FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
15
Grande Espectacolo El Clasico!
7 października 1989 r. FC Barcelona pokonuje na Camp Nou Real Madryt 3:1 po dwóch golach Koemana i jednym Salinasa w 6 kolejce Primera Division. Zespół prowadzony przez Johana Cruyffa nie był w dobrym położeniu, ponieważ przegrał trzy z pięciu meczów La Ligi a w spotkaniu z Realem już w siódmej minucie stracił pierwszego gola. Przyczynił się do tego sam Koeman, który faulował Emilio Butragueño w polu karnym a jedenastkę na bramkę zamienił Hugo Sánchez. Nie był to dobry początek w El Clásico nowego obrońcy Blaugrany. Koeman wraz z kolegami potrafił jednak pokazać hart ducha i pojedynek ostatecznie zakończył się sukcesem Katalończyków. Już po kilku minutach od pierwszego gola przyjezdnych, wyrównał Julio Salinas a w drugiej połowie o losach rywalizacji przesądził sam winowajca przy trafieniu rywali. Holender wykorzystał dwa rzuty karne, dając swojemu zespołowi trzy punkty. 26-letni wówczas zawodnik pokazał, że ma nerwy ze stali, zwłaszcza że drugą jedenastkę musiał powtórzyć po wbiegnięciu w pole karne kilku zawodników. Nie pomylił się jednak i zakończył swoje pierwsze El Clásico z dubletem!
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
8
@FCBparasiempre
6 października 1957 r. urodził się Bruce Grobbelaar. Stara ludowa prawda mówi, że dobry bramkarz powinien być odrobinę szalony. W naszej interpretacji moglibyśmy wyróżnić golkiperów zrównoważonych więc słabych, lekko stukniętych i całkowitych świrów. Osobną kategorię należałoby stworzyć dla Bruce’a Grobbelaara, którego sylwetkę dzisiaj przypominamy. Urodzony w RPA zawodnik to postać co najmniej barwna, nie tylko ze względu na trykoty, które przyodziewał w meczach narodowej reprezentacji Zimbabwe. Cechowały go niepowtarzalny ekscentryzm, zamiłowanie do życia i olbrzymia pewność siebie. To wszystko pozwoliło mu przetrwać trudy pierwszych miesięcy na Anfield. Nim trafił do miasta Beatlesów, grywał w zimbabwejskim Highlanders, południowoafrykańskim Durban City i kanadyjskim Vancouver Whitecaps. Miejsca egzotyczne i prowincjonalne, wobec których jedyną szansą by wypłynąć na szerokie wody, było wypożyczenie do czwartoligowego Crewe Alexandra. Do składu The Railwaymen wkroczył jak po swoje – zachował osiem czystych kont w 24 meczach, a w spotkaniu z York City, choć tylko z karnego, pokonał swojego boiskowego vis-a-vis. Udane występy Zimbabwejczyka, bo sam siebie za takiego uważa, na Gresty Road szybko przykuły uwagę skautów z Liverpoolu. Być może nawet oni sami nie spodziewali się, że pośród półamatorskiej szarzyzny wyłowią taki diament. Urocze lica włodarzy z Merseyside wespół z 250 tys. funtów oczarowały Kanadyjczyków, którzy wciąż posiadali pełne prawa do piłkarza, a transfer został potwierdzony 17 marca 1981 r. Liverpool miał genialny w swojej prostocie plan na rozwój Grobbelaara i, jak to najczęściej bywa, w trybie przyspieszonym tenże prysnął niczym mydlana bańka. Bruce miał zbierać bramkarskie szlify pod okiem Raya Clemence’a – prawdziwego fachmistrza, legendy i ulubieńca The Kop, który w barwach The Reds zdobył wszystko, co się dało i to do kwadratu. Anglik niespodziewanie zdecydował się jednak na transfer do Tottenhamu, pozostawiając młodego padawana samemu sobie. Nietrudno się domyślić, jak to się skończyło. Nie byłoby sprawiedliwie pierwszych meczów Grobbelaara nazwać słabymi, więc skategoryzujmy je jako małą katastrofę. 24-latek tracił mnóstwo bramek, Liverpool zaś jeszcze więcej punktów. W dużej mierze były to strzały, z którymi nikt na tym poziomie nie powinien mieć najmniejszych problemów. Sprawy w swoje ręce wziął ówczesny menedżer, legendarny Bob Paisley. Mimo stanowczej, surowej wręcz postawy, nie tracił wiary w swojego podopiecznego. W grudniu 1981 r. Liverpool zajmował trzynastą lokatę w ligowej tabeli, tracąc do lidera trzynaście punktów. Napiętą sytuację miał poprawić rozgrywany w Boxing Day mecz z Manchesterem City. Jak na ironię, spotkanie zakończyło się łatwym zwycięstwem The Citizens 3:1, w czym dużą zasługę miał, a jakże, Grobbelaar. Po latach przyznał, że rozczarowany Paisley wziął go po meczu na stronę, pytając dyskretnie, jak ocenia swoje pierwsze pół roku na Anfield. Mogło być nieco lepiej to jedyne, co piłkarz dał radę z siebie wydusić. Szef docenił błyskotliwość tego określenia dorzucając, że jeżeli Bruce nie przestanie popełniać idiotycznych błędów, z powrotem wyląduje w czwartej lidze. Niemal 40 lat później trudno jest zweryfikować, jaki wpływ na formę Zimbabwejczyka miała przytoczona rozmowa. Fakty pozostają jednak faktami – Grobbelaar rósł w oczach, a wraz z nim odżyła cała drużyna. Co prawda bramkarz nie wyzbył się nigdy maniery popełniania gaf, ale udało mu się znacznie ograniczyć ich ilość, a zamiast nałogowo tracić cenne punkty, zaczął je ratować. Opadł kurz, a The Reds z nową gwiazdą między słupkami sięgnęli po mistrzowski tytuł dokładając do tego Puchar Ligi. To drugie osiągnięcie nabrało wymiaru symbolicznego, bowiem w bezpośrednim, finałowym pojedynku Bruce okazał się lepszy od Raya Clemence’a. Dawid poniósł Goliata na tarczy.
Lata mijały, a brzydkie kaczątko przeobraziło się w dorodnego łabędzia. W maju 1984 r. żaden fan Liverpoolu nie wyobrażał sobie, by w bramce miał stanąć ktoś inny. Mocna pozycja w drużynie nie mogła jednak uczynić łatwiejszym wyzwania, jakim był rozgrywany w Rzymie finał Pucharu Europy przeciwko miejscowej AS Romie. Najważniejszy mecz sezonu, ba, kariery, włoski przeciwnik grający na własnym podwórku. Bruce zdawał się jednak nic sobie z tego nie robić. Jako pierwsi wyszliśmy do tunelu i zaczęliśmy śpiewać „I don’t know what it is, but I love it” Chrisa Rea’i. Im dłużej zwlekali rywale, tym my byliśmy głośniejsi. Gdy wyszli z szatni, wyglądali na zszokowanych. Graeme Souness szepnął mi do ucha: „Mamy ich!” – opowiadał. Souness miał rację. Mieli. Spotkanie nie należało do najwybitniejszych – może nie rozczarowało, ale o tym, co działo się w podstawowym czasie gry, nie opowiadano przez dekady. Ot, najzwyklejsze, przeciętne 1:1. Historia dopiero miała się napisać, bowiem po raz pierwszy miano klubowego mistrza Europy zależało od powodzenia w konkursie rzutów karnych. Role się obróciły – to bramkarze znaleźli się w świetle jupiterów, a strzelający stali się tłem. Bruce rozgrywał swój własny mecz. Istnym fenomenem było, że bohaterem został bramkarz, który nie obronił ani jednego strzału. Wygrały proste gierki psychologiczne, po mistrzowsku skonfundował napastników. Przed drugą serią próbował przegryźć siatkę, przed kolejnymi w ekstrawagancki sposób wił się na nogach, co po dziś dzień określane jest jako nogi spaghetti. Trudno to opisać, najlepiej obejrzeć samemu. Nogi spaghetti były prototypem Dudek Dance, a bramkarze Liverpoolu już na zawsze zostaną zapamiętani ze swoich zachowań na linii bramkowej. Swoje próby zepsuło dwóch piłkarzy Giallorossich, a Grobbelaar, nie po raz ostatni, znalazł się na ustach wszystkich. Gdy zmierzałem w stronę bramki, Joe Fagan objął mnie i powiedział: „Słuchaj, nikt nie będzie Cię winił, jeżeli nie obronisz karnego. Ja, trenerzy, prezes, dyrektorzy, twoi koledzy i kibice. Nikt”. Te słowa dodały mi otuchy, stres wyparował. Na odchodne rzucił jeszcze: „Postaraj się wybić ich z rytmu”. To właśnie zrobiłem, wybiłem z rytmu dwóch reprezentantów Włoch, Bruno Contiego i Francesco Grazianiego – opowiadał bramkarz. To nie musiał być pierwszy tryumf Grobbelaara w Pucharze Europy. W 1981 r., niespełna trzy miesiące po transferze, Bob Paisley zakomunikował mu, że będzie zmiennikiem Raya Clemence’a w finałowym starciu z Realem Madryt. Bramkarz wprawił swojego zwierzchnika w osłupienie komunikując, że miejsce na ławce bardziej należy się doświadczonemu Steve’owi Ogrizoviciowi. Menedżer wyraził zgodę, warunkiem była jednak rozmowa obu bramkarzy, w której Bruce miał we własnej osobie przekazać instrukcje starszemu koledze. Co miał zrobić, to zrobił. Na własne życzenie pozbawił się najłatwiejszego złotego medalu w karierze i cierpliwie czekał na swoją kolej. Mimo altruistycznej postawy i pogodnego nastawienia do życia, nie zawsze żył w przyjacielskich stosunkach z kolegami z zespołu, o czym na własnej skórze przekonał się Steve McManaman. We wrześniu 1993 r., gdy Grobbelaar powinien raczej służyć radą i doświadczeniem, dał o sobie znać wybuchowy temperament Zimbabwejczyka. Bramkarz dwoił się i troił, by uratować choćby punkt na Goodison Park, jednak był to jeden z tych dni, kiedy drużynie nie wychodziło absolutnie nic. Zmasowane ataki Evertonu jeszcze w pierwszej połowie zostały ukoronowane zdobyciem bramki, co wprawiło Bruce’a w prawdziwą furię. Zaczął wściekle wymachiwać rękoma, po czym rzucił się na będącego w pobliżu McManamana. Młody pomocnik usłyszał parę cierpkich słów o zaangażowaniu całej drużyny i wszystko poszłoby w zapomnienie, gdyby skończyło się na perswazji ustnej. Z powództwa bramkarza doszło jednak do rękoczynów, wywiązała się jedna z najsłynniejszych szarpanin między zawodnikami tej samej ekipy w historii angielskiego futbolu. Nie trwało to długo, ale Anglik raczej nigdy później nie wdawał się w dyskusję z bramkarzem The Reds. Kochał takie smaczki. W pewien deszczowy dzień, kiedy The Reds gromili swojego rywala 5:0, pożyczył od kibica parasol, rozłożył go i stał pod nim do ostatniego gwizdka. W momentach tryumfu paradował w dziwacznych nakryciach głowy, nie rozstawał się z majestatycznym wąsem, w końcu zapuścił mały warkoczyk z tyłu głowy. Pozowanie do zdjęć sprawiało mu radość a uśmiech na jego twarzy nie bladł. Na murawie kradł show. Pole karne było jego królestwem, a piłka własnością. Miał ponadprzeciętny refleks, a co najważniejsze, potrafił sprawić by najprostsza interwencja wyglądała jak cuda na kiju. Jeżeli piłka nożna to widowisko, Grobbelaar rozumiał jej istotę, jak mało kto. The Kop oddało mu serca na długie trzynaście lat. W tym czasie rozegrał 627 spotkań i zdobył trzynaście pucharów – nieźle jak na kogoś, kogo na Anfield mogło, a wręcz nie powinno już być po pół roku.
Czy życie Bruce’a Grobbelaara to sielanka, niekończące się momenty chwały i zabawne wydarzenia? Bynajmniej. W 1994 r. stał się bohaterem afery korupcyjnej, w którą zamieszani byli także Hans Segars i John Fashanu. Ten wstydliwy rozdział był ostatnim we wspólnej historii Grobbelaara i Liverpoolu. Zmiana pokoleniowa nastąpić musiała tak czy siak, a młody David James już zdążył wygryźć weterana z bramki The Reds. Reprezentantowi Zimbabwe, który został oczyszczony z zarzutów, należało się jednak inne, lepsze pożegnanie z Merseyside. Do dziś całą sytuację wspomina niechętnie i traktuje jako swoją osobistą krucjatę. Jak sam uważa, miał za co odpokutować, wszak przyziemna afera korupcyjna ma się nijak do patosu życia i śmierci. Właśnie śmierć podążała z nim ramię w ramię od młodzieńczych lat, gdy po ukończeniu szkoły średniej został zmobilizowany i wcielony do armii. Brał udział w wojnie domowej w Rodezji (dzisiejsze Zimbabwe) i aż za dobrze pamięta widok jego towarzysza broni, który w akcie zemsty i desperacji odcinał uszy wrogim żołnierzom, którzy zabili całą jego rodzinę. Grobbelaar nie pamięta lub nie chce ujawnić, ilu ludzi sam pozbawił życia, przyznaje jednak, że było ich wielu. Przepraszał, ale przeszłości zmienić nie mógł. Brał udział w finale Pucharu Europy na belgijskim Heysel, przed którym życie straciło 39 kibiców Juventusu. Brał udział w półfinałowym meczu FA Cup na Hillsborough, po którym 96 fanów The Reds nigdy nie wróciło do swoich domów. Jakim cudem Bruce poradził sobie z tym wszystkim? Nie było łatwo, ale jak sam przyznał, on po prostu kocha życie – i to doskonale spina klamrą jego historię.
7
Szaleniec na nogach… z makaronu:
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
12
Tragiczny los byłego piłkarza Barçy:
6 października 1967 r. urodził się Sergi Lopez Segu. Był on drugim z czterech członków familii Lopez, którzy przywdziewali trykot w barwach Blaugrana. Senior rodu Julian Lopez zagrał w FC Barcelonie w zaledwie jednym meczu towarzyskim ale przez krótki czas dzielił szatnie z Kubalą. Najstarszy syn Juliana, Sergi, zaliczył 54 oficjalne mecze w pierwszej drużynie w latach 1987-91 a w 1995 r. w barwach Realu Saragossa wywalczył Puchar Zdobywców Pucharów. Jeden z działaczy Barcelony, Josep Mussons, nazwał go ,,Montserrat Caballe z Mini”(Mini Estadi-stadion Barçy B). W 2006 r. popełnił jednak samobójstwo rzucając się pod pociąg w Granollers. Drugi z braci Lopez- Juli, zagrał w jedynie trzech meczach towarzyskich przed sezonem 1995/96 a karierę kończył w Terrasie. Największą karierę z całej rodziny zrobił najmłodszy z braci- Gerard. Był zawodnikiem Barçy przez 5 lat a wcześniej w 2000 r. zagrał z Valencią w finale Ligi Mistrzów. W 2013 r. został selekcjonerem reprezentacji Katalonii.
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
0
@piwlak Nie bede zgadywał. Generalnie chodziło mi o pajacowanie Roberta przy rzucie karnym, gdzie takie pajacowanie często kończy się nie skutecznie. Samą skuteczność wrzucałem wyłącznie na czuja. Po prostu Robert wyprowadził mnie z równowagi takim wykonywaniem karnych...
12
Postacie polskiej piłki nożnej:
Władysław Jerzy Engel urodził się we Włocławku, 6 października 1952 roku. Jest wychowankiem Junaka Włocławek, z którego przeniósł się do Kujawiaka Włocławek. W czasie studiów na Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie grał w AZS-AWF Warszawa i Polonii. Karierę piłkarską zakończył w 1975 roku. Karierę trenerską rozpoczynał w klubach warszawskich z niższych lig (m.in. z rezerwami Polonii w lidze okręgowej, z Hutnikiem w trzeciej lidze, czy też z RKS Błonie również w trzeciej lidze). Kolejnym etapem była praca przy reprezentacji Polski - w 1981 roku Engel objął w Kadrze Bank Informacji, zastępując Bernarda Blauta. Kilka miesięcy później powrócił do Hutnika Warszawa, z którym w 1983 roku po raz pierwszy w historii klubu awansował do drugiej ligi. W połowie lat 80' został trenerem pierwszej drużyny Legii. Już w pierwszym sezonie zdobył z nią wicemistrzostwo Polski, kolejne lata nie były już jednak tak udane jak poprzednie. Po zrezygnowaniu z prowadzenia Legii, Engel przeniósł się na Cypr, gdzie trenował tamtejsze drużyny. Kiedy w 1995 roku powrócił do Polski, zajął się biurowymi sprawami. Został najpierw dyrektorem sportowym w Legii, grającej wtedy w Lidze Mistrzów. Potem na takim samym stanowisku pracował w Polonii. W 2000 roku, po części za sprawą Engela Polonia zdobyła potrójną koronę (mistrzostwo Polski, Puchar Ligi i Superpuchar Polski). 1 stycznia 2000 roku to przełomowa data w życiorysie Engela - wtedy to oficjalnie stał się selekcjonerem reprezentacji Polski. Z znanego tylko w wąskim gronie trenera stał się osobą rozpoznawalną w całej Polsce. Eliminacje do mundialu okazały się niezwykle udane i Polska po szesnastu latach ponownie weszła do grona najlepszych drużyn na świecie. Występ w Korei i Japonii już tak udany nie był. Pamiętna porażka z Koreą i blamaż z Portugalią sprawiły, że Polska zakończyła zmagania w fazie grupowej turnieju. Engel pożegnał się z reprezentacją. Do pracy powrócił po rocznej przerwie - najpierw jako dyrektor sportowy, a potem już jako trener. W 2005 został szkoleniowcem "Białej Gwiazdy", a rok później trenował piłkarzy APOEL-u na Cyprze. 31 lipca 2006 został powołany na stanowisko pełnomocnika Prezydium Zarządu ds. Szkolenia. Jest również członkiem Zarządu, Wydziału Szkolenia oraz Rady Trenerów PZPN.
@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
11
Wybitne legendy argentyńskiego futbolu:
6 października 1921 r. urodził się Rinaldo Fioramonte Martino, napastnik. 2-krotny zdobywca Copa America(1945 i 1946), mistrz Argentyny z San Lorenzo, 2-krotny mistrz Urugwaju z Nacional, mistrz Włoch z Juventusem oraz król strzelców argentyńskiej Primera Division. Pochodził z Kordoby ale wielką karierę zrobił w latach 40-tych w San Lorenzo tworząc wraz z Farro i Pontonim ,,śmiercionośny trójząb". Sezon 1949/50 spędził we włoskim Juventusie, dwa następne lata grał w Boca Juniors, po czym został mistrzem Urugwaju w barwach Nacional. W lidze argentyńskiej nastrzelał łącznie 146 goli w 239 meczach a w reprezentacji 16 goli w 20 meczach. W 1953 roku przeszedł do CA Cerro, gdzie zakończył karierę. Był typem piłkarskiego Sępa, niezwykle groźnego w polu karnym. Doskonały drybler, szybki i dynamiczny, do perfekcji doprowadził technikę strzału, również głową. 25 lutego 1945 roku podczas Copa America w meczu z Urugwajem na Estadio Santiago Nacional, w 60 minucie zmusił widownię do długotrwałej owacji na stojąco. Przejął piłkę przed polem karnym, jak na paradzie objechał Prado, ogromnemu Vareli zafundował klasyczny ,,tunel", zaplątał nogi na supeł bezradnemu Sarro i z pełnego obrotu huknął w samo okienko. Legendarny Maspoli nawet nie drgnął. Ten cudowny gol wszedł do antologii jako ,,Gol the America". W pełni zasługiwał na to miano.
@Sysia11
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360
12
FC Barcelona w europejskich pucharach:
Dokładnie 60 lat temu FC Barcelona rozgromiła na Camp Nou DOS Utrecht 7:1(!) w I rundzie Pucharu Miast Targowych. Aż 5(!) goli w tym meczu ustrzelił znakomity napastnik Jose Antonio Zaldua. Pozostałe gole strzelili Verges i Pereda. Zaldua już na stałe zapisał się w historii europejskiego futbolu, notując niezwykły występ, zdobywając pięć goli w meczu Pucharu Miast Targowych na Camp Nou. Napastnik z Nawarry, który dołączył do klubu latem 1961 roku razem z Peredą, Zaballą i Pesudo dzięki środkom uzyskanym z transferu Luisa Suáreza do Interu, ostatecznie został kapitanem Blaugrany i zaprezentował olśniewający występ przeciwko holenderskiej drużynie DOS, prowadząc do ogromnej wygranej 7-1 i ich eliminacji z turnieju. Pomimo rozgromienia, Barça grała w przerywanym tempie, jak wyjaśnił dziennikarz José María Hernández Pijuán na łamach 'El Noticiero Universal', dodając, że gdy zespół Roque Olsena złapał rytm, zaprezentowali "stylowy, a jednocześnie praktyczny futbol, który przyprawiał rywali o zawrót głowy, narażając ich na ogromne luki, które tamtejsi napastnicy mogli wykorzystać wedle woli." Co ciekawe, mecz przeciwko DOS Utrecht był drugim występem Zaldúi w sezonie 1965-66. Napastnik powrócił do drużyny azulgrana po okresie wypożyczenia w Osasunie od lutego do maja 1965 roku, gdzie na nowo odkrył formę i sprawność po poważnej kontuzji kolana. Zadebiutował w szóstym meczu przeciwko Córdoba na El Arcángelu (0-0) i opuścił siódmy mecz przeciwko Atlético Madryt na Camp Nou (1-4). Po jego pięciu golach przeciwko DOS Utrecht, Zaldúa zagrał prawie w każdym meczu i miał swój najlepszy sezon z Dumą Katalonii pod względem zdobytych bramek: 18 goli w 36 występach, co daje średnio 0,5 gola na mecz, imponujący wynik w czasach, gdy Barça mogła tylko "uzbierać" kilka tytułów Pucharu Generalissimusa...
Niecodzienny europejski rekord Zaldúi przetrwał 59 lat. Zdołał go wyrównać dopiero nie kto inny, jak sam Lionel Messi 7 marca 2012 roku. Tego dnia, w meczu Ligi Mistrzów (1/8 finału, rewanż), argentyński gwiazdor pogrążył Bayer Leverkusen, zdobywając pięć z siedmiu goli, które Niemcy stracili na Camp Nou (7-1).
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
0
@Stinger_ To prawda mocno przesadziłem jeśli o skuteczność a wiesz z jakiego powodu tak przesadziłem i nie oszacowałem? Dlatego że Robert takim wykonywaniem rzutów karnych wyprowadził mnie z równowagi!!! A co jeśli byłby to karny decydujący o wejściu do finału a nie daj Boże w samym fina Champions Lig! Po jakiego c'@#*a taka pajacerka? Czemu i komu ma to służyć do diabła!?
2
@adamek20151 O tych 100% to rzeczywiście przesadziłem ale skoro Robert bierze się za każdego karnego to te 95 % to podstawa! a nie wiem czy nawet tyle osiąga?
1
@kanver_ Nie znam ale znałbym Roberta, gdyby przestał tak pajacować!!!
0
@Hosh Napewno nie stuprocentową a przy takiej klasie i doświadczeniu napastnika należałoby tego oczekiwać...
4
I jeszcze jedno odnośnie rzutu karnego Roberta. Duży szacunek za jego dotychczasową kariere i to co robi w tym wieku. Jednak taka pajacerka przy karnych nie przystoi takiej legendzie. Rzut karny powinien być wykonywany z normalnym nabiegiem a nie skakaniem jak małpa w cyrku...! Takim pajacowaniem nigdy nie będzie dobrej skuteczności w rzutach karnych...
0
@vangoor Kiedy, w którym momencie?
0
Co prawda mecz ogladałem dopiero od jakiejś 55 minuty ale też jestem wkurwiony na wynik i na gre zespołu. Jednak na dogłębną krytyke jeszcze przyjdzie czas. Mnie tylko ciekawi czemu nie grał Yamal(?) przecież wrócił już po kontuzji i grał z PSG i to jeśli się nie myle nawet cały mecz...
10
@FCBparasiempre
5 października 1960 r. urodził się brazylijski napastnik Antonio de Oliveira Filho, znany bardziej jako Careca. Brazylia miała wielu wybitnych ofensywnych piłkarzy. Pele, Zico, Garrincha, Ronaldo, czy Ronaldinho to tylko nieliczni w panteonie wielkich zawodników atakujących rodem z Kraju Kawy. Mimo to w zespole „Canarinhos” nigdy nie było łatwo o środkowego napastnika. Zdarzało się jednak, że tę wymarzoną „dziewiątkę” udało się im wychować. Jednym z takich piłkarzy był właśnie Careca. Przyszły gwiazdor reprezentacji Brazylii i Napoli narodził się w mieście Araraquara, leżącym w stanie Sao Paulo. Swój pseudonim wziął od klauna o imieniu Carequinha. Wynikało to bowiem z podobieństwa słynnego brazylijskiego klauna do chłopaka z Araraquary. Miał on bowiem bujne włosy, przypominające mop. Carequinha z kolei miał czubek głowy łysy, a włosy na głowie pozostały mu z boku. Młody, bo ledwie szesnastoletni Careca swoją karierę rozpoczął w klubie Guarani FC (nie, nie sponsoruje ich słynna marka yerba mate). Tam zasłynął dobrym wykończeniem i szybkością, która wyróżniała go na tle rówieśników. Szybko został określony wielkim talentem brazylijskiej piłki, ale na szczęście dla niego i brazylijskiej piłki nie popełniono błędu powszechnego wśród działaczy z Kraju Kawy w XXI wieku. Mianowicie chodzi tu o to, że nie został on szybko sprzedany do Europy, co pomogło rozwinąć się młodemu napastnikowi na własnej ziemi i pomóc kadrze narodowej grając z kolegami w kraju. W Guarani FC mimo sześciu lat nie zagrał zbyt wiele. Rozegranie sześćdziesięciu trzech meczów w ciągu tylu lat w jednym klubie to nie jest dużo. Mimo to zdołał zdobyć trzydzieści osiem goli, co robi wrażenie. Ta spora liczba goli pozwoliła Carece się wypromować. Jego talent rozwinął się już na tyle, że był kandydatem do występu w reprezentacji Brazylii na mistrzostwach świata w Hiszpanii w 1982 roku. Pech jednak chciał, że doznał kontuzji. Mowa o pechu, bo kto wie, co osiągnęliby Brazylijczycy, gdyby był on w składzie. Rok później, po dojściu do pełni zdrowia, Careca spełnił marzenie o grze w Sao Paulo FC, największym klubie z tamtego stanu i jednym z czołowych w Brazylii. Tam w krótszym okresie – czteroletnim – rozegrał o cztery mecze więcej, niż w Guarani FC i zdobył 54 bramki. Pokazało to dobitnie, jak rozwijał się z każdym kolejnym rokiem. W 1987 roku Careca wreszcie wyruszył w świat. Pomimo wszystko średnio udanych mistrzostwach świata w Meksyku, o których mowa będzie w części o reprezentacji, trafił on do Napoli. Klub z miasta w regionie Kampania we Włoszech, znanego z mafii miał już jednego wielkiego piłkarza w swoich szeregach. Był nim pewien niskiego wzrostu Argentyńczyk, który w Meksyku zrobił furorę. Mowa oczywiście o Diego Maradonie. Careca dołączył do niego i Bruno Giordano, z którym wkrótce mieli stworzyć tercet Ma – Gi – Ca. Napoli było wówczas wielkim klubem we Włoszech, który tworzył w latach osiemdziesiątych choćby z Juventusem, czy wielkim Milanem Arrigo Sacchiego najlepszą ligę na świecie. Duże grono znakomitych piłkarzy na czele z Van Bastenem, Gullitem, Platinim, Maradoną, czy Rijkaardem lgnęło do Serie A niczym pszczoły do miodu. Pozyskanie kogoś takiego do Neapolu, jak Careca miało być dla „Partenopei” utwierdzeniem w przekonaniu, że są najlepsi w kraju. Byli oni bowiem świeżo po zdobyciu mistrzostwa Włoch. Czy Careca był pomocnikiem Maradony w Napoli? Zdecydowanie nie, ponieważ po pierwsze ci dwaj byli z krajów, które niekoniecznie za sobą przepadają. Mimo to Brazylijczyk i Argentyńczyk w tym przypadku nie żarli się jak pies z kotem. Zdrowo ze sobą rywalizowali, stymulując cały zespół do sukcesów, które Napoli na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych osiągało. Szybko stali się kolegami z boiska, a sam Careca traktował Diego przed transferem do Napoli wręcz mitycznie. ,,Przyjechałem do Neapolu, by spełnić moje marzenie o grze obok Diego”– podsumował Careca. Po drugie różnił ich styl gry. Maradona był klasycznym przykładem piłkarza grającego niezwykle pod względem technicznym, natomiast Careca był szybki, ale liczyło się dla niego przede wszystkim skuteczne wykończenie. Postawiona w tytule teza, czy Careca był pomocnikiem Maradony, patrząc na ich style gry, może być wręcz odwrócona. Styl gry boskiego Diego wskazywał na to, że to on mógł pomagać Brazylijczykowi, a nie odwrotnie. Ich wspólna gra doprowadziła wreszcie do tytułu mistrzowskiego w 1990 roku – ostatniego w historii Napoli. Sam Careca zdobył 74 gole w swojej sześcioletniej historii gry na Stadio San Paolo.
Po opuszczeniu Neapolu w 1993 r. roku Careca w wieku 33 lat powędrował do Japonii. Gra w zespole Kashiwa Reysol miała być stopniowym końcem kariery dla Brazylijczyka. Przyspieszyły to niestety dwie operacje nóg, które zmusiły go do wcześniejszego zawieszenia butów na kołku. Zanim do tego jednak doszło, zdążył on zdobyć w Japonii przez 3 lata 31 goli. ,,Grałem do 37 roku życia, bo miałem dwie operacje nóg, które zbyt mocno wpłynęły na moje zdrowie. Gdyby nie to, to mógłbym grać do 42 roku życia”– wspominał Careca. Po japońskiej przygodzie Careca postanowił wrócić do ojczyzny, by tam zakończyć swoją świetną karierę. Niestety łącznie od 1997 do 1999 roku rozegrał w trzech brazylijskich klubach – Santosie, Campinas i Sao Jose łącznie 21 meczów. W 1999 roku po raz pierwszy zakończył swoją karierę. ,,Pożegnalny mecz w 1999 zorganizowałem w Neapolu, bo Neapolitanie na to zasłużyli. W tym dniu padał śnieg, a mimo to przybyło pięćdziesiąt tysięcy ludzi”– opowiadał Careca. To tylko pokazuje, jak bardzo doceniał kibiców Napoli. Podkreślił tym fakt, że czuł się w tym klubie i mieście bardzo dobrze. Nikt nie miał wówczas pojęcia, że Careca kiedykolwiek jeszcze zagra w piłkę. W 2005 roku mając 45 lat Brazylijczyk wznowił na krótko swoją karierę w Galforth Town w Anglii. Brazylia w latach osiemdziesiątych miała niesamowite pokolenie piłkarzy. Falcao, Zico, Socrates, czy Toninho Cerezo to przykłady wybitnych zawodników, którzy tworzyli jedną z najpiękniej grających drużyn w historii futbolu. Wyznająca filozofię „joga bonita” ekipa „Canarinhos” miała w 1982 roku z łatwością zdobyć tytuł mistrza świata. Nikt jednak nie przypuszczał, że pokona ich reprezentacja Włoch z Paolo Rossim na czele. Pamiętny mecz, wygrany przez „Squadra Azzurra” 3:2 sprawił, że Brazylia nie mogła się z tym pogodzić. Wtedy jeszcze nie było Careci, który z powodu kontuzji przeżywał tę klęskę w domu. Jego czas miał dopiero nadejść. Debiut w kadrze narodowej przypadł na 1983 rok, w którym wystąpił po raz pierwszy na wielkiej imprezie. Była to Copa America, w której Brazylijczycy zajęli drugie miejsce. Światowa scena poznała go jednak w pełni dopiero trzy lata później w Meksyku na mistrzostwach świata. Brazylia jechała tam jak zawsze w roli głównego kandydata do tytułu najlepszego zespołu na świecie, a Careca miał być jednym z jej przodowników. Mundial wtedy różnił się od obecnych realiów. W grupie za zwycięstwo zdobywało się jeszcze dwa punkty, wychodziły z niej w niektórych przypadkach trzy drużyny. Brazylia trafiła w fazie grupowej na Hiszpanię, Algierię i Irlandię Północną i zdobyła wówczas komplet sześciu punktów. Careca zgodnie z oczekiwaniami był jednym z głównych bohaterów „Selecao”, zdobywając w grupie trzy gole. Później nadszedł czas na starcie z reprezentacją Polski, która już w fazie grupowej delikatnie mówiąc nie zachwycała. Brazylia pokonała drużynę Antoniego Piechniczka a Careca ustalił wynik spotkania na 4:0. Później jednak znowu Brazylia zawiodła w kluczowym momencie turnieju. Tym razem ich przeciwnikiem i pogromcą okazała się Francja. Mecz zaczął się dobrze dla Brazylii, ponieważ Careca wyprowadził Brazylię na prowadzenie, jednak jeszcze w pierwszej połowie Michel Platini wyrównał stan rywalizacji. Rywalizację rozstrzygnęły rzuty karne, które Francja wygrała 4:3. Później Careca brał udział jeszcze w rozgrywanym rok później Copa America, z którego Brazylia odpadła po fazie grupowej oraz w mistrzostwach świata w 1990 roku, w których „Selecao” wypadli niewiele lepiej, ponieważ odpadli w 1/8 finału. Trzeba przyznać, że Careca miał zdecydowanie lepszą karierę w klubie, niż w reprezentacji. Szybki i skuteczny pod bramką przeciwnika Brazylijczyk nie zaznał sukcesu z kadrą narodową mimo tego, że był otoczony wybitnymi kolegami z boiska. Mimo to należy podkreślić fakt, że był znakomitym napastnikiem, który wiele wniósł do świata futbolu.
8
Brazylijskie legendy futbolu:
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@Comentateiro
@Adran360
1
@APTAPT Holenderska myśl szkoleniowa od wielu lat była na najwyższym poziomie, tylko ostatnio to się zmieniło na minus, przykładem jest Eric Ten Hag. Natomiast jeśli chodzi o Van Gaala, to nie jest to słaby trener, lecz bardzo arogancki i zarozumiały, co w efekcie przekłada się na bardzo złe relacje z działaczami i piłkarzami a co za tym idzie na złe wyniki jego drużyn...
8
@FCBparasiempre
5 października 1949 r. urodził się Zygmunt Garłowski, pomocnik. ,,Był kochanym bratem, tęsknił za nami. Gdy po urlopie znowu leciał do Australii, mówił że jeszcze tylko 4 lata, byle do emerytury i na stałe wróci do Polski. Wtedy widziałem go ostatni raz. Zmarł nagle. Do Polski wróciły już tylko jego prochy.”- mówi o Zygmuncie Garłowskim jego młodszy brat Ireneusz. Zygmunt to legenda Śląska Wrocław, kapitan i najlepszy strzelec drużyny, która w 1977 roku zdobyła pierwsze mistrzostwo Polski. Mistrzem w drużynie był również Ireneusz – niezły boczny pomocnik lub obrońca ale w cieniu błyszczącego na boisku brata. ,,Wszędzie szliśmy razem bo Zyga o mnie pamiętał. Nie tylko o mnie ale o całej rodzinie. Gdy gdzieś miał się przenieść, przenosiliśmy się wszyscy. Od dziecka zapowiadał się na superpiłkarza, więc ojciec uznawał że trzeba dostosować się do jego piłkarskich planów. Miałem 15 lat i pojechaliśmy do Bytomia bo Zygmunta chciała Polonia, tyle że Górnik Wałbrzych ani myślał go puszczać, więc czekaliśmy tam dobrych kilka tygodni na rozwój wypadków. Potem włączył się ROW i zamieszkaliśmy w Chwałowicach pod Rybnikiem. Musieliśmy wracać do Wałbrzycha bo Zygmuntowi groziła długa karencja.”- wspomina brat Irek. Dopiero 5 lat później Garłowskiego z Górnika Wałbrzych wyciągnął Śląsk Wrocław. ,,Argument służby wojskowej nie wchodził w gre bo brat formalnie był zatrudniony w kopalni na etacie górnika dołowego a tych do wojska nie brali. Trzeba się było zwyczajnie dogadać i gdy Śląsk już dopiął swego, Zygmunt przyjechał po mnie na zgrupowanie Górnika. Powiedział że wszystko załatwione i ja też się przenosze. Zyga był dla mnie piłkarskim wzorem już w naszej rodzinnej Bielawie i w pierwszym klubie, czyli w Bielawiance. Chodziłem na jego mecze jako kibic i też grałem w piłke. Nigdy jednak mu nie dorównałem, nie miałem takiego talentu ”- mówi o 4 lata młodszy brat. Z Bielawy(oczywiście również razem) bracia przenieśli się do pobliskiego Wałbrzycha. W mieście funkcjonowały 2 drugoligowe kluby. O Zygmunta mocno zabiegał Thorez, który za chwile zmienił nazwę na Zagłębie. Gdyby wybrał te oferte, jego kariera pewnie nabrałaby większego rozpędu bo już w następnym sezonie zespół awansował do Ekstraklasy ale… ,,Na Thoreza kategorycznie nie zgadzał się ojciec. Uważał że to mocno ,,czerwony” klub. Samo nazwisko francuskiego komunisty w nazwie było skutecznym straszakiem dla taty, byłego żołnierza Armii Krajowej. Jego synowie nie mogli przecież grać w Thorezie!”- wspomina Ireneusz. Zygmunt trafił więc do sąsiada zza miedzy. W 1968 r. Górnik Wałbrzych zdobył mistrzostwo Polski juniorów. Na turnieju finałowym w Mielcu błyszczał Zygmunt Garłowski. W drużynie gospodarzy grał Grzegorz Lato, w Lechii Gdańsk wschodząca gwiazda trójmiejskiej piłki Zdzisław Puszkarz… Na przenosiny do Śląska duży wpływ miała również głowa rodziny Garłowskich. Wrocławianie akurat awansowali do elity, Górnik spadał do 3 ligi. Mimo że w Śląsku nie brakowało w tamtych czasach bardzo dobrych ofensywnych piłkarzy, jak Sybis, Kwiatkowski i Pawłowski, to Zygmunt nie tylko potrafił dogrywać kolegom piłke ale i sam był niezłym egzekutorem. Do niego należało też wykonywanie rzutów karnych. Przed finałami mistrzostw świata w 1974 r. był w szerokiej kadrze reprezentacji Polski. Kazimierz Górski dał mu szanse w towarzyskim meczu z Grecją ale po zaledwie 45 minutach został ściągnięty i mógł zapomnieć o turnieju. W pierwszej połowie zmarnował świetną okazje strzelecką i podobno w tym momencie selekcjoner uznał że nie potrzebuje go w 22-osobowej ekipie. ,,Zyga był raczej skryty, nie lubił głośno rozstrząsać takich spraw a już na pewno nie w jego stylu było użalanie się nad sobą. Dało się jednak wyczuć że brak powołania go zabolał a czy zadecydowała jedna zepsuta okazja? Jakiś powód musiał być, no i pamiętajmy że oprócz Deyny w środku pola grali Kasperczak, Ćmikiewicz i Maszczyk. Strasznie trudno było wskoczyć do takiej ekipy.”- zaznacza Ireneusz Garłowski. Tyle że jego brat przegrał walkę o miejsce w kadrze bezpośrednio z Romanem Jakóbczakiem. Pomocnik Lecha w tym ostatnim sprawdzianie z Grekami nie zmarnował szansy, strzelił gola. Górskiemu musiało się to spodobać. Zygmunt generalnie nie miał szczęścia do seniorskiej kadry. Nie było go też w drużynie na igrzyskach olimpijskich w Monrealu. Schemat się powtórzył: szansa pokazania się w ostatnim przedturniejowym meczu z Irlandią i zejście z boiska już po 45 minutach z negatywną cenzurką. Za to Śląsk nieustannie liderował! Nie chodzi tylko o mistrzowski sezon ale też o finał Pucharu Polski, kiedy w 1976 golem z rzutu karnego w starciu ze Stalą Mielec przypieczętował zdobycie trofeum, oraz o dobre mecze w europejskich pucharach, łącznie z ćwierćfinałem Pucharu Zdobywców Pucharów. Kapitanem drużyny przestał być po odejściu trenera Żmudy, kiedy zespół przejął Aleksander Papiewski. Nie tylko dla obu Garłowskich najważniejszym trenerem w historii Śląska pozostaje Władysław Zmuda. To on ,,przerobił” Zygmunta na środkowego pomocnika bo najpierw był napastnikiem. ,,W moim Śląsku zajął się organizacją gry ofensywnej. Tworzył w tej strefie bardzo interesujący duet z Janem Erlichem, który z kolei miał więcej zadań defensywnych. To byli świetni gracze. Mundial w Niemczech? Może jednak był za spokojny? Na pewno nie miał charakteru człowieka, który zawsze potrafi bić się o swoje. Nie chcieli go, to się nie napraszał. Troche mu chyba brakowało przebojowości poza boiskiem, charakterystycznej dla kilku innych piłkarzy, którzy zaistnieli w kadrze. W Śląsku nie musiał się przepychać łokciami bo szybko poznaliśmy jego wartość. Ani w szatni, ani poza klubem nie był wodzirejem. Co innego na boisku: tu miał kompletne papiery na kreowanie gry! Dlatego był kapitanem drużyny. Wydaje mi się że z powodu cech osobowościowych i boiskowego znaczenia dla Śląska był tym, kim Deyna dla Legii. Jego największą zaletą była umiejętność szybkiego wyboru najlepszego rozwiązania w danej sytuacji. Do każdej drużyny zawsze uporczywie szukałem tego typu piłkarza, bo to stanowiło bazę do wielu innych działań i cieszyłem się że w Śląsku trafiłem na kogoś takiego. Gdybym nie miał wtedy Zygmunta, zdecydowanie musiałbym szukać innych rozwiązań. Jego nie dałoby się ot tak zastąpić kimś innym, takich piłkarzy nie spotyka się codziennie na ulicy”- podkreśla trener Żmuda. Zygmunt ze Śląskiem rozstał się zimą 1981 r. Miał wówczas 32 lata, więc skorzystał z okazji i wyruszył do Australii, gdzie grał w Polonii Soccer Club. Wybrał się tam z dawnymi kolegami ze Śląska: Zygmuntem Kalinowskim i Henrykiem Sobczykiem oraz Antonim Galasem z Zagłębia Wałbrzych. Brat mieszkał w St. Marys i jak to już wcześniej bywało, załatwił miejsce w drużynie także dla mnie. Dołączyłem do niego razem z Henrykiem Kowalczykiem. Wszyscy graliśmy w Polonii Soccer Club.”- opowiada brat Ireneusz. Bracia wrócili do Polski w 1984 r. Zygmunt zaliczył jeszcze epizod w Polarze Wrocław. Później przez niecały sezon był asystentem Apostela w Śląsku. W 1987 r. Zygmunt Garłowski ponownie poleciał do Australii, tym razem już na stałe. ,,Miał australijski paszport, mógł więc legalnie tam zarabiać. Nieźle mu się wiodło ale mówił że gdy skończy 62 lata i zapracuje na australijską emeryture, to na pewno wróci do Polski.”- wspomina brat Irek. Wiosną 2007 r. przyleciał na krótki urlop do kraju. ,,Nie miałem pojęcia że widzimy się po raz ostatni. Odliczaliśmy te jego lata do emerytury. Pożegnaliśmy się a za chwile miała lecieć do niego żona i nagle przyszła ta tragiczna wiadomość. Skok ciśnienia, wylew! A nigdy nie chorował, nie narzekał.”- kręci z niedowierzaniem głową brat legendarnej gwiazdy Śląska. Prochy Zygmunta Garłowskiego wróciły do Polski. Pogrzeb odbył się 12 lutego 2008 roku na Cmentarzu Osobowickim we Wrocławiu.
9
Zapomniane legendy rodzimego futbolu:
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360
10
Był sobie trener:
5 października 1997 r. trybuny Camp Nou wygwizdały Luisa Van Gaala. Rzadko zdarza się tak, iż nowy trener dopiero buduje nowy zespół, drużyna wygrywa cztery pierwsze mecze sezonu, w piątym prowadzi już od 6 minuty a trybuny reagują gwizdami. Dwa gole dla gości z Tenerife, przedzielone zmianą idola trybun Ivana de la Peñi, dolały jedynie oliwy do ognia. Rozwścieczeni kibice już w 25 minucie żegnali trenera białymi chusteczkami. Ostatecznie Blaugrana wygrała 3:2, lecz niezadowolenie trybun było słyszalne przez pełne 90 minut. ,,Wiem że zmiana Ivana była niespodziewana ale musiałem to zrobić. Mówiłem mu że musi uważać na Juanele. Poza tym w ofensywie też podawał niecelnie. Ja podejmuje ryzyko w przeciwieństwie do innych trenerów. Gdybyśmy przegrali, również uważałbym że miałem racje”- podsumował swoje decyzje Van Gaal.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
11
Nieco zapomniane legendy futbolu:
4 października 1955 r. urodził się Jorge Alberto Francisco Valdano Castellanos, były argentyńsko-hiszpański piłkarz i trener, administrator Realu Madryt. Był krępym napastnikiem (188 cm) obdarzonym dużymi umiejętnościami technicznymi. Przybył do Hiszpanii bez większego hałasu i powoli zrobił dla siebie miejsce wśród najlepszych. Real Madryt był ostatnim etapem jego kariery jako piłkarza i pierwszym jako trener i działacz klubowy. Historia Valdano to historia Madridista. W wieku 16 lat Jorge dołączył do młodzieżowych drużyn Newell's Old Boys w rodzinnej Argentynie i zadebiutował w pierwszej drużynie, gdy miał 18 lat. Zdominował grę w powietrzu, ale wyróżniał się także mobilnością i wykorzystaniem obu nóg. Jego umiejętności wzbudziły zainteresowanie menedżerem Deportivo Alavés, legendarnym kapitanem Madrytu José María Zárraga, który podpisał z nim kontrakt w 1975 roku. Jego dobre występy w czterech sezonach z klubem z Vitorii otworzyły drzwi Saragossy a stamtąd podpisał kontrakt z Realem Madryt w 1984 roku. Valdano udowodnił, że jest odpowiednim partnerem dla „Quinta del Buitre”, która właśnie awansowała do pierwszego zespołu. Z ,,Los Blancos” zdobył cztery tytuły, w tym jedyne dwa tytuły Pucharu UEFA w klubowej sali trofeów.
Na początku 1987 roku zdiagnozowano u niego zapalenie wątroby typu B, co doprowadziło do jego wycofania się z futbolu pod koniec tego samego sezonu. Do tego czasu utrzymywał dobrą średnią strzelonych bramek z Realem Madryt (40 bramek w 80 meczach La Liga). Rok wcześniej został również Mistrzem Świata z Argentyną. Skutki tej choroby i surowość leczenia były nie do pogodzenia z zawodowym sportem. Po przejściu na emeryturę nadal był związany z klubem. Najpierw trenował drużynę Under-19, a po poprowadzeniu skromnej Teneryfy do europejskich rozgrywek objął w 1994 roku dowództwo nad pierwszą drużyną. Valdano spełnił swój cel, jakim było zbudowanie zwycięskiej drużyny nastawionej na ataki z własną tożsamością. Drużyna znakomicie zdobyła tytuł La Liga w sezonie 1994/95. W tamtym sezonie zadebiutował Raúl w wieku 17 lat. Po zakończeniu kariery trenerskiej przeszedł do administracji, gdzie zajmował stanowiska Dyrektora Generalnego ds. Sportu Realu Madryt a później Dyrektora Generalnego Prezydencji.
@Sysia11
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360
2
@Lionel_Messi10 Przeciwko Atletico Madryt! :)
15
To był spektakl jednego aktora:
4 października 2008 r. FC Barcelona rozgromiła na Camp Nou Atletico Madryt 6:1 w ramach 6 kolejki La Liga. W pierwszym sezonie pracy Guardioli nie warto było spóźniać się na żaden z meczów, czego najlepszym przykładem jest potyczka z Atletico. Futbol Barçy był totalny, gole strzelali nie tylko napastnicy ale również i obrońcy(przykładem Marquez, który strzelił gola w 3 minucie tego meczu). Widzowie, którzy weszli na stadion, bądź włączyli odbiorniki w 10 minucie meczu nie zobaczyli 3 goli gospodarzy i pierwszego gola Messiego z rzutu wolnego w karierze, w dodatku nietypowego, gdyż zdobytego w momencie gdy bramkarz gości ustawiał mur. Opuszczenie pierwszej połowy meczu odbierało właściwie sens oglądania drugiej, ponieważ Blaugrana zrezygnowała po przerwie z przygniatającego pressingu. FC Barcelona z reguły pilnowała już wysokiego prowadzenia, podając w nieskończoność piłke, której przeciwnik nie był w stanie przejąć i dobijała rywali kolejnymi golami.
Miło wspomnieć:
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
1
@Bernard777 Ja ten film oglądałem bodaj ze dwa razy ale Van Himsta wogóle nie kojarze? Jeśli chodzi o reprezentacje Belgii na mundialu Italia '90 to też zupełnie nie pamiętam, choć z pewnością ich mecze ogladałem. Natomiast doskonale pamiętam Belgie z Mexico "86 gdzie była rewelacją i gdzie dopiero ,,boski" Diego ją zatrzymał. Pfaff, Gerets, Ceulemans, Scifo czy Claesen to były gwiazdy światowego futbolu. W efekcie Belgowie zajeli 4 miejsce po porażce z Francją w meczu o brązowy medal ale zostawili po sobie spektakularne wrażenie...
12
„Raz na tysiąc lat”:
3 października 1983 r. FC Barcelona przegrała na Camp Nou 1:4 z FC Metz w ramach 1/16 Pucharu Zdobywców Pucharów. Barça Terry’ego Venablesa w pierwszym sezonie wszystko robiła efektownie. W La Liga wygrywała wszystkie mecze a w Pucharze Zdobywców Pucharów odpadła z rozgrywek w równie ,,efektowny” sposób. Po zwycięstwie w Metz 2:4 droga do awansu wydawała się otwarta, zwłaszcza że w 33 minucie meczu rewanżowego Blaugrana objęła prowadzenie. W dotychczasowych 4 meczach ligowych Katalończycy dali sobie strzelić tylko jednego gola. W takiej sytuacji strata 4 goli u siebie, potrzebnych przeciętnej francuskiej drużynie do awansu, wydawała się niemożliwa. Barça stosowała w tym meczu taktykę wymuszania spalonych wymyśloną przez Menottiego, polegającą na ustawianiu wysuniętej linii obrony, co Metz wykorzystało dwukrotnie w ciągu 2 minut, jeszcze w pierwszej połowie. W przerwie meczu nawet prezydent Metz nie wierzył w niespodziankę: ,,Sanchez(gracz Barçy, zdobywca samobójczego gola) dał nam prezent ale potrzebujemy jeszcze kilku aby zrekompensować nasze cztery podarunki z pierwszego meczu”. W drugiej połowie kolejne niemal identyczne zagrania za plecy stoperów zakończyły się trzecią i czwartą decydującą bramką dla gości. Wiceprezydent Joan Gaspart nie przebierał w słowach: ,,Proszę mnie nie pytać o naszych zawodników, bo mogę powiedzieć coś obraźliwego. Takie rzeczy dzieją się raz na tysiąc lat!”.
Pewne 3 punkty:
3 października 2001 roku w 6. kolejce Primera Division FC Barcelona pokonała na Camp Nou RCD Mallorca 3:0. Po pierwszych pięciu kolejkach Barça jest 4. w lidze - z jedenastoma punktami traci jedno "oczko" do Betisu Sewilla oraz Villarrealu. Jednocześnie ma tyle samo punktów co 3. Celta Vigo. Mallorca nie rozpoczęła sezonu najlepiej, przez co zajmuje dopiero 18. pozycję. Carles Rexach nie może skorzystać aż z dziewięciu swoich zawodników. Kontuzje mają Fábio Rochemback, Philippe Christanval, Alfonso Pérez, Michal Reiziger, Abelardo Fernández i Dani García, chory jest Marc Overmars, a Rivaldo i Francesco Coco wyjechali na mecze swoich reprezentacji. Dużo weselej nie jest w Mallorce. Kontuzjowani są Ariel Ibagaza, Leo Franco, Vicente Engonga i Gustavo Siviero, a Samuel Eto'o jest zawieszony. Od początku wszystko idzie zgodnie z planem Blaugrany. Już w 8. minucie na prowadzenie drużynę wyprowadza Luis Enrique, który zdobył gola strzałem głową po dośrodkowaniu z rzutu rożnego. W 26. minucie Hiszpan podwyższa rezultat, a w 31. minucie swojego drugiego gola w Primera División strzela Javier Saviola. W drugiej połowie na murawie nie pojawia się już Sergi Barjuán, który doznał kontuzji. Barça kontroluje spotkanie i próbuje utrzymać wynik. Ułatwia to Fernando Niño, który w 50. i 61. minucie otrzymuje żółte kartki i jest zmuszony do przedwczesnego zejścia z boiska. Bramkę dla gości zdobywa jeszcze Albert Luque, ale poprawną deyzję podejmuje arbiter tego spotkania, który odgwizduje spalonego i nie uznaje trafienia. FC Barcelona awansuje na pierwszą pozycję i ma punkt przewagi nad 2. Betisem i 3. Villarrealem. Mallorca w dalszym ciągu utrzymuje 18. miejsce.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
13
Wybitne legendy belgijskiego futbolu:
2 października 1943 r. urodził się Paul van Himst. Paul był jednym z najwybitniejszych belgijskich piłkarzy był obdarzony fantastyczną techniką i instynktem strzeleckim. Właśnie ze względu na umiejętności i styl gry nazywano go Białym Pele. Miał też inne przezwiska takie jak „Polle Slalom” (ze względu na drybling) i „Polle Gazon” (za to że był bardzo często faulowany). Debiutował w barwach RSC Anderlecht jako 16 latek i do dziś jest uznawany za najlepszego piłkarza w historii Fiołków z Astrid Park (457 spotkań i 233 bramki). Zdobył osiem tytułów mistrzowskich i cztery krajowe puchary, czterokrotnie był wybierany najlepszym piłkarzem Belgii. Na swoją doskonałą reputację zapracował też grając w reprezentacji Belgii (81 meczów i 30 goli). Warto wspomnieć, że van Himst zagrał również wraz Pelem i Bobby’m Moorem i Kazimierzem Deyną w filmie „Ucieczka do zwycięstwa”.
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
8
@FCBparasiempre
Dokładnie 90 lat temu urodził się Omar Sivori, argentyński pomocnik i napastnik, Zdobywca Copa America-1957 ; Zdobywca Złotej Piłki ,,France Football’’ z 1961 roku oraz 3-krotny Mistrz Włoch. Z Argentyny do Włoch kilka tysięcy kilometrów. Kiedy jednak zajrzeć do kronik "calcio" można dojść do wniosku, że oba kraje dzieli miedza a w dodatku przechodzić można wyłącznie w jedną stronę, z Argentyny do Italii. Orsi, Monti, Libonatti, Demaria, Montuori, Cesarini, Lojacano, Ricagni, Angelillo, Maschio, Martino, Peasaola, Pucirelli czy Scopelli, to tylko nieliczni z najwybitniejszych graczy, którzy przywędrowali z Argentyny na Półwysep Apeniński. Jedni przyjechali do Europy pragnąc znaleźć się w kraju swoich przodków, drugich skusiła wizja solidnych zarobków. I chyba nie będziemy w błędzie twierdząc, iż ten drugi aspekt miał istotniejsze znaczenie, bowiem Argentyńczycy pojawili się również w Hiszpanii (di Stefano) czy Francji. Zbliżonym szlakiem podążył najlepszy piłkarz Europy 1961 roku, Omar Sivori. Urodził się w San Nicolas, kilkunastotysięcznym mieście w prowincji Buenos Aires, nad Paraną. W przeciwieństwie do wielu sławnych piłkarzy, których biografie rozpisano niemal na dni, od czasów chłopięcych począwszy, niewiele wiemy o początkach jego przygody z futbolem. Dopiero jako siedemnastolatka, identyfikuje go nam River Plate, chociaż wedle innych źródeł grę w tym klubie rozpoczął mając dziewiętnaście lat. Zresztą rozbieżności w interpretacji argentyńskiego fragmentu życiorysu Sivoriego, bez liku. Pozostaje wszak niepodważalne, iż w 1955 roku był już gwiazdą River. Miał szczęście doskonalić swój talent u boku takich znakomitości jak Labruna, Loustau czy Nestor Rossi. Ale rychło uczeń przerósł mistrzów. Oto w 1955 i 1956 roku Omar Sivori był najskuteczniejszym zawodnikiem "milionerów". Wprawdzie jego osiągnięcia: 10 i 11 bramek, wyglądają dosyć skromnie przy zdobyczach Labruny, Ferreyry, Moreno, Artime, Masa czy Morete, ale przecież "ważyły swoje". Nieprzeciętny talent zjednał mu uznanie opiekunów reprezentacji, budujących kadrę na mistrzostwa świata w Szwecji. Nazwisko Sivoriego znajdujemy w składzie drużyny narodowej, która triumfowała w XXV Mistrzostwach Ameryki Południowej, rozgrywanych na peruwiańskich boiskach w 1957 roku. Doskonale spisywała się w Peru środkowa trójka napadu: Maschio, Angelillo, Sivori. Jednak nadzieje Argentyńczyków na zmontowanie silnej reprezentacji prysnęły niczym bańka mydlana. Angelillo znalazł się w Interze, Maschio w Bolonii, zaś Sivori - za 180 milionów lirów - w Juventusie! Argentyński Związek Piłkarski (AFA) uznał, że "synowie marnotrawni" niegodni są występów w MŚ. Trener Guillermo Stabile, "król strzelców" I światowego championatu, musiał z nich zrezygnować. Wejście Sivoriego do Juventusu okazało się imponujące. Wraz z Walijczykiem Charlesem stworzył wyśmienity tandem, wspomagany przez Włocha Bonipertiego. W sezonie 1957/58 turyńczycy sięgnęli po prymat z przewagą ośmiu punktów nad Fiorentiną. Charles z 29 golami wygrał rywalizację strzelców, Sivori zajął w tej konkurencji trzecią pozycję z 22 trafieniami. W 1960 i 1961 Juventus znów był najlepszy we Włoszech, a prym w drużynie nadal wiodła trójka: Charles, Sivori i Boniperti, lecz w dorobku bramkowych Argentyńczyk zdecydowanie przodował. Zwyciężył w konkurencji "kanonierów" ligi w 1960 - 27 bramek, w następnym był drugi - 25, zaś w 1963 trzeci - 16. W tym czasie zespołowi, finansowanemu przez koncern "Fiata", dwukrotnie przypadł Puchar Italii. Sivori grał w Juventusie przez osiem sezonów, potem jeszcze cztery - do 1969 - w Napoli. Podczas występów na włoskich stadionach zdążył strzelić 188 goli, co dało mu eksponowaną lokatę wśród najskuteczniejszych zawodników historii "calcio". Swoją grą w turyńskiej armadzie zyskał europejską sławę. Synonim niedoścignionego kunsztu technicznego - pisano - czarował publiczność i fachowców niepowtarzalnym dryblingiem, bajecznym panowaniem nad piłką, instynktem rasowego strzelca. Wielka ruchliwość, iście południowy temperament oraz wyjątkowa zwinność, sprawiły iż przylgnął doń przydomek: "Scioattolo della Juve" (wiewiórka z Juve).
Gdzie indziej charakteryzowano odmienne oblicze piłkarza: " Sivori był przez parę ładnych lat bożyszczem włoskich kibiców, nie tylko ze względu na wysokie umiejętności piłkarskie, lecz również z powodu malowniczego sposobu zachowywania się na boisku. Niemal w każdym meczu popadał w konflikt z sędzią a raz dopuścił nawet do bójki z trenerem drużyny... rywali. Charakter miał ogromnie wybuchowy. Pewien dziennikarz nazwał go aniołem i demonem "calcio". Omar Sivori lubił też popisywać się nieprawdopodobnymi sztuczkami. W czasach występów w Argentynie doprowadził do rozpaczy Chilijczyków. Otrzymawszy piłkę wpadł w istny trans. Minął w niewiarygodnym pląsie szesnastu (!) atakujących go przeciwników i by nie pozostawić wątpliwości, że jest panem sytuacji, uwieńczył "kiwkę" bramką. Ponoć do dziś mówi się o tym trafieniu - "gol Ameryki". Albo trenując w Juventusie przepadał za "przekomarzaniem" się z Charlesem. Kiedyś 20 razy zagrał mu piłkę między nogami co w piłkarski żargonie zowie się "założeniem siatki", innym razem przez godzinę podbijał nogą piłeczkę... ping-pongową, wygrywając zakład z Walijczykiem.Po trzech latach pobytu na Półwyspie Apenińskim, otrzymał obywatelstwo włoskie i mógł kandydować do reprezentacji Italii. Zadebiutował w niej potyczką z Irlandią Północną, 25 kwietnia 1961, strzelając jedną z trzech (3:2) bramek. 15 czerwca, na stadionie Comunale we Florencji gościli Argentyńczycy. Włosi zdeklasowali przybyszów 4:1, a dwoma trafieniami popisał się "oriundi" - Sivori. Ale prawdziwy koncert zaprezentował w eliminacyjnym spotkaniu mistrzostw świata z Izraelem (6:0), czterokrotnie pokonując bramkarza Hodorova. Ciekawe, że partnerował mu w ataku... Angelillo (Roma) a w następnym meczu, w maju 1962 roku z Francją... Maschio (Atalanta). Przyjaciele z reprezentacji Argentyny spotkali się w teamie Italii! "Wiewiórka z Juve" pojechała na MŚ do Chile, ale popisywała się tylko w meczach z RFN (0:0) i Szwajcarią (3:0). Dalszych okazji nie było, ponieważ po przegranej z Chile Włosi zostali wyeliminowani z turnieju. Gra przeciw Szwajcarom - 7 czerwca 1962 roku - stała się zarazem ostatnią, dziewiątą w reprezentacji Włoch. Wcześniej, 26-letni Sivori odniósł ogromny sukces. Oto wychowanek River Plate, zawodnik Juventusu wybrany został piłkarzem numer 1 Starego kontynentu za 1961 rok, w plebiscycie "France Football". Sivori z 46 punktami wyprzedził Luisa Suareza - 40, Anglika Haynesa - 22, Jaszyna - 21, Puskasa - 16, Di Stefano i Seelera po 13. W ogóle przedziwny był to plebiscyt. Eksperci zgłosili nazwiska aż 43 zawodników, skąd Sivoriemu wystarczyła do zwycięstwa skromna ilość punktów. Ani we wcześniejszych, ani późniejszych wydaniach plebiscytów "FF" pierwszeństwo laureata nie wyglądało tak mało przekonujące. Po kilkunastu latach flirtu z "calcio" i europejskim futbolem, Włoch Omar Enrique Sivori, odnalazł w sobie argentyńską duszę i wrócił do ojczystego kraju. Pracował troche jako przedstawiciel "Fiata", ale przecież bardziej pociągała go piłka. Zajął się tedy botą Argentinos Juniros, lecz w klubie nie działał długo. Wzuwało go wyższe cele. Prowadził najpierw młodzieżówkę, a niebawem powierzono mu ster pierwszej reprezentacji, po rezygnacji Pizuttiego. Sivori zabrał się z pasją do wykonywania nowej funkcji. Przyświecało mu ambitne zadanie - stworzenie zespołu, który awansuje do finału MŚ w RFN i odegra w nich niepoślednią rolę. Odmłodził drużynę i aby ją scementować wyruszył na europejsko-azjatyckie tournee. 14 lutego 1973 na stadionie olimpijskim w Monachium doszło do super sensacji. Team Sivoriego zwyciężył mistrzów Europy, zespół RFN - 3:2. "Argentyna będzie mistrzem świata!" - miał podobno powiedzieć po tym spotkaniu. Nadeszły eliminacyjne mecze MŚ z Boliwią i Paragwajem, ale też pojawiły się charakterystyczne kłopoty. Koncepcje Sivoriego nie zjednywały mu sympatyków w Argentyńskim Związku Piłki Nożnej. Działacze AFA nie chcieli przystać na propozycję comiesięcznych zgrupowań kadry. Ponadto jego współpracownicy nie zawsze nadążali za tokiem myślenia szefa. Za Sivorim musiał sie nawet ujmować ówczesny prezydent Argentyny - Juan Peron. Głośnym echem odbyła się scysja Sivoriego z Miguelem Ignomierielo. Otóż przed meczem z Boliwią, wysłano tam wcześniej rezerwy by przekonać się jak zawodnicy zareagują na specyficzne warunki - stolica Boliwii leży na wysokości 3800 metrów nad poziomem morza. Drużynie "duchów" towarzyszył Ignomierielo. Kiedy Sivori przybył do La Paz z zasadniczymi siłami, Ignomierielo oświadczył, że powinni wystąpił jego podopieczni. Ostatecznie w zwycięskim 1:0 uczestniczyło tylko czterech zawodników spośród wybrańców Sivoriego. Sukces z Paragwajem (3:1) przypieczętował awans Argentyńczyków do finałów MŚ. "Zrobiłem co do mnie należało - powiedział "directore tecnico" - moja misja skończona. Rezygnuję." Goryczy Sivoriego dopełniły odejścia najlepszych zawodników stworzonego przezeń zespołu do drużyn europejskich, Carnavaliego, Ayali i Gueriniego do Hiszpanii, Bargasa do Francji, partykularne interesy argentyńskich potentatów klubowych. Uznał, iż przy tych przeciwstawnościach nurtująca go wizja - Puchar Świata dla Argentyny! - nie może się ziścić. Kiedy we Frankfurcie n/Menem odbywało się losowanie MŚ a fortuna skojarzyła w jednej grupie Argentynę, Haiti, Włochy i Polskę, nominację na opiekuna "azul y biano" miał w kieszeni Vladislao Cap.
12
Wybitne legendy, nie tylko argentyńskiego futbolu:
@Sysia11
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360
8
,,Biała gwiazda” jako pierwsza w historii:
2 października 1927 r. Wisła Kraków pokonuje u siebie Polonie Warszawa 7:1(!) w pierwszych w historii rozgrywkach ligowych w Polsce i tym samym zostaje pierwszym mistrzem tychże rozgrywek. Po pierwszej październikowej kolejce Wisła miała aż 10 punktów przewagi nad swoim najgroźniejszym rywalem, drużyną 1.FC Katowice, która w czterech ostatnich meczach mogła zdobyć co najwyżej 8 punktów. Mistrzostwo Polski wywalczone przez Wisłę najbardziej bolało kibiców ze Lwowa. Ich Pogoń była bowiem najlepszą polską drużyną w latach 1922-1926 i uchodziła za faworyta rozgrywek. Nie wystarczyło pokonanie Wisły ani we Lwowie(4:1), ani w Krakowie(2:0) i koniec końców to właśnie ,,Biała Gwiazda” sięgnęła po historyczny triumf.
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani