0

@Nazio_87 A kto to konkretnie? Bo jakoś nie kojarze?

11

Piłkarze z największą liczbą czerwonych kartek w historii:

Kartki powoli pojawiały się w świecie futbolu. Od czasu ich wprowadzenia pod koniec lat 60-tych XX wieku wielu piłkarzy, którzy zostali wyrzuceni z boiska, zyskało reputację twardych i agresywnych. Ale kto jest najczęściej wyrzucanym zawodnikiem w historii? Przyjrzyjmy się liście piłkarzy z największą liczbą czerwonych kartek w historii futbolu.

GERARDO BEDOYA

Kolumbijczyk ma wątpliwy zaszczyt bycia piłkarzem, który został wyrzucony z boiska z największą liczbą czerwonych kartek w historii i zawodnikiem z największą liczbą czerwonych kartek wszech czasów. Bedoya został wyrzucony z boiska 46 razy! Nosił koszulki wielu klubów w swoim kraju (Deportivo Pereira, Deportivo Cali, Atlético Nacional, Millonarios itp.), a także grał w Racing Club, Colón, Boca Juniors (Argentyna) i Puebla (Meksyk). Grał jako lewy obrońca.

SERGIO RAMOS

Hiszpański piłkarz otrzymał łącznie 30 czerwonych kartek ; jest rekordzistą pod względem liczby czerwonych kartek w lidze hiszpańskiej. Zawodnik z Camas, z 21 wykluczeniami, jest najczęściej wyrzucanym zawodnikiem w historii La Liga. I wciąż jest aktywny, więc ta liczba może jeszcze wzrosnąć.

CYRIL ROOL

Francuski pomocnik, który spędził całą karierę w lidze francuskiej. Rool został wyrzucony z boiska 27 razy. Grał w czołowych klubach Francji: Olympique Marsylia, Monaco, Girondins de Bordeaux, Nice…

ALEXIS RUANO

Kolejny środkowy obrońca, który spędził prawie całą karierę w Hiszpanii. Alexis Ruano grał między innymi w takich klubach jak Getafe, Valencia, Málaga, Alavés i Sevilla. Obrońca zebrał łącznie 22 czerwone kartki.

PAOLO MONTERO

Urugwajski obrońca zapisał się w historii tak ważnych klubów jak Juventus Turyn. W trakcie swojej kariery zawodowej otrzymał aż 21 czerwonych kartek.

ROBERTO TROTTA

Roberto Trotta miał długą i różnorodną karierę. Były argentyński obrońca grał w wielu klubach w swoim kraju (Estudiantes, Vélez, River Plate itp.), ale miał również doświadczenie w Europie. Oprócz gry w Romie we włoskiej Serie A, w sezonie 1997-1998 grał w drużynie, którą wielu uważa za najgorszą w historii Real Sporting. W ciągu swojej kariery został wyrzucony z boiska 21 razy.

EDGARDO PRÁTOLA

Argentyński środkowy obrońca. Prawdziwa legenda Estudiantes de La Plata, gdzie grał przez większość swojej kariery. 19 razy został wyrzucony z boiska. Niestety, zmarł w wieku 32 lat na raka.

PABLO ALFARO I JAVI NAVARRO

Kolejny, który nie brał jeńców. Pablo Alfaro zyskał reputację twardziela, grając na pozycji środkowego obrońcy w różnych klubach La Liga: Realu Zaragoza, FC Barcelonie, Racingu, Atlético Madryt, Meridzie i Sevilli. Osiemnaście czerwonych kartek w prawie 700 meczach wydaje się wręcz niewystarczające. Jego wspólnik, Javi Navarro, ma na koncie 10 wykluczeń, co daje im łącznie 28.

XAVI AGUADO

Podobnie jak jego kolega z drużyny Pablo Alfaro, Xavi Aguado został wykluczony 18 razy w trakcie swojej kariery, z czego większość poświęcił grze w Realu Zaragoza.

YANNICH CAHUZAC

Francuski pomocnik, który od debiutu w zawodowej piłce nożnej został wyrzucony z boiska 17 razy. Oprócz czerwonych kartek ma na swoim koncie znaczną liczbę żółtych.

ROY KEANE

Kolejnym zawodnikiem, którego nie mogło zabraknąć na tej liście, jest Roy Keane. Irlandczyk wyróżniał się najbardziej w Manchesterze United. Bardzo twardy, ale niezbędny pomocnik dla każdego zespołu, który chce odnieść sukces. W swojej długiej karierze zawodowej został wyrzucony z boiska 13 razy.

PEPE

Portugalski środkowy obrońca brazylijskiego pochodzenia, który niedawno zakończył karierę został wyrzucony z boiska również 13 razy.

@Adran360
@AxelF
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

9

O! Legia już w strefie spadkowej! Bardzo ładnie, tak trzymać!

10

Zapomniane legendy holenderskiego futbolu:

6 grudnia 1946 r. urodził się Willy van der Kuijlen. Holenderski piłkarz, który z powodzeniem grał jako napastnik lub ofensywny pomocnik w trakcie swojej kariery dorobił się wiele mówiącego przydomka ,,Mister PSV”. W klubie z Eindhoven jako zawodnik spędził aż 17 lat. Był z nim również związany po zakończeniu kariery, więc nic dziwnego, że uważa się go za jedną z największych klubowych legend. Wychowywał się w położonym kilkanaście kilometrów od Eindhoven miasteczku Helmond. Pierwsze piłkarskie treningi rozpoczął w wieku ośmiu lat w miejscowym klubie HVV Helmond. Szybko zaczął przerastać swoich rówieśników i od najmłodszych lat imponował skutecznością. W dorosłej drużynie zadebiutował już jako 15-latek, co nie mogło umknąć uwadze lokalnego potentata. PSV chciało go do siebie ściągnąć już w 1963 r., ale Willy odrzucił propozycję kontraktu. Mógł wówczas podpisać tylko umowę juniorską, a proponowana płaca była niższa od tej, jaką otrzymywał w HVV. Łącznie dla zespołu z Helmond zdołał rozegrać 63 mecze i strzelić w nich 69 goli. Mimo że dokonał tego w rozgrywkach amatorskich, to wkrótce ustawiła się do niego kolejka chętnych chcących go zatrudnić. Tym razem oferta PSV okazała się najlepsza spośród kilkunastu innych i w 1964 r. van der Kuijlen związał swoją przyszłość właśnie z tym klubem. Podpisał kontrakt półprofesjonalny, co oznaczało, że oprócz gry w piłkę, znalazł też zatrudnienie w fabryce Philipsa, gdzie pracował jako magazynier. Mimo młodego wieku nie miał żadnych problemów z wejściem do zespołu. Już w debiucie w jednym ze sparingów strzelił pięć goli. Swoją klasę potwierdził też w lidze – trafił w swoim pierwszym ligowym meczu, a już w drugim popisał się hat-trickiem. Jako najmłodszy zawodnik w drużynie stał się jednym z jej motorów napędowych. Pierwszy sezon w barwach PSV zakończył z 20 golami na koncie, co dało mu drugie miejsce w klasyfikacji strzelców. Barierę 20 goli w sezonie przekraczał później jeszcze wielokrotnie. Nie było wówczas w Holandii nikogo, kto mógł się poszczycić taką regularnością. Grę ciągle łączył z pracą magazyniera, a na dodatek dostał też powołanie do wojska, co z pewnością nie sprzyjało stabilizacji formy. Nie zawsze potrafił też znaleźć wspólny język z trenerami i raz był nawet o krok od opuszczenia PSV.

Van der Kuijlen imponował skutecznością i zachwycał techniką, ale brakowało mu sukcesu z drużyną. W 1969 i 1970 r. PSV dotarło co prawda do finału Pucharu Holandii, ale oba były dla nich przegrane. Drużyna z Eindhoven ciągle była wówczas jednym z wielu ligowych średniaków, a karty w lidze rozdawały zespoły Ajaxu i Feyenoordu. Dopiero kiedy posadę trenera objął Kees Rijvers, PSV zdołało na poważnie zaistnieć na krajowym podwórku. Szkoleniowiec odmienił oblicze drużyny i zdołał wykorzystać potencjał takich graczy jak Jan van Beveren, Ralf Edström czy Willy i René van der Kerkhof. Kluczowym elementem układanki był jednak Willy van der Kuijlen, wokół którego Rijvers budował zespół. W 1974 r. PSV zdobyło w końcu upragniony Puchar Holandii po wygranej w finale nad NAC Breda aż 6:0. Po drodze w ćwierćfinale odprawili Feyenoord, a w półfinale ich ofiarą padł Ajax. Rok później do listy klubowych sukcesów dołożyli mistrzostwo kraju, notując w sezonie tylko dwie ligowe porażki. Sezon 1975/76 van der Kuijlen z kolegami zakończył z dubletem na koncie. Do udanej obrony tytułu w lidze dołożyli kolejny triumf w krajowym pucharze. Bardzo udana była też ligowa kampania w sezonie 1977/78, którą zawodnicy PSV trzeci raz w ciągu kilku lat zakończyli w glorii mistrzów. Znakomicie prezentowali się też w Europie. W Pucharze UEFA dość pewnie pokonywali kolejne rundy, eliminując m.in. Widzew Łódź. W półfinale ich rywalem była wielka Barcelona z Johanem Cruijffem w składzie. W Eindhoven PSV wygrało 3:0, a w stolicy Katalonii górą byli gospodarze, ale tylko 3:1. Finałowym rywalem była francuska Bastia, która na swoim boisku zdołała zremisować 0:0, ale na wyjeździe nie potrafiła postawić się PSV i przegrała 0:3. Van der Kuijlen ustalił wówczas wynik meczu i jako kapitan zespołu mógł wznieść w górę cenne trofeum. Półfinałowa wygrana nad zespołem Cruijffa musiała smakować szczególnie, bo obaj panowie niezbyt za sobą przepadali. Mimo że van der Kuijlen debiutował w narodowej drużynie jeszcze jako nastolatek i w pierwszych pięciu meczach strzelił cztery gole, to nigdy w pełni nie rozwinął skrzydeł w reprezentacji. Stracił w niej miejsce właśnie na rzecz Cruijffa. Razem ze swoim klubowym kolegą Janem van Beverenem nie gryzł się w język i nie bał się krytykować gracza Ajaxu, co raz po raz powodowało tarcia w drużynie. Graczom PSV nie podobały się też szczególne względy, jakimi cieszyli się w oczach sztabu Cruijff i Neesekens. Dlatego też m.in. zabrakło miejsca dla van der Kuijlena w składzie na mundial w RFN, mimo że był on wówczas w życiowej formie.

W ciągu czterech kolejnych sezonów (1973/74-1976/77) zdobył w lidze aż 106 bramek, czym wydatnie przyczynił się do sukcesów klubu. W Eindhoven występował do sezonu 1981/82. Rozegrał wówczas pięć spotkań w barwach PSV, po czym przeniósł się do MVV Maastricht. Ostatnim przystankiem było grające w drugiej lidze belgijskiej VV Overpelt, gdzie van der Kuijlen zakończył karierę w sezonie 1982/83. Jego zdecydowanie zbyt skromny bilans w reprezentacji zamyka się zaledwie w 22 spotkaniach, w których trafiał do siatki siedem razy. Przez kilkanaście lat występów na poziomie Eredivisie zdołał uzbierać aż 311 bramek w 544 występach (dla PSV 308 goli w 528 meczach). Wynik ten jest oczywiście ligowym rekordem wszech czasów i trudno oczekiwać, że ktokolwiek kiedykolwiek go poprawi. Trzy razy (1966, 1970 i 1974) zdobywał koronę króla strzelców. Po zakończeniu kariery Willy pracował w PSV jako trener z napastnikami. Miał też epizod w roli asystenta trenera w PSV i Rodzie Kerkrade. Później pełnił jeszcze w klubie obowiązki trenera młodzieży, a także skauta. W październiku 2004 r. przed klubowym stadionem odsłonięto jego pomnik. Mimo upływu lat pamięć o jego osiągnięciach ciągle jest żywa wśród kibiców. Pod koniec życia zmagał się z chorobą Alzheimera. Odszedł w wieku 74 lat.

@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AxelF
@Adran360

1

@AxelF Ale to chodzi ci o motoryzacyjne Ferrari?

11

Wspaniałe legendy futbolu:

6 grudnia 1936 r. urodził się Alberto Spencer, ekwadorski napastnik, 3-krotny Zdobywca Copa Libertadores-1960, 1961, 1966; 2-krotny Zdobywca Pucharu Interkontynentalnego-1961 i 1966 oraz 7-krotny Mistrz Urugwaju(z Peñarol)-1960,1961,1962,1964,1965,1967 i 1968. Już jako chłopiec odznaczał się niezwykłą sprawnością. Było jasne że ten diament wymaga szlifu i równie oczywiste iż Ekwador jest dla niego za ciasny. W Peñarol Montevideo u boku takich znakomitości jak Martinez, Hohberg, Goncalvez, Cubilla czy Rocha, jego talent rozkwitał w imponującym tempie. W doświadczone trenerskie ręce wziął go Roberto Scarone. Już 1 kwietnia 1960 w Wielkich Derbach Montevideo strzelił gola, dzięki któremu Peñarol zremisował z odwiecznym rywalem-Nacionalem. W tymże roku debiutował w rozgrywkach Copa Libertadores w meczu z boliwijskim Jorge Wilsterman zdobywając na dzień dobry 4 gole! A potem ruszyła niepowstrzymana lawina goli strzelanych na wszystkie możliwe i niemożliwe sposoby. Spencer uderzał równie celnie obiema nogami jak i głową. Trafiał z woleja, z przewrotki a niekiedy szedł na samotny przebój. Jednak głównie wykorzystywał precyzyjne podania kolegów rzucających mu piłkę na dobieg na wolne pole. Dzięki wrodzonej szybkości potrafił niemal zawsze uprzedzić obrońców. Decydowały sekundy i centymetry, lecz ekwadorski atleta posiadał nieprawdopodobny refleks i orientację chociaż zazwyczaj na plecach siedziało mu przynajmniej dwóch przeciwników. Większość wysokich dośrodkowań również zamieniał na bramki. Słowem okazał się graczem na którego Peñarol czekał wiele lat. W systemie 4-2-4 pełnił funkcję ,,punta de lanza’’(ostrze włóczni)-napastnika najbardziej wysuniętego do przodu. Zarówno z Sasią jak i Peruwiańczykiem Joyą doprowadził do perfekcji słynną ,,pared’’ czyli ścianę-błyskawiczną wymianę podań. Jego rekordy strzeleckie w lidze urugwajskiej ustępują tylko wyczynom Atillo Garcii i Fernando Moreny. Łącznie w karierze zdobył 326 goli a byłoby ich pewnie znacznie więcej gdyby nie częste kontuzje bowiem stanowił obiekt bezpardonowych interwencji. Po zderzeniu z bramkarzem Nacional Robertem Sosą doznał nawet otwartego złamania nogi. Czterokrotnie był goleadorem rozgrywek krajowych a mistrzem Urugwaju siedmiokrotnie. Swą 200-setną bramkę dla Peñarol strzelił w okolicznościach jakby wymarzonych dla takiego jubileuszu. 22 maja 1966 na Estadio Nacional w Santiago w trzecim już dodatkowym meczu finałowym Copa Libertadores przeciwnikiem Urugwajczyków był sam River Plate. I właśnie strzał, którym Spencer wyprowadził w pole najsłynniejszego bramkarza Argentyny, legendarnego Amadeo Carrizo, dał Peñarolowi upragniony puchar. Wyczyny ekwadorskiego bombardiera w tej klubowej konkurencji nie mają sobie równych. Trzykrotnie zdobywał Copa Libertadores a dwukrotnie Copa Intercontinental równoznaczny z tytułem najlepszej drużyny klubowej świata! Nikt do tej pory nie pobił jego rekordu. W rozgrywkach Copa Libertadores z 54 golami(48 dla Peñarolu i 6 dla Barcelony Guayaquil) pozostaje snajperem wszechczasów w dziejach tej imprezy! Po zakończeniu niezwykłej kariery już w latach 80-tych ten ,,najwybitniejszy w historii ambasador Ekwadoru’’ został prawdziwym dyplomatą, pełniąc funkcję sekretarza administracyjnego ambasady w Montevideo, gdzie od dawna już zamieszkiwał na stałe. Ale też nikt nie rozsławił w tej mierze egzotycznego kraju nad Oceanem Spokojnym jak Alberto Spencer. Zmarł na skutek powikłań po ataku serca w klinice w Stanach Zjednoczonych 3 listopada 2006 roku.

@Adran360
@AxelF
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

3

Już chciałem napisać że dzisiejsze zwycięstwo nad Realem jest bardzo pewne. Jednak ujme to inaczej: to było zwycięstwo bez większej historii o wyniku hokejowym. Bardzo ważny mój wniosek po tym meczu: w żadnym wypadku nie powinno się po sezonie wykupować napastnika Rashforda. To nie jest poziom na taki klub jak FC Barcelona...

11

Pierwsza andaluzyjska drużyna, która grała w Pierwszej Lidze i ją wygrała:

Real Betis Balompie to jeden z największych klubów Hiszpanii. Choć nie grał w pierwszych edycjach La Liga, był pierwszą andaluzyjską drużyną, która wystąpiła w najważniejszych rozgrywkach krajowych w sezonie 1932/1933. Wkrótce potem nadszedł jego wielki moment, gdy zdobył mistrzostwo ligi w sezonie 1934/1935. W tamtych czasach Real Betis był potężną drużyną. Daleko od stereotypów, które szufladkują Betis jako skromną i robotniczą drużynę, zielono-białej drużynie udało się zgromadzić bardzo silny skład, wydając ogromne pieniądze i stając się jednym z faworytów w rozgrywkach. W ten sposób drużyna andaluzyjska pozyskała kilku baskijskich piłkarzy, którzy stanowili trzon drużyny, która była w stanie zakończyć hegemonię Athleticu, Realu Madryt i FC Barcelony. W sezonie 1934-1935 tacy zawodnicy jak Lecue, Unamuno, Saro, Urquiaga, Larrinoa i Aedo, wszyscy Baskowie, prowadzili drużynę, w której grali również obiecujący młodzi zawodnicy, awansujący z rezerw Betisu, tacy jak Caballero i Valera. Dzięki nim Real Betis stał się pierwszą drużyną, która zdobyła mistrzostwo kraju nie będąc Baskiem, z Madrytu ani Katalonii, po 33 edycjach Pucharu Króla i La Liga. Ale ta drużyna, oprócz dobrych zawodników, miała na ławce naprawdę świetnego trenera, którym jakiś czas temu był nie kto inny, jak kapitan Manchesteru United: Patrick Joseph O'Connell. Irlandzki menedżer poprowadził tę grupę mistrzowsko i pokazał, że w piłce nożnej wielkie osiągnięcia można osiągnąć ciężką pracą i wiarą w siebie. Minęło wiele lat a Real Betis zdobył kolejne tytuły, w tym dwa Puchary Króla, ale nigdy nie powtórzył wyczynu mistrza ligi. 28 kwietnia 1935 roku, po miażdżącym zwycięstwie 5:0 na El Sardinero nad Racingiem Santander, z trzema golami Unamuno i dwoma Caballero, drużyna Betisu osiągnęła chwałę. Dwa dni później drużyna udała się do Bilbao, aby odebrać trofeum (wówczas należące do Athleticu jako ostatniego zwycięzcy) i zabrała je do Sewilli, aby świętować z kibicami podczas kwietniowego jarmarku.

@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AxelF
@Adran360

0

@MichuZ44 O przepraszam, gdyż umknął mi ten trzeci przygotowując ten komentarz. Dzięki za poprawke :)

2

Harry Kane strzelając 3 gole w meczu z VFB Stuttgart, zgromadził łącznie 292 gole na poziomie pierwszoligowym, wyprzedzając o 2 gole Ś.P. Johana Cruyffa.

1

@Sysia11 Do La Pulgi i do La Pelusy podciągnąłbym zdecydowanie Manuela Francisco. On jak Argentyńczycy niemal w pojedynke doprowadził Selecao do mistrzostwa świata w Chile! O takim geniuszu nie można zapominać!

7

Zapomniane legendy rodzimego futbolu:

6 grudnia 1914 r. w Königshütte urodził się Jerzy Wostal. Razem z Leonardem Piątkiem tworzył w AKS-ie niesamowicie skuteczny duet. Obaj panowie dzielili się nie tylko zdobyczami bramkowymi, ale też funkcją kapitana. Wostal znakomicie czuł się w polu karnym, ale kiedy widział lepiej ustawionego kolegą, to potrafił go obsłużyć precyzyjnym podanie. Przygodą z piłką zaczynał w klubie Zjednoczeni Przyjaciele Sportu w Chorzowie. Jako 19-latek dołączył do AKS-u. Tam występował aż do wybuchu wojny i dał się poznać jako bardzo skuteczny strzelec. Na pierwszy występ na ekstraklasowych boiskach musiał poczekać do 1937 r. 11 kwietnia 1937 r. zagrał w wygranym 3:1 starciu z Ruchem a dwa tygodnie później w meczu z Cracovią uzyskał swoją pierwszą bramkę w elicie. Przez cały sezon był jedną z głównych postaci w zespole i z 11 golami okazał się jego najskuteczniejszym strzelcem. To dzięki bramkom Wostala i Piątka AKS zajął w tamtym sezonie drugie miejsce w tabeli. Rok później nadal był czołowym zawodnikiem drużyny. Pod względem zdobyczy bramkowych znacznie jednak już ustępował Piątkowi, choć należy pamiętać, że bardzo często to po jego podaniach Piątek strzelał gole. Na początku wojny przez dwa lata występował w Vorwärts-Rasensport Gleiwitz. Po zakończeniu działań wojennych nie można było o nim w Polsce pisać. W zgodzie z rodzinnymi sympatiami wybrał życie w Niemczech i niemieckie obywatelstwo. Nigdy jednak nie zachował się wobec Polski nieelegancko. Osiedlił się w malowniczej Pasawie, która jest położona na licznych wzgórzach rozdzielonych trzema zbiegającymi się na jej terenie rzekami – Dunajem, Inn i Ilz. Tam do 1954 r. grał dla miejscowego 1. FC. W reprezentacji Polski pierwszy raz zagrał, podobnie jak jego partner z ataku Piątek, w meczu z Łotwą w Rydze w 6 września 1936 r. Spotkanie zakończyło się remisem 3:3 a Wostal otworzył wynik strzałem głową w 20. minucie. Miesiąc wcześniej był rezerwowym w czasie igrzysk w Berlinie i czekał na ewentualne wezwanie w kraju. W 1937 r. był ważnym ogniwem drużyny, która w walce o przepustki na mistrzostwa świata pokonała Jugosławię. W wygranym 4:0 meczu w Warszawie strzelił trzeciego gola, pieczętując praktycznie naszą wygraną. Kałuża jednak nie znalazł dla niego miejsca w szerokiej kadrze powołanej na turniej we Francji, za co spotkała go ostra krytyka ze strony prasy. Ostatni mecz w biało-czerwonych barwach Wostal rozegrał 27 maja 1939 r. Polska zremisowała wówczas z Belgią 3:3 a napastnik wpisał się na listę strzelców. Był wśród zawodników, którzy mieli nas reprezentować na igrzyskach w 1940 r. Po latach młodość wspominał jako pasmo niezapomnianych przeżyć a czas spędzony w AKS-ie jako najpiękniejszy w życiu. W Reprezentacji rozegrał 10 meczów, strzelając 4 gole. Zmarł 12 lutego 1991 r. w Pasawie.

@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

10

Zapomniane legendy włoskiego futbolu:

6 grudnia 1907 r. urodził się Giovanni Ferrari, włoski środkowy pomocnik; 2-krotny Mistrz Świata(1934 i 1938) ; 8-krotny Mistrz Włoch(5 z rzędu z Juventusem, 2 z Interem Mediolan i jedno z FC Bologną). Giovanni Ferrari to współrekordzista pod względem zdobytych tytułów mistrza Italii przez jednego zawodnika(ośmiokrotnie). Takim wyczynem może się jeszcze pochwalić niejaki Giuseppe Furino(8 tytułów z Juventusem). Jako piłkarz Interu Giovanni wygrał Serie A w 1938 i 1940. Po za tym pięciokrotnie zdobywał tytuł z Juventusem i raz z Bologną. Ferrari urodził się w Alessandrii i tam też zaczynał swoją karierę. Na rok czasu zakotwiczył w Internaples Napoli a w 1930 roku przeszedł do Juventusu. W drugiej połowie lat 30-tych grał w Interze-debiutował w meczu z Triestiną(5:0). W reprezentacji Włoch zadebiutował w 1930 roku i przez 8 lat rozegrał w niej 44 spotkania strzelając 14 goli. Kilka z tych goli były dość ważne jak choćby trafienie na 1:1 w meczu z Hiszpanią na mundialu w rodzinnej Italii. Był to mecz ćwierćfinałowy a w powtórzonym meczu(takie wówczas obowiązywały przepisy)choć Giovanni nie mógł zagrać z powodu kontuzji, Włosi wygrali 1:0. Cztery lata później na mistrzostwach świata we Francji co prawda żadnego gola nie strzelił ale był pewnym punktem pomocy ,,squadra azzura’’ i rozegrał wszystkie 5 spotkań a Włosi obronili tytuł mistrzowski. Ostatni mecz w reprezentacji rozegrał w grudniu 1938 roku a karierę zakończył w 1942 roku. Po zawieszeniu butów na kołku, zajął się pracą trenerską. W tej właśnie roli powrócił na San Siro w sezonie 1942/43. Podczas mistrzostw świata w Chile w 1962 roku był jednym z członków sztabu trenerskiego prowadzącego kadrę Włoch.

@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AxelF
@Adran360

11

Kalendarium El Clasico:

6 grudnia 2003 r.(w pierwszym sezonie Franka Rijkaarda) FC Barcelona poległa na Camp Nou w El Clasico 1:2. Real niemal przez 20 lat nie potrafił wygrać na tym stadionie w La Liga. W międzyczasie udało mu się to w Pucharze Króla i w Lidze Mistrzów w 2002 r. ale w Primera Division zdołał jedynie pięciokrotnie zremisować w 20 meczach. Niestety w 2003 r. Duma Katalonii nie dała rady obronić swojej twierdzy, tracąc 2 gole po rykoszetach. Zbyt późno strzelony gol kontaktowy Kluiverta nie pozwolił już na doprowadzenie do remisu. Brak Ronaldinho i świetny mecz Casillasa były główną przyczyną tryumfu ,,Los Blancos”. No cóż, jednak co się odwlecze to nie uciecze, ponieważ w rewanżu podopieczni Rijkaarda wygrali na Santiago Bernabeu identycznym rezultatem jak na Camp Nou czyli 2:1, po golach: ponownie Kluiverta oraz Xaviego.



@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

0

@zadafcb A to dzieki śliczne i pozdrawiam

10

Najstarszy profesjonalny i międzynarodowy turniej w dziejach futbolu:

5 grudnia 1959 r. Brazylia pokonała w Guayaquil Paragwaj 3:2. To był mecz otwierający 27. edycje Copa America. Po raz pierwszy i jedyny w historii, „Campeonato Sudamericano” odbyło się dwukrotnie w tym samym roku. Jeszcze nie przebrzmiały echa i komentarze po wiosennej imprezie w Buenos Aires a już w grudniu tegoż 1959 roku najlepsi piłkarze z kontynentu zjeżdżali do Ekwadoru. Formalnym powodem było uroczyste otwarcie nowego, pięknego „Estadio Modelo” w Guayaquil, mieszczącego ponad 55 tys. widzów. Rzeczywiście frekwencja dopisała nad podziw i niemal na każdym meczu trybuny były szczelnie wypełnione. Żywe wciąż było w Guayaquil wspomnienie fantastycznego turnieju z 1947 i niezapomnianych wyczynów Moreno, Di Stefano, Loustau, Valeriono Lopeza, Gambetty czy Livingstone”a. Obrońca tytułu, Argentyna wydawała się murowanym faworytem. Postanowiono powtórzyć eksperyment z połowy dekady, zestawiając po raz drugi w historii w komplecie klubową piątke napadu. Ponieważ rozgrywki ligowe sezonu 1959 w wielkim stylu wygrało San Lorenzo, reprezentacyjny atak sformowali: Facundo, Ruiz, Omar Garcia, Sanfilippo, Boggio. Wprawdzie formacja ta żadnego meczu nie dokończyła w takim zestawieniu bo na zmiany wchodzili Pizzuti i Belen, niemniej słynny rekord Independiente został wyrównany. Formacja ta była idealnie zgrana i rozumiejąca się ,,na pamięć”. Potwierdziło się to w pierwszym, zwycięskim meczu z Paragwajem(4:2). Rozbicie tej formacji już w następnym meczu z Ekwadorem zakłóciło płynność gry, co w efekcie zakończyło się nieoczekiwaną stratą punktu. Cztery dni później przeciwnikiem Argentyny był Urugwaj. Ciągłe roszady w składzie Albicelestes i brak konsekwencji taktycznej doprowadziło do klęski, której rozmiary były zatrważające. Po 25 minutach Urugwajczycy prowadzili 3:0, potem już tylko niemiłosiernie punktując rozbitych psychicznie przeciwników. Wynik 5:0 był szokiem dla całej sportowej Argentyny i zwiastował nadejście ciężkich czasów dla jej futbolu. Nie pomogło w niczym zwycięstwo nad Brazylią 4:1, tym bardziej iż mistrzowie Świata przysłali do Ekwadoru trzeciorzędną ekipe, złożoną z graczy stanu „Minas Gerais”. Urugwaj natomiast zaczął rozgrywki od wygranej z Ekwadorem i zakończył stratą punktu ze słabiutkim Paragwajem. Mimo zwycięstwa ,,Celestes” w turnieju, przez prase przetoczyła się namiętna fala krytyki a na trenerze Corazzo nie zostawiono suchej nitki. Wytykano mu złą koncepcje kadrową, rezygnacje z renomowanych piłkarzy Peñarol i tysiąc innych grzechów. Jednak personalnie eksperymenty trenera miały swoje uzasadnienie. Po niepowodzeniu w poprzednim turnieju postanowił on radykalnie odmłodzić zespół i głębiej sięgnąć do przebogatych rezerw, które jak słusznie podejrzewał, tkwią w mniejszych klubach. Trzon drużyny stanowili zawodnicy Nacional Montevideo, u boku których wspaniale rozkwitły nowe talenty. Podobny schemat zastosował Atilio Narancio w roku 1923. W efekcie Urugwaj tryumfuje po raz 10-ty w historii, wyprzedzając o 2 punkty Argentynę i o 3 Brazylię. Królem strzelców turnieju zostaje legendarny napastnik Jose Sanfilippo z dorobkiem 5 goli. Natomiast najlepszym piłkarzem turnieju wybrano Alcidesa Silveire.

@Safrani
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@Gary
@Bernard777
@AxelF
@Adran360

0

@zadafcb No ale kiedy będzie podane na sto procent wszystkie mecze do finału o których godzinach?

0

Ktoś wie w jakich godzinach będa rozgrywane mecze na mundialu w Ameryce?

8

Zapomniane legendy rodzimego futbolu:

5 grudnia 1930 r, w Zabrzu-Biskupicach urodził się Ginter Gawlik. Dorastał w Biskupicach, które dzisiaj są dzielnicą Zabrza. Pierwsze piłkarskie nauki zaczął pobierać w czasie okupacji. Trenował w niemieckim kolejowym klubie Reichsbahn SV Borsigwerk. Po zakończeniu działań wojenny był zawodnikiem Górnika Biskupice, w którym spędził pięć lat. Talent młodego zawodnika został dostrzeżony przez działaczy Górnika Zabrze. Gawlik był już wówczas w kadrze Śląska Opolskiego i wydawało się, że wszystko jest już załatwione. Jedną z form ekwiwalentu za zmianę barw klubowych miał być towarzyski mecz pomiędzy obiema drużynami. Jednak w przerwie tego spotkania Gawlik oświadczył, że nigdzie się nie wybiera i że zostaje w Biskupicach. Podobno taka była wola jego ojca, któremu kibice mieli zrzucić się na butelkę czegoś mocniejszego. Zabrzanie nie wyszli na drugą połowę i doszło do przepychanek i awantur. Ostatecznie jednak Gawlik zagrał w Górniku. W lidze zadebiutował w meczu z Odrą Opole. Przez kolejne lata był podstawowym zawodnikiem i razem z kolegami awansował do I ligi. W elicie występował przez dziewięć sezonów i w tym czasie pięciokrotnie cieszył się ze zdobycia mistrzostwa (1957, 1959, 1961, 1963, 1964). Karierę zaczynał jako prawy łącznik, ale trener Zoltán Opata przesunął go do pomocy. Był etatowym wykonawcą rzutów wolnych. Ze względu na świetną grę pozycyjną, bezbłędną grę głową, dalekie i celne podania, a także duże umiejętności strzeleckie nazywano go „polskim Bozsikiem”. W reprezentacji debiutował w przegranym 0:3 meczu z ZSRR w Moskwie 23 czerwca 1957 r. Zaliczył tylko siedem występów, ale miał swój udział w chorzowskim zwycięstwie nad naszymi wschodnimi sąsiadami, będąc jednym z najlepszych na boisku. Po odejściu z Górnika w 1964 r. wybrał życie w dalekiej Australii, gdzie grał w Polonii Sydney, którą później też trenował. Po australijskiej przygodzie nie wrócił do Polski i osiadł w Niemczech. ,,Ginter potrafił znakomicie prowadzić piłkę. Swoją posturą wzbudzał respekt u rywali. Był znakomicie wyszkolony technicznie. Potrafił świetnie strzelać z dystansu.” – wspominał kolegę Stanisław Oślizło. W Reprezentacji rozegrał 7 meczów, strzelając 1 gola.

@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

7

@FCBparasiempre
Znamy mistrzów jednej dziedziny. Nie cechuje ich wszechstronność, jednak w swoim fachu są najlepsi. Istnieją też ludzie, którzy nie ograniczają się do konkretnego fachu. Można ich określić mianem (jednych mniej, innych bardziej) „ludzi renesansu”. Stają się mistrzami na wielu frontach i udowadniają, że powiedzenie „Jak ktoś jest od wszystkiego, to jest do niczego”, jest nieprawdziwe. Jedną z takich postaci był Marian Łącz, piłkarz i aktor. Przed laty sportową wyobraźnię kibiców rozbudzał Wacław Kuchar. Uprawiał m.in. piłkę nożną, łyżwiarstwo szybkie, hokej na lodzie i lekkoatletykę. We wszystkich tych dyscyplinach był reprezentantem Polski. Na igrzyskach olimpijskich w Pjongczangu urzekła nas Ester Ledecka. Czeszka dokonała rzeczy niesłychanej, zdobywając złote medale zarówno w narciarstwie alpejskim jak i snowboardzie. Wszechstronnych osób nie brakowało też w świecie kultury. David Bowie był prawdziwym muzycznym geniuszem. Grał na wielu instrumentach. Tworzył dzieła w różnych gatunkach. Nie ograniczał się do muzyki. Był także aktorem, malarzem i kolekcjonerem sztuki. Na wielu artystycznych płaszczyznach spełniał się również Stanisław Ignacy Witkiewicz. Zajmował się literaturą, malarstwem i fotografią. Był także filozofem. Wspomniane postaci zajmowały się wieloma dziedzinami, ale Kuchar i Ledecka to osobowości sportowe, a Bowie i Witkiewicz to ikony kultury. Marian Łącz połączył oba te światy. Spełniał się w sporcie i w kulturze. Pogodził kopanie piłki i aktorstwo. Występował na piłkarskich boiskach oraz na teatralnych deskach. Oklaskiwali go zarówno fani futbolu jak i miłośnicy kina i teatru.

Marian Łącz urodził się 5 grudnia 1921 roku w Rzeszowie. Jego pierwszym klubem była Resovia, w której grał do wybuchu II wojny światowej. Na boisku też odznaczał się wszechstronnością. Grać w piłkę zaczął w wieku 15 lat. Na początku był bramkarzem. Z czasem jednak zmienił pozycję i stał się napastnikiem. Tak o piłkarzu na łamach „Nowin” w artykule „Aktor, o którym Rzeszów zapomniał” opowiadał Gerard Górnicki – boiskowy kolega Łącza, późniejszy prozaik, publicysta, autor sztuk scenicznych i powieściopisarz: ,,Marian grał razem ze mną w juniorach, a potem w seniorach Resovii. Ja broniłem bramki, a on szalał w ataku. Był niezwykle zdolnym piłkarzem i wspaniałym człowiekiem: wesołym, dowcipnym, koleżeńskim. W wolnych od trenowania chwilach często chodziliśmy na różne imprezy, wesela.” W czasie wojny Niemcy zabraniali uprawiać sport. Bohater tego tekstu oczywiście tego zakazu nie zamierzał przestrzegać. Uczestniczył w tajnych meczach piłkarskich. Kopał piłkę w rzeszowskim Sokole. W tym mieście stawiał pierwsze kroki nie tylko w futbolu, ale i na scenie. Pod okiem Wandy Siemaszkowej, która w 1945 roku została dyrektorką tamtejszego teatru, zaczynał przygodę z aktorstwem. Debiutował rolą Janka Topolskiego w „Lekkomyślnej siostrze”. Ze stolicy Podkarpacia ruszył w Polskę. Pierwszym przystankiem w jego bogatej krajowej karierze była Jelenia Góra. Powodem przenosin do tego miasta była miłość. Opowiadał o tym na łamach „Nowin” Tadeusz Hogendrorf – kolega z szatni, występujący w latach 30. w Resovii: ,,W rzeszowskim teatrze pracowała aktorka Stefania Domańska. „Makuś”, jak go nazywaliśmy, zapałał ku niej gorącym uczuciem. Gdy więc Domańska wyjechała organizować teatr w Jeleniej Górze, Łącz podążył za nią.” Następnie wyjechał do Gdańska. To właśnie w Trójmieście zastał go koniec wojny. Trafił tam razem z kolegami z rodzinnego miasta, Stanisławem Baranem i Tadeuszem Hogendorfem. Byli graczami Klubu Sportowego Biura Odbudowy Portów „Baltia”. Rzeszowskie trio spisywało się znakomicie. Ich pobyt nad morzem nie trwał jednak długo. Gdańscy kibice, delikatnie mówiąc, nie byli zadowoleni z nazwy klubu, za który trzymali kciuki. Rzeszowianie namawiali do przyjęcia nazwę „Lechia”, wzorem słynnego lwowskiego klubu. Rady zostały wysłuchane i wcielone w życie. Ówczesne przepisy przewidywały możliwość wypowiedzenia umowy przez zawodnika w przypadku zmiany nazwy klubu. Byli piłkarze Resovii z tego skorzystali i przenieśli się do Łodzi. W Łódzkim Klubie Sportowym Łącz stał się prawdziwą gwiazdą. W sezonie 1948 zaliczył 17 trafień. W kolejnym, z wynikiem lepszym o jedną bramkę, został drugim najlepszym strzelcem ligi. Jako zawodnik tego klubu zadebiutował w reprezentacji. Pierwszy mecz w narodowych barwach rozegrał w 1949 roku przeciwko Rumunii. Później jeszcze dwukrotnie wystąpił w kadrze. W Łodzi zaczął też już całkiem poważnie myśleć o aktorstwie. Po przeprowadzce do tego miasta podjął studia na Akademii Teatralnej. Ta wkrótce została przeniesiona do Warszawy i jasne stało się, że do stolicy musi przenieść się także Łącz. Otrzymał angaż w Teatrze Polskim i został zawodnikiem stołecznej Polonii. Dlaczego Czarne Koszule? Przede wszystkim dlatego, że stadion tego klubu znajdował się blisko teatru. Aktorstwo i piłka nożna. Wydaje się to niezwykłe, ale Marian Łącz zdołał pogodzić obie pasje. Jego córka, znana aktorka Laura Łącz opowiadała w wywiadzie przeprowadzonym na łamach „Przeglądu Sportowego” przez Piotra Wołosika o swoim ojcu: ,,Trener zdejmował go z boiska chwilę przed końcem pierwszej połowy, by kibice mogli brawami nagrodzić swojego „Makusia”. Wiedzieli, że po przerwie na boisko nie wróci. Kiedy zawodnicy przygotowywali się do drugiej połowy meczu, on szykował się do zaprezentowania umiejętności przed publicznością zgromadzoną w teatrze. O tym jak trudne było łączenie dwóch tak odmiennych fachów, świadczy anegdota przywołana w tekście „Marian Łącz – najlepszy piłkarz wśród aktorów” opublikowanym na portalu Onet Sport: ,,Pewnego dnia pędził do teatru, by zagrać w „Ożenku” Nikołaja Gogola. Wpadł do garderoby tuż przed swoją kwestią, szybko założył strój, perukę i zziajany wybiegł na scenę. Zdziwił się, bo publiczność przywitała go salwami śmiechu. Powód wesołości widzów odkrył , gdy spojrzał w dół – na jego nogach wciąż tkwiły korki i getry piłkarskie. Komu jak komu, ale jemu zostało to wybaczone bez chwili wahania.”

Piłkarz, a jednocześnie aktor, był postacią barwną, kochającą życie, sypiącą anegdotami. Znany był z poczucia humoru. Potwierdza to jego córka we wspomnianym już wcześniej wywiadzie: ,,Ojciec był wielkim entuzjastą życia. Człowiek, który zawsze był w dobrym humorze, pogodniejszego nie spotkałam. Rano wstawał uśmiechnięty, radosny.” W Polonii Warszawa Łącz nie zawodził. Grał na wysokim poziomie, do jakiego przyzwyczaił będąc zawodnikiem ŁKS-u. Gorzej za to wiodło się drużynie. Zanim rzeszowianin przeniósł się do stolicy, Czarne Koszule zostały pierwszym powojennym mistrzem Polski. Później, po przyjściu Łącza, zespół spadł najpierw do drugiej, a następnie do trzeciej ligi. Jednak nie tylko złe chwile związane są z pobytem zawodnika w Warszawie. W 1952 roku Polonia zdobyła Puchar Polski. W finale rozegranym na Stadionie Wojska Polskiego pokonała Legię. Coraz trudniej było pogodzić rolę piłkarza i aktora. W końcu Łącz musiał zdecydować którą publiczność będzie urzekał – piłkarską czy teatralną. Decyzję podjął w 1956 roku. To właśnie wówczas grał w „Lalce” i z powodu boiskowych występów spóźnił się na swoją kwestię. Ponownie oddajmy głos Laurze Łącz: ,,W tej sztuce partnerował Ninie Andrycz. Wpadł do teatru w ostatniej chwili po meczu, co było nie do pomyślenia! Zdenerwowany dyrektor powiedział: no panie Łącz, wybieraj pan: piłka albo teatr! Tata był już po trzydziestce, więc kariera piłkarska i tak dobiegała końca. Wybrał teatr.” Sam bohater tak opowiadał o dokonanym wyborze na łamach książki „Być dzieckiem legendy”: ,,Grałem równolegle w Polskim i Polonii. W teatrze i drużynie. Nie muszę dodawać, że oba te zajęcia było mi coraz trudniej pogodzić. W końcu wszystko samo się ułożyło. Jako zawodnik dobiegałem kresu swojej kariery, jako aktor byłem natomiast na początku drogi. To nawet ładnie brzmi: równocześnie kończyłem i zaczynałem.” Marian Łącz ma na koncie wiele ról filmowych. Był Zbójnikiem Słowakiem w „Janosiku”. Występował w dziełach słynnego Stanisława Barei m.in. jako inkasent w „Misiu”. Osiągał sukcesy jako piłkarz, w końcu przecież wielu marzy o grze w reprezentacji i zdobyciu Pucharu Polski. Władysław Matraszak, sąsiad Balcerka z serialu „Alternatywy 4”. To chyba jedna z najbardziej charakterystycznych ról Mariana Łącza. W aktorstwie osiągnął chyba jeszcze więcej. Karierę piłkarską zakończył w wieku 35 lat. Do końca życia związany był z Polonią. Organizował mecze oldbojów. Do jego pasji należały nie tylko piłka i aktorstwo. Po zaprzestaniu uprawiania sportu zaczął rozwijać kolejne talenty. Śpiewał, grał na instrumentach, malował, odnawiał antyki. Zmarł w wieku 63 lat, we śnie. Przyczyną był zawał serca. Tak o tym przykrym zdarzeniu opowiadała jego córka: ,,Zmarł zupełnie niespodziewanie, nagle, przedwcześnie. Tak zresztą jak jego mama. Byłam z mężem na wakacjach w Sopocie. Dostałam telefon z wiadomością, że ojciec nie żyje. Od razu przyszedł mi na myśl wypadek samochodowy. A to był zawał serca. Zawał u ojca? Nie mogłam uwierzyć. Z sercem nigdy nie miał kłopotów a tu nocą, we śnie przestało bić…”

W 2007 roku gazeta „Nowiny” zaproponowała, by jednej z ulic Rzeszowa nadać imię Mariana Łącza. Niestety jak na razie ulicy takiej nie ma. Wydaje się jednak, że taka postać jaką był odtwórca wielu ról filmowych i teatralnych, a przy tym piłkarski reprezentant Polski, zasługuje na tego typu wyróżnienie. Należy zatem mieć nadzieję, że w przyszłości w stolicy Podkarpacia powstanie ulica jego imienia. „Makuś” to w końcu jedna z najciekawszych osobowości w historii podkarpackiego futbolu.

9

,,Vulgar, Bulgar”:

5 grudnia 1990 r. Christo Stoiczkow z premedytacją nadepnął na sędziego. Na początku lat 90-tych XX wieku mecze Superpucharu Hiszpanii odbywały się w trakcie sezonu i cieszyły się dużo mniejszym zainteresowaniem niż obecnie. Nawet El Clasico w tych rozgrywkach nie wywoływało dużych emocji. Barça w raz z Realem zaprezentowały składy z wieloma zmiennikami a na trybunach Camp Nou pojawiło się zaledwie 40 tys. kibiców. Mecz toczył się pod dyktando gospodarzy aż do końcówki pierwszej połowy. Cruijff wściekł się po decyzji arbitra Azpitarte, który nie ukarał gracza Realu po drugim faulu w ciągu kilku sekund. W efekcie arbiter odesłał go na trybuny a do akcji wkroczył Stoiczkow, słynący z kontrowersyjnych zachowań. Najpierw próbował przekonać Azpitarte do zmiany decyzji, chwytając go za ręke a po otrzymaniu drugiej żółtej kartki przydepnął noge sędziego. Po chwili Meksykanin Hugo Sanchez z Realu jeszcze podgrzał atmosferę, chwytając się za przyrodzenie i kierując ten gest w strone kibiców Barçy. Bułgar początkowo został zawieszony na ponad 2 miesiące, później kare powiększono aż do pół roku. Po niemal 17 latach sędzia i Bułgar spotkali się w programie telewizyjnym. ,,Stoiczkow jest świetnym człowiekiem, lecz na boisku zmieniał się nie do poznania. Za swoje nadepnięcie jest mi winien koszulkę”- żartował Azpitarte.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

1

@Danny Gaucho Nie wykluczone. Jednak pierwszej trójki to raczej nikt nie przegonił...

13

Najskuteczniejsi obrońcy w historii piłki nożnej:

IAN HARTE (97 goli)

Obrońca popisał się magicznym kontaktem z lewą nogą, dzięki czemu udało mu się zdobyć kilka naprawdę pięknych goli, zwłaszcza z rzutów wolnych, ale także z rzutów karnych.

RAFAEL ALBRECH (98 goli)

Argentyńczyk Rafael Albrecht w czasie swojej kariery w San Lorenzo de Almagro strzelił 4 gole w jednym meczu i zbliżył się do 100 bramek w całej swojej karierze.

MANFRED KALTZ (100 goli)

Niemiecki obrońca Manfred Kaltz strzelił 100 goli w swojej karierze, co czyni go jednym z najskuteczniejszych obrońców w historii. Legenda reprezentacji Niemiec i Hamburga.

DOMINGO ROCCHIA (101 goli)

Kolejny obrońca, który przekroczył 100 goli w swojej karierze. Argentyńczyk Rocchia grał w Racingu i Ferro Carril Oeste w swoim kraju.

SINISA MIHAJLOVIĆ (104 gole)

Jeden z najlepszych wykonawców rzutów wolnych wszech czasów. Bałkański piłkarz oddawał niesamowity strzał lewą nogą.

EDGARDO BAUZA (108 goli)

Bauza to kolejny zawodnik, który przekroczył granicę 100 goli. Specjalista od wykonywania rzutów karnych. Żywa legenda Rosario Central.

FRANCK SAUZÉE (111 goli)

Obrońca spędził zdecydowaną większość swojej kariery w lidze francuskiej. Z jego bramek skorzystały takie drużyny jak Marsylia, Monaco i Strasburg.

STEVE BRUCE (111 goli)

Steve Bruce to były angielski środkowy obrońca Gillingham, Norwich a zwłaszcza Manchester United.

MARCUS TANAKA (114 goli)

Japonia również znajduje się na tej liście najlepiej punktujących obrońców w historii, dzięki Marcusowi Tanace. Obrońca spędził karierę w lidze swojego kraju i był reprezentantem swojej reprezentacji (Goal.com).

FRANZ BECKENBAUER (120 goli)

Ta prawdziwa legenda futbolu nie wymaga przedstawiania. Kaiser strzelił nie mniej niż 120 bramek w swojej niezwykle udanej karierze piłkarskiej (Football Institute).

ROBERTO CARLOS (122 gole)

Nazwiska na tej liście najlepiej punktujących obrońców robią się coraz bardziej imponujące, im bliżej szczytu. Roberto Carlos to kolejny zawodnik, który wyróżniał się potężnym strzałem, zarówno w grze otwartej, jak i z rzutów wolnych.

SERGIO RAMOS (126 goli)

Sergio Ramos jest najskuteczniejszym obrońcą w historii ligi hiszpańskiej z 69 golami na koncie. Jest też jedynym zawodnikiem na tej liście, który wciąż jest aktywny, więc może nadal strzelać gole.

GRAHAM ALEXANDER (129 goli)

Graham Alexander, legenda szkockiej piłki nożnej, strzelił ponad 100 goli i zagrał w ponad 1000 oficjalnych meczach w trakcie swojej kariery.

PAUL BREITNER (131 goli)

Mówiąc o legendach, nie sposób zapomnieć o Paulu Breitnerze. Ten niemiecki obrońca to kolejny zawodnik, który wyróżniał się umiejętnością strzelania goli.

LAURENT BLANC (152 gole)

Elegancki i skuteczny strzelec. Francuz Laurent Blanc osiągnął w swojej karierze piłkarskiej więcej niż imponujący dorobek. Legenda francuskiej piłki nożnej i zdobywca Mistrzostw Świata w 1998 roku.

FERNANDO HIERRO (163 gole)

Choć zaczynał karierę jako pomocnik, stopniowo wrócił do pozycji środkowego obrońcy. Fernando Hierro jest pierwszym Hiszpanem na tej liście najlepiej punktujących obrońców. Legenda Realu Madryt i reprezentant Hiszpanii.

DANIEL PASSARELLA (175 goli)

Na drugim miejscu znalazł się Argentyńczyk Daniel Passarella. Mistrz świata z Albicelestes w latach 1978 i 1986. Prawdopodobnie najlepszy obrońca w historii Argentyny, nie tylko bronił, ale i strzelił wiele goli.

RONALD KOEMAN (253 gole)

Niekwestionowany lider i to ze znaczną przewagą. Holender Ronald Koeman jest najskuteczniejszym obrońcą wszech czasów, z dorobkiem, którego pozazdrościłby niejeden napastnik. Środkowy obrońca z armatą i pewnym strzałem z rzutu karnego.

@Adran360
@AxelF
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

1

@FCBparasiempre
Gamper, który stopniowo przyjął kataloński nacjonalizm podczas swojego pobytu w Barcelonie, zdołał wciągnąć katalońską burżuazję w krąg Barcelony. Ten impet osiągnął punkt kulminacyjny w wizji założyciela klubu, jakim było posiadanie własnego stadionu. W 1922 roku Gamper, pełniąc czwartą kadencję jako prezydent, osobiście zainwestował 907 000 peset w budowę „Camp de Les Corts”. Pokrył połowę całkowitego kosztu budowy stadionu, który zastąpił boisko przy „Carrer de l'Industria”. Gdyby Gamper nie podjął zdecydowanych działań na posiedzeniu zarządu w 1908 roku, Barça mogłaby zniknąć. Od „Industria Street” do „Les Corts” i wreszcie do jego stałego domu, Camp Nou, który stoi do dziś pomimo trzech gruntownych remontów. Trzeci jest w trakcie realizacji i potrwa do 2026 roku. Stadion, który gościł największe klubowe imprezy, odegrał również kluczową rolę w jego rozwoju gospodarczym. Prezydent Francesc Miró-Sans zlecił zaprojektowanie nowego stadionu swojemu kuzynowi, architektowi Francesc Mitjansowi. Koszt projektu wyniósł 288 milionów peset , od wmurowania kamienia węgielnego w 1954 roku do inauguracji stadionu 24 września 1957 roku. Astronomiczny koszt – trzykrotnie przewyższający początkowy budżet – zapoczątkował okres trudności finansowych, które mogły doprowadzić klub do bankructwa. Dopiero zmiana przeznaczenia gruntów w Les Corts w 1965 roku, dekadę później, pozwoliła klubowi sprzedać działki za 228 milionów peset , co ostatecznie pozwoliło mu spłacić inwestycję w nowy stadion. Gdyby Agustí Montal Galobart nie odważył się kupić tej ziemi, a Miró-Sans nie zdołał zbudować Camp Nou pomimo związanego z tym ryzyka finansowego – z dwiema trybunami i kultowym dachem, mimo że projekt przyszłej rozbudowy o trzecią, asymetryczną trybunę był już gotowy – historia Barcelony potoczyłaby się zupełnie inaczej. Ta decyzja stanowiła krok naprzód, który doprowadził do ogromnego rozwoju klubu, podczas gdy inne lokalne drużyny pozostały na mniejszych stadionach i nie rozwijały się w takim tempie, jak Barça. José Luis Núñez objął pierwszą demokratyczną prezydenturę w 1978 roku, po reżimie Franco, w okresie transformacji ustrojowej. Magnat budowlany wkrótce rozpoczął plan rozbudowy Camp Nou do pojemności 120 000 widzów, korzystając z Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej 1982, które odbyły się w Hiszpanii. Aby uniknąć kolejnego kryzysu finansowego, zwrócono się do członków klubu o pożyczkę. Plan ten opracował Carles Tusquets, ówczesny skarbnik klubu. Polegała ona na zaliczce, którą klub miał potrącać z cen karnetów w ciągu najbliższych pięciu lat. Jednak większość kibiców Barcelony umorzyła ten dług wobec ukochanego klubu i zrezygnowała z ulg na karnety. Kwota ta, w wysokości około 1,2 miliarda peset, została przeznaczona na rozbudowę Camp Nou – szacowaną na 927 milionów peset – a pozostała kwota, około 300 milionów peset, pozwoliła klubowi na zakontraktowanie Maradony.

Do lat 80-tych kibice Barcelony musieli zadowolić się krajową chwałą. Real Madryt zdobył uznanie na kontynencie, zdobywając sześć Pucharów Europy . Następnie, w 1988 roku, Johan Cruyff, bez licencji trenerskiej, przybył na Camp Nou. Po zdobyciu Pucharu Króla i Pucharu Zdobywców Pucharów w ciągu pierwszych dwóch lat, przyszłość Cruyffa w klubie zawisła na włosku latem 1990 roku. To właśnie na zebraniu członków pod przewodnictwem Núñeza , pierwszy wiceprezydent Joan Gaspart zapewnił Cruyffowi dalszą kadencję, dając przykład manipulacji wyborczej. Uczestnicy głosowali nad dalszym zatrudnieniem holenderskiego trenera, co było przedmiotem wielu debat, a ówczesny menedżer, Antón Parera, wziął urnę, aby policzyć głosy. Gaspart podszedł do niego i wyszeptał następującą wiadomość: „Kontynuacja pracy Cruyffa wygrała 12 głosami ”. Głosowanie to, które prawdopodobnie doprowadziłoby do zwolnienia Cruyffa, nigdy nie zostało zweryfikowane. Jaki był finał tej historii? Pierwszy Puchar Europy klubu w 1992 roku i fundamenty filozofii, która wciąż trwa w Ciutat Esportiva Joana Gampera. Trzecia kluczowa decyzja w historii klubu. Gdyby nie podstępna taktyka Gasparta i zdecydowana obrona Cruyffa przez Núñeza na zgromadzeniu w 1990 roku, historia Barcelony potoczyłaby się zupełnie inaczej.

Czwartym było podpisanie kontraktu z Leo Messim, sformalizowane na serwetce w 2000 roku i również zainicjowane przez samego Gasparta, ówczesnego prezesa. W młodzieżowych szeregach Newell's Old Boys, u Messiego zdiagnozowano poważny niedobór hormonu wzrostu.Żaden argentyński klub nie odpowiedział na prośbę rodziców o sfinansowanie kosztownego leczenia. Los małego chłopca z Rosario również nie wzbudził większego zainteresowania w Europie. Aż do momentu, gdy zadzwoniła Barça. Upór Horacio Gaggioliego, Josepa Marii Minguelli, a później Carlesa Rexacha – byłego kolegi z drużyny i asystenta Cruyffa, który zachwycił się argentyńską gwiazdą podczas meczu treningowego i ostatecznie podpisał słynną serwetkę – przekonał Gasparta do podpisania jednorazowego kontraktu z zaledwie 13-letnim chłopcem. Blaugrana w całości pokryła koszty leczenia hormonalnego . Co więcej, Gaspart przychylił się również do prośby Jorge Messiego o zapewnienie rodzinie mieszkania, co oznaczało, że Messi nigdy nie mieszkał w La Masii ; jedynie tam trenował. Stworzyło to niebezpieczny precedens, ale ryzyko zostało podjęte. Argentyńska gwiazda rozpoczęła swoją przygodę w barwach Barcelony w reprezentacji U-14 w marcu 2001 roku. Reszta to już historia, ogromna historia skondensowana w 20 lat i 45 oficjalnych tytułów, z których większość zdobyła w koszulce Barcelony. Leo jest uważany za najlepszego piłkarza wszech czasów, a także za największego w historii katalońskiego klubu, którego historia potoczyłaby się zupełnie inaczej, gdyby nie podpis na serwetce. Joan Laporta, kolejny prezydent, który ukształtował nowoczesną erę Barcelony, był kluczem do stworzenia najlepszej drużyny w historii. W kwietniu 2008 roku kataloński prawnik postanowił rozstać się z Frankiem Rijkaardem, którego kadencja w klubie chyliła się ku upadkowi, pomimo rewolucji, którą zapoczątkował z Ronaldinho jako gwiazdą klubu, i zdobycia drugiego tytułu Ligi Mistrzów w Paryżu w 2006 roku. Wybór następcy padł na Pepa Guardiolę , trenera rezerw, który wygrał Trzecią Ligę i byłego piłkarza Barcelony, oraz José Mourinho , byłego asystenta Bobby'ego Robsona i Louisa van Gaala w FC Barcelona , mającego na koncie tytuł Ligi Mistrzów z Porto . Przez wiele tygodni nazwisko Mourinho wyprzedzało nazwisko tego, który ostatecznie został najlepszym trenerem w historii Barcelony. Guardiola otrzymał tę wiadomość podczas kolacji w winnicy Sepúlveda w Barcelonie z Joanem Patsy. Evarist Murtra, członek zarządu, faworyzował geniusza z Santpedor. Z kolei Marc Ingla, wiceprezes ds. sportu, i Ferran Soriano, wiceprezes ds. ekonomicznych i dyrektor generalny, opowiadali się za zatrudnieniem „The Special One”, który miał już na koncie bardziej udane występy poza klubem . Czas pokazał, że to ten pierwszy miał rację. Spotkali się z portugalskim strategiem w Lizbonie, a z jego katalońskim odpowiednikiem w Els Jardinets de Gracia i ostatecznie zgodzili się, że Guardiola zasługuje na wotum zaufania. To były trudne czasy dla Barcelony. Laporta właśnie przetrwał głosowanie w sprawie wotum nieufności, mimo że 60% głosów było przeciw. Prezes przetrwał i znalazł najlepsze możliwe rozwiązanie w osobie Pepa Guardioli. W ciągu czterech lat zdobył trzy tytuły mistrza La Liga i dwa trofea Ligi Mistrzów, spośród łącznie 14-tu ale przede wszystkim pozostawił po sobie niezrównane dziedzictwo pod względem stylu gry i zapewnił klubowi najwspanialsze noce radości (z Messim na czele i jego wiernymi pomocnikami, Xavim i Iniestą) dla rzeszy kibiców Barçy, która wciąż ubóstwia menedżera pierwszego sekstetu w historii klubu. Historia, ale historia wiecznej miłości, która nie zaistniałaby, gdyby Laporta popełnił błąd, wybierając Mourinho, jak niektórzy mu radzili.

10

Pięć kluczowych decyzji, które ukształtowały historię FC Barcelony:

Hans-Max Gamper założył katalońską instytucję w 1899 roku. Od tego czasu klub przeszedł wiele etapów rozwoju. Począwszy od lat 90-tych „Dream Team” Johana Cruyffa ustanowił poziom piłkarskiej doskonałości, który przetrwał, wraz ze swoimi wzlotami i upadkami, do dziś, wynosząc instytucję Blaugrana na szczyt legend najpiękniejszego sportu na świecie: piłki nożnej. Ostatnie 30 lat sukcesów stanowi zaledwie jedną czwartą długiej historii FC Barcelony. Niezliczone działania doprowadziły tę instytucję do jej dzisiejszej świetności. Mimo to, w ciągu ponad wieku istnienia, pięć konkretnych decyzji okazało się kluczowych dla osiągnięcia przez FC Barcelonę szczytu sportowego, ekonomicznego i społecznego. Jak każda historia, historia FC Barcelony zaczyna się od początku. Hans-Max Gamper, szwajcarski sportowiec i założyciel FC Zürich, przeprowadził się do Barcelony w 1899 roku, gdzie nawiązał kontakt z zagraniczną społecznością miasta. Razem z nim kilku zagranicznych entuzjastów zaczęło grać w piłkę nożną, a 29 listopada 1899 roku w hali „Solé Gymnasium” powstał klub FC Barcelona. Prędzej czy później zderzenie kultur doprowadziło do pierwszych nieporozumień. Jak wyjaśnił Xavier Gamper, wnuk Joana Gampera, w wywiadzie dla Culemaníi, pierwsza schizma miała podłoże „religijne”, ponieważ jego dziadek był protestantem. Lluís de Ossó, kolejny współzałożyciel, był bratankiem Enrica de Ossó, ogłoszonego świętym przez Kościół katolicki. Różnice między katolikami a protestantami doprowadziły do odejścia zdecydowanej większości zagranicznych członków. Z ponad 300 członków liczba ta spadła do zaledwie 38. W 1908 roku Vicent Reig objął stanowisko prezesa, ale sprawował je tylko 22 dni – najkrócej w historii instytucji. 2 grudnia zwołał zebranie, którego program obejmował tylko jeden punkt : rozwiązanie Barcelony. Na tym spotkaniu wstał tylko Joan Gamper, gotowy do odziedziczenia prezydentury, jak opowiada jego wnuk: „ Na spotkanie przyszło dwadzieścia osób. Jeden z piłkarzy, Walter Wallace, wstał i krzyknął: » Czy nie ma nikogo, kto mógłby ożywić ten klub? Czy Barça musi zniknąć? «. Wtedy Gamper, już pełnoletni, zgłosił się: » Musimy odłożyć na bok podziały religijne «”. Założyciel klubu pełnił funkcję prezesa przez pięć oddzielnych okresów, z których pierwszy miał miejsce w wieku 31 lat. Później, w 1909 roku , Gamper zorganizował mecz przeciwko Stade Helvétique Marsylia , drużynie złożonej głównie ze szwajcarskich zawodników. W meczu uczestniczyły wybitne osobistości, takie jak konsulowie Szwajcarii i Francji. Porażka Barçy 0:3 stała się jedynie dodatkiem, ponieważ mecz ten zapoczątkował zbliżenie katalońskiej burżuazji z klubem . Obecni byli Albert Bastardas, Joan Ventosa i Francesc Cambó, lider Lliga Regionalista. Piłka nożna przyciągnęła uwagę bogaczy, ponieważ klasa robotnicza wciąż pracowała po 12 godzin dziennie i była wykluczona z tego sportu, który jest teraz niezwykle popularny i daleki od elitarności.

Ciąg dalszy przeczytacie w odpowiedzi na mój komentarz.

@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AxelF
@Adran360

11

Tylko remis z Galijsyczykami:

4 grudnia 2008 r. w meczu 4. kolejki
fazy grupowej Pucharu UEFA Lech Poznań po świetnym meczu zremisował z Deportivo
La Coruña 1:1. Złe miłego początki. Mecz z siódmą drużyną hiszpańskiej
ekstraklasy dla Lecha rozpoczął się w najgorszy możliwy sposób. Mimo straty
bramki już w 2. minucie, piłkarze Franciszka Smudy rozegrali jednak bardzo
dobre spotkanie i zremisowali z faworyzowanym Deportivo. Co więcej, po ostatnim
gwizdku mogli czuć niedosyt, bo analizując przebieg spotkania, to oni byli
bliżej odniesienia zwycięstwa. Remis pozwolił ,,Kolejorzowi” zachować szansę na
wyjście z grupy i awans do fazy pucharowej. Wszystko miało rozstrzygnąć się
niespełna dwa tygodnie później w Rotterdamie, w starciu z najsłabszym w stawce
Feyenoordem. Dla poznaniaków potyczka z Deportivo
była meczem o być albo nie być w Pucharze UEFA. Po tym jak w dwóch pierwszych
spotkaniach w grupie zdobyli tylko punkt, z Hiszpanami nie mogli przegrać.
Przed tym arcyważnym meczem aura nie sprzyjała gospodarzom. Gdy goście z La
Coruñi opuszczali przyjemną o tej porze roku Galicję (temperatura 14-15 st. C)
spodziewali się w Polsce arktycznych warunków. Zastali tylko kilkustopniowy
chłód, który jak przyznali „jest do zniesienia”.@Adran360 @Bernard777 @FcPortoFan1999 @Gary @KrychaFCB @Lionel_Messi10 @misterio @Mixtape @Ogorinho1974 @Safrani

11

Zapomniane legendy rodzimego futbolu:

Dokładnie 80 lat temu urodził się Marian Kosiński. W latach 70-tych był podstawowym obrońcą mieleckiej Stali, z którą dwukrotnie zdobywał mistrzostwo Polski. Do Mielca przyszedł w styczniu 1969 r. z A-klasowego Gwarka Tarnowskie Góry. Początkowo miał trafić do Ruchu Chorzów, ale krótka nieobecność trenera chorzowian spowodowała, że to działacze z Mielca ściągnęli go do siebie. Stal grała wówczas w trzeciej lidze, a 24-letni wówczas obrońca nie potrzebował dużo czasu, żeby zadebiutować w nowym zespole i później ugruntować swoją pozycję. Dobrą postawą na trzecioligowych boiskach zapewnił sobie miejsce w składzie na kolejne mecze i rozpoczął z kolegami marsz ku największym sukcesom mieleckiego klubu. Sezon zakończyli awansem do drugiej ligi, gdzie spędzili tylko rok i mogli cieszyć się z powrotu na ekstraklasowe salony. Na najwyższym szczeblu potwierdził swoje niemałe umiejętności i szybko wyrobił sobie markę jednego z czołowych ligowych stoperów. Był podstawowym zawodnikiem drużyny, która dwukrotnie sięgała po mistrzostwo Polski (1972/73 i 1975/76) oraz raz po wicemistrzostwo (1974/75). W 1976 r. Stal dotarła do finału Pucharu Polski, gdzie uległa Śląskowi Wrocław. Drużyna godnie prezentowała się też w europejskich pucharach. Wiosną 1976 r. toczyła wyrównany, choć ostatecznie przegrany, bój w ćwierćfinale Pucharu UEFA z niemieckim Hamburgerem SV. Jesienią z kolei w pierwszej rundzie Pucharu Europy mielczanie trafili na Real Madryt. Pojedynek znowu był wyrównany, ale i tym razem lepsi okazali się bardziej znani rywale. Wspomnienia tych pucharowych starć są jednak żywe w pamięci kibiców do dzisiaj. Pod względem ilości meczów rozegranych dla Stali Kosińskiego wyprzedzają tylko Zygmunt Kukla i Grzegorz Lato. Obrońca na ligowych boiskach pojawiał się 303 razy, z czego aż 263 mecze to spotkania na szczeblu ekstraklasowym. Dwukrotnie też wpisywał się do protokołu jako strzelec gola. Mimo że był czołową postacią jednej z najlepszych drużyn w kraju, to nigdy nie dane mu było zagrać w reprezentacji. Umiejętności mu nie brakowało, co potwierdzał w lidze, ale na uznanie w oczach sztabu to było widocznie za mało. Sezon 1979/80 był jego ostatnim w zawodniczej karierze. Oficjalnie pożegnano go 23 sierpnia 1980 r. przed ligowym meczem z Zawiszą Bydgoszcz, a kibice zgotowali mu wówczas wielkie brawa. Już kilka miesięcy później stał się członkiem sztabu szkoleniowego mieleckiej ekipy. Kiedy wiosną 1981 r. odmłodzonej drużynie Stali w oczy zajrzało widmo spadku, rolę trenera-strażaka powierzono właśnie Kosińskiemu. Później jeszcze dwukrotnie stawał przed podobnym zadaniem. Poza tym w klubie pełnił jeszcze funkcję kierownika drużyny oraz kilkukrotnie asystenta trenera. Jako szkoleniowiec pracował również w latach 80. w mieleckim Gryfie, a na przełomie lat 80. i 90. prowadził Karpaty Krosno. Ukończył katowicką AWF i po uzyskaniu dyplomu podjął pracę w Zespole Szkół Budowlanych, gdzie był nauczycielem wychowania fizycznego. Kilka lat przed śmiercią wskutek choroby musiał przejść operację amputacji nogi powyżej kolana. Miał 75 lat.

@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360

10

Feliz cumpleaños panie Amor!

4 grudnia 1967 r. urodził się Guillermo Amor, jedna z legend FC Barcelony. Katalończyk był jednym z pierwszych wychowanków, których do ,,Dream Teamu’’ wprowadził sam Johan Cruyff. Przez ponad 10 lat gry w Blaugranie zdobył 17 trofeów, co do czasu występów Xaviego było rekordem wśród piłkarzy Barçy. 421 meczów w pierwszej drużynie dało mu miejsce w pierwszej dziesiątce piłkarzy z największą liczbą spotkań w historii klubu. Z klubem rozstał się na ,,życzenie’’ Van Gaala(de facto był to swego rodzaju szantaż, po którym Amor popłakał się jak małe dziecko). W 2003 r. powrócił na łono Dumy Katalonii jako jeden z dyrektorów pod rządami Joana Laporty i sprawował ten urząd do połowy 2007 r. W 2010 r. wraz z objęciem urzędu przez prezydenta Rosella został dyrektorem technicznym. W późniejszym okresie Amor sprawował funkcje dyrektora technicznego sekcji młodzieżowych a obecnie piastuje stanowisko dyrektora ds. stosunków instytucjonalnych i sportowych pierwszej drużyny.

Dziękujemy panie Amor z całego serca za oddanie barwom ,,naszego” klubu.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

14

Hiszpania o krok od występu w Copa America!

Czy wyobrażacie sobie Hiszpanię grającą w Copa América? Cóż, prawie się to stało w 1995 roku. Hiszpański Związek Piłki Nożnej (RFEF) o mało nie przyjął zaproszenia od Południowoamerykańskiej Konfederacji Piłki Nożnej (CONMEBOL) do udziału w Copa América, które miało się odbyć w Urugwaju w dniach 5-23 lipca tego roku. To zaproszenie było częścią ambitnego planu organizatorów, mającego na celu uczynienie z turnieju bardziej „iberoamerykańskiej” edycji, który zakładał zaproszenie nie tylko Hiszpanii, ale także Portugalii. Szczerze mówiąc, byłoby to fantastyczne. Pomysł włączenia Hiszpanii wzbudził ogromny entuzjazm wśród organizatorów. Zaprojektowali nawet maskotkę na tę okazję, silnie opartą na stereotypach, zwaną „ Torito Pepe”. Podobno na cześć udziału reprezentacji Półwyspu Iberyjskiego. W Hiszpanii propozycja wywołała entuzjazm. Według legendarnego magazynu „Don Balón”, RFEF skonsultował się z 20 ówczesnymi klubami z Pierwszej Ligi, które odpowiedziały pozytywnie, co skłoniło do podjęcia decyzji o udziale w turnieju. Choć oczywiście nie było to wystarczające, aby zagwarantować jego realizację. Ángel María Villar, prezes RFEF, był jednym z tych, którzy najbardziej zabiegali o realizację tego celu i wykazali największe zainteresowanie, zapewniając Hiszpanii grę w Copa América 1995. Podobno nawet ówczesny trener reprezentacji, Javier Clemente, poparł ten pomysł, uznając go za dobry test przed Euro 96, które miało się odbyć następnego lata w Anglii. Początkowy entuzjazm nie przełożył się jednak na ostateczne potwierdzenie. 20 września 1994 roku RFEF ogłosił wycofanie się z udziału. Na decyzję wpłynęło kilka czynników, w tym napięty terminarz ligi hiszpańskiej oraz eliminacje do Euro 96 w Anglii. Chociaż kluby początkowo wydawały się popierać udział, większość ostatecznie stała się niechętna, powołując się na potencjalne komplikacje i ryzyko dla swoich zawodników. Chociaż możliwość udziału w turnieju południowoamerykańskim jest już przeszłością, kto wie, czy kiedykolwiek zobaczymy Hiszpanię i Portugalię w Copa América? Z pewnością byłoby to interesujące.

@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AxelF
@Adran360

Media

Sonda

Której reprezentacji, do której powołany został zawodnik Barcy, kibicujesz?