FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
33 obserwujących
0 obserwowanych
Której reprezentacji, do której powołany został zawodnik Barcy, kibicujesz?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
1
@misterio Ach tak! To faktycznie nie jest video z 1984! Nie mam pojęcia z jakiego powodu wstawiłem nieodpowiednie video?
12
@FCBparasiempre
23 grudnia Ruch Hajduki Wielkie rozegrał kontrolne spotkanie z reprezentacją Szarleja, które wygrał 7:0. Sparing był konieczny w celu zachowania rytmu meczowego zawodników przed jednym z najważniejszych wyjazdów zagranicznych klubu w jego przedwojennej historii. 30 grudnia 1934 r. Ruch miał się zmierzyć w Monachium z Bayernem a dwa dni później z VFB Stuttgart. Ekipa Ruchu wyjechała do Bawarii w ligowym składzie: Tatuś w bramce, Wadas, Kacy lub Rurański w obronie, w pomocy Dziwisz, Badura, Zorzycki lub Panhirsz oraz Urban, Giemsa, Peterek, Wilimowski i Wodarz w ataku. Rezerwowymi byli Kubis, bramkarz Krömer, Nowakowski oraz naturalnie trener Gustav Wieser. Z ramienia Polskiego Związku Dziennikarzy Sportowych odział śląski reprezentował redaktor Edmund Karaś, który tak oto zrelacjonował ten mecz: „W niedziele w południe z pieśnią na ustach przybyliśmy autobusem do stadionu Bayernu. Pogoda doskonała, aczkolwiek boisko wskutek deszczu, jaki padał w dniu poprzednim, było rozmokłe. Gdy przybyliśmy do szatni ogarnia nas wszystkich podniecenie, lecz gdy dowiadujemy się z ust kierownika drużyny że ekipa gra w ,,byczym” składzie: Tatuś, Rurański, Kacy, Dziwisz, Badura, Zorzycki, Urban, Giemsa, Peterek, Wilimowski, Wodarz, wiara w nasze siły nas nie opuściła. Według wzrostu wybiega drużyna Ruchu na boisko. Gromkie trzykrotne ,,Cześć” Ślązaków, witają Bawarczycy długotrwałemi oklaskami. Po chwili później idą Bawarczycy. Bez ceremonii powitalnych Wodarz dokonuje w towarzystwie sędziego i kapitana drużyny Bawarczyków Szneidra wyboru boiska. Ruch gra przeciwko wiatrowi i słońcu a więc w warunkach mniej korzystnych od Bawarczyków. Gre rozpoczyna Ruch i przez 10 minut demonstruje ładną gre. Bawarczycy cofają się do defensywy i powtarza się znów ten sam obraz gry, co w meczu z Bawarczykami w Wielkich Hajdukach(porażka 1:2 z 8 grudnia). Ślązacy, znając już taktykę przeciwnika, przeszli do defensywy by umożliwić naszemu atakowi rozwinięcie się w polu przeciwnika. Taktyka taka okazała się doskonałą bowiem Bawarczycy, trzymając się swego systemu gry defensywnej, popsuli w ten sposób swe szyki, gdyż Ruch zmusił ich do gry ofensywnej. W połowie pierwszej części gry przeciwnicy kilkukrotnie poważnie zagrażają bramce Ruchu i w 21 minucie na skutek nastrzelonej ręki Dziwisza, sędzia dyktuje rzut karny. Wśród niesłychanego napięcia czekano na wykonanie rzutu, który w 99 procentach zwykle się udaje. Piłka ostro strzelona leci płasko nad ziemią w prawy róg bramki. Na trybunach jakby zagrzmiało. Wszystko krzyczy ,,T…o…r”, lecz Tatuś skokiem pantery odbija piłke wzdłuż linii autowej w pole. Był to pierwszy wypadek by doskonałemu strzelcowi Szneidrowi nie udało się strzelić gola z karnego. Sytuacja jaka wynikła po rzucie karnym, pobudza obie drużyny do jeszcze intensywniejszej gry. Ataki Bawarczyków są co prawda liczniejsze a ton nadaje im doskonały kierownik ataku, Gaesler. Najgroźniejsza była lewa strona ataku gdzie Simenstreiter ma szereg pięknych momentów. Wprost z brawurą pracowały jednak nasze linie defensywne a bramkarz Tatuś miał tak doskonałe momenty iż raz po raz oklaskiwano jego brawurową gre.
Z ataku naszego cofa się jedynie Giemsa i dzięki jego pracowitości i z jego właśnie inicjatywy wychodzi szereg ataków. Nadzieje w powodzenie naszego ataku zawiodły, bowiem okazało się że Giemsa miał za ciasny but i na 10 minut przed przerwą wyrzuca oba buty poza obręb boiska, grając w skarpetkach. Giemsa jakby odżył i miał wraz z Urbanem szereg dobrych momentów. Pilnuje ich jednak dobrze doskonały obrońca Heitkampf. Pod koniec przerwy Polacy znów są w ofensywie. Prawie że w ostatniej minucie przed przerwą piłke otrzymuje Giemsa, biegnie z nią na prawem łączniku, oddaje daleko ponad głowami do Wilimowskiego i już zdawało się że Wilimowski strzeli gola. Widzi jednak że Peterek stoi na lepszej pozycji przed bramką Finga i ostrem strzałem pasuje do Peterka. Piłka wsunięta do bramki z odległości 8 metrów. Polacy prowadzą 1:0 i cieszą się niebywałym sukcesem. Uśmiechnięta drużyna Ruchu wybiega do szatni. Przy wejściu oblega ją moc kibiców domagając się autografu. Po przerwie Ruch rozpoczął grać defensywnie, podobnie jak to czynili Bawarczycy na meczu w Wielkich Hajdukach. Giemsa przeszedł do pomocy i siłą rzeczy więcej z gry mieli przeciwnicy. Szereg ich zagrań likwiduje nasza obrona, dokąd potrafili się jedynie przedrzeć. Wyprowadziło to z równowagi Bawarczyków do tego stopnia że ,,potracili oni głowy” i napotykając na skuteczny opór Polaków załamali się we wszystkich prawie liniach. Ruch zerwał się od razu do ataku i tylko dzięki brawurowej obronie bramkarza Finga, Polacy nie mogli wykorzystać szeregu dogodnych momentów do zdobycia gola. W dodatku nasze linie defensywne do tego stopnia uniemożliwiły przedarcie się napadowi Bawarczyków że już na przedpolu nie stanowili oni groźnych przeciwników dla Ruchu. W dodatku z niebywałem powodzeniem bronił bramki Tatuś. W meczu tym wyróżniła się cała drużyna i trzeba zaznaczyć że wygrała ona ten mecz dzięki doskonałej taktyce, polegającej na tem, by przyciągnąć drużynę bawarską do ofensywy i by umożliwić naszemu atakowi należyte rozwinięcie się. Troche słabiej wypadła gra Zorzyckiego, natomiast Tatuś, Kacy, Rurański, Dziwisz, Giemsa i Wilimowski byli najlepsi.
U Bawarczyków wyróżnił się w napadzie Gaesler, w pomocy nowo nabyty Knap a w obronie również nowonabyty Bader, który przewyższał Heitkampfa o całą klase. Troche stonniczo ustosunkował się do Polaków sędzia Thalmajer. Podyktował on rzut karny zbyt pochopnie i w szeregu wypadkach wydawał orzeczenia krzywdzące Ruch. Przy zejściu drużyny Ruchu z boiska publiczność zgotowała jej owacje. Przy opuszczaniu boiska F.C. Bayern, na ulicach miasta gracze Ruchu spotykali się z wielką sympatją Bawarczyków. Przed hotelem gromadziły się tłumy ciekawych. W międzyczasie przesłano już drogą telefoniczną sprawozdanie z meczu do polski, bowiem na wynik meczu czekał przedewszystkim śląski świat sportowy. O godzinie 18 przyjmowano całą eskspedycje Ruchu na kolacji wydanej przez Bayern. O godz. 19 drużyna Ruchu i kierownictwo przyjęte zostało w wielkiej Sali ,,Künstlerhausu”. Drużyne polską przywitał w serdecznych słowach dr. Ettinger, który na końcu swego przemówienia wzniósł toast na cześć prezydenta Rzeczypospolitej oraz marszałka Polski, poczem odegrano hymn Polski. Za przyjęcie podziękował w imieniu drużyny Ruchu oraz obecnego ministra konsula Monachium dr. Lesiewicza mgr. Baranowski i na końcu wzniósł toast na cześć kanclerza Rzeszy. Cała drużyna Ruchu obdarowana została orginalnemi kubkami do piwa z napisem ,,F.C. Bayern Ruchowi”. Następnie drużyna polska odśpiewała swoją pieśń klubową. O godzinie 23 drużyna polska, żegnana niezwykle żywiołowo, opuściła salę ,,Künstlerhausu”. Radościom z okazji zwycięstwa naturalnie nie było końca, Ślązacy musieli je należycie ,,oblać”, tem bardziej że piwo monachijskie dobrze im smakowało. Nic też dziwnego iż mimo usilnych próśb kierownictwa, szereg najbardziej zapalonych wyłamało się i na swój sposób obchodziło zwycięstwo. W poniedziałek rano nie obeszło się naturalnie bez kataru. O godz. 13, żegnana serdecznie przez dr. Ettingera drużyna Ruchu opuściła Monachium, udając się na kolejny mecz do Stuttgartu.” Do dzisiaj zachowało się niezwykle cenne źródło z tego wydarzenia, przechowywane w muzeum Bayernu a konkretnie lista obecnych. Kameradschaftsabend, czyli braterski wieczór, od tego rozpoczyna się karta księgi pamiątkowej, pod którą podpisali się obecni na przyjęciu. Widać sygnatury zawodników Ruchu, niemieckich włodarzy i graczy, redaktora Karasia, polskiego konsula, trenera Wiesera oraz kierownictwa ,,Niebieskich”. Słowem prawdopodobnie wszystkich obecnych a widnieje tam 378 podpisów, w tym graczy TSV 1860 Monachium. Na następnej stronie zaprezentowana jest pierwsza strona księgi pamiątkowej. Niemiecka prasa podkreślała że piłkarze Ruchu wygrali zasłużenie, mieli doskonałe wyszkolenie techniczne i lepszy start do piłki. Dziennikarze podkreślali bardzo dobrą taktykę a także ofiarność piłkarzy. ,,Der Kickers” jako najlepszych zawodników wskazał Rurańskiego oraz Dziwisza, ,,München”- bramkarza Tatusia. Jedynie dr. Beker z tygodnika ,,Fussball” napisał o wyjątkowo defensywnej taktyce, która przyniosła sukces polskiej drużynie. Praktycznie cała niemiecka prasa ogólnokrajowa a czasami nawet lokalna, odnotowała wynik mistrza Polski. Pamiętajmy! Jak dotąd żadna inna polska drużyna nie pokonała Bayernu Monachium…
11
Czy polscy kibice zdają sobie sprawe, który polski klub jako jedyny pokonał Bayern Monachium i to ,,w jaskini lwa”!? No chyba nie bardzo? Chyba już wiecie gdzie można się tego dowiedzieć? No to czytajcie!
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@NeroTFP1
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360
11
Grande Espectacolo El Clasico:
30 grudnia 1984 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou Real Madryt 3:2 w 18 kolejce Primera Division. Gole strzelali: Gerardo w 25 minucie, Migueli w 53 oraz Esteban Vigo w 79 dla Barçy; Sanchis w 30 minucie i Butragueño w 89 dla Królewskich. Zwycięstwo to pozwoliło umocnić się Blaugranie na pierwszym miejscu w tabeli z sześciopunktową przewagą nad Realem Madryt.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
4
@FCBparasiempre
I tak wracamy do Santa Fe, gdzie rok wcześniej rozpoczął się marsz po mistrzostwo kraju. W hotelu ,,Conquistador” Bielse dopadły wątpliwości. Jego metody wymagały wiary a on właśnie ją stracił. ,,Zamknąłem się w pokoju – opowiadał potem – zgasiłem światła, zaciągnąłem zasłony i zrozumiałem co naprawdę znaczą słowa wypowiadane czasem tak lekko: »Chce umrzeć«. Zacząłem płakać. Nie rozumiałem co się dzieje. Cierpiałem jako kibic i cierpiałem jako profesjonalista”. Zadzwonił do żony Laury. ,,Zderzyłem się wówczas z argumentem, który dla wielu byłby nie do odparcia” – opowiadał. Ich córka była poważnie chora. Przez kilka miesięcy balansowała między życiem a śmiercią. To wtedy naprawdę przeżywał emocjonalne piekło. ,,Czy to że chciałbym się teraz zapaść pod ziemie w związku z jednym przegranym meczem ma jakikolwiek sens? – pytał. Wiedział już że nie ma ale ważniejsze było coś innego. ,,Rozumowanie było bez zarzutu – mówił. – ale moje cierpienie z powodu porażki domagało się jakiegoś usprawiedliwienia”. W ten sposób Bielsa doszedł do tego na czym polegał kryzys. To co się stało w meczu z San Lorenzo nie było zwykłą porażką a on zakwestionował coś więcej niż swoje umiejętności trenerskie. Dobór słów nie był przypadkowy. On nie szukał rozwiązania problemu tylko usprawiedliwienia filozofii, którą żył i którą jego drużyna miała wyrażać na boisku. ,,Jeśli trzeba będzie przemyśleć cały projekt, zrobimy to razem. Poszukamy nowego sposobu i nowej metody, jeśli się okaże że nie czujemy się na siłach osiągnąć tego co zamierzyliśmy sobie przed rozpoczęciem sezonu”- powiedział. Bielsa wyznaczał więc nową droge. Problemem nie było to że posunął się zbyt daleko ale to że nie posunął się wystarczająco daleko. ,,Wciąż pod wpływem emocjonalnego szoku narodził się nowy sposób rozumienia taktyki. Od jakiegoś czasu miałem kilka koncepcji na temat jednostek i ich wkładu w zbiorowy wysiłek ale nie wcielałem ich w życie ponieważ wiązały się ze zbyt dużą liczbą rotacji na boisku. Porażki jakich doznaliśmy pozwoliły nam teraz odświeżyć strukturę dużyny a zarazem odnowić całą koncepcje a to za sprawą całej serii zmian pozycji”- opowiadał Bielsa. Ta skomplikowana fraza jest dla Bielsy czymś typowym. Mówiąc prościej, chodziło o to by zespół poznał zwyczaje przeciwnika i przez rotacyjny system krycia indywidualnego wywarł na niego presje. Przykładowo jeśli rywale rozpoczynają rozgrywanie akcji od podanie środkowego obrońcy do prawego obrońcy, drużyna Bielsy będzie naciskać na środkowego obrońcę i postara się przeciąć to podanie. Llop wspomina ten czas jako pełen nerwów: ,,Marcelo próbował znaleźć właściwą taktykę, więc całymi dniami gadaliśmy i gadaliśmy”. W Santa Fe zremisowali 0:0 ale był to dopiero początek. Tydzień później pokonali 1:0 Rosario Central w meczu przerwanym na 2 minuty przed końcem z powodu awantury na trybunach. ,,Najważniejszą różnicą było przygotowanie fizyczne. Newell’s przypominało traktor, który rozjeżdża wszystkich przeciwników. Ten zespół zadusiłby każdego, to był ten pomysł Bielsy, dodanie wściekłego pressingu do istniejącego już stylu Newell’s. Kiedy z nimi grałeś, wracałeś do szatni w poczuciu że nie tylko oszołomili cię podaniami ale też zabiegali na śmierć”- mówił Simon. Rewolucja nabierała tempa. Żona Saldañi zgineła w wypadku samochodowym ale on grał dalej, znajdując oparcie w Bielsie i w sile drużyny. Dobre wyniki pojawiły się także w Copa Libertadores. Do końca fazy grupowej Newell’s pozostało niepokonane odnosząc także ważne, gdyż katartyczne wyjazdowe zwycięstwo 1:0 z San Lorenzo a im lepiej szło Bielsie, tym uważniej analizowano jego metody i częściej stawiano pytanie: na czym polega jego nowy styl? Czy trener Newell’s jest ,,bilardistą” czy ,,menottistą”? ,,Bielsy nie da się zestawić ani z Bilardo ani z Menottim. Był taktykiem ofensywnym. Proszę zauważyć, słowa »taktyk« często używa się na określenie trenera, który myśli negatywnie, skupia się na obronie a przecież taktyka nie polega tylko na defensywie i blokowaniu najmocniejszych stron przeciwnika. Bielsa to właśnie udowodnił. Był mieszanką tamtych dwóch, połączył obie szkoły”- wspominał Llop.
Z pewnością tak właśnie widział to sam trener. ,,Słuchałem ich przez 16 lat. Osiem lat Menottiego, dla którego najważniejsze było inspirowanie oraz osiem Bilardo, dla którego najważniejsza była funkcjonalność – mówił po objęciu posady selekcjonera w 1998 roku. – Starałem się wziąć od nich to, co najlepsze”. Komentarze Menottiego i Bilardo były zgodne z stereotypami na temat tych szkoleniowców. ,,Bielsa to młodzieniec z problemami. Ma swoje idee i wie jak je wprowadzić w życie ale różnimy się już w punkcie wyjścia. On sądzi że futbol jest przewidywalny, ja myśle kompletnie inaczej”- opowiadał Menotti. Bilardo z kolei uważał iż Bielsa po prostu go naśladuje. ,,Podzielam jego rozumowanie bo przypomina to, co robiliśmy w 1986 – mówił. – Ma mnóstwo taśm z nagraniami oponentów, zupełnie jak ja wtedy”. Z pewnością znajdą się tacy, którzy będą zdania że jego treningi(zwłaszcza tych 120 piątkowych powtórzeń) były z ducha Bilardo, co nie musi przecież oznaczać że podejście Menottiego do ćwiczeń z piłkarzami było szczególnie artystyczne, z drugiej strony jednak przekonanie Bielsy o konieczności atakowania przy każdej nadarzającej się okazji było z pewnością z ducha Menottiego. Kiedy sam próbował zdefiniować swoją filozofie, mówił że sprowadza się do czterech pojęć: permanentne skupienie, mobilność, rotacja i coś jeszcze, co trudno przełożyć a jest jednym z klasycznych terminów Bielsy. W muzyce ,,repenitizacion” to określenie oznaczające wykonanie utworu bez jego wcześniejszego ćwiczenia, nie jest całkowitym zdaniem się na wyobraźnie, gdyż dopuszcza czytanie nut ale w odniesieniu do futbolu z pewnością zawiera pewien stopień improwizacji w połączeniu z uważnością. Jest to innymi słowy pojęcie podsumowujące sprzeczny, wydawałoby się, ze zdrowym rozsądkiem idealizm filozofii ,,bielsista”, oczekiwanie od piłkarzy że będą w kółko robić coś po raz pierwszy; paradoks sygnalizujący wspaniałą bezcelowość tego, co starał się osiągnąć. ,,To co możliwe zostało już dokonane – mówił podczas pracy w Newell’s. – My próbujemy niemożliwego”. Kiedy Llop opowiadał o rozgrywaniu ,,mistycznych meczów” i konieczności wiary w trenera, mówił właśnie o tym: W przypadku Bielsy zawsze miało się wrażenie iż chodzi mu tyleż o wygrywanie meczów, co o osiągnięcie absolutu. Oto dlaczego otacza go atmosfera kultu. Jak wielu jego rówieśników z Ameryki Południowej, Bielsa był pod wrażeniem gry reprezentacji Holandii z pierwszej połowy lat 70-tych ale bardziej bezpośredni wpływ wywarł na niego Urugwajczyk Oscar Tabarez, trener, którego pragmatyzm wydawał się pozostawać w dziwnej sprzeczności z jego własnym idealizmem. ,,Piłka nożna opiera się na czterech fundamentach, jak to ujął Oscar Tabarez. Na obronie, na ataku, na tym, jak przechodzisz z ataku do obrony. Chodzi o to by te przejścia odbywały się w sposób jak najbardziej płynny”- mówił Bielsa. Podczas Clausury w sezonie 1991/92 Newell’s przegrało tylko raz i dwupunktową przewagą w tabeli odebrało tytuł Velezowi Sarsfield. W Copa Libertadores z kolei piłkarze Bielsy pokonali Defensor Sporting i awansowali do ćwierćfinału, gdzie jeszcze raz musieli się zmierzyć z San Lorenzo. Rany po tamtym 0:6 były wciąż świeże ale tym razem ograli ich w Rosario 4:0 a cały dwumecz zakończyli wynikiem 5:1. W półfinale czekała kolumbijska America de Cali. Pierwszy mecz zakończył się remisem 1:1 ale już w 5 minucie drugiego meczu po rzucie wolnym i główce Pochettino Argentyńczycy objeli prowadzenie. Mecz był bardzo zacięty i ostry a atmosfera na trybunach do tego stopnia przepełniona wrogością że samo wejście na stadion stanowiło ciężkie przeżycie. Newell’s się broniło ale rzut karny w ostatniej minucie przyniósł Americe wyrównanie i o dalszych losach obu drużyn musiała zdecydować seria jedenastek. Piłkarze z Cali dwukrotnie nie trafili w sytuacji, gdy gol zapewniał im awans do finału a w końcu Norberto Scoponi obronił strzał Orlando Maturany i z wynikiem 11:10 Newell’s awansowało dalej, choć zanim drużyna mogła myśleć o finale, najpierw musiała bezpiecznie opuścić boisko. Kolumbijscy kibice byli wściekli a trafiony z trybun jakimś przedmiotem Berizzo miał rozbitą głowe. Finał przeciwko FC São Paulo z Raim i Cafu w składzie także skończył się rzutami karnymi ale tym razem Newell’s przegrało. Bielsa wyraźnie wyczerpany emocjonalnym wynikiem związanym z prowadzeniem drużyny, której kibicował w stylu, który rozpropagował, zrezygnował z posady. ,,Próbowaliśmy go przekonać żeby tego nie robił ale był kompletnie wypompowany. Chciał nawet odejść wcześniej ale odwiedziliśmy go z Martino w domu i namówiliśmy żeby został, jednak miesiąc czy dwa później i tak podał się do dymisji. Być może uważał że jego epoka dobiegła końca, że nie będzie już w stanie powtórzyć tak dobrego wyniku. Ja w każdym razie chciałem żeby został i wiedziałem jak wielkie znaczenie ma dla Newell’s. Kiedy odszedł musieliśmy się bronić przed spadkiem. To było straszne”- opowiadał Llop.
11
@FCBparasiempre
Marcelo Bielsa raczej nie przejdzie do historii futbolu jako wielki trener. Trzy mistrzostwa Argentyny i złoty medal olimpijski to w sumie niezbyt imponujące osiągnięcia jak na tyle lat kariery. Jako teoretyk futbolu jest wszakże jednym z najważniejszych. Jego dziwactwa jak okulary na sznurku, skomplikowana składnia, precyzja, z jaką dochodził do ławki rezerwowych w Athletic Bilbao w dokładnie 13 krokach, sposób w jaki przysiadał podczas meczów na przenośnej lodówce w Marsylii albo pamiętna scena gdy oznaczył na swoich butach miejsca, którymi jego zdaniem piłkarze powinni uderzać piłke a potem przez kilka dni chodził zostawiając wszędzie ślady kredy, łatwo pozwalają uczynić z niego karykaturę i zapomnieć jak wielką rolę odegrał w historii światowego futbolu. Nie będzie przecież przesadą stwierdzenie że od czasu przejścia Brazylii na gre czwórką obrońców na przełomie lat 50-tych i 60-tych żaden z mieszkańców Ameryki Południowej nie miał tak wielkiego wpływu na piłkarską taktykę jak Marcelo Bielsa w pierwszej dekadzie XXI wieku. Od dziecka miał w sobie coś z intelektualisty, był poważny a zarazem pełen uporu i pasji. Towarzyszący mu pewien idealistyczny rys wydawał się dziwny u nastolatka i irytujący u dorosłego. W końcu zaczęto na niego mówić „El Loco” bo nawet w decyzji o zostaniu piłkarzem było coś, co odróżniało go od otoczenia. Pozostali członkowie rodziny zostawali wszak prawnikami lub politykami albo łączyli prawo z polityką. Jego brat Rafael pełnił funkcje ministra spraw zagranicznych za czasów prezydentury Nestora Kirchnera, zaś siostra Maria Eugenia wybrała karierę architekta i była zastępczynią gubernatora prowincji Santa Fe. Piętnastoletni Marcelo był do tego stopnia zdeterminowany w myśleniu o karierze zawodniczej że wyprowadził się z domu i zamieszkał w klubowym internacie Newell’s Old Boys. Inna sprawa(to coś, co będzie się powtarzać w przyszłości) że nie wytrzymał tam długo, po 2 dniach został wyrzucony, gdyż nie chciał parkować swojej dwusuwowej pumy poza terenem ośrodka. Nawet jeśli buntował się przeciwko rodzinie, wpływu jaki na niego wywarła nie da się przecenić. W bibliotece jego dziadka znajdowało się ponad 30 tysięcy książek a Marcelo żywił podobny szacunek do wiedzy i samorozwoju, prenumerując w pewnym momencie ponad 40 czasopism z całego świata i gromadząc niebywałą, zawierającą tysiące nagrań kolekcje meczów. Wśród niezliczonych anegdot na jego temat jest i opowieść o tym, jak podczas mistrzostw Europy w 1996 r. wychodził z hotelu coraz wcześniej i wcześniej, z nadzieją że w nieodwiedzonych dotąd kioskach znajdzie inne gazety. Co również dla niego charakterystyczne, nie uważa swojej obsesji za niezwykłą, zawsze wydaje się raczej zaskoczony, gdy ktoś spróbuje mu uświadomić że są ludzie, którzy niekoniecznie przez całe dnie ślęczą nad DVD z rozegranymi już meczami. Swego czasu zapytany jak zamierza spędzić okres świąteczno-noworoczny, odpowiedział ze śmiertelnie poważną miną że przez 2 godziny dziennie ma zamiar się gimnastykować a w ciągu kolejnych 14 będzie oglądał mecze. Z czasem rozwinął zresztą zdolność śledzenia transmisji dwóch meczów jednocześnie. ,,Ja studiuje futbol, oglądam video, czytam i analizuje”- podsumował. Urodził się w Rosario w czerwcu 1955 r. jako syn Rafaela(prawnika kibicującego Rosario Central) i Lidii(szkolnej nauczycielki). Zdaje się iż głównie na przekór ojcu związał się z Newell’s, podobnie zresztą jak jego brat. W piłke grał niemal od chwili, gdy nauczył się chodzić ale od najwcześniejszych lat zaczął również czytać na jej temat. Matka kupowała mu egzemplarze ,,El Grafico” a potem je indeksowała. Czy można powiedzieć że to matka rozpoczęła proces taksonomizacji futbolu, który Bielsa miał później doprowadzić do skrajności? ,,Wpływ matki na moje życie był przemożny. Żaden wysiłek nie był dla niej wystarczający”- opowiadał. Silna i niezwykle pracowita wymagała od dzieci tego samego.
W świecie futbolu zdania na jego temat są podzielone ale zarówno jego apologeci, jak i krytycy przyznają że jest niezmordowanym pracoholikiem, który oczekuje od innych porównywalnego zaangażowania. ,,Z początku wydawał się ciężkim a nawet wkurzającym typem przez ten swój upór i nieprzyjmowanie do wiadomości zdania innych ale w końcu zobaczyłem w nim geniusza. Potrafi przekonać do biegania i do harówki, widać to zarówno w czasie meczów, jak i treningów jego drużyn. Wie więcej niż ktokolwiek w tym świecie. Należy do absolutnej elity. Jeśli pozna się go bliżej, nie sposób go nie pokochać”- opowiadał Fernando Llorente, który grał u Bielsy w Athletic Bilbao. Wysiłek i dyscyplina nie wystarczyły by zrobić z niego piłkarza. Jako obrońca nieźle radził sobie z piłką ale brakowało mu szybkości. W Newell’s rozegrał tylko 4 mecze, po czym klub zdecydował się nie przedłużać z nim umowy. Miał 21 lat i przez kolejne 4 błąkał się po niższych ligach, studiując zarazem agronomie i wychowanie fizyczne. W wieku 25 lat przeprowadził się do Buenos Aires, gdzie objął posade trenera miejskiej drużyny akademickiej. Pedanteria z jaką podjął nowe obowiązki była uderzająca. Obejrzał 3 tysiące grających w piłke studentów, po czym wybrał 20 z nich a co przy tym charakterystyczne, w trakcie treningów korzystał ze słownika i przemawiał do piłkarzy używając formalnego zaimka ,,usted”. Traktował ich jak zawodowców i pilnował by naprawdę solidnie trenowali. Wielu z nich wspominało później nową ,,powagę” jaka wraz z jego bytnością pojawiła się w podejściu do zajęć a już w tamtym momencie można było zauważyć przywiązanie młodego trenera do wertykalnej gry i przenoszenia piłki jak najszybciej do przodu. Futbolem uczelnianym zajmował się przez 2 lata a potem wrócił do Rosario, gdzie zaczął pracować z drużynami młodzieżowymi Newell’s. W przekonaniu iż z dala od dużych miast musi kryć się wiele nieodkrytych piłkarskich talentów, podzielił mape Argentyny na 70 sektorów a potem zaczął je metodycznie odwiedzać, pokonując swoim „Fiatem 147” dobrze ponad 8 tysięcy kilometrów(samolotów unikał z lęku przed lataniem). Wreszcie w 1990 r. w klubie uznano że jest wystarczająco kompetentny do podjęcia pracy z pierwszą drużyną(miał wówczas 35 lat). Zastąpił Jose Yudice, który pojawił się tu w 1987 roku by rok później wygrać z Newell’s Campeonato. Z dzisiejszej perspektywy można powiedzieć że Yudica był niezbędnym ogniwem przejściowym w drodze do podejścia, które Argentyńczycy nazywają „Bielsista”, bardziej pragmatycznym od następcy, łagodniejszym i skromniejszym zarówno w zachowaniu, jak i w ambicjach. Pierwsza dawka „Bielsizmu” mimo wstępu z czasów Yudiki była bowiem naprawdę silna. ,,Kiedy przyszedł Marcelo zmiana okazała się radykalna. Znaliśmy go oczywiście, gdyż pracował z rezerwami, więc nie był jakimś przybyszem z innej planety ale przeprowadził tu rewolucje dużo większą od tej, którą zrobił Yudica. Najpierw byłem sceptyczny. Jak Gerardo Martino i inni starsi piłkarze uważałem że zmian jest za dużo. Szybko się jednak zorientowałem że to najlepsze co mogło się wydarzyć w Newell’s i popierałem go z zamkniętymi oczami. Wiedzieliśmy że dzięki jego pomysłom będziemy zwyciężać. Wiedzieliśmy też iż w rezerwach trenowali świetni piłkarze, przyzwyczajeni już do jego sposobu gry. Zajęcia zmieniły się dramatycznie. Dziś nie brzmi to już szokująco ale wtedy była to prawdziwa niespodzianka. Wszystkie sesje były krótkie ale bardzo intensywne. Prawie przez cały czas ćwiczyliśmy z piłką, cały czas pracowaliśmy nad taktyką. Zaczynaliśmy o różnych porach, trzech, czterech piłkarzy robiło ćwiczenia w strefach, przykładowo ,,piątka”, ,,czwórka” i ,,ósemka” pracowały wspólnie a innym razem robiły to ,,piątka”, ,,trójka” i ,,jedenastka”. Młodsi zawodnicy byli już z tym oswojeni ale dla nas to była kompletna nowość”- opowiadał były pomocnik Newell’s Juan Manuel Llop. Ponieważ mecze rozgrywano najczęściej w niedziele, poniedziałki piłkarze mieli wolne a we wtorek i w środe rano pracowali z trenerem od przygotowania fizycznego. Bielsa w tym czasie zamykał się w swoim gabinecie i oglądał mecze kolejnych przeciwników na video. Praca nad taktyką zaczynała się w środe po południu. ,,Młodzi piłkarze musieli czytać gazety i przygotowywać szczegółowe dossier na temat rywala. To był sposób na to żeby poczuli się bardziej zaangażowani i żeby uczyli się lepiej rozumieć futbol”- opowiadał Llop. Później Bielsa pokazywał im filmy. Nigdy całe mecze, jedynie wybrane momenty i sekwencje żeby podkreślić kluczowe punkty. W czwartek po południu odbywała się gra treningowa. ,,Graliśmy krótko ale z taką intensywnością jakby to naprawdę był mecz Primera. Niezwykłe to było. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widzieliśmy. Druga jedenastka była ustawiona jak nasz kolejny przeciwnik a naszym zadaniem było ją pokonać, wygrać mecz. Porażka w czwartek nie wchodziła w gre”- mówił Llop.
Piątek poświęcano na szczegółowe przygotowania do meczu. Bielsa ćwiczył z drużyną 120 schematów różnych sytuacji ofensywnych i 120 defensywnych. ,,Chodziło w tym wszystkim o ruch, skoordynowany ruch zawodników. Piłka ma być tutaj, ty masz się ustawić tutaj a ty masz pobiec tam, jeśli oni będą grać na spalonego, nie dacie się złapać a jeden z was będzie mógł wyjść za ich linie. To było bardzo ale to bardzo szczegółowe”- tłumaczył Llop. No i trzeba przyznać że to działało a przynajmniej działało czasami. W sezonie 1990/91 rozgrywki ligowe po raz pierwszy podzielono na dwie części, Aperture i Clausure a zwycięzcy obu rozgrywali mecz decydujący o mistrzostwie kraju. Dla Newell’s Apertura rozpoczęła się przeciętnie. Wygrali 1:0 z Platense i zremisowali na wyjeździe z Argentinos Juniors ale potem przegrali u siebie z Huracanem. Przed wyjazdem na czwarty mecz z Union Santa Fe, posada Bielsy była zagrożona. ,,Krążyło sporo plotek, gdyż początek nie był udany. Nie wiem czy zostałby zwolniony po czwartej kolejce czy później ale gdybyśmy po takim kiepskim starcie dalej szli tą drogą, kto wie co by się wydarzyło. Marcelo miał opinie dziwaka, jego metody budziły wątpliwości, więc wszyscy chcieli wiedzieć czy mu się uda. Gdybyśmy przegrali ten czwarty mecz pewnie byłby to koniec Bielsy, któż to wie? Jednak wygraliśmy ten mecz 3:1. Wystartowaliśmy i już się nie zatrzymaliśmy”- opowiadał dalej Llop. W następnych miesiącach Newell’s przegrało już tylko raz i skończyło Aperture z dwoma punktami przewagi nad River Plate. Santa Fe zaś odegrało jeszcze ważniejsza role w rozwoju Bielsy. Zwycięstwo w Aperturze oznaczało że Newell’s przez pół sezonu w zasadzie nie miało o co grać(to powód, dla którego w kolejnych latach za mistrzów kraju uznawano zarówno tych, którzy wygrali Aperure, jak i tych, którzy wygrali Clausure, bez konieczności organizowania dodatkowego meczu). Odprężona drużyna zakończyła Clausure na ósmym miejscu a pierwsze zajeli Boca Juniors. ,,To nie było normalne. Nie było przecież tak że nam nie zależało albo że oszczędzaliśmy się na finał z Boca. Przeciwnie, kiedy już mieliśmy z nimi grać, byliśmy bardzo ostrożni bo wiedzieliśmy że nie jesteśmy w dobrej formie. Powiedziałbym iż zachowaliśmy większą czujność niż zwykle i to dobrze, gdyż inaczej mogłaby nas zgubić nadmierna pewność siebie. To była nasza szansa wygrać mecz na Bombonerze i przejść do historii argentyńskiego futbolu. To na pewno spowodowało że zagraliśmy szybciej i lepiej niż przez reszte sezonu”- opowiadał Llop. Mecz w Rosario zakończył się zwycięstwem Newell’s 1:0 ale przed rewanżem w La Boca była to minimalna zaliczka. Obie drużyny musiały zagrać w osłabieniu, gdyż(jakkolwiek wydaje się to dziwaczne) akurat pomiędzy meczami o mistrzostwo kraju rozpoczynała się Copa America i do reprezentacji powołano Fernando Gamboe i Dario Franco z Newell’s oraz Diego Latorre, Blasa Giunte i Gabriela Batistute z Boca. Boca miała przewagę. Cristian Domizzi i Juan Simon obejrzeli czerwone kartki a na 9 minut przed końcem meczu Gerardo Reinoso zdobył gola dla gospodarzy. Newell’s jednak lepiej strzelało rzuty karne. Trafiło trzykrotnie a Boca tylko raz. ,,To był mój najlepszy mecz w życiu. W dodatku graliśmy w błocie, mistyczne przeżycie”- wspominał Llop. Newell’s było więc zwycięskie ale ich forma gdzieś odpłynęła a w trakcie Apertury sezonu 1991/92 zrobiło się jeszcze gorzej. Przez cały rok 1991 wygrali tylko 9 razy. Zdaniem Llopa problemem stało się zmęczenie. ,,Przy metodach Bielsy było ono nie uniknione. Nie tylko fizyczne ale także mentalne i emocjonalne, gdyż przy tak intensywnej rywalizacji trudno przez cały czas grać na tym samym poziomie. Ludzie nie są jednakowi, nie wszyscy myślą tak samo i reagują w ten sam sposób a styl Bielsy, jego sesje treningowe wymagają stałości i stąd czasem biorą się kłopoty. Mieliśmy drużynę, która świetnie pasowała do jego koncepcji ale kiedy odszedł w 1993 i 1994 roku walczyliśmy o utrzymanie. Człowiek jest istotą, która w pewnym momencie musi się zrelaksować. Nie chodziło o to ze przestaliśmy się starać, po prostu odpuszczaliśmy trochę bo czuliśmy się wyczerpani. Na początku Clausury presja była już ogromna. Zaczeliśmy wprawdzie od wygranej u siebie 2:0 z Quilmes ale potem nadszedł pogrom 0:6 z rąk San Lorenzo w pierwszym meczu fazy grupowej Copa Libertadores. Wstydze się tego meczu do dzisiaj jak mało którego. Nic nam nie wychodziło, kompletnie nic. Bielsa zmienił stopera. Mauricio Pochettino był świetny na tej pozycji ale musiałem zająć jego miejsce bo naprawdę nas łomotali a myśmy nie wiedzieli jak zareagować”- ciągnął dalej Llop.
8
Mentor Guardioli:
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Sysia11
1
@Bernard777 Ależ prosze uprzejmie :) No prosze, takich zawodników jak Lopo, Serrano, Corominas czy też Ariel Ibagaza i Luciano Galletti, to wogóle nie kojarze!?
13
Katalonia jako reprezentacja:
29 grudnia 2004 r. reprezentacja Katalonii przegrała z reprezentacją Argentyny 0:3. Od 1997 r. w miare regularnie, najczęściej w okresie bożonarodzeniowym, reprezentacja Katalonii rozgrywa swoje mecze z drużynami z całego świata. W 2004 r. okazja była szczególna ponieważ na Camp Nou zjawiła się Argentyna, najlepsza oprócz Brazylii drużyna, która dotąd przyjęła zaproszenie do Katalonii. Mecz ułożył się dobrze dla gości, bo już w pierwszej minucie objeli prowadzenie. Ostatecznie mimo odważnej gry gospodarzy, goście wygrali 0:3. W meczu tym zadebiutował młodziutki Gerard Pique, który kilka miesięcy wcześniej przeszedł do Manchesteru United. Mecz z Argentyną był również ostatnim spotkaniem ,,Pichiego” Alonso w roli selekcjonera. Pierwszy mecz reprezentacji Katalonii przeciwko ekipie zrzeszonej w FIFA odbył się 20 lutego 1912 r., w którym Katalończycy polegli aż 0-7 z Francją. Kolejne spotkania odbywały się dość regularnie przed wojną domową w Hiszpanii. W czasie dyktatury generała Franco były rozgrywane sporadycznie i zostały zawieszone zupełnie po 1976 r. aż do wspomnianego 1997 r. Chociaż mecze reprezentacji Katalonii zawsze były okazją do demonstrowania poglądów politycznych, w ostatnich latach żądania niepodległościowe nasiliły się.
@Sysia11
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360
11
Zapomniane legendy FC Barcelony:
29 grudnia 1914 r. urodził się Domenec Balmanya Perera, kataloński pomocnik, który w barwach Blaugrany grał w latach 1935-37 oraz 1941-44. Piłkarz, który już za życia został uznany za legendę FC Barcelony. Historia FC Barcelona usłana jest wieloma wspaniałymi nazwiskami. W dobie Internetu, mass mediów i niezwykle ułatwionej komunikacji, banalną sprawą jest wypromowanie czyjegoś nazwiska. Najprostszym przykładem tego jest Leo Messi, który w niespełna rok stał się gwiazdą światowej piłki. Jednak, jak to wyglądało na początku, gdy Barça dopiero zaczynała tworzyć swoją legendę? Jednym z wielu, którzy w tym pomogli był Domenec Balmanya. Urodził się 29 grudnia roku 1914, w trakcie krótkiej przerwy I Wojny Światowej, jaką sobie zrobili żołnierze. Barcelona była miejscem jego narodzin i właśnie to miasto ukształtowało go jako człowieka i sportowca. Właśnie tam spędził większość swojej kariery, zarówno piłkarskiej, jak i trenerskiej. W swoim życiu pełnił wiele ról. Od podawacza piłek, piłkarza, trenera, selekcjonera aż do komentatora radiowego. Jedno jest pewne, został całkowicie zapomniany. Zacznijmy więc od początku. Karierę rozpoczął w małym klubiku Girona FC. Tam zebrał pierwsze piłkarskie szlify. Jego przejście do FC Barcelony jest owiane tajemnicą. Swój debiut zaliczył przed iście katalońską publicznością, w meczu z Espanyolem. Barça ten mecz wygrała 1:0 a ówczesny trener, Patrick O'Conell zaczął częściej sięgać po Domeneca. Statystycy obliczają, że Balmanya podczas swojej pierwszej przygody z FC Barceloną, rozegrał 111 spotkań. Liczba ta mogłaby być zupełnie większa, jednak brak zarchiwizowanych dowodów na kilka innych, domniemanych meczów z jego udziałem, nie pozwala na dopisanie wyższej liczby występów. Podczas swojego debiutanckiego sezonu, Domingo(jak go nazywali w Katalonii), pomógł drużynie w zdobyciu mistrzostwa Katalonii oraz dojściu do finału Pucharu Hiszpanii.
Rok później, w sezonie 1936/1937 rozgrywki zostały zawieszone z powodu wybuchu hiszpańskiej wojny domowej. Mimo to, FC Barcelona wraz z resztą zespołów z republikańskiej strefy Hiszpanii, wzięła udział w lidze klubów śródziemnomorskich. Dzięki wydatnej pomocy Balmanya'i i O'Conella, Blaugranie udało się tryumfować w tych rozgrywkach. W roku 1937 zespół udał się na tournee do Meksyku oraz Stanów Zjednoczonych. Barça rozegrała 14 spotkań, z takimi przeciwnikami, jak Club America, CF Atlante, Necaxa, oraz z reprezentacją Meksyku. W U.S.A Barcelona zmierzyła się ze stwarzanymi naprędce drużynami, jak reprezentacja Brooklynu czy Nowego Jorku. Udało im się też zagrać z drużyną narodową Stanów. Dzięki temu wyjazdowi, finanse klubu uległy znacznej poprawie. Niestety O'Conell wrócił do Hiszpanii z tylko czterema piłkarzami. Reszta(wraz z Balmanyą) emigrowała do Francji. Po zakończeniu wojny domowej, generał Franco nałożył sześcioletnią dyskwalifikację na sportowców, którzy podczas wojny opuścili kraj i do niego nie wrócili. Jednakże Enrique Pineyro, który w tamtym czasie szefował FC Barcelona, sprawił, że Balmanya wraz ze swoim utalentowanym kolegą - Escolą - powrócili do drużyny. Podczas swojego pierwszego sezonu, po powrocie, Barça ledwo się utrzymała, potrzebując baraży z Realem Murcią, by zapewnić sobie pierwszoligowy byt. Jednak co ciekawe, Katalończykom udało się dojść do finału Copa del Generalisimo, pokonując Athletic Bilbao 4:3.Warto wspomnieć, że między 1935 a 1944 rokiem, Balmanya rozegrał cztery spotkania w reprezentacji Katalonii. 19 stycznia 1936 roku na „Camp de Les Corts” rozegrano spotkanie na cześć Josepa Samitiera, rywalem było SK Żidenice z Czechosłowacji. Ciekawostką jest, że tego samego dnia w katalońskiej jedenastce debiutował także Emilio Sagi Linan, który bardzo się zasłużył Blaugranie.
Nasz bohater po zaliczeniu kolejnych 41 spotkań w barwach FC Barcelony, zdecydował się zmienić otoczenie, podążając za swym dotychczasowym trenerem Noguesem do Gimnastic Tarragona. Właśnie tam zakończył swoją piłkarską kariere. Od razu po zawieszeniu butów na kołku, zabrał się za trenowanie. W 1949 roku udało mu się objąć Gimnastic, jako następca swojego mentora - Noguesa. Jego osiągnięcia(spuszczenie Gimnastic do drugiej ligi) były na tyle rozczarowujące, że rok później podziękowano mu i zwolniono. Po epizodach w Girona FC i Zaragozie, Domenecowi udało się poznać smak sukcesu na ławce Realu Oviedo. W roku 1955 poprowadził Oviedo do drugiego miejsca w Segunda Division. Nie minęło wiele lat, gdy Balmanya wrócił do Barcelony. W latach 1956-58 trenował Katalończyków, w których składzie grały takie legendy jak Ramallets, Evaristo, Luis Suarez czy Kubala. W tym czasie udało mu się wygrać Puchar Hiszpanii w 1957 r., gdzie po drodze w ćwierćfinale rozgromił Real Madryt 6:1! Natomiast rok później poprowadził Dume Katalonii do pierwszego w historii tryumfu w europejskich pucharach a mianowicie Pucharu Miast Targowych, gdzie w drugim meczu finałowym FC Barcelona rozgromiła reprezentacje Londynu 6:0! W drugim sezonie swoich rządów Blaugrana zajęła jedynie trzecie miejsce w lidze, co było dużym rozczarowaniem. W efekcie został zastąpiony na ławce trenerskiej przez legendarnego Helenio Herrere.
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson
2
@kulek22 A przepraszam! Rzeczywiście ustrzelił hattricka w meczu z Victorią Pilzno w pierwszym sezonie. Spojrzałem na taką strone: https://www.statmuse.com/fc/ask/career-hat-tricks-robert-lewandowski?l=eu5 a tam widnieje 0 przy hattrickach. Tak czy inaczej nie zmienia to tejże klasyfikacji. No ale trzeba przyznać że w takim wieku ustrzelenie hattricka to jednak nie byle co!
1
@kulek22 4? Ja doliczyłem się tylko 3. Po jednym hattricku w sezonie, poza pierwszym debiutanckim. Kiedy strzelił czwartego?
9
Najwięcej hattricków w historii FC Barcelony(mecze oficjalne):
Lionel Messi: 48 hattricków
Paulino Alcantara: 22
Joan Gamper: 17
Josep Samitier: 16
Ladislao Kubala: 16
Cesar Rodriguez: 15
Mariano Martin: 11
Luis Alberto Suarez: 11
Evaristo de Macedo: 10
Angel Arocha: 10
Carles Comamala: 6
Charles Wallace: 6
Josep Escola: 6
Udo Steinberg: 5
Vicenç Martinez: 5
Johan Krankl: 5
Romario: 5
Patrick Kluivert: 5
Justo Tejada: 4
Eulogio Martinez: 4
Sandor Kocsis: 4
Cayetano Re: 4
Stoiczkow: 4
Eto’o: 4
Ronaldo Luis Nazario: 4
Neymar: 4
Na koniec bardzo ciekawe spostrzeżenie. Lionel Messi do zdobycia tych 48 hattricków potrzebował aż 779 meczów. Dacie wiare ile meczów na strzelenie 22 hattricków potrzebował Alcantara? Zaledwie 140! Wniosek? Należy do was…
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Sysia11
3
@Adran360 No coż, nie od dziś wiadomo że dewiza tego klubu to: Po trupach do celu.
11
José María García: „Florentino Pérez jest najgorszym prezesem w historii Realu Madryt”:
José María García to prawdziwa ikona hiszpańskiego dziennikarstwa. Zrewolucjonizował dziennikarstwo sportowe, obejmując wszystkie jego aspekty: prasę (pracował dla gazety „Pueblo”), telewizję i radio. Od lat 70-tych aż do przejścia na emeryturę w 2002 roku był prawdziwą solą w oku kadry kierowniczej i wysokich rangą urzędników. Ukuł słynne wyrażenia, które dziś są częścią naszej kultury popularnej. Kto nie pamięta tego ciągu obelg? „Lampy wiszące”, „lizusy”, „plotkarze”, „pochlebcy”, „dudziarze”, „hipokryci”… Nie wspominając o zwrotach, które stały się legendarne, takich jak: „Zwróć uwagę na fakty”, „Zatrzymaj taśmę”, „Najnowsze wiadomości”. Przez wiele lat był niekwestionowanym królem radia późnym wieczorem; nikt nie chciał przegapić programu „SuperGarcía” żeby zobaczyć, kogo skrytykuje jego prowadzący. Jak sam José María García powiedział w wywiadzie dla Paco Grande w programie Conexión Vintage na kanale TVE: „Zawsze chciałem, żeby opinia publiczna znała prawdę. W hiszpańskim sporcie najlepsi byli sportowcy. Najwyższe stanowiska zajmowała zazwyczaj banda łajdaków z synekurami (tutaj kolejne z jego legendarnych powiedzeń) mistrzów wykwintnej kuchni i znawców wykwintnego picia”. W trakcie swojej kariery miał liczne konflikty z wieloma osobistościami ze świata sportu. Jednym z najgłośniejszych był konflikt z ówczesnym prezesem RFEF ( Królewskiej Hiszpańskiej Federacji Piłkarskiej ), Pablo Portą, którego José María García często nazywał w swoim programie „Pablo, Pablito, Pablete ”. Aby zademonstrować, że najwyższy rangą działacz hiszpańskiej piłki nożnej obciąża federację kosztami osobistymi, opublikował film, na którym kierowca Porty wyprowadza psa i zabiera jego żonę do fryzjera. W wywiadzie dla Paco Grande, García bez wahania i w zgodzie ze swoim stylem wyraził swoją opinię na temat Florentino Péreza, prezesa Realu Madryt : „Obecnie trudniej jest być prezydentem Stanów Zjednoczonych niż Realu Madryt. To prawdziwa dyktatura. Florentino Pérez jest bez wątpienia najgorszym prezydentem w historii klubu”.
Poświęcił też czas na wyjaśnienie pochodzenia swojego przydomku. Według Garcii, to redaktor gazety „Pueblo” czule mu go nadał: „Nazywał mnie „butanito”, bo przecież nie mam 190 cm wzrostu, a poza tym miałem kilka kurtek w kolorze butanu, które musiałem nosić nie raz na stadionach w Rosji czy Belgradzie, gdy temperatura spadała poniżej zera”. Oczywiście wrogowie Garcii używali tego przydomku pejoratywnie, a „ butanito ” ewoluowało w „butano” (butan). To właśnie w Belgradzie rozegrała się jedna z najsłynniejszych anegdot José Maríi Garcíi. Dziennikarz był obecny na decydującym meczu Jugosławii z Hiszpanią, który miał rozstrzygnąć, która z tych dwóch drużyn awansuje na Mistrzostwa Świata w Argentynie w 1978 roku. Hiszpanie wygrywali 1:0 (wynik, który miał okazać się decydujący) a Juanito wchodząc na boisko, gestem wskazał trybuny. Wtedy szklana butelka uderzyła hiszpańskiego napastnika w głowę, powalając go na ziemię. Obok niego, ubrany w ciemną kurtkę, stał dziennikarz. Juanito, który miał dobre stosunki z Garcią, powiedział mu pod koniec gry: „Krótki, dzięki temu, że mam większą głowę od ciebie, uniknąłeś uderzenia butelką”. Na koniec dziennikarz wykorzystał okazję, by omówić obecny stan swojego zawodu: „Nie rozumiem, jak to możliwe, że współcześni dziennikarze, a nawet dyrektorzy dużych mediów, bez wstydu noszą szaliki swoich drużyn. Przez wszystkie lata mojej kariery zawodowej nigdy nie zdradziłem, której drużynie kibicuję. Na „Calderón” musiałem kilka razy wychodzić tylnymi drzwiami a na „Bernabéu”, cóż, możecie sobie wyobrazić. Zapytałem o to a oni powiedzieli mi, że w dzisiejszych czasach liczą się kliknięcia”.
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360
0
@KrychaFCB Z De Jongiem i Araujo to jak najbardziej się zgadzam. Jednak nie zgodze się na odejście Ter Stegena!
10
Jimmy Burns: Kiedy w 1998 roku rozmawiałem z Bobby Robsonem, angielski trener nadal odnosił się entuzjastycznie do Luisa Enrique: "Od razu czułem że był niewiarygodnie dobrym piłkarzem a do tego wyjątkowym człowiekiem, z wielkim charakterem. Mógł spełniać wiele zadań... jeśli miałem jakikolwiek problem wewnątrz drużyny, to on stanowił brakujący element układanki, mogłem go wystawić na każdą pozycje i zawsze pasował do koncepcji. Potrafił wypełniać dziury w drużynie i świetnie grał.....".
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
11
Argentina Campeon!
28 grudnia 1947 r. Argentyna pokonuje Urugwaj 3:1(1-0) na ,,Estadio George Capwell” w Guayaquil w 25-tym meczu, de facto rozstrzygającym o 9-tym triumfie ,,Albicelestes” w dziejach Copa America, wyprzedzając o 2 punkty Paragwaj i o 3 punkty Urugwaj. Gole dla Argentyny zdobyli legendarni: Norberto Mendez(30 i 46 minuta) oraz Felix Loustau(85 minuta). Historyczne składy:
ARGENTYNA: Cozzi – Marante, Sobrero – Yácono, Rossi, Pescia – Boyé, Méndez (86 Fernández), Pontoni (69 Di Stéfano), Moreno, Loustau (86 Sued)
URUGWAJ: Tulic – Terra, Tejera – Gambetta (46 Rodríguez Andrade), Romero, Cajiga – Britos, García, Falero (79 Chelle), Sarro (46 Riephoff), Magliano
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Sysia11
12
Feliz cumpleaños panie Sergi!
28 grudnia 1971 r. urodził się Sergi Barjuan, niedawny trener Barçy B. Ten lewy obrońca był ostatnim członkiem ,,Dream Teamu” Johana Cruijffa, który opuścił klub. Sergi trafił do drużyny w tym samym roku, w którym legendarny Holender objął stanowisko szkoleniowca. Wcześniej dał się poznać jako znakomity strzelec. W ostatnim sezonie w poprzednim klubie(EC Granollers) zdobył aż 40 goli jako boczny pomocnik lub napastnik, lecz w nowym klubie po przejściu drużyn młodzieżowych trafił do FC Barceony C jako lewy obrońca. 24 listopada 1993 r. wobec kontuzji Jona Goikoetxei, Cruyff powołał go z Barçy B na mecz z Galatasaray Stambul, gdzie niespodziewanie zadebiutował w pierwszym składzie. Kilka dni później Cruyff dał mu szanse w meczu ligowym z Rayo Vallecano i wkrótce jego pozycja w drużynie stała się niepodważalna. Podczas pierwszej kadencji Luisa Van Gaala ich wzajemne relacje osłabiły pozycje Hiszpana. W 2002 r. gdy Holender wrócił na stanowisko trenera, stało się jasne iż Sergi będzie musiał odejść. W sumie w koszulce Blaugrany rozegrał 463 mecze, co czyni go najczęściej występującym lewym obrońcą w historii klubu. Po odejściu z Barçy przez 3 lata grał w Atletico Madryt, gdzie zakończył karierę. W 2009 roku został trenerem Juvenilu B, w którym spędził dwa lata. Pierwsze doświadczenia w profesjonalnej piłce zbierał przez dwa sezony w Huelvie. Następnie po krótkiej przerwie przeniósł się do Almeríi w końcówce sezonu 2014/15. Jego zespół spadł z Primera División ale Sergi zachował posadę. Stracił ją dopiero w październiku po nieudanym początku kolejnej kampanii. W dalszych miesiącach trener pracował w katalońskiej telewizji TV3 a potem spróbował uchronić od spadku Mallorcę. Drużyna odnotowała dobre wyniki ale nie udało jej się utrzymać w Primera Division. Kolejną przygodą Barjuana były Chiny, w których spędził niemal dwa lata. Przez dwa lata pozostawał bez klubu a latem 2021 roku przejął Barçę B po zwolnionym Garcíi Pimiencie. Jednak rok później zarząd FC Barcelony postanowił zwolnić Barjuana po zajęciu 9. miejsca w Primera RFEF. Ponadto był też trenerem pierwszego zespołu po zwolnieniu Ronalda Koemana, gdzie w trzech pojedynkach odniósł jedno zwycięstwo i zaliczył dwa remisy.
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
10
Zapomniane El Clasicos:
28 grudnia 1969 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou Real Madryt 1:0 w 16 kolejce Primera Division po golu Gallego w 29 minucie. To zwycięstwo pozwoliło jedynie awansować na 10-te miejsce w tabeli a sezon zakończyć dopiero na siódmym miejscu.
28 grudnia 1975 r. FC Barcelona pokonuje na Camp Nou Real Madryt 2:1 w 15 kolejce Primera Division. Gole dla Barçy strzelali: Johan Neeskens już w 3 minucie oraz(decydującego o zwycięstwie) Carles Rexach w 89 minucie. Te 2 punkty uplasowały Blaugrane na 4 pozycji ze stratą jedynie 3 punktów właśnie do Realu Madryt.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
12
Real Madryt unika spadku do Drugiej Ligi w ostatnim dniu rozgrywek:
Dziś byłoby to nie do pomyślenia. Ale był czas, kiedy Real Madryt flirtował ze spadkiem do Drugiej Ligi. Od czasu utworzenia krajowej ligi w sezonie 1928-1929 we wszystkich edycjach tego turnieju brały udział trzy drużyny: Real Madryt, FC Barcelona i Athletic Club de Bilbao. Jednak wszystkie z nich w pewnym momencie zmagały się z uniknięciem spadku. FC Barcelona spadła w sezonie 1933-1934 ale rozszerzenie ligi pozwoliło im utrzymać się w najwyższej klasie rozgrywkowej. Athletic Bilbao również niejednokrotnie walczył o utrzymanie. Ostatni raz miało to miejsce w sezonie 2006-2007, kiedy to w ostatniej kolejce meczu z Levante o włos uniknął spadku. Dziś wspominamy moment, kiedy Real Madryt był najbliżej spadku. Miało to miejsce w sezonie 1947-1948, kiedy otwarto stadion Chamartín (obecnie Santiago Bernabéu). Santiago Bernabéu był prezesem klubu, który przechodził bardzo trudny okres na boisku. Real Madryt poniósł kilka bardzo bolesnych porażek, które obniżyły jego pozycję w tabeli. Real Oviedo rozgromił go 7:1 a Celta Vigo i Gimnàstic de Tarragona wygrały na Bernabéu odpowiednio 1:4 i 1:3. Santiago Bernabéu dokonał radykalnej zmiany w polityce sportowej i zatrudnił Michaela Alexandra Keepinga, menedżera z doświadczeniem w angielskiej piłce nożnej. Real Madryt zbudował stadion o pojemności 80 000 widzów i miał 40 000 kibiców; jednak klubowi groził poważny spadek do drugiej ligi. W 20. kolejce (wówczas mistrzostwa liczyły łącznie 26 meczów) Real Madryt zajmował przedostatnie miejsce i znajdował się w strefie spadkowej. Wszystkie dzwonki alarmowe biły na alarm, a na każdym stadionie, na którym grała stołeczna drużyna, kibice rywali witali ją okrzykami: „Do drugiej ligi, do drugiej ligi, do drugiej ligi!”.
Zwycięstwo nad Sevillą pozwoliło Realowi Madryt wydostać się ze strefy spadkowej w 21. kolejce, ale drużyna nie wygrała już żadnego meczu w kolejnych czterech rundach, co oznaczało, że w ostatniej kolejce potrzebowała zwycięstwa u siebie z Realem Oviedo. Nie było to łatwe zadanie. Drużyna z Oviedo mogła się wówczas pochwalić imponującym atakiem, znanym jako „Elektryczna Linia Napastnicza”, w której grali tacy zawodnicy jak Emilín, Lángara i Herrerita. Kilka dni wcześniej w gazecie w Barcelonie kibice FC Barcelony opublikowali kpiący nekrolog z hasłem „Spoczywaj w pokoju, Realu Madryt, stadionie pierwszej ligi i drużynie drugiej ligi ”. Legenda głosi, że Santiago Bernabéu zdobył gazetę i pokazał ją swoim zawodnikom i menedżerowi, aby ich zmotywować, i to zadziałało. 11 kwietnia 1948 roku Real Madryt odniósł zwycięstwo 2:0 nad Realem Oviedo na stadionie Santiago Bernabéu, po dwóch golach Prudena, unikając w ten sposób spadku. Stopniowo formowała się legendarna drużyna, która po latach zdominowała Europę. Jednak, jak każda drużyna, przeżywała swoje krytyczne momenty i była bardzo bliska spadku.
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360
0
@Dari0G A nie wiem bo wówczas oglądałem jakiś mecz i nie w głowie mi było ruchanie szympansa!
4
@Safrani No i to jest wiadomość miesiąca(!) jeśli nie roku!?
Jednak to tylko wciąż szansa a jak mawiał już poprzedni sąsiad: tak, jest szansa, wyruchać szympansa...!
9
Argentina Campeon!
27 grudnia 1936 r. Brazylia pokonała Peru 3:2. To był mecz otwierający 14-tą edycje Copa America. Gospodarzem zmagań była Argentyna a głównym obiektem turnieju był stadion klubu CA San Lorenzo de Almagro zwany ,,Nuevo Gasometro”, mieszczący ponad 65 tys. widzów. Po radiowych rewelacjach sprzed 2 lat, Buenos Aires olśniło przybyszów dosłownie i w przenośni. Po raz pierwszy w historii mecze odbywały się późnym wieczorem przy sztucznym świetle. Takie spektakle ze względu na niezwykły klimat i walory estetyczne zyskały wkrótce miano ,,nokturnów”. Regulaminową nowinką była możliwość dokonania nawet dwóch zmian w trakcie spotkania(w tamtych czasach generalnie nie dozwolona była zmiana piłkarzy). Tu wszakże organizatorom nie starczyło wyobraźni i rezerwowi czekali na swoją szanse kucając lub leżąc na trawie w pobliżu linii autowej. Dopiero te doświadczenia sprawiły iż z biegiem czasu zainstalowano ławke. Turniej był niezwykle mocno obsadzony, chociaż miał też swoich wielkich nieobecnych. Na kontynentalną scenę wrócił wprawdzie Paragwaj, lecz paroletnia wyniszczająca wojna z Boliwią złamała kariery bez mała całej, nader zdolnej generacji. Młodzi piłkarze bowiem szli na front. Mimo tego talenty paragwajskie rodziły się na kamieniu. W trakcie wojny o Gran Chaco w Argentynie znaleźli się piłkarze najwyższej światowej klasy. Niestety żaden z nich nie wystąpił w tym turnieju, choć wiele wskazuje na to że ich obecność uczyniła by z teamu ,,Guarani” bodaj głównego faworyta Copa America. Chodzi o Arsenio Erico i Delfina Beniteza Casereca.
Dramat tego pierwszego polegał na tym iż nigdy nie zagrał w reprezentacji, chociaż był najlepszym piłkarzem w historii Paragwaju, zaś zdaniem takiego autorytetu jak ś.p. Di Stefano w ogóle najwybitniejszym środkowym napastnikiem w dziejach światowego futbolu. Tego typu kategoryczne opinie zawsze budzą wątpliwości. Jednak Erico dowiódł swojej wielkości w sposób nader wymierny. W latach 1934-46 w 335 ligowych meczach zdobył dla Independiente 293 gole! Liderując argentyńskiej tabeli wszechczasów! Z całą pewnością był graczem genialnym i nie ma w tym słowa przesady. Główkarz niezrównany, z którym w zawody mogliby najwyżej iść Sandor Kocsis i Daniel Passarella. Przy wzroście 175 cm. Fruwał w powietrze na wysokość poprzeczki. Wielokrotnie głową wytrącał bramkarzom piłke, którą- zdawało się już, już trzymali w wyciągniętych w górę jak struna rękach. Strzelał z równą łatwością nożycami, z woleja, z powietrza, z ziemi. Jego palomity(gołąbki) urzekały brawurą i elegancją. Skończony technik i drybler, zdumiewał bogactwem akrobatycznych sztuczek. Pomyśleć tylko, że taki człowiek nigdy nie przywdział pasiastej koszulki ,,Guarani”! A to był ,,za młody”, a to ,,wynarodowił się” tak długo mieszkając w Argentynie, a to trener powątpiewał w jego ambicje… kompletny absurd! Drugim wielkim nieobecnym był Benitez Caseres, skutecznością niewiele ustępujący samemu Erico. W 1937 był już gwiazdą Boca Juniors, jednak sztab trenerski Paragwaju nie widział go w składzie- cóż za idiotyzm! Mimo tak niedorzecznych absencji Paragwaj pokazał kilku obiecujących zawodników, którzy niebawem zrobili udane kariery w lidze argentyńskiej, jak Esquivel, Marcial Barrios, Ortega, Flor czy też najlepszy z nich znakomity napastnik Aurelio Gonzalez. ,,Guarani’’ grali nierówno. Potrafili pokonać Urugwaj, lecz z Brazylią i Argentyną nie mieli cienia szans. Chile nieoczekiwanie rozgromiło Urugwaj 3:0 i stoczyło heroiczny bój z Brazylią, który był popisem napastników i blamażem obrońców. Wynik 4:6 na korzyść Brazylii dobrze oddawał te proporcje.
Natomiast Urugwajczycy owładnięci byli jedną myślą: po raz kolejny wygrać z Argentyną! Wszystko więc podporządkowali temu celowi, w trakcie innych meczów będąc wręcz nieobecnymi duchem. I dopieli swego. 60.tysięczna publiczność na Estadio San Lorenzo oglądała porywające swą dramaturgią widowisko. Już w 5 minucie Villadoniga strzelił gola, który ,,ustawił” dalszy przebieg meczu. Obrona Celestes skutecznie zamurowała dostęp do bramki. W 51 minucie Juan Emilio Piriz strzelił drugiego gola a ,,urusi” poszli za ciosem i w efekcie Varela podwyższył na 3:0. Dopiero wtedy gospodarze otrząsnęli się z szoku. Pod bramką Besuzzo rozpętał się huragan. Varallo w 63 i Zozaya w 68 minucie zmniejszyli klęskę do rozmiarów porażki. Na więcej nie starczyło czasu. O wszystkim decydował teraz ostatni mecz turnieju Argentyna-Brazylia. Canarinhos mieli 8 punktów, zaś Albicelestes 6 punktów. Po wyrównanym ciężkim meczu kapitalny rajd lewoskrzydłowego Enrique Garcii w 48 minucie przesądził sprawę. Wielcy rywale zrównali się punktami. Nie po raz pierwszy w dziejach Copa America doszło więc do dodatkowego meczu. W normalnym czasie przeciwnicy nie ustępowali sobie ani na jotę. Atak za atak, oko za oko. Urugwajski sędzia Mirabal zarządził dogrywke. Za doświadczonego Varallo wszedł nieopierzony młodzian, Vicente de la Mata. Nagle stało się coś takiego, jakby młody żarłoczny jastrząb spadł na spłoszone stadko kuropatw. De la Mata w przeciągu niespełna 4 minut(109 i 112) dwukrotnie odtańczył z piłką nieprawdopodobny taniec „Świętego Wita” i kompletnie osłupiali obrońcy tylko spoglądali bezradnie jak baletmistrz wjeżdża do pustej bramki. Dzięki tym dwóm fantastycznym zagraniom Argentyna po 8 latach odzyskała Puchar Ameryki. Choć trzeba przyznać iż natknęła się na godnego siebie rywala. W turnieju po raz pierwszy zagrał Ekwador. Po raz czwarty z rzędu zwyciężyli gospodarze, za to pierwszy raz uczestniczyło w rywalizacji więcej niż połowa członków „Conmebol”. Po raz pierwszy też lider klasyfikacji o miano najlepszego snajpera, Chilijczyk Toro, zdołał strzelić aż 7 goli.
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
13
@FCBparasiempre
Chociaż grał z Polakami, podczas wojny polsko-bolszewickiej walczył po stronie tych drugich. Później już podczas II wojny światowej objął polską stronę. Historia pierwszego obcokrajowca w naszej lidze pełna jest niespodziewanych zwrotów akcji. Przed Wami Paweł Akimow, czyli pierwszy obcokrajowiec naszej ligi. Pierwsze kluby piłkarskie pojawiły się na obecnym terytorium naszego kraju w momencie, kiedy Polska nie widniała na żadnych mapach świata, a więc do roku 1918. W owym czasie obcokrajowcem formalnie był także Polak, lecz musiał on pochodzić z terenu będącego pod innym zaborem. Dlatego też biorąc pod uwagę definicyjne ujęcie innej narodowości, pierwszych wzmianek musimy szukać po roku 1914. Jeśli istnieje miejsce, w którym na kartach historii znajdziemy piłkarza innej narodowości, to z całą pewnością jest to Lwów, a dokładniej mówiąc, należy się przyjrzeć dwóm zespołom: Pogoni oraz Czarnym Lwów. Pierwsze oficjalne spotkanie obu zespołów miało miejsce podczas rozgrywania Mistrzostw Galicji w 1914 roku. Ich pojedynek był jednocześnie meczem derbowym o prym w mieście. Wobec tego w sposób nie do końca formalny zaciągały one do swoich szeregów Czechów, Węgrów oraz Austriaków, którzy licznie przebywali na tamtych terenach. Pierwszych wzmianek o takich zabiegach można odszukać w „Księdze Pogoni”. Dokładniej mowa o uczniu pochodzącym z niemieckiego gimnazjum, którego ściągnięto na skutek braków kadrowych. W jego przypadku głównym problemem była bariera językowa oraz to, że cechował się nadmierną ostrością w grze. Niestety nie znane nam jest nazwisko tego chłopaka, ponieważ „Księga Pogoni” spisywana była z ustnych przekazów i niestety nikt nie pomyślał, aby zapamiętać jego dane. Kolejne informacje przedstawiają węgierskiego zawodnika, który na co dzień reprezentował PCT Bela Deutsch a do Pogoni Lwów trafił przypadkiem. Należał on do szeregów pułku huzarów, który mniej więcej w 1907 roku stacjonował koło Lwowa. Dodatkowo w „Księdze” możemy odszukać wzmianki o niejakim Löblu, lewoskrzydłowym Victorii Wiedeń, a także o Johannie Kammererze z Florsidorfer AC. W obecnej stolicy Małopolski w 1909 roku pojawił się węgierski piłkarz Ludwik Dominiak, który reprezentował barwy Wisły Kraków do 1911 roku. Co ciekawe nie odniósł on wielkich sukcesów z zespołem ani nie był nawet wiodącym piłkarzem, to wedle podań miał on nauczyć kolegów z zespołu podań wykonywanych wewnętrzną częścią stopy, o czym niejednokrotnie wspominał Stanisław Mielech. „Dominus” trafił do Wisły z szeregów armii austriackiej. Mówiono o nim, że nie tylko był piłkarzem, ale także w pewnym momencie był także trenerem oraz swego rodzaju prezesem. Co ciekawe tym samym okresie rozegrał kilka spotkań dla Krakusa Podgórze. Poszukując pierwszego zagranicznego piłkarza w historii polskiej piłki, należy najpierw nakreślić, w jakim aspekcie będziemy przeprowadzać poszukiwania. Jeśli mamy na myśli formalne rozgrywki piłkarskie, to musimy się przenieść do 1927 roku, kiedy to rozegrano pierwsze krajowe mistrzostwa w systemie ligowym. W tym ujęciu pierwszym obcokrajowcem w sformalizowanym polskim futbolu był zawodnik Legii Warszawa Paweł Mironowicz Akimow grający na pozycji bramkarza, urodzony 27 grudnia 1897 roku w Moskwie. Profesjonalną przygodę z futbolem rozpoczął w 1923 roku jako zawodnik warszawskiej Legii. Występował głównie w spotkaniach towarzyskich oraz nieformalnych lokalnych turniejach. Dwa lata później na skutek problemów finansowych Legii przeniósł się do WTC Warszawa. Niestety trafił z deszczu pod rynnę, ponieważ przez ówczesnych włodarzy klubu został zaszantażowany nieprzedłużeniem wizy zezwalającej na pobyt w kraju, jeśli ten nie podpisze nowej umowy w klubie. W świetle tych wydarzeń postanowił wrócić do Legii. W innym przypadku zostałby deportowany do ZSRR, gdzie wisiało nad nim widmo represji politycznych dla zdrajców. Decyzja o powrocie do Legii okazała się strzałem w dziesiątkę pod względem sportowym. Niespełna rok później sięgnął z klubem po Puchar Polskiego Towarzystwa Eugenicznego, które jest uznawane za pierwsze trofeum w bardzo bogatej historii klubu. Choć trzeba zaznaczyć, że forma 15-minutowych spotkań rozgrywanych w systemie sześciu na sześciu ma niewiele wspólnego z obecną formułą.
W 1927 roku utworzono pierwsze mistrzostwa kraju rozgrywane w systemie ligowym a Akimow zadebiutował w rozgrywkach 15 maja 1927 roku w meczu przeciwko Warcie Poznań. W wygranym 3:1 spotkaniu stał się dodatkowo pierwszym obcokrajowcem, który oficjalnie zagrał w polskiej lidze. Dla Legii zagrał łącznie w 24* oficjalnych spotkaniach w latach 1925-1936. Co ciekawe na dwa lata przed końcem swojej piłkarskiej podróży w pojedynku z Garbarnią Kraków na skutek decyzji szkoleniowca Gustava Wiesera wystąpił jako napastnik. Zanim Akimow trafił do stołecznego klubu, po raz pierwszy w piłkę zagrał, reprezentując drużynę Internowanych Toruń, gdzie występował w 1921 roku. Dwanaście miesięcy później bronił barw Czarnych Toruń. Akimow wobec obecnych standardów swoim wyglądem nie przypominał bramkarza. Mierzył zaledwie 172 cm wzrostu. Co ciekawe swój debiut oraz ostatni mecz w barwach Legii Warszawa zaliczył w spotkaniach z Wartą Poznań, odpowiednio 15 maja 1927 roku i 23 sierpnia 1936. Losy Akimowa nie były łatwe. W 1920 roku otrzymał powołanie do Armii Czerwonej w randze szeregowca, a następnie trafił na front wojny polsko-bolszewickiej. Podczas starć pod Radzyminem został pojmany do niewoli przez polski oddział, po czym zamknięto go w obozie dla jeńców wojennych w okolicach Torunia. Po zakończeniu wojny nie zdecydował się na powrót na ziemie rosyjskie. W okresie międzywojennym zamieszkał w Warszawie i w 1921 roku złożył wniosek o przyznanie polskiego obywatelstwa. Uzyskał je dopiero w 1937 roku po ślubie z Polką. Po raz kolejny na front trafił po wybuchu II Wojny Światowej, a dokładniej mówiąc w trakcie kampanii wrześniowej. Po przedostaniu się na teren Francji wstąpił do 10 Brygady Kawalerii płk. Stanisława Maczka. Po krótkim czasie wysłano go do Wielkiej Brytanii, gdzie awansował na stopień kaprala 1. Dywizji Pancernej. Po roku 1944 brał udział w starciach na terytorium Francji, Holandii oraz Belgii. „Paszka” jak go nazywano, na froncie odznaczył się wielkim bohaterstwem, za co otrzymał Order Virtuti Militari. Podczas bitwy został poważnie raniony odłamkiem pocisku, na skutek czego doznał poważnych ran szarpanych brzucha, lecz pomimo tego postanowił on uratować kompana spod linii silnego ostrzału oddziału niemieckiego.
*W zależności od źródeł liczba jego występów dla Legii Warszawa wynosi 23 bądź 24 mecze.
10
Pierwszy obcokrajowiec w polskiej lidze:
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@Arkon
@Adran360
10
Zapomniane legendy rodzimego futbolu:
27 grudnia 1932 r. w Rembertowie urodził się Jerzy Woźniak, strzelec pierwszego gola na Stadionie Śląskim. Szkoda tylko, że był to gol samobójczy. Ta jedna wpadka nie może jednak przekreślić jego wspaniałych dokonań. Przez lata był podporą defensywy warszawskiej Legii i reprezentacji Polski. Budził podziw wszechstronnym wyszkoleniem i szybkością. Pewny siebie, solidny i grający ofensywnie lewy obrońca, czasami lewoskrzydłowy. Przygodę z piłką zaczynał w klubie Kadra Rembertów, do którego dołączył w wieku 15 lat. Dwa lata później przeniósł się do Marymontu Warszawa, a kiedy przyszedł czas na służbę wojskową, to w 1953 r. trafił do stołecznego Lotnika. Klub ten występował wówczas w II lidze i z Woźniakiem w składzie zajął solidne piąte miejsce w tabeli. Po sezonie został jednak rozwiązany decyzją MON-u. Dobre występy Woźniaka na boiskach drugoligowych boiskach zaowocowały jednak przenosinami do Legii. W nowym zespole zadebiutował 28 marca 1954 r. w bezbramkowo zremisowanym meczu z Lechem. W swoim premierowym sezonie zaliczył tylko 12 występów. Steiner mocno rotował wówczas składem, szukając optymalnego ustawienia, a na pozycji Woźniaka próbował też Edwarda Zielińskiego. Kiedy jednak rok później Legia zdobywała dublet, to Woźniak był już jego pierwszym wyborem. Ciekawostką jest fakt, że razem z Henrykiem Grzybowskim byli wówczas jedynymi warszawiakami w 17-osobowej kadrze zespołu. Woźniak zawsze imponował doskonałym przygotowaniem fizycznym i to w dużej mierze dzięki szybkości wygrywał większość pojedynków. Potrafił też jednak zatrzymać rywala umiejętnościami czysto piłkarskimi, bez uciekania się do nadmiernie ostrej gry. Od czasu do czasu zapuszczał się z piłką do przodu i stwarzał zamieszanie w szeregach rywala. W Legii spędził 14 sezonów. W tym czasie dwukrotnie zdobywał mistrzostwo Polski (1955 i 1956) oraz trzykrotnie Puchar Polski (1955, 1956 i 1966). Zagrał w 217 meczach i trzy razy zdołał wpisać się na listę strzelców. O tym, jak ważną rolę odgrywał w zespole, przekonywano się, kiedy nie było go w składzie. Rzadko pojawiał się na pierwszym planie, nie popisywał się spektakularnymi zagraniami, ale jego obecność w drużynie była bezcenna. Szansę debiutu w kadrze dostał od Ryszarda Koncewicza. Pierwszy raz wystąpił 29 maja 1955 r. w zremisowanym 2:2 meczu z Rumunią w Bukareszcie. Przez kolejne siedem lat był jednym z podstawowych zawodników w kadrze. Grał w starciach z ZSRR, RFN czy Hiszpanią. Na igrzyskach w Rzymie wystąpił we wszystkich trzech spotkaniach. Ostatni raz biało-czerwone barwy reprezentował 23 maja 1962 r. w wygranym 2:0 meczu z Belgią w Warszawie. W Reprezentacji rozegrał 35 meczów. Zmarł 9 stycznia 2011 r. w Warszawie.
@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
10
Zapomniane legendy polskiego sportu:
27 grudnia 1889 w Żywcu urodził się Włodzimierz Polaczek(w niektórych materiałach wymieniany jak Władysław), lewy pomocnik. Do szkoły uczęszczał w Krakowie, uczył się w "mateczniku" Wisły - II Szkole Realnej. W 1911 roku ukończył seminarium nauczycielskie, po czym rozpoczął pracę w szkole w Dąbiu pod Krakowem (dzisiaj jedno z osiedli w dzielnicy Grzegórzki). Nie jest pewne, kiedy Włodzimierz Polaczek dołączył do drużyny Wisły. Możliwe, że miało to miejsce już w 1907 roku, pierwszy potwierdzony w źródłach występ przypadał jednak dopiero na 14 czerwca 1908 roku. Tego dnia Wisła Kraków stoczyła piłkarsko-lekkoatletyczne zawody z rezerwą Pogoni Lwów. Polaczek wystąpił tylko w meczu futbolowym - wymieniony jest w programie zawodów jako center napadu, pojawia się też na wykonanej tego dnia fotografii. Od tego okresu aż do roku 1913 Polaczek może być uważany za podstawowego zawodnika Wisły. Według własnych wspomnień pełnił nawet funkcję kapitana pierwszej drużyny. Niewątpliwie był bardzo zaangażowany w życie klubu i w grę dla Wisły - mieszkając z dala od boiska (w 1912 roku został służbowo przeniesiony z Dąbia do Skawiny) na treningi i mecze dojeżdżał rowerem. "Prawie każde wolne popołudnie, niedzielę i święta spędzałem w Krakowie, trenując i rozgrywając zawody w piłkę nożną" - wspominał. Był na tyle wyróżniającym się zawodnikiem, że zapracował na powołania do reprezentacji Krakowa w 1912 roku. To najprawdopodobniej Włodzimierz Polaczek w kwietniu 1911 roku ułożył słowa wiślackiej pieśni do melodii "Marsz Strzelców". Autor zachwalał w tym utworze swój klub: "Wisła w Galicji najlepsza drużyna / Wszak o tem dzisiaj nawet dziecko wie / U członków Wisły zawsze pewna mina / Chociaż silniejszy klub z nimi grać chce". Pieśń pełna jest nawiązań do aktualnych spraw z życia Wisły: kontaktów z klubami czeskimi, nieobiektywnych recenzji prasowych, unikania przez Cracovię derbów ze względu na zakaz nałożony przez Austriacki Związek Piłkarski...
Jednocześnie z grą w Wiśle Włodzimierz Polaczek zaangażował się w działalność Związku Strzeleckiego. Inspiracją do tego była osoba Andrzeja Galicy - późniejszego generała Wojska Polskiego, a wówczas ojca jednego z uczniów Polaczka. Galica był przewodniczącym skawińskiego obwodu Strzelca, a Polaczek aktywnie pomagał mu w organizowaniu nowych oddziałów i w przeprowadzaniu ćwiczeń. "Przechodziłem stopnie sekcyjnego, plutonowego i kompanijnego, przy czym prowadziłem również kancelarię komendy obwodowej" - wspominał Polaczek, nadmieniając także, że działalność w Strzelcu nie zawsze spotykała się z aprobatą szerszych kręgów społecznych. Samego Polaczka miały zaś spotykać nieprzyjemności ze strony przełożonych w szkole. Związek Strzelecki był paramilitarną organizacją niepodległościową, której celem było przygotowanie polskich kadr wojskowych. Oddziały Związku w 1914 roku stały się zalążkiem polskich sił zbrojnych - Pierwsza Kompania Kadrowa została sformowana na stadionie Wisły w Parku Sportowym w Oleandrach, z niej później narodziły się Legiony Polskie. Polaczek, podobnie jak i Galica, nie uczestniczył w wydarzeniach rozgrywających się na Oleandrach na przełomie lipca i sierpnia 1914 roku. Został wcześniej powołany do wojska austriackiego i trafił na front. Jego podopieczni ze Skawiny stawili się jednak w Oleandrach - zgodnie z celem, do którego przygotowywali się przez poprzednie lata. Dokładne losy Włodzimierza Polaczka w czasie I Wojny Światowej nie są znane. Zgodnie z własnoręcznie spisaną biografią, do Krakowa powrócił "z niewoli w czerwcu 1920 r.". Pracował jako dyrektor szkoły pod Krakowem, w tym czasie zasiadał też w Zarządzie Towarzystwa Sportowego. Następnie przeprowadził się do Poznania, a potem do Katowic, gdzie pracował między innymi w Funduszu Pracy. W czasie II Wojny Światowej został aresztowany przez Niemców, trafił do obozu Neuengamme, gdzie zmarł pod koniec 1944 roku z wycieńczenia.
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360
1
@Sysia11 Ależ wy piszecie te nazwy! Gdybym nie oglądał wczorajszego meczu Czerwonych Diabłów to nie wiedziałbym o kogo chodzi?
No ale zgadza się, Lisandro jest potrzebny zdrowy i w formie na mundial...
11
To wcale nie był prima-aprilis:
Choć dzisiaj wydaje się to nie do pomyślenia, to właśnie 27 grudnia 2007 r. socios Blaugrany w ankiecie bożonarodzeniowej chcieli wyboru Jose Mourinho na przyszłego trenera FC Barcelony. Ponad połowa ankietowanych była za dymisją Franka Rijkaarda po zakończeniu sezonu, choć jeszcze rok wcześniej w identycznej sondzie otrzymał on większy kredyt zaufania niż piłkarze i to pomimo przegranych niewiele wcześniej Klubowych Mistrzostw Świata. Ronaldinho, który niemal w niczym nie przypominał piłkarza sprzed 2 lat, również był negatywnie oceniany i prawie 45% ankietowanych domagała się jego sprzedaży jeszcze w zimowym okienku transferowym. Niecałe 2/3 kibiców nie wierzyło w zdobycie mistrzostwa. Co prawda ankieta była przeprowadzona jedynie wśród 300 socios i tuż po przegranym meczu z Realem, lecz oddawała stopień niezadowolenia kibiców osiąganymi wynikami. Tak jak domagali się tego fani, Rijkaard i Ronaldinho odeszli po zakończeniu sezonu, w którym piłkarze zajeli w La Liga dopiero trzecie miejsce i skończyli rozgrywki bez żadnego trofeum. Swoją drogą to bardzo ciekawe co by się działo z ,,naszą” Barça gdyby doszło do zatrudnienia pana Mourinho? Tego jednak już się raczej nigdy nie dowiemy.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani