10

Hokejowy wynik w La Liga:

27 października 1940 r. FC Barcelona zremisowała na „Estadio Vallecas” z Atletico Aviacion(dzisiejszy Atletico Madryt) 4:4 w ramach 5 kolejki Primera Division. Dublet dla Blaugrany zaliczył rasowy snajper Mariano Martin(81 i 85 minuta). Pozostałe gole strzelili: Jose Bravo(24 minuta) oraz Julian Vergara(79 minuta). Po 5 kolejce Duma Katalonii zajmowała dopiero 7 miejsce, ze stratą 4 punktów do prowadzącej FC Sevilli.

@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360

3

@ranger3120 Ależ naturalnie że z książek! Co najmniej 80 % z książek a reszte z internetu. Po prostu czytam książki a nie jakieś pojebane internetowe iksy!

11

Kompromitacja w Pucharze Króla:

27 października 2004 r. FC Barcelona przegrała w pierwszej rundzie Pucharu Hiszpanii z trzecioligowym UDA Gramanet 0:1 po dogrywce. W 2003 r. Blaugrana potrzebowała gola Ronaldinho żeby wyeliminować tego samego przeciwnika z Pucharu Króla. Rok później nie miała już tyle szczęścia. Po golu w dogrywce swojego wychowanka Oscara Ollesa poniosła kolejną w Copa del Rey porażke z nisko notowanym rywalem(w 2001 z Figueres i w 2002 z Noveldą). W ataku grał wówczas młodziutki Messi, który po meczu ,,czuł złość z powodu porażki” i narzekał że ,,gospodarze zamknęli się na swojej połowie”. Tamten sezon był pierwszym od kiedy pokochałem Blaugrane, jednak o tym meczu i że grał w nim Messi nie miałem żadnego pojęcia. Do prasy miałem wówczas nieco ograniczony dostęp, w telewizorze miałem tylko jedynke, dwójke i Polsat, a o internecie to mogłem co najwyżej pomarzyć. Jedyne wyniki Barçy znałem z telegazety, ewentualnie wybrany mecz przez publiczną tv w Lidze Mistrzów.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

1

@Bernard777 O! czyli widze że od 27 listopada 1991 roku cię wzieło. To miałeś farta bo to historyczny sezon "nam" wyszedł, pierwszy w historii Puchar Europy Mistrzów Klubowych. Ja w tamtych czasach to w zasadzie żadnemu klubowi nie kibicowałem. Dla mnie tamte czasy to głównie praca na wsi, zajebiste zabawy wiejskie i pierwsze zauroczenia i zakochania w dziołchach. No ale naturalnie finał z Wembley oglądałem, a jakże! Jedyne co mi z tego finału to oczywiście "petarda" Koemana...
Zazdroszcze ci tego położenia geograficznego blisko Czech. U mnie na wsi to była bida z nędzą że aż piszczało! Zresztą dzisiaj też rewelacji nie ma gospodarzyć na 6 klasie ziemi bez zaplecza, dlatego wyniosłem się stamtąd do miasta i porządnie odżyłem...

1

Żal patrzeć na naszą Barcunie, Flick musi coś z tym zrobić. Natomiast Farran Torres to chłop, który nie ma jaj! To jest facet? Przeca to damska pizdeczka, która nie nadaje się na konfrontacje z równymi, czy lepszymi od niego. Miejsce tego patałacha to Barca Femeni!

12

Szanowni i kochani cules, przed nami Grande Espectacolo El Clasico(!) po raz 305 w historii i po raz 191 w Primera Division. Bilans z ,,prześcieradłami” w La Liga mamy nieco niekorzystny, gdyż przegraliśmy 79 takich Klasyków, wygrywając 76. Jedynie bilans bramkowy mamy na plus(309 do 307). Dzisiaj nadaża się okazja aby zmienić ten niekorzystny bilans w Primera Division.

Visca el Barça! Parasiempre!

@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

11

Zdobywcy hattricka w El Clasico:



Santiago Bernabéu(Real Madryt), 2 kwietnia 1916 r. i 13 kwietnia 1916 r.

Luis Belaunde(Real Madryt), 13 kwietnia 1916

Paulino Alcántara(FC Barcelona), 13 kwietnia 1916

Josep Samitier(FC Barcelona), 18 kwietnia 1926

Jaime Lazcana(Real Madryt), 30 marca 1930 r. i 3 lutego 1935 r.

Juan Ramon(FC Barcelona), 5 kwietnia 1931

Ildefonso Sañudo(Real Madryt), 3 lutego 1935

Marti Ventolra(FC Barcelona), 21 kwietnia 1935

Pruden(Real Madryt), 13 czerwca 1943

Sabino Barinaga(Real Madryt), 13 czerwca 1943

Pahino(Real Madryt), 18 września 1949

Jesus Narro Sancho(Real Madryt), 14 stycznia 1951

Cesar Rodriguez(FC Barcelona), 2 marca 1952

Eulogio Martinez(FC Barcelona), 19 maja 1957

Evaristo de Macedo(FC Barcelona), 26 października 1958

Ferenc Puskás(Real Madryt), 27 stycznia 1963 i 30 marca 1964

Amancio(Real Madryt), 8 listopada 1964

Gary Lineker(FC Barcelona), 31 stycznia 1987

Romario(FC Barcelona), 8 stycznia 1994

Ivan Zamorano(Real Madryt), 7 stycznia 1995

Lionel Messi(FC Barcelona), 10 marca 2007 i 23 marca 2014

Luis Suarez(FC Barcelona), 28 października 2018

Karim Benzema(Real Madryt), 5 kwietnia 2023 r.

Winicius Junior(Real Madryt), 14 stycznia 2024

Kylian Mbappe(Real Madryt), 11 maja 2025



Kto będzie następny w kolejce? Miejmy nadzieje że ktoś z “naszych” ulubieńców, pytanie tylko kiedy? Czyżby już dziś?

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

9

Piłkarze FC Barcelony, którzy byli szwagrami:

Koledzy z drużyny… i szwagrowie. To rzadkie, ale może się zdarzyć, jak w przypadku Daniego Carvajala i Joselu w Realu Madryt. A w Barcelonie taka sytuacja zdarzyła się nie raz. Jednym z takich przypadków są Raúl Vicente Amarilla i Julio César Romero. Elva, siostra tego drugiego, poślubiła pierwszego. Jednak, chociaż oboje grali w Barcelonie, robili to w różnych sezonach: nigdy nie nosili razem koszulki Blaugrany. Amarilla trafił do Hiszpanii dzięki Zaragozie, który najpierw wypożyczył go do Racingu Santander, zanim zaczął cieszyć się piłką nożną (został nawet królem strzelców w sezonie 1982/83). Po czterech latach w Aragonii dołączył do FC Barcelony za 50 milionów peset. Jego kariera w Barcelonie zakończyła się w 1988 roku: został zwolniony po buncie w „Hesperii” (buncie drużyny przeciwko prezydentowi José Luisowi Núñezowi). Następnie grał przez rok w Meksyku, wrócił do Paragwaju i zakończył karierę w Japonii. Jego o miesiąc młodszy szwagier Romerito dołączył do FC Barcelony na prośbę Johana Cruyffa po kontuzji José Mari Bakero, ale został w drużynie tylko trzy miesiące. W jego przypadku, po przejechaniu przez Stany Zjednoczone i Brazylię, przeszedł na emeryturę w Paragwaju.

Z kolei Rumuni Gica Hagi i Gica Popescu również byli szwagrami (i spędzili razem sezon w Barcelonie). Ich żony są siostrami. Hagi, prawdopodobnie najlepszy piłkarz swojej narodowości, dorastał grając w piłkę nożną w swoim kraju i po dobrym występie na Mistrzostwach Świata w 1990 roku podpisał kontrakt z Realem Madryt, choć nie zapewnił sobie pożądanej ciągłości. Następnie trafił do Brescii we Włoszech, gdzie awansował i spadł z ligi… i Barça wykorzystała to, by ściągnąć go do kadry, choć to też nie było jego miejsce. Dwa lata później znalazł schronienie w tureckim Galatasaray, gdzie zawiesił buty na kołku. Dziś jest właścicielem klubu. A Popescu? Trenował w Rumunii, ale grał w siedmiu ligach, z czego cztery należały do najbardziej prestiżowych w Europie (hiszpańska, włoska, angielska i niemiecka). Dołączył do Barcelony w 1995 roku i został jej kapitanem, ale dwa lata później odszedł do Galatasaray, które było bliżej domu. Później kontynuował grę we Włoszech, Rumunii i Niemczech, gdzie stracił pasję i przeszedł na emeryturę. Jednak jego największe nieszczęście nastąpiło w 2014 roku: skazany za oszustwa podatkowe i pranie pieniędzy przy transferach rumuńskich zawodników za granicę, spędził prawie dwa lata w więzieniu.

Na koniec należy wspomnieć o Patricio Arnau i José Escaichu. Ten pierwszy zadebiutował oficjalnie w pierwszej drużynie FC Barcelony w 1925 roku i pozostał w niej do sezonu 1934-35. Otóż jego starsza siostra, Isabel, wyszła za mąż za José Escaicha, również piłkarza, choć nie tak utalentowanego jak Arnau, jego przyszły szwagier, z którym grał w drużynie Blaugrany. Jednak on rozgrywał tylko mecze towarzyskie z pierwszą drużyną i po latach został trenerem FC Barcelony.

@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

15

Dublet Lewandowskiego w El Clasico!

Dokładnie rok temu FC Barcelona po fantastycznym meczu rozgromiła Real Madryt aż 4:0 w rozgrywanym w ramach 11. kolejki hiszpańskiej La Liga. Dwa gole dla Dumy Katalonii zdobył reprezentant Polski Robert Lewandowski. Po golu dołożyli też młodziutki Lamine Yamal oraz będący ostatnio w znakomitej formie Raphinha. Spotkanie na Estadio Santiago Bernabeu od pierwszych minut było prowadzone w niezwykle szybkim tempie i przysparzało ogrom emocji. Real Madryt prowadzenie mógł objąć już w 2. minucie, ale Kylian Mbappe w sytuacji sam na sam z bramkarzem uderzył obok bramki. Na szczęście dla Francuza, arbiter odgwizdał w tej sytuacji spalonego. Chwilę później, bo w 9. minucie pierwszy raz piłkę w polu karnym Królewskich miał Robert Lewandowski. Jednak dobrze pilnowany Polak nie miał możliwości oddania celnego uderzenia. W kolejnych fragmentach pierwszej połowy coraz większą przewagę mieli gospodarze. Kylian Mbappe raz za razem uwalniał się spod opieki defensorów Dumy Katalonii, ale sędzia co raz używał gwizdka, sygnalizując pozycje spalone. Gwiazdor Realu Madryt najbliżej otwarcia wyniku meczu był w 30. minucie. Udało mu się nawet pokonać golkipera przyjezdnych, ale i w tym przypadku, arbiter użył gwizdka, bo... Francuz ponownie był na ofsajdzie. W drugiej połowie meczu sprawy w swoje ręce wziął Robert Lewandowski i wprawił w osłupienie kibiców zgromadzonych na Estadio Santiago Bernabeu. W 54. minucie kapitan reprezentacji Polski został kapitalnie obsłużony prostopadłym podaniem przez Marca Casado, ruszył sam na sam z Andrijem Łuninem i precyzyjnym uderzeniem otworzył wynik. Real Madryt jeszcze nie otrząsnął się po stracie pierwszego gola, a 2 minuty później przegrywał już 0:2. W roli głównej ponownie wystąpił Robert Lewandowski. Tym razem polski napastnik został obsłużony znakomitym dośrodkowaniem ze skrzydła przez Alexa Balde i perfekcyjnym uderzeniem głową - ponownie pokonał Andrija Łunina. W 66. minucie Polak mógł skompletować nawet hat-trick. Jednak w stuprocentowej sytuacji trafił w słupek a była to jedna z najłatwiejszych okazji 36-latka w całym meczu. Kolejny cios FC Barcelona zadała w 77. minucie, a z gola cieszył się zaledwie 17-letni Lamine Yamal. Młodziutki Hiszpan został obsłużony precyzyjnym podaniem przez Raphinhę i mocnym uderzeniem w górny róg bramki, pokonał golkipera Królewskich. Dzieła zniszczenia w 84. minucie dopełnił sam Raphinha, który ostatnio jest w wybitnej formie. Brazylijczyk efektownym lobem nie dał szans ukraińskiemu bramkarzowi i także mógł celebrować swoje trafienie na Estadio Santiago Bernabeu.

@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

2

@Bernard777 No przecież o tym rewanżu z "tańcem diabła" donosze na lamach fcbarca.com rok rocznie, o czym sie niebawem przekonasz...
A o tym pierwszym meczu że go nie transmitowali, to akurat nie wiedziałem, dobrze że o tym wspomniałeś, dzięki śliczne :)

12

Nie taki diabeł straszny, jak go malują:

26 października 1988 r. FC Barcelona sensacyjnie zremisowała 1:1 z Lechem Poznań na Camp Nou w pierwszym meczu 1/8 Pucharu Zdobywców Pucharów. Katalończycy zagrali najgorsze spotkanie w sezonie, w dodatku obrońca Aloisio został po meczu wygwizdany. Bogusław Pachelski już na początku meczu zmarnował sytuacje sam na sam z Zubizarretą, natomiast Blaugrana objęła prowadzenie po kontrowersyjnym rzucie karnym, będącym efektem zagrania ręką Łukasika. W drugiej połowie gospodarze rzadko zagrażali bramce Lecha a po jednej z kontr do wyrównania doprowadził Pachelski. Dziennikarze chwalili dobre przygotowanie fizyczne Lecha i świetną gre bramkarza Jankowskiego. Ja tylko przypomnę że był to debiutancki sezon w roli szkoleniowca Ś.P. Johana Cruijffa.

@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson

0

@Bernard777 Jakoś ciężko w to uwierzyć. Jedno jest pewne- wygrać z nimi, to będzie graniczyło z cudem...

1

@APTAPT Ten bezczelny Jose Mourinho wkładał palec w oko Francescovi Vilanovie, nazywanym Tito. To tak na marginesie dla przypomnienia :)
Z białymi trzeba ostro ale z drugiej strony Yamal jest całkowicie bez formy, więc dzisiaj wygrać, to będzie niebotyczny cud nad cudami. Remis biore w ciemno, co i tak, patrząc na naszą bezradną defensywe będzie dobrym wynikiem...

10

Supercopa de España:

26 października 1983 r. FC Barcelona pokonała na San Mames Athletic Bilbao 1:3 w pierwszym meczu o Superpuchar Hiszpanii. Gole dla Barçy zdobywali: Alexanco(31 m.), Carrasco(48 m.) oraz Rojo(77 m.). Była to druga edycja turnieju, promowanego przez prezydenta Barcelony Josepa Lluísa Núñeza.

@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360

8

Hattrick Cesara Rodrigueza:

26 października 1952 r. FC Barcelona gromi na „Estadio Torrero” Real Saragosse 1:5 w 7 kolejce Primera Division. Hattrickiem popisał się genialny Cesar Rodriguez strzelając kolejno w 62, 65 i 83 minucie. Pozostałe 2 gole strzelili: Aldecoa(17 minuta) oraz Basora(59 minuta). Po golleadzie w Saragossie Blaugrana zajmowała 3 pozycje w tabeli La Liga ze stratą 5 punktów do Espanyolu.

@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

0

Wczoraj w nocy rozłożyłem się jak panisko na sofie i włączyłem se Canal + Extra żeby ogladać(co prawda nie od samego początku) mecz... mecz to za mało powiedziane. To było kapitalne widowisko rozgrywane na Brentford Community Stadium. Gdy włączyłem było już 1:0 dla Brendford. Nie wiem co sie dzieje z Liverpoolem bo oni w tamtym sezonie(zresztą początku tego również na to wskazywał) szli jak cyklon i wszystkich niszczyli a teraz nagle.....? Z drugiej strony jestem pod ogromnym wrażeniem gry Brendford, chwilami grają spektakularną piłke, niczym nasza Barcunia za Guardioli. Przynajmniej wczoraj zrobili na mnie piorunujące wrażenie, no ale zobaczymy co będzie dalej, gdyż Premier Lig to bardzo wymagająca liga...

12

Udo Lattek, pierwsze połączenie Hansiego Flicka z FC Barceloną:

Trener Blaugrany z lat 80-tych ubiegłego wieku był trenerem obecnego trenera Barçy. W ciągu 125 lat Barça miała tylko trzech niemieckich trenerów: Hennesa Weisweilera, Udo Lattka a teraz Hansiego Flicka. Dwaj ostatni, co ciekawe, zbiegli się w czasie w Bayernie Monachium. W 1985 roku Lattek był głównym trenerem bawarskiego klubu, a w listopadzie dał Flickowi, przeciętnemu piłkarzowi, debiut w Bayerze Leverkusen (1-2). Lattek trafił do FC Barcelony w 1981 roku. Bernd Schuster był gwiazdą drużyny, która umarła na dnie. Zdecydowany lider La Liga, zatonął w ostatnich dniach, wyczerpany zawodnikami i bolesnymi porażkami z Valencią (3:0), Espanyolem (1:3), Osasuną (3:2) i Realem Madryt (3:1). Zespół Blaugrany pocieszył się Pucharem Zdobywców Pucharów, który zdobył w 1982 roku, pokonując Standard de Liège (2:1) w finale rozgrywanym na Camp Nou. Simonsen i Quini strzelili obie bramki dla Barcelony. W swoim drugim sezonie na Camp Nou, Lattek popadł w konflikt z Schusterem (nazywając swojego rodaka „pijakiem”), a także miał trudne relacje z Diego Armando Maradoną , który został pozyskany po Mistrzostwach Świata w 1982 roku. Lattek został zwolniony, a jego następcą został César Luis Menotti. Weisweiler również został zwolniony z powodu napiętych relacji z Johanem Cruyffem. Flick jest w pełni świadomy obu przypadków, ale Barça utrzymuje, że jest on bardzo pragmatycznym menedżerem, bliskim swoim zawodnikom i wcale nie histerycznym. Co ciekawe, Flick przeżywał swój szczyt formy pod wodzą Lattka. W ciągu pięciu lat spędzonych w Bayernie, obecny trener Barcelony czterokrotnie wygrał Bundesligę. Zdobył również Puchar Niemiec i Superpuchar Niemiec. Bayern Monachium w Europie nie odniósł tak wielkich sukcesów pod wodzą Flicka. Trener Barcelony był w pierwszym składzie w finale Pucharu Europy w 1987 roku, w którym mistrzowie Niemiec przegrali z Porto (1:2) w Wiedniu. Wspaniały gol Madjera był decydującym. Dziś Flick stoi przed wyzwaniem odrodzenia Barçy, która została poobijana i niemal zatonęła. Na razie jego formuła działa. Przede wszystkim, z atrakcyjnym, piłkarskim podejściem do zmieniających się czasów. Z klasą i duszącą presją na przeciwnika, Barça znów budzi szacunek. Budzi postrach. Flick to trener, który czerpie z wielu źródeł. Nie jest fanem Cruyffa ani nie ma w sobie ducha Barcelony, ale spotkał się z Pepem Guardiolą przed podpisaniem kontraktu z Barceloną. Mówi się, że wiedział dużo o klubie, zawodnikach pierwszego składu, a także o drużynie rezerw i młodzieżowej. Jest fanatykiem piłki nożnej, ale zachowuje zdrowy rozsądek i nigdy nie zapomina lekcji, których udzielił mu Udo Lattek, poprzedni niemiecki trener FC Barcelony. Katalończycy mają nadzieję, że odniesie jeszcze większe sukcesy.

@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360

10

Legia w europejskich pucharach:

25 października 1972 roku piłkarze Legii zremisowali ze słynnym AC Milan w rozgrywkach o Puchar Zdobywców Pucharów 1:1. Spotkanie z Włochami odbyło się na Stadionie Dziesięciolecia w Warszawie, a gola dla Wojskowych strzelił Kazimierz Deyna. 50 tysięcy warszawskich kibiców a także bramkarz rywali, oklaskiwało jedną z najpiękniejszych, jeśli nie najpiękniejszą bramkę „Kaki” w całej jego karierze. W meczu rewanżowym na San Siro legioniści ulegli rywalom 1:2. „W swojej historii piłkarze Legii na boisku stadionu przy ulicy Łazienkowskiej rozegrali niezliczoną liczbę wspaniałych spotkań. Wówczas, ten jeden raz zarządzono inaczej i kiedy los przydzielił piłkarzom Legii słynny klub, 'wysokie czynniki partyjne', nie znające w ogóle ducha sportu ustaliły, że mecz Legia – AC Milan w dniu 25 października 1972 roku zostanie rozegrany na Stadionie Dziesięciolecia. Piłkarze i działacze niechętnie zgodzili się na propozycję władz, ale w ówczesnej Polsce nie znosiły one sprzeciwu i jeśli coś postanowiono, to nikt nie miał prawa tego negować” – czytamy w tekście Wiktora Bołby na historycznych stronach ,,Naszej Legii”. Paradoksalnie rozegranie spotkania na warszawskim gigancie nie gwarantowało odpowiedniej frekwencji, gdyż stutysięcznik nie był wyposażony w sztuczne oświetlenie. Do ostatniej chwili nie była więc znana pora rozpoczęcia zawodów. Ostatecznie zdecydowano, że mecz rozpocznie się o godzinie 14. Największym wydarzeniem z meczu z AC Milan(oprócz wyniku) była bez wątpienia piękna bramka, jaką zdobył w 78. minucie Kazimierz Deyna ustalając wynik spotkania na 1:1. Ten gol, był jednym z piękniejszych, jeśli nie najpiękniejszym strzelonym przez Kazimierza Deynę podczas gry w klubie z Łazienkowskiej. Owację na stojąco zgotowali mu nie tylko kibice na stadionie, ale także piłkarze AC Milan, którzy z niedowierzaniem kręcili głowami po golu „Kaki”. „W środę, 25 października 1972 roku, mimo niezbyt dogodnej pory dnia, na Stadionie Dziesięciolecia zebrało się 50 tysięcy widzów, co na tym obiekcie nie było liczbą imponującą. Z Włoch za swoimi pupilami przybyła do Warszawy 40-osobowa grupa żywo reagujących fanów. Wszyscy oczekiwali dobrego widowiska sportowego w wydaniu cieszącego się światową sławą AC Milan i jego 'cudownego dziecka' Gianni Rivery. Gdy wreszcie wybiła godzina 'zero', oba zespoły pojawiły się na placu gry. Lesław Ćmikiewicz miał za zadanie wyłączyć z gry Riverę, natomiast Andrzej Zygmunt Pierino Pratiego. Reszta legionistów otrzymała polecenie krótkiego krycia na całym boisku wszystkich piłkarzy AC Milan i forsowania ataku od pierwszej do ostatniej minuty meczu. Tak oto w telegraficznym skrócie należy przedstawić założenia taktyczne ustalone na przedmeczowej odprawie przez trenera Legii Lucjana Brychczego.

Odpowiednio ustawieni przez szkoleniowca legioniści zdecydowanie ruszyli na utytułowanego rywala, dlatego emocji nie brakowało już od pierwszych minut spotkania. Piłkarze Legii, których gra rzadko satysfakcjonowała kibiców w ligowych meczach, tym razem wznieśli się na wyżyny swoich umiejętności. Po raz kolejny mogliśmy się przekonać, że Legia w europejskich pucharach potrafi stworzyć emocjonujące widowiska. (...) Akcje Wojskowych mogły się podobać. Były szybkie, zdecydowane i co ważniejsze, urozmaicone. Zwłaszcza zagrania demonstrowane przez Kazimierza Deynę, Lesława Ćmikiewicza i lewoskrzydłowego Roberta Gadochę, sprawiały rywalom sporo kłopotów. Kilkakrotnie poważnie zagroził bramce gości Stefan Białas, jednak w decydujących momentach nie potrafił zachować zimnej krwi. (...) Piękno gry w piłkę nożną i jej powodzenie polega na zdobywaniu bramek. Gol, to cel tej gry – to spełnienie pragnień nie tylko piłkarzy, lecz także tysięcy kibiców. (...) Gdyby pośród wszystkich strzelców goli na Stadionie Dziesięciolecia prowadzono klasyfikację na zdobywcę najpiękniejszego, zdecydowanym jej liderem byłby zdobywca wyrównującej bramki z AC Milan Kazimierz Deyna. On sam w swoich wspomnieniach 'Droga do medalu' – drukowanych na łamach 'Przeglądu Sportowego' w odcinku zatytułowanym 'Mój najpiękniejszy gol' – tak opisywał sytuację z meczu z Milanem: 'Piotrek Mowlik rzucił w moim kierunku piłkę. Od razu puściłem ją sobie na 'for' i popędziłem co sił do przodu. Kiedy dochodziłem do linii środkowej boiska czułem, że mój 'anioł stróż' Benetti jest tuż za mną. Rozejrzałem się w biegu komu by podać i zauważyłem idącego po lewym skrzydle Białasa. Skierowałem natychmiast przed niego długie, chyba czterdziestometrowe podanie i pobiegłem w stronę bramki przeciwnika, nie tracąc z oka tego, co dzieje się z piłką. Stefan, mając duży rozpęd, wyprzedził będącego na jego drodze Rosato, opanował piłkę i trochę podciągnął. Krzyknąłem wtedy – dawaj! Białas zobaczył mnie i bardzo mocno scentrował – płasko, trochę do tyłu. Piłka szła bardzo szybko i ja byłem w pełnym biegu. W wyobraźni widziałem miejsce, w którym moja prawa stopa spotka się z piłką. Nie zwalniając biegu rąbnąłem prostym podbiciem... Trafiłem wprost idealnie i wydawało mi się, że piłka ginie mi z oczu, lecąc w kierunku bramki. Pamiętam tylko chwilę lęku, czy nie pójdzie trochę za wysoko, ale nie, otarła się o poprzeczkę, aż się spłaszczyła i już była w sieci! Mam jeszcze w oczach obraz Belliego, próbującego wyciągnąć ręce do piłki, ale zdołał je podnieść tylko do wysokości piersi – na tyle właśnie, żeby zacząć bić... brawo. To dla piłkarza chyba największy dowód uznania, kiedy pokonany bramkarz nagradza strzelca oklaskami' - tyle Kazimierz Deyna. O jego strzale w samych superlatywach rozpisywały się także wszystkie dzienniki włoskie” – czytamy w jednym z archiwalnych numerów NL.

Gole: Deyna (78) – Golin (74)

LEGIA: Mowlik – Stachurski, Z. Blaut, Zygmunt, Trzaskowski – Ćmikiewicz, Deyna, Pieszko – Nowak, Białas, Gadocha

AC MILAN: Belli – Anquilletti, Schnellinger, Rosati (80' Zignoli), Sabadini - Biasiolo, Rivera, Benetti - Bigon, Prati, Magherini (60' Golin)

@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

5

@FCBparasiempre
Ignacy Rosenstock urodził się 25 października 1889 r. w Bochni i już jako bardzo młody człowiek odznaczył się wielkimi czynami dla formującego się ruchu piłkarskiego na polskiej ziemi. Na początku swojej działalności szczególnie bliskie były mu sprawy sędziowskie, stąd jeszcze przed wybuchem I wojny światowej był jednym z twórców Kolegium Sędziów na terenie Galicji. Jak się potem okazało, to tylko wstęp do pracy i osiągnięć, dzięki którym nawet dziś Rosenstocka trzeba nazywać jedną z osób, która wywarła największy wpływ na to, jak ostatecznie rozwinęła się w naszym kraju piłka nożna. Gdy już w niepodległym państwie w grudniu 1919 roku powstawał Polski Związek Piłki Nożnej, znów w dokumentach pojawiło się nazwisko działacza urodzonego w Bochni. Rosenstock, dzięki temu, że znalazł się w Zarządzie PZPN i jednocześnie został Przewodniczącym Wydziału Spraw Sędziowskich, stał się jedną z najważniejszych postaci w ówcześnie rodzącym się na nowo polskim futbolu. W ówczesnej strukturze PZPN występowały trzy wydziały – oprócz Spraw Sędziowskich także Wydział Gier oraz Wydział Zgłoszeń i Kar. Rosenstock wydziałem odpowiedzialnym za uczciwość w futbolu kierował do 14 lutego 1921 roku, jednak w tamtych czasach jego praca nie wiązała się tylko z siedzeniem za biurkiem. To właśnie on utworzył od podstaw pierwsze regulaminy sędziowskie w bardzo trudnych czasach. Trzeba pamiętać, że z uwagi na ograniczoną kadrę szkoleniową czy sędziowską dochodziło do takich sytuacji, gdy arbitrem spotkania był na przykład prezes Poznańskiego Związku Okręgowego Piłki Nożnej. Sam Rosenstock już po tym, jak przestał szefować Wydziałem Spraw Sędziowskich, prowadził mecze finałowe w pierwszych mistrzostwach Polski w 1921 roku. Wówczas arbitrzy podróżowali na mecze pociągiem (drugą klasą) i za to należał im się zwrot kosztów. Otrzymywali również z tytułu sędziowania wynagrodzenie, które dla meczów klasy A wynosiło 2000 Marek Polskich a klasy B 1000 Mp. Rosenstock, oprócz działalności w kierownictwie PZPN, bardzo intensywnie działał na terenie samego okręgu krakowskiego. Już w 1919 roku współtworzył Krakowskie Kolegium Sędziów Piłki Nożnej, którym zresztą kierował przez trzy kolejne lata. Gdy w lutym 1920 roku formował się Krakowski Okręgowy Związek Piłki Nożnej, Rosenstock również i tutaj znalazł się w Zarządzie. KOZPN był najsilniej rozwiniętym związkiem w kraju; wiadomo, że pod koniec 1920 roku w tym okręgu już siedemnaście klubów miało zatwierdzony statut. Oprócz członka Zarządu w KOZPN Ignacy Rosenstock pełnił również funkcję przewodniczącego Wydziału Gier i okręgowego selekcjonera, czyli kapitana związkowego. W tym czasie Kraków jako siedziba PZPN stanowił kuźnię kadr działaczy i organizatorów życia piłkarskiego w Polsce. To z Krakowa wywodzili się członkowie kolejnych Zarządów PZPN, a tylko do 1921 roku funkcje członkowskie ścisłego kierownictwa w PZPN piastowało aż dwudziestu jeden krakowskich działaczy.

Nic dziwnego, że to właśnie w Krakowie pojawił się pomysł na utworzenie sportowego pisma mającego opisywać wydarzenia sportowe w Polsce ze szczególnym uwzględnieniem piłki nożnej. Wśród sześciu pomysłodawców tego projektu znalazł się Rosenstock i to on został redaktorem naczelnym czasopisma, które po raz pierwszy ukazało się 21 maja 1921 roku i do dziś jest najpopularniejszym pismem związanym z polskim sportem. Chodzi oczywiście o „Przegląd Sportowy”, o którym Rosenstock w momencie założenia pewnie nie myślał, że stanie się kultowy i zyska tak ogromną popularność w kolejnych dekadach. Dziś niektórzy zarzucają zbyt zażyłe relacje dziennikarzom „PS” z PZPN i z tej perspektywy sytuacja sprzed prawie stu lat wydaje się nie do pomyślenia. Otóż „Przegląd Sportowy” od pierwszego numeru oficjalnie był organem KOZPN, a dwa miesiące później całego PZPN. Nie miało to jednak wpływu na pojawiające się teksty, które nie były w żaden sposób stronnicze. Mieliśmy bowiem do czynienia z innymi czasami, w których dzięki czasopismu związki piłkarskie mogły ogłaszać swoje komunikaty, relacje z meczów i w jakiś sposób coraz bardziej popularyzować piłkę nożną. Rosenstock co prawda nie był redaktorem naczelnym zbyt długo; pełnił tę funkcję pół roku, ale szczególnie wsławił się jednym tekstem – jak się potem okazało, stanowił on podwalinę pod utworzenie sześć lat później rozgrywek ligowych z prawdziwego zdarzenia. W nr. 20, który ukazał się 1 października, znalazł się artykuł pod tytułem „Nowy projekt rozgrywek o mistrzostwo Polski w piłce nożnej”. Naczelny w tekście przedstawił rewolucyjny wówczas projekt zmian: ,,Pozostawiając okręgi w takich granicach terytorialnych, w jakich obecnie się znajdują i dawszy rozegrać na wiosnę r. 1922 główne mistrzostwa okręgowe jak dotychczas, wyeliminować możnaby po ukończeniu tych mistrzostw w lecie r. 1922 część klubów najlepszych każdego okręgu (a to zależnie od ilości klubów klasy pierwszej) i stworzyć w ten sposób n.p. 10 najlepszych klubów polski, mających rozgrywać na jesień r. 1922 mistrzostwo na wzór angielskiej ligi i to w jesieni r. 1922 pierwszą, zaś wiosną r. 1923 drugą serię mistrzostw polski. Ten rodzaj rozgrywek pozostałby później stałym i na dalsze lata.” Projekt był bardzo trudny do zrealizowania i jak się potem okazało, trzeba było czekać na rozgrywki ligowe jeszcze kilka dobrych sezonów. Nie ulega jednak wątpliwości, że całą dyskusję o przestawieniu coraz bardziej archaicznego systemu na nowoczesną ligę zapoczątkował właśnie Ignacy Rosenstock, po raz kolejny będąc częścią zjawiska, które będzie doskonale służyć przez wiele kolejnych lat aż do obecnych czasów. Najsilniejszym może argumentem za wprowadzeniem ogólnopaństwowej ligi jest niesprawiedliwość obecnego systemu. Wiadomo bowiem, że każdy okręg daje do rozgrywek o mistrzostwo Polski swojego mistrza. I faktem jest, że poziom gry niektórych mistrzów klasy A na poziomie gry przeciętnych klubów klasy B innego okręgu. Jest to krzywdząca niesprawiedliwość wobec czołowych klubów, która prawdopodobnie skłoniła cały szereg towarzystw do wysunięcia projektu zmiany obecnego systemu mistrzostw – pisał w innym miejscu Ignacy Rosenstock. Gdy mówi się o selekcjonerze reprezentacji Polski, który w swojej przygodzie z kadrą był niepokonany, pewnie wiele osób wskaże na Krzysztofa Pawlaka, prowadzącego drużynę narodową po Antonim Piechniczku w jednym meczu w 1997 roku przeciwko w Gruzji. Dzięki zwycięstwu 4:1 Pawlak pod względem czysto statystycznym posiada bilans lepszy niż Kazimierz Górski czy wspomniany Piechniczek. Oczywiście należy na to spoglądać z przymrużeniem oka, ale Pawlak nie był pierwszy. Dużo wcześniej dokonał tego Ignacy Rosenstock, który wsławił się prowadzeniem reprezentacji w pierwszym wygranym meczu w Polsce. Trochę stało się to przypadkowo, bo kapitanem związkowym PZPN był Adam Obrubański, ale pod jego nieobecność spowodowaną pobytem w Paryżu pierwszym selekcjonerem na jedno spotkanie został kapitan związkowy KOZPN – nie kto inny, jak właśnie Rosenstock. Wszystko działo się 29 czerwca 1924 roku przy około sześciotysięcznej publiczności na stadionie ŁKS-u Łódź, gdzie w towarzyskim spotkaniu Polacy pokonali Turcję 2:0 po bramkach Mieczysława Balcera i Henryka Reymana. Był to niezwykły mecz również z powodu składu polskiej drużyny, w którym nie znalazł się żaden z zawodników Pogoni Lwów i Cracovii! Pierwsze zwycięstwo w kraju, po raz pierwszy również reprezentacja nie straciła ani jednej bramki w meczu międzypaństwowym i to wszystko pod wodzą selekcjonera zatrudnionego tylko awaryjnie.

Później Ignacy Rosenstock może nie był już na świeczniku zainteresowania polskiej piłki, ale również cały czas działał dla dobra sportu. Po tym, jak „Przegląd Sportowy” przeniósł siedzibę do Warszawy, został jego krakowskim korespondentem a w ostatnich latach swojego życia związany był z Garbarnią Kraków. Garbarnią, która w czasie, gdy Rosenstock pełnił funkcję członka zarządu klubu, zdobyła w 1931 roku swój jedyny tytuł mistrza Polski w historii. Z Garbarnią związany był do 1935 roku; to właśnie w tamtym roku po nieudanej operacji ślepej kiszki Rosenstock zmarł w wieku zaledwie 46 lat. Mimo dość krótkiego życia spuścizna po krakowskim działaczu jest ogromna. Z jego pracy sędziowskiej, jako działacza oraz dziennikarza korzystały kolejne pokolenia, może nawet bez wiedzy, że podwaliny pod to wszystko podłożył pochodzący z żydowskiej rodziny Rosenstock. To właśnie pierwszy redaktor naczelny „Przeglądu Sportowego” wyprzedził swoją epokę, tworząc nowatorską koncepcję utworzenia pierwszej i drugiej ligi, w pełni zrealizowanej dopiero czternaście lat po jego śmierci. Dziś, oglądając polską ligę i czytając „Przegląd Sportowy”, warto czasami pomyśleć, że w bardzo dużym stopniu zawdzięczamy to wszystko pomysłom, które narodziły się w głowie Ignacego Rosenstocka.

7

Człowiek orkiestra:

Żył niespełna 46 lat a dokonał rzeczy, które nieprzerwanie towarzyszą Polakom od prawie stulecia. Członek Zarządu PZPN, redaktor naczelny „Przeglądu Sportowego”, selekcjoner reprezentacji Polski, przewodniczący Wydziału Spraw Sędziowskich, pomysłodawca rozgrywek ligowych. II Rzeczpospolita miała szczęście do wybitnych piłkarskich działaczy. Jednym z najlepszych na to dowodów był… tego dowiecie się w odpowiedzi na mój komentarz.

@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360

1

@Bernard777 Po Zamorze :)

9

Tajemniczy czas rodziny Soler w FC Barcelonie:

Joan i Manel rozegrali kilka meczów w barwach FC Barcelony na początku ubiegłego wieku. Nazwisko Soler było często słyszane na boiskach piłkarskich na początku ubiegłego wieku, więc statystycznie rzecz biorąc, niektórzy jego nosiciele musieli być spokrewnieni. Prasa w tamtych czasach zazwyczaj ukrywała imiona, ale tygodnik „Los Deportes” w artykule z 1906 roku ujawnił tajemnicę, nazywając „braci Soler” piłkarzami FC Barcelony. W tamtym meczu jeden z nich grał jako bramkarz. Spośród wszystkich piłkarzy z tamtych lat, jedynym bramkarzem był Joan Soler Lluch, nazywany „El Largo” ( Długi) ze względu na wzrost. Dołączył do FC Barcelony w 1903 roku, choć swój pierwszy oficjalny mecz rozegrał 3 stycznia 1904 roku: miażdżące zwycięstwo nad San Gervasio (10:0) w Mistrzostwach Katalonii, jedynym turnieju, który wygrał, według książki „ El árbol del Barça ”. Książka zawiera dalsze informacje na temat Joana Solera, na przykład, że oprócz piłki nożnej uprawiał również lekkoatletykę, kolarstwo i pelotę. Sugeruje również, że był prezesem Stowarzyszenia Rybaków Sportowych oraz autorem książek „Didáctica cinegética”, „Tratado de caza mayor” (Dydaktyka filmowa, Traktat o polowaniu na grubą zwierzynę) i „La pesca deportiva” (Wędkarstwo sportowe ). O jego bracie, Manelu Solerze, wiadomo mniej, poza tym, że grał w Barcelonie na początku XX wieku i że w przeciwieństwie do Joana grał na pozycji pomocnika lub obrońcy.

@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

0

@FCB_dimiC Genialny? Raczej gremialny tylko i wyłącznie...

12

Wybitne legendy argentyńskiego futbolu:

25 października 1945 r. w Las Lomitas urodził się Francisco Sa, znakomity argentyński środkowy obrońca, 6-krotny zdobywca Copa Libertadores oraz 2-krotny zdobywca Pucharu Interkontynentalnego. Francisco Sá rozpoczął karierę w prowincjonalnym klubie Central Goya w 1965. W 1968 został zawodnikiem pierwszoligowego Huracánu Corrientes. Stamtąd trafił do River Plate Buenos Aires. W River Plate Francisco nie mógł się przebić do składu i na początku 1971 przeszedł do Independiente Avellaneda w 1971 roku. Z Independiente zdobył mistrzostwo Argentyny w 1971, czterokrotnie Copa Libertadores w 1972, 1973, 1974 i 1975 oraz Puchar Interkontynentalny w 1973. Francisco poza drugim meczem w 1972 wystąpił we wszystkich meczach finałowych Copa Libertadores. W latach 1976-1981 występował w innym słynnym klubie z Buenos Aires - Boca Juniors. Z Boca trzykrotnie zdobył mistrzostwo Argentyny: Metropolitano 1976, Nacional 1977 i Metropolitano 1981. Na arenie międzynarodowej zdobył z Boca Copa Libertadores w 1977 i 1978 oraz Puchar Interkontynentalny w 1977. Francisco Sá wystąpił w pierwszym meczu finałowym w 1977, obu meczach finałowych w 1978 oraz w pierwszym meczu o Puchar Interkontynentalny w 1977. Ostatnim klubem w jego karierze była Gimnasia y Esgrima Jujuy w 1982. Ogółem w latach 1968-1982 rozegrał w lidze argentyńskiej 361 spotkań, w których strzelił 7 goli. W reprezentacji Argentyny Francisco Sa zadebiutował 9 września 1973 w wygranym 4-0 meczu eliminacji MŚ 1974 z Boliwią. Rok później został powołany na Mistrzostwa Świata. Na Mundialu w RFN Sá wystąpił w pięciu meczach z: Polską, Włochami, Haiti, Holandią i Brazylią. Ogółem w barwach Albicelestes wystąpił 15 razy.

@Sysia11
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360

0

@Matheu12 Szkoda słów, nie moge na to patrzeć, zwłaszcza na tego patałacha!

1

@RoberDzik Z taką formą i dyspozycją zwłaszcza defensywy, to manita byłaby jeszcze większym cudem niż ten "nad Wisłą"!

8

Bracia z Madrytu, którzy trafili do FC Barcelony:

Rodzina Moralesów broniła niebiesko-czerwonej koszulki na początku XX wieku. Wiele rodzin miało więcej niż jednego członka w pierwszym składzie Blaugrany. Jedną z nich jest rodzina Moralesów. Antonio i Rafael urodzili się w Madrycie, gdzie po raz pierwszy dotknęli piłki ale obaj trafili do FC Barcelony. Antonio (według niektórych źródeł Arsenio), znany również jako Morales I, odkrył piłkę nożną w młodzieżowym systemie Moncloa, drużynie, która z czasem połączyła się z innymi drużynami. Wśród nich był Sociedad Gimnástica Española , gdzie kontynuował treningi, podobnie jak jego brat, i z którą zdobył mistrzostwo Madrytu, zanim dołączył do Club Español de Madrid. Jednak kilka meczów towarzyskich w 1911 roku pomiędzy reprezentacją Madrytu a Barceloną zapewniło mu przepustkę do Barcelony. Zwrócił na siebie uwagę klubu Blaugrana, który podpisał z nim kontrakt kilka tygodni później. Wraz z nim dołączył do niego jego brat Rafael ( Morales II lub Meneno), który również dołączył do katalońskiej drużyny. Oficjalne debiuty ligowe zaliczyli w odstępie półtora miesiąca. Mimo to, czas braci Morales w Barcelonie(obaj napastnicy) był stosunkowo spokojny. Antonio zdobył Puchar Króla w swoim pierwszym sezonie, grając 74 razy dla Barçy i strzelając 32 gole. Kontynuował karierę w Espanyolu, Racingu Madryt i Sabadell. Z kolei Rafael zagrał w podstawowym składzie FC Barcelony 40 razy i strzelił jednego gola. Grał również w Espanyolu i Sabadell, ale tylko w roli symbolicznej.

@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

9

Zapomniane El Clasico:

25 października 1970 r. FC Barcelona pokonała Real Madrid na Santiago Benabeu 0:1 po golu Pedro Zabalzy w 28 minucie w 7 kolejce Primera Division. Po tych siedmiu kolejkach Blaugrana zajmowała pierwsze miejsce ex aequo z Atletico Madryt z dorobkiem 12 punktów.

@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360

9

Rekordy FC Blaugrany:

25 października 1959 r. FC Barcelona odniosła najwyższe zwycięstwo w Primera Division na wyjeździe. ,,Wczoraj na wyjeździe Blaugrana pokonała UD Las Palmas 0:8. Barça pozostaje faworytem rozgrywek po zdobyciu pewnych 2 punktów. Wyspiarze byli łatwym przeciwnikiem ale dla kolejnych drużyn nie będzie już tak łatwo”- tak dziennikarze opisywali najwyższe zwycięstwo na wyjeździe w historii klubu. Osłabione brakiem 3 ważnych graczy UD Las Palmas już w 46 minucie przegrywało 0:7 ale FC Barcelona zaczęła grać spokojniej, mając w pamięci kolejne spotkanie 3 dni później. W 2010 r. Blaugrana powtórzyła ten wynik w Almerii. W 1959 r. hattricka w meczu z Las Palmas strzelił legendarny Luis Suarez a 51 lat później jego wyczyn powtórzył Lionel Messi. Ponadto dublet zaliczył Brazylijczyk Evaristo a pozostałe gole strzelili: Eulogio Martinez, Ramon Villaverde oraz Enric Gensana.

@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

7

@FCBparasiempre
24 październik 2010. Niby zwykła data. Zwyczajny dzień. Niestety dla kibiców jednego klubu życie podzieliło się na „przed i po”. Chodzi o fanów Feyenoordu, którzy właśnie 24 października zostali upokorzeni przez jednego z największych rywali – PSV Eindhoven. Od tej pory każdy fan rotterdamczyków czuł, że na jego kibicowskim obliczu jest podobna blizna, jak ta na twarzy Francka Ribery’ego. Od tego momentu w sercu każdego kibica tego klubu gdzieś z tyłu głowy tliło się wspomnienie – przegraliśmy z PSV 0:10! Początek meczu nie zwiastował późniejszego horroru. Pierwszy gol padł w 24 minucie po strzale z dystansu Jonathana Reisa. Jeszcze przed przerwą PSV podwyższył wynik spotkania na 2:0, choć tym razem na listę strzelców wpisał się piłkarz Feyenoordu, Bruno Martins Indi. Młody Holender usiłować wybić piłkę zmierzającą w kierunku bramki, lecz zamiast uratować sytuacje tylko pogrążył swoją drużynę, strzelając bramkę samobójczą. Warto odnotować, że przy drugim golu podopieczni Mario Beena grali już w dziesiątkę po drugiej żółtej i w efekcie czerwonej kartce dla Kevina Leerdama. Być może właśnie to wykluczenie było katalizatorem późniejszych wydarzeń. Nic nie wskazywało jednak na tak wielki kataklizm. Wynik 0:2 do przerwy ujmy na honorze nie przynosił, jednak w drugiej połowie sytuacja rozwinęła się w sposób, jakiego w najczarniejszych snach nie przewidywali kibice gości. Zaczęło się dwie minuty po wznowieniu gry. Najpierw główką z bliskiej odległości do siatki trafił Jonathan Reis – bum! 3:0. Chwilę później bliźniaczy strzał Toivonena – bum! 4:0. Gospodarze złapali wiatr w żagle i nie mieli litości dla przeciwnika. Jeremain Lens w 55. minucie podwyższa wynik meczu na 5:0, to już była katastrofa. PSV po prostu nie mógł przestać strzelać, piłkarze wpadli w jakiś dziwny trans i niedługo później Reis trafił na 6:0. Potem jeszcze trafiał Dzudzsak – bum! 7:0. Engelar – bum! 8:0. Ponownie Dzudzsak, tym razem z rzutu karnego – bum! 9:0. I na koniec Jeremain Lens – bum! 10:0. Takim wynikiem zakończyło się to spotkanie. W tym przypadku słowa Tomasza Wróbla, który mówił, że czuje się jak dziwka po ganbangu, pewnie nawet w połowie nie oddają samopoczucia rotterdamczyków, którzy najchętniej zapadliby się po ziemię. Angielski portal goal.com za najsłabszego piłkarza uznał golkipera Feyenoordu, Roba van Dijka, ale ten też w kilku sytuacjach uratował zespół przed utratą bramki. Prawda jest taka, że ten wynik nie był jakimś wypadkiem przy pracy, rotterdamczycy zagrali tak słabo, że dwucyfrówka była naturalnym odzwierciedleniem sytuacji na boisku. Bramkarz bronił, co powinien i nic ponadto, defensywa zostawiała zbyt dużo miejsca, zupełnie nie mieli poczucia przestrzeni. Pomoc również rozpierzchła się na wszystkie strony boiska i zupełnie nie wspierała formacji defensywnej. Atak? Może i był, przy porażce 0:10 nie ma to większego znaczenia. Podsumowując, żadna formacja ze sobą nie współpracowała, nie współpracowali też członkowie poszczególnych bloków a w takim przypadku nie są potrzebne błędy indywidualne, bramki przychodzą same, co można było zaobserwować podczas meczu Brazylia – Niemcy, czy Meksyk – Chile. Po prostu jednej drużynie zaczęło wychodzić wszystko, a druga szybko się załamała i zaczęła prezentować zlepek indywidualności. Do tamtego momentu najwyższą porażką Feyenoordu była przegrana z Ajaksem Amsterdam 2:8 w 1983 roku. Trener Mario Been wpisał się więc na stałe do historii klubu, który w 1970 roku wygrał Puchar Mistrzów. Szkoleniowiec natychmiast oddał się do dyspozycji zarządu, ale co ciekawe, zarząd wciąż mu ufał.

,,Wstydzę się naszego występu w meczu z PSV. Oddałem się po tym spotkaniu do dyspozycji zarządu. Piłkarze są totalnie rozgoryczeni i jeszcze nie zdołali zareagować na to co się stało. Spodziewam się, że wypowiedzą się dopiero w poniedziałek. Jeśli znajdzie się choć jeden zawodnik, który nie wierzy w powodzenie mojej misji – rzucam ręcznik… To czarna strona w historii Feyenoordu. To co się tu stało nie tylko rani mnie jako szkoleniowca ale także jako fana Feyenoordu” – mówił na pomeczowej konferencji trener rotterdamczyków Mario Been. ,,Jestem dumny, szczególnie ze stylu jaki zaprezentowaliśmy w drugiej połowie. Graliśmy jedenastu na dziesięciu, ale mimo tego zachowaliśmy dyscyplinę i utrzymaliśmy wysokie tempo. Kiedy tak długo utrzymujesz się przy piłce miejsce do rozgrywania akcji znajduje się automatycznie. W poprzednich spotkaniach, kiedy przewodziliśmy w tabeli Eredivisie, trochę się rozluźniliśmy, ale teraz mieliśmy w sobie niesamowity pęd do osiągnięcia wysokiego zwycięstwa” – tłumaczył Fred Rutten, trener PSV Eindhoven. Co na to Leo Beenhakker, w tamtym czasie dyrektor sportowy Feyenoordu? – ,,Chcemy zatrzymać naszego trenera, Mario Beena, wciąż go popieramy i wierzymy w jego umiejętności trenerskie” – uspokajał były selekcjoner reprezentacji Polski. Czy słusznie? Been dokończył sezon ale później dostał wilczy bilet. Najważniejsze jednak, że nikt nie stwierdził, że porażka 0:10 oznacza koniec świata, że piłkarzy trzeba zwolnić, trenera wyrzucić a stadion zaorać. Feyenoord konsekwentnie dążył do realizacji swojego planu i po zupełnie nieudanym sezonie wrócił do czołówki Eredivisie. Jedyne, co się zmieniło, to jedna blizna więcej ale w futbolu to chyba coś normalnego…

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?