1

@Kazragore Dokładnie tak! Jak nie było twardej ręki( przykład Ronaldinho czy Neymara) to była rozpusta i w efekcie odbijało to sie na drużynie, która w efekcie nie osiągała sukcesów...

10

Twarde zasady Josepa Guardioli:

3 listopada 2008 r. Pep Guardiola wprowadza nowe punkty regulaminu obowiązującego zawodników. Pierwsze miesiące Pepa na stanowisku trenera przyniosły zmiany nie tylko na polu sportowym ale miały one również kształtować charakter graczy. Szkoleniowiec wprowadził twarde zasady- spóźnienie na trening choćby o minute kosztowało każdego zawodnika 6 tys. euro i brak możliwości odbycia zajęć z drużyną. Guardiola zarządził również obowiązkowe wspólne śniadania, na które również nie wolno było przybyć po czasie(kara- 500 EURO). Najbardziej kontrowersyjna zasada dotyczyła zachowania piłkarzy poza godzinami pobytu w klubie. Pep kontrolnie dzwonił do domów piłkarzy po północy i wywołany zawodnik musiał odebrać telefon. Brak odpowiedzi kosztował każdego gracza aż 2 tys. euro. Po latach okazało się że piłkarzy inwigilowano również w inny sposób. Guardiola w czasie prowadzenia Barcelony miał obsesyjnie pilnować swoich piłkarzy i szukać tych, którzy zbyt wiele czasu spędzają w nocnych klubach. Pep miał szpiegować piłkarzy posiłkując się agencją detektywistyczną Method 3, dlatego, jeśli wierzyć hiszpańskim mediom, szkoleniowiec kazał śledzić niektórych ze swoich podopiecznych. Wśród inwigilowanych miał być Gerard Pique, Eto’o czy nawet Messi. No cóż, ,,nasz ubóstwiany” Pepito miał obsesje i zdecydowanie przesadził, jednak koniec końców nie ma tego złego…

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

5

@FCBparasiempre
2 listopada 1928 r. na terenie obecnej Chorwacji urodził się najlepszy bramkarz w… historii futbolu? Czy najlepszy, to jest zawsze sprawa dyskusyjna. Tym bramkarzem był Vladimir Beara. Lew Jaszyn, jako jedyny golkiper, ma na swoim koncie Złotą Piłkę. W dodatku otrzymał ją w czasach, w których wybierano naprawdę najlepszego piłkarza na świecie, bez względu na jego medialność. Nikt nie ma wątpliwości, że był arcymistrzem w swoim fachu. Gdy jednak w 1963 roku odbierał statuetkę, z rozbrajającą szczerością wyznał: „Dziękuję za wyróżnienie ale tu powinien stać Beara. To on jest najlepszym bramkarzem na świecie”. Jakim bramkarzem musiał być zatem Vladimir Beara, że w takich słowach wypowiadał się o nim genialny Jaszyn? Vladimir od małego wykazywał ogromne zamiłowanie do sportu i z wielką przyjemnością uprawiał wiele dyscyplin, zarówno tych drużynowych, jak i indywidualnych. Co ciekawe i mocno niepopularne, patrząc na kariery byłych piłkarzy, najwięcej czasu poświęcał na balet. Tańczył nie tylko podczas zajęć, ale i w trakcie codziennych obowiązków, na przykład podczas pilnowania kóz. Miał 13 lat, gdy jego rodzinny dom został spalony przez chorwackich Ustaszy. Rodzina Beary miała zatem sporo szczęścia, że w ogóle uszła z życiem. Po utracie dorobku przeprowadziła się do Splitu i tam młody tancerz z ogromnym zaciekawieniem przyglądał się treningom Hajduka. Miejska legenda głosi, że podczas jednego z nich rozgrywana była gierka wewnętrzna, podczas której kontuzji doznał jeden z bramkarzy. Musiał zejść z boiska, a wówczas Jozo Matošić, najbardziej szanowany zawodnik drużyny i jej przyszły trener, wskazał palcem na Bearę i powiedział: „Malutki, stań na chwilę na bramce”. Ten wykonał jego polecenie, a nieco później oczarował wszystkich swoją postawą. Nie pełnił roli statysty, popisał się kilkoma interwencjami, za które otrzymał gromkie brawa.Tuż po zajęciach usłyszał: “Wiesz co, przyjdź jutro na trening”. Oczywiście przyszedł i już po kilku dniach było pewne, że zostanie wyśmienitym golkiperem. Umiejętności nabyte podczas lekcji baletu oraz tysięcy godzin uprawiania sportu nie poszły w las, a wręcz przeciwnie – stanowiły dla niego przeolbrzymi handicap. Zdecydowanie przewyższał swoich konkurentów pod względem refleksu, elastyczności, gibkości czy wytrzymałości. Ponadto imponował wszystkim skokiem dosiężnym, godnym najlepszych skoczków narciarskich. Szybko, bo w wieku niespełna 19 lat, zadebiutował w oficjalnym meczu pierwszej drużyny. Beara rozegrał tyle fantastycznych meczów, wybronił tyle zmierzających do jego świątyni piłek, że nie sposób wszystkich zliczyć. Napastnikom rywali często odbierał ochotę do gry. „Moją pewność w bramce, sposób, w jaki byłem w stanie łatwo złapać piłkę i moją technikę oswajania uderzeń zawdzięczam treningom u Barby Luki. Wymyślił proste ćwiczenie, które często wykonywaliśmy. Zmuszał mnie do łapania małej piłki wielkości piłki bejsbolowej. Dzięki temu później znacznie łatwiej było mi złapać piłkę normalnych rozmiarów”. Barba Luka, o którym wspomniał Beara, to jego trener w Hajduku, Luka Kaliterna. W ekipie z nadmorskiego miasta nasz bohater rozegrał 308 spotkań, z czego 136 na najwyższym szczeblu rozgrywkowym w Jugosławii. W tych 136 meczach dał się pokonać zaledwie 139 razy. Jak na te czasy, czyli lata 50. poprzedniego stulecia, jest to fantastyczna statystyka. Miejmy na uwadze, że wówczas padało bardzo dużo goli, a wyniki, które dziś określilibyśmy mianem hokejowych, były w piłce nożnej na porządku dziennym. Jego znakomita postawa walnie przyczyniła się do sukcesów chorwackiej ekipy. Hajduk z Bearą w bramce trzykrotnie sięgał po Mistrzostwo Jugosławii. Czy jednak przez wszystkich ludzi związanych z tym klubem był należycie szanowany? Niestety nie. Jak powiedziałem na wstępie, pochodził z rodziny Serbów zamieszkujących chorwackie tereny. Choć sam w spisie powszechnym uznał się za Chorwata, nie brakowało tych, którzy wypominali mu pochodzenie. Wiadomo, jak napięte stosunki międzyludzkie panowały w byłej Jugosławii. Przecież nawet dziś, pomimo podziału na niepodległe państwa, gdzieniegdzie na Bałkanach wciąż bywa gorąco. A Beara grał tuż po II Wojnie Światowej, więc łatwo sobie wyobrazić, jak świeże były rany po krwawych wspomnieniach. Sam zapewne miał w głowie obraz swojego spalonego domu. Niektórzy, nawet z najbliższego otoczenia Hajduka, mówili na niego z pogardą Vlaj. W maju 1955 roku wystąpił w wygranym 4:0 meczu Jugosławii z Włochami. Po powrocie do kraju został trafiony w twarz kawałkiem węgla wystrzelonym przypadkiem z lokomotywy, przez co wylądował w szpitalu w Sarajewie. Spędził w nim kilkanaście dni, podczas których jego koledzy z Hajduka zgotowali sobie emocje w końcówce sezonu, przegrywając dwa z trzech ostatnich meczów. Beary w szpitalu nikt z klubu ze Splitu wówczas nie odwiedził… Tuż po opuszczeniu szpitalnych murów na własną odpowiedzialność wystąpił w starciu ostatniej kolejki rozgrywek, które Hajduk musiał wygrać, chcąc zapewnić sobie Mistrzostwo Jugosławii. Wygrał 5:1 z FK Radnički. Był to ostatni mecz naszego bohatera w barwach Białych. Na posezonowej ceremonii prezes Marko Markovina podziękował osobiście niemal wszystkim swoim zawodnikom. Niemal wszystkim, bo pominął Bearę. To nie był pierwszy raz, gdy golkiper został przez niego niezauważony. Sam doskonale zdawał sobie sprawę, że jego dyspozycja przyniosła drużynie wiele punktów, więc i jemu należą się podziękowania. Nie wytrzymał i zapytał wprost:

-Dlaczego po raz kolejny mnie ignorujesz?

-Jesteś tylko zwykłym bramkarzem. Takich jak ty mamy tu wielu. Gdybyś nagle przestał grać, nikt by za tobą nie tęsknił.

Beara nie mógł znieść tego upokorzenia. Szybko spakował manatki i dołączył, wbijając jednocześnie szpilkę swoim byłym pracodawcom, do Crvenej zvezdy. Z klubem z Belgradu świętował jeszcze więcej sukcesów niż w Hajduku – cztery mistrzostwa i dwa puchary kraju. Z czerwoną gwiazdą na piersi wystąpił w sumie 174 razy, w tym 83-krotnie w meczach ligowych, a w nich raptem 81 razy nie był w stanie zastopować piłki po strzałach rywali. Na własne żądanie, nigdy nie pojechał jednak z Czerwoną Gwiazdą na mecz do Splitu. Czy wynikało to ze strachu przed podrażnionymi kibicami? Absolutnie nie. Powód jego decyzji podam w dalszej części tekstu. Teraz, w ramach ciekawostki dodam, że w lutym 1958 roku wystąpił w ćwierćfinałowym starciu Pucharu Europy przeciwko Manchesterowi United. Crvena zremisowała z ekipą Matta Busby’ego 3:3, a o tym, że odpadła z rozgrywek zadecydował wynik pierwszego meczu, wygranego przez Anglików 2:1. Dzień po rewanżu w Monachium miała miejsce katastrofa samolotu British European Airways 609, lecącego z Belgradu do Manchesteru z międzylądowaniem w stolicy Bawarii, w wyniku której śmierć poniosły 23 osoby, w tym ośmiu piłkarzy Czerwonych Diabłów. Czy, jak prorokował to Markovina, po Bearze w Hajduku rzeczywiście nikt nie tęsknił? Tęskniono i to bardzo. Bez niego na kolejne krajowe mistrzostwo czekano w Splicie przez 16 lat. Myślę, że nikomu nie trzeba tłumaczyć, że odpowiednie ustawienie muru przed egzekwowaniem przez rywali rzutu wolnego często jest kluczem do zapobiegnięcia utraty bramki. Wielu było takich, którzy z niego rezygnowali, po czym szybko ukrywali twarz w dłoniach, a następnie pokornie wyciągali piłkę z siatki. Beara twierdził, że mur mu przeszkadza, bo w ten sposób koledzy zasłaniają mu piłkę, zatem nakazywał im się rozejść i pilnować w tym czasie zawodników drużyny przeciwnej. Dzięki swojemu nadludzkiemu refleksowi i skoczności mógł sobie na to pozwolić. Nie sprawiało mu różnicy, z jakiej odległości egzekwowany był stały fragment gry. Znakomite występy w klubowych barwach były oczywiście dla Beary przepustką do reprezentacji Jugosławii. Zadebiutował w niej w 1950 roku, a już w trzecim swoim występie oczarował cały piłkarski świat. 22 listopada 1950 roku był najmłodszym zawodnikiem, który wybiegł na murawę stadionu Highbury na mecz Anglia – Jugosławia. Zdecydowanym faworytem tej potyczki byli oczywiście Synowie Albionu, którzy do tej pory na własnej ziemi zawsze wygrywali z ekipami z kontynentalnej części Europy. Niemal 61,5 tys. kibiców zgromadzonych na obiekcie Arsenalu było zatem świadkami historycznego spotkania, bowiem ich ulubieńcy zaledwie zremisowali 2:2. Największe wrażenie na nich, na dziennikarzach i samych brytyjskich piłkarzach, zrobił Vladimir Beara. Bez niego ekipa Jugosławii zapewne wracałaby do domu z bagażem kilku goli. Posłuchajcie fragmentów relacji Mike’a Payne’a: „Kibiców ogarnęło fałszywe poczucie bezpieczeństwa, gdy po 35 minutach Anglia powadziła przekonująco 2:0. Bramkarz Jugosławii, Beara, niegdyś tancerz baletowy, wkrótce pokazał swoją zwinność. Po stracie gola w 41. minucie na 2:1, Anglia desperacko próbowała potwierdzić swoją wyższość w pierwszej połowie i gdyby nie występ Beary w bramce, to by to zrobiła. Trzy razy w ciągu trzech minut fruwał w bramce po uderzeniach Wilfa Manniona oraz główce Johnny’ego Hancocksa. Próby ataków w drugiej części meczu też nie przynosiły skutków. Na pół godziny przed końcowym gwizdkiem drużyna Anglii zanikła. Zainspirowana postawą Beary Jugosławia nagle przejęła inicjatywę. W 78. minucie ostatecznie doprowadziła do zasłużonego wyrównania. Pod koniec spotkania na jej bramkę znów sunęły ataki angielskich zawodników, którzy jednak udawali się pod pole karne przeciwnika tylko po to, by podziwiać kolejne fantastyczne interwencje najlepszego piłkarza tego spotkania”. W brytyjskich gazetach można było doszukać się wielu podobnie brzmiących relacji. Beara zrobił wrażenie na absolutnie wszystkich oglądających jego show, podczas którego w bramce dokonywał nadludzkich rzeczy. Obronił trzynaście strzałów określonych mianem groźnych oraz sześć takich, po których piłka nieuchronnie zmierzała do siatki. Napotkała jednak na swojej drodze golkipera nie z tej planety. Z uwagi na tak niebywały występ nadano mu nawet pseudonim Vladimir the Great, czyli Włodzimierz Wielki. Beara był uczestnikiem trzech Mundiali. Co prawda w 1950 roku musiał pogodzić się z rolą zmiennika bardziej doświadczonego Srdana Mrkušicia i mecze oglądał z perspektywy ławki rezerwowych, jednak cztery i osiem lat później miał już status niepodważalnej gwiazdy swojej ekipy. Największy sukces w narodowych barwach świętował na Igrzyskach Olimpijskich w Helsinkach w 1952 roku. Jugosławia dotarła do finału, w którym musiała uznać wyższość Złotej Jedenastki reprezentacji Węgier, przegrywając 0:2. Po latach Beara, zapytany o najwspanialsze wspomnienie ze swojej kariery, wskazał właśnie na ten mecz. Przy stanie 0:0 obronił rzut karny wykonywany przez wielkiego Ferenca Puskasa. A przecież Galopujący Major nie zwykł marnować jedenastek…

„Do piłki podszedł Węgier. Przez głowę przeszła mi tylko jedna myśl – to koniec. Ferenc popatrzył w mój lewy róg, ja wychyliłem się w tę stronę, po czym bez zastanowienia rzuciłem się w prawy. Dotknąłem piłki dłonią, co wystarczyło. Obroniłem karnego samego Puskasa!”- wspominał Beara. Inne starcie przeciwko Węgrom, przegrane przez Jugosławię 2:4, rozegrane 11 października 1959 roku, było ostatnim meczem Beary w kadrze narodowej. Nie zrezygnowano wówczas z niego ze względów sportowych. Główną rolę odegrała polityka. Bramkarz skorzystał z możliwości wyjazdu do klubu zagranicznego, czym zamknął sobie drogę do kadry. Wyjechał do Niemiec, gdzie w ciągu pięciu lat reprezentował barwy Alemannii Aachen, Viktorii Koeln oraz Freiburgera FC. Jego reprezentacyjny licznik zatrzymał się na 59 występach. Jego życie po życiu, jak często mówi się o czasach po zakończeniu przez zawodników piłkarskiej kariery, również kręciło się wokół piłki. Został trenerem i pracował w klubach w Niemczech, Holandii, Austrii i oczywiście Jugosławii. W latach 1973-75 pełnił funkcję szkoleniowca reprezentacji Kamerunu. Później na stałe osiadł w Splicie, mieście, które z całego serca uwielbiał, a które na to uczucie odpowiadało z jednej strony miłością, a z drugiej nienawiścią. Miłością, bo pamiętano, jakie cuda przed laty wyprawiał w bramce Hajduka. Nienawiścią, gdy wypominano mu serbskie pochodzenie oraz fakt zamienienia Hajduka na Crvenę Zvezdę. „Hajduk to moja największa miłość, miłość, która, jak każda prawdziwa i szczera, ma wiele pięknych, ale i mniej pięknych chwil. Miłość, która przyspiesza bicie serca, ale także zaciska się boleśnie w skurczu”- podsumował Beara. To właśnie ze względu na miłość do Hajduka, zawsze odmawiał gry przeciwko niemu. Będąc nawet po pięćdziesiątce, przychodził na treningi swojego ukochanego klubu i zakładał się z bramkarzami o to, że obroni więcej rzutów karnych niż oni. Rzadko przegrywał. Podczas wojny na Bałkanach w latach 90-tych poprzedniego stulecia, znów doświadczył tego, co kilkadziesiąt lat wcześniej. Ponownie w wyniku zbrojnych działań spłonął jego dom. Z pomocą przyszli kibice Hajduka. Zorganizowali zbiórkę, a następnie odbudowali budynek. W wywiadach o czasach minionych często ubolewał nad tym, jak bardzo zmieniła się piłka: „Mój czas był czasem romantycznej piłki nożnej. Czasem dryblingu i atrakcyjnych bramek. Taktyka wciąż nie jadła piłki nożnej. To styl gry na mundialu w 1962 roku, a następnie w Anglii w 1966 roku zapoczątkował nową erę w piłce nożnej. Teraz piłka nie jest już najważniejszą rzeczą w grze”. Na krótko przed śmiercią przebył kilka udarów. Zmarł w nocy z 10 na 11 sierpnia 2014 roku w wieku niespełna 86 lat. Jego pogrzeb, a raczej miejsce pochówku, wywołało niemały skandal. Beara, wedle życzenia swojej żony Jadranki, spoczywa na cmentarzu katolickim Lovrinac w Splicie. Problem w tym, że były bramkarz był zagorzałym i praktykującym wyznawcą prawosławia. Często pielgrzymował do prawosławnych świątyń, a gdy na rok przed swoją śmiercią otrzymał od jednego z arcykapłanów dyptyk, stwierdził, że to najlepszy prezent, jaki kiedykolwiek został mu podarowany. Po ceremonii pogrzebowej pojawiły się głosy, że jego ciało powinno zostać przeniesione na cmentarz prawosławny. Dyskusję zakończyły słowa prawosławnego arcykapłana Slavoljuba Knezevicia: „Pewne jest, że Vladimir chciałby zostać pochowany zgodnie ze swoimi zwyczajami. Ale teraz nie ma sensu przeszukiwać jego kości. Ważne, aby po prostu spoczywał w pokoju”.

5

Czy był bramkarz dorównujący, bądź nawet przewyższający potędze Lwa Jaszyna? Otóż był i wypadałoby go znać. Wszystkiego dowiecie się w odpowiedzi na mój komentarz:

@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360

8

Uruguay Campeon!

2 listopada 1924 r. Urugwaj remisuje bezbramkowo na ,,Parque Central” w Montevideo z reprezentacją Argentyny w szóstym meczu(de facto finale) o mistrzostwo Copa America. Tym samym ,,Celestes” sięgają po raz 5-ty w historii po to trofeum. Królem strzelców tejże wspaniałej imprezy został legendarny Pedro Petrone z dorobkiem 6 goli.

@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

0

@szymek029 No dokładnie! Taka generacja wybitnych piłkarzy w jednym czasie zdarza się raz na... powiedzmy 50 lat...

17

,,La Pulga” rozpoczął strzelanie w Champions League:

Dokładnie 20 lat temu Lionel Messi strzelił debiutanckiego gola w Lidze Mistrzów. Miało to miejsce na Camp Nou w 4 kolejce fazy grupowej Ligi Mistrzów w wygranym meczu z Panathinaikosem 5:0. Argentyńczyk podwyższył wynik meczu na 3:0 w 34 minucie. Jednocześnie w tym samym meczu Samuel Eto’o zanotował pierwszego hattricka w Lidze Mistrzów w barwach Dumy Katalonii.

Popatrzmy:



@Sysia11
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360

12

Duma Katalonii w europejskich pucharach:

2 listopada 1994 . FC Barcelona pokonuje na Camp Nou Manchester United 4:0 w fazie grupowej Ligi Mistrzów. Był to ostatni wielki wieczór ,,Dream Teamu” w europejskich pucharach. Blaugrana rozbiła mistrza Anglii 4:0 a dla Stoiczkowa drugi gol w meczu był jego setnym trafieniem w barwach Blaugrany. W składzie Barçy zagrał niespodziewanie Jordi Cruijff, którego chwalił na trybunach obecny Johan Neeskens: ,,Nie uważam żeby Jordi grał tyko dlatego że jest synem trenera. Brakuje mu siły ale ma świetną wizje gry, którą zademonstrował przy pierwszym golu”. Na trybunach zasiadło ponad 114 tys. kibiców a w loży VIP zabrakło miejsca między innymi dla… Hagiego, pomocnika Blaugrany, który nie grał w tym meczu. ,,Gdybym wiedział że tak będzie, obejrzał bym mecz w telewizji”- dodał zdenerwowany rumuński pomocnik.

Przypomnijmy:



@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

8

Campeonato Sudamericano de Selecciones:

1 listopada 1929 r. meczem Paragwaj-Urugwaj(3:0) rozpoczęła się 12-ta edycja Copa America. Turniej odbywał się na trzech obiektach argentyńskiej stolicy Buenos Aires. Dobiegała końca ,,Wielka Schizma”, futbol amatorski niemal z dnia na dzień stawał się fikcją. Piłka nożna powoli zaczynała dojrzewać do pełni zawodowstwa. Opromieniony olimpijskim złotem z 1928 r. Urugwaj przywiózł wprawdzie aż ośmiu bohaterów z Amsterdamu i wyśmienitego lewego pomocnika Alvaro Gestido z Peñarol, lecz myślami był już gdzie indziej. Przecież za rok właśnie w Montevideo miały odbyć się pierwsze w historii mistrzostwa świata i cały wysiłek ,,Celestes” ukierunkowany był wyłącznie na te mistrzostwa. Z takim nastawieniem ,,urusi” gładko ulegli nie tylko gospodarzom ale nawet pozbawionemu cienia respektu Paragwajowi. Klęska 0:3 była dotkliwa. W meczu tym paragwajski pomocnik Echeverry unieruchomił pare Petrone-Cea, natomiast napastnik Aurelio Gonzalez był nie do powstrzymania przez obronę, akurat w tym meczu osłabioną brakiem wielkiego Nasazziego. Gonzalez z 5 golami został królem strzelców turnieju. Na tymże turnieju po raz ostatni w Copa America wystąpił ,,Czarny cud” czyli niezrównany Jose Leandro Andrade. Czekał go za to już niebawem, bo za rok tytuł mistrza świata. W takiej sytuacji nikt nie był w stanie powstrzymać impetu gospodarzy. Paragwaj i Peru odprawili z kwitkiem różnicą 3 goli. Urugwaj natomiast stawiał opór raczej tylko dla zasady i w efekcie przegrał 2:0 po golach Manuela Ferreyry, którego wybrano najlepszym piłkarzem turnieju, oraz Mario Evaristo. Bez względu na okoliczności pokonanie dwukrotnych mistrzów olimpijskich miało swoją wymowę. Opinia publiczna widziała w ,,Albicelestes” stuprocentowych faworytów do miana najlepszej drużyny już nie tylko kontynentu ale i świata. W rzeczy samej, wszystko zdawało się potwierdzać owe przewidywania…

@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Sysia11

10

Ku pamięci zmarłych:

1 listopada 2014 r. zmarł Gustau Biosca, ostatni ocalały z legendarnej drużyny „ Pięciu Pucharów ”, która wyznaczyła epokę w historii FC Barcelony . Biosca, który był asystentem Ladislao Kubali w hiszpańskiej drużynie lat siedemdziesiątych, zmarł 1 listopada w wieku 86 lat. Urodzony 29 lutego 1928 w L'Hospitalet de Llobregat, trenował w niższych kategoriach Barcelony, zanim przeszedł do pierwszej drużyny, gdzie grał od sezonu 1950-51 do 1957-58, będąc niekwestionowanym liderem i kapitanem. Pomimo tego, że był twardym obrońcą o dużej sile fizycznej, charakteryzowała go znakomita technika użytkowa, co było rzadkością w ówczesnych liniach defensywnych. Był kluczowym graczem Barçy „Pięciu Pucharów” sezonu 1951-52, w skład którego wchodzili Ramallets, Martín, Biosca, Seguer, Mariano Gonzalvo, Bosch, Basora, César Rodriguez, Kubala, Vila i Manchón. W tej legendarnej jedenastce był jednym z najbardziej medialnych i popularnych graczy, głównie ze względu na swoją otwartą i żartobliwą naturę. Kontuzja w Atocha przerwała mu karierę i musiał przejść na emeryturę w 1958 roku, w wieku 30 lat, po rozegraniu 187 meczów w koszulce Blaugrana, z którą wygrał 2 mistrzostwa Hiszpanii, 4 puchary Hiszpanii, Puchar Łaciński, Puchar Miast Targowych oraz Puchar Evy Duarte.

@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360

11

Rekordy i jubileusze Katalońskiej Dumy:

1 listopada 2011 r. Lionel Messi strzelił w barwach Blaugrany swojego dwusetnego gola. FC Barcelona po wyjazdowym zwycięstwie nad Viktorią Pilzno 0:4 zapewniła sobie awans do 1/8 Ligi Mistrzów. Leo Messi strzelił w tym meczu 15-tego hattricka w karierze przekraczając tym samym liczbę 200 goli dla Dumy Katalonii. Również dla trenera Guardioli był to jubileuszowy mecz(numer 200) na ławce pierwszego zespołu. To nie wszystko, ponieważ Valdes nie puścił gola w tym meczu i pobił rekord Miguela Reiny i stał się najdłużej niepokonanym bramkarzem w historii FC Barcelony, gdyż nie stracił gola przez 896 minut z rzędu. W dodatku na boisku jednocześnie pojawili się Pique, Messi i Fabregas, co nie zdarzyło się od 2002 r., kiedy razem grali w drużynie kadetów.



@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Sysia11

10

Gest Kozakiewicza w El Clasico:

1 listopada 1997 r. Giovanni Silva de Oliveira, wykonał na Santiago Bernabeu tzw. ,,gest Kozakiewicza”. FC Barcelona w 1997 r. pokonała Real Madryt na Santiago Bernabeu(2:3) dopiero po raz drugi w ciągu 14 lat i uzyskała nad Królewskimi siedmiopunktową przewagę w tabeli ligowej. Wynik tym razem jednak zszedł na drugi plan ponieważ Giovanni po decydującym golu na 2:3 wykonał trzykrotnie ,,gest Kozakiewicza” w kierunku kibiców Realu Madryt. Tak oto Brazylijczyk opisywał tą sytuacje: ,,Nie było moją intencją urażenie kogokolwiek. Był to spontaniczny gest. Nie wierzę że mogą mnie za to ukarać, zwłaszcza że od razu przeprosiłem za swoje zachowanie. Czy ktoś ukarze Fernando Hierro za brutalną gre i uderzenie mnie pięścią?”. Komitet Rozgrywek złożony z trzech zdeklarowanych kibiców Realu nie był jednak pobłażliwy i zawodnik musiał pauzować w dwóch kolejnych spotkaniach. Dlaczego nas to nie dziwi…

@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

9

Zapomniane legendy Blaugrany:

1 listopada 1906 r. urodził się Ramon Llorens Pujadas, zapomniany i niedoceniany bramkarz FC Barcelony. Popularny ,,Ramonet”, jak nazywali go koledzy, trafił do Barçy w bardzo młodym wieku. W pierwszej drużynie grał w latach 1926-29, do czasu gdy znakomity Węgier Plattko i Aragończyk Josep Nogues odsunęli go na ławke rezerwowych. Mimo wszystko pozostał w klubie aż do 1936 roku i w barwach blaugrana rozegrał łącznie 142 mecze. Po zakończeniu kariery został członkiem sztabu szkoleniowego klubu. W nowej roli wyróżniał się tym iż odkrywał młode talenty, takie jak środkowy obrońca Gustau Biosca czy też kapitalny lewoskrzydłowy Eduardo Manchon. W 1950 r. Pujadas trenował nawet pierwszą drużynę Barçy, zastępując na ławce trenerskiej Urugwajczyka Enrique Fernandeza Violę.

@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

9

@FCBparasiempre
Dasz wiarę że widziałem „Negro” na boisku chłopaków „Ńuls”? Miał czapkę, zasłaniała mu trochę twarz ale przysięgam to był „Negro” Fontanarrosa, Uwierz mi, nie patrz tak na mnie, już ci wszystko wyjaśniam. Widziałem go tam z brodą niemal Incognito ale mówię ci, to nie mógł być nikt inny. Nie, nie mówię przecież że to nie na poważnie, na małym boisku grały dzieciaki „Ńuls” z dzieciakami z El Torito. No właśnie, to jest dopiero pytanie, che, co do diabła robił tam „Negro”. Ten wielki „canalla", przypomnij sobie jak w dziewiędziesiątym piątym modlił się na kolanach o odrobienie strat z „brasileros", ten wielki "antilepra" nagle pojawia się na tym boiseczku, jakby był ojcem któregoś z tych chłopaków. Opowiem ci, posłuchaj, korzystając z okazji że dziś gra Central i „Negro” nie będzie miał czasu żeby tu przyjść i usiąść przy naszym stoliku. Czy poznałem kogoś bardziej ''canalla" niż „Negro”? Bez żartów! Wiedziałeś że jego matka już go nawet nie zaprasza, kiedy jej urodziny wypadają tego samego dnia co mecz Centralu? Tak więc słuchaj, mówię ci o tym bo nie mogę zatrzymać tego dla siebie, che, przysięgam ci że to było zdumiewające i jestem na 100% pewien że on nigdy nie będzie miał odwagi by ci o tym opowiedzieć. Serio, widziałem jak „Negro” się wzruszał, patrząc na chłopaka z „Ńuls”. Przysięgam ci stary! On ci nic nie powie! Uwierz mi, kiedy mówię że widziałem coś nadzwyczajnego, posłuchaj mnie uważnie, ten mecz przypominał prawie jedno z jego opowiadań, taką napoły magiczną historię, jakie czasem zdarzają się na „potrero”. Co ja tam robiłem? Poszedłem z powodu ojca. Powiedział mi że w „Ńubel” jest kilku fenomenalnie grających chłopaków, którzy we wszystkich meczach urządzają goleady, nazywają ich „Maszyna z 87". Wiesz że nie jestem wielkim fanem piłki ale musiałbyś zobaczyć, jak mój ojciec się upierał żebym poszedł ich obejrzeć a jeżeli ktoś w tym mieście zna się na futbolu to właśnie on. No więc siedziałem sobie na trybunach Juan XXIII, kiedy wśród widzów zobaczyłem opartego o murek „Negro”. Słyszałem, jako ojcowie mówili że mecz jest wyrównany, chociaż niektóre chłopaki były dwa razy wyższe od innych, wiesz, jak to jest w tych juniorskich drużynach, gdzie nagle masz prawie dwumetrowego młokosa z legitymacją dziewięciolatka ale wyobraź sobie że sędzia gwizdnął a najmniejszy ze wszystkich ale naprawdę malutki, drobniutki, taka pchełka, przysięgam ci, nawet sobie nie wyobrażasz, jak wyglądał ten chłopaczek, no więc przejął piłkę i nikt przysięgam ci, nikt nie mógł mu jej odebrać. Niesamowite! Co za dzieciak! Przedryblował jednego, przedryblował drugiego, no, wypisz wymaluj jak Diego w meczu z Anglikami ale delikatniejszy i jeszcze bardzo niski i wtedy zerknąłem na „Negro” i nie uwierzysz ale on rysował! „Negro” rysujący na meczu piłki nożnej! Po sposobie, w jaki trzymał długopis wiedziałem że to nie była praca, że nie spieszył się z oddaniem zlecenia, robił to dla czystej przyjemności, rozumiesz? Ze wzrokiem utkwionym tylko w tym chłopaczku z „Ńubel” ale zrozum, przysięgam ci stary, ten dzieciak był zupełnie nie z tego świata i myślę że na tym boiseczku nikt nie rozumiał tego lepiej niż „Negro”. Patrzył na niego tak jak wtedy, kiedy jest skoncentrowany. Słuchaj, zmarszczone brwi i niebywale poważny wyraz twarzy najlepszego humorysty w kraju. Jak to on, sam wiesz ale „Negro” to rozumiał, patrzył na niego i wszystko rozumiał, wiedział że było warto, miał tego geniusza tuż pod nosem. Ten dzieciaczek z dziesiątką na plecach miał talent, jakiego nie widziano jeszcze w Rosario. Nawet u „El Trinche", posłuchaj co mówię, niektórych z tych rzeczy jakie robił, nie widziałem nawet u "El Trinche". Nie przesadzam, uwierz mi, przysięgam że nie przesadzam.

Musisz go zobaczyć, che, przyjdź kiedyś na boisko, musisz go zobaczyć, zanim jakiś Europejski klub wyłoży forsę i nam go zabierze. Jak on gra! Przysięgam ci, che, mijał jednego, mijam drugiego, taki niziutki, taki malutki, taka pchełka, to prawie cud że wytrzymał ataki chłopaków wyższych od niego nawet od dwie głowy. Nie przesadzam, przysięgam ci że nie przesadzam. Biegał szybko i się nie męczył. I nie żebym miał piłkę przyklejoną do stopy; do diabła, piłka była częścią jego stopy. Jego drużyna niemal przypadkowo straciła dwa gole a wtedy ten dzieciaczek zaczął grać nawet jeszcze lepiej. Przejmował piłkę na własnej połowie i zaczynał drybling z pochyloną głową a był taki chudziutki że wydawało się że mógł go przywrócić każdy kopniak ale wiesz co? Choćby nie wiem, jak próbowali go kopać, nie mogli go powalić. On mijał rywali bez mrugnięcia okiem I co chwilę zakładał im siatkę. A piłka, che, mówię ci że piłka była jak piesek, poruszała się tak, jak on chciał. Chłopak patrzył tylko na piłkę i wszyscy jego rywale i koledzy biegali za nim jak zaczarowani, wiesz? A jak zatrzymywał grę! Na środku pola bramkowego, między pięcioma przeciwnikami, chłopak przystawał i cały mecz zatrzymywał się razem z nim. W ten sposób strzelił pierwszego gola a potem, w ogóle się nie ciesząc, wziął piłkę, swoją piłkę żeby wrócić na środek boiska i zacząć od nowa. Pewnie już się domyślasz że chłopcy z „Ńuls” odrobili straty, nie mogli tego nie zrobić z tym niesamowitym dzieciakiem w składzie. I nawet „Negro” wyglądał tak, jakby miał ochotę cieszyć się z ostatniego gola, nie mówię że się z niego nie cieszył, bo sam rozumiesz, zanim zobaczę, jak „Negro” cieszy się z gola „lepra”, będę musiał zobaczyć uczciwego prezydenta Casa Rosada ale uwierz mi że „Negro” był wzruszony, nie wiem czy teraz przesadzam ale chyba nawet widziałem łzy na jego policzkach. „Negro” Fontanarrosa wzruszony golem „Ńubel”, powiesz mi zaraz żeby mnie pieprzył głupot ale to nie był gol „Ńubel”, che, to był gol, który zrodził się w wyobraźni tego dzieciaka. I to właśnie „Negro” i ja widzieliśmy w tym momencie, dlatego przyszliśmy na boisko żeby zobaczyć drużynę „lepra”, siedzieliśmy tam jak jacyś głupcy, próbujący zrozumieć ten cud, który widział też mój ojciec. Nawet ja, choć nie jestem wielkim fanem piłki, sam rozumiesz, wiedziałem że patrzę na coś niezwykłego. Chciałbym podejść do „Negro” i coś mu powiedzieć ale przysięgam ci że nie miałem odwagi. Wyglądał jakby był w jakimś transie, mocno skoncentrowany, patrzący tylko na tego chłopaka ale w pewnym momencie nasze spojrzenia się spotkały, „Negro” w końcu mnie rozpoznał I zamiast się przywitać, podniósł uroczyście prawą rękę, wskazał chłopaczka z numerem 10 i mogłem przeczytać z ruchu jego warg: „To on, to on, to on".

David Garcia Cames

7

Zwiastowanie:

31 października 1999 r. Estadio Club Juan XXIII, Newell’s Old Boys - CA El Torito.

@Sysia11
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360

9

Wybitne legendy, nie tylko holenderskiego futbolu:

31 października 1964 r. w Utrecht urodził się Marco Van Basten, holenderski napastnik. Pierwsze piłkarskie szlify zdobywał jako dziecko(a później nastolatek) w miejscowych klubach – EDO Utrecht oraz UW Utrecht. Jako siedemnastolatek, został dostrzeżony przez wysłanników słynnego Ajaksu Amsterdam, by w rok później zadebiutować w jego pierwszym zespole. Debiutancki występ młodego Marco uznać można za naprawdę udany – w pojedynku z NEC Nijmegen van Basten zdobył gola. Gola, który wróżył wspaniałą i obfitą w sukcesy karierę... W roku 1983 van Basten, jako niespełna dziewiętnastolatek zadebiutował w seniorskiej reprezentacji swojego kraju. Co prawda w pojedynku z Islandią (wygranym przez Holendrów 3:0) nie zdobył żadnej bramki, ale patrząc na jego znakomitą postawę można było spodziewać się, iż będzie to piłkarz wybitny, który jeszcze nie raz przysłuży się zarówno reprezentacji narodowej, jak i każdemu klubowi, którego barwy będzie reprezentował... Van Bastenowi śmiało można nadać przydomek „maszynka do zdobywania goli”. Zawodnik ten nie miał sobie równych. W barwach Ajaksu zdobył 128 bramek w 133 meczach, czterokrotnie zostając królem strzelców. Trzykrotnie osiągał Mistrzostwo oraz dwukrotnie Puchar Holandii. Przed pożegnaniem się z drużyną Ajaksu zdobył niezwykle cenną - bo przesądzającą o zwycięstwie – bramkę w pojedynku z Lokomotive Lipsk. Tym sposobem wspaniała kariera van Bastena w zespole z Amsterdamu została przypieczętowana zdobyciem Pucharu Zdobywców Pucharów. W roku 1987 Marco zmienił barwy klubowe. Kuszony wieloma propozycjami z największych europejskich zespołów przeszedł do wielkiego AC Milan za jedyne 800 tysięcy dolarów. W barwach Rossonerich zdobył wszystko, co było do zdobycia. Trzy Mistrzostwa Włoch, trzy Superpuchary Włoch, dwa Puchary Mistrzów, dwa Superpuchary Europy, dwa Puchary Interkontynentalne. Ponadto zdobył dwa tytuły króla strzelców Serie A, trzykrotnie ogłoszony został Najlepszym Piłkarzem Europy i raz Najlepszym Piłkarzem Świata. W lidze włoskiej rozegrał 147 meczów i zdobył 90 goli. Tym samym na stałe zapisał się w historii jednego z największych włoskich zespołów. Kariera reprezentacyjna van Bastena również obfitowała w sukcesy. W reprezentacji Holandii Marco rozegrał 58 spotkań, zdobywając 24 gole. W roku 1988 walnie przyczynił się do zdobycia przez Pomarańczowych Mistrzostwa Europy. Mimo iż był świeżo po wyleczeniu kontuzji potrafił zdobyć kilka fenomenalnych bramek, gwarantujących mu tytuł najlepszego strzelca oraz najlepszego zawodnika mistrzostw. Start van Bastena i całej reprezentacji Holandii na Mundialu w 1990 roku uznać można za naprawdę nieudany. Pomarańczowi grali słabo, dochodząc jedynie do 1/8 finału, gdzie odnieśli porażkę z drużyną Niemiec 1:2. Marco nie zdobył w tym turnieju ani jednego gola, dlatego też na rozegrane dwa lata później Mistrzostwa Europy jechał z wielkimi nadziejami. Holendrzy byli świetnie dysponowani i niezwykle zmotywowani na obronę tytułu. Jednak udało im się dojść jedynie do półfinału, gdzie w rzutach karnych odnieśli sensacyjną porażkę z niedocenianą drużyną Danii. Dla samego van Bastena fakt ten był o tyle przykry, iż to jedenastka nie strzelona właśnie przez niego, zadecydowała o przegranej reprezentacji Oranje. Rok 1992, choć przyniósł van Bastenowi sukcesy klubowe, okazał się jednym z najczarniejszych w jego karierze. Ba! uznać go można za „początek końca”. Większość czasu Marco poświęcał na zabiegi, operacje i rehabilitacje. Po długiej rekonwalescencji wrócił na boisko na trzy spotkania. Ostatnim meczem w jego karierze był przegrany 1:0 finał Pucharu Europy przeciwko Olympique Marsylia. Z reprezentacją narodową z kolei, Marco pożegnał się w październiku 1992 roku w zremisowanym 2:2 meczu przeciwko Polsce. Nigdy więcej nie zobaczyliśmy już go na boisku... 17 sierpnia 1995 po długiej walce z kontuzją podjął ostateczną decyzję o zakończeniu kariery. Był młody, waleczny i utalentowany – mógł osiągnąć jeszcze wiele, mógł stać się legendą na miarę największych. Gdyby nie problemy zdrowotne być może jeszcze przez kilka lat moglibyśmy oglądać go w akcji. Moglibyśmy dalej zachwycać się jego niezwykłymi umiejętnościami. Moglibyśmy, jednak nie było nam to dane. Teraz pozostaje nam tylko ściskanie kciuków za sukcesy trenerskie wielkiego Marco van Bastena...

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

7

@FCBparasiempre
Prasa francuska była zauroczona postawą Wilimowskiego i Wodarza, których niezaprzeczalny talent oraz piłkarski kunszt robiły wrażenie. Zwłaszcza Wilimowski, dzięki swoim żonglerskim talentom, zyskał uznanie w oczach żurnalistów paryskich, którzy określili go najwybitniejszym zawodnikiem ,,Turnieju Wszystkich Świętych”. Wizyta polskich ligowców we Francji była doskonałą okazją dla działaczy francuskich na podjęcie kolejnej próby skaperowania Wilimowskiego. Działacze Racingu nie zrazili się marcową porażką i tym razem zarzucono też wędke na innych graczy. ,,Ezi” za gre we francuskim klubie miał otrzymać 3000 franków i regularne premie. Po powrocie piłkarzy media tradycyjnie rozkręciły afere. ,,Śląski Kurier Poranny” napisał: ,, Jeden z największych dzienników sportowych w Paryżu ,,L’Auto” zamieszcza w środowym numerze sensacyjną wiadomość. Oto czterej nasi znakomici piłkarze: Wilimowski, Piątek, Wodarz i Góra, podpisali kontrakt do Racing Clubu. Gdy wiadomość ta rozeszła się w Paryżu, zawodnicy nasi byli już w pociągu, udając się do Polski. Według jednak zebranych informacyj, sprawa skaperowania naszej czwórki piłkarzy przedstawia się następująco: W poniedziałek o godzinie 10-tej wieczorem, do hotelu, gdzie zamieszkiwali Polacy, przybyło kilku przedstawicieli Racing Clubu. Zabrali Wilimowskiego i Góre i udali się najpierw do jednej z restauracji w okolicach Folier Berger a później do lokalu Racing Clubu, gdzie uraczono ich obficie winem. Dotychczas nie udało się stwierdzić, czy w towarzystwie Góry i Wilimowskiego byli i inni zawodnicy. Portier hotelowy zauważył bowiem w stanie nietrzeźwym tylko Góre i Wilimowskiego. W kieszeni Wilimowskiego znaleziono gotowe kontrakty przystąpienia do Racingu, na ich nazwiska a oprócz tego kontrakty podpisane przez Piątka i Wodarza. Podczas wyjazdu ekspedycji polskiej z Paryża kilku dziennikarzy francuskich zapytywało Góre, czy wiadomość o podpisaniu kontraktu jest rzeczywiście prawdziwą. Zarówno Góra, jak i inni zawodnicy oświadczyli iż o niczym nie wiedzą. Z Wilimowskim nie można było przeprowadzić rozmowy, gdyż był on jeszcze w stanie zamroczenia. Paryskie ,,L’Auto” dodaje że Góra w dniu wyjazdu miał otrzymać list z Racing Clubu, w którym miała być wyszczególniona jego pensja miesięczna w wysokości 3.000 franków, czyli około 550 zł. Kontrakt ważny jest od dnia 1 listopada do 1 czerwca 1938 r. List adresowany do Góry miał podpisać prezes Racingu, Bernard Levi. Zainterpelowany przez dziennik ,,L’Auto”, Levi zaprzecza by jakiekolwiek listy podpisywał i wysyłał pod adresem Polaków. Nie neguje on jednak że klub jego zaraz po meczu z Bologną powziął decyzje zaangażowania kilku graczy polskich. Wiadomość o skaperowaniu w tak nieetycznych okolicznościach czterech czołowych graczów polskiej reprezentacji wywołała w PZPN olbrzymie wrażenie. Nie wątpliwie po powrocie do Warszawy Wilimowski i jego towarzysze będą przesłuchani przez władze PZPN, które wówczas zadecydują, jakie kroki poczynić w stosunku do Racing Clubu”.

O ile tekst ,,Śląskiego Kurjera Porannego” dość wiernie tłumaczył cały artykuł zamieszczony w ,,L’Auto”, o tyle pominął dwa dość istotne akapity. Na wstępie francuska gazeta stawia sprawę jasno że podpisanie kontraktu przez polskich graczy przypomina brytyjskie historie, w których sierżanci rekrutowali w trakcie szalonych wieczorów nieszczęśników, którzy następnego dnia budzili się jako marynarze Floty Jej Krolewskiej Mości z kontraktem na 5 lat. ,,L’Auto-velo” trafnie zauważyło że polscy piłkarze byli amatorami, zatem byli łatwym łupem dla zawodowych klubów francuskich. Z problemu zdawała sobie sprawę polska federacja, która oddelegowała specjalnie jednego ze swoich członków dla zapobiegania tego typu sprawom. Kiedy o godz. 7 rano portier budził owego opiekuna żeby zobaczył swoich piłkarzy, to najpierw zbladł, lecz gazeta wyraziła duże zdziwienie że jednak nie umarł na miejscu, kiedy zobaczył dwa kontrakty Góry i Wilimowskiego oraz kolejne dwa Piątka i Wodarza. W kolejnym numerze francuskiego ,,L’Auto-velo” wypowiedział się prezes Racingu(warto nadmienić iż był to mistrz Francji z 1936 r.), który najpierw zaprotestował że ktoś porównał rozmowy działaczy jego klubu z kaperowaniem do angielskiej floty. Dodatkowo w 6 punktach odniósł się do tego że już kilka miesięcy wcześniej Wilimowski wyrażał chęć grania w paryskim klubie i to od samego ,,Eziego” wyszła propozycja spotkania z włodarzami Racingu. O godz. 20.00 w trakcie spotkania z Wilimowskim i Górą polscy zawodnicy nie byli pijani. Sporządzono jedynie projekty umów a także pisma gwarantujące roczne wynagrodzenie wraz z regulaminem, które polscy zawodnicy mieli sobie przetłumaczyć już po powrocie do kraju. Dodatkowo prezes wprost powiedział że Wilimowski i Góra nic nie podpisywali, co zresztą Góra przekazał francuskim żurnalistom. Niestety ten artykuł nie przebił się do polskiej prasy. Z ogromnym więc zainteresowaniem oczekiwano we czwartek w godzinach przedpołudniowych przyjazdu naszej reprezentacji. Znaczna liczba kibiców, którzy przybyli powitać przede wszystkim graczy śląskich, stwierdziła z zadowoleniem że jednak mimo pogłosek Wilimowski, Piątek i Wodarz przyjechali z Francji. Zarzucono ic pytaniami dotyczącymi tej ciekawej afery. Zarówno Wilimowski, jak i Piątek oraz Góra stanowczo zaprzeczyli by podpisywali kontrakty. Wilimowski i Góra dodali że faktycznie byli gośćmi Racing Club. Trzeźwiejszy niż węszący sensacji dziennikarze osąd sytuacji wykazał tym razem wiceprezes PZPN Żołędziowski: Podpisanie kontraktu po pijanemu nie ma znaczenia, zwłaszcza że gracze nasi wsiedli już w pociąg i wracają do Polski. Już my ich stąd nie wypuścimy. Wilimowski idzie za kilka tygodni do wojska. Jego wyjazd do Francji jest więc niemożliwy. Trudno teraz przewidzieć, czy i jakie represje wyciągniemy w stosunku do czterech naszych graczy. Może się pewnie okazać że nie ponoszą oni żadnej winy i że podpisy ich wymuszonu wskutek nadużycia alkoholu. W każdym razie nie powstrzymamy się od wyciągnięcia konsekwencji w stosunku do tych działaczy francuskich, którzy nie cofnęli się przed podobnymi metodami. Można namawiać kogoś na zawodowstwo , uzyskać jego zgode ale nie przy pomocy takich sposobów. Zresztą nie można popierać takich metod postępowania w piłkarstwie. Piłkarze polscy, którzy przechodzą na zawodowstwo by zasilić kluby innych państw, muszą uzyskać zwolnienie z naszego związku. Bez tej formalności nie mogą grać w żadnym klubie, zrzeszonym w międzynarodowej federacji piłkarskiej. Nie trzeba chyba dodawać że o zwolnieniu nie ma mowy. Ciesze się jednak że gracze wracając dali w ten sposób dowód że nie poczuwają się do żadnej winy.

Stosowna wypowiedź działacza nie mogła oczywiście zrównoważyć ciekawości reporterów. Czytelnicy chcieli czytać o piłkarskich gwiazdorach, więc temat żył nadal swoim życiem. Poniżej podaje kilka sensacyjnych szczegółów związanych z kaperowaniem graczy polskich do Racingu. Szczegóły te różnią się znacznie od wywodów Wilimowskiego i Góry. Następnego dnia po nocy spędzonej w lokalu Racingu Wilimowski dal znać Wodarzowi i Piątkowi by przybyli do jego pokoju. Z Wodarzem i Piątkiem zjawił się u Wilimowskiego również Kotlarczyk, potem Wilimowski oświadczył im: No, ja już jestem w Racingu; kontrakt podpisałem. ,,Ty nie rób głupstw, odpowiedział Piątek, na co Wilimowski oświadczył że Góra też przechodzi do Racingu i że załatwili też przejście Wodarza i Piątka”. Następnie wyciągnął z pod poduszki jakieś dokumenty, z których nie wiele wiedzieli, gdyż żaden z obecnych nie znał języka francuskiego. Jeden z tych dokumentów potargał od razu Wodarz, drugi zaś Kotlarczyk poszedł oddać p. Frankowi. W międzyczasie Wilimowski wyjaśnił Piątkowi i Wodarzowi że w razie podpisania kontraktu otrzymają od razu czek na 36 tysięcy franków. P. Franek po zaznajomieniu się z treścią dokumentu otrzymanego od Kotlarczyka, zwrócił się do Wilimowskiego z twierdzeniem iż z treści pisma wynika że umowa jest już podpisana. Na to Wilimowski tłumaczył się że nic nie podpisywali że to są tylko wzory kontraktów. Podobnego zdania jest kierownik ekspedycji p. Delekta z Krakowa, który w wywiadzie z przedstawicielem ,,IKC” oświadczył: ,,Wszystko to wygląda na dużą przesadę. Przede wszystkim nasi gracze od samej chwili wyjazdu z Polski do ukończenia meczu finałowego w Paryżu, pozostawali pod ścisłą opieką kierownictwa ekspedycji, przy czym będąc sami przeświadczeni o doniosłości obydwu spotkań, zachowywali się wzorowo. Dopiero po zwycięstwie w finale nad FC Bologna drużyna udała się na wspólną kolacje, która nosiła już swobodniejszy charakter. Po kolacji gracze otrzymali ,,urlop”. Dodać przy tym należy że przedstawiciele Polonii francuskiej towarzyszyli naszym graczom i opiekowali się nimi nadzwyczaj serdecznie. Późną nocą cała drużyna powróciła do hotelu. Spóźnili się jedynie Wilimowski i Góra, którzy widocznie nie docenili siły wina francuskiego i zawieruszyli się na mieście. Rano drużyna udała się na wystawe i już wtedy rozeszły się pogłoski o rzekomym podpisaniu kontraktów przez dwóch graczy polskich. List paryskiego Racing Club, który znaleziono u Wilimowskiego, został przez kierownictwo drużyny ,,skonfiskowany”. Gdy drużyna polska przybyła na wystawe, oczekiwał już na nią jeden z managerów klubu paryskiego, który w dalszym ciągu namawiał ich do przejścia na zawodowstwo i do wstąpienia do jednej z drużyn francuskich. Propozycje te były kierowane nie tylko do Wilimowskiego i Góry ale do wielu graczy, lecz zostały z miejsca przez nich odrzucone. Więc mamy do czynienia z wielkim hałasem o nic? - W gruncie rzeczy tak jest. Mam nadzieje ze dalsze dochodzenia potwierdzą nasze przewidywania. Faktem niezaprzeczalnym jest że Wilimowski i Góra faktycznie przekroczyli miarę w użyciu alkoholu ale to już tak u nas jest, że po meczu, zwłaszcza wygranym, oblewa się suto zawody. Zwyczaj ten wykorzystali sprytni managerowie ale im się to nie udało. Okazje do zabrania głosu wykorzystał także piłkarz ŁKS-u Antoni Gałecki: ,,Powiem szczerze jak było. Graliśmy tak wspaniale że nie dziw iż zawodowe drużyny zainteresowały się niektórym i graczami. Na Wilimowskiego zarzucano już sieci w marcu, kiedy po raz pierwszy grał przeciwko lidze paryskiej. Już w Lille kręciły się jakieś typy dookoła niego. W Paryżu, po jego żonglerskiej grze, starano się do niego dostać. Podobno Wilimowski był w korespondencji z Racing Clubem i możliwe że dawali mu 50 tysięcy franków jako jednorazową sume dla ,,matki” i 36 tys. za gre w ciągu niespełna sezonu, gdyż za 10 miesięcy. Może cyfry są nie ścisłe, gdyż we wszystkim jest trochę przesady, choć prawde mówiąc on jest wart tej sumy. Widzieliśmy już zawodowców, którzy otrzymuję te wynagrodzenia a nie umywają się do klasy Wilimowskiego. Poważnie tylko nim się zainteresowano.

Po zwycięskim meczu nad Włochami udaliśmy się do hotelu ,,Ecosse” na kolacje a potem mieliśmy wieczór wolny, który zamierzaliśmy wspólnie spędzić. W międzyczasie hol hotelu zapełnił się kibicami i emigrantami, którzy przyszli dziękować za wrażenia z meczu i zaofiarowali swe usługi przy zwiedzaniu Paryża w nocy. Niespodziewanie wymknął się z hotelu Góra, pociągając za sobą następnie Wilimowskiego. Niby to wyszli ,,na chwile”, ,,zaraz wrócą”. Nikt nie przywiązywał większej wagi do tego faktu, gdyż i tak partiami wyszliśmy na miasto. Wróciliśmy do domu po północy. Ja mieszkałem razem z Górą w jednym pokoju. Kiedy wróciłem do pokoju hotelowego, nie było go jeszcze. Położyłem się spać i momentalnie zasnąłem. O godz. 7 rano wrócił w różowym humorze mój współtowarzysz. Zachowywał się głośno, obudził mnie. Byłem wściekły na niego za to, gdyż spałem twardo. Kiedy mu przygadałem odezwał się: Antek! Patrz! Podpisałem kontrakt do Racingu Club. Płacą 3 tys. franków miesięcznie! Pozostaje w Paryżu! I wykrzykując jakieś nie zrozumiałe zdania, pokazuje mi list pisany po francusku a ja do niego: Nie mieli by kogo angażować, tylko Ciebie? Puknij się w głowe. Z ludźmi podgazowanymi nie wolno się wdawać w dyskusje, to też odwróciłem się plecami do niego i dalej spałem. Wkrótce usnął i Góra. Przy śniadaniu pękła bomba z Wilimowskim. On miał większy humor niż Góra. Zachowywał się głośno wykrzykując: ,,Nie jade do Polski! Pozostaje w Paryżu!” Wilimowski nie kładł się tego dnia spać i do wieczora był w takim humorze. Wreszcie wyperswadowano mu nierozważne postępowanie. Wilimowski miał podobno również jakieś podpisane papiery i podobno we wtorek zgłosił się nawet ktoś z Racingu po niego. Kiedy obaj(Góra i Wilimowski) przyszli do siebie, zaczeli się wypierać całej historii i obrócili ją w żart. Dobrze się widocznie w towarzystwie Francuzów bawili i albo zakpili z nich, albo też nie zdawali sobie sprawy z tego co robią. Opinie o żarcie potwierdzają członkowie ekspedycji. Wiadomości o Wodarzu i Piątku są zmyślone. Obaj o niczym nie wiedzieli. - Jakie jest więc zdanie pana o tej całej sprawie? – Nie można tej całej historii brać poważnie. Wilimowski zdawał sobie sprawę ze we Francji pozostać nie może, jest bowiem w wieku przedpoborowym i nie otrzymał by prawa pobytu a o Górze nikt poważnie nie myślał. W ogóle nabroił Góra, który zabawił się w ,,ważnego”. Całą więc historie należy potraktować jeżeli nie jako żart, to w każdym bądź razie jako nieporozumienie. Piłkarze potrafili się bawić. Sprawa miała swój rozrywkowy ciąg dalszy i dostarczyła prasie kolejnych smakowitych kąsków. Koniec końców zarząd PZPN nie ukarał żadnego z zawodników wyżej wymienionych, gdyż nie miał ku temu podstaw. Mógł ich zdyskwalifikować z chwilą, gdy staliby się zawodowcami a PZPN zajmował się bowiem tylko graczami-amatorami. Generalnie cała afera medialna, której ponownie głównym bohaterem był Wilimowski, wyraźnie podniosła sprzedaż prasy. Artykuły o ,,Ezim” cieszyły się ogromną popularnością, w związku z tym dziennikarze gotowi byli na wiele aby zaspokoić żądnych sensacji czytelników. Sprawa Wilimowskiego miała jednak pewien pozytywny aspekt. W artykule ,,Un probleme se pose maintentat: le transfert international d’un joueur amateur” poruszono kwestię pozyskiwania graczy z zagranicy. Sprawa przejścia z klubu zawodowego do zawodowego między różnymi krajami była opisana w przepisach ale kwestia przejścia zawodnika z zespołu amatorskiego do zawodowego z dwóch różnych krajów nie miała żadnego uregulowania prawnego. W tym miejscu pojawiało się bardzo duże pole do nadużyć. Przykład próby pozyskania Wilimowskiego był pierwszym tego typu we Francji, po którym zasygnalizowano aby FIFA zajęła się tym zagadnieniem.

8

Tournee po Francji:

31 października 1937 r. zorganizowano mecz Liga Polska – Francuska Liga Północna. W Lille w obecności 20 tys. widzów Polacy wygrali 2:1 po golach Leonarda Piątka i Ernesta Wilimowskiego. Następnie w Paryżu Polacy zagrali przeciw drużynie mistrza Włoch Bologna FC, pokonując ją 5:1(!) i znów w głównej roli pokazali się Ślązacy: 2 gole ,,Eziego”, po jednej Piątka, Wostala i Korbasa.

Co też tak frapującego wydarzyło się we Francji(?), tego dowiecie się w odpowiedzi na mój komentarz.
@Symson
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360

10

Święto futbolu w Barcelonie:

31 października 1973 r. w Barcelonie odbył się I Światowy Dzień Piłki na Camp Nou. Z okazji tej imprezy odbył się mecz Europa kontra Ameryka, w którym oprócz gwiazd Barçy( Cruijff czy też Sotil) zagrało kilku świetnych piłkarzy z całego świata, takich jak Eusebio, Cubillas, czy Rivelino. Najlepiej na boisku rozumieli się Cruijff z Eusebio. Z podania Holendra ,,Czarna Pantera z Mozambiku” strzeliła pięknego gola głową. Mecz zakończył się wynikiem 4:4 a w karnych zwyciężyli gracze z Ameryki. Kubala, ówczesny trener reprezentacji Hiszpanii i selekcjoner drużyny Europy, żalił się iż część graczy nie pojawiła się w Barcelonie a z niektórymi zawodnikami przywitał się dopiero kilka godzin przed spotkaniem. Nic w tym dziwnego, gdyż Węgier do każdego meczu podchodził bardzo poważnie. Najsłabszym elementem piłkarskiego święta była mała liczba widzów na trybunach a mianowicie jakieś 20 do 25 tysięcy.

@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

1

@Bernard777 No to witaj w ,,naszym" klubie :)
Vamos, vamos! Argentina
Vamos vamos! a ganar!
Questa barra qillombera
No te deja, no te deja dalentar!
Pisałem to z pamięci a tak właśnie Albicelestes śpiewali w szatni po meczu finałowym z RFN!

10

Ta wspaniała Copa!

30 października 1927 r. Argentyna rozgromiła Boliwie 7:1(5:1) na Estadio Nacional w Limie. To był mecz inaugurujący 11-tą edycję Copa America. Po raz pierwszy w historii organizację turnieju powierzono Peru. Warunki klimatyczne Limy oraz odległość dzieląca stolicę tej andyjskiej republiki od metropolii nadatlantyckich, przysparzały dodatkowych problemów organizacyjnych. Przed turniejem ekipa Argentyny ćwiczyła intensywnie elementy kondycyjno-atletyczne na obiektach Boca Juniors po kierownictwem profesora Jose Lago Millana, specjalisty od kondycji fizycznej. Wtedy to narodziło się pojęcie ,,preparador fisico”, od tej pory nieodstępnego towarzysza wszystkich poważnych trenerów. Peru potraktowało impreze niezwykle prestiżowo, jako niewątpliwy awans do elity kontynentalnej. W ceremonii otwarcia uczestniczył prezydent państwa, dr. Augusto Leguia. Gospodarze dopiero raczkowali w wielkiej piłce, ba! Ich mecz z Urugwajem(1 listopada 1927) był w ogóle debiutem na arenie międzynarodowej. Toteż obu głównym faworytom ulegli różnicą 4 goli a z Boliwią wymęczyli pierwsze w dziejach zwycięstwo 3:2.

Jak zwykle wszystko miało się rozstrzygnąć pomiędzy Argentyną a Urugwajem. Albicelestes przywieźli do Limy dwóch przyszłych mistrzów Świata, jednak w 1934 r. ci wybitni piłkarze grali dla reprezentacji Włoch. Mowa tu o pomocniku Luisie Montim z San Lorenzo oraz napastniku Raymundo Orsim z CA Independiente. Oprócz tej pary i znanego już wówczas napastnika Seaone, który został wybrany najlepszym piłkarzem turnieju, Argentyna pokazała cały zastęp piłkarzy wielkiego formatu. Argentyńskiej armadzie obrońca tytułu(Urugwaj) przedstawił wypróbowaną olimpijską gwardie(Andrade, Hector Scarone, Petrone) i kolejnych pretendentów do sławy, spośród których obrońca Tejera oraz napastnicy Arremon i Roberto Figueroa potwierdzili owe aspiracje. Swoje pozycje umacniali Lorenzo Fernandez i napastnik Hector Castro. Urugwaj w meczu z Argentyną grał doskonale, stworzył fascynujące widowisko. ,,Mag” Hector Scarone dał popis swej iście czarnoksięskiej magii. ,,Urusi” jednak przegrali to spotkanie z jednego powodu. Otóż z powodu kontuzji nie mógł wystąpić ich żelazny kapitan, wielka legenda- Jose Nasazzi. Okazało się że ,,Marszałka” nie są w stanie zastąpić nawet najzdolniejsi generałowie. W efekcie Argentyna pokonała Urugwaj 3:2 w przedostatnim meczu turnieju i sięgnęła po raz trzeci po puchar Ameryki Południowej. Co prawda w ostatnim meczu turnieju Argentyna grała jeszcze z Peru, jednak pewnie wygrała aż 5:1, więc dodatkowy mecz z Urugwajem nie był już potrzebny. W trakcie tych mistrzostw wydarzył się pewien incydent, który przeszedł do historii jako ,,Gol de la diplomacia”. Chodzi o gola dyplomatycznego ambasadora USA w Limie, Poixdaxtera. Poproszono go o symboliczne kopnięcie piłki czyli kick-off. Pan ambasador w meloniku uśmiechnął się promiennie, ukłonił grzecznie i kopnął piłke do Nolo Ferreiry. Ten nie namyślając się wiele ruszył z nią do przodu, przekazał do Maglio, ten do Seaone. Futbolówka wróciła do Ferreiry, który spokojnie wjechał z nią do peruwiańskiej bramki. Stadion zamarł w osłupieniu. Obrońcy gospodarzy przyglądali się całej akcji, nawet nie myśląc o interwencji. Refleks wykazał tylko amerykański dyplomata. W swoich lakierkach przytrzymując ręką melonik, wpadł na boisko i po krótkiej rozmowie urugwajski sędzia Cariboni… anulował gola. Od tamtej chwili kick-off zachował wyłącznie symboliczny wymiar; po uroczystym kopnięciu piłka wracała do zawodników, którzy dopiero wówczas inicjowali(już między sobą) prawdziwą akcje.
@Sysia11
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360

14

Argentina Campeon!

30 października 1921 r. Argentyna pokonuje na Estadio Sportivo Barracas reprezentacje Urugwaju 1:0 w szóstym meczu(de facto finale) Copa America i tym samym sięga po raz pierwszy w dziejach po Puchar Ameryki Południowej. Zwycięskiego gola dającego historyczny triumf w imprezie strzelił legendarny Julio Libonatti w 57 minucie.

@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Sysia11

4

@CLS63AMG A więc niech sie dzieje wola nieba!

1

@Sysia11 Zaskoczyłaś mnie tak bardzo pozytywnie że aż nie wiem co powiedzieć. Te słowa są jak najcudowniejszy balsam na skołataną codziennymi troskami dusze. Bardzo dziękuje i również pozdrawiam :)

16

Panie i panowie, gdyby żył, świętowalibyśmy dzisiaj jego urodziny. Geniusz futbolu, którego wszyscy powinni podziwiać i wspominać:

30 października 1960 r. w Lanus urodził się Diego Armando Maradona. Geniusz futbolu jakich niewielu, stawiany na równi z Pele! Jako piłkarz posiadał przydomki "El Diez" ("Dziesiątka") i "Pelusa" ("Puszek"). W internetowej sądzie na oficjalnej stronie FIFA, gdzie należało wskazać najlepszego piłkarza XX wieku uzyskał 53% głosów. W podobnym głosowaniu członków Komisji Futbolowej FIFA i prenumeratorów FIFA Magazine uzyskał trzecie miejsce.

Przygodę z futbolem Maradona rozpoczął w wieku 10 lat, gdy zapisał się do szkółki Los Cebollitas. Debiut w profesjonalnym futbolu datuje się na1976, gdy został piłkarzem Argentinos Juniors. W tym zespole rozegrał 167 spotkań, w których strzelił 115 goli. Kolejnym klubem był CA Boca Juniors (1981-1982), w barwach którego wystąpił w 40 spotkaniach i strzelił 28 goli. W latach 1979, 1980 i 1981 zdobywał tytuł króla strzelców Primera División Argentina, z osiągiem odpowiednio 27, 25 i 40 goli. Pierwszym zagranicznym klubem piłkarza była FC Barcelona. Grając w tym zespole Maradona zdobył Puchar Króla, Puchar Ligi Hiszpańskiej oraz Superpuchar Hiszpanii. Popadł jednak w konflikt z prezesem klubu Josepem Lluisem Núñezem, dodatkowo odniósł groźną kontuzję w starciu z Andonim Goikoetxeą. To wszystko zadecydowało o przeprowadzce do Włoch. Maradona przeszedł do włoskiego Napoli. W Neapolu został przywitany przez 75 tysięcy kibiców, co stanowiło niepobity rekord do 2009 roku. Pierwsze trofeum zdobył po trzech latach gry dla klubu i było to od razu Mistrzostwo Włoch. Kolejnymi zdobyczami były: puchar i superpuchar Włoch, a także kolejne scudetto. W 1989 roku Napoli zdobyło Puchar UEFA. Maradona stał się ikoną klubu. Dla Napoli zagrał 258 meczów i strzelił 115 bramek. Kolejnym klubem była hiszpańska Sevilla FC. Tutaj nie zanotował sukcesów. Głośny stał się konflikt z wiceprezesem Jose Marią del Nido i innymi członkami władz, dlatego spędził w nim ledwie sezon, po czym powrócił do Ojczyzny. Z zespołem Newell's Old Boys, zajął ostatnie, 20. miejsce w argentyńskiej ekstraklasie. W tym samym czasie FIFA nałożyła na Maradonę 15-miesięczną dyskwalifikację, za stosowanie niedozwolonych środków dopingujących. Piłkarz powrócił do piłki nożnej w 1995, podpisał wówczas ostatni w karierze kontrakt – z klubem Boca Juniors. Kłopoty ze zdrowiem i narkotykami nie przeszkodziły mu w zdobyciu tytułu wicemistrza Argentyny w 1998. Swój ostatni oficjalny mecz Maradona rozegrał 25 października 1997 roku, przeciwnikiem było River Plate, a drużyna Maradony wygrała 2:1. Piłkarz wystąpił w pierwszej połowie spotkania. 30 października 1997 oficjalnie ogłosił zakończenie kariery sportowej. Debiut Maradony w reprezentacji Argentyny miał miejsce 27 lutego 1977 na La Bombonerze, w wygranym meczu z Węgrami (5:1).

Pierwszy poważny sukces reprezentacyjny osiągnął zdobywając w 1979 tytuł Mistrza Świata Juniorów. W finale jego drużyna pokonała ZSRR 3:1. Zajął ponadto drugie miejsce w klasyfikacji strzelców. W 1982 po raz pierwszy pojechał na turniej Mistrzostw Świata Seniorów. Argentyna odpadła w drugiej rundzie, a Maradona w ostatnim meczu został wyrzucony z boiska. Następne mistrzostwa w 1986 roku w Meksyku, drużyna Maradony wygrała, a on był zdecydowanie największą gwiazdą turnieju. W ćwierćfinale z Anglią Maradona strzelił dwa gole. Każdy wyjątkowy. Pierwszego ręką, natomiast drugiego po rajdzie przez niemal całe boisko i minięciu sześciu reprezentantów Anglii. Odnosząc się do pierwszego gola stwierdził, że pomogła mu ręka Boga. W przepięknym finale Argentyna pokonała reprezentację RFN 3:2. Cztery lata później na turnieju we Włoszech Maradona był kapitanem reprezentacji. Kierowana przez niego drużyna dotarła do finału, pokonując po drodze m.in. Brazylię, Jugosławię i Włochy. W finale przegrała jednak z drużyną RFN 0:1. Jedyny gol został zdobyty z karnego w ostatnich minutach spotkania. Przeprowadzony w marcu 1991 test antydopingowy wykrył w organizmie Maradony niedozwolone środki. Kolejny mundial, w Stanach Zjednoczonych w 1994 roku to był koniec reprezentacyjnej kariery Maradony. Rozegrał na nim co prawda świetne mecze przede wszystkim z Grecją, jednak wykluczenie po kolejnym w karierze pozytywnym teście antydopingowym było ciosem dla całego zespołu, z którego już się nie podniósł. Ostatnim meczem w reprezentacyjnej karierze było spotkanie z 25 czerwca 1994 roku z Nigerią, wygrane 2:1. W 2000 roku Maradona wydał swoją autobiografię, którą zatytułował "El Diego". Napisał ją we współpracy z Danielem Arcuccim i Ernesto Cherquisem Bialo. W książce opisał swoje dzieciństwo, karierę piłkarską, a także umieścił listę stu, według niego, najlepszych piłkarzy świata. Książka ukazała się także w Polsce pięć lat później. W 2004 roku, z okazji stulecia FIFA, Maradona oraz Brazylijczyk Pelé, zostali wybrani najwybitniejszymi zawodnikami wszechczasów.

@Sysia11
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360

1

@Sysia11 Ależ wiem(!) doskonale pamiętam! No ja bym nie pamietał!? Niedoczekanie! Te ,,wasze GOAT-y" to mnie czegoś denerwują, no ale mimo wszystko dzięki śliczne za pamięć o ,,boskim" Diego...

12

Polacy nie gęsi…

30 października 1993 r. Atletico Madryt rozgrywało spotkanie z FC Barceloną na Vicente Calderon a bohaterem owego meczu został…Roman Kosecki! Romario w tym meczu rozegrał jedno z najlepszych spotkań w Blaugranie, lecz to nie on został bohaterem. Po jego 3 golach Katalończycy prowadzili pewnie na Vicente Calderon a wynik mógł być nawet większy gdyby uderzenie lobem Romario nie trafiło w poprzeczke. W drugiej połowie najlepszy na boisku był już tylko Polak- Roman Kosecki, który strzelił 2 gole, w tym drugi dający remis. W 83 minucie Pirri z Atletico dostał czerwoną kartkę, lecz mimo to w 88 minucie Kosecki wyprowadził kolejną kontre, którą celnym strzałem zakończył Caminero. Dzięki temu gospodarze wygrali tamten wspaniały mecz 4:3! Nie zapominajmy że wówczas Kosecki dokonał tej sztuki grając przeciwko ,,Dream Team” Johana Cruijffa!

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

10

Nieco zapomniane postacie futbolu:

29 października 1947 r. urodził się Henry Michel. Grał na pozycji pomocnika w drużynie FC Nantes i w latach 1967–1980 zaliczył 58 występów w reprezentacji. Trzykrotny zdobywca tytułu mistrza Francji. Przejął olimpijską kadrę Francji w 1982 roku, prowadząc ją do złotego medalu w Los Angeles w 1984 roku, gdzie w finale pokonali Brazylię. Następnie Michel przejął francuską drużynę składającą się z Michela Platiniego, która właśnie zdobyła Mistrzostwa Europy pod wodzą Michela Hidalgo. Pod rządami Michela Francja dotarła do półfinału Mistrzostw Świata w 1986 roku, gdzie przegrała 2:0 z Niemcami Zachodnimi. Czas Michela u steru drużyny dobiegł nieszczęśliwego końca, gdy jego drużynie nie udało się zakwalifikować do Euro 1988, a następnie zremisował 1:1 ze skromnym Cyprem w eliminacjach do Mistrzostw Świata w 1990 roku. Po pobycie we Francji Michel przez krótki czas był trenerem Paris Saint-Germain na początku lat 90., zanim poprowadził wiele afrykańskich drużyn, po czym pojechał na trzy kolejne Puchary Świata z Kamerunem (1994), Marokiem (1998) i Wybrzeże Kości Słoniowej (2006). Był jedną z najbardziej rozpoznawalnych twarzy francuskiego futbolu. Zmarł 24 kwietnia 2018 r.

@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360

12

Gol(!) stadiony świata:

29 października 1977 r. Polska zremisowała z Portugalia w eliminacjach MŚ ‘78. Na trybunach stadionu Śląskiego zasiadło 80 tysięcy widzów. Od początku to my prowadziliśmy grę. Mieliśmy wiele sytuacji bramowych. Brakował jednak kropki nad „i” w postaci gola. W 36 minucie daleki strzał wybił na rzut rożny portugalski obrońca Humberto Coelho. Do kornera podszedł Deyna. W tym momencie trener Gmoch dokonał zmiany. Za Bohdana Masztalera wszedł na boisko Zbigniew Boniek. Przerwa w grze wyraźnie zdekoncentrowała graczy z półwyspu Iberyjskiego. Dopiero po dwóch minutach Deyna wykonał rzut z rogu. Alfredo Murca stojący przy krótszym słupku bramki oddalił się od niego na nie więcej niż metr. Był przekonany, że piłka będzie skierowana w centralny punkt pola bramkowego. Tymczasem Deyna uderzył w lukę pomiędzy Portugalczykiem a słupkiem. Tak zwanego „rogala”. "Deyna... Gol! Prosto z rogu, Kazimierz Deyna! Coś niesamowitego, proszę Państwa! Rzadko się zdarza w meczach międzypaństwowych taka sytuacja. Osłupieli zupełnie Portugalczycy, nie bardzo wiedzieli, co się stało"- skomentował niezapomniany Jan Ciszewski w Telewizji Polskiej. Szał radości został przerwanym gwizdami w momencie kiedy spiker podał nazwisko strzelca. Sytuacja niewyobrażalna. Piękny gol, prowadzenie i prymitywne zachowanie publiczności. Widownia klubowe wojenki przedłożyła nad sukces Polski. Deyna był piłkarzem Legii Warszawa, która nie cieszyła się i do dnia dzisiejszego nie cieszy, popularnością poza stolicą. W 61 minucie wyrównał Manuel Fernandes po podaniu z lewej strony Octavia Machado. Na nasze szczęście do końca meczu wynik nie uległ zmianie.

„W końcówce nie było łatwo ale remis dał nam awans. Ten mecz zapamiętałem z dwóch skrajnych sytuacji, z jednej strony wynik 1:1 dał nam upragniony awans, a z drugiej był niesmak spowodowany gwizdami na Kazia Deynę. Strzelił wtedy bramkę bezpośrednio z rzutu rożnego, a kibice i tak gwizdali. Potem już w końcówce, nie wiem dlaczego czy z powodu kontuzji, kiedy schodził z boiska, to gwizdy były jeszcze większe. Był jednak twardą sztuką, wytrzymał presję i nie zrezygnował z gry w reprezentacji, pojechał na kolejne mistrzostwa”- tak opisał wrażenia z twego meczu Henryk Kasperczak na łamach katowickiego Sportu. Pojechaliśmy do Argentyny jako faworyt. Wróciliśmy bez medalu. Zaraz po mundialu ze stanowiskiem pożegnał się Jacek Gmoch. Tylko trzy razy w historii reprezentacja Polski strzeliła gola bezpośrednio z rzutu rożnego. Pierwszą bramkę zdobył także na stadionie Śląskim Kazimierz Kmiecik. Przegraliśmy 1:2 w sparingu towarzyskim z Argentyną w roku 1976 . Drugim w kolejności był gol w meczu z Portugalią. Trzecie trafienie zaliczył Maciej Żurawski w spotkaniu z Irlandią Północną w 2004. Graliśmy w roli gościa na Mourneview Park w mieście Lurgan.

@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

10

Campeonato Sudamericano de Selecciones:

Mecz Argentyna - Paragwaj(4:3) z 29.10.1923 r. zainaugurował 7 edycje Copa America. W 1923 r. znów Urugwaj gościł uczestników Sudamericano. Tym razem do Montevideo nie dojechali Chilijczycy, zaś Brazylia kompletnie bez sensu niemal zupełnie wymieniła zwycięski skład z przed roku. Pochłonięty przeprowadzką do Boca Juniors znakomity Fleitas Solich nie zagrał w drużynie paragwajskiej. W tych okolicznościach było jasne iż finałowa batalia rozstrzygnie się między Urugwajem a Argentyną. Zresztą pod tym właśnie kątem organizatorzy ułożyli kalendarz spotkań, który i w przyszłości stał się niepisaną regułą. Tak jak smakowity deser spożywa się na końcu posiłku, tak podobnie i starcie futbolowych gigantów znad La Platy miało od tej pory stanowić smakowitą kulminacje imprezy. Tak więc 2 grudnia 1923 r. wszystkie emocje skupiły się na starciu Urugwaj-Argentyna, czyli de facto finale. ,,Albicelestes” choć dokładali starań, nie byli w stanie dorównać gospodarzom. Do ich składu po paroletniej przerwie powrócił fenomenalny Hector Scarone i on też wodził rej na „Estadio Parque Central”. Jednak debiutanci: Nassazi, Andrade, Petrone czy Cea, nie ustępowali mu ani na jotę. Do 22 tys. zdumionych i oczarowanych widzów docierało przeczucie iż towarzyszą właśnie narodzinom drużyny, jakiej jeszcze świat nie widział. Swój popis futbolowej maestrii ,,Celestes” zakończyli dwoma golami(Petrone i Sommy), które przygwoździły waleczną, lecz momentami niemal bezradną Argentynę. Szczególnie wśród koneserów starszej generacji dominuje pogląd że wciąż jeszcze nie narodził się obrońca lepszy niż Jose Nasazzi. Największy autorytet futbolowy i dziennikarski po tamtej stronie Atlantyku, Śp. Diego Lucero, uważa że porównanie z nim wytrzymują najwyżej Beckenbauer i Passarella. Ta opinia ma swój ciężar gatunkowy. Trzeba również pamiętać iż zwycięstwo Urugwaju w turnieju dało kwalifikację do Igrzysk Olimpijskich organizowanych w 1924 roku.

@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?