio Cuarto przeniósł na wypełnione po brzegi europejskie stadiony.
6
Żywe legendy argentyńskiego futbolu:
@Sysia11
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360
9
Czy wiecie że:
Dokładnie 122 lata temu został założony argentyński klub Newell's Old Boys Rosario. Historia Newella wywodzi się od postaci Anglika Izaaka Newella, urodzonego 24 kwietnia 1853 roku. Opętany duchem przygód i fanatykiem piłki nożnej, w wieku 16 lat opuścił ojczyznę na pokładzie statku płynącego do Argentyny. W 1884 roku założył „Colégio Comercial Anglicana”, instytucję, która później dała początek klubowi. W tym samym roku przywiózł z Anglii do Argentyny pierwszą skórzaną piłkę i pierwsze oficjalne zasady gry w piłkę nożną i wtedy szkoła zaczęła na przemian uczyć się piłki nożnej. W 1900 roku chory Izaak przekazał kierownictwo szkoły swojemu najstarszemu synowi, Cláudio. Newell's Old Boys” została założona 3 listopada 1903 roku. Głównym promotorem był Claudio Newell, który do stworzenia oficjalnego zapisu zaprosił uczniów i byłych uczniów założonej przez jego ojca szkoły. Podczas ceremonii wybrano nazwę „Club Atlético Newell's Old Boys”, honorującą życie i twórczość Isaaca. Dzięki połączeniu barw flag Anglii (kraju Izaaka) i Niemiec (ojczyzny jego żony Anny), czerwieni i czerni, uczniu tej szkoły Ernestowi Edwardsowi powierzono zadanie zaprojektowania pierwszego munduru drużyny. Przez cały czas swojego udziału w oficjalnych turniejach Newell's spadł z ligi tylko raz: było to w sezonie 1960. Pamiętajmy też że wychowankiem Newell’s jest Lionel Messi, który występował tam w zespole juniorskim. Po kilku kampaniach zapomniano o cierpieniach Newella w 1960 r., jedynym w jego historii spadku. W 1961 roku, z Brazylijczykiem Diogo, Conceição i Zucca oraz eleganckim „profesorem” Roberto Bellangero w roli atrakcji, pod wodzą José Adolfo Celli Curtiego, zespół w końcu wygrywa turniej i awansuje na pierwsze miejsce. Jednakże w oparciu o nigdy nie udowodnioną skargę dotyczącą „zachęty” Sąd Karny AFA arbitralnie nałożył 10-punktową zniżkę, pozbawiając klub legalnego awansu uzyskanego na boisku. Wreszcie w 1964 roku nieustępliwe przywództwo popytu, na którego czele stoi prezydent Julio Palácios Cabanellas, znajduje odpowiedź w Buenos Aires, a Newell zostaje przywrócony do Pierwszej Dywizji. Znaczącym wydarzeniem dekady było przypomnienie wizyty FC Santosa Pelé w 1961 roku w towarzyskim meczu, który zakończył się remisem. Gole strzelił sam Pelé dla Santosu i Diogo dla zawodników Newell’s. Wśród tych, którzy wyróżniali się w czerwono-czarnej marynarce w latach 50. i 60. są Daniel Musante, Jorge Bernardo Griffa, Federico Sacchi, Raul „La Bruja” Belém, Joseph „wesz” Yudica, Jorge Solari, Roberto Bellangero i Heraldo Bezerra. W latach 70-tych Newell's Old Boys zaczęli osiągać świetne wyniki w turniejach AFA. Od tego momentu będzie mistrzem argentyńskiej pierwszej ligi w (6) szansach, turnieju Metropolitan w 1974 r. , mistrzostw pierwszej ligi w latach 1987–1988, 1990–1991, Clausury w 1992 r. , turnieju Apertura w 2004 r. i turnieju finałowego w 2013 r. W ciągu 100 lat istnienia Newell's Old Boys brał także udział w wielu międzynarodowych konkursach. Jego pierwszy udział datuje się na rok 1911, kiedy grał w „Cup of Honor Cousenier” przeciwko nieistniejącemu już Club Uruguay. Do najważniejszych należą Copa Libertadores da América, najwyższe kontynentalne rozgrywki, w których brała udział 7 razy: 1975, 1988, 1992,1993, 2006, 2010 (w Pré-libertadores oraz w 2013 r. ). Najważniejsze z nich to w latach 1988 i 1992, gdzie dotarli do finału, przegrywając pierwszą z Nacionalem z Urugwaju a drugą z São Paulo FC. Największym rywalem Newell's Old Boys jest Rosario Central. Klasyczna gra „Rosarino”, Rosário kontra Newell’s, to jedna z największych gier rywalizacyjnych w Argentynie i Ameryce Południowej, uważana za największą w głębi Argentyny. Ma także ogromną rywalizację z drużynami Colón i Unión, obie z miasta Santa Fé, stolicy prowincji Santa Fé, miasta, które konkuruje z Rosario o hegemonię polityczną i gospodarczą nad prowincją. Jej rywalami są River Plate, Boca Juniors, Club Atlético Independiente, Racing Club i San Lorenzo de Almagro. Jednak wielka rywalizacja toczy się tak naprawdę z Rosario Central, będącym derbami o bogatej historii, z meczem tego klasyka w 1905 roku(ze zwycięstwem 1:0 Newell's Old Boys, po golu Faustino Gonzaleza) i kontynuującą tego dnia, gdy kluby mierzyły się ze sobą w różnych rozgrywkach lokalnych, krajowych, międzynarodowych lub towarzyskich.
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Sysia11
9
Żywe legendy polskiego futbolu:
3 listopada 1970 r. urodził się Andrzej Juskowiak, napastnik. Tylko Jugosławii Polska ustępuje pod względem liczby królów strzelców piłkarskich turniejów olimpijskich. To zasługa dwóch czołowych piłkarzy lat 70-tych: Deyny oraz Szarmacha a także urodzonego 2 lata przed zlotem Polaków na igrzyskach w Monachium – Juskowiaka. ,,Jusko” okazał się najskuteczniejszym zawodnikiem IO w Barcelonie, skąd przywiózł, poza koroną indywidualną, także srebrny medal. To właśnie on był centralną postacią zespołu Janusza Wójcika. W stolicy Katalonii 2 razy wpisał się na liste strzelców z Kuwejtem, po razie z Włochami i USA a także zanotował hat-trick w półfinale przeciwko Australii. Lepszy wynik poprzednio od niego na turnieju olimpijskim zanotował… Deyna. Osiągnięcie Juskowiaka przebił zaś dopiero Carlos Tevez w Atenach w 2004. Hiszpańscy dziennikarze na konferencjach prasowych zasypywali trenera Wójcika pytaniami o tego piłkarza i jednocześnie dziwili się na łamach swych gazet, dlaczego nie sięgnęła po niego jeszcze żadna hiszpańska drużyna. Żadnego gola nie udało mu się zdobyć tylko w ćwierćfinale z Katarem oraz w samym finale przeciwko gospodarzom. ,,To był mój najsłabszy występ na turnieju. Od 70 m. zaczęliśmy gwałtownie tracic siły. Mimo wszystko chyba trochę dobrego dla polskiej piłki zrobiliśmy. Chciałbym przynajmniej przez tydzień wypocząć.”- skomentował sam zawodnik. Skutecznością ,,Jusko” błyszczał od najmłodszych lat. Lech Poznań zaczął na niego stawiać, jeszcze nim zawodnik ten mógł odebrać dowód osobisty. Wraz z Lubańskim, Wilimowskim oraz Kapką tworzył kwartet jedynych królów strzelców Ekstraklasy, którzy zwyciężyli w klasyfikacji przed 20-tymi urodzinami. Takie wyniki nie dziwią. Predestynowała do nich go już… data urodzenia. Juskowiak urodził się 3 listopada. Tego samego dnia na świat przyszli też dwaj inni królowie strzelców Ekstraklasy: Bogusław Cygan oraz wielki Ernest Pohl. W sezonie 1989/90 strzelił 18 goli. Ta skuteczność pozwoliła mu zwyciężyć indywidualnie a Lechowi dała mistrzostwo Polski. To właśnie on strzelił gola na wage ,,zwycięskiego’ remisu w ostatniej kolejce z Legią Warszawa. Z Kolejorzem został też mistrzem kraju w edycji poprzedzającej igrzyska olimpijskie.
Nim wyruszył poza granice kraju, miał już na koncie 43 gole w niespełna 100 meczach. Legitymował się więc średnią 0,45 na mecz. Do tego wywalczył Superpuchar Polski. To on był strzelcem gola decydującego o zwycięstwie z Olimique Marsylia w eliminacjach Pucharu Mistrzów. Indywidualnie Juskowiak 3-krotnie był Piłkarzem Roku w plebiscycie katowickiego ,,Sportu”, w tym dwa razy jeszcze podczas gry w Ekstraklasie(w 1991 i 1992 r.). Ten drugi triumf przedzielony jest już jednak na pół z okresem występów w Sportingu Lizbona, dokąd wyjechał. Razem ze Sporingiem wywalczył puchar Portugalii, wicemistrzostwo i dwukrotnie brązowy medal. Z Olympiakosem Pireus był z kolei 3 w lidze greckiej. W Niemczech zaś występował w Borussi Mönchengladbach, VFL Volfsuburg, Enegrie Cottbus oraz w FC Erzgebirge Aue. Był swego czasu najlepszym strzelcem Wolfsburga w Bundeslidze, obecnie znajduje się na 4 pozycji w tej klasyfikacji. Jest też na 3 miejscu za Lewandowskim i Furtokiem w zestawieniu najskuteczniejszych Polaków w Bundeslidze. Krótko grał też w USA. W reprezentacji Polski turniej olimpijski był jego jedynym występem na wielkiej imprezie. ,,Jusko” znalazł się w kręgu zainteresowań Jerzego Engela. Grywał nawet w eliminacjach zakończonych awansem do MŚ 2002. Starcie przeciwko Armebii z tej kampanii było jednak jego ostatnim z 39 występów w biało-czerwonej koszulce. Łącznie strzelił w nich 13 goli, co daje średnią 0,33 gola na mecz. Zapisał m.in. drugim po Edwardzie Jankowskim z 1957 r., wyjazdowym hat-trickiem reprezentacji Polski w eliminacjach MŚ, gdy 3 razy pokonał bramkarza Mołdawian. Kariere zakończył w 2007 r. Obecnie często grywa w drużynach oldbojów, Jest też komentatorem telewizyjnym oraz prezesem szkółki piłkarskiej. Był wiceprezesem Lechii Gdańsk oraz trenerem napastników w Lechu. Taką samą funkcje sprawował w młodzieżowej reprezentacji Polski.
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360
10
Legendy światowego futbolu:
Dokładnie 80 lat temu urodził się Gerd Müller, znakomity niemiecki napastnik, Mistrz Świata-1974; Mistrz Europy-1972; 3-krotny Zdobywca Pucharu Mistrzów-1974,1975 i 1976(z Bayernem Monachium); Zdobywca Pucharu Zdobywców Pucharów-1967(z Bayernem Monachium); Zdobywca Pucharu Interkontynentalnego-1976(z Bayernem Monachium) oraz Zdobywca Złotej Piłki France Football-1970. Symbol Bayernu, zwany Bomber der Nation! Uznano go najlepszym piłkarzem w dziejach Bundesligi z okazji 40-lecia jej istnienia. Przez większość swojej kariery związany był z bawarską drużyną, w której rozegrał 427 spotkań. Urodził się 3 listopada 1945 r. w Nördlingen, gdzie zaczynał karierę. Od początku gry Bayernu w Bundeslidze aż do końca kariery w bawarskim klubie w 1978 r. był najlepszym strzelcem klubu. Sześć sezonów kończył z koroną króla strzelców ligi. I pomyśleć, że na początku jego kariery nie poznał się na nim wybitny trener Bayernu Čajkovski. ,,Kleines dickes Müller”- mówił o nim, twierdząc, że ten mały, pulchny człowieczek to nie piłkarz a raczej zapaśnik. Potem przepraszał za swoją pomyłkę. 365 goli, jakie zdobył dla Bayernu, to najlepszy i niedościgniony wynik w historii klubu. Drugi w tej klasyfikacji Karl-Heinz Rummenigge ma 200 bramek mniej na swoim koncie. To i tak kiepska średnia jak na Müllera, który w kadrze narodowej zdobywał ponad jedną bramkę na mecz. W 62 meczach w barwach RFN strzelił 69 goli a w 13 meczach, jakie zagrał na mundialach w 1970 i 1974 r. wbił rywalom 14 bramek. Był to rekord mistrzostw świata aż do 2006 r., gdy w meczu Brazylia-Ghana pobił go Ronaldo. Wśród tych goli była pamiętna bramka w meczu z Polską we Frankfurcie w 1974 r. Wtedy Müller został mistrzem świata, ale to na mundialu w Meksyku w 1970 r. wywalczył tytuł króla strzelców (Bułgarom i Peruwiańczykom fundował hat-tricki).
Finał mundialu w 1974 r. z Holandią i decydujący o triumfie Niemiec gol był jego ostatnim występem w kadrze RFN. Müller miał niewiarygodny wręcz instynkt strzelecki, dużą zwrotność i przyspieszenie. Niewysoki, wręcz niepozorny, nie sprawiał wrażenia gracza, którego należałoby się na boisku obawiać. ,,Rozmawiał z nami, poklepywał i nagle? urywał się obrońcom i strzelał gola’’-wspominali go polscy piłkarze, którzy grali przeciw niemu w 1974 r. Samotny, opuszczony przez żonę, uwikłany w problemy osobiste popadł w alkoholizm. Kiedy wydawało się, że skończy na dnie, rękę wyciągnął do niego Bayern Monachium. Stali za tym jego dawni koledzy Beckenbauer, Rummenigge i Breitner. W 1992 r. zaproponowano mu pracę w sztabie trenerskim z zespołami młodzieżowymi. Müller rzucił nałóg i zaangażował się w nową pracę. ,,Być znowu w Bayernie, to najlepsze dla mnie lekarstwo’’-stwierdził. Odnosił sukcesy z juniorami klubu, wreszcie ukończył nawet kurs trenerski w szkole w Kolonii. Zmarł 15 sierpnia 2021 r.
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
8
Wybitne legendy polskiego futbolu:
3 listopada 1932 r. urodził się Ernest Pohl. Snajper nad snajperami. Jego futbolowy los nie ograniczał się jednak tylko do pobytu na polu karnym przeciwników. Pohl miał zmysł do ukochanej dyscypliny, jak może nikt przed nim a ni po nim w Polsce. Dziś najbardziej znany jest chyba ze swojego rekordu wszechczasów w liczbie strzelonych goli w Ekstraklasie. Pohl aż 186 razy pokonał bramkarzy przeciwników w pierwszej lidze. Dokonał tego w zaledwie 264 meczach, co daje mu wybitną średnią 0,7 gola na mecz. Na pozycji lidera gości w klasyfikacji strzeleckiej nieprzerwanie od 1965 roku, gdy wyprzedził Cieślika. Jeden raz strzelił w meczu ligowym 6 goli, co stanowi najlepsze indywidualne osiągnięcie w powojennych rozgrywkach. Dwukrotnie notował po 5 goli i aż 6-krotnie po 4 gole. Jeden z ,,pięciopaków” uzyskał w barwach Legii. W ten sposób przyczynił się do najwyższego zwycięstwa w polskiej lidze w powojennej historii(12:0!). Pozostałe wyniki strzeleckie takiego kalibru miały miejsce już w Górniku Zabrze. Jest więc jedynym piłkarzem, który w 2 różnych klubach w Ekstraklasie zdobył w jednym meczu co najmniej po 5 goli. W 8 sezonach z rzędu legitymował się dwucyfrową liczbą trafień. Żaden inny zawodnik nie miał takiego osiągnięcia w swoim dorobku. Ponadto tylko jemu oraz Henrykowi Reymanowi w dziejach ligi udało się dwukrotnie w karierze strzelić hat-tricki w dwóch kolejkach z rzędu. Swoimi umiejętnościami popisywał się nie tylko w lidze. W reprezentacji od 1961 do 1973 roku był rekordzistą w liczbie strzelonych goli. Potem wyprzedził go Lubański a po nim jedynie Deyna, Lato, no i rzecz jasna ,,Lewy”. Żaden z tych znakomitych zawodników nie osiągnął jednak takiej średniej jak Pohl. 39 goli w 47 meczach daje mu imponujący rezultat – 0,85 na mecz! W tej liczbie znajdują się m.in. hat-tricki przeciwko Danii i Finlandii, 4 gole przeciwko Norwegii a przede wszystkim 5 goli w starciu z Tunezją podczas Igrzysk Olimpijskich. Do dziś jest rekord goli w jednym meczu polskiej kadry wyrównany potem tylko przez Lubańskiego.
,,W czasie meczu z Tunezją dziennikarze zagraniczni żywo zaczęli się interesować zabrzaninem , zasypując swoich kolegów z Polski pytaniami dotyczącymi jego osoby. Pełna uznania dla gry Pohla jest również prasa włoska.”- pisał ,,Dziennik Łódzki” o tym wielkim meczu Pohla. Wraz z Sophusem Nielsenem, Gottfriedem Fuchsem, Herbertem Carlssonem, Teodoro Fernandezem, Ferencem Bene i Nilsem Petersenem, jest jednym z siedmiu piłkarzy, którzy w turnieju olimpijskim w jednym meczu strzelili co najmniej 5 goli. Tylko on, Bene oraz Petersen dokonali tego już po II wojnie światowej. Dzięki temu na IO w Rzymie zajął 3 miejsce w klasyfikacji strzelców, choć Polska odpadła z rozgrywek już po fazie grupowej. Na najniższym stopniu podium uplasował się w zestawieniu klasyfikacji strzelców w Pucharze Mistrzów w edycji 1966/67, choć był to już jego ostatni sezon w wyczynowym futbolu. Strzelił wtedy 5 goli. Łącznie jego bilans w tych rozgrywkach wyniósł 19 meczów i 11 goli. W lidze polskie 3-krotnie był królem strzelców(raz w Legii i dwukrotnie w Górniku). Skuteczność nie była jednak jego jedyną charakterystyczną cechą. Przede wszystkim wykazywał się znakomitą techniką i wszechstronnością oraz wielką inteligencją boiskową. Potrafił zaskoczyć bramkarzy na wiele sposobów. Bardzo dobrze współpracował ze swoimi partnerami z ataku. ,,Podawał nam na nos. Miał jeszcze jedną niezwykłą umiejętność. Patrzył w lewo ale podawał w prawo albo odwrotnie. Przeciwnicy nie mogli się w tym połapać. W czasie meczu potrafił mi wyłożyć trzy, cztery razy piłke marzenie. Był piłkarskim fenomenem.”- stwierdził sam Lubański. Kiedyś Pohla wstawiono do składu pomimo kontuzji, po to tylko by absorbował uwagę przeciwników. Stało się to w meczu na szczycie Górnik-Legia. On(choć nie sprawny) strzelił w tym meczu stołecznej drużynie aż 4 gole! Może z tego powodu również(grający w tym meczu Gmoch) uważa go za najlepszego polskiego piłkarza wszechczasów. Na premierze swej książki stwierdził że nie było możliwości go przewrócić. Zdanie to podziela Hubert Kostka. Według innego ze słynnych kolegów klubowych, Stanisława Oślizły, ma on z kolei miejsce w piątce najwybitniejszych zawodników w historii naszego kraju: ,,Poza szybkością był piłkarzem doskonałym”- dodawał. Sukcesy indywidualne szły w parze ze zdobyczami drużynowymi. Do dziś nikt nie pobił rekordu Polski w liczbie zdobytych mistrzostw Polski. Jako jedyny legitymuje się w tej klasyfikacji dwucyfrowym wynikiem. Dwukrotnie sięgał po to trofeum z Legią i 8-krotnie z Górnikiem. Wystąpił w sumie w 14-tu sezonach Ekstraklasy i tylko w pierwszym z nich nie stanął na podium ze swoja drużyną. Od 1995 do 1966 roku zawsze więc kończył z medalem. Jego dorobek zamknął się na 10 złotach, jednym srebrze i dwóch brązach. Trenerzy mieli do niego pretensje o nie zawsze sportowe podejście do futbolu. Lubański wspominał iż to Pohl był autorem jego chrztu w klubie, gdy kazał 16-latkowi oraz niewiele starszemu Waldemarowi Słomianemu przynieść wódke. Na nazbyt natarczywe przypomnienie o zdrowym trybie życia odpowiadał jednak: ,,Ernest pije ale Ernest gro.” Po czym wychodził na boisko i znów zadziwiał publiczność. Po zakończeniu kariery pracował jako asystent w Górniku Zabrze. Po upadku komuny powrócił do swojego rodowego nazwiska Pohl, na czas kariery zmienionego na ,,Pol”. W latach 90-tych wyjechał do córek mieszkających w Niemczech, gdzie zmarł w 1995 r. Jego imię nosi stadion Górnika.
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360
2
@misterio Dlatego też napisałem że ze szpiegowaniem to przesadził. Jednak do pewnego stopnia sportowców trzeba kontrolować, zwłaszcza w sportach drużynowych, gdyż inaczej, tak jak to ująłeś: rozpuszczą się jak dziadowski bicz. Teraz również trzeba umiejętnie postępować z drużyną a zwłaszcza z Yamalem, gdyż jest jeszcze bardzo młody i podatny na ,,rozpuszczanie"...
1
@Kazragore Dokładnie tak! Jak nie było twardej ręki( przykład Ronaldinho czy Neymara) to była rozpusta i w efekcie odbijało to sie na drużynie, która w efekcie nie osiągała sukcesów...
10
Twarde zasady Josepa Guardioli:
3 listopada 2008 r. Pep Guardiola wprowadza nowe punkty regulaminu obowiązującego zawodników. Pierwsze miesiące Pepa na stanowisku trenera przyniosły zmiany nie tylko na polu sportowym ale miały one również kształtować charakter graczy. Szkoleniowiec wprowadził twarde zasady- spóźnienie na trening choćby o minute kosztowało każdego zawodnika 6 tys. euro i brak możliwości odbycia zajęć z drużyną. Guardiola zarządził również obowiązkowe wspólne śniadania, na które również nie wolno było przybyć po czasie(kara- 500 EURO). Najbardziej kontrowersyjna zasada dotyczyła zachowania piłkarzy poza godzinami pobytu w klubie. Pep kontrolnie dzwonił do domów piłkarzy po północy i wywołany zawodnik musiał odebrać telefon. Brak odpowiedzi kosztował każdego gracza aż 2 tys. euro. Po latach okazało się że piłkarzy inwigilowano również w inny sposób. Guardiola w czasie prowadzenia Barcelony miał obsesyjnie pilnować swoich piłkarzy i szukać tych, którzy zbyt wiele czasu spędzają w nocnych klubach. Pep miał szpiegować piłkarzy posiłkując się agencją detektywistyczną Method 3, dlatego, jeśli wierzyć hiszpańskim mediom, szkoleniowiec kazał śledzić niektórych ze swoich podopiecznych. Wśród inwigilowanych miał być Gerard Pique, Eto’o czy nawet Messi. No cóż, ,,nasz ubóstwiany” Pepito miał obsesje i zdecydowanie przesadził, jednak koniec końców nie ma tego złego…
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
5
@FCBparasiempre
2 listopada 1928 r. na terenie obecnej Chorwacji urodził się najlepszy bramkarz w… historii futbolu? Czy najlepszy, to jest zawsze sprawa dyskusyjna. Tym bramkarzem był Vladimir Beara. Lew Jaszyn, jako jedyny golkiper, ma na swoim koncie Złotą Piłkę. W dodatku otrzymał ją w czasach, w których wybierano naprawdę najlepszego piłkarza na świecie, bez względu na jego medialność. Nikt nie ma wątpliwości, że był arcymistrzem w swoim fachu. Gdy jednak w 1963 roku odbierał statuetkę, z rozbrajającą szczerością wyznał: „Dziękuję za wyróżnienie ale tu powinien stać Beara. To on jest najlepszym bramkarzem na świecie”. Jakim bramkarzem musiał być zatem Vladimir Beara, że w takich słowach wypowiadał się o nim genialny Jaszyn? Vladimir od małego wykazywał ogromne zamiłowanie do sportu i z wielką przyjemnością uprawiał wiele dyscyplin, zarówno tych drużynowych, jak i indywidualnych. Co ciekawe i mocno niepopularne, patrząc na kariery byłych piłkarzy, najwięcej czasu poświęcał na balet. Tańczył nie tylko podczas zajęć, ale i w trakcie codziennych obowiązków, na przykład podczas pilnowania kóz. Miał 13 lat, gdy jego rodzinny dom został spalony przez chorwackich Ustaszy. Rodzina Beary miała zatem sporo szczęścia, że w ogóle uszła z życiem. Po utracie dorobku przeprowadziła się do Splitu i tam młody tancerz z ogromnym zaciekawieniem przyglądał się treningom Hajduka. Miejska legenda głosi, że podczas jednego z nich rozgrywana była gierka wewnętrzna, podczas której kontuzji doznał jeden z bramkarzy. Musiał zejść z boiska, a wówczas Jozo Matošić, najbardziej szanowany zawodnik drużyny i jej przyszły trener, wskazał palcem na Bearę i powiedział: „Malutki, stań na chwilę na bramce”. Ten wykonał jego polecenie, a nieco później oczarował wszystkich swoją postawą. Nie pełnił roli statysty, popisał się kilkoma interwencjami, za które otrzymał gromkie brawa.Tuż po zajęciach usłyszał: “Wiesz co, przyjdź jutro na trening”. Oczywiście przyszedł i już po kilku dniach było pewne, że zostanie wyśmienitym golkiperem. Umiejętności nabyte podczas lekcji baletu oraz tysięcy godzin uprawiania sportu nie poszły w las, a wręcz przeciwnie – stanowiły dla niego przeolbrzymi handicap. Zdecydowanie przewyższał swoich konkurentów pod względem refleksu, elastyczności, gibkości czy wytrzymałości. Ponadto imponował wszystkim skokiem dosiężnym, godnym najlepszych skoczków narciarskich. Szybko, bo w wieku niespełna 19 lat, zadebiutował w oficjalnym meczu pierwszej drużyny. Beara rozegrał tyle fantastycznych meczów, wybronił tyle zmierzających do jego świątyni piłek, że nie sposób wszystkich zliczyć. Napastnikom rywali często odbierał ochotę do gry. „Moją pewność w bramce, sposób, w jaki byłem w stanie łatwo złapać piłkę i moją technikę oswajania uderzeń zawdzięczam treningom u Barby Luki. Wymyślił proste ćwiczenie, które często wykonywaliśmy. Zmuszał mnie do łapania małej piłki wielkości piłki bejsbolowej. Dzięki temu później znacznie łatwiej było mi złapać piłkę normalnych rozmiarów”. Barba Luka, o którym wspomniał Beara, to jego trener w Hajduku, Luka Kaliterna. W ekipie z nadmorskiego miasta nasz bohater rozegrał 308 spotkań, z czego 136 na najwyższym szczeblu rozgrywkowym w Jugosławii. W tych 136 meczach dał się pokonać zaledwie 139 razy. Jak na te czasy, czyli lata 50. poprzedniego stulecia, jest to fantastyczna statystyka. Miejmy na uwadze, że wówczas padało bardzo dużo goli, a wyniki, które dziś określilibyśmy mianem hokejowych, były w piłce nożnej na porządku dziennym. Jego znakomita postawa walnie przyczyniła się do sukcesów chorwackiej ekipy. Hajduk z Bearą w bramce trzykrotnie sięgał po Mistrzostwo Jugosławii. Czy jednak przez wszystkich ludzi związanych z tym klubem był należycie szanowany? Niestety nie. Jak powiedziałem na wstępie, pochodził z rodziny Serbów zamieszkujących chorwackie tereny. Choć sam w spisie powszechnym uznał się za Chorwata, nie brakowało tych, którzy wypominali mu pochodzenie. Wiadomo, jak napięte stosunki międzyludzkie panowały w byłej Jugosławii. Przecież nawet dziś, pomimo podziału na niepodległe państwa, gdzieniegdzie na Bałkanach wciąż bywa gorąco. A Beara grał tuż po II Wojnie Światowej, więc łatwo sobie wyobrazić, jak świeże były rany po krwawych wspomnieniach. Sam zapewne miał w głowie obraz swojego spalonego domu. Niektórzy, nawet z najbliższego otoczenia Hajduka, mówili na niego z pogardą Vlaj. W maju 1955 roku wystąpił w wygranym 4:0 meczu Jugosławii z Włochami. Po powrocie do kraju został trafiony w twarz kawałkiem węgla wystrzelonym przypadkiem z lokomotywy, przez co wylądował w szpitalu w Sarajewie. Spędził w nim kilkanaście dni, podczas których jego koledzy z Hajduka zgotowali sobie emocje w końcówce sezonu, przegrywając dwa z trzech ostatnich meczów. Beary w szpitalu nikt z klubu ze Splitu wówczas nie odwiedził… Tuż po opuszczeniu szpitalnych murów na własną odpowiedzialność wystąpił w starciu ostatniej kolejki rozgrywek, które Hajduk musiał wygrać, chcąc zapewnić sobie Mistrzostwo Jugosławii. Wygrał 5:1 z FK Radnički. Był to ostatni mecz naszego bohatera w barwach Białych. Na posezonowej ceremonii prezes Marko Markovina podziękował osobiście niemal wszystkim swoim zawodnikom. Niemal wszystkim, bo pominął Bearę. To nie był pierwszy raz, gdy golkiper został przez niego niezauważony. Sam doskonale zdawał sobie sprawę, że jego dyspozycja przyniosła drużynie wiele punktów, więc i jemu należą się podziękowania. Nie wytrzymał i zapytał wprost:
-Dlaczego po raz kolejny mnie ignorujesz?
-Jesteś tylko zwykłym bramkarzem. Takich jak ty mamy tu wielu. Gdybyś nagle przestał grać, nikt by za tobą nie tęsknił.
Beara nie mógł znieść tego upokorzenia. Szybko spakował manatki i dołączył, wbijając jednocześnie szpilkę swoim byłym pracodawcom, do Crvenej zvezdy. Z klubem z Belgradu świętował jeszcze więcej sukcesów niż w Hajduku – cztery mistrzostwa i dwa puchary kraju. Z czerwoną gwiazdą na piersi wystąpił w sumie 174 razy, w tym 83-krotnie w meczach ligowych, a w nich raptem 81 razy nie był w stanie zastopować piłki po strzałach rywali. Na własne żądanie, nigdy nie pojechał jednak z Czerwoną Gwiazdą na mecz do Splitu. Czy wynikało to ze strachu przed podrażnionymi kibicami? Absolutnie nie. Powód jego decyzji podam w dalszej części tekstu. Teraz, w ramach ciekawostki dodam, że w lutym 1958 roku wystąpił w ćwierćfinałowym starciu Pucharu Europy przeciwko Manchesterowi United. Crvena zremisowała z ekipą Matta Busby’ego 3:3, a o tym, że odpadła z rozgrywek zadecydował wynik pierwszego meczu, wygranego przez Anglików 2:1. Dzień po rewanżu w Monachium miała miejsce katastrofa samolotu British European Airways 609, lecącego z Belgradu do Manchesteru z międzylądowaniem w stolicy Bawarii, w wyniku której śmierć poniosły 23 osoby, w tym ośmiu piłkarzy Czerwonych Diabłów. Czy, jak prorokował to Markovina, po Bearze w Hajduku rzeczywiście nikt nie tęsknił? Tęskniono i to bardzo. Bez niego na kolejne krajowe mistrzostwo czekano w Splicie przez 16 lat. Myślę, że nikomu nie trzeba tłumaczyć, że odpowiednie ustawienie muru przed egzekwowaniem przez rywali rzutu wolnego często jest kluczem do zapobiegnięcia utraty bramki. Wielu było takich, którzy z niego rezygnowali, po czym szybko ukrywali twarz w dłoniach, a następnie pokornie wyciągali piłkę z siatki. Beara twierdził, że mur mu przeszkadza, bo w ten sposób koledzy zasłaniają mu piłkę, zatem nakazywał im się rozejść i pilnować w tym czasie zawodników drużyny przeciwnej. Dzięki swojemu nadludzkiemu refleksowi i skoczności mógł sobie na to pozwolić. Nie sprawiało mu różnicy, z jakiej odległości egzekwowany był stały fragment gry. Znakomite występy w klubowych barwach były oczywiście dla Beary przepustką do reprezentacji Jugosławii. Zadebiutował w niej w 1950 roku, a już w trzecim swoim występie oczarował cały piłkarski świat. 22 listopada 1950 roku był najmłodszym zawodnikiem, który wybiegł na murawę stadionu Highbury na mecz Anglia – Jugosławia. Zdecydowanym faworytem tej potyczki byli oczywiście Synowie Albionu, którzy do tej pory na własnej ziemi zawsze wygrywali z ekipami z kontynentalnej części Europy. Niemal 61,5 tys. kibiców zgromadzonych na obiekcie Arsenalu było zatem świadkami historycznego spotkania, bowiem ich ulubieńcy zaledwie zremisowali 2:2. Największe wrażenie na nich, na dziennikarzach i samych brytyjskich piłkarzach, zrobił Vladimir Beara. Bez niego ekipa Jugosławii zapewne wracałaby do domu z bagażem kilku goli. Posłuchajcie fragmentów relacji Mike’a Payne’a: „Kibiców ogarnęło fałszywe poczucie bezpieczeństwa, gdy po 35 minutach Anglia powadziła przekonująco 2:0. Bramkarz Jugosławii, Beara, niegdyś tancerz baletowy, wkrótce pokazał swoją zwinność. Po stracie gola w 41. minucie na 2:1, Anglia desperacko próbowała potwierdzić swoją wyższość w pierwszej połowie i gdyby nie występ Beary w bramce, to by to zrobiła. Trzy razy w ciągu trzech minut fruwał w bramce po uderzeniach Wilfa Manniona oraz główce Johnny’ego Hancocksa. Próby ataków w drugiej części meczu też nie przynosiły skutków. Na pół godziny przed końcowym gwizdkiem drużyna Anglii zanikła. Zainspirowana postawą Beary Jugosławia nagle przejęła inicjatywę. W 78. minucie ostatecznie doprowadziła do zasłużonego wyrównania. Pod koniec spotkania na jej bramkę znów sunęły ataki angielskich zawodników, którzy jednak udawali się pod pole karne przeciwnika tylko po to, by podziwiać kolejne fantastyczne interwencje najlepszego piłkarza tego spotkania”. W brytyjskich gazetach można było doszukać się wielu podobnie brzmiących relacji. Beara zrobił wrażenie na absolutnie wszystkich oglądających jego show, podczas którego w bramce dokonywał nadludzkich rzeczy. Obronił trzynaście strzałów określonych mianem groźnych oraz sześć takich, po których piłka nieuchronnie zmierzała do siatki. Napotkała jednak na swojej drodze golkipera nie z tej planety. Z uwagi na tak niebywały występ nadano mu nawet pseudonim Vladimir the Great, czyli Włodzimierz Wielki. Beara był uczestnikiem trzech Mundiali. Co prawda w 1950 roku musiał pogodzić się z rolą zmiennika bardziej doświadczonego Srdana Mrkušicia i mecze oglądał z perspektywy ławki rezerwowych, jednak cztery i osiem lat później miał już status niepodważalnej gwiazdy swojej ekipy. Największy sukces w narodowych barwach świętował na Igrzyskach Olimpijskich w Helsinkach w 1952 roku. Jugosławia dotarła do finału, w którym musiała uznać wyższość Złotej Jedenastki reprezentacji Węgier, przegrywając 0:2. Po latach Beara, zapytany o najwspanialsze wspomnienie ze swojej kariery, wskazał właśnie na ten mecz. Przy stanie 0:0 obronił rzut karny wykonywany przez wielkiego Ferenca Puskasa. A przecież Galopujący Major nie zwykł marnować jedenastek…
„Do piłki podszedł Węgier. Przez głowę przeszła mi tylko jedna myśl – to koniec. Ferenc popatrzył w mój lewy róg, ja wychyliłem się w tę stronę, po czym bez zastanowienia rzuciłem się w prawy. Dotknąłem piłki dłonią, co wystarczyło. Obroniłem karnego samego Puskasa!”- wspominał Beara. Inne starcie przeciwko Węgrom, przegrane przez Jugosławię 2:4, rozegrane 11 października 1959 roku, było ostatnim meczem Beary w kadrze narodowej. Nie zrezygnowano wówczas z niego ze względów sportowych. Główną rolę odegrała polityka. Bramkarz skorzystał z możliwości wyjazdu do klubu zagranicznego, czym zamknął sobie drogę do kadry. Wyjechał do Niemiec, gdzie w ciągu pięciu lat reprezentował barwy Alemannii Aachen, Viktorii Koeln oraz Freiburgera FC. Jego reprezentacyjny licznik zatrzymał się na 59 występach. Jego życie po życiu, jak często mówi się o czasach po zakończeniu przez zawodników piłkarskiej kariery, również kręciło się wokół piłki. Został trenerem i pracował w klubach w Niemczech, Holandii, Austrii i oczywiście Jugosławii. W latach 1973-75 pełnił funkcję szkoleniowca reprezentacji Kamerunu. Później na stałe osiadł w Splicie, mieście, które z całego serca uwielbiał, a które na to uczucie odpowiadało z jednej strony miłością, a z drugiej nienawiścią. Miłością, bo pamiętano, jakie cuda przed laty wyprawiał w bramce Hajduka. Nienawiścią, gdy wypominano mu serbskie pochodzenie oraz fakt zamienienia Hajduka na Crvenę Zvezdę. „Hajduk to moja największa miłość, miłość, która, jak każda prawdziwa i szczera, ma wiele pięknych, ale i mniej pięknych chwil. Miłość, która przyspiesza bicie serca, ale także zaciska się boleśnie w skurczu”- podsumował Beara. To właśnie ze względu na miłość do Hajduka, zawsze odmawiał gry przeciwko niemu. Będąc nawet po pięćdziesiątce, przychodził na treningi swojego ukochanego klubu i zakładał się z bramkarzami o to, że obroni więcej rzutów karnych niż oni. Rzadko przegrywał. Podczas wojny na Bałkanach w latach 90-tych poprzedniego stulecia, znów doświadczył tego, co kilkadziesiąt lat wcześniej. Ponownie w wyniku zbrojnych działań spłonął jego dom. Z pomocą przyszli kibice Hajduka. Zorganizowali zbiórkę, a następnie odbudowali budynek. W wywiadach o czasach minionych często ubolewał nad tym, jak bardzo zmieniła się piłka: „Mój czas był czasem romantycznej piłki nożnej. Czasem dryblingu i atrakcyjnych bramek. Taktyka wciąż nie jadła piłki nożnej. To styl gry na mundialu w 1962 roku, a następnie w Anglii w 1966 roku zapoczątkował nową erę w piłce nożnej. Teraz piłka nie jest już najważniejszą rzeczą w grze”. Na krótko przed śmiercią przebył kilka udarów. Zmarł w nocy z 10 na 11 sierpnia 2014 roku w wieku niespełna 86 lat. Jego pogrzeb, a raczej miejsce pochówku, wywołało niemały skandal. Beara, wedle życzenia swojej żony Jadranki, spoczywa na cmentarzu katolickim Lovrinac w Splicie. Problem w tym, że były bramkarz był zagorzałym i praktykującym wyznawcą prawosławia. Często pielgrzymował do prawosławnych świątyń, a gdy na rok przed swoją śmiercią otrzymał od jednego z arcykapłanów dyptyk, stwierdził, że to najlepszy prezent, jaki kiedykolwiek został mu podarowany. Po ceremonii pogrzebowej pojawiły się głosy, że jego ciało powinno zostać przeniesione na cmentarz prawosławny. Dyskusję zakończyły słowa prawosławnego arcykapłana Slavoljuba Knezevicia: „Pewne jest, że Vladimir chciałby zostać pochowany zgodnie ze swoimi zwyczajami. Ale teraz nie ma sensu przeszukiwać jego kości. Ważne, aby po prostu spoczywał w pokoju”.
5
Czy był bramkarz dorównujący, bądź nawet przewyższający potędze Lwa Jaszyna? Otóż był i wypadałoby go znać. Wszystkiego dowiecie się w odpowiedzi na mój komentarz:
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360