FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
2
@FCBparasiempre
W kolejnych latach Stefan Kisieliński był zazwyczaj podstawowym bramkarzem „Czarnych Koszul”. Najwięcej meczów (21) rozegrał dla nich w sezonie 1928. Swoją kapitalną dyspozycję potwierdził m.in. w meczu wyjazdowym z Ruchem Wielkie Hajduki (zwycięstwo 2:1). „Polska Zachodnia” nie szczędziła pochwał golkiperowi gości, pisząc: „Kisieliński zawsze jest na miejscu i swemi wybiegami oraz ofiarną grą – nie dopuścił do wyrównania”, a potem dodając: „Kisieliński swą pewną i brawurową grą wzbudzał zachwyt. Kilkakrotne rzucanie się pod nogi przeciwnikom, mogło go jednak wiele kosztować”. To ostatnie zdanie zdaje się wyjaśniać powody częstych kontuzji Kisielińskiego. Jedna z nich przytrafiła się mu podczas meczu z Wisłą Kraków 17 maja 1928 r. Jeśli wierzyć relacji „Czasu”, Kisieliński był nieustannie atakowany przez Józefa Kotlarczyka, który preferował nadzwyczajnie agresywny styl gry. W pewnym momencie gracz „Białej Gwiazdy” „sfaulował go [Kisielińskiego] tak dobitnie, że aż pogotowie rat. zabrało Kisielińskiego z boiska”. „Naprzód” uderzył wręcz w kombatanckie tony, sugerując, że: „prokuratura winna wytoczyć mu [Kotlarczykowi] dochodzenie o ciężkie i rozmyśle uszkodzenia ciała”. Gracz Wisły Kraków widocznie tym się absolutnie nie przejął, skoro kilka miesięcy później złamał nogę bramkarzowi TKS Toruń, Antoniemu Kellerowi. Na szczęście kontuzja nie okazała się zbyt poważna i miesiąc później Kisieliński otrzymał kolejne zaproszenie do reprezentacji Polski. Ten ruch selekcjonera nie wzbudził żadnych kontrowersji w przeciwieństwie do zaangażowania innego bramkarza, Emila Görlitza. „Kurier Poznański” wypowiadał się o powołaniach do kadry w następujący sposób: „Zestaw ten budzi bardzo poważne zastrzeżenia, przede wszystkim Goerlitz nie nadaje się obecnie na bramkarza, co uznała już macierzysta drużyna, przesuwając go na inne pozycje, powinien tu stanąć Kisieliński”. Niemniej jednak 1 lipca 1928 r. w meczu ze Szwecją w polskiej bramce stanął nie Emil Görlitz, a Stefan Kisieliński. Spotkanie to odbywało się na stadionie w Katowicach. Żeby przyciągnąć na stadion jak największe tłumy, zarząd Śląskiego Związku Piłki Nożnej zorganizował nawet przedsprzedaż biletów dla bezrobotnych. Mecz obfitował w wiele emocji i zakończył się triumfem Polaków 2:1. „Zdrój” konstatował: „Pod względem taktycznym i technicznym górowali Polacy, którzy w swych szeregach mieli wybitne jednostki jak Kisielińskiego, Stalińskiego, Kotlarczyka i Karasiaka. Szwedzi zaś takich wybitnych piłkarzy w swych szeregach nie mieli”. Jak się później miało okazać, był to ostatni mecz Stefana Kisielińskiego w reprezentacji Polski. Wróciwszy do Warszawy, doczekał się otwarcia nowego stadionu Polonii przy ul. Konwiktorskiej. Stadion poświęcił ksiądz Jan Mauersberger, a jedno z uroczystych przemówień wygłosił pastor August Loth, łączący niegdyś funkcję prezesa Polonii Warszawa z rolą protestanckiego duchownego. Jak widać, Polonia cieszyła się również bardzo dużym zainteresowaniem ze strony duchownych. Tuż przed rozpoczęciem spotkania samolot zrzucił na boisko pęk kwiecia i piłkę. Zawodnikom towarzyszył również wielki zegar firmy Omega, który zawieszono już wcześniej. Zawodnicy nie stanęli jednak na wysokości zadania i mimo wielkich oczekiwań, polegli na placu boju z Wisłą Kraków 2:7. Feralne w skutkach wydarzenie nastąpiło 7 października 1928 r. w meczu Pogoni Lwów z Polonią Warszawa. Kisieliński „zawalił” ostatnią bramkę, która zadecydowała o zwycięstwie lwowian nad warszawianami 4:3. Postawę Kisielińskiego „Wiek Nowy” ocenił następująco: „Puszczając tę bramkę, przekreślił swą całą dobrą markę”. Po tym spotkaniu Kisieliński rozegrał jeszcze tylko jeden mecz w sezonie 1928. Niemniej jednak główny bohater tego artykułu w następnych latach wciąż rozgrywał wiele meczów dla warszawskiej Polonii. W początkowej fazie sezonu 1929 nie mógł jednak występować w niektórych spotkaniach Polonii ze względu na to, iż uczęszczał na kursy Państwowego Urzędu Wychowania Fizycznego, a ich uczestnicy mieli zakaz gry. Dlatego też w meczach z Cracovią i Czarnymi Lwów wystąpił pod pseudonimem „Zahorski”. „Kurier Sportowy” dowodził, iż mimo fatalnej gry Polonii, sam bramkarz znajduje się w „doskonałej formie”. Cóż z tego jednak, jeśli Polonia po porażce z Wartą Poznań osiadła na samym dnie tabeli i czynnie włączyła się do walki o spadek z I ligi. Na szczęście dla „Czarnych Koszul”, piłkarze wzięli się w garść i utrzymali ostatecznie klub w I lidze. W 1930 r. Kisieliński pokazywał swoje nietuzinkowe umiejętności również za granicą. Tak się składa, iż Polonia rozegrała wówczas kilka spotkań w Austrii. 7 czerwca podczas meczu z SK Post Wiedeń Kisieliński pod koniec pierwszej połowy został przypadkowo poturbowany przez jednego z obrońców Polonii. Skutkiem tegoż zderzenia był złamany nos i natychmiastowa interwencja medyczna. Niemniej jednak uwagę „(Wiener) Sporttagblatt” zwróciła nie tylko feralna kontuzja golkipera, ale także jego znakomita dyspozycja sportowa. Jak zauważono: „Kisieliński bardzo dobrze rozumie swój fach”, a „Kornijewski, który go zastąpił w drugiej połowie, nie zbliżył się wystarczająco w swych umiejętnościach do Kisielińskiego”. Wiadomo również, iż ,,torman” otrzymał wówczas jeszcze jedno powołanie na mecz reprezentacji Polski ze Szwecją w 1930 r., aliści w nim nie wystąpił.
W 1931 r. zawodnik przeszedł do historii w dość niechlubny sposób. Otóż stał się w tamtym sezonie I ligi bramkarzem, który puścił najwięcej goli w trakcie jednego meczu (aż 8). Z drugiej strony obronił 2 rzuty karne (po jednym w meczach z tym samym przeciwnikiem, Lechią Lwów), a jedna z tych interwencji zapewniła Polonii zwycięstwo. Media również przedstawiały tormana w korzystnym świetle. Oczywiście Kisieliński nie byłby sobą, gdyby po raz kolejny nie doznał jakiejś kontuzji. Podobnie, jak w zeszłym roku, złamał kość nosową, a poza tym stwierdzono u niego stłuczenie głowy. Ostatnie spotkania w barwach Polonii zanotował w 1932 r. Dzięki ukończeniu kursu Państwowego Urzędu Wychowania Fizycznego w 1929 r. piłkarz uzyskał możliwość nauczania w szkole średniej. Przez kilka lat pełnił funkcję nauczyciela wychowania fizycznego w Gimnazjum im. Adama Mickiewicza w Katowicach, był tudzież instruktorem wychowania fizycznego w Wydziale Oświecenia Publicznego w Katowicach. Tytułowano go profesorem. „Polonia” w kwietniu 1934 r. rozpisywała się o nim w kontekście zjazdu nauczycieli wychowania fizycznego na Śląsku, któremu sam przewodniczył. Pisywał również artykuły dla „Polski Zachodniej” i ukończył historię na Uniwersytecie Jagiellońskim. Za swoje osiągnięcia otrzymał w listopadzie 1933 r. Srebrny Krzyż Zasługi. Kiedy 1 września 1939 r. wybuchła II wojna światowa, Kisieliński nie pozostał bierny i podjął walkę o swoją ojczyznę. Uczestniczył w kampanii wrześniowej w randze porucznika rezerwy 3. pułku ułanów śląskich. Nietrudno zgadnąć, że wkrótce wpadł w niemieckie sidła i trafił do niewoli. Przewinął się przez wiele obozów pracy, aż we wrześniu 1942 r. zakotwiczył w oflagu IIc w Woldenburgu (dzisiejszy Dobiegniew na Pomorzu Zachodnim). Bardzo wiele ciekawych informacji o panujących warunkach oraz organizowaniu życia sportowego w obozie podawały „Wiadomości Zagłębia” w 1966 r. Na jeden barak zazwyczaj przypadało 180 osób, wśród których bardzo łatwo rozprzestrzeniała się gruźlica. Życie w tych niegodziwych warunkach przysparzało więźniom sporo cierpienia. Jednym z niewielu ukojeń mógł być dla nich sport, który pozwalał przynajmniej chwilowo zapomnieć o swoim przykrym położeniu. Niemcy nie przeszkadzali w organizowaniu życia sportowego na terenie oflagu. Sir Stanley Rous zwykł kiedyś mawiać: „Jeśli lekkoatletykę określa się zaszczytnym mianem królowej sportu, to monarchą popularności może być tylko futbol…”. Podobnie rozumowali więźniowie, którzy zgodnie z tą maksymą uprawiali przede wszystkim piłkę nożną. Sami podjęli się nawet budowy boiska. Na terenie obozu powstało kilka drużyn, które uwzględniały podziały dzielnicowe (np. Wawel, Lwów) oraz zawodowe (np. marynarze). Jednym z graczy był nie kto inny, jak Stefan Kisieliński. Niestety nie ujawniono jego przynależności drużynowej w rzeczonym artykule. Mecze cieszyły się niezmienną popularnością. Uczestniczyli w nich również późniejsi politycy, pisarze i architekci. Jak pisały „Wiadomości Zagłębia”: „Każdy mecz był wielkim przeżyciem dla polskich jeńców. Oklaskiwano żywo każdą udaną akcję. Było dużo serdecznych wzruszeń i łez. Długo potem w barakach, gdy zapadała noc, nasi żołnierze dzieli się swoimi wrażeniami”. Nie ulega wątpliwości, że zmagania sportowe pozwoliły im przetrwać ten najtrudniejszy czas w życiu. W 1945 r. II wojna światowa wprawdzie dobiegła końca, jednakże tragedia Polski się nie skończyła. Znalazła się ona w okowach innego światowego mocarstwa, mianowicie ZSRR. Kisieliński, wyszedłszy na wolność, zaczął szukać pracy. Został wizytatorem szkół w Katowicach. W dalszym ciągu zajmował się jednak sportem, mocno przyczyniając się do odbudowy sportowych struktur na Górnym Śląsku. Odbył też pewną podróż sentymentalną, wybierając się w czerwcu 1945 r. na katowicki stadion, aby zobaczyć mecz swojej dawnej drużyny, Polonii Warszawa z Pogonią Katowice. Zdaniem „Trybuny Robotniczej” wciąż była to „znana powaga naszego województwa”, co najlepiej oddaje status Kisielińskiego. Komuniści wiedzieli, że jest on bardzo sprawnym organizatorem, który mógłby przyczynić się do rozwoju polskiego sportu. W 1946 r. został mianowany dyrektorem Wojewódzkiego Urzędu Wychowania Fizycznego i Przysposobienia Obronnego w Katowicach. Poza tym zaczął pełnić funkcję wiceprezesa Polskiego Związku Narciarskiego. W tym samym roku kierował również wyprawą drużyny śląsko-małopolskiej do Szkocji. Ta rozegrała na Wyspach Brytyjskich kilka spotkań, które pozwoliły nabrać polskim piłkarzom potrzebnego doświadczenia. Walter Brom, Mieczysław Gracz czy Tadeusz Parpan zaimponowali działaczom szkockim tak bardzo, iż ci zaproponowali im grę w swoich klubach.
Kisieliński przedstawił również ciekawą koncepcję reorganizacji rozgrywek I ligi. Jego propozycja zakładała funkcjonowanie na najwyższym poziomie rozgrywkowym w Polsce aż 24 zespołów z różnych okręgów. Zgodnie z jego projektem I liga miałaby zostać podzielona na grupę północną i południową. Do każdej z nich trafiłoby po 12 klubów. Ligę północną miałyby stanowić: 3 kluby śląskie, 2 kluby poznańskie i po 1 klubie: wrocławskim, szczecińskim, częstochowskim, pomorskim, zagłębiowskim, kieleckim oraz radomskim. W lidze południowej swoje spotkania miałyby natomiast rozgrywać: 3 kluby krakowskie, po 2 kluby warszawskie i łódzkie, a także 1 klub: gdański, rzeszowski, lubelski, tarnowski i przemyski. Zwycięzcy obu grup powinni według koncepcji Kisielińskiego rozegrać między sobą 2 mecze, które zadecydują o tytule mistrzowskim. Projekt ten nie zyskał jednak uznania w oczach działaczy PZPN. Po rezygnacji Henryka Reymana z funkcji selekcjonera reprezentacji Polski, najpoważniejszym kandydatem na to stanowisko został Stefan Kisieliński. Jak dowodził dziennikarz „Sportu”: „Naszym zdaniem, na stanowisko kpt. Związkowego z wymienionej trójki kandydatów największe szanse ma prof. Stefan Kisieliński, którego przeszłość sportowa (reprezentacyjny bramkarz Polski, profesor wychowania fizycznego, wreszcie dyrektor Woj. Urz. WF i PW w Katowicach) daje pełną rękojmię należytego wywiązania się z obowiązków, jakie ciążą na kapitanie PZPN”. Ostatecznie były zawodnik Polonii Warszawa nie otrzymał wtedy godności selekcjonera. Jak życie miało pokazać, na to jednak jeszcze przyjdzie czas. Kisieliński pozostał obserwatorem polskiej piłki. Na łamach „Sportu” opublikował artykuł pt. „Problemy piłkarskie”, w którym opisywał różne systemy gry, ale także bardzo krytycznie oceniał nie tyle stan polskiej piłki, ile mentalność naszego społeczeństwa. Świadczą o tym najlepiej jego słowa: „My Polacy nie kochamy systematycznej, żmudnej pracy. My wolimy improwizować”. Chwilę później dodał: „Jeśli idzie natomiast o umiejętności taktyczne w grach, o wprowadzenie jakiegoś systemu do gry, to stoimy daleko w tyle za innymi usportowionymi narodami”. Żeby była jasność, Kisieliński pisał o tym nieraz. Co ciekawe, już w tamtych czasach toczyła się zażarta dyskusja o narodowość selekcjonera reprezentacji Polski. Niektórzy uważali, że przydałby się nam fachowiec z zagranicy, inni natomiast opowiadali się za polskim szkoleniowcem. W międzyczasie przewinęło się przez naszą kadrę kilku szkoleniowców, ale żaden z nich nie spełnił pokładanych w nim nadziei. W lutym 1949 r. utworzono „kapitanat” złożony z kilku trenerów, w tym Stefana Kisielińskiego. Przewodnictwo nad tym dziwacznym tworem otrzymał Mieczysław Szymkowiak. Andrzej Gowarzewski stwierdził, iż nie ma pojęcia, jak ważną rolę odgrywał w nim były bramkarz Polonii Warszawa. W każdym bądź razie jeździł on na mecze i przyglądał się formie poszczególnych zawodników. Swoje uwagi zapisywał w notesie, który pokazał pewnego razu dziennikarzom. Szkopuł w tym, że zapisane w nim informacje potrafił odczytać chyba tylko on jeden. Jak pisał „Sport”: „Patrzymy długo, ale niestety niewiele możemy zrozumieć. Jakieś rubryki wzdłuż i wszerz powypełniane tajemniczymi cyframi obok nazwisk, jednym słowem abrakadabra niezrozumiała dla zwykłego śmiertelnika”. Kisieliński na łamach „Sportu” najmocniej krytykował napastników reprezentacji. Kiedy boczni pomocnicy obniżyli loty w meczu z Czechosłowacją, trener starał się ich bronić, sugerując, że to wina formacji ataku. W żadnym z napastników nie dostrzegał wyszkolenia technicznego, warunków fizycznych czy kondycji. Twierdził, iż istnieje nieodparta potrzeba eksperymentowania w tej formacji. W następnym spotkaniu z Albanią w Warszawie Polska odniosła już zwycięstwo 2:1, jednak napastnicy znowu kompletnie zawiedli. Wyniki osiągane przez naszą reprezentację na nikim nie robiły wrażenia. W 1950 r. już nawet nie potrafiliśmy pokonać Albanii. Niemniej jednak bezbramkowy remis z tym rywalem można by sarkastycznie uznać za sukces, zważywszy na fakt, że 3 lata później nawet to nam się nie uda. Leopold Tyrmand wtedy napisze: „Mało co drażni mnie bardziej od dewaluacji Polaków w sporcie”. A ta niestety już wcześniej była widoczna aż nadto. Rozegrany w październiku 1950 r. mecz z Czechosłowacją (porażka 1:4) był ostatnim, w którym Kisieliński zasiadł na ławce rezerwowych jako członek „kapitanatu”.
Później został przewodniczącym sekretarzem Głównego Komitetu Kultury Fizycznej (GKKF). Mocno zaangażował się w wykonywanie swoich nowych obowiązków. Gościł narciarzy z NRD w Zakopanem i uczestniczył w organizowaniu ich wspólnego treningu z narciarzami polskimi. Jeszcze pod koniec lutego 1951 r. osobiście dokonywał ceremonii zamknięcia Zimowych Mistrzostw Polski Zrzeszeń Sportowych. Zapewne nie zdawał sobie wówczas sprawy z tego, że to będą ostatnie dni jego życia. Wydaje się, iż Kisieliński początkowo musiał być w dobrej komitywie z komunistami, skoro uzyskiwał całkiem znaczące stanowiska. W swoich wypowiedziach dla prasy zdawał się także wychwalać panujący ustrój, jednakże tutaj radziłbym zachować pewną ostrożność w ocenie, gdyż czasami była to gra pozorów. Faktem jest, iż w pewnym momencie wybuchł konflikt między nim a komunistami. Jak dowodził w swoim tekście Jacek Kurek, dawny gracz warszawskiej Polonii w 1951 r. dowiedział się o nieprawidłowościach finansowych w trakcie organizacji spartakiady zimowej w Zakopanem. W sprawę mieli być zamieszani działacze SB, którzy grozili Kisielińskiemu. Wielokrotnie lądował także na dywaniku u Komitetu Centralnego PZPR. 9 marca 1951 r. został znaleziony martwy w wannie. Andrzej Gowarzewski ironicznie stwierdzał, że objął posadę sekretarza GKKF „chyba tylko po to, aby zaszczuty przez ‹‹bezpiekę›› popełnić w swym pokoju w warszawskim hotelu ‹‹Bristol›› tajemnicze samobójstwo, w co najbliżsi nigdy nie uwierzyli”. Śmierć Stefana Kisielińskiego do dziś pozostaje jedną z większych tajemnic historii. Stefan Kisieliński był bardzo wszechstronnym sportowcem. Uprawiał głównie piłkę nożną, ale nie gardził również lekkoatletyką i narciarstwem. Należał do czołowych polskich bramkarzy okresu XX-lecia międzywojennego. Swoją świetną grą przykuwał uwagę zagranicznych korespondentów. Kiedy polska piłka była w permanentnym kryzysie, Kisieliński już jako trener dwoił się i troił, aby ją odbudować. Ponadto z jego felietonów przebrzmiewają duże pokłady inteligencji jako człowieka. Pod koniec życia pokazał, że wyznawał w życiu pewne zasady i za nie najprawdopodobniej oddał swe życie. Co by o nim nie mówić, jest to niesamowicie intrygująca postać, o której wypada wspominać.
6
@FCBparasiempre
Przez historię polskiego futbolu przewinęło się wielu zawodników, którzy mimo osiąganych sukcesów, nie zdołali zaistnieć na dłużej w powszechnej świadomości. Bez wątpienia duży wpływ na zaistniały stan rzeczy miał upływ czasu, który sprzyjał zacieraniu pamięci o przedwojennych sportowcach. Poza tym warto odnotować, iż polskie władze komunistyczne nieraz starały się wręcz celowo skazywać niektórych z nich na zapomnienie. Jedną z takich postaci był Stefan Kisieliński, który został zaliczony przez Jacka Kurka do grona „piłkarzy wyklętych”. Stefan Kisieliński przyszedł na świat 13 grudnia 1901 r. w Morawskiej Ostrawie. Miejsce urodzenia może pozornie zaskakiwać. Jak sama nazwa wskazuje, miasto to znajdowało się na Morawach. Niewiele osób wie, iż na przełomie XIX i XX w. zamieszkiwało go wiele osób utożsamiających się z polską kulturą. Według austriackiego spisu ludnościowego z 1900 r. Polacy stanowili aż 20,8% mieszkańców Morawskiej Ostrawy! O tak licznym zaludnieniu miasta przez Polaków decydowała bliskość geograficzna Śląska Cieszyńskiego i Galicji, które razem z Morawami stanowiły wówczas część monarchii austro-węgierskiej. Przynależność do jednego państwa ułatwiała im wewnętrzną migrację do bardziej uprzemysłowionych terenów. Morawska Ostrawa stanowiła łakomy kąsek szczególnie dla polskich robotników, liczących na lepszy byt. Nie przybywali tutaj jednak tylko i wyłącznie robotnicy, ale także np. urzędnicy. Jednym z nich był ojciec Stefana Kisielińskiego, Adam. Rodzina Kisielińskich bardzo szybko wyniosła się jednak z Morawskiej Ostrawy i zamieszkała w Galicji. Młodszy o 6 lat brat Stefana, Walerian, urodził się już w Brzezince. Ich ojciec figuruje w austriackim periodyku „Almanach der k. k. österreichischen Staatsbahnen” jako pracownik sekcji utrzymania kolei państwowych w Oświęcimiu w latach 1908-1914. Sam Stefan uczęszczał natomiast do szkoły podstawowej w Oświęcimiu oraz szkoły wydziałowej w Krakowie. 28 lipca 1914 r. wybuchła I wojna światowa. Wiele osób myślało, że zmagania wojenne zakończą się jeszcze przed Bożym Narodzeniem, ale walki niemiłosiernie się dłużyły. Co gorsza, Galicja była w tym czasie mocno przetrzebiona przez wojska rosyjskie. Do Oświęcimia wprawdzie nie dotarły, ale i tam dało się wyczuć zapach wojny. Można było w tym mieście spotkać wielu żołnierzy monarchii habsburskiej, co przytrafiło się także Stefanowi Kisielińskiemu. Co istotne, dzięki jednemu z nich zakiełkowała w chłopcu pasja do narciarstwa, które w przyszłości będzie miało dla niego nie mniejsze znaczenie niż piłka nożna. Po latach wspominał: „Było to w czasie [I] wojny światowej. Przez miasto nasze przechodził oddział piechoty górskiej. Żołnierze nieśli na ramionach jakieś długie pozakrzywiane deski […] poprosiłem go, by mi wytłumaczył, do czego służą te deski, co się z tym robi, dlaczego są takie wyjęte? Za chwilę, w czasie postoju oddziału, gdy żołnierz ów przywołał mnie do siebie, stawiałem już pierwsze kroki na olbrzymich nartach”. Nieco później żołnierz miał zadać mu pytanie, czy na pewno chce spróbować. Jak stwierdził sam zainteresowany: „Propozycję oczywiście przyjąłem z entuzjazmem i… od tej chwili marzyłem o tym, aby posiadać takie deski i umieć na nich jeździć”. Wracając do I wojny światowej, przyniosła ona ludzkości ogrom przykrych doświadczeń. Niemniej jednak przyczyniła się do powstania wielu nowych państw, w tym Polski. Młody Stefan, wychowywany przez rodziców w duchu patriotycznym, przystąpił w 1918 r. do Polskiej Organizacji Wojskowej (POW). Później jako żołnierz 9. Pułku Ułanów Mazowieckich uczestniczył w wojnie polsko-bolszewickiej. Triumf odniesiony przez naszych rodaków zadecydował o zachowaniu niepodległości państwa polskiego. W takich okolicznościach Stefan Kisieliński stawiał swoje pierwsze kroki w seniorskiej piłce. Jego macierzystym klubem była Soła Oświęcim, w której występował od 1919 r. Koniecznie trzeba w tym miejscu odnotować fakt, iż osobiście położył podwaliny pod istnienie tego klubu. Swoją przygodę z futbolem rozpoczynali w tym zespole również bracia Stefana, Walerian i Czesław. Stefan i Walerian reprezentowali rzeczoną drużynę do 1924 r. Do dziś stanowią jedynych graczy Soły Oświęcim, którym udało się później zagrać w reprezentacji Polski.
Następnym przystankiem Stefana okazał się Bielitz SC, jednakże bardzo szybko zmienił barwy klubowe na Policyjny Klub Sportowy (PKS) Katowice. Drużyna ta stanowiła fenomen w skali ogólnopolskiej, gdyż posiadała aż 9 prężnie rozwiniętych sekcji sportowych. Poza tym dysponowała ona świetnym sprzętem a także znakomitą infrastrukturą. Dość powiedzieć, że do PKS Katowice należał jedyny stadion z krytymi trybunami w Katowicach. Klub ściągał do siebie wielu utalentowanych zawodników, którzy stanowili potencjalny narybek dla reprezentacji Polski w różnorakich sportach (piłka nożna, szermierka, boks). Stefan Kisieliński stał się kluczowym ogniwem zespołu z Katowic. Wielokrotnie bywał powoływany do reprezentacji Górnego Śląska, która rywalizowała z wieloma ciekawymi drużynami, w tym… reprezentacją Konstantynopola! Na to spotkanie Kisieliński również został powołany. Spotkanie rozegrane 8 września 1926 r. naturalnie wzbudziło niemałą ciekawość miejscowych widzów, którzy w kilka tysięcy wybrali się na stadion 1.FC Kattowitz. Kibice mieli szansę przekonać się na własne oczy, jak ich krajanie wyglądają na tle przeciwnika z Turcji. Stadion zapewne opuszczali w pełni usatysfakcjonowani, gdyż reprezentacja Górnego Śląska pokonała Konstantynopol 2:1. W innym spotkaniu reprezentacji Górnego Śląska (z reprezentacją Łodzi), Stefan Kisieliński został już wyszczególniony przez jedno ze śląskich czasopism. „Polonia” skonstatowała, że bramkarz zasługuje na wyróżnienie, a chociaż „ma gorący dzień, wywiązuje się jednak ze swej roli znakomicie”. Dzięki niemu drużyna nie straciła ani jednego gola, za to zdobyła 4 bramki i zdemolowała rywali. W następnym roku Kisieliński wciąż reprezentował kadrę Górnego Śląska. Wtedy już odgrywał w niej bardzo ważną rolę. „Polonia”, zapowiadając mecz tegoż zespołu z reprezentacją Lwowa, wymieniła go nawet jako kapitana drużyny. Mimo wszystko nie należy zapominać, że najwięcej meczów w tym okresie rozgrywał dla PKS Katowice. Klub dawał mu możliwości gry nie tylko na bramce, ale również w formacji ataku. Taką szansę otrzymał w spotkaniu derbowym ze Słowianem Katowice, które „Policjanci” wygrali 2:0. Jak dowodziła „Polonia”: „wykazał również na tej pozycji bardzo dobre walory, zdobywając dwie bramki”. W innym spotkaniu z Bogucicami Kisieliński musiał nawet zmienić pozycję w trakcie meczu, aby rozruszać atak katowiczan! Kisieliński przeżywał zresztą pasmo sukcesów nie tylko na boiskach piłkarskich. Trzeba wszakże wiedzieć, iż zawodnik urodzony w Morawskiej Ostrawie był również doskonałym lekkoatletą. W 1927 r. pobił nawet rekord Śląska w biegu na 110 metrów przez płotki. Parał się również narciarstwem; po latach na łamach „Dziennika Zachodniego” przyzna, iż narty, śnieg i góry sprawiają mu najwięcej frajdy. Jak mniemam, być może miało to także związek z miłymi wspomnieniami Kisielińskiego z dzieciństwa, o których już wcześniej napomknąłem. Co jednak istotne, Kisieliński spełniał swoje marzenia o grze w piłkę na wysokim poziomie nie tylko w reprezentacji Górnego Śląska, ale także w reprezentacji Polski. Pierwsze powołanie od Tadeusza Synowca otrzymał w 1926 r. Zadebiutował w spotkaniu z Węgrami w Budapeszcie 20 sierpnia. Polacy ponieśli wówczas sromotną klęskę 1:4. Swojej premiery Kisieliński nie mógł więc zaliczyć do udanych. Podobne odczucia musiały towarzyszyć Kisielińskiemu 3 października 1926 r. podczas meczu ze Szwecją na słynnym stadionie Rasunda. Otóż w 20. minucie stracił on 3 zęby, a Polska przegrała to spotkanie 1:3. W 1947 r. na łamach „Sportu” wspominał: „Grałem do końca meczu… Po zejściu z boiska, w szatni poczułem dopiero ból. Nie życzę nikomu…”. Mimo tych przykrych okoliczności Kisieliński spełnił swoje marzenie z dzieciństwa. O Szwecji wypowiadał się w następujący sposób: „Szwecja fascynowała mnie zawsze. Jako młody chłopak marzyłem o tym, aby choć raz w życiu znaleźć się w Sztokholmie […] Być choć raz za granicą… Nie daleko… I to właśnie w Szwecji. Było w tym coś z uporu maniaka”. Po zwiedzeniu Szwecji, jego sympatia do Skandynawów jeszcze bardziej wzrosła. Jak pisał: „Kraj ten, wraz z jego ludźmi i kulturą zrobił na nas potężne wrażenie”. Wypad do Szwecji wiązał się również z pierwszym rejsem morskim w jego życiu. Kisieliński utrzymywał później, iż rejs ten pozostawił głębokie ślady w jego duszy. „Otwarł się przed oczyma biednego, zakłopotanego chłopca, majestatyczny świat… Morze… Wszędzie woda… Przed tobą woda, za tobą woda, z boku woda…” – tak opisywał po latach swoje wrażenia z podróży do Szwecji Stefan Kisieliński. Wspominał również o dużych przypływach fal, które wzmogły niepokój podróżujących. Ostatecznie statek szczęśliwie dobił do brzegu, a Kisieliński stwierdził, że za pobyt w Szwecji „nie żałował tej obfitej daniny, jaką złożyć musiał mewom…”. Niemniej mieszane uczucia musiały towarzyszyć tormanowi podczas spotkania z Rumunią, rozegranego 20 czerwca 1927 r. 20 lat później wspominał bardzo szczegółowo nie tylko sam mecz, ale także jego okoliczności. Sytuacja rzeczywiście była bardzo dziwna. Otóż FIFA na wniosek PZPN zabroniła drużynom zagranicznym rozgrywania meczów z polskimi drużynami z I ligi. Liga w ramach odwetu zapowiedziała, że nie puści swoich piłkarzy na zgrupowanie polskiej kadry. Ostatecznie wyrażono zgodę tylko na wyjazd piłkarzy Polonii Warszawa i Warszawianki. Szkopuł w tym, że wszyscy ci zawodnicy poza Stefanem Jelskim zrezygnowali z gry tuż przed wyjazdem pociągu do Bukaresztu. Jak pisał Stefan Kisieliński na łamach „Sportu”: „Wyjazd do Rumunii wisiał na włosku…”.
Wprowadzonemu w konfuzję selekcjonerowi Tadeuszowi Synowcowi nie pozostało wobec tego nic innego, jak skorzystać z usług graczy spoza I ligi. Co by nie mówić, reprezentacja złożona z zawodników słabszych klubów teoretycznie nie miała żadnych szans w starciu z pierwszym garniturem solidnej reprezentacji Rumunii. Kisieliński podkreślał: „Sklecona naprędce jedenastka piłkarska Polski wyjechała do Bukaresztu na pewne ‹‹lanie››”. Na szczęście Kisieliński, który już wcześniej bywał regularnie powoływany do kadry, mógł liczyć na ponowne zaproszenie. Wynikało to z faktu, iż nie grał jeszcze wówczas w I lidze (PKS Katowice nie rywalizował z najlepszymi klubami w najwyższej fazie rozgrywkowej). Powołanie czołowego polskiego golkipera było więc możliwe. Co ciekawe, zanim rozegrano mecz, rumuńscy działacze zabrali reprezentantów Polski na wycieczkę po Bukareszcie i jego okolicach. Mieli oni witać Polaków, „nie szczędząc trudów, kosztów i zabiegów, aby nam czas pobytu w ich kraju uczynić jak najprzyjemniejszym”. Spotkanie rozgrywano w ekstremalnych warunkach, które służyły Rumunii. Piłkarze rumuńscy zeszli do szatni przy prowadzeniu 2:0. Wszystko układało się zgodnie z ich planem. Polscy kadrowicze byli z kolei tak bardzo zalani potem, że musieli zmienić w przerwie meczu koszulki i spodenki. Odpowiednia motywacja w szatni zmieniła bieg rzeczy. Polakom pomogła również zmiana warunków atmosferycznych wskutek zajścia słońca. Ostatecznie odrobili straty i sensacyjnie zremisowali 3:3. Rumuńscy kibice z wrażenia oklaskiwali walecznych Polaków. W tym miejscu warto oddać ponownie głos Stefanowi Kisielińskiemu: „Dla mnie osobiście najmilszym był moment, gdy bezpośrednio po meczu podszedł do mnie olbrzym Mietek Wiśniewski [rezerwowy bramkarz], wziął mnie na ręce, jak dziecko i zniósł z boiska do szatni […] Ten dowód uznania okazany mi przez starego „repa” Wiśniewskiego, będącego wtedy rezerwowym bramkarzem, pozostał mi na zawsze w pamięci…”. Truizmem byłoby stwierdzenie, iż występy w reprezentacji Polski zwiększyły wartość zawodnika. Popularność Kisielińskiego wystrzeliła z taką mocą jak pociski ATACMS z wyrzutni rakietowej HIMARS. Zaczęły się o nim rozpisywać liczne czasopisma sportowe nie tylko w kraju, ale także za granicą, o czym świadczy fotografia Kisielińskiego zamieszczona w jednym z wydań „Illustriertes (Österreichisches) Sportblatt” z podpisem: „ Polska szkoła bramkarska. Stefan Kisieliński (Katowice), jeden z najlepszych polskich bramkarzy”. O bramkarza PKS Katowice dopominało się wiele zagranicznych klubów. W 1927 r. wśród kontrahentów pojawiły się: ówczesny wicemistrz Austrii Brigittenauer AC, Floridsdorfer AC oraz Brooklyn Wanderers. Zainteresowanie ze strony klubów austriackich, które były jednymi z najsilniejszych w Europie, najlepiej świadczyło o bardzo wysokim poziomie sportowym prezentowanym przez Kisielińskiego. Nie mniejszą ciekawość czytelników musi wzbudzać jednak ostatnia z wymienionych drużyn, która miała swoją siedzibę w Nowym Jorku. Chociaż dziś wyjazdy polskich piłkarzy na podbój Stanów Zjednoczonych są powszechnym zjawiskiem, kiedyś było zupełnie inaczej. Co ciekawe, z zapisów „Zdroju” wynika, że to właśnie oferta Amerykanów była najatrakcyjniejsza dla bramkarza. Mimo wszystko Kisieliński pozostał w Polsce. Ostatecznie wybrał ofertę najpopularniejszego polskiego klubu, Polonii Warszawa. Skąd wiadomo, że ów zespół był najpopularniejszy w kraju? Otóż w maju 1928 r. „Przegląd Sportowy” ogłosił konkurs, który miał wyłonić taki zespół dzięki głosom ludzi. Ci w największej liczbie zagłosowali na Polonię, która uzyskała 2116 głosów. Klub za zwycięstwo w plebiscycie otrzymał zegar boiskowy firmy Omega, który zawieszono na nowopowstałym stadionie przy ul. Konwiktorskiej. Bramkarz zadebiutował w nowym klubie 9 października 1927 r. w spotkaniu z 1.FC Kattowitz na stadionie w Katowicach (porażka 3:4). Już następny jego wyjazdowy mecz z Union-Touring Łódź (porażka 0:1) wywołał wśród tłumów pewien entuzjazm. „Express Wieczorny Ilustrowany” zdawał się nawet sugerować, że publiczność chciała znieść bramkarza do szatni na rękach. Mimo puszczenia jednej bramki prasa zdawała się mieć pozytywne zdanie o nowym golkiperze Polonii. Najlepszą opinią chyba są słowa dziennikarza „Kuriera Łódzkiego”, który stwierdził: „Tylko on z całej drużyny jest naprawdę godny uznania”. Ostatni mecz w sezonie 1927 rozegrał przeciwko Legii Warszawa. Swój występ zakończył jednak już w 15. minucie, gdyż musiał zejść z boiska wskutek pogłębienia się kontuzji. Godny uwagi jest fakt, że spotkanie to Kisieliński rozpoczął z zerwanym ścięgnem! Ten przykład zdaje się doskonale odzwierciedlać determinację zawodnika, który za wszelką cenę chciał wystąpić w derbach Warszawy.
4
Zapomniana acz wybitna postać polskiego futbolu:
@Adran360
@AxelF
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
0
@FcPortoFan1999 Za te 20 czy 30 lat może się bardzo dużo pozmieniać, także nigdy nic nie wiadomo...
0
@FcPortoFan1999 Porto nie jest takie słabiutkie a może jeszcze urosnąć w siłe. Nigdy nie mów nigdy! Za x lat mogą coś zdobyć. Mnie już może nie być na tym łez padole a ty możesz się wówczas cieszyć z sukcesów swojego ukochanego klubu...
1
@Marusek Jak naszych obecnych zawodników reprezentacji, przeciwnicy pokroju Mołdawii, czy Albanii...
1
@FcPortoFan1999 Ty chyba jesteś jeszcze młody chłop a taki z ciebie pesymista?
13
Stolica kwitnącej wiśni pod pokrywą śnieżną:
Jeśli ktoś gra na co dzień w Portugalii i Urugwaju, to duży śnieg musi być dla niego szokiem. Tak też było 13 grudnia 1987, kiedy w finale Pucharu Interkontynentalnego zmierzyły się ze sobą FC Porto i Peñarol. Pierwsi byli triumfatorami Pucharu Europy, a drudzy Copa Libertadores. Do spotkania doszło na Stadionie Narodowym w Tokio. W bramce Smoków stał Józef Młynarczyk. Obie drużyny musiały walczyć nie tylko ze sobą, ale również z obfitymi opadami śniegu, których wynikiem była zabłocona murawa. Nie było jednak innego wyjścia, ponieważ sponsor tytularny Toyota Cup pod żadnym względem nie chciał zgodzić się na przełożenie tego meczu. ,,Niemożliwym było podążanie za wskazówkami trenera. Musieliśmy więc grać instynktownie i z pasją. W miarę, jak było coraz chłodniej, mi robiło się coraz cieplej. Przejąłem się tym wszystkim tak mocno, że zrobiło mi się wręcz gorąco. W tamtym zespole wszyscy byliśmy braćmi, którzy trzymali się razem i mieli gorące serca” – wspominał napastnik Porto i bohater tamtego spotkania Rabah Madjer. Młynarczyk relacjonował, że boisko było pokryte przez dziesięciocentymetrową warstwą śniegu. Piłkarze niemal cały czas się ślizgali. Widoczność była mocno ograniczona, a piłka odbijała się od murawy w bardzo nienaturalny sposób. Co może mocno zaskakiwać, z trybun to śnieżne widowisko oglądało (lub przynajmniej próbowało oglądać) ponad 45 tysięcy osób. Chociaż obie jedenastki mocno pragnęły, żeby mecz zakończył się po 90 minutach, to utrzymywał się wynik 1:1 i potrzebna była dogrywka. ,,Byłem zmuszony dość często interweniować, często kłaść się w błoto. Było mi potwornie zimno. Zwykle w takich sytuacjach nikt nie schodzi do szatni ale tym razem sędzia(sam zresztą zmarznięty) pozwolił na zmianę strojów i ogrzanie się w szatni”– powiedział Młynarczyk w odniesieniu do pierwszej połowy i momentu kiedy arbiter zarządził dogrywkę. Decydujący moment meczu miał miejsce w 109. minucie. Na strzał z ponad 30 metrów zdecydował się Madjer. W śnieżnej zamieci piłka przeleciała nad bramkarzem Eduardo Pereirą Martinezem. Potem zatrzymała się na śniegu i długo toczyła, zanim ostatecznie przekroczyła linię bramkową. Strzelec stwierdził, że w tym momencie czas się dla niego zatrzymał. Podobne zdanie miał Młynarczyk, który przyznał, że mało im serca nie stanęły, bo zatrzymała się na śniegu, tuż za linią. Drużyna „Smoków” wraz z polskim bramkarzem sięgnęła po tytuł Klubowych Mistrzów Świata.
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@Gary
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@AxelF
@Adran360
7
@FCBparasiempre
Różnie układały się losy ofensywnych piłkarzy w historii futbolu. Część z nich była ikonami piłki nożnej, inni byli przeciętni. Są jeszcze tacy, którzy znaleźli się z różnych przyczyn w cieniu innych wielkich piłkarzy. Kimś takim w zespole AC Milan był pewien włoski napastnik. To Pierino Prati, którego najlepszy czas w klubie przypadł na obecność tytułowego „złotego chłopca” – Gianniego Rivery. Pierino Prati urodził się 13 grudnia 1946 roku w miejscowości Cinisello Balsamo. Od początku swojego życia był niejako powiązany z Mediolanem, ponieważ miejscowość, z której pochodzi, znajduje się właśnie w prowincji Mediolan. Swoją piłkarską karierę zaczynał jednak trochę dalej od tego regionu Włoch. Pierwszym jego klubem był bowiem zespół Salernitany. Klub z Kampanii, który został bliżej znany polskim kibicom dopiero w 2019 roku, kiedy to po transferze do Lazio wypożyczony został tam Patryk Dziczek. Tam swoje pierwsze szlify w poważnym włoskim futbolu stawiał właśnie Prati. Do klubu z Salerno trafił w 1965 roku mając 19 lat, co mogło wskazywać, że bardzo późno rozpoczyna swoją karierę. Z jednej strony jest to prawda. Z drugiej jednak bywali przecież w historii futbolu piłkarze, którzy w późniejszym wieku wybijali się do poważnej piłki. Po przyzwoitym rocznym pobycie w Salernitanie Prati wrócił do Mediolanu, gdzie trafił do drużyny „Rossonerich”, która próbowała zepchnąć z tamtejszego piedestału Inter Helenio Herrery. Trenerem, który miał w tym pomóc, był Nereo Rocco. ,,Czekam na Pierino Pratiego piłkarza, nie piosenkarza!”– Nereo Rocco. Początki nowego napastnika Milanu w klubie nie były zbyt łatwe, ponieważ rozegrał ledwie dwa spotkania w 1966 roku. Nie pomagał mu styl ubierania się. Nosił często różową koszulę i długie włosy z buntowniczym tuftem. Z wyglądu przypominał Gigiego Meroniego z Torino. Powędrował wówczas na wypożyczenie do końca sezonu do Savony. Tam Pierino był znacznie bardziej wiodącą postacią, co potwierdziło zdobycie 15 goli w 29 spotkaniach. Nereo Rocco wówczas zobaczył, z kim tak naprawdę ma do czynienia i niemal natychmiast Prati po sezonie wrócił do Milanu. Po powrocie do Milanu w 1967 roku Pierino Prati wyraźnie nabrał pewności siebie. Nie tylko pomógł Milanowi wygrać scudetto po raz pierwszy od 1962 roku, ale sam zdobył tytuł króla strzelców z 15 bramkami na koncie. Kolejny rok był jeszcze lepszy dla niego, ponieważ nadszedł mecz, po którym na zawsze został zapamiętany w europejskim futbolu. ,,W międzyczasie byliśmy niezwykłym zespołem. Drużyna, która niestety nie trwała długo, ponieważ większość zawodników znalazła się na końcu swojej kariery. Ale w tych dwóch latach, na poziomie krajowym, europejskim, a nawet światowym, okazała się najsilniejszą drużyną”– Pierino Prati. 28 maja 1969 roku w Madrycie miał odbyć się finał Pucharu Europy Mistrzów Krajowych. Na Estadio Santiago Bernabeu do walki o tytuł stanęły drużyny AC Milan i Ajaksu. Miał to być pojedynek dwóch wielkich piłkarzy: Gianniego Rivery, który był uznawany za geniusza, „Złotego chłopca” włoskiej piłki i Johanna Cruyffa, który kimś takim w Holandii miał dopiero się stać. Obie drużyny dość pewnie przeszły drogę do finału, który miał wyłonić najlepszy zespół Europy. Nieoczekiwanie jednak show dwójce gwiazd skradł bohater naszej opowieści-Pierino Prati. Prati zagrał prawdopodobnie jeden z najlepszych meczów w swojej karierze. Kompletnie przyćmił on Riverę, który ograniczył się jedynie do podawania Pratiemu przy bramkach. Hat-trick, którego zdobył Pierino, przeszedł do historii piłki nożnej. Do dzisiaj jeszcze tylko Di Stefano i Puskas strzelali hat-tricka w finale Pucharu Europy/Ligi Mistrzów. Niestety mimo tego osiągnięcia Prati i tak jest mniej pamiętany, niż „złoty chłopiec” Rivera. Pomimo jego obecności dla Pierino czas w Milanie był najlepszym w karierze, ponieważ zdobył dla klubu 72 gole w 143 meczach. Jego grę charakteryzowało to, że nie był sztywno ustawiony na jednej pozycji. Chętnie schodził do boku, uderzał obiema nogami dość dobrze. Często był zestawiany z Gigim Rivą. Włosi sugerowali nawet, by ci dwaj zawodnicy razem grali w ataku kadry narodowej, jednak Prati był jedynie alternatywą dla znakomitego Rivy. Kolejnym dobrym okresem w karierze był dla niego pobyt w AS Romie. W 1973 roku przybył do klubu ze stolicy Włoch, który stopniowo był budowany po to, by w latach osiemdziesiątych walczyć jak równy z równym z wielkimi Milanem i Juventusem. Prati spotkał się w tym czasie między innymi z późniejszym kapitanem, Agostino Di Bartolomeim, który w 1994 roku popełnił samobójstwo, czy Bruno Contim. Trzeba przyznać, że wyglądało to obiecująco. Rzeczywistość okazała się jednak niezbyt przyjazna dla klubu ze Stadio Olimpico. Lata siedemdziesiąte okazały się bardzo chude dla Romy. Nawet całkiem niezłe liczby Pratiego (28 goli w 82 meczach) nie pomogły w zdobyciu czegokolwiek.
Okazało się, że okres w Romie, mimo braku sukcesów był i tak dość dobry w porównaniu do tego, co czekało Pratiego później. Po odejściu z AS Romy trafił do Fiorentiny, co okazało się błędnym ruchem. Tam nie zdobył ani jednego gola w ośmiu spotkaniach. Po roku gry we Florencji Pierino Prati wrócił tam, gdzie wybijał się do wielkiego Milanu, czyli Savony. Tam szło mu ciut lepiej, ponieważ zdobył 10 goli w 25 meczach. Kolejnym klubem w jego karierze było Rochester Lancers, ale tam z kolei rozegrał ledwie sześć spotkań. Postanowił po tym jeszcze raz spróbować sił w Savonie, gdzie zakończył karierę ostatnim przebłyskiem okraszonym 24 golami w 54 meczach. Zanim jednak trafił na ławkę trenerską, odczekał trzy lata, by trafić do Lecco. To była jego najdłuższa kadencja w roli szkoleniowca, ponieważ później jego prace trwały wyłącznie rok, by zakończyć przygodę trenerską w klubie Pro Patria. W reprezentacji Włoch Pierino również był w cieniu lepszych od siebie. Po raz kolejny mowa tu o Riverze, czy Rivie. Mimo to zdołał zdobyć mistrzostwo Europy w 1968 roku. Niestety trudno było mu je świętować w pełni, ponieważ doznał swego rodzaju upokorzenia. Włosi w finale zagrali z Jugosławią. Prati doznał zaszczytu gry w tym finale, ale „Azzurri” zremisowali ten mecz. W myśl ówcześnie panujących przepisów potrzebna była powtórka spotkania. Wtedy właśnie Ferruccio Valcareggi postanowił na ten mecz wprowadzić Gigiego Rivę, który wraz z Pietro Anastasim dał Włochom upragniony tytuł mistrzów Europy. Sam Prati swoją karierę reprezentacyjną zakończył na 14 meczach, zdobywając w nich 7 goli.
5
Zapomniane legendy włoskiego futbolu:
@Adran360
@AxelF
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
8
@FCBparasiempre
W 1930 roku odbyły się pierwsze mistrzostwa świata w piłce nożnej. Z każdą kolejną edycją, mistrzostwa zyskiwały na popularności i znaczeniu. Mijały jednak kolejne lata, a światowy czempionat był jedynym prestiżowym turniejem, gdzie rywalizować mogli najlepsi gracze z całego świata. Pomysł bohatera dzisiejszego tekstu wprowadził sporo ożywienia do skostniałego terminarza piłkarskiego. Gabriel Hanot, gdyż o nim mowa, w końcu postanowił zatroszczyć się o kluby. Tak oto powstał Puchar Europy, przekształcony później w Ligę Mistrzów. Francuza zainspirował mecz towarzyski pomiędzy Wolverhampton i Honvedem Budapeszt z 13 grudnia 1954 roku. Pracował on wówczas jako dziennikarz ,,L’Equipe”. Chciał wykorzystać popularność i siłę gazety do stworzenia klubowych mistrzostw Europy w piłce nożnej. Z pomocą przyszedł mu szef gazety Jacques Goddet, który widział ogromne korzyści finansowe ze stworzenia nowych rozgrywek. Jego zdaniem Francuzi chcieliby czytać w ,,L’Equipe” o tym, jak radzą sobie europejskie kluby w bezpośrednich pojedynkach i jak na ich tle wypada drużyna z Francji. Ponadto już raz w historii sportu francuskie czasopismo optowało za utworzeniem pewnej imprezy, która dziś jest marką i wizytówką nie tylko francuskiego sportu, ale i całego kraju. Mowa oczywiście o Tour de France, którego pomysłodawcą w 1903 roku byli dziennikarze ,,L’Auto”. Swego czasu Hanot pisał i tam. Karierę żurnalisty rozpoczął w gazecie wydawanej przez francuską federację piłkarską. Później pracował w ,,Le Miroir de Sports”, gdzie był redaktorem naczelnym. Dla ,,L’Illustration” pisał nie tylko o piłce nożnej, ale także o kolarstwie, golfie i lotnictwie. Tę ostatnią dyscyplinę pokochał po tym, jak w czasie I wojny światowej walczył jako lotnik. Pasja do lotnictwa sprawiła, że jego wieloletnim przyjacielem stał się autor ,,Małego Księcia” Antoine de Saint-Exupéry. Zanim jednak Gabriel Hanot zaczął o piłce pisać, sam w nią grał. Pierwsze kroki stawiał w klubie US Tourcoing jako skrzydłowy. Z czasem przeniesiono go do obrony. W 1908 roku zadebiutował w reprezentacji Francji. Dla ,,Trójkolorowych” rozegrał dwanaście spotkań i zdobył trzy bramki. Pożegnalny występ zanotował będąc kapitanem zespołu. Meczów w narodowych barwach miałby pewnie więcej, gdyby nie I wojna światowa i konflikt piłkarza z francuską federacją. Gabriela od zawsze fascynowały Niemcy. W 1910 roku postanowił przenieść się z Tourcoing do BFC Preussen. Federacja wyraziła zgodę na transfer, ale Hanot nie mógł grać w reprezentacji. Wrócił do niej dopiero dwa lat później, kiedy to ponownie związał się z Tourcoing. W 1919 roku jako gracz AS Française postanowił zawiesić buty na kołku w wieku zaledwie trzydziestu lat.
W 1945 roku Hanot miał za sobą całkiem bogatą karierę piłkarską i dziennikarską. Tuż po zakończeniu II wojny światowej miał szansę realizować się jako selekcjoner francuskiej kadry. Hanot obchodził się z zawodnikami bez pardonu, nawet z tymi, których cenił. W ogóle był specyficzną jednostką. Nigdy nie podawał ręki, uważając ten gest za niehigieniczny i zbędny. Pomocnik Jean Prouff w kwietniu 1949 roku zagrał(zdaniem selekcjonera) fatalny mecz przeciwko Holandii (porażka Francji 1:4). O czwartej w nocy do jego pokoju hotelowego zadzwonił Hanot. Chciał zapytać, czy Prouff nie śpi. Odebrane połączenie uspokoiło trenera, który dodał, że liczył na to, iż po tak beznadziejnym występie Prouff nie będzie mógł spać ze wstydu. Na dokładkę Hanot poinformował piłkarza, aby spakował swoje rzeczy i opuścił hotel. Kiedy rano w windzie selekcjoner natknął się na pomocnika, zapytał go tylko, dlaczego jeszcze tu jest. Trenowanie francuskich reprezentantów Gabriel łączył z dziennikarstwem, co doprowadziło do kuriozalnej sytuacji. Po tym, jak Francja przegrała 1:5 z Hiszpanią i tym samym nie zakwalifikowała się na pierwsze po wojnie mistrzostwa świata w 1950 roku, Hanot napisał dla ,,L’Equipe” tekst, w którym domagał się… zwolnienia samego siebie z funkcji szkoleniowca. Federacja posłuchała sugestii żurnalisty i zatrudniła duet Pierre Pibarot – Paul Baron. Wiele lat wcześniej napisał liczący dwie strony plan reform mających na celu usprawnienie francuskiego futbolu. Hanot domagał się zaprzestania płacenia niedouczonym francuskim trenerom ogromnych pensji (120000 franków miesięcznie), wprowadzenia zawodowstwa i płacy minimalnej dla graczy. Żądał zredukowania liczby drużyn w poszczególnych klasach rozgrywkowych do czternastu lub szesnastu oraz grania meczów w odstępie przynajmniej trzech dni. Ponadto jako pierwszy zaproponował i zrealizował spotkania trenerów z całego świata, celem wymiany doświadczeń i metod treningowych. Hanot miał zbyt wielki autorytet i posłuch, aby zignorowano jego przemyślenia i propozycje. Reformy oczywiście wprowadzono w życie. Już po stworzeniu Pucharu Europy, Hanot wpadł na kolejny pomysł – Ballon d’Or. Chyba nikt z jego redakcyjnych kolegów nie wątpił w to, że mu się nie uda. Rok po napisaniu tekstu na ten temat Stanley Matthews został pierwszym zwycięzcą plebiscytu.
Największa idea francuskiego wizjonera despoty stała się rzeczywistością 4 września 1955 roku. Pierwszym meczem Pucharu Europy była konfrontacja Sportingu z Partizanem Belgrad zakończona remisem 3:3. Zaproszenie do rozgrywek otrzymało szesnaście ekip. Wszystkie chciały się sprawdzić na tle rywali z innych państw. Dopiero w 1965 roku zmieniono przepisy, na mocy których kwalifikacje do PE otrzymywało się poprzez zdobycie mistrzostwa kraju. Puchar Europy rósł z każdą kolejną edycją. Inspirował do powstania kolejnych rozgrywek, takich jak Puchar Europy Miast Targowych, Puchar Zdobywców Pucharów czy Puchar Interkontynentalny. Dziś nosi nazwę Ligi Mistrzów i jest tworem, pod który najpotężniejsze kluby Starego Kontynentu układają plan marketingowy i sportowy. Rozgrywki te wykreowały swoich własnych bohaterów, jak choćby Alfredo di Stefano czy George Best, którzy stali się legendami futbolu, mimo niepowodzeń na gruncie reprezentacyjnym. Dziś nikt nie wyobraża sobie piłkarskiego kalendarza bez Ligi Mistrzów. Tak samo ciężkie do wyobrażenia jest to, że tak wielki reformator europejskiej piłki nożnej jak Gabriel Hanot nie doczekał się po śmierci żadnej tablicy pamiątkowej czy też pomnika. Tylko jeden, maleńki stadion w Wangenbourgu nosi jego imię. O nadaniu jego imienia trofeum Pucharu Europy także nikt nie pomyślał. Jules Rimet i Henri Delaunay mieli więcej szczęścia…
6
Inspiracją Pucharu Europy był mecz z przed równo 71 lat:
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AxelF
@Adran360
11
Jubileusz triumfu nad „Canarinhos”:
Szanowni sympatycy futbolu, dokładnie sto(!) lat temu, na nieistniejącym już „Estadio Sportivo Barracas” w Buenos Aires, reprezentacja Argentyny pokonała Brazylie 4:1(1:1) w pierwszym meczu 9-tej edycji Copa America. Hattrickiem popisał się legendarny Manuel Seaone a czwartego gola(trzeciego w kolejności dla Albicelestes) dołożył Alfredo Garasino. Nie pomogła dobra gra już od dawna cenionych asów „Canarinhos” Nilo i legendarnego Friedenreicha. Ich akcje skutecznie stopowali dwaj kapitalni obrońcy Boca Juniors: Segundo Medici a zwłaszcza Ludovico Bidoglio, finezyjny technik, potrafiący swobodnie wyprowadzić piłke z największego tłoku na własnym polu karnym. Właśnie Bidoglio, 33-krotny reprezentant kraju był zapowiedzią, swego rodzaju protoplastą późniejszej funkcji libero. Poza tym gwiazda Seaone rozbłysła właśnie pełnym blaskiem.
@Adran360
@AxelF
@Gary
@Bernard777
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Sysia11
9
Ostatni gol Samuela Eto'o przeciwko Realowi Madryt:
Podpisanie kontraktu z FC Barceloną, po transferze Samuela Eto'o, który wychował się w młodzieżowej akademii Realu Madryt, naturalnie wywołało duże oczekiwania latem 2004 roku. Wcześniej kameruński napastnik nie zdołał wywalczyć sobie miejsca w składzie Realu Madryt, gdyż był wypożyczany do Leganés i Espanyolu a następnie przeniósł się bezpośrednio do Mallorki aż wreszcie na Camp Nou. Grał w Blaugranie przez pięć sezonów i w tym czasie strzelił 131 goli, z czego 7 z rzutów karnych. Cztery z nich przeciwko „Królewskim”, dwa na Camp Nou i kolejne dwa na Santiago Bernabéu. Pierwszy z nich miał miejsce 20 listopada 2004 roku w meczu ligowym na własnym boisku i zakończył się zdecydowanym zwycięstwem Blaugrany (3-0). Kolejny mecz odbędzie się w Madrycie (2-4) kilka miesięcy później. Trzecie spotkanie miało miejsce na Santiago Bernabéu (0-3) w kolejnym sezonie a czwarte i ostatnie na Camp Nou (2-0) trzy lata później, w sobotę 13 grudnia 2008 r. Tak Francesc Aguilar tłumaczył gola następnego dnia na łamach MD: „Eto'o wbija główkę Puyola do siatki po rzucie rożnym ”, podkreślając, że gol Kameruńczyka „był nagrodą za wiarę wielkiego kapitana, jakim jest Carles Puyol. Nigdy się nie poddaje, a wczorajszy wieczór był kolejnym przykładem jego ambicji, jego zaangażowania we wszystko, co reprezentuje Barça. Wynik 1-0 a Eto'o powinien zostać zapisany w raporcie sędziego jako pół Samuela, pół Carlesa. Ponadto Kameruńczyk powinien być mu wdzięczny za to, że jednym zamachem wymazał incydent z niecelnym rzutem karnym” wcześniej przeciwko Casillasowi. Ostateczny wynik 2-0, gdyż strzelił jeszcze Messi, który strzelił gola, wykańczając precyzyjne podanie francuskiego napastnika Henry'ego. Dzięki temu zwycięstwu Barça umocniła swoją pozycję lidera La Liga, zdobywając 38 punktów a Real Madryt zajął piąte miejsce ze stratą 12 punktów. Kilka miesięcy później drużyna została mistrzem La Liga.
Ale poza czwartym golem przeciwko jego byłemu zespołowi, sezon La Liga 2004-05, pierwszy, który Eto'o rozegrał w barwach Barcelony, zakończył się jego kontrowersyjną aluzją do Realu Madryt podczas świętowania tytułu, kiedy to z boiska stadionu Camp Nou, z mikrofonem w ręku, wielokrotnie krzyczał: „Madryt, rogaczu, przywitaj się z mistrzami!”. Chociaż kilka dni później publicznie przeprosił. W 201 meczach rozegranych w ciągu pięciu sezonów gry w FC Barcelonie strzelił 131 goli. Gole zdobywał w La Liga (108), Lidze Mistrzów (18), Pucharze Króla (2), Superpucharze (2) i Pucharze Katalonii (1). Ze 131 golami kameruński napastnik jest obecnie ósmym najskuteczniejszym strzelcem Barcelony w oficjalnych rozgrywkach.
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@Gary
@Eto'o9 R10
@Bernard777
@AxelF
@Adran360
0
@Gary Ooo przyjacielu, wówczas to ja nie miałem żadnego komputera, nie mówiąc już o internecie...
0
@Gary No być może, jakoś sobie tego nie przypominam. Masz na myśli na stronie fcbarca.com?
12
Grande Espectacolo El Clasico!
13 grudnia 2008 r. na Camp Nou FC Barcelona zaczeła mecz w swoim stylu: narzuciła przeciwnikowi własny rytm, w efekcie czego na dogodne okazje do zdobycia gola nie trzeba było długo czekać. W pierwszym kwadransie największe zagrożenie dla Królewskich stanowił Leo Messi oraz Thierry Henry, lecz obaj i nie zdołali strzelić gola. Po początkowym natarciu bordowo-granatowych „Blancos” zwarli szeregi i sami zaczęli zagrażać bramce strzeżonej przez Valdesa. Ani Higuain, ani Drenthe nie zdołali jednak pokonać Katalończyka a Barça szybko przebudziła się z letargu i w ostatnich 10 minutach pierwszej połowy znów miała przewagę. Po przerwie kibice zgromadzeni na Camp Nou oglądali całkowitą dominację teamu Peppa Guardioli. W 56 minucie po nieudanym zagraniu Messiego futbolówka trafiła do Samuela Eto’o a ten omal nie zapewnił prowadzenia swojej drużynie. Kwadrans później Salgado faulował w polu karnym Sergio Busquetsa a arbiter natychmiast podyktował jedenastkę dla Dumy Katalonii. To jednak nie wystarczyło do strzelenia gola, gdyż Eto’o uderzył tak nonszalancko że Iker Casillas pewnie odbił piłkę. Chwilę później Kameruńczyk miał kolejną dobrą okazję a golkiper Królewskich oprócz jego strzału obronił również dobitkę Messiego. Szansę wykazania się na 12 minut przed końcowym gwizdkiem otrzymał również Valdes. Bramkarz Blaugrany sparował groźne uderzenie Palanki. W 73 minucie, kiedy rzut rożny wykonywał Xavi, wreszcie cały Camp Nou oszalało z radości. Futbolówka trafiła wprost na głowę Carlosa Puyola a następnie pod nogi Samuela Eto'o, który tym razem nie miał problemów z umieszczeniem jej w siatce. Po tym trafieniu piłkarze ze stolicy, chcąc odrobić straty musieli nieco bardziej się odkryć, za co już w doliczonym czasie gry spotkała ich kara ze strony Messiego. Argentyńczyk otrzymał fantastyczne podanie na wolne pole od Henry'ego i technicznym strzałem przeniósł futbolówkę nad interweniującym Casillasem.
To był piękny i pełen wrażeń wieczór, o czym w swojej pomeczowej wypowiedzi nie zapomniał Guardiola: „W pierwszej połowie graliśmy trochę nerwowo i za wszelką cenę chcieliśmy utrzymywać się przy piłce. Pragnęliśmy pokonać rywala numer jeden. W pierwszej części spotkania nie mogliśmy czuć się całkowicie bezpiecznie a Realowi Madryt należy pogratulować znakomitej gry w defensywie". „Żegnaj Madrycie”, „12 punktów przewagi!”- euforii w lokalnej prasie nie było końca. Ten mecz pokazał jak wielkim kapitanem jest Carles Puyol. Pokłady jego wiary w zespół i ambicji wydają się nieskończone. Tarzan rozegrał kapitalny mecz zarówno w ataku, jak i w obronie a jego zagranie głową do Samuela Eto'o okazało się kluczowe dla losów spotkania. Należało by to zobaczyć ponownie:
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
10
,,Krwawe” derby Barcelony:
13 grudnia 2003 r. FC Barcelona przystępowała do meczu derbowego na „Olímpic Lluís Companys” z 13-punktową stratą do Realu Madryt. Espanyol był w jeszcze gorszej sytuacji: 8 punktów w 15 kolejkach dawało pozycje czerwonej latarni ligi. Mecz rozpoczął się dobrze dla gospodarzy ale na gola Jordiego Cruyffa dla Espanyolu już po 2 minutach odpowiedział Ronaldinho, zaś jeszcze przed przerwą dwukrotnie trafiał Kluivert. Głównym bohaterem meczu postanowił jednak zostać arbiter Pino Zamorano, który pokazał w sumie… 6 czerwonych i 13 żółtych kartek! Wyrzucani z boiska byli De La Peña, Soldevilla i Lopo z Espanyolu oraz Marquez, Quaresma i Cocu z Blaugrany. Jedno dodatkowe usunięcie z boiska mogło spowodować że mecz zakończyłby się walkowerem dla którejś ze stron. Na szczęście rozstrzygnięcie nastąpiło na boisku a Barça ostatecznie wygrała 1:3.
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
1
@Bernard777 No dla mnie to był akurat 3 sezon kibicowania Czerwonej Armii, jednak mimo że oglądałem tylko pierwszy mecz i końcówke rewanżu, to jakoś nie pamietam co tam się działo, poza wynikiem. Ten rewanżowy mecz to pamiętam że nie mogłem obejrzeć całego, gdyż mieliśmy lekcje w podstawówce na popołudnie i ledwie zdążyłem na końcówke. Ktoś mówił w szkole że prowadzimy po golu "Dziekana" i jest duża szansa na wyrównanie w dwumeczu, więc prędziutko gnałem na chate. Jak się okazało, jednak na próżno...
9
Urodzony bandzior:
13 grudnia 1981 r. Bernd Schuster doznał poważnej kontuzji. Athletic Bilbao Javiera Clemente zdobył 2 mistrzostwa Hiszpanii ale gra jego drużyny była niezwykle brutalna. Na swojej skórze odczuł to grający wówczas w Blaugranie Schuster. Andoni Goikoetxea, nazywany ,,Rzeźnikiem z Bilbao”, zaatakował korkami jego kolano. Niemiec po interwencji lekarza wrócił na boisko. Po kilku minutach zdecydował się jednak opuścić murawe a wstępne diagnozy wskazywały na naciągnięte więzadła w kolanie. ,,Na pierwszy rzut oka uważam iż nie będzie mógł grać z Realem Madryt w kolejnym tygodniu. Wygląda na to że będziemy mieli problem”- powiedział klubowy lekarz. Radiografia pokazała że kontuzja jest o wiele poważniejsza niż sądzono i Schuster wyjechał na operacje do Kolonii. Niemiec ironizował: ,,Jedyny pozytywny aspekt całej sytuacji jest taki, że święta spędze z rodziną”. Sprawca całego zamieszania Goikoetxea tak opisywał całe zdarzenie: ,,To jedna z tych sytuacji, kiedy jeden zawodnik ucieka a drugi, który widzi że jest wolniejszy i słabszy technicznie, chce go jedynie zatrzymać i posłać na ziemie. Jeżeli później miał to nieszczęście że zerwał więzadła… naprawdę szczerze jest mi smutno”. W wypowiedzi dla radia RAC 1 Bask nie był jednak tak uprzejmy: ,,Lo de Schuster no fue absolutamente nada”(Sprawa Schustera to tak naprawdę nic ważnego). Schuster pojawił się na boisku dopiero w pierwszym meczu następnego sezonu!
@Adran360
@AxelF
@Gary
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
10
Tablica nietypowych taktyk:
Pewnego dnia, niemal nieświadomie, wiecznie psotny Gustavo Biosca chciał udowodnić, że rola trenera może nie być tak ważna, jak nam się wydaje. W przeddzień ligowego meczu Barça – Real Sociedad 12 grudnia 1954 roku, wszedł do szatni, aby posłuchać przedmeczowej przemowy Sandro Puppo i zauważył tablicę taktyczną pokrytą, jak to było w zwyczaju, strzałkami. Nikogo nie było w pobliżu, więc Biosca szybko chwycił kredę i dodał trzy lub cztery kolejne strzałki wskazujące w różnych kierunkach. Założył, że Puppo zauważy jego psotę i zrobi zamieszanie, ale ku jego zaskoczeniu Włoch kontynuował odprawę, jakby nic się nie stało. Kiedy Puppo w końcu dowiedział się o żarcie, nie był zadowolony… Barça wygrała jednak mecz 4:1 a Biosca zawsze żartował, że to dzięki jego strzałkom.
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AxelF
@Adran360
9
Pyrrusowe zwycięstwo:
12 grudnia 1984 roku Dynamo Mińsk przegrało z Widzewem Łódź 0:1 w rewanżowym meczu 1/8 PUEFA i… awansowało do ćwierćfinału. Tutaj przeczytacie całą historie: http://slowfoot.pl/retro-dynamo-minsk-widzew-lodz-01-puchar-uefa-12-xii-1984/
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
1
@misterio Tak przypuszczałem że chodzi o aure czy też klimat świąt, więc po jaką cholere pisać po "chińsku" jak można a nawet powinno się(!) po polsku. Czym wy chcecie zaimponować? Plagą zachodniej cywilizacji? Bardzo mi się to wszystko nie podoba! Owszem są i zdarzają się jakieś zapożyczenia ale widze(o zgrozo!) że używa się ich(a raczej nadużywa) teraz niemal w każdym zdaniu. To jest niedopuszczalne! Jesteśmy jeszcze Polakami? Bo ja napewno jestem! Rusycyzmy? Ile ich było? Napewno nie na tak zastraszającą skale jak ta pieprzona chińszczyzna! Precz z tym!
10
To był dopiero ,,spiel”!
12 grudnia 1973 r. Ruch Chorzów pokonał Honwed Budapeszt 5:0(!) w rewanżowym meczu 3 rundy Pucharu UEFA. To był jeden z najlepszych występów Ruchu na arenie międzynarodowej. Dzięki tej wygranej jedyny raz w swojej historii awansował do ćwierćfinałów Pucharu UEFA. Zawodnicy Ruchu podeszli do rewanżu bardzo skoncentrowani. Węgrzy mieli ułatwione zadanie. Wystarczyło bronić dwubramkowej przewagi z pierwszego meczu ale to nie pomogło. Po wspaniałej grze Ruch wygrał 5:0! W pierwszej połowie gola strzelił Józef Bon. W drugiej dwie Kopicera, w tym ostatnią bezpośrednio z rzutu rożnego. Po jednym trafieniu dołożyli Marx i Bula. „Kibice zgotowali piłkarzom długotrwałą owację, dziękując im w ten sposób za wspaniały pokaz nowoczesnego futbolu, poparty wyjątkową skutecznością. ,,Widzowie byli świadkami wspaniałego widowiska piłkarskiego” - relacjonował ten mecz dziennik „Sport”. Specjaliści zajmujący się futbolem uznali to spotkanie za jedno z najlepszych występów Ruchu na arenie międzynarodowej.
@Safrani
@Ogorinho1974
@NeroTFP1
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@AxelF
@Adran360
10
Grudniowa ,,La Manita”:
12 grudnia 2010 r. FC Barcelona rozgromiła na Camp Nou Real Sociedad 5:1 w 15 kolejce Primera Division. Dwa gole zanotował Messi, natomiast po jednym golu zdobyli: Villa, Iniesta i Krkič. Po tej kolejce Barça umocniła się na pozycji lidera z dwupunktową przewagą nad Realem Madryt.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
2
@barcelonaLM No to niedobrze, oj niedobrze...
1
@Comentateiro Ty tak poważnie uważasz, czy sobie kpisz?
7
Wyjątkowo długa „Copa”:
11 grudnia 1979 r. Paragwaj sięgnął po tytuł Ameryki Południowej. Po 4 latach przerwy doszło do 31 edycji Copa America. Tak jak poprzednio rozgrywki toczyły się w trzech grupach. Ponownie złośliwy los zetknął w jednej z nich dwóch zdecydowanych faworytów, Argentyne i Brazylie, tym razem w towarzystwie Boliwii. Pozostałe grupy były niepomiernie słabsze. Paragwaj natomiast już od pewnego czasu znajdował się wyraźnie na fali wznoszącej. Pierwszy mecz w Asuncion z Urugwajem nie przyniósł rozstrzygnięcia. ,,Celestes” szczelnie zaryglowali dostęp do bramki i skutecznie paraliżowali akcje gospodarzy już w środku pola. O wszystkim decydował rewanż w Montevideo. Na ,,Estadio Centenario” przybyło zaledwie 18 tys. widzów. Post factum rzec można iż mieli racje i zarazem jej nie mieli. Wprawdzie ich ukochana drużyna remisując odpadła z turnieju, lecz za to byli świadkami akcji, która daje się porównać z późniejszym rajdem Maradony z 1986 r. Lewoskrzydłowy Eugenio Morel przejął piłke na własnej połowie, rozejrzał się wokół i raptem ruszył przed siebie jak strzała. Mijał kolejnych przeciwników i po kilkudziesięciometrowym samotnym biegu, z ostrego kąta wpakował piłke w górny róg bramki Rodrigueza. Wcześniej tenże Morel strzelił pierwszego gola i tym samym został bohaterem meczu. W rezultacie Paragwaj awansował do półfinałów. Oczy całego świata a zwłaszcza Ameryki skierowane były przede wszystkim na starcie gigantów w grupie drugiej. Wydawało się że bój kolosów Argentyny i Brazylii przyćmi pozostałe wydarzenia. Tymczasem zdarzyła się rzecz, o jakiej nawet filozofom się nie śniło; tak jakby ktoś jednym ruchem obalił obowiązujące prawa fizyki. Niedoceniana, skromna Boliwia przypomniała sobie czasy chwały z 1963 r. i bezwstydnie, za nic mając uświęcone hierarchie i szacunek dla autorytetów. Wygrała zarówno z Albicelestes jak i z Canarinhos! Z pewnością warunki klimatyczne miały w tych zwycięstwach swój udział, jednak te okoliczności nie zmieniają faktu iż boliwijscy górale poczynali sobie naprawdę dzielnie. W ich szeregach wyróżniali się weterani z 1963…. Naturalizowani Argentyńczycy Vargas i Espinoza oraz błyskotliwy rozgrywający Erwin Romero i szybki lewoskrzydłowy Miguel Aguilar.
W tej samej grupie 2 sierpnia 1979 r. Brazylia podejmowała na Maracanie Argentyne. Ówcześni mistrzowie świata potraktowali rozgrywki eksperymentalnie. Trener Menotti postanowił dać szanse zawodnikom drugiego rzutu, ze zwycięskiej drużyny zostawiając tylko charyzmatycznego Daniela Passarelle, który tymczasem wybił się na najlepszego obrońcę pod słońcem. Drugim wybitnym piłkarzem, którego Menotti włączył do składu był sam Diego Maradona, opromieniony świeżo zdobytym tytułem mistrza świata juniorów. To jeszcze nie był perfekcyjnie oszlifowany brylant, czas pełnej dojrzałości miał osiągnąć nieco później. Tym dwóm fenomenalnym piłkarzom asystowali gracze raczej przeciętni. Morze tylko młody Barbas zapowiadał się na piłkarza ponad przeciętnego. Tak czy owak to był ,,drugi garnitur”. Gospodarze rzucili do walki zespół znacznie silniejszy. Golkiper Leão dawał w bramce gwarancje bezpieczeństwa. Para stoperów Edinho-Amaral była dostatecznie solidna. W pomocy uwijał się jak w ukropie młody Zico, któremu już wtedy wróżono karierę na miare Pelego. Potem pojawiły się jeszcze 2 nazwiska, które przeszły do historii futbolu a mianowicie Junior i Socrates. Mecz był niezwykle zacięty choć zaznaczyła się techniczna przewaga Canarinhos. Zico i Tita strzelili po golu i minimalne zwycięstwo 2:1 zostało przy Brazylii. Rewanż na Estadio Monumental zgromadził niespełna 70 tys. widzów. Argentyna po dwóch porażkach walczyła właściwie już tylko o honor. Menotti za późno sięgnął po posiłki. Americo Ruben Gallego, dysponujący nieograniczonym zasobem energii, miał wyeliminować z gry Zico. Uwikłali się w nieustający pojedynek z wymianą słownych i fizycznych uszczypliwości. Ostatecznie urugwajski sędzia usunął obu zakapiorów z boiska. Na pewno wzmocnieniem było wejście kolejnego mistrza świata, Valencii oraz fantastycznego dyrygenta Indepiendiente, filigranowego Ricardo Bochiniego, który wszakże nie miał szczęścia do reprezentacji i do najlepszej ekipy globu w 1986 roku został włączony właściwie za niewątpliwe zasługi. Na dwa gole Socratesa, gospodarze odpowiedzieli golami niezawodnego Passarelli i Roberto Diaza. Wynik 2:2 uratował honor Argentyny, lecz dał awans do półfinału Brazylii. W półfinale na Canarinhos czekał już przysłowiowy Goliat.
Opromieniona tryumfem nad mistrzem świata Brazylia była pewna swego. Wzmocnił ją powrót do składu członka zwycięskiej ekipy z MŚ ’70, Marco Antonio oraz pojawienie się nowych gwiazd: Falcão i Edera. 24 października stadion ,,Defensores del Chaco” w Asuncion szumiał niczym wezbrane morze. W 16 minucie stało się coś, co wprawiło publiczność w ekstazę. Morel stojąc jakieś 20 metrów od brazylijskiej bramki wyskoczył w górę do wysokiego dośrodkowania. W powietrzu przyjął piłke na pierś i odwrócony tyłem do bramki wykonał najbardziej klasyczną ,,chilene” czyli przewrotkę. Potężna bomba ugodziła w wewnętrzną część poprzeczki, piłka odbiła się od murawy, ponownie trafiła w poprzeczkę i dopiero wtedy wpadła do bramki mimo ekwilibrystycznej parady Leão. ,,Golazo! Gol stulecia!”- zachłystywali się do utraty tchu wniebowzięci sprawozdawcy. Widziały to również miliony telewidzów w całej Ameryce, z USA włącznie. Osłupiałych Canarinhos dobił jeszcze Tallavera strzelając na 2:0. Ostatecznie skończyło się na wygranej 2:1, co w obliczu rewanżu na Maracanie dało słynnemu trenerowi Saldahnii asumpt do uwagi: ,,Paragwaj stracił życiową szanse. Mógł odnieść rekordowe zwycięstwo. Teraz jednak straty odrobimy u siebie bez trudu”. Siedem dni później 80 tys. widzów na Maracanie wściekle dopingowało swoich. Doping zamienił się w owacje, kiedy Falcão poraził Fernandeza straszliwym strzałem. Wiwaty raptem ucichły, bowiem tym razem w ślady swego brata Eugenio poszedł Miliciades Morel. Rąbnął z całych sił w poprzeczke i piłka skozłowawszy obok bezradnego Leão wpadła do siatki. Nadzieje Brazylii na krótko podtrzymał Socrates, lecz wtedy do akcji wkroczyło ,,cudowne dziecko” Paragwaju- Julio Cesar Romero zwany Romerito, który owej pamiętnej nocy ostatecznie powalił Brazylijskiego Goliata, ustalając wynik meczu na 2:2, co dało awans ,,Guarani” do finału. W ówczesnej formule finał(jak i cały turniej) rozgrywany(od sierpnia do grudnia) był dwumeczem. W tymże finale Paragwaj walczył z Chile. W pierwszym meczu w Asuncion gospodarze pewnie wygrali 3:0. Natomiast w rewanżu w Santiago Chilijczycy skromnie wygrali 1:0. W tych okolicznościach regulamin przewidywał spotkanie dodatkowe bowiem liczyły się tylko punkty. Odbyło się ono 11 grudnia 1979 r. na neutralnym boisku Velezu Sarsfield w Buenos Aires. Po 90 minutach gry był remis 0:0. Dogrywka również nie przyniosła goli. Jako że Paragwajczycy mieli lepszą różnice goli od Chile, to właśnie oni sięgnęli po raz drugi w historii po puchar Ameryki.
@Adran360
@AxelF
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
1
@misterio Dlaczego nie odpowiadasz na mój komentarz?
0
@Bernard777 No mnie akurat wogóle nie pociąga koszykówka, jako jedyna ze sportów drużynowych. A jeśli chodzi o futbol to np. wiedziałem że Serie A puszczają na stacjach RAI ale że hiszpańską i angielską puszczali swego czasu nie kodowaną to nie wiedziałem wogóle...