FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
11
José María García: „Florentino Pérez jest najgorszym prezesem w historii Realu Madryt”:
José María García to prawdziwa ikona hiszpańskiego dziennikarstwa. Zrewolucjonizował dziennikarstwo sportowe, obejmując wszystkie jego aspekty: prasę (pracował dla gazety „Pueblo”), telewizję i radio. Od lat 70-tych aż do przejścia na emeryturę w 2002 roku był prawdziwą solą w oku kadry kierowniczej i wysokich rangą urzędników. Ukuł słynne wyrażenia, które dziś są częścią naszej kultury popularnej. Kto nie pamięta tego ciągu obelg? „Lampy wiszące”, „lizusy”, „plotkarze”, „pochlebcy”, „dudziarze”, „hipokryci”… Nie wspominając o zwrotach, które stały się legendarne, takich jak: „Zwróć uwagę na fakty”, „Zatrzymaj taśmę”, „Najnowsze wiadomości”. Przez wiele lat był niekwestionowanym królem radia późnym wieczorem; nikt nie chciał przegapić programu „SuperGarcía” żeby zobaczyć, kogo skrytykuje jego prowadzący. Jak sam José María García powiedział w wywiadzie dla Paco Grande w programie Conexión Vintage na kanale TVE: „Zawsze chciałem, żeby opinia publiczna znała prawdę. W hiszpańskim sporcie najlepsi byli sportowcy. Najwyższe stanowiska zajmowała zazwyczaj banda łajdaków z synekurami (tutaj kolejne z jego legendarnych powiedzeń) mistrzów wykwintnej kuchni i znawców wykwintnego picia”. W trakcie swojej kariery miał liczne konflikty z wieloma osobistościami ze świata sportu. Jednym z najgłośniejszych był konflikt z ówczesnym prezesem RFEF ( Królewskiej Hiszpańskiej Federacji Piłkarskiej ), Pablo Portą, którego José María García często nazywał w swoim programie „Pablo, Pablito, Pablete ”. Aby zademonstrować, że najwyższy rangą działacz hiszpańskiej piłki nożnej obciąża federację kosztami osobistymi, opublikował film, na którym kierowca Porty wyprowadza psa i zabiera jego żonę do fryzjera. W wywiadzie dla Paco Grande, García bez wahania i w zgodzie ze swoim stylem wyraził swoją opinię na temat Florentino Péreza, prezesa Realu Madryt : „Obecnie trudniej jest być prezydentem Stanów Zjednoczonych niż Realu Madryt. To prawdziwa dyktatura. Florentino Pérez jest bez wątpienia najgorszym prezydentem w historii klubu”.
Poświęcił też czas na wyjaśnienie pochodzenia swojego przydomku. Według Garcii, to redaktor gazety „Pueblo” czule mu go nadał: „Nazywał mnie „butanito”, bo przecież nie mam 190 cm wzrostu, a poza tym miałem kilka kurtek w kolorze butanu, które musiałem nosić nie raz na stadionach w Rosji czy Belgradzie, gdy temperatura spadała poniżej zera”. Oczywiście wrogowie Garcii używali tego przydomku pejoratywnie, a „ butanito ” ewoluowało w „butano” (butan). To właśnie w Belgradzie rozegrała się jedna z najsłynniejszych anegdot José Maríi Garcíi. Dziennikarz był obecny na decydującym meczu Jugosławii z Hiszpanią, który miał rozstrzygnąć, która z tych dwóch drużyn awansuje na Mistrzostwa Świata w Argentynie w 1978 roku. Hiszpanie wygrywali 1:0 (wynik, który miał okazać się decydujący) a Juanito wchodząc na boisko, gestem wskazał trybuny. Wtedy szklana butelka uderzyła hiszpańskiego napastnika w głowę, powalając go na ziemię. Obok niego, ubrany w ciemną kurtkę, stał dziennikarz. Juanito, który miał dobre stosunki z Garcią, powiedział mu pod koniec gry: „Krótki, dzięki temu, że mam większą głowę od ciebie, uniknąłeś uderzenia butelką”. Na koniec dziennikarz wykorzystał okazję, by omówić obecny stan swojego zawodu: „Nie rozumiem, jak to możliwe, że współcześni dziennikarze, a nawet dyrektorzy dużych mediów, bez wstydu noszą szaliki swoich drużyn. Przez wszystkie lata mojej kariery zawodowej nigdy nie zdradziłem, której drużynie kibicuję. Na „Calderón” musiałem kilka razy wychodzić tylnymi drzwiami a na „Bernabéu”, cóż, możecie sobie wyobrazić. Zapytałem o to a oni powiedzieli mi, że w dzisiejszych czasach liczą się kliknięcia”.
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360
0
@KrychaFCB Z De Jongiem i Araujo to jak najbardziej się zgadzam. Jednak nie zgodze się na odejście Ter Stegena!
10
Jimmy Burns: Kiedy w 1998 roku rozmawiałem z Bobby Robsonem, angielski trener nadal odnosił się entuzjastycznie do Luisa Enrique: "Od razu czułem że był niewiarygodnie dobrym piłkarzem a do tego wyjątkowym człowiekiem, z wielkim charakterem. Mógł spełniać wiele zadań... jeśli miałem jakikolwiek problem wewnątrz drużyny, to on stanowił brakujący element układanki, mogłem go wystawić na każdą pozycje i zawsze pasował do koncepcji. Potrafił wypełniać dziury w drużynie i świetnie grał.....".
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
11
Argentina Campeon!
28 grudnia 1947 r. Argentyna pokonuje Urugwaj 3:1(1-0) na ,,Estadio George Capwell” w Guayaquil w 25-tym meczu, de facto rozstrzygającym o 9-tym triumfie ,,Albicelestes” w dziejach Copa America, wyprzedzając o 2 punkty Paragwaj i o 3 punkty Urugwaj. Gole dla Argentyny zdobyli legendarni: Norberto Mendez(30 i 46 minuta) oraz Felix Loustau(85 minuta). Historyczne składy:
ARGENTYNA: Cozzi – Marante, Sobrero – Yácono, Rossi, Pescia – Boyé, Méndez (86 Fernández), Pontoni (69 Di Stéfano), Moreno, Loustau (86 Sued)
URUGWAJ: Tulic – Terra, Tejera – Gambetta (46 Rodríguez Andrade), Romero, Cajiga – Britos, García, Falero (79 Chelle), Sarro (46 Riephoff), Magliano
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Sysia11
12
Feliz cumpleaños panie Sergi!
28 grudnia 1971 r. urodził się Sergi Barjuan, niedawny trener Barçy B. Ten lewy obrońca był ostatnim członkiem ,,Dream Teamu” Johana Cruijffa, który opuścił klub. Sergi trafił do drużyny w tym samym roku, w którym legendarny Holender objął stanowisko szkoleniowca. Wcześniej dał się poznać jako znakomity strzelec. W ostatnim sezonie w poprzednim klubie(EC Granollers) zdobył aż 40 goli jako boczny pomocnik lub napastnik, lecz w nowym klubie po przejściu drużyn młodzieżowych trafił do FC Barceony C jako lewy obrońca. 24 listopada 1993 r. wobec kontuzji Jona Goikoetxei, Cruyff powołał go z Barçy B na mecz z Galatasaray Stambul, gdzie niespodziewanie zadebiutował w pierwszym składzie. Kilka dni później Cruyff dał mu szanse w meczu ligowym z Rayo Vallecano i wkrótce jego pozycja w drużynie stała się niepodważalna. Podczas pierwszej kadencji Luisa Van Gaala ich wzajemne relacje osłabiły pozycje Hiszpana. W 2002 r. gdy Holender wrócił na stanowisko trenera, stało się jasne iż Sergi będzie musiał odejść. W sumie w koszulce Blaugrany rozegrał 463 mecze, co czyni go najczęściej występującym lewym obrońcą w historii klubu. Po odejściu z Barçy przez 3 lata grał w Atletico Madryt, gdzie zakończył karierę. W 2009 roku został trenerem Juvenilu B, w którym spędził dwa lata. Pierwsze doświadczenia w profesjonalnej piłce zbierał przez dwa sezony w Huelvie. Następnie po krótkiej przerwie przeniósł się do Almeríi w końcówce sezonu 2014/15. Jego zespół spadł z Primera División ale Sergi zachował posadę. Stracił ją dopiero w październiku po nieudanym początku kolejnej kampanii. W dalszych miesiącach trener pracował w katalońskiej telewizji TV3 a potem spróbował uchronić od spadku Mallorcę. Drużyna odnotowała dobre wyniki ale nie udało jej się utrzymać w Primera Division. Kolejną przygodą Barjuana były Chiny, w których spędził niemal dwa lata. Przez dwa lata pozostawał bez klubu a latem 2021 roku przejął Barçę B po zwolnionym Garcíi Pimiencie. Jednak rok później zarząd FC Barcelony postanowił zwolnić Barjuana po zajęciu 9. miejsca w Primera RFEF. Ponadto był też trenerem pierwszego zespołu po zwolnieniu Ronalda Koemana, gdzie w trzech pojedynkach odniósł jedno zwycięstwo i zaliczył dwa remisy.
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
10
Zapomniane El Clasicos:
28 grudnia 1969 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou Real Madryt 1:0 w 16 kolejce Primera Division po golu Gallego w 29 minucie. To zwycięstwo pozwoliło jedynie awansować na 10-te miejsce w tabeli a sezon zakończyć dopiero na siódmym miejscu.
28 grudnia 1975 r. FC Barcelona pokonuje na Camp Nou Real Madryt 2:1 w 15 kolejce Primera Division. Gole dla Barçy strzelali: Johan Neeskens już w 3 minucie oraz(decydującego o zwycięstwie) Carles Rexach w 89 minucie. Te 2 punkty uplasowały Blaugrane na 4 pozycji ze stratą jedynie 3 punktów właśnie do Realu Madryt.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
12
Real Madryt unika spadku do Drugiej Ligi w ostatnim dniu rozgrywek:
Dziś byłoby to nie do pomyślenia. Ale był czas, kiedy Real Madryt flirtował ze spadkiem do Drugiej Ligi. Od czasu utworzenia krajowej ligi w sezonie 1928-1929 we wszystkich edycjach tego turnieju brały udział trzy drużyny: Real Madryt, FC Barcelona i Athletic Club de Bilbao. Jednak wszystkie z nich w pewnym momencie zmagały się z uniknięciem spadku. FC Barcelona spadła w sezonie 1933-1934 ale rozszerzenie ligi pozwoliło im utrzymać się w najwyższej klasie rozgrywkowej. Athletic Bilbao również niejednokrotnie walczył o utrzymanie. Ostatni raz miało to miejsce w sezonie 2006-2007, kiedy to w ostatniej kolejce meczu z Levante o włos uniknął spadku. Dziś wspominamy moment, kiedy Real Madryt był najbliżej spadku. Miało to miejsce w sezonie 1947-1948, kiedy otwarto stadion Chamartín (obecnie Santiago Bernabéu). Santiago Bernabéu był prezesem klubu, który przechodził bardzo trudny okres na boisku. Real Madryt poniósł kilka bardzo bolesnych porażek, które obniżyły jego pozycję w tabeli. Real Oviedo rozgromił go 7:1 a Celta Vigo i Gimnàstic de Tarragona wygrały na Bernabéu odpowiednio 1:4 i 1:3. Santiago Bernabéu dokonał radykalnej zmiany w polityce sportowej i zatrudnił Michaela Alexandra Keepinga, menedżera z doświadczeniem w angielskiej piłce nożnej. Real Madryt zbudował stadion o pojemności 80 000 widzów i miał 40 000 kibiców; jednak klubowi groził poważny spadek do drugiej ligi. W 20. kolejce (wówczas mistrzostwa liczyły łącznie 26 meczów) Real Madryt zajmował przedostatnie miejsce i znajdował się w strefie spadkowej. Wszystkie dzwonki alarmowe biły na alarm, a na każdym stadionie, na którym grała stołeczna drużyna, kibice rywali witali ją okrzykami: „Do drugiej ligi, do drugiej ligi, do drugiej ligi!”.
Zwycięstwo nad Sevillą pozwoliło Realowi Madryt wydostać się ze strefy spadkowej w 21. kolejce, ale drużyna nie wygrała już żadnego meczu w kolejnych czterech rundach, co oznaczało, że w ostatniej kolejce potrzebowała zwycięstwa u siebie z Realem Oviedo. Nie było to łatwe zadanie. Drużyna z Oviedo mogła się wówczas pochwalić imponującym atakiem, znanym jako „Elektryczna Linia Napastnicza”, w której grali tacy zawodnicy jak Emilín, Lángara i Herrerita. Kilka dni wcześniej w gazecie w Barcelonie kibice FC Barcelony opublikowali kpiący nekrolog z hasłem „Spoczywaj w pokoju, Realu Madryt, stadionie pierwszej ligi i drużynie drugiej ligi ”. Legenda głosi, że Santiago Bernabéu zdobył gazetę i pokazał ją swoim zawodnikom i menedżerowi, aby ich zmotywować, i to zadziałało. 11 kwietnia 1948 roku Real Madryt odniósł zwycięstwo 2:0 nad Realem Oviedo na stadionie Santiago Bernabéu, po dwóch golach Prudena, unikając w ten sposób spadku. Stopniowo formowała się legendarna drużyna, która po latach zdominowała Europę. Jednak, jak każda drużyna, przeżywała swoje krytyczne momenty i była bardzo bliska spadku.
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360
0
@Dari0G A nie wiem bo wówczas oglądałem jakiś mecz i nie w głowie mi było ruchanie szympansa!
4
@Safrani No i to jest wiadomość miesiąca(!) jeśli nie roku!?
Jednak to tylko wciąż szansa a jak mawiał już poprzedni sąsiad: tak, jest szansa, wyruchać szympansa...!
9
Argentina Campeon!
27 grudnia 1936 r. Brazylia pokonała Peru 3:2. To był mecz otwierający 14-tą edycje Copa America. Gospodarzem zmagań była Argentyna a głównym obiektem turnieju był stadion klubu CA San Lorenzo de Almagro zwany ,,Nuevo Gasometro”, mieszczący ponad 65 tys. widzów. Po radiowych rewelacjach sprzed 2 lat, Buenos Aires olśniło przybyszów dosłownie i w przenośni. Po raz pierwszy w historii mecze odbywały się późnym wieczorem przy sztucznym świetle. Takie spektakle ze względu na niezwykły klimat i walory estetyczne zyskały wkrótce miano ,,nokturnów”. Regulaminową nowinką była możliwość dokonania nawet dwóch zmian w trakcie spotkania(w tamtych czasach generalnie nie dozwolona była zmiana piłkarzy). Tu wszakże organizatorom nie starczyło wyobraźni i rezerwowi czekali na swoją szanse kucając lub leżąc na trawie w pobliżu linii autowej. Dopiero te doświadczenia sprawiły iż z biegiem czasu zainstalowano ławke. Turniej był niezwykle mocno obsadzony, chociaż miał też swoich wielkich nieobecnych. Na kontynentalną scenę wrócił wprawdzie Paragwaj, lecz paroletnia wyniszczająca wojna z Boliwią złamała kariery bez mała całej, nader zdolnej generacji. Młodzi piłkarze bowiem szli na front. Mimo tego talenty paragwajskie rodziły się na kamieniu. W trakcie wojny o Gran Chaco w Argentynie znaleźli się piłkarze najwyższej światowej klasy. Niestety żaden z nich nie wystąpił w tym turnieju, choć wiele wskazuje na to że ich obecność uczyniła by z teamu ,,Guarani” bodaj głównego faworyta Copa America. Chodzi o Arsenio Erico i Delfina Beniteza Casereca.
Dramat tego pierwszego polegał na tym iż nigdy nie zagrał w reprezentacji, chociaż był najlepszym piłkarzem w historii Paragwaju, zaś zdaniem takiego autorytetu jak ś.p. Di Stefano w ogóle najwybitniejszym środkowym napastnikiem w dziejach światowego futbolu. Tego typu kategoryczne opinie zawsze budzą wątpliwości. Jednak Erico dowiódł swojej wielkości w sposób nader wymierny. W latach 1934-46 w 335 ligowych meczach zdobył dla Independiente 293 gole! Liderując argentyńskiej tabeli wszechczasów! Z całą pewnością był graczem genialnym i nie ma w tym słowa przesady. Główkarz niezrównany, z którym w zawody mogliby najwyżej iść Sandor Kocsis i Daniel Passarella. Przy wzroście 175 cm. Fruwał w powietrze na wysokość poprzeczki. Wielokrotnie głową wytrącał bramkarzom piłke, którą- zdawało się już, już trzymali w wyciągniętych w górę jak struna rękach. Strzelał z równą łatwością nożycami, z woleja, z powietrza, z ziemi. Jego palomity(gołąbki) urzekały brawurą i elegancją. Skończony technik i drybler, zdumiewał bogactwem akrobatycznych sztuczek. Pomyśleć tylko, że taki człowiek nigdy nie przywdział pasiastej koszulki ,,Guarani”! A to był ,,za młody”, a to ,,wynarodowił się” tak długo mieszkając w Argentynie, a to trener powątpiewał w jego ambicje… kompletny absurd! Drugim wielkim nieobecnym był Benitez Caseres, skutecznością niewiele ustępujący samemu Erico. W 1937 był już gwiazdą Boca Juniors, jednak sztab trenerski Paragwaju nie widział go w składzie- cóż za idiotyzm! Mimo tak niedorzecznych absencji Paragwaj pokazał kilku obiecujących zawodników, którzy niebawem zrobili udane kariery w lidze argentyńskiej, jak Esquivel, Marcial Barrios, Ortega, Flor czy też najlepszy z nich znakomity napastnik Aurelio Gonzalez. ,,Guarani’’ grali nierówno. Potrafili pokonać Urugwaj, lecz z Brazylią i Argentyną nie mieli cienia szans. Chile nieoczekiwanie rozgromiło Urugwaj 3:0 i stoczyło heroiczny bój z Brazylią, który był popisem napastników i blamażem obrońców. Wynik 4:6 na korzyść Brazylii dobrze oddawał te proporcje.
Natomiast Urugwajczycy owładnięci byli jedną myślą: po raz kolejny wygrać z Argentyną! Wszystko więc podporządkowali temu celowi, w trakcie innych meczów będąc wręcz nieobecnymi duchem. I dopieli swego. 60.tysięczna publiczność na Estadio San Lorenzo oglądała porywające swą dramaturgią widowisko. Już w 5 minucie Villadoniga strzelił gola, który ,,ustawił” dalszy przebieg meczu. Obrona Celestes skutecznie zamurowała dostęp do bramki. W 51 minucie Juan Emilio Piriz strzelił drugiego gola a ,,urusi” poszli za ciosem i w efekcie Varela podwyższył na 3:0. Dopiero wtedy gospodarze otrząsnęli się z szoku. Pod bramką Besuzzo rozpętał się huragan. Varallo w 63 i Zozaya w 68 minucie zmniejszyli klęskę do rozmiarów porażki. Na więcej nie starczyło czasu. O wszystkim decydował teraz ostatni mecz turnieju Argentyna-Brazylia. Canarinhos mieli 8 punktów, zaś Albicelestes 6 punktów. Po wyrównanym ciężkim meczu kapitalny rajd lewoskrzydłowego Enrique Garcii w 48 minucie przesądził sprawę. Wielcy rywale zrównali się punktami. Nie po raz pierwszy w dziejach Copa America doszło więc do dodatkowego meczu. W normalnym czasie przeciwnicy nie ustępowali sobie ani na jotę. Atak za atak, oko za oko. Urugwajski sędzia Mirabal zarządził dogrywke. Za doświadczonego Varallo wszedł nieopierzony młodzian, Vicente de la Mata. Nagle stało się coś takiego, jakby młody żarłoczny jastrząb spadł na spłoszone stadko kuropatw. De la Mata w przeciągu niespełna 4 minut(109 i 112) dwukrotnie odtańczył z piłką nieprawdopodobny taniec „Świętego Wita” i kompletnie osłupiali obrońcy tylko spoglądali bezradnie jak baletmistrz wjeżdża do pustej bramki. Dzięki tym dwóm fantastycznym zagraniom Argentyna po 8 latach odzyskała Puchar Ameryki. Choć trzeba przyznać iż natknęła się na godnego siebie rywala. W turnieju po raz pierwszy zagrał Ekwador. Po raz czwarty z rzędu zwyciężyli gospodarze, za to pierwszy raz uczestniczyło w rywalizacji więcej niż połowa członków „Conmebol”. Po raz pierwszy też lider klasyfikacji o miano najlepszego snajpera, Chilijczyk Toro, zdołał strzelić aż 7 goli.
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
13
@FCBparasiempre
Chociaż grał z Polakami, podczas wojny polsko-bolszewickiej walczył po stronie tych drugich. Później już podczas II wojny światowej objął polską stronę. Historia pierwszego obcokrajowca w naszej lidze pełna jest niespodziewanych zwrotów akcji. Przed Wami Paweł Akimow, czyli pierwszy obcokrajowiec naszej ligi. Pierwsze kluby piłkarskie pojawiły się na obecnym terytorium naszego kraju w momencie, kiedy Polska nie widniała na żadnych mapach świata, a więc do roku 1918. W owym czasie obcokrajowcem formalnie był także Polak, lecz musiał on pochodzić z terenu będącego pod innym zaborem. Dlatego też biorąc pod uwagę definicyjne ujęcie innej narodowości, pierwszych wzmianek musimy szukać po roku 1914. Jeśli istnieje miejsce, w którym na kartach historii znajdziemy piłkarza innej narodowości, to z całą pewnością jest to Lwów, a dokładniej mówiąc, należy się przyjrzeć dwóm zespołom: Pogoni oraz Czarnym Lwów. Pierwsze oficjalne spotkanie obu zespołów miało miejsce podczas rozgrywania Mistrzostw Galicji w 1914 roku. Ich pojedynek był jednocześnie meczem derbowym o prym w mieście. Wobec tego w sposób nie do końca formalny zaciągały one do swoich szeregów Czechów, Węgrów oraz Austriaków, którzy licznie przebywali na tamtych terenach. Pierwszych wzmianek o takich zabiegach można odszukać w „Księdze Pogoni”. Dokładniej mowa o uczniu pochodzącym z niemieckiego gimnazjum, którego ściągnięto na skutek braków kadrowych. W jego przypadku głównym problemem była bariera językowa oraz to, że cechował się nadmierną ostrością w grze. Niestety nie znane nam jest nazwisko tego chłopaka, ponieważ „Księga Pogoni” spisywana była z ustnych przekazów i niestety nikt nie pomyślał, aby zapamiętać jego dane. Kolejne informacje przedstawiają węgierskiego zawodnika, który na co dzień reprezentował PCT Bela Deutsch a do Pogoni Lwów trafił przypadkiem. Należał on do szeregów pułku huzarów, który mniej więcej w 1907 roku stacjonował koło Lwowa. Dodatkowo w „Księdze” możemy odszukać wzmianki o niejakim Löblu, lewoskrzydłowym Victorii Wiedeń, a także o Johannie Kammererze z Florsidorfer AC. W obecnej stolicy Małopolski w 1909 roku pojawił się węgierski piłkarz Ludwik Dominiak, który reprezentował barwy Wisły Kraków do 1911 roku. Co ciekawe nie odniósł on wielkich sukcesów z zespołem ani nie był nawet wiodącym piłkarzem, to wedle podań miał on nauczyć kolegów z zespołu podań wykonywanych wewnętrzną częścią stopy, o czym niejednokrotnie wspominał Stanisław Mielech. „Dominus” trafił do Wisły z szeregów armii austriackiej. Mówiono o nim, że nie tylko był piłkarzem, ale także w pewnym momencie był także trenerem oraz swego rodzaju prezesem. Co ciekawe tym samym okresie rozegrał kilka spotkań dla Krakusa Podgórze. Poszukując pierwszego zagranicznego piłkarza w historii polskiej piłki, należy najpierw nakreślić, w jakim aspekcie będziemy przeprowadzać poszukiwania. Jeśli mamy na myśli formalne rozgrywki piłkarskie, to musimy się przenieść do 1927 roku, kiedy to rozegrano pierwsze krajowe mistrzostwa w systemie ligowym. W tym ujęciu pierwszym obcokrajowcem w sformalizowanym polskim futbolu był zawodnik Legii Warszawa Paweł Mironowicz Akimow grający na pozycji bramkarza, urodzony 27 grudnia 1897 roku w Moskwie. Profesjonalną przygodę z futbolem rozpoczął w 1923 roku jako zawodnik warszawskiej Legii. Występował głównie w spotkaniach towarzyskich oraz nieformalnych lokalnych turniejach. Dwa lata później na skutek problemów finansowych Legii przeniósł się do WTC Warszawa. Niestety trafił z deszczu pod rynnę, ponieważ przez ówczesnych włodarzy klubu został zaszantażowany nieprzedłużeniem wizy zezwalającej na pobyt w kraju, jeśli ten nie podpisze nowej umowy w klubie. W świetle tych wydarzeń postanowił wrócić do Legii. W innym przypadku zostałby deportowany do ZSRR, gdzie wisiało nad nim widmo represji politycznych dla zdrajców. Decyzja o powrocie do Legii okazała się strzałem w dziesiątkę pod względem sportowym. Niespełna rok później sięgnął z klubem po Puchar Polskiego Towarzystwa Eugenicznego, które jest uznawane za pierwsze trofeum w bardzo bogatej historii klubu. Choć trzeba zaznaczyć, że forma 15-minutowych spotkań rozgrywanych w systemie sześciu na sześciu ma niewiele wspólnego z obecną formułą.
W 1927 roku utworzono pierwsze mistrzostwa kraju rozgrywane w systemie ligowym a Akimow zadebiutował w rozgrywkach 15 maja 1927 roku w meczu przeciwko Warcie Poznań. W wygranym 3:1 spotkaniu stał się dodatkowo pierwszym obcokrajowcem, który oficjalnie zagrał w polskiej lidze. Dla Legii zagrał łącznie w 24* oficjalnych spotkaniach w latach 1925-1936. Co ciekawe na dwa lata przed końcem swojej piłkarskiej podróży w pojedynku z Garbarnią Kraków na skutek decyzji szkoleniowca Gustava Wiesera wystąpił jako napastnik. Zanim Akimow trafił do stołecznego klubu, po raz pierwszy w piłkę zagrał, reprezentując drużynę Internowanych Toruń, gdzie występował w 1921 roku. Dwanaście miesięcy później bronił barw Czarnych Toruń. Akimow wobec obecnych standardów swoim wyglądem nie przypominał bramkarza. Mierzył zaledwie 172 cm wzrostu. Co ciekawe swój debiut oraz ostatni mecz w barwach Legii Warszawa zaliczył w spotkaniach z Wartą Poznań, odpowiednio 15 maja 1927 roku i 23 sierpnia 1936. Losy Akimowa nie były łatwe. W 1920 roku otrzymał powołanie do Armii Czerwonej w randze szeregowca, a następnie trafił na front wojny polsko-bolszewickiej. Podczas starć pod Radzyminem został pojmany do niewoli przez polski oddział, po czym zamknięto go w obozie dla jeńców wojennych w okolicach Torunia. Po zakończeniu wojny nie zdecydował się na powrót na ziemie rosyjskie. W okresie międzywojennym zamieszkał w Warszawie i w 1921 roku złożył wniosek o przyznanie polskiego obywatelstwa. Uzyskał je dopiero w 1937 roku po ślubie z Polką. Po raz kolejny na front trafił po wybuchu II Wojny Światowej, a dokładniej mówiąc w trakcie kampanii wrześniowej. Po przedostaniu się na teren Francji wstąpił do 10 Brygady Kawalerii płk. Stanisława Maczka. Po krótkim czasie wysłano go do Wielkiej Brytanii, gdzie awansował na stopień kaprala 1. Dywizji Pancernej. Po roku 1944 brał udział w starciach na terytorium Francji, Holandii oraz Belgii. „Paszka” jak go nazywano, na froncie odznaczył się wielkim bohaterstwem, za co otrzymał Order Virtuti Militari. Podczas bitwy został poważnie raniony odłamkiem pocisku, na skutek czego doznał poważnych ran szarpanych brzucha, lecz pomimo tego postanowił on uratować kompana spod linii silnego ostrzału oddziału niemieckiego.
*W zależności od źródeł liczba jego występów dla Legii Warszawa wynosi 23 bądź 24 mecze.
10
Pierwszy obcokrajowiec w polskiej lidze:
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@Arkon
@Adran360
10
Zapomniane legendy rodzimego futbolu:
27 grudnia 1932 r. w Rembertowie urodził się Jerzy Woźniak, strzelec pierwszego gola na Stadionie Śląskim. Szkoda tylko, że był to gol samobójczy. Ta jedna wpadka nie może jednak przekreślić jego wspaniałych dokonań. Przez lata był podporą defensywy warszawskiej Legii i reprezentacji Polski. Budził podziw wszechstronnym wyszkoleniem i szybkością. Pewny siebie, solidny i grający ofensywnie lewy obrońca, czasami lewoskrzydłowy. Przygodę z piłką zaczynał w klubie Kadra Rembertów, do którego dołączył w wieku 15 lat. Dwa lata później przeniósł się do Marymontu Warszawa, a kiedy przyszedł czas na służbę wojskową, to w 1953 r. trafił do stołecznego Lotnika. Klub ten występował wówczas w II lidze i z Woźniakiem w składzie zajął solidne piąte miejsce w tabeli. Po sezonie został jednak rozwiązany decyzją MON-u. Dobre występy Woźniaka na boiskach drugoligowych boiskach zaowocowały jednak przenosinami do Legii. W nowym zespole zadebiutował 28 marca 1954 r. w bezbramkowo zremisowanym meczu z Lechem. W swoim premierowym sezonie zaliczył tylko 12 występów. Steiner mocno rotował wówczas składem, szukając optymalnego ustawienia, a na pozycji Woźniaka próbował też Edwarda Zielińskiego. Kiedy jednak rok później Legia zdobywała dublet, to Woźniak był już jego pierwszym wyborem. Ciekawostką jest fakt, że razem z Henrykiem Grzybowskim byli wówczas jedynymi warszawiakami w 17-osobowej kadrze zespołu. Woźniak zawsze imponował doskonałym przygotowaniem fizycznym i to w dużej mierze dzięki szybkości wygrywał większość pojedynków. Potrafił też jednak zatrzymać rywala umiejętnościami czysto piłkarskimi, bez uciekania się do nadmiernie ostrej gry. Od czasu do czasu zapuszczał się z piłką do przodu i stwarzał zamieszanie w szeregach rywala. W Legii spędził 14 sezonów. W tym czasie dwukrotnie zdobywał mistrzostwo Polski (1955 i 1956) oraz trzykrotnie Puchar Polski (1955, 1956 i 1966). Zagrał w 217 meczach i trzy razy zdołał wpisać się na listę strzelców. O tym, jak ważną rolę odgrywał w zespole, przekonywano się, kiedy nie było go w składzie. Rzadko pojawiał się na pierwszym planie, nie popisywał się spektakularnymi zagraniami, ale jego obecność w drużynie była bezcenna. Szansę debiutu w kadrze dostał od Ryszarda Koncewicza. Pierwszy raz wystąpił 29 maja 1955 r. w zremisowanym 2:2 meczu z Rumunią w Bukareszcie. Przez kolejne siedem lat był jednym z podstawowych zawodników w kadrze. Grał w starciach z ZSRR, RFN czy Hiszpanią. Na igrzyskach w Rzymie wystąpił we wszystkich trzech spotkaniach. Ostatni raz biało-czerwone barwy reprezentował 23 maja 1962 r. w wygranym 2:0 meczu z Belgią w Warszawie. W Reprezentacji rozegrał 35 meczów. Zmarł 9 stycznia 2011 r. w Warszawie.
@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
10
Zapomniane legendy polskiego sportu:
27 grudnia 1889 w Żywcu urodził się Włodzimierz Polaczek(w niektórych materiałach wymieniany jak Władysław), lewy pomocnik. Do szkoły uczęszczał w Krakowie, uczył się w "mateczniku" Wisły - II Szkole Realnej. W 1911 roku ukończył seminarium nauczycielskie, po czym rozpoczął pracę w szkole w Dąbiu pod Krakowem (dzisiaj jedno z osiedli w dzielnicy Grzegórzki). Nie jest pewne, kiedy Włodzimierz Polaczek dołączył do drużyny Wisły. Możliwe, że miało to miejsce już w 1907 roku, pierwszy potwierdzony w źródłach występ przypadał jednak dopiero na 14 czerwca 1908 roku. Tego dnia Wisła Kraków stoczyła piłkarsko-lekkoatletyczne zawody z rezerwą Pogoni Lwów. Polaczek wystąpił tylko w meczu futbolowym - wymieniony jest w programie zawodów jako center napadu, pojawia się też na wykonanej tego dnia fotografii. Od tego okresu aż do roku 1913 Polaczek może być uważany za podstawowego zawodnika Wisły. Według własnych wspomnień pełnił nawet funkcję kapitana pierwszej drużyny. Niewątpliwie był bardzo zaangażowany w życie klubu i w grę dla Wisły - mieszkając z dala od boiska (w 1912 roku został służbowo przeniesiony z Dąbia do Skawiny) na treningi i mecze dojeżdżał rowerem. "Prawie każde wolne popołudnie, niedzielę i święta spędzałem w Krakowie, trenując i rozgrywając zawody w piłkę nożną" - wspominał. Był na tyle wyróżniającym się zawodnikiem, że zapracował na powołania do reprezentacji Krakowa w 1912 roku. To najprawdopodobniej Włodzimierz Polaczek w kwietniu 1911 roku ułożył słowa wiślackiej pieśni do melodii "Marsz Strzelców". Autor zachwalał w tym utworze swój klub: "Wisła w Galicji najlepsza drużyna / Wszak o tem dzisiaj nawet dziecko wie / U członków Wisły zawsze pewna mina / Chociaż silniejszy klub z nimi grać chce". Pieśń pełna jest nawiązań do aktualnych spraw z życia Wisły: kontaktów z klubami czeskimi, nieobiektywnych recenzji prasowych, unikania przez Cracovię derbów ze względu na zakaz nałożony przez Austriacki Związek Piłkarski...
Jednocześnie z grą w Wiśle Włodzimierz Polaczek zaangażował się w działalność Związku Strzeleckiego. Inspiracją do tego była osoba Andrzeja Galicy - późniejszego generała Wojska Polskiego, a wówczas ojca jednego z uczniów Polaczka. Galica był przewodniczącym skawińskiego obwodu Strzelca, a Polaczek aktywnie pomagał mu w organizowaniu nowych oddziałów i w przeprowadzaniu ćwiczeń. "Przechodziłem stopnie sekcyjnego, plutonowego i kompanijnego, przy czym prowadziłem również kancelarię komendy obwodowej" - wspominał Polaczek, nadmieniając także, że działalność w Strzelcu nie zawsze spotykała się z aprobatą szerszych kręgów społecznych. Samego Polaczka miały zaś spotykać nieprzyjemności ze strony przełożonych w szkole. Związek Strzelecki był paramilitarną organizacją niepodległościową, której celem było przygotowanie polskich kadr wojskowych. Oddziały Związku w 1914 roku stały się zalążkiem polskich sił zbrojnych - Pierwsza Kompania Kadrowa została sformowana na stadionie Wisły w Parku Sportowym w Oleandrach, z niej później narodziły się Legiony Polskie. Polaczek, podobnie jak i Galica, nie uczestniczył w wydarzeniach rozgrywających się na Oleandrach na przełomie lipca i sierpnia 1914 roku. Został wcześniej powołany do wojska austriackiego i trafił na front. Jego podopieczni ze Skawiny stawili się jednak w Oleandrach - zgodnie z celem, do którego przygotowywali się przez poprzednie lata. Dokładne losy Włodzimierza Polaczka w czasie I Wojny Światowej nie są znane. Zgodnie z własnoręcznie spisaną biografią, do Krakowa powrócił "z niewoli w czerwcu 1920 r.". Pracował jako dyrektor szkoły pod Krakowem, w tym czasie zasiadał też w Zarządzie Towarzystwa Sportowego. Następnie przeprowadził się do Poznania, a potem do Katowic, gdzie pracował między innymi w Funduszu Pracy. W czasie II Wojny Światowej został aresztowany przez Niemców, trafił do obozu Neuengamme, gdzie zmarł pod koniec 1944 roku z wycieńczenia.
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360
1
@Sysia11 Ależ wy piszecie te nazwy! Gdybym nie oglądał wczorajszego meczu Czerwonych Diabłów to nie wiedziałbym o kogo chodzi?
No ale zgadza się, Lisandro jest potrzebny zdrowy i w formie na mundial...
11
To wcale nie był prima-aprilis:
Choć dzisiaj wydaje się to nie do pomyślenia, to właśnie 27 grudnia 2007 r. socios Blaugrany w ankiecie bożonarodzeniowej chcieli wyboru Jose Mourinho na przyszłego trenera FC Barcelony. Ponad połowa ankietowanych była za dymisją Franka Rijkaarda po zakończeniu sezonu, choć jeszcze rok wcześniej w identycznej sondzie otrzymał on większy kredyt zaufania niż piłkarze i to pomimo przegranych niewiele wcześniej Klubowych Mistrzostw Świata. Ronaldinho, który niemal w niczym nie przypominał piłkarza sprzed 2 lat, również był negatywnie oceniany i prawie 45% ankietowanych domagała się jego sprzedaży jeszcze w zimowym okienku transferowym. Niecałe 2/3 kibiców nie wierzyło w zdobycie mistrzostwa. Co prawda ankieta była przeprowadzona jedynie wśród 300 socios i tuż po przegranym meczu z Realem, lecz oddawała stopień niezadowolenia kibiców osiąganymi wynikami. Tak jak domagali się tego fani, Rijkaard i Ronaldinho odeszli po zakończeniu sezonu, w którym piłkarze zajeli w La Liga dopiero trzecie miejsce i skończyli rozgrywki bez żadnego trofeum. Swoją drogą to bardzo ciekawe co by się działo z ,,naszą” Barça gdyby doszło do zatrudnienia pana Mourinho? Tego jednak już się raczej nigdy nie dowiemy.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
10
Ameryka odkryta na nowo:
Dla Pedra Arispe słowo ojczyzna znaczyło tyle co nic. Ojczyzna była miejscem, w którym się urodził(co nie miało znaczenie, gdyż przecież nikt z nim tego nie konsultował) i gdzie wypruwał sobie żyły w przetwórni mięsa. Było mu wszystko jedno u kogo pracował ale kiedy reprezentacja Urugwaju wygrała Igrzyska Olimpijskie we Francji w 1924 roku, Arispe był jednym ze zwycięskich piłkarzy. Kiedy tak patrzył jak urugwajska flaga ze słońcem i czterema błękitnymi pasami sunęła w górę pośrodku innych flag Arispe czuł że miękną mu nogi. Cztery lata później Urugwaj zwyciężył na olimpiadzie w Holandii. „Nie jesteśmy już tylko małym punkcikiem na mapie"- skomentował tę wygraną prezes urugwajskiego związku piłkarskiego Atilio Narancio, który w 1924 roku zastawił swój dom aby opłacić reprezentantom podróż. Błękitna koszulka była niepodważalnym dowodem na istnienie Urugwaju wydobytego z cienia powszechnej anonimowości. Autorami sukcesu z 1924 i 1928 roku byli robotnicy i lekkoduchy, dla których kopanie piłki było czystą przyjemnością. Pedro Arispe był robotnikiem w przetwórni mięsa. Jose Nassazi ciął marmurowe bloki. Perucho Petrone prowadził warzywniak, Pedro Cea roznosił lód, Jose Leandro Andrade był grywającym w karnawale muzykiem i pucybutem. Wszyscy mieli po 20 albo trochę więcej lat ale na zdjęciach wyglądają dużo starzej. Siniaki po kopnięciach rywali leczyli wodą i solą, okładami z octu i kilkoma kieliszkami wina. W 1924 roku przypłynęli do Hiszpanii trzecią klasą a na miejscu podróżowali za pożyczone pieniądze wagonami klasy drugiej, śpiąc na drewnianych ławkach i rozgrywając kolejne mecze w zamian za dach nad głową i jedzenie. W drodze na olimpiadę w Paryżu rozegrali w Hiszpanii 9 meczów i ze wszystkich potyczek wyszli zwycięsko. Wtedy po raz pierwszy drużyna z Ameryki Południowej grała w Europie w Paryżu. Urugwaj zmierzył się najpierw z Jugosławią. Ta wysłała swoich szpiegów na treningu Urugwajczyków. Zawodnicy jednak szybko przejrzeli podstęp i z radością kopali w boisko zamiast w piłkę, wystrzeliwali ją w słońce i zderzali się jeden z drugim. Szpiedzy donosili: „Ci biedni chłopcy, którzy przyjechali z tak daleka budzą litość..." Na pierwszy mecz przyszło niespełna 2000 widzów. Flagę Urugwaju zawieszono do góry nogami i tak wciągnięto na maszt, zamiast hymnu puszczano jakiś brazylijski marsz ale tamtego popołudnia Urugwaj pokonał Jugosławię 7:0 i wtedy stało się coś co można by nazwać ponownym odkryciem Ameryki. Przed każdym następnym meczem kibice dopuszczali się rękoczynów, byle tylko móc zobaczyć w akcji nieuchwytnych jak wiewiórki futbolistów, grających w piłkarskie szachy. Angielska szkoła preferowała długie, górne podanie ale ci nie znani synowie poczęci w dalekiej Ameryce nie zamierzali słuchać się ojca.
Woleli futbolu oparty na krótkich podaniach, częstym kontakcie z piłką, z piorunującymi zmianami rytmu i z wodami wykonanymi w pełnym biegu. „Cóż za rewelacja, to jest prawdziwa piłka nożna. To co znaliśmy i uprawialiśmy do tej pory było tylko zwykłą szkolną rozrywką"- zachwycał się arystokrata i pisarz Henri de Montherlant. Sukcesy urugwajskich jedenastek najpierw na olimpiadach w 1924 i 1928 roku a później w Mistrzostwach Świata w 1930 i 1950 r. nie byłyby możliwe bez oficjalnej polityki ówczesnych władz, które krzewiły kulturę fizyczną i budowały w całym kraju stadiony sportowe. Mijały lata i po tamtym państwie, który miał misję społeczną pozostały tylko wspomnienia. Podobnie jak po tamtych drużynach. Niektórzy zawodnicy jak Enzo Francescoli odziedziczyli i potrafili udoskonalić starą szkołę ale ogólnie rzecz biorąc urugwajska piłka nie jest już tym, czym była kiedyś. Coraz mniej dzieci gra w piłkę, coraz mniej dorosłych potrafi kopać się z wdziękiem. Mimo to nie ma Urugwajczyka, który nie uważałby się za profesora futbolowej taktyki i strategii oraz erudytę, jeśli chodzi o historię piłki nożnej. Piłkarska pasja Urugwajczyków pochodzi właśnie z tamtych czasów a jej korzenie widoczne są nawet dziś: gdy gra reprezentacja, nie ważne z kim, kraj wstrzymuje oddech. Politycy, śpiewacy i szarlatani z wesołych miasteczek nabierają wody w usta, kochankowie przestają się kochać a muchy latać...
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Safrani
10
Barceloński zakład przy ulicy Vidre:
Na początku XX wieku futbol był jeszcze w mieście sportem mniejszościowym. To pasja owych Pionierów umożliwiła rozgrywanie pierwszych meczów ponieważ niemal jakiekolwiek miejsce uważali za wystarczająco dobre żeby biegać za piłką w krótkich spodenkach. Boiska do gry w złym stanie i byle jakie stroje były na porządku dziennym. Za sprzęt płacili sami piłkarze, którzy korzystali z ręcznie szytych piłek, przynajmniej do czasu, gdy Gamper dostał futbolówkę od krewnych ze Szwajcarii. Często zdarzało się tak że piłkarze wychodzili z domu w bawełnianych koszulkach brał grana, które zakrywali płaszczem, wypełnianych spodenkach sięgających za kolana, podtrzymywanych paskiem z materiału a także w wełnianych getrach. Uniform uzupełniały buty ze skóry, często białej albo chromowanej w kolorze jasnoszarym, które kupowali za granicą. Do tego wszystkiego cierpieli na niedostatek piłek. Dlatego też klub zlecił wyprodukowanie kilku rymarzowi z zakładu przy ulicy Vidre. Jej nazwa pochodziła od dawnego pieca szklanego, który znajdował się przy niej łącząc plac ,,Reial” z ulicą Eskudellers w środku dzielnicy ,,El Raval”. Piłki wykonane były ze skórzanych kawałków w ciemnych kolorach, zszytych ze sobą nitką. Rymarz, nie mający pojęcia o futbolu, wytworzył je ręcznie, korzystając z fotografii zamieszczonych w zagranicznej prasie, dostarczonych mu przez kibiców i szefów klubu. Rezultatem była mało konwencjonalna piłka o nieregularnym kształcie, która szybko przestawała nadawać się do gry i którą trzeba było stale zszywać. Jednak najważniejsze że klub miał własną piłkę bardzo cenione i rzadkie dobro będące w tamtym czasie synonimem poważnej drużyny. Pierwsze mecze Barça rozgrywała właśnie tymi ręcznie szytymi piłkami, do czasu aż Ernest Whitney Cotton, założyciel ,,Reial Club de Tenis Barcelona” i wtedy także piłkarz Barçy, ofiarował dwie piłki marki ,,Greenville-Birmingham”, który kupił podczas pobytu w Wielkiej Brytanii. Przywiózł również jeden z pierwszych gwizdków dopuszczonych regulaminem do wykorzystywania przy sędziowaniu meczów oraz pierwszą parę butów piłkarskich, które wywołały podziw wśród jego kolegów z drużyny z uwagi na ich wysoką jakość.
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360
14
Rozejm Bożonarodzeniowy:
I wojna światowa. Oddziały alianckie i niemieckie toczyły walkę pozycyjną. Zajmowały umocnione pozycje w okopach i zasiekach. Pomiędzy nimi znajdowała się tzw. ziemia niczyja, nad którą, jak wskazuje nazwa, nikt nie miał kontroli. Przesunięcie frontu było trudne. Całość działań przebiegała bardzo powoli. Cały świat naiwnie wierzył, że wojna zakończy się wraz z nastaniem świąt. Bez przerwy ginęły tysiące ludzi. W dzień Bożego Narodzenia 1914 roku doszło jednak do niesamowitego wydarzenia. Zawiązano krótki rozejm i rozegrano mecz. Wszystko zaczęło się na froncie zachodnim w okolicach belgijskiego miasta Ypres. Przestano strzelać i zapadła niespodziewana cisza. W noc wigilijną zaczęły bratać się pierwsze oddziały obu stron konfliktu. Słychać było śmiechy i muzykę. Nie nastąpił upragniony koniec wojny, ale doszło przynajmniej do tymczasowego rozejmu. Na chwilę walczący żołnierze przestali być maszynami do zabijania. Stali się znów ludźmi. Zaczęli wychodzić z okopów i szczerze witać się ze swoimi wrogami. Wymieniali się podarkami, składali sobie świąteczne życzenia. Niemieccy żołnierze zaczęli również przyozdabiać swoje okopy w świątecznym stylu. Nie wszyscy do końca rozumieli, co się tam wyprawia. W niektórych miejscach frontu rozejm nie został uznany i prowadzono dalej walki. Brytyjski kapitan CI Stockwell, chcąc zignorować dobry nastrój Niemców, próbował desperacko wykonywać wydane rozkazy. Zmienił jednak zdanie, kiedy jego sierżant poinformował go, że wrogowie wyszli z okopów, są nieuzbrojeni i znajdują się idealnie na celowniku. Nie strzelajcie, nie chcemy już dzisiaj walczyć. Przyślemy wam trochę piwa – krzyczeli żołnierze jednego z saksońskich pułków. Obie strony ustaliły także, iż pochowane zostaną ciała żołnierzy, które znajdowały się na ziemi niczyjej. ,,W dzień Bożego Narodzenia Niemcy postanowili że nie zostanie oddany już żaden strzał. Byli już zmęczeni wojną. Przysłali mi paczke cygar i pudełko papierosów. W zamian za niemiecką gazete dałem im kopie naszego ,,Le Petit Parisien”- głosi fragment listu jednego z francuskich żołnierzy. Do tego typu wymian doszło jeszcze wielokrotnie. Na ziemi niczyjej zdecydowano się do tego rozegrać mecz piłki nożnej!
,,Futbol! Futbol na ziemi niczyjej na litość boską! Uwierzylibyście? Nie mieliśmy najlepszego boiska ale to musiało się wydarzyć. Mieliśmy dwie bramki, piłke i dwa zespoły. Czy potrzeba było czegoś jeszcze?”- pytał w swoich wspomnieniach żołnierz walczący po stronie niemieckiej. Rozpoczął się mecz. Jak podkreślali żołnierze, był to dziwny jak i piękny widok. Śmiertelni wrogowie stali się na jakiś czas przyjaciółmi. Rozegrali bardziej mecz towarzyski niż baraż o awans na mistrzostwa świata. Uczestnicy się uśmiechali. Zapomnieli o wojnie i o tym, jaki jest ich cel. Liczyły się święta i okrągły przedmiot. ,,Nie było łatwo grać na zamarzniętym błocie ale kontynuowaliśmy grę. Nie mieliśmy sędziego”- opisywał mecz kolejny z niemieckich żołnierzy. Chociaż większość graczy nie była w stanie się komunikować, bo mówili w różnych językach, to udało im się znaleźć ten wspólny dzięki futbolowi. Nie zagrały ze sobą dwie jedenastki. W spotkaniu wzięło udział 70 Niemców i 50 Anglików, a zmagania odbywały się wzdłuż całej linii frontu. Mecz dobiegł końca, kiedy piłka przebiła się na wystającym drucie kolczastym. 1 stycznia 1915 roku anonimowy major poinformował brytyjskie „The Times”, że Niemcy zwyciężyli 3:2. Rezultat potwierdzono jeszcze w relacjach wielu żołnierzy. Wobec bardzo rozległego placu gry, taka zgodność może trochę dziwić. Sugeruje się, że wszystkie wspomnienia uczestników mogą odnosić się jednak do mitycznego meczu, który nigdy nie miał miejsca. Mity są jednak dużo silniejsze niż fakty. Po latach sami Anglicy bardzo chętnie wracają wspomnieniami do tamtych dni i świętują to wydarzenie. Robią to pomimo tego, że bardzo nie lubią wracać do jakichkolwiek porażek z Niemcami. Tu liczy się jednak zupełnie co innego, bo jest to wyjątkowa to historia. W niektórych miejscach frontu rozejm trwał aż do 3 stycznia. Do końca I wojny światowej nie doszło już niestety do tego typu wydarzeń. W setną rocznicę rozejmu bożonarodzeniowego UEFA postanowiła upamiętnić tę historię specjalnym filmem. Wzięły w nim udział takie postacie jak: Michel Platini, Sir Bobby Charlton, Didier Deshamps, Gareth Bale, Philip Lahm czy też Wayne Rooney. Starsi piłkarze wcielili się w rolę narratorów a młodsi przeczytali listy żołnierzy, które cytowane są w tym tekście.
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
11
Zapomniane legendy futbolu:
26 grudnia 1909 r. urodził się Oldřich Nejedlý, czeskim piłkarz, który grał jako napastnik i jest uważany za jednego z najwybitniejszych graczy Czechosłowacji. Był królem strzelców mistrzostw świata w 1934 roku. Nejedlý przez całą swoją karierę grał w Sparcie Praga. Strzelił 162 ligowe gole w 187 meczach, zdobywając cztery mistrzostwa czechosłowackiej pierwszej ligi w 1932, 1936, 1938 i 1939 roku, dodając Puchar Mitropa w 1935 roku. Strzelił także 18 goli w 38 meczach dla SK Rakovník (1943, 1944 i 1946), co daje mu łącznie 180 goli w lidze w 225 meczach. Dla Czechosłowacji Nejedlý strzelił 29 goli w 44 meczach. Został odznaczony Brązową Piłką na Mistrzostwach Świata 1934 roku jako trzeci najwybitniejszy zawodnik turnieju i został wybrany do Drużyny Gwiazd turnieju. Rozegrałby więcej meczów i strzeliłby znacznie więcej goli dla Czechosłowacji, gdyby nie złamał nogi na mundialu w 1938 roku, co skutecznie zakończyło jego międzynarodową karierę. Był uczestnikiem dwóch mistrzostw świata, w 1934 we Włoszech i 1938 we Francji. Nejedlý był najlepszym strzelcem mistrzostw świata w 1934 roku z pięcioma golami. Zostało to oficjalnie uznane przez FIFA od listopada 2006 roku, ponieważ początkowo przyznano mu tylko cztery, co czyni go wspólnym najlepszym strzelcem z Angelo Schiavio i Edmundem Conenem. Na mundialu w 1938 strzelił z kolei 2 gole. Nejedlý zmarł w 1990 roku, w wieku 80 lat, podczas rozgrywania Mistrzostw Świata FIFA 1990, turnieju, który jako edycja z 1934 roku również odbywał się we Włoszech.
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360
10
Ku pamięci Katalońskich legend:
26 grudnia 1943 r. odbył się mecz w hołdzie Antonio Franco. FC Barcelona zagrała wówczas na ,,Camp de Les Corts” z Realem Madryt. Do zakończenia II wojny światowej obie drużyny aż 26 razy spotykały się w meczach towarzyskich. Tamten ,,Klasyk” toczył się w atmosferze, o którą trudno w dzisiejszych czasach. Mimo zwycięstwa Katalończyków 4:0 obie drużyny były zadowolone ze spotkania. ,,Widziałeś to! Futbol to ma. Pasjonuje tłumy i ekscytuje kibiców, którzy żyją w wielkim napięciu, oczekując na końcowy rezultat. Jesteśmy żywiołowymi Latynosami ale jeżeli szlachetność napotyka szlachetność, umiemy się przyjąć z otwartymi ramionami”- zachwycał się atmosferą Santiago Bernabeu, prezydent Realu. ,,Nie spodziewałem się takiego wspaniałego pożegnania. Nie zasługiwałem na tyle jako zawodnik, mecz był również ważny dla obu drużyn. Dziękuje obu zespołom i kibicom, którzy zawsze traktowali mnie wspaniale”- powiedział żegnający się z futbolem Antonio Franco, pomocnik Barçy w latach 1934-43 i kapitan klubu w ostatnich latach kariery. Być może i tak właśnie było w ten świąteczny grudniowy dzień, jednak ja osobiście nie wierzę Bernabeu w te słowa o szlachetności wobec Dumy Katalonii, zwłaszcza po tym co się wydarzyło tego samego roku 13 czerwca na Estadio Chamartin w Copa del Generalismo. Kto nie wie o co chodzi, bądź słabo się orientuje, to polecam przeczytać książke ,,Barça. Życie, pasja, ludzie”, a jeszcze lepiej książke ,,FC Barcelona Real Madryt Wojna światów” a w niej rozdział ,,Skandal”.
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
9
Argentina Campeon!
25 grudnia 1925 r. Argentyna remisuje w Buenos Aires z Brazylią 2:2 po golach Cerrottiego w 31 minucie i Seaone w 55 minucie, w 6 meczu 9-tej edycji Copa America. Tym samym Albicelestes sięgają po raz drugi w historii po mistrzostwo Ameryki Południowej wyprzedzając Brazylię o 2 punkty. Natomiast królem strzelców zostaje wspomniany Manuel Seoane, który strzelił 6 goli w 4 meczach, co stanowiło wówczas rekord Copa America.
@Sysia11
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360
10
Piłkarze z największą liczbą Złotych Butów w historii:
Kto zdobył najwięcej Złotych Butów w historii? W latach 1968-1990 prestiżowy francuski dziennik L' Équipe przyznawał tę nagrodę najlepszemu strzelcowi w Europie (licząc tylko gole ligowe). Następnie trofeum przyznawano w ramach „European Sports Magazines”. Eusébio był pierwszym piłkarzem, który zdobył Złotego Buta w sezonie 1967-1968. Legendarny portugalski napastnik strzelił imponujące 42 gole dla Benfiki. W tamtym czasie jednym z jego głównych rywali był Niemiec Gerd Müller, który dwukrotnie był królem strzelców w Europie (1969-1970 i 1971-1972). Eusébio wyrównał ten rekord, powtarzając ten wyczyn w sezonie 1972-1973. Inne znane nazwiska, które zdobyły dwa Złote Buty w trakcie swojej kariery to: Dudu Georgescu, Fernando Gomes, Ally McCoist, Mario Jardel, Thierry Henry, Diego Forlán, Luis Suárez i Robert Lewandowski. Jako ciekawostkę warto zwrócić uwagę na nazwisko Rodiona Camataru. Rumun został koronowany na najlepszego strzelca Europy w sezonie 1986-1987. Jednak w 1990 roku został zdyskwalifikowany z powodu wykrycia licznych nieprawidłowości w rumuńskiej lidze w tym sezonie. Jako ciekawostkę warto zwrócić uwagę na nazwisko Rodiona Camataru. Rumun został koronowany na najlepszego strzelca Europy w sezonie 1986-1987. Jednak w 1990 roku został zdyskwalifikowany z powodu wykrycia licznych nieprawidłowości w rumuńskiej lidze w tym sezonie.
Oczywiście niekwestionowanymi liderami są Lionel Messi i Cristiano Ronaldo . Messi ma na swoim koncie sześć Złotych Butów, co czyni go liderem wszech czasów w rankingu. Jest również rekordzistą pod względem strzelenia 50 bramek dla FC Barcelona w jednym sezonie La Liga. Co więcej, „La Pulga” jest jedynym piłkarzem, który zdobył to trofeum trzy lata z rzędu (2016-2017, 2017-2018, 2018-2019). Cristiano Ronaldo z kolei ma w swojej gablocie cztery Złote Buty, co plasuje go na drugim miejscu po największym rywalu.
Piłkarze z największą liczbą Złotych Butów w historii:
Lionel Messi: 6 trofeów (2010, 2012, 2013, 2017, 2018, 2019) Cristiano Ronaldo: 4 trofea (2008, 2011, 2014, 2015) Robert Lewandowski: 2 trofea (2021 i 2022) Luis Suárez: 2 trofea (2014 i 2016) Diego Forlán: 2 trofea (2005 i 2009) Thierry Henry: 2 trofea (2004 i 2005) Mario Jardel: 2 trofea (1999 i 2002) Ally McCoist: 2 trofea (1992 i 1993) Fernando Gomes: 2 trofea (1983 i 1985) Dudu Georgescu: 2 trofea (1975 i 1977) Eusebio: 2 trofea (1969 i 1973) Gerd Müller: 2 trofea (1970 i 1972)
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360
10
Wybitne legendy argentyńskiego futbolu:
25 grudnia 1922 r. urodził się Felix Loustau, legendarny lewoskrzydłowy. 8-krotny mistrz Argentyny oraz 3-krotny pod rząd zdobywca Copa America(1945, 1946 oraz 1947). Felix Loustau, na którym nie poznano się w Racingu, usiłując uczynić z niego pomocnika, swe powołanie znalazł w 1942 r. na lewym skrzydle River Plate. Grał tam bez przerwy do 1957 roku, aby u schyłku wspaniałej kariery wylądować w Estudiantes de la Plata. Współtworzył dwie fenomenalne piątki napadu. Najpierw w latach 40-tych niepowtarzalną ,,La Maquina”(maszyne) River: Muñoz, Moreno, Pedernera, Labruna, Loustau. W sezonie 1947 Pedernere zastąpił pewien młodzian o nazwisku… di Stefano. Potem w latach 50-tych niewiele słabszą formacje: Vernazza-Sivori-Walter Gomez-Labruna-Lustaou. W lidze strzelił równo 101 goli a wypracował ze cztery lub pięć setek. Nazywano go ,,Magiem”, ,,Czarodziejem piłki” lub po prostu ,,Chaplinem”. Był zawodnikiem wprost genialnym i choć południowcy celują w skłonności do patosu, w tym przypadku określenie ,,jugador genial” trafiało w samo sedno. Dryblował z wdziękiem baletmistrza a jego centry miały dokładność milimetrową. Piłki podawał kolegom a raczej wykładaj je na zlotej tacy. Zarazem grał zawsze dla zespołu, w razie potrzeby skutecznie wspomagając obrone. Dla wielkiego Di Stefano, dla Menottiego i niemal wszystkich autorytetów pamiętających jego czasy był i jest niedościgłym ideałem skrzydłowego…
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Sysia11
10
Absolutna premiera Dumy Katalonii w europejskich pucharach:
Zdajecie sobie sprawę że Barça 25 grudnia 1955 r. rozegrała swój pierwszy mecz w europejskich pucharach? Otóż 70 lat temu FC Barcelona rozgrywała spotkanie z reprezentacją Kopenhagi w ramach ćwierćfinału Pucharu Miast Targowych. Było to trzecie w kolejności spotkanie pierwszej edycji tych rozgrywek w historii. Mecz z Kopenhagą odbył się na słynnym ,,Camp de Les Corts” przy komplecie 35 tys. widzów a Blaugrana wystąpiła o dziwo w czarnych koszulkach, białych spodenkach i z herbem miasta Barcelony na piersi. O poziomie przeciwników niech świadczy fakt iż rzut karny wywalczył dla nich 18-letni Andersen, gracz z trzeciej ligi duńskiej. Mecz zakończył się zdecydowanym zwycięstwem gospodarzy 6:2 a pierwszego oficjalnego gola dla Barçy w europejskich pucharach(drugiego w kolejności również) strzelił w 8 minucie napastnik Esteban Areta z podania Kubali. Pozostałe gole strzelili: Justo Tejada(2), Ramon Villaverde oraz wspomniany już Ladislao Kubala. Tą pierwszą edycje rozgrywek, trwającą 2 lata, wygrała rzecz jasna Duma Katalonii.
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360
10
Nie tylko dla prawdziwych cules:
W latach 20-tych poprzedniego wieku teren na wzgórzu Montjuic, gdzie mieścił się kamieniołom, został odpowiednio przystosowany, żeby wybudować na nim stadion piłkarski Estadi Catala(jak oficjalnie go nazwano) mogący pomieścić 35 tys. osób. Projekt ten powstał w wyniku kandydowania Barcelony do zorganizowania Igrzysk Olimpijskich w 1924 roku. W ramach kampanii na rzecz organizacji igrzysk, 25 grudnia 1921 r. Barça rozegrała mecz inauguracyjny przeciwko Sparcie Praga w obecności 30 tys. widzów, którzy wypełnili trybuny nowego stadionu i setek pozostałych, śledzących boiskowe wydarzenia z pobliskich wzgórz. Według ówczesnych relacji, tamtego świątecznego dnia futbol przestał być dyscypliną marginalną, a stał się sportem masowym. Sam Samitier zabrał głos w tej sprawie: ,,Zawsze uważałem iż wizyta Sparty była decydująca dla katalońskiego futbolu. Od tamtej chwili liczba widzów rosła z dnia na dzień”. Podczas inauguracji stadionu na trybunach obecny był ówczesny burmistrz miasta, Antoni Martinez, któremu towarzyszył między innymi prezydent Mancomunitatu i przewodniczący Parlamentu. W tamtym towarzyskim meczu ze Spartą, które prowadził sędzia Bru, Blaugrana wystawiła taki oto skład: Zamora, Planes, Martinez Surroca, Torralba, Sancho, Samitier, Vinyals, Vicente Martinez, Josep Gracia, Sagi Barba oraz ówczesny kapitan Paulino Alcantara. W doliczonym czasie gry Sparta zdołała pokonać Barçe 3:2, lecz następnego dnia rozegrano mecz rewanżowy, który zakończył się zwycięstwem gospodarzy 2:0, po golach Planesa oraz Alcantary z rzutu karnego.
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
1
@Safrani Dziekuje ślicznie i Tobie również zdrowych i wesołych świąt Bożego Narodzenia.
4
Życzymy Wam, żeby najlepsze prezenty trafiły do Waszej szatni a śnieg zasypał Was jak serpentyny rzucane z trybun. Żeby na Waszym wigilijnym stole było 11 potraw, ustawionych w systemie 1-4-4-2. Żeby los zesłał Wam sędziego, który doliczy Wam trzy minuty podczas świątecznych przygotowań. Żeby system VAR nie musiał rozstrzygać, kto spalił świątecznego karpia.
9
Ocalić od zapomnienia:
24 grudnia 1899 r. Duma Katalonii po raz pierwszy w swojej historii wygrała mecz i po raz pierwszy strzeliła gole. To był towarzyski mecz z FC Catala rozgrywany na tym samym obiekcie co premierowe spotkanie z angielską colonią(8 grudnia 1899) a mianowicie na ,,Velodrom de la Bonanova”, znajdującym się pośrodku toru wyścigowego w dzielnicy Bonanova. Mecz zakończył się zwycięstwem Blaugrany 3:1 a pierwsze dwa gole zdobył nie kto inny jak sam legendarny Joan Gamper! Trzeciego gola dołożył Katalończyk angielskiego pochodzenia Ernest Witty. Drugi mecz w historii był już trochę lepiej zorganizowanym wydarzeniem a do tego Barça wzmocniła się pozyskując w ramach jedynego w historii klubu autentycznie darmowego transferu Arthura, starszego z braci Wittych. Wspomniany przeze mnie ,,Velodrome de la Bonanova” został zburzony w 1910 r. po latach pełnienia funkcji siedziby FC Català, pierwszego głównego rywala FC Barcelony w początkach piłkarskiej Barcelony. Rywalizacja z Catalą była dość wyraźna w tych wczesnych latach. Legenda głosi, że założyciele FC Català odrzucili Gampera, ponieważ był obcokrajowcem, zmuszając go do założenia własnego klubu. Jednak prawda jest taka, że FC Català miała zagranicznych graczy, z których niektórzy byli Szkotami. Jeśli rzeczywiście został odrzucony, to prawdopodobnie dlatego, że Gamper był protestantem, podczas gdy wszyscy gracze FC Català byli katolikami ale to już inna historia. ,,Kibice na tym meczu(mniej więcej stu) byli pełni entuzjazmu. Oglądali piłkarzy podających mocno i pewnie, umiejących zagrać piłke z jednej połowy boiska na drugą; piłka często poruszała się do tyłu i do przodu w serii kombinacyjnych zagrań… wszyscy dużo biegali, nawdychali się sporo tlenu i mimo wszystkich groźnie wyglądających upadków żaden z piłkarzy nie odniósł poważnego urazu. Mecz był zacięty i stał na wysokim poziomie, nawet kilku dżokejów, którzy akurat rozgrzewali swoje wierzchowce, porzuciło dotychczasowe zajęcie i przyłączyło się do oglądania piłkarzy, wzbudzając podziw kolorami strojów kontrastującymi na tle zielonej trawki. Tym samym jeźdźcy nieświadomie oddali należny hołd temu wspaniałemu i nowoczesnemu sportowi, którego natura urzekła nas wszystkich”- z relacji naocznego świadka wydarzenia.
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
10
Od garnka do kota: ewolucja herbu Dumy Katalonii, która doprowadziła do sukcesu „CAT”:
Ciekawe, jak ewoluował symbol taki jak herb FC Barcelona. We wczesnych latach istnienia drużyna prezentowała herb miasta ale w 1910 roku klub ogłosił konkurs na zaprojektowanie nowego wizerunku. Propozycja Santiago Femenii, która nadawała mu kształt garnka lub kotła, zwyciężyła. Legenda głosi, że pomysł na ten kształt zrodził się ze sceny, która miała miejsce we wczesnych latach istnienia klubu. Podczas ożywionej dyskusji między założycielami, jeden z nich podobno wykrzyknął, że jest to „gniazdo osy ”. Mówi się, że Femenia została zainspirowana tą legendą. Jakkolwiek by było, tarcza w kształcie garnka ewoluowała na przestrzeni dziesięcioleci, dostosowując się do nowych ruchów stylistycznych, aż osiągnęła obecną stylizację. Dziś trudno wyobrazić sobie herb FC Barcelony jako garnek. Do tego stopnia, że sam wzór bardziej przypomina kota niż kocioł. Rzeczywiście, CAT, maskotka Barcelony z okazji 125-lecia klubu, to kot, którego pysk jest herbem klubu, dostosowanym do jego zwierzęcej formy. Co więcej, CAT odniósł już ogromny sukces sprzedażowy: w przedsprzedaży sprzedano 5000 pluszaków. Można również kupić jego kubek i inne gadżety. Ale to nie wszystko. Jeśli pójdziemy o krok dalej, kot jest zwierzęciem ściśle związanym z Espanyolem, odwiecznym rywalem miasta, choć dziś kojarzy się raczej z papugą. To właśnie rysownik Valentí Castanys w satyrycznym magazynie „Xut!” zaczął przedstawiać niebiesko-białych kibiców jako cztery czarne koty, ponieważ klub miał niewielu członków. W tym samym czasie pojawiła się postać kota Feliksa, czasami tłumaczonego jako kot „Periquito” a mądrość ludowa wkrótce zaczęła je łączyć ze względu na ich podobieństwo.
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani