FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
9
Premierowe spotkanie z włoską ekipą:
21 września 1921 r. FC Barcelona rozegrała towarzyskie spotkanie z AC Torino. Był to pierwszy w historii mecz z drużyną z półwyspu Apenińskiego. Spotkanie zakończyło się zwycięstwem Barçy 3:0 a gole zdobyli legendarni barceloniści: Samitier, Sagi Barba oraz Piera.
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360
1
@Adran360 A ty znowuż po nocach siedzisz? Nie zdrowo, bardzo niezdrowo!
11
Być cules, to znaczy pamiętać:
21 września 1929 r. urodził się Sandor Kocsis, jeden z najbardziej błyskotliwych zawodników w historii FC Barcelony. Węgier zaliczany jest do najlepszych piłkarzy świata lat 50-tych, był członkiem słynnej reprezentacji, która zdobyła w 1952 r. złoty medal Olimpijski oraz 2 lata później dotarła do finału Mistrzostw Świata, gdzie uległa w finale RFN, po nieudowodnionym wówczas dopingu ze strony niemieckich piłkarzy. Sandor Kocsis znany był przede wszystkim jako ,,Cabeza de Oro’’ co znaczy ,,Złota głowa”. Z pewnością był najlepszym napastnikiem w historii futbolu grającym właśnie głową(na świecie dorównywali mu jedynie Passarella i Arsenio Erico). Po za tym był wszechstronnie wyszkolony, posiadał mocny i precyzyjny strzał z obu nóg, wspaniałą kontrolę nad piłką oraz nieprzewidywalny drybling. Wszystko to sprawiało że był prawdziwym koszmarem obrońców. Oprócz tego że zdobywał wiele goli, miał predyspozycje do prowadzenia gry, miał znakomity przegląd sytuacji i dobrze ,,czytał’’ gre. Dżentelmen zarówno na boisku jak i poza nim wzbudzał powszechny szacunek. Przechodząc do Blaugrany miał wówczas 29 lat i kibice oczekiwali powrotu Węgra do dawnej dyspozycji. Nie zawiódł! Wraz z Cziborem i Kubalą stanowili bardzo silny atak. W barwach Dumy Katalonii rozegrał 194 mecze strzelając 140 goli. Dla Dumy Katalonii zdobył 2 Mistrzostwa Hiszpanii, 2 Puchary Miast Targowych oraz 2 Puchary Króla. W 1966 r. mocno ucierpiał w wypadku samochodowym i po kilku latach amputowano mu obie nogi. Okaleczony i bez sukcesów w roli trenera Hiszpańskich drużyn nie mógł sobie znaleźć miejsca w życiu. Kilka tygodni przed 50-tymi urodzinami popełnił samobójstwo skacząc przez okno z Barcelońskiego szpitala.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
11
Blaugrana na „czwórke”:
Dokładnie 10 lat temu Lionel Messi strzela dwa gole a FC Barcelona z łatwością pokonuje Levante na własnym boisku w 4 kolejce La Liga. Barça utrzymała pozycję lidera Primera Division i zachowała stuprocentową skuteczność na początku sezonu, pokonując Levante 4:1 na Camp Nou. Goście zdołali utrzymać mistrzów Hiszpanii na dystans aż do przerwy, ale wkrótce Marc Bartra przełamał impas, a następnie dublet Lionela Messiego i gol Neymara zwiększyły przewagę Barcelony, a Victor Casadesus zdobył honorową bramkę dla Levante. Luis Enrique dokonał rotacji w składzie po remisie 1:1 z Romą i w obliczu trudnego meczu wyjazdowego z Celtą Vigo, który miał odbyć się za trzy dni. Sergi Roberto, Andres Iniesta, Jordi Alba i Luis Suarez znaleźli się na ławce rezerwowych a na ich miejsce weszli Munir El Haddadi, Sandro Ramirez i Marc Bartra. Do składu powrócił Dani Alves po miesięcznej przerwie spowodowanej kontuzją. Chociaż Barcelona przewidywalnie dominowała w posiadaniu piłki przez cały mecz, w pierwszych 45 minutach miała problemy z przełamaniem Levante. Neymar po dograniu Messiego posłał strzał obok dalszego słupka, a Argentyńczykowi nie udało się go obronić, ale Ruben Martinez dwukrotnie obronił jego strzał. Pod koniec pierwszej połowy bramkarz obronił kolejny strzał Messiego, a Sandro, ku swojej uldze, umieścił luźną piłkę w bocznej siatce. Gospodarze również mieli swoje obawy, gdyż dwukrotnie musieli uciekać się do kontrataków, ale byli wdzięczni za niecelne wykańczanie akcji przez napastnika Levante Nabila Ghilasa i pomocnika Verzę. Barça w końcu objęła prowadzenie w 50. minucie za sprawą niecodziennej akcji Bartry, który klatką piersiową przyjął podanie Messiego i umieścił piłkę w siatce bramki przy bliższym słupku. W końcu udało się przełamać opór Levante i sześć minut później Barça zaatakowała ponownie. Tym razem Neymar przejął piłkę do podania z prawej strony od Alvesa i uderzył piłkę obok trzech obrońców Levante za drugim razem. Messi odgrywał w grze większą rolę niż zwykle, ale udało mu się wpisać na listę strzelców dzięki rzutowi karnemu po tym, jak Neymar został sfaulowany przez Angela Trujillo. Casadesus wykorzystał niedokładność w obronie Marca-Andre Ter Stegena i strzelił gola dla Levante, ale goście musieli podyktować jeszcze jednego rzutu karnego, gdy Zouhair Feddal pociągnął Messiego za koszulkę w polu karnym. Tym razem Argentyńczyk posłał piłkę w kierunku trybun za bramką, nie wykorzystując swojego drugiego rzutu karnego w sezonie. Jednak w ostatniej minucie zrekompensował to sobie charakterystycznym przebiegiem przez obronę i płaskim, mocnym strzałem lewą nogą w dolny róg bramki.
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
7
@FCBparasiempre
20 września 1957 r. urodził się Henryk Bolesta. Kto wie czy kiedykolwiek Henryk Bolesta zostałby bramkarzem Feyenoordu Rotterdam, gdyby samochodem przez granice chyłkiem nie przetransportował go Włodzimierz Smolarek. Dawny bramkarz Ruchu Chorzów i Widzewa mieszka tam już od ponad 30 lat. Nie miał 18 lat, lecz umiał już tyle że chciał próbować sił w ekstraklasie. Nawet jeżeli na początku musiałby usiąść na ławce. ,,Chciała mnie Stal Mielec. Nawet tam pojechałem i zakwaterowali mnie w hotelu Jubilat tuż przy stadionie. W wolnej chwili wyszedłem na spacer zwiedzić okolice. Zrobiłem parę kroków w jedną, w drugą stronę i za każdym razem to samo: koniec miasta, nie ma nic do oglądania. Młody byłem, potrzebowałem innego miejsca, więc szybko uznałem że tutaj nie chcę grać”- opowiada nasz bohater. Miał też oferty z II ligi ale on czekał na coś lepszego. Nie minęło wiele czasu i przyjechał Ruch Chorzów. ,,Tam w pierwszych dniach również nie czułem się dobrze. Śląska gwara, której nie rozumiałem i w ogóle specyfika Górnego Śląska źle na mnie działały. Tym razem po dwóch tygodniach mówię sobie: wracam do Radomia! Nie poszedłem na dworzec w Chorzowie żeby mnie ktoś z klubu nie przyuważył ale od razu do Katowic. Działacze Ruchu byli jednak bardziej uparci ode mnie. Znowu przyjechali i przekonali żebym im już nie uciekał. Wreszcie w Chorzowie się zaaklimatyzowałem”- wspomina Bolesta. Trenerem Ruchu był wtedy Michal Vičan, jeden z najlepszych szkoleniowców, jacy kiedykolwiek pracowali w polskiej lidze. W 1969 r. poprowadził Slovana Bratysławe do tryumfu w Pucharze Zdobywców Pucharów(w finale pokonał FC Barcelone 3:2). Słowacki szkoleniowiec znał się na robocie ale przy tym miał dość ciężki charakter. Nie patyczkował się z piłkarzami, którzy próbowali być mądrzejsi od niego. ,,Byłem młodzianem i też miałem z nim utarczki bo paliłem papierosy, co on bezwzględnie tępił. Kiedyś lecieliśmy za granice na mecz. Na lotnisku miałem kontrole bagażu i aż ziny pot mnie oblał, gdyż w torbie schowałem 5 paczek Caro. Nie bałem się oczywiście celników bo nic złego nie robiłem, tylko Vičana. Gdyby zobaczył że mam choć jedną paczke, zrobiłby mi awanture. Nawet najważniejsi zawodnicy, już starsi, z dużym dorobkiem, czuli przed nim respekt. Szanowałem starszyznę ale że byłem dość dużym chłopem, nie dawałem wchodzić sobie na głowe a hierarchii oczywiście się podporządkowywałem. Starzy tłumaczyli mi: ,,Jesteś dopiero na początku drogi. Rób co ci mówimy, bądź cierpliwy a w końcu przyjdzie też czas, kiedy ty będziesz na naszym miejscu”. Mieli racje”- wspomina pan Henryk. W dwóch ostatnich meczach sezonu 1974/75 zagrał w podstawowym składzie, został więc pełnoprawnym mistrzem Polski. Wspomina to jednak… jak najgorzej. ,,Tytuł mieliśmy już zapewniony. Piotr Czaja rozchorował się, więc go zastąpiłem. Debiut przypadł na wyjazdowy mecz z Zagłębiem Sosnowiec. Przegraliśmy 1:2, mówi się trudno. Drugie spotkanie graliśmy z Gwardią Warszawa, która broniła się przed spadkiem i musiała wygrać. Podszedłem do sprawy ambitnie. Tymczasem okazało się że ktoś z kimś ustalił że my to przegramy. Pod moją bramką działy się rzeczy kuriozalne. Była centra w pole karne. Nasz obrońca, mniejsza o nazwisko, zamiast główkować, uchylił się i za nim mogłem zareagować, piłka wpadła do siatki i jeszcze ten właśnie obrońca miał do mnie pretensje, czemu nie obroniłem! Mało żeśmy się tam nie pobili a za chwile znowu wyciągałem piłke z siatki. Vičan widział że sytuacja się zaognia i wprowadził za mnie Czaję. Dla mnie, niespełna osiemnastoletniego chłopaka wydarzenia z pierwszej połowy były szokujące. Gdy już zszedłem z boiska aż się popłakałem”- przejmująco opowiada zapomnianą już dzisiaj historie. Natomiast Gwardia, mimo zwycięstwa 4:1 i tak spadła do II ligi bo sąsiedzi z tabeli byli równie sprytni i też powygrywali swoje mecze. To był osobliwy sezon: 6 ostatnich zespołów w tabeli skończyło rozgrywki z identyczną liczbą punktów.
W 1979 r., kiedy Ruch znowu poszedł po mistrzowską korone, Bolesta stał się już podstawowym bramkarzem ale był to dla niego pierwszy sezon w tej roli. W kolejnych też grał z jedynką aż do 1982 r., kiedy do bramki zaczął wchodzić kolejny wielki talent- Józef Wandzik. Po hiszpańskim mundialu Bolesta przeniósł się do Widzewa Łódź. ,,Zanosiło się że Józek Młynarczyk może wyjechać za granice, więc prezes Ludwik Sobolewski chciał się zabezpieczyć i mieć w odwodzie innego doświadczonego już bramkarza. Wybór padł na mnie”- tłumaczy. Gdy jednak jeszcze bez kontraktu zaczął trenować z Widzewem, w łódzkim hotelu Centrum, w którym się zatrzymał, stawiła się mocna delegacja z ŁKS: trener Leszek Jezierski i pomagający mu Jan Tomaszewski. Chcieli żeby związał się z ich klubem. ,,Strasznie się zdziwiłem bo Jezierski był wcześniej moim trenerem w Ruchu i to on wypychał mnie z klubu, dając do zrozumienia że nie będę u niego bronił. No a za chwile byłem mu jednak potrzebny. Nie przyjąłem propozycji ale ktoś z hotelowej obsługi i tak czujnie doniósł prezesowi Widzewa że Bolesta miał ciekawych gości. Nazajutrz zostałem wezwany do gabinetu Sobolewskiego: ,,Bardzo mi zależy żebyś został u nas i mam nadzieje że się dogadamy. Jeżeli jednak uprzesz się że chcesz grać gdzie indziej, na siłę cię nie zatrzymam. Z jednym wyjątkiem: nie wyobrażam sobie żebyś poszedł do ŁKS”. Na szczęście nie miałem takiego zamiaru. Za chwile podpisaliśmy kontrakt”- ujawnia kulisy pan Henryk. Dwa lata był dublerem Młynarczyka a gdy ten w końcu został wytransferowany do francuskiej Bastii, widzewska bramka należała do niego. Szczytowym, a już na pewno najbardziej spektakularnym osiągnięciem Bolesty nie tylko w Widzewie ale pewnie w całej sportowej karierze był występ w finale Pucharu Polski w 1985 r. Jego zespół na stadionie Wojska Polskiego w Warszawie grał z GKS Katowice. Mecz był tak nudny że oglądając go w telewizji, można było zasnąć. Dopiero po bezbramkowych 90 minutach dogrywce popis dał Bolesta. W konkursie jedenastek obronił aż 3 strzały rywali. Po trzeciej, idealnej interwencji sprawa była prosta. Jeśli następny gracz Widzewa trafi do siatki, jego zespół zdobędzie trofeum. Wcześniej swoje próby wykorzystali Roman Wójcicki i Mirosław Myśliński. Do karnego nie podchodził jeszcze Smolarek, chyba najlepszy specjalista w Polsce od takich sytuacji ale nie podszedł i tym razem, gdyż piłke na jedenastym metrze ustawił… bramkarz! Za chwile zdziwienie było jeszcze większe, ponieważ Bolesta pewnie pokonał Franciszka Sputa! ,,Włodek Smolarek był wyznaczony do strzelania w piątej, czyli następnej serii i uznał że jak tak zostało ustalone, nie należy tego zmieniać. Dlaczego ja byłem wyznaczony jako czwarty egzekutor? Bo czułem że dam rade. Potrafiłem bardzo mocno i dość precyzyjnie uderzyć, jak to bramkarz. W takiej sytuacji sama technika strzału ma drugorzędne znaczenie. Ważne żeby wytrzymać ciśnienie a ja nie miałem z tym problemu. Inna sprawa że nigdy wcześniej w oficjalnym meczu nie strzelałem karnego”- przyznaje nasz bohater. W Widzewie Bolesta już na dobre zapuścił korzenie ale w 1989 r. nagle wylądował w Feyenoordzie Rotterdam. ,,Grał tam Smolarek. Został poproszony o pomoc w znalezieniu na szybko zastępcy Joopa Hiele, który doznał kontuzji. Włodek pomyślał o mnie a że akurat Widzew przebywał wtedy na zgrupowaniu w RFN, wsiadł w samochód i przyjechał się spotkać. Długo mnie nie przekonywał. Lojalnie uprzedziłem trenera Bronisława Waligóre że jade do Holandii. Oczywiście nie miałem wizy wyjazdowej, więc musiałem liczyć na Włodka. Przed niemiecko-holenderską granicą na wszelki wypadek kazał położyć mi się na tylnych siedzeniach i bezpiecznie przewiózł przez granice. Oczywiście aby uniknąć zawieszenia, Feyenoord i tak musiał dostać zgode z Polski. Najpierw udało się dogadać tylko na wypożyczenie ale gdy skończył się sezon, podpisałem trzyletni kontrakt”- wyjaśnia Bolesta.
W debiucie w nowej drużynie zagrał przeciwko PSV Eindhoven. ,,Wszystko zmierzało do bezbramkowego remisu, lecz na 3 munuty przed końcem gola strzelił mi Romario i to jeszcze z dużego palca a to najgorsza, bo najszybsza dla bramkarza piłka”- wspomina nasz bohater. Po siedmiu meczach Bolesta usiadł jednak na ławce rezerwowych. ,,Dobrze mi szło, byli ze mnie zadowoleni. Do zdrowia wrócił jednak Hiele, który był rezerwowym w kadrze narodowej. Władze klubu uznały że aby się w niej utrzymał, powinien grać. Uczciwie mi wyjaśniono ze muszą na niego stawiać”- tłumaczy. W następnym sezonie Bolesta został wypożyczony przez Rode Kerkrade. Bronił w niej już do końca kariery. Dorobek Bolesty w reprezentacji Polski zaczyna się i kończy na udziale w meczu towarzyskim z Koreą Północną. Szanse na poważniejsze zaistnienie w kadrze przekreśliła mu kontuzja. ,,Byłem przymierzany do gry w meczu z Grecją w eliminacjach mistrzostw Europy 1988. Dzień wcześniej podczas treningu polecono nam wykonanie salta w tył. Naciągnąłem sobie coś w barku tak mocno że nie mogłem ruszać ręką. O graniu nie było mowy, zastąpił mnie Jacek Kazimierski. Wróciłem do Widzewa i dałem się namówić, bym trzy dni później na blokadzie zagrał w ligowym meczu. Zrobiłem błąd, ponieważ przekreśliło to moje występy w kadrze. Wyszło tak że w reprezentacji nie mogę grać bo kontuzja ale wracam do klubu i nic mnie nie boli. Więcej powołań już nie dostałem”- smutno wspomina bramkarz, który po zakończeniu kariery został w Holandii już na stałe.
6
Zapomniane legendy rodzimego futbolu:
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@FcPortoFan1999
@Bernard777
6
@FCBparasiempre
Wsiadamy w wehikuł czasu i przenosimy się 65 lat wstecz. Jesteśmy w Sztokholmie, gdzie warszawska Gwardia staje przeciwko miejscowemu Djurgardens. Był to pierwszy występ polskiej drużyny w europejskich pucharach i trzeba przyznać, że wyszedł całkiem przyzwoicie. Przypominamy historię rywalizacji Gwardia Warszawa -Djurgardens Sztokholm. Zanim w ogóle zaczniemy tę opowieść, musimy przypomnieć, dlaczego organizatorzy rozgrywek o Puchar Europejskich Mistrzów Krajowych wysłali zaproszenie Polakom. Początkowo nie było nas na liście 16 krajów, które miały wystąpić w tych rozgrywkach. Dopiero po rezygnacji federacji angielskiej, która nie zgodziła się by ich mistrz, Chelsea, miał grać ze słabszymi zespołami spoza Wysp Brytyjskich. ,,Splendid isolation” pozwoliło polskiej drużynie wystąpić już w pierwszej edycji PEMK. W drugiej kolejności trzeba wyjaśnić, dlaczego to Gwardia reprezentowała Polskę w Pucharze Mistrzów. W końcu warszawianie nie byli mistrzami kraju. Aktualnym zwycięzcą ligi (historia już wtedy pokazywała, że zwycięzca ligi nie zawsze był mistrzem Polski) była Polonia Bytom i to ona powinna z urzędu wystartować w premierowej edycji europejskich pucharów. W kraju nad Wisłą grano wówczas systemem wiosna-jesień i działacze wykazywali dużą obawę o aktualną formę bytomskiej Polonii. Założono więc, że bytomianie będą mogli zagrać w pucharach tylko w przypadku, gdy po rundzie wiosennej będą znajdować się w pierwszej trójce. Mistrzowi ta sztuka się nie udała, więc wydawało się, że w edycji 1955/56 Polska nie będzie miała reprezentanta w Pucharze Mistrzów. MSZ szybko znalazło rozwiązanie tej sytuacji i złożyło organizatorom następującą propozycję: jeżeli zaprosicie do gry czwarty zespół poprzedniego sezonu, Gwardię Warszawę, to władze państwa nie będą robić żadnych problemów. Czasy były, delikatnie mówiąc, trudne. Przed 1955 rokiem w lidze grały takie kluby jak Stal Sosnowiec, CWKS Warszawa, Unia Chorzów, Ogniwo Bytom, Włókniarz Łódź, Kolejarz Poznań czy Gwardia Kraków i dopiero zarządzenie przewodniczącego GKKF z marca pozwoliło na powrót do nazw Zagłębie, Legia, Ruch, Polonia, ŁKS, Lech czy Wisła. Zmiany zaczęły wchodzić w życie dopiero we wrześniu, a jako pierwsza sygnał dała Wisła. W takich warunkach polska wchodziła w rywalizację klubową w europejskich pucharach. Pomimo tych zmian dział propagandy funkcjonował bez zarzutu i jeżeli była choćby najmniejsza możliwość, by promować kluby wojskowe czy milicyjne, to nikt nie wahał się, by z niej skorzystać. Warszawska Gwardia była klubem milicyjnym i poza Legią (CWKS), która mogła mieć każdego polskiego piłkarza, wcielając go do wojska, miała największe wsparcie władzy. Gwardziści mieli też inny atut — po prostu świetnie grali w piłkę. Wiosną 1955 roku wygrali między innymi z Polonią (wcześniej Ogniwo, przemianowane w 1955 roku na Spartę) Bytom i to w stosunku 7:1! W zespole prowadzonym przez Edwarda Brozowskiego grali wówczas tacy piłkarze jak Tomasz Stefaniszyn, Edmund Zientara, Stanisław Hachorek czy Krzysztof Baszkiewicz.
Losowanie zdecydowało, że pierwszym rywalem Gwardii będzie mistrz Szwecji – Djurgardens Sztokholm. W tym klubie grało kilku znakomitych zawodników znanych z gry w reprezentacji Szwecji jak Sigge Parling, Gosta Sandberg czy bramkarz Arne Arvidsson. Najbardziej znany był 24-letni Sven „Tumba” Johansson, ale on zyskał ogromną sławę nie na boiskach piłkarskich, ale na hokejowych lodowiskach. Odpowiedzią na tych zawodników miał być świetny atak z Baszkiewiczem i Hachorkiem na czele, ale jeszcze przed wyjazdem do Sztokholmu okazało się, że z powodu kontuzji Hachorek nie będzie mógł zagrać w tym spotkaniu. Rezolutne władze szybko znalazły rozwiązanie tego problemu i na mecz w Szwecji ściągnęli do Gwardii piłkarza Polonii (wówczas Gwardii) Bydgoszcz — Mariana Norkowskiego, nie zważając na to, czy przepisy dopuszczają tego typu „wypożyczenia”. System wspierał Gwardię, jak mógł, ale to nie znaczy, że na jego wsparcie mogli liczyć wszyscy gwardziści. Niektórzy przecież nie byli tak dalece posłuszni, jak sobie to wyobrażała ówczesna władza. Na przykład Edward Brzozowski, trener Gwardii, który miał na swoim koncie tytuł mistrzowski z warszawską Polonią, był człowiekiem wymagającym wobec siebie i swoich podopiecznych, a także pozostawał bezwzględnie wierny swoim zasadom. Czy ktoś taki mógł reprezentować Polskę za granicą? Władze uznały, że do Szwecji powinien pojechać ktoś bardziej lojalny, więc Brzozowskiemu nie wydano paszportu. I tak trenerem Gwardii w Sztokholmie został Tadeusz Foryś. Mecz w Sztokholmie został rozegrany 20.09.1955 roku przy sztucznym świetle. Szwedzi mieli znacznie lepsze warunki fizyczne, co próbowali wykorzystać, grając górne piłki do swoich napastników. Gwardziści byli szybsi, ale szybko zostali pozbawieni tego atutu, bo już na początku kontuzji doznał Baszkiewicz. W tamtych czasach nie można było dokonywać zmian, więc jeden z najlepszych snajperów w zespole snuł się bez celu po boisku do końca spotkania. Piłkarze Djurgardens mieli wyraźną przewagę i pod koniec pierwszej połowy zdołali wywalczyć rzut karny, lecz Tomasz Stefaniszyn obronił strzał Sigge Parlinga. Debiut okazał się więc udany, a polska prasa pisała nawet, że duński sędzia pomagał Szwedom. Przegląd Sportowy posunął się jeszcze dalej i w relacji z tego spotkania pisał, że polskim zawodnikom przeszkadzał nawet… cień piłki! ,,W meczu sztokholmskim pierwszoplanową rolę odgrywała nie forma jednej lub drugiej drużyny, lecz warunki, w jakich rozegrano to spotkanie. Rozegranie tego meczu przy świetle elektrycznym było poważnym handicapem dla gospodarzy. I w przebiegu spotkania można było znaleźć potwierdzenie tej opinii. Gospodarze czuli się dosłownie jak u siebie w domu, dla nich nie były problemem ani ciężka piłka, ani cień tej piłki. Gwardziści natomiast nie czuli się dobrze na pięknym boisku starego sztokholmskiego stadionu olimpijskiego, rzęsiście oświetlonym reflektorami, umieszczonymi na dachach owalnej budowy. Każde spojrzenie w górę kosztowało zawodnika polskiego utratę panowania nad piłką, a w przyjmowaniu względnie w stopingu często dochodziło do sytuacji, które mogły zdenerwować nie tylko widza, ale i samego zawodnika.” − pisał w Przeglądzie Sportowym Grzegorz Aleksandrowicz. Remis w meczu wyjazdowym można było uznać za korzystny wynik, bo wszyscy się spodziewali, że w rewanżu Gwardia udowodni swoją wyższość, zwłaszcza że do gry miał wrócić Hachorek. Tylko Szwedzkie media były innego zdania. − „Mistrzowska gra Djurgardens przyjdzie wkrótce” − pisał poniedziałkowy Idrootsbladet. Dwa tygodnie później przewidywania dziennikarzy się sprawdziły.
Gwardia przygotowywała się do meczu rewanżowego w Jugosławii. Pojedynki z Vojvodiną Nowy Sad i Crveną Zvezdą Belgrad miały zapewnić lepsze przygotowanie, ale tak naprawdę odniosły odwrotny skutek. „Harpagony” przegrały oba spotkania. Tymczasem Szwedzi byli spokojni, stworzyli najlepsze możliwe warunki, wyczarterowali samolot i zatrzymali się w hotelu Bristol. 12 października spełniły się najczarniejsze sny gwardzistów, którzy grali już bez Norkowskiego, ale mieli na ławce trenerskiej Edwarda Brzozowskiego. Szwedzi już w 5 minucie wyszli na prowadzenie po strzale Erikssona. Kilka chwil później wyrównał Baszkiewicz, ale Eriksson odpowiedział kolejnymi trafieniami w 17, a potem w 22 minucie. Czwartą bramkę jeszcze przed upływem 30 minut strzelił Sandberg, ustalając tym samym wynik spotkania na 4:1. Zastanawiająca jest nota na temat tego spotkania znaleziona w Przeglądzie Sportowym: ,,Nie wiem, gdzie tkwi tajemnica sztokholmskiego sukcesu Gwardii. Jakim cudem wywiozła ona wynik remisowy z pierwszego meczu. Chyba że Djurgarden jest drużyną pokroju naszych zespołów i cierpi na zmienność formy… Na podstawie środowego meczu można stwierdzić, nie znając całej prawdy, iż nasza piłka znajduje się w powijakach. I to jest najbardziej przykre. Nie możemy więc mieć wielkiej pretensji do Gwardii. Wiemy, na co ją stać i wiemy, że w tej chwili przeżywa ona ogromny kryzys. Gdyby miała te walory, którymi rozporządzała na wiosnę, Djurgarden musiałby się mocno napocić, by wygrać.” − pisał w Przeglądzie Sportowym Jerzy Zmarzlik. Co ciekawe, nikt nie miał pretensji do sędziego, nikt nie obwiniał też zawodników, bo przecież może im się zdarzyć słabszy występ. A może po prostu gwardziści mieli prawo do słabszego występu. Gwardia odpadła z europejskich pucharów, a w kolejnej rundzie taki sam los spotkał Djurgardens, który przegrał oba mecze z Hibernian Edynburg. Można się jedynie zastanawiać, co by było, gdyby zamiast Gwardii w Pucharze Mistrzów wystąpiła Polonia Bytom. Trzeba jednak pamiętać, że bytomianie(mistrzowie Polski z 1954 roku) rok później spadli z ligi. Można było jeszcze dać szansę ŁKS-owi Łódź czy Ruchowi Chorzów, które miały tyle samo punktów co Gwardia, a w kolejnym sezonie radziły sobie znacznie lepiej niż bytomianie, ale to tylko gdybanie. Warto natomiast nadmienić, że w roku 1955 narodziła się już nowa potęga— Legia Warszawa.
5
Polscy pionierzy w europejskich pucharach:
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
10
Coś zniknął mi komentarz o Józku, więc jeszcze raz zamieszczam.
Wybitne Legendy polskiego futbolu:
20 września 1953 r. urodził się Józef Młynarczyk. Przełom lat 70-tych i 80-tych był okresem gorącej rywalizacji dwóch bramkarzy światowego formatu o miejsce w polskiej kadrze. Do tego pojedynku stanęli rutyniarz, bohater z Wembley, medalista MŚ – Jan Tomaszewski oraz nowa gwiazda tej pozycji, obdarzony znakomitym refleksem i dużą odpornością psychiczną – Józef Młynarczyk. Z 16 obecnych województw Polski, tylko lubuskie nie miało nigdy przedstawiciela klubowego na najwyższym poziomie rozgrywkowym. Tutaj jednak narodził się i dorastał Młynarczyk, jeden z najlepszych polskich golkiperów w historii a pod względem zdobytych nagród, absolutnie bezkonkurencyjny. Przez Astre i Dozamet z rodzinnej Nowej Soli dostał się do Stali Bielsko-Biała, gdzie zetknął się z Piechniczkiem i to spotkanie dało kopa jego karierze. Młody obiecujący szkoleniowiec z dość imponującą karierą piłkarską, przeniósł się do Odry Opole. Już w debiutanckim sezonie na tym poziomie rozgrywkowym zdecydował się ściągnąć swojego dawnego zawodnika z Bielska-Białej a mianowicie Młynarczyka. W pierwszych 3 meczach gdy ,,Młynarz” siedział jeszcze na ławce bilans był katastrofalny: 1 remis, 2 porażki i 9 straconych goli. Wejście dość anonimowego bramkarza odmieniło opolan. W debiucie przeciwko Zagłębiu Sosnowiec zachował czyste konto. Cały sezon zakończył zaś z wybornym rezultatem: 22 straconych goli w 27 meczach. W drużynie z Opola grał przez 4 sezony. Największe sukcesy na krajowym podwórku odniósł jednak w barwach Widzewa Łódź. To on był jego podporą przy najsłynniejszych triumfach. Dwukrotnie sięgnął z nim po mistrzostwo Polski. Do tego doszły 2 tytuły wicemistrzowskie. Jako jeden z 10 bramkarzy strzelił w Ekstraklasie gola(z rzutu karnego). Sam ,,Młynarz” w 1983 r. zdobył tytuł Piłkarza Roku zarówno w plebiscycie ,,Sportu”, jak i ,,Piłki Nożnej”. W obu przypadkach był pierwszym golkiperem z takimi sukcesami na koncie. Jako drugi polski bramkarz po Tomaszewskim zdobył punkty w plebiscycie ,,Zlotej Piłki”(21 miejsce w 1987). Trzy razy(na 6., 7. i 10 miejscu) plasował się w gronie laureatów Plebiscytu ,,Przeglądu Sportowego”. W swoim drugim meczu ligowym stanął naprzeciwko Tomaszewskiemu i wkrótce stał się jego następcą w kadrze. Nie dostrzegał go jeszcze Gmoch. Szanse debiutu otrzymał od Ryszarda Kuleszy. Na stałe postawił na niego dopiero Piechniczek. Z tego względu, po zwycięskim meczu 3:2 z NRD, karierę reprezentacyjną zakończył ,,Tomek”. Nie uśmiechała mu się bowiem rola rezerwowego. Młynarczyk w roli następcy dawnego mistrza nie zawiódł. Razem z drużyna narodową sięgnął po srebro za 3. Miejsce na MŚ 1982. Choć tak wiele różniło go z Tomaszewskim, to łączył brak zaufania wyrażany przez kibiców przed ich wyjazdem na medalowe MŚ i tak jak ,,Tomek” w 1974, tak i ,,Młynarz” 8 lat później pokazał się z wybornej strony. ,,Corriere dello Sport” wprost pisało o nim jako o jednym z najlepszych bramkarzy tego mundialu. ,,Ja sam chyba nie zawiodłem, chociaż przed MŚ nie wszyscy ufali w moje umiejętności. Ciesze się że ich miło zaskoczyłem.”- odpowiedział nieco przekornie. Grał też z nią na mundialu 4 lata później, gdzie doszedł do ⅛ finału. Tu jednak nie powtórzył takiej postawy jak w Hiszpanii. Jego konto na pewno obciążała część bramek stracona z Anglią i Brazylią. W kadrze zagrał w sumie 42 razy, 10-krotnie w roli kapitana. Przed MŚ 1982 długo trenował z Piotrem Czają, wyrównując wieloletnie braki techniczne, które mu stale wypominano. Innym orężęm przeciwników była jego postawa poza boiskowa. Młynarczyk może się nie obnosił ale też nie ukrywał że nie stroni od dłuższych posiadówek, często przy kieliszku. Jeszcze z Widzewem awansował do półfinału Pucharu Mistrzów. Później zdobył nawet ten laur ale już w barwach FC Porto. Młynarczyk był uznawany zresztą za jednego z bohaterów finałowej potyczki z Bayernem Monachium. Razem ze ,,Smokami” triumfował w Pucharze Interkontynentalnym, Superpucharze Europy, 2-krotnie został mistrzem Portugalii i raz zwyciężył w Pucharze Portugalii. Między Widzewem a Porto występował jeszcze w S.C. Bastii we Francji. Bez przerwy porównywany z Kostką, Szymkowiakiem czy Tomaszewskim. Boniek optował wyraźnie za Młynarczykiem. ,,Moim zdaniem ,,Młynarz” przewyższa umiejętnościami tamtych bramkarzy. Jego prawdziwą wartość docenimy dopiero wtedy, gdy zabraknie go w polskiej bramce.”- pisał w książce ,,Moi rywale”. Do dziś uznawany jest za jednego z najlepszych bramkarzy w historii Polski. Jako szkoleniowiec golkiperów prowadził swych następców w reprezentacji Polski(m.in. awans na MŚ 2002), reprezentacji Zjednoczonych Emiratów Arabskich, reprezentacjach młodzieżowych Polski, FC Porto, Wiśle Płock, Amice Wronki, Widzewie oraz Lechu Poznań.
@Stinger_ @Safrani @Ogorinho1974 @Mixtape @misterio @Lionel_Messi10 @KrychaFCB @Gary @FcPortoFan1999 @Bernard777
11
Feliz cumpleaños panie Henryku! Z okazji 54 urodzin!
20 września 1971 r. urodził się sympatyczny szwedzki napastnik. Na Camp Nou spędził zaledwie 2 lata i nigdy nie wywalczył sobie miejsca w podstawowym składzie, jednak od początku stał się jednym z idoli cules. Po obiecującym początku sezonu 2004/2005 w meczu z Realem Madryt zerwał więzadła krzyżowe w lewym kolanie i wrócił na boisku dopiero pod koniec sezonu. Szwed doznał kontuzji już w pierwszej połowie meczu ale o dziwo dotrwał aż do 72 minuty. Już w przerwie zgłosił że usłyszał chrupnięcie w kolanie więc decyzja o pozostawieniu go na boisku spadła na barki lekarzy. Zarząd klubu zachował się wobec piłkarza fair i przedłużył z nim kontrakt o kolejny rok. W grudniu 2005 r. Larsson postanowił iż z końcem sezonu odchodzi z klubu mimo oferty przedłużenia umowy ze strony zarządu. Swoją decyzje motywował tym że chce wraz z rodziną wrócić do Szwecji i tam zakończyć karierę. Jeszcze przed opuszczeniem Katalonii zagrał w słynnym finale Ligi Mistrzów w Paryżu, gdzie wchodząc z ławki rezerwowych asystował przy dwóch golach Barçy, stając się jednym z bohaterów tego meczu. W kolejnym sezonie tak jak zapowiadał trafił do szwedzkiego Helsinborga ale korzystając z przerwy zimowej na 3 miesiące zasilił do Manchesteru United. Sir Alex Ferguson pragnął przedłużyć pobyt Larssona w Anglii, lecz Szwed kierując się dobrem swojej rodziny wrócił do ojczyzny. Teoretycznie popularny ,,Henka” zakończył karierę z końcem sezonu 2008/09 w zespole Högaborgs BK, w którym debiutował w seniorskiej piłce. Jednak w 2012 r. pojawił się ponownie w barwach tej samej drużyny w czwartej lidze aby zagrać ze swoim synem Jordanem. 26 października 2013 roku w wieku 42 lat pojawił się na boisku jeszcze raz i pomógł uchronić swoją drużynę przed spadkiem do 5 ligi.
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
2
@FCBparasiempre
Racjonalne szaleństwo:
19 września 1987 r. Highbury, Arsenal-Wimbledon. Nick Hornby z trudem wsiadł na tylne siedzenie samochodu i trzasnął drzwiami. Było jeszcze za wcześnie aby obawiać się najgorszego ale już zaczęły zżerać go nerwy. Kolega uruchomił silnik. Jechał ostrożnie, jak gdyby wiózł w bagażniku 50 skrzynek dynamitu. Na światłach chciał powiedzieć coś Hornby’emu ale kiedy zerknął w lusterko wsteczne a zobaczył że Nick siedzi z zamkniętymi oczami. Nie spał, miał przymknięte oczy, ponieważ nie odważył się spojrzeć na swoją stopę to desperacki sposób, do którego uciekał się już w przeszłości. Próbował przypomnieć sobie wszystkie gole, jakie Alan Smith strzelił w koszulce Arsenalu. W takich chwilach tylko to przynosiło mu ukojenie. Nie pamiętam zbyt wyraźnie, jak do tego doszło. Może przy jakimś niezdarnym ruchu źle kopnął piłkę i oparł cały ciężar ciała na jednej nodze, rozwalając sobie kostkę na miazgę. Utykając musiał opuścić boisko do futsalu ale nie to było najgorsze. Najgorsze było to że przez niego przyjaciele byli zmuszeni zakończyć mecz. Spotykali się na piłce tylko raz w tygodniu, więc łatwo sobie wyobrazić ich wściekłość. Kiedy wreszcie zatrzymali się przed domem uzmysłowił sobie powagę sytuacji. Odsunął palcem skarpetkę: jego kostkę połknęła bulwa wielkości piłeczki tenisowej. Spojrzę na zegarek- za kwadrans pierwsza. Nie mógł chodzić a punktualnie o trzeciej obowiązkowo musiał być na Highbury. W domu usiadł z torbą mrożonego groszku przy nodze. Chłód ukoi skręconą kostkę a przy okazji nieco jego nerwy. Wiedział że w godzinach poprzedzających mecz jego kibicowska dolegliwość przybierała najgorszą formę. Absolwent Cambridge i wykładowca literatury, którym był od poniedziałku do piątku, pozwalał się pożreć przez niedorzecznego irracjonalnego osobnika i nic nie można było z tym zrobić. Jego narzeczona widziała że Nick bardzo cierpi, więc bez zbytniego nacisku zaproponowała żeby nie szedł. „Możemy posłuchać relacji z meczu w radiu". To był świetny plan tyle że niewykonalny. Tak naprawdę wiedział już że wybierze się na stadion bez względu na wszystko. „Nie gadaj bzdur kochanie. - ale zobacz jak to wygląda... Jesteś szalony! - Mam powody by taki być"- odparł Hornby myśląc o tym że musi tylko znaleźć jakiś sposób by dostać się na stadion. Nikt nie wiedział lepiej od niego że w całej Anglii nie było innego takiego miejsca jak Highbury, gdzie można się poczuć jak w centrum kosmosu. Nie ma znaczenia do jakiej poszłoby ci się dyskoteki i, do jakiego kina, Do jakiej restauracji. W tych miejscach życie wciąż toczyło się za twoimi plecami, jak prawie wszędzie indziej ale nie na Highbury. Na trybunach mogłeś poczuć że świat całkowicie zamiera. - Wychodzimy.
Żeby mieć do przejścia krótszy odcinek pojechali metrem aż do stacji Arsenal a nie Finsbury Park i postanowili obejrzeć mecz w sektorze z miejscami stojącymi, z dala od trybuny North Bank, na którą zwykle chodził Hornby. Tutaj mógł się oprzeć o balustradę. W tym miejscu, pomyślał, będzie bezpieczny w momencie masowego szaleństwa kibiców jeśli Kanonierzy strzelą gola. Tego popołudnia podejmowali Wimbledon. To nie był byle jaki rywal. W tamtych czasach drużyna skromnego klubu z południowo-zachodniego Londynu ze względu na brutalną grę zyskała przydomek Szalony Gang. Rywalizowali na murawie ale w ich poczynaniach nie było śladu estetyki a jedynie pragnienie zemsty. Gary Lineker powiedział kiedyś że ten zespół Wimbledonu najlepiej oglądać w telegazecie. Prawda była taka że strach u rywali wywoływał już sam sposób, w jaki podciągali getry. Dave Beasant, John Fashanu, Brian Gayle, Denis Wise, Vinnie Jones - ten ostatni na szczęście akurat pauzował. Jeśli któremuś nie brakowało zęba, to na przedramieniu miał przerażający tatuaż albo był chociaż łysy. Wszystkie te podejrzane typy sprawiały wrażenie jakby zbiegły z Alcatraz a nie zajmowały się zawodowym uprawianiem sportu. Kiedy jego partnerka poszła kupić coś do jedzenia przed rozpoczęciem meczu, przypomniał sobie Vaughana, kibica, którego znał od wielu lat i który w poprzednim sezonie wybrał się na mecz drużyny rezerwy Wimbledonu z rezerwami Luton. Było mroźne styczniowe popołudnie. Pogoda nie sprzyjała. Jego przyjaciel wyznał że udał się na to nieistotne spotkanie po prostu dlatego że bardzo to lubił. Oczywiście Vaughan musiał niejednokrotnie i bardzo stanowczo zaprzeczać że jest ekscentrykiem. Teraz, kiedy Hormby z rozwaloną kostką stał na trybunie na Highbury, zamiast leżeć na kanapie w salonie albo w szpitalnym łóżku, doskonale rozumiał ludzi, którzy(jak on sam czy właśnie Vaughan) musieli bronić swojego szaleństwa jako czegoś racjonalnego. Wbrew temu, czego można się było spodziewać rywalizacja na boisku przebiegała dla piłkarzy Arsenalu spokojnie. Szalony Gang nie pokazał zębów, długimi momentami przypominał raczej sflaczałą poduszkę w rękach zawodników George'a Grahama. Andy Thorne(samobój), Michael Thomas i(jakżeby inaczej) Alan Smith przypieczętowali zwycięstwo gospodarzy. Kiedy sędzia zagwizdał trzykrotnie Hornby’ego bolało całe ciało. Nie uważał jednak by tego popołudnia zapłacił zbyt wysoką cenę. Zrobił to z wielką przyjemnością a najbardziej pokrzepiający był fakt że wracał do domu z kolejną wygraną w kieszeni. W nocy spał jak suseł. Jednak następnego ranka nagle obudziło go ukłucie w kostce. Niemal spadł z łóżka. Spojrzał na leżącą obok narzeczoną i zasłonił twarz dłońmi. „Jesteś idiotą. Doskonałym idiotą"- powiedział do siebie. W wieku 30 lat uwięziony między bólem a wyrzutami sumienia, poczuł niepokój: „Nie mogę już wykorzystywać wieku czy młodości aby tłumaczyć swoje zachowanie"- pomyślał. „W miarę jak się starzeję tyrania futbolu w moim życiu i w życiu otaczających mnie osób zaczyna być coraz mniej rozsądna, mniej kusząca". Ale w takim razie jaką inną ścieżkę mógł obrać? Hornby zamknął oczy i zaczął sobie przypominać wszystkie gole, które Alan Smith strzelił w koszulce Kanonierów aż w końcu znowu zapadł w głęboki sen...
Nicholas Hornby.
2
@Bernard777 Historyjka dla ciebie i innych zainteresowanych.
10
Drugi sezon ,,Czerwonoarmistów” w europejskich pucharach:
Pierwszy mecz Widzew Łódź – St. Etienne był rozgrywany 19.09.1979 r. w obecności 35 tys. widzów na stadionie ŁKS-u. Była to 1/32 finału Pucharu UEFA a wynik tej konfrontacji to 2:1 (0:1) dla Widzewa. Drużyna francuska była wtedy jedną z najlepszych w Europie a w jej składzie grali reprezentanci Francji, Holandii i Jugosławii. Wszyscy kibice piłkarscy znają nazwiska Michela Platiniego czy reprezentanta Holandii, wicemistrza Świata z 1974r. i 1978r. Johnny Repa a przecież obok nich występowali tacy znani zawodnicy jak Jugosłowiański bramkarz Curković czy Francuzi Lopez, Larios, Santini, Rocheteau i Zimako.
Na ten mecz przyjechało ponad 50-ciu dziennikarzy francuskich a zainteresowanie w Łodzi (i nie tylko) było olbrzymie. Widzew wtedy w lidze spisywał się słabo, ale przeciwko St. Etienne rozegrał kapitalny mecz. Pierwszą bramkę w 37 min. zdobył Platini z rzutu wolnego. Piłka odbiła się od nogi naszego obrońcy i zmyliła Burzyńskiego, któremu nie pozostało nic innego jak wyciągnąć ją z siatki. Do tego momentu gra była wyrównana. Wynik 1:0 dla gości utrzymał się do przerwy mimo prób Widzewiaków jego zmiany. W drugiej połowie Widzew huraganowo atakował a Francuzi bronili się rozpaczliwie. Padły dwie bramki. Po faulu Platiniego w 66 minucie rzut wolny wykonywał Smolarek. Piłka trafiła do Bońka, który po solowej akcji wyrównał. Później, w końcówce meczu, w 81 min po dośrodkowaniu Bońka z rzutu rożnego, Kowenicki strzelił głową zwycięskiego gola na 2:1. Francuzi po stracie tej bramki nie kwapili się już z bardziej energicznymi atakami. Nie chcieli stracić kolejnej bramki i grając zachowawczo „dowieźli” nikłą porażkę do końca meczu. Radość na stadionie była ogromna i co ciekawe została uwieczniona nie tylko w zapisie taśm telewizyjnych, ale również na płycie z piosenką o Widzewie, nagraną przez zespół Klaatu. Zwrotki piosenki przeplatały się raz odgłosami szalejących ze szczęścia trybun i komentarzem spikera telewizyjnego Madeja-seniora po bramce Bońka a innym razem dopingiem całego stadionu Widzew, Widzew, Widzew. Biorąc pod uwagę ogólną liczbę widzów nie było to dużo, ale najważniejsze jest to, że szczególnie w drugiej połowie dopingował cały stadion. Ludzie wierzyli w Widzew i się nie zawiedli, choć widać było, że w rewanżu mogą być duże problemy. Zorganizowanych kibiców ŁKS-u na tym meczu nie było.
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@FcPortoFan1999
@Bernard777
7
@FCBparasiempre
19 września 1951 r. urodził się Kazimierz Kmiecik, napastnik. Jacek Gmoch ciągle żałuje że nie zabrał króla ligowych snajperów na MŚ w 1978 r. Kazimierz mógłby tam zrobić coś dobrego. Na przykład tak jak 2 lata wcześniej strzelić bezpośrednio z rzutu rożnego gola Argentynie. ,,Kazio długo był najlepszym strzelcem w polskiej lidze i powinienem go wziąć do Argentyny w 1978 r. Wstydzę się do dziś iż nie poznałem się na jego talencie. Na mundialu bardzo by nam się przydał. Przeprosiłem Kazia już kilka razy a nawet się zrehabilitowałem, ściągając go do greckiej Larissy. Kmiecik zrobił w niej furore”- tak o napastniku w książce ,,Najlepszy trener na świecie” mówił Jacek Gmoch. Przyznał że snajper krakowskiej Wisły stał się jego selekcjonerskim wyrzutem sumienia. ,,Wszystko prawda. Trener rzeczywiście przyznał się do błędu. Mówił mi o tym już w Grecji. Wypada mi się z nim zgodzić”- z uśmiechem mówił pan Kazimierz. W latach 50-tych specjalistą od goli strzelanych z rzutów rożnych był Baszkiewicz z Gwardii Warszawa. Dwie dekady później podobnym talentem błysnął gwardzista z Krakowa. Jesienią 1974 Kmiecik pokonał w ten sposób Sowińskiego z Szombierek Bytom a 3 lata później Marka Szczecha z Pogoni Szczecin. Oba nietypowe gole okazały się na wage zwycięstw Białej Gwiazdy. Trafić do siatki z narożnika w krajowych rozgrywkach to jeszcze nic. 24 marca 1976 r. Kmiecik strzelił takiego gola na Stadionie Śląskim Argentynie. Tym razem skapitulował Hugo Gatti z Boca Juniors. Po murawie biegali późniejsi mistrzowie świata: Tarantini, Gallego, Housman, Luque, Ardiles, Kempes a na ławce siedział oczywiście trener Cesar Luis Menotti. Ten mecz zasługuje na zapamiętanie także z innego powodu. Był to reprezentacyjny debiut trzech późniejszych medalistów MŚ w Hiszpanii: Pawła Janasa, Janusza Kupcewicza i Zbigniewa Bońka. ,,Po moim golu było 1:0 ale przegraliśmy 1:2 i to trochę mąci mi tamto wspomnienie. Recepta na gole z kornera? Prosta. Kręciłem w stronę bramki, golkiper robił krok do przodu i dostawał za kołnierz”- opisuje Kmiecik. Na rozegranym 2 lata później mundialu w Argentynie Kmiecika nie było i tym razem Polacy nie zdołali Argentyńczykom trafić do siatki(0:2). Nasz bohater nie doszukuje się tu żadnej zależności, wręcz odcina od spekulacji. Jednak to prawda iż miał spektakularne porachunki z gospodarzami mundialowych turniejów, które mogłyby go dodatkowo uskrzydlić.
Przecież już w 1974, w historycznym meczu na wodzie z RFN, gdy przegrywaliśmy 0:1, on w jednym z najważniejszych momentów w dziejach polskiej piłki stanął przed szansą przywrócenia Biało-czerwonym życia. Wprawdzie potrzebowaliśmy wygranej, lecz po stracie gola najpierw musieliśmy wyrównać. Wtedy napastnik Kmiecik na ostatnie minuty zastąpił defensywnego pomocnika Zygmunta Maszczyka i miał tę jedną wyśnioną szanse! Strzelał z 12 metrów, prawie jak rzut karny, na pewno tysiąc razy łatwiej niż z kornera. Na telewizyjnej powtórce, w ujęciu zza bramki, widać jak niektórzy koledzy wyrzucają ręce w góre, już cieszą się z gola. Przedwcześnie. Ten przeklęty Josef Maier obronił! ,,Piłka była śliska, mokra. Uderzyłem jak najlepiej się dało. Już widziałem ją w bramce. Maier odbił czubkami palców…”- wspomina pan Kazimierz. ,,Na mundial w 1982 r. nie miałem już szans jechać. W towarzyskim meczu z Kolumbią(4:1) złamałem kość jarzmową i nigdy nie doszedłem do dawnej formy. Skończyła się reprezentacyjna kariera, choć w lidze nadal strzelałem gole”- kontynuuje Kmiecik. Pierwszym jego zagranicznym klubem było belgijskie Charleroi, jednak piłkarskiego szczęścia tam nie znalazł. Występujący w drugiej lidze zespół grał przeciętnie. Klub miał ogromne kłopoty finansowe. Kmiecik wrócił do Krakowa. Runde pograł w Wiśle i wtedy dostał oferte od Gmocha z Larisy. Odszedł z niej po zdobyciu Pucharu Grecji, już pod komendą trenera Strejlała. ,,Kibice ciągle mnie pamiętają. Wiem bo jeżdże tam czasem na wakacje. Ostatnio rzadziej ale znowu będę chciał ich chciał odwiedzić”- mówi o swoich planach pan Kazimierz. Wtedy zdawało się że powoli trzeba będzie kończyć karierę że po pobycie w Grecji nadszedł dobry czas by dograć sobie jeszcze pare lat w słabszej lidze, jednak Kmiecikowi wciąż było mało. Poszedł do niemieckiej 2. Bundesligi, gdzie co jak co ale zdrowie do zasuwania po boisku od pierwszej do ostatniej minuty trzeba mieć. Tym bardziej że Stuttgarter Kickers był zespołem z dużymi ambicjami. W Niemczech Kmiecik wciąż należał do klasowych napastników. W 1987, mając 36 lat, awansował do finału Pucharu Niemiec! Wcześniej drugoligowcy pokonali Fortune Düsseldorf 3:0 a jednego z goli zdobył Kmiecik. W bezpośredniej walce o trofeum na Stadionie Olimpijkim w Berlinie Zachodnim drugoligowiec na oczach 75 tysięcy widzów zmierzył się z Hamburger SV. ,,W drużynie rywali grał Mirek Okoński, wtedy gwiazda Bundesligi. Ich liderem był jednak reprezentant Niemiec Manfred Kaltz. Szybko objeliśmy prowadzenie ale oni zaraz wyrównali. Mijały minuty i zmierzaliśmy do dogrywki. W 88 minucie po faulu na Mirku z wolnego do siatki trafił Kaltz. Rzuciliśmy się do odrabiania strat i zostaliśmy skarceni jeszcze jednym golem w doliczonym czasie. Wynik 1:3 nie oddaje tego, co się działo na boisku. Bardzo trudno była nam się z tym pogodzić”- wspominał Kmiecik. W następnym sezonie Kickers weszli do 1. Bundesligi! Weteran z Polski miał udział w tym sukcesie ale grał już trochę mniej. Strzelił 3 gole… ,,Po awansie wiedziałem że nie ma sensu tego ciągnąć na siłe, zdrowie już nie pozwalało”- przyznaje pan Kazio. Pograł jeszcze jeden sezon w Offenburger FV(po wojnie piłkarzem tego klubu był legendarny Ernest Wilimowski) i wrócił do Polski. Pechowy finał Pucharu Niemiec to jeszcze nic. Można powiedzieć że Kmiecik w sportowym pechu był doświadczony. Wiosną 1979 przegrał dwumecz z Malmö FF w ćwierćfinale Pucharu Europy. ,,W obu meczach strzelałem gole. W Krakowie dało nam to zwycięstwo 2:1 pięć minut przed ostatnim gwizdkiem. W rewanżu strzeliłem na 1:0, do końca było jeszcze pół godziny i… nagle straciliśmy 4 gole! Nie potrafie tego zrozumieć, nawet dzisiaj”- mówi Kmiecik i udaje mu się ustalić dwa konstruktywne wnioski: ,,Nasz bramkarz Staszek Gonet nie miał swojego dnia, sędziowie też. Szkoda że VAR-u nie było… Kmiecika od lat prześladuje dręczące przeczucie że wiślacy w półfinale ograliby Austrie Wiedeń i w wielkim finale na Olimpiastadion w Monachium zmierzyli by się z Nottingham Forest. Jego piłkarskie życie zresztą pełne jest dziwnych zakrętów i zawijasów. Choćby to że jest ikoną Wisły a przecież najpierw sporo czasu spędził po drugiej stronie Błoń. ,,Pojechałem na kolonie z kolegami, którzy byli z Cracovii. Mieliśmy turniej w hali, nieźle mi szło i Pasy uznały że powinienem zapisać się do klubu. Pograłem w juniorach 2 lata ale widać Wisła była mi pisana”- tłumaczy pan Kazio. W Wiśle debiutował jako 17-latek, cztery razy był królem strzelców Ekstraklasy, zdobył mistrzostwo Polski, miał medal MŚ i dwa medale olimpijskie łącznie z monachijski złotem. To zdecydowanie nie jest kariera piłkarza, który powinien cierpieć na poczucie niedosytu.
6
(Nie)zapomniane legendy polskiego futbolu:
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
11
Chwile grozy:
19 września 2010 r. niejaki Tomaš Ujfaluši sfaulował Lionela Messiego. Nie było by w tym nic nadzwyczajnego, lecz scena ta wyglądała dramatycznie. W końcówce wygranego 1:2 meczu z Atletico Madryt, Messi ruszył z kontrą na bramke gospodarzy i próbujący zatrzymać go czeski obrońca Atletico nadepnął na kostke Argentyńczyka, przez co jego stopa wygięła się w bardzo nienaturalny sposób. Leo opuścił boisko na noszach. Okolice stawu skokowego natychmiast spuchły i wydawało się że czeka go kilka tygodni a nawet kilka miesięcy absencji. Stał się jednak przysłowiowy cud! Już tydzień później wrócił do treningów i dokładnie 11 dni po koszmarnym urazie zagrał w Kazaniu z Rubinem w meczu Ligi Mistrzów, wchodząc na boisko na ostatnie pół godziny.
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
0
@ShawnC To będą ciężary? To będzie porządny wpierdol! Przecież gdzie Newcastle a gdzie PSG!? Przeca to niebo a ziemia!
0
@misterio Mniej więcej coś w tym stylu chciałem napisać ale nie miałem odwagi, bałem się że mnie powyzywają od najgłupszych na tej stronie i że kompletnie nie znam się na piłce!
No może nie tragicznie ale jednak bardzo słabi na Lige Mistrzów...
0
@escarabajo Aaaa.. No to nie można od razu po ludzku napisać!? Tylko jakieś głupoty!!!
0
@escarabajo Nasz tygrysek dalej gotuje? Co ty to pleciesz?
11
Premierowe trafienie:
19 września 1998 r. Patrick Kluivert strzela swojego pierwszego gola w barwach Blaugrany w meczu o stawke. Miało to miejsce na Santiago Bernabeu w ligowym El Clasico, zremisowanym przez Barçe 2:2. Kluivert strzelił gola w 12 minucie dobijając piłke niemal do pustej bramki po interwencji bramkarza Ilgnera i wyrównując stan meczu na 1:1.
Przypominam te El Clasico:
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
4
Bez względu na wynik meczu, po raz pierwszy w życiu obejrze Barcunie w Lidze Mistrzów na Canale+! Dziwne uczucie, nigdy nie było mnie stać na zakodowane programy w Lidze Mistrzów aż do teraz...
10
Niedoceniane legendy futbolu:
18 września 1973 r. urodził się brazylijski snajper Mário Jardel de Almeida Ribeiro. Był przede wszystkim piłkarzem niesłusznie niedocenianym. Może nie miał bajecznej techniki, którą czarowali Brazylijczycy, ale strzeleckiego zmysłu może mu pozazdrościć wiele brazylijskich gwiazd. Fantastyczny piłkarz o zabójczym instynkcie strzeleckim, z mocnym strzałem z obu nóg, szybki, skoczny, o żelaznej kondycji. Zresztą przydomek „Super Mário” mówi wszystko… Zaczynał w rodzinnym Ferroviário ale tam nie debiutował, to miało miejsce w kolejnym klubie – Vasco da Gama. Tam 50 meczów i 26 goli. Łącznie w jego karierze 21 klubów z 11-tu różnych krajów! Jardel to postać niemal tragiczna, przeżył załamanie nerwowe, popadł w uzależnienie od alkoholu i kokainy. Przyczyna była prosta. Po licznych sukcesach w klubach Brazylii, Portugalii i Turcji (o tych triumfach za chwilę) nie dostał powołania na MŚ 2002. Słaby psychicznie piłkarz zaczął się staczać… Wcześniej jednak piękna kariera, m.in. Grêmio (73 mecze/67 goli), FC Porto (174/166), Galatasaray (44/34), Sporting (62/67). Z tym pierwszym klubem Copa Libertadores 1995 i Recopa Sudamericana 1996, z Porto trzykrotny Mistrz kraju, dwa razy Puchar Portugalii i trzykrotnie Superpuchar. W barwach „Galaty” Superpuchar Europy 2000 (2:1 z Realem Madryt, obie bramki dla tureckiej drużyny zdobył nie kto inny, tylko Mário Jardel). Ze Sportingiem podwójna korona – Mistrzostwo i Puchar (2002). Na jego koncie jest także Mistrzostwo Argentyny (Newell’s Old Boys, 2004) i Puchar Cypru (Anorthosis Famagusta, 2006). Indywidualnie było podobnie. Pięciokrotny pod rząd Król Strzelców ligi portugalskiej, czyli ,,Bola de Prata” razy pięć (1997, 1998, 1999, 2000, 2002)! Oprócz tego dwukrotny zdobywca Złotego Buta (1999, 2002), najlepszy strzelec Ligi Mistrzów (2000) i takiż w Copa Libertadores (1995). W reprezentacji Canarinhos tylko 10 meczów i jeden gol. Był w składzie na turniej Copa América 2001, za dużo jednak nie pograł… Łącznie w karierze rozegrał 569 meczów, strzelając 412 goli. Na koniec jeszcze ciekawostka. Był rok 1998, 5-ta runda Pucharu Portugalii (w tamtejszej nomenklaturze to Taça de Portugal), Porto trafiło na Juventude SC. Po pierwszej połowie było 1:0 dla „Smoków”. W przerwie wszedł nasz bohater (zmienił Grzegorza Mielcarskiego) i w ciągu 42 minut strzelił siedem goli! FC Porto wygrało wtedy 9:1 i w tamtym sezonie zdobyli Puchar.
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
10
@FCBparasiempre
Przez trzydzieści jeden lat zawodowo grał w piłkę nożną. Przez ten długi okres w Anglii wyłaniali się kolejni ligowi mistrzowie, zmieniali się selekcjonerzy reprezentacji, pojawiały się i gasły futbolowe gwiazdy, aż wreszcie nastała era Premier League. On w tym czasie bił kolejne indywidualne rekordy. Peter Shilton zajmuje szczególne miejsce na kartach historii angielskiego futbolu, chociaż przyglądając się jego karierze trudno oprzeć się wrażeniu, że w kategoriach zespołowych powinien wygrać zdecydowanie więcej. Kibice Manchesteru United swego czasu wywieszali na trybunach wielki transparent z napisem: „1966 był dobrym rokiem dla angielskiego futbolu. Urodził się wtedy Eric”. To oczywisty pstryczek w nos fanów Trzech Lwów – to przecież rok zdobycia przez reprezentację Anglii jedynego w jej historii mistrzostwa świata, ale sympatykom Czerwonych Diabłów lepiej kojarzył się z datą narodzin Erica Cantony. 1966 był jedna dla angielskiej piłki bardzo dobrym rokiem i to nie tylko ze względu na wygraną w finale mundialu. Wówczas bowiem profesjonalną karierę rozpoczął Shilton. Urodził się 18 września 1949 roku w Leicester. To właśnie w miejscowym City rozpoczął swoją przygodę z piłką nożną. Początkowo ćwiczył samodzielnie na boisku Lisów, ponieważ treningi z drużyną juniorów mógł rozpocząć dopiero w wieku trzynastu lat. Wtedy też po raz pierwszy w akcji zobaczył go Gordon Banks, podstawowy bramkarz klubu i reprezentacji Anglii. George Davies, pierwszy trener Shiltona, powiedział Banksowi, że ten dzieciak już niedługo wygryzie go ze składy. Słysząc te słowa, doświadczony golkiper zaśmiał się głośno, jednak parę lat później zdecydowanie do śmiechu już mu nie było. Już od dzieciństwa Peter robił wszystko, aby dojść na sam szczyt. Kochał grę na bramce i zawsze analizował swój każdy, nawet najmniejszy błąd. Tak bardzo martwił się o swoje słabe piąstkowanie, że rozwiązania szukał w ruchach bokserów. Po pewnym czasie worek bokserski stał się ważnym przyrządem w czasie jego bramkarskich treningów. Na boisku rozstawiał pachołki w różnych miejscach, aby doskonalić interwencje z każdej pozycji. Siłę poprawiał dzięki skokom na murek, z przyczepionym do pleców workiem kamieni. Z treningu nie schodził, dopóki nie poprawił jakiegoś elementu technicznego. Do tego strasznie wściekał się, gdy jego koledzy z obrony nie grali tak, jak on sam sobie zaplanował. Był tak nastawiony na karierę, że nie podszedł w ogóle do egzaminów na zakończenie szkoły. Gdy przerażona matka zapytała go co zrobi, gdy mu się nie uda, odpowiedział pewnym głosem: ,,Nigdy nawet o tym nie myślałem. po prostu zamierzam odnieść sukces i już.” Talent Shiltona nie podlegał dyskusji, dlatego zadebiutował w pierwszym zespole Lisów pod koniec maja 1966 roku, mając jedynie szesnaście lat. Kilka tygodniu po tym meczu Anglia wywalczyła na własnym podwórku mistrzostwo świata, a w jej bramce stał Banks, który po urlopie wrócił ze złotym medalem do Leicester. Shilton był na tyle pewny swoich umiejętności, że w pewnym momencie postawił klubowi ultimatum – albo będzie numerem jeden, albo odejdzie. Władze zespołu postanowiły zaryzykować i ostatecznie postawić na niego. Banksa sprzedano do Stoke w 1967 roku, tłumacząc mu, że „najlepsze dni ma już prawdopodobnie za sobą”. The Potters wydali na niego 56 tysięcy funtów. Leicester miało więc nowego króla. Wejście do bramki Lisów jako numer jeden Shilton rozpoczął od mocnego uderzenia. I to dosłownie – w październiku 1967 roku… strzelił bramkę w spotkaniu z Southampton. W pewnym momencie wybił daleko zmierzającą ku niemu piłkę, czym tak zaskoczył swojego rywala po drugiej stronie boiska, że zdobył gola, a jego drużyna wygrała ostatecznie 5:1. Drugi sezon nie był z pewnością taki, o jakim Peter marzył. Leicester wygrało zaledwie dziewięć meczów w lidze i spadło z First Division. Mieli szansę, aby łzy otrzeć przez zdobycie Pucharu Anglii – w finale przegrali jednak 0:1 z Manchesterem City. Dziewiętnastoletni wówczas Shilton stał się tamtego dnia jednym z najmłodszych bramkarzy, którzy wystąpili w finale FA Cup. Co ciekawe, bohater tekstu już nigdy nie dotarł do tego etapu krajowego pucharu. Po dwóch latach Lisy wygrały Second Division i wróciły do angielskiej elity. Tam przez kolejne sezony balansowały między łatką ligowego średniaka, a kandydatem do spadku. Shilton wciąż pozostawał bramkarzem numer jeden i z każdym występem zbierał coraz lepsze noty. W międzyczasie Bank, który ciągle bronił barw Stoke, z powodu fatalnego wypadku samochodowego został zmuszony do przedwczesnego zakończenia kariery (utracił wzrok w prawym oku). The Potters w poszukiwaniu jego następcy zgłosili się do sprawdzonego wcześniej miejsca. Przed startem sezonu 1974/75 wyłożyli na Petera 325 tysięcy funtów. Shilton tym samym pobił trzykrotnie rekord transferowy brytyjskiego bramkarza i przebił nawet kwotę, którą Juventus zapłacił za Dino Zoffa. W sumie w koszulce Lisów wystąpił w 286 spotkaniach ligowych.
W swoim pierwszym sezonie na Victoria Ground, bohater tekstu wraz z kolegami z drużyny długo dzielnie walczyli o ligowe podium, ale musieli uznać wyższość Leeds, Liverpoolu oraz Derby County i ostatecznie zajęli piątą lokatę. Rok później powtórzyli ten wyczyn. Kolejne sezony były już jednak słabsze, aż w końcu projekt Stoke budowany za wielkie pieniądze zaczął się sypać. Gdy klub ogłosił rekordową stratę w wysokości 450 tysięcy funtów, a później do tej kwoty doszedł jeszcze koszt naprawy zawalonej trybuny, pewne było, że drużynę czeka wyprzedaż. Z kolei sprzedaż najlepszych zawodników oznaczała zaciętą walkę o utrzymanie. Ostatecznie Stoke spadło z First Division na koniec sezonu 1976/77. Wiadome było, że Shilton również odejdzie z klubu. Najbardziej zdeterminowany do sprowadzenia go był Brian Clough, który dopiero co awansował do najwyższej klasy rozgrywkowej z Nottingham Forest. Negocjacje utrudniał jednak fakt, że angielski bramkarz, jako jeden z pierwszych brytyjskich zawodników, miał swojego agenta. Przedstawicieli tego zawodu z kolei nienawidził Clough – na pierwszym spotkaniu do dwóch ludzi reprezentujących Shiltona… rzucał rakietami do squasha. Mimo paru przeszkód, transfer ostatecznie doszedł do skutku miesiąc po starcie ligi, a ,,Forest” przelali na konto Stoke 270 tysięcy funtów. Charyzmatyczny trener uwielbiał Petera. Jim Montgomerry, rezerwowy golkiper Nottingham, żartował nawet, że gdyby Clough nie był żonaty, to po podpisaniu kontraktu najchętniej poślubiłby Shiltona. Trudno się jednak dziwić, że czuł tak wielką sympatię do swojego nowego bramkarza. Gdy Anglik zawitał na City Ground, drużyna miała za sobą już pięć ligowych spotkań, w których straciła sześć bramek. Po jego przybyciu zespół wpuścił już tylko osiemnaście goli do końca sezonu. Efektem tej świetnej gry obronnej było wywalczone mistrzostwo kraju, zaledwie kilkanaście miesięcy po awansie z drugiej ligi! Za swoją postawę Shilton został uznany za Najlepszego Zawodnika Roku, a wyboru tego dokonali jego koledzy z boiska. W tym samym sezonie Nottingham zdobyło Puchar Ligi, jednak Peter nie mógł wystąpić w tych rozgrywkach, ponieważ wcześniej reprezentował w nich barwy Stoke. Rok później, już z Shiltonem między słupkami, powtórzyli wyczyn. Mieli szansę na klasycznego hat-tricka, jednak w trzecim kolejnym finale ulegli Wolverhampton, a jedyna bramka tamtego spotkania padła po błędzie bohatera tekstu, który w wyniku nieporozumienia zderzył się z kolegą z obrony i przepuścił nadlatującą piłkę. To, co zapewniło nieśmiertelność tamtej ekipie ,,Forest”, były dwa zwycięskie finały Pucharu Europy. Pierwszy raz w 1979 roku, a ich przeciwnikiem było szwedzkie Malmo. Tamten mecz Anglicy wygrali 1:0. Rok później identycznym wynikiem pokonali niemieckie HSV. W obu tych spotkaniach od pierwszej do ostatniej minuty wystąpił Shilton. Jak to zwykle w futbolu bywa, miodowe lata drużyny Clougha nie trwały wiecznie. Nottingham w kolejnych latach już nigdy nawet nie zbliżyło się do podobnych wyników, zarówno w kraju, jak i w Europie. Peter borykał się w tamtym czasie również z kłopotami pozasportowymi – rozpoczęły się wówczas jego długoletnie problemy z hazardami, parę razy także został przyłapany na prowadzeniu samochodu pod wpływem alkoholu. Wszystko to sprawiło, że w 1982 roku podjął decyzję o zmianie klubu.
W tym miejscu należy przerwać opowieść o jego karierze klubowej i przybliżyć przygodę z kadrą narodową. Zadebiutował w niej w listopadzie 1970 roku, kiedy jeszcze bronił barw Leicester w drugiej klasie rozgrywkowej. Dostał wówczas szansę od Alfa Ramseya, a jego pierwszym przeciwnikiem było NRD. Anglicy tamten pojedynek wygrali 3:1, a pół roku później Shilton wraz z Lisami wrócił do pierwszej ligi. Swój pierwszy mecz o punkty. Przeciwko Szwajcarii (1:1), Peter rozegrał w trakcie eliminacji do Mistrzostw Europy 1972. W tamtym czasie niepodważalnym numerem jeden w bramce Trzech Lwów wciąż był Banks, ale jego dawny znajomy z Leicester w reprezentacyjnej hierarchii zajmował miejsce tuż za nim. Anglikom ostatecznie nie udało się awansować na wspomniane Euro, ale Shilton do końca roku rozegrał jeszcze dwa spotkania w narodowych barwach. Wkrótce po tym doszło do tragicznego wypadku Banksa, który zakończył jego karierę, a przed Peterem otworzyło możliwość wywalczenia miejsca w podstawowym składzie reprezentacji. Bój o bluzę z numerem jeden Shilton stoczyć musiał z Rayem Clemencem, który w tamtym czasie był golkiperem Liverpoolu. Początkowo z tego starcia zwycięsko wyszedł bohater tekstu – w lecie 1973 roku w trzech kolejnych spotkaniach reprezentacji zachował czyste konto (przeciwko Irlandii Północnej, Szkocji i Walii), a chwilę później zaliczył swój dziesiąty mecz w narodowych barwach, w pojedynku z Czechosłowacją. Te mecze oznaczały, że to on stanie między słupkami w kluczowym starciu eliminacyjnym, które Anglia miała rozegrać w Chorzowie z Polską. Tam nic nie szło po myśli zawodników Trzech Lwów, a zwycięsko z tego spotkania wyszli biało-czerwoni (2:0). Ten wynik oznaczał, że podopieczni Alfa Ramseya musieli cztery miesiące później wygrać na Wembley, aby awansować do turnieju. Ten mecz, jak wiadomo, od lat żyje już własną legendą. Gospodarze napierali na polską bramkę przez dziewięćdziesiąt minut, ale fenomenalny tamtego dnia Jan Tomaszewski dał się pokonać tylko raz, na dodatek dopiero z rzutu karnego. Wcześniej to goście wyszli na prowadzenie, za sprawą strzału Jana Domarskiego. Za utratę tego gola wielokrotnie obwiniano Shiltona, który sam później przyznawał, że popełnił błąd – murawa tamtego wieczoru była wyjątkowo śliska, a on niepotrzebnie podjął decyzję o łapaniu piłki. Anglicy co prawda wyrównali już po sześciu minutach i mieli niemal pół godziny na zdobycie zwycięskiego trafienia, ale Tomaszewski, nazywany przez Clougha „klaunem”, tego wieczoru nie musiał wyciągać futbolówki z siatki po raz drugi. Polacy zaliczyli więc swój Cud na Wembley, a zawodnicy Ramseya pożegnali się z szansą na wyjazd na mundial. On sam z kolei został zwolniony i zastąpiony wkrótce przez Dona Reviego. Nowy selekcjoner nie darzył Shiltona szczególnym zaufaniem, na co z pewnością miała wpływ jego feralna interwencja przeciwko Polsce – chociaż jak sam antybohater tamtego zajścia podkreślał w swojej autobiografii, był to jedyny błąd, jaki przytrafił mu się w czasie reprezentacyjnej kariery. Anglii udało się zakwalifikować na Mistrzostwa Świata w 1982 roku, które rozgrywane były w Hiszpanii. Był to ich powrót na mundial po dwunastu latach. Shilton w eliminacjach odgrywał ważną rolę, dzięki czemu mógł chociaż w pewnym procencie nawiązaćw narodowych barwach do sukcesów, jakie odnosił na polu klubowym. Warto jednak zauważyć, że na tej rangi wydarzeniu Peter debiutował… w wieku 32 lat! To musiało być frustrujące dla bramkarza, który pierwsze spotkanie w lidze rozegrał jeszcze jako nastolatek. Anglicy na tym turnieju przeszli pierwszą fazę grupową, jednak w drugiej zajęli drugie miejsce i musieli się pożegnać z mistrzostwami. Shilton bronił we wszystkich spotkaniach. Kolejne eliminacje, tym razem do Euro 1984, nie były już tak udane i kadra Trzech Lwów ponownie nie pojawiła się na wielkiej imprezie. W międzyczasie jednak Peter zaliczył występ numer pięćdziesiąt, a niedługo potem numer siedemdziesiąt w reprezentacyjnej bluzie. Wkrótce także pobił należący do Banksa rekord meczów dla Anglii(73), dobijając w czasie zwycięskich eliminacji na Mistrzostwa Świata 1986 do okrągłych osiemdziesięciu spotkań.
Czego nie chciałoby się napisać o tamtym mundialu, to i tak wszystko rozbija się o ćwierćfinałowe starcie Anglików z Argentyną. Tamten pojedynek miał podtekst zarówno sportowy, jak i polityczny. Na czele ekipy z Ameryki Południowej kroczył oczywiście Diego Armando Maradona, który po pierwszych spotkaniach był zdecydowanie najjaśniejszą postacią turnieju. Obrońcom Trzech Lwów długo jednak udawało się skutecznie powstrzymywać jego ataki. W końcu jednak Maradona znalazł sposób na zdobycie gola i jak wiadomo, nie był on zgodny z zasadami fair play. Argentyńczyk wyszedł w powietrze do dośrodkowania, walcząc o piłkę z Shiltonem, i skierował ją do bramki swoją ręką. Sędziowie tamtego spotkania nie dopatrzyli się wówczas przewinienia i trafienie zostało uznane, co zszokowało angielską ekipę. Maradona opowiadał później, że gola strzeliła „Ręka Boga”. Co ciekawe, sam Diego ledwie pół godziny po tym meczu miał się przyznać, że przy bramce pomagał sobie dłonią, przynajmniej tak twierdzi Terry Butcher, który spotkał się z nim w czasie kontroli antydopingowej. Z kolei Shilton przyznał kilka lat temu, że nigdy nie wybaczy Argentyńczykowi tamtego zagrania: ,,Minęły 32 lata i miał naprawdę wiele okazji, aby przeprosić, ale nigdy tego nie zrobił. Podejrzewam zresztą, że już tego nie uczyni. Uważam, że futbol powinien łączyć ludzi a jego zachowanie przeczy tej idei. Po tamtej „ręce boga” nigdy nie chciałem się z nim już spotkać, ponieważ byłem zdania, że powinien za nią przeprosić. Nigdy nie uścisnąłbym jego dłoni.” Niedługo po tamtym trafieniu Maradona dołożył drugie, które było już całkowicie zgodne z zasadami i uznawane jest za jedno z najpiękniejszych w historii piłki nożnej. Diego dostał piłkę na swojej połowie a następnie minął jak tyczki pół angielskiego składu, położył na ziemię Shiltona i wpakował ją do pustej bramki. Argentyna wygrała ten ćwierćfinał a kilkanaście dni później sięgnęła po Puchar Świata. Anglia znów wróciła do domu przed czasem. Mimo tego mało przyjemnego doświadczenia, Peter kontynuował grę dla reprezentacji. Przeszedł z nią udanie przez eliminacje do Mistrzostw Europy 1988, ale na samym turnieju Anglicy wypadli bardzo słabo, zajmując ostatnie miejsce w grupie. Zdecydowanie lepiej poszło im na kolejnym mundialu, rozgrywanym w 1990 roku we Włoszech. Tam zaszli aż do półfinału, gdzie jednak przegrali po rzutach karnych z RFN. Ostatecznie nie mogli cieszyć się nawet z medalu, ponieważ przegrali mecz o trzecie miejsce z gospodarzami turnieju. Shilton zaliczył wówczas mecz numer 125 dla narodowej kadry. Jak się później okazało, był to jego ostatni występ dla kraju. Do dziś pozostaje pod tym względem rekordzistą i raczej trudno będzie komukolwiek przebić kiedyś ten wyczyn. Zanim jednak zakończył reprezentacyjną karierę, z powodzeniem przez lata grał dla różnych klubów. Cofnijmy się znów do 1982 roku, wówczas, po odejściu z Nottingham, zasilił szeregi Southampton. W żadnej drużynie nie dane mu już jednak było nawiązać do sukcesów z wcześniejszą ekipą Clougha (może poza wicemistrzostwem kraju w barwach Świętych w sezonie 1983/84). Przez pięć lat rozegrał dla Southmapton 188 meczów, aby na kolejne pięć sezonów przenieść się do Derby County, gdzie wystąpił w zbliżonej liczbie spotkań. Powoli zbliżał się wówczas do czterdziestych urodzin, a mimo to wciąż był pierwszym wyborem do bramki. Kolejnym etapem jego kariery było Plymouth Argyle. Tam przez trzy lata był grającym trenerem – to po części wyjaśnia, dlaczego, będąc już grubo po czterdziestce, rozegrał tam trzydzieści cztery mecze ligowe. Z tamtym miejscem związana jest również jedna z lepszych anegdot dotyczących Shiltona. Plymouth pod jego wodzą zaciekle walczyło o utrzymanie w Second Division w sezonie 1994/95 (wówczas był to już trzeci poziom rozgrywek – dwa lata wcześniej powstała dzisiejsza Premier League). Peterowi bardzo zależało, aby dodać wiary swoim zawodnikom i natchnąć ich do skutecznego wydostania się z dna tabeli. W jednej z przemów wykrzyknął do nich, że powstaną niczym „flaming z popiołów”. Po chwili niezręcznej ciszy ktoś przytomny zauważył, że słowem, którego trener chciał użyć, był raczej „feniks”. Shilton, dwukrotny zdobywca Pucharu Europy i rekordowy reprezentant kraju, zrozumiał, że w jego mowie nie wszystko potoczyło się tak, jak to sobie zaplanował. Swoją wpadkę skomentował krótko: ,,Wiedziałem, że zaczynało się na literę „f”.” Mimo wspaniałych intencji, nie udało mi się utrzymać w lidze swojego klubu. Po degradacji Peter uznał, że najwyższy czas… na powrót na boisko. W 1995 roku, mając czterdzieści pięć lat, zasilił szeregi Wimbledonu. Przez następny rok przechodził jeszcze do trzech klubów, ale w sumie przez ten czas rozegrał tylko jeden mecz. Jego licznik ligowych gier zatrzymał się na 996, co nie dawało mu spokoju. Postanowił, że dobije do okrągłego tysiąca. Z takim zamiarem dołączył w listopadzie 1996 roku do grającego na czwartym szczeblu rozgrywkowym Leyton Orient. Jego tysięczne spotkanie przypadło na 22 grudnia i transmitowało je na żywo telewizja Sky Sports. Jeszcze przed pierwszym gwizdkiem Shilton otrzymał od władz ligi specjalne wydanie Księgi Rekordów Guinnessa. Po tym wydarzeniu dołożył jeszcze pięć meczów, zanim ostatecznie zakończył karierę w wieku czterdziestu siedmiu lat. Jak łatwo się domyślić, do dziś dzierży ten rekord. W zawodowym futbolu Peter utrzymywał się przez trzydzieści jeden lat, zaliczając aż 849 występów w angielskiej ekstraklasie. Śmiało można powiedzieć, że rzucenie w pewnym momencie szkolnej edukacji wyszło mu na dobre.
8
Bramkarz, który bił rekordy:
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
0
@zgiru Bez dwóch zdań!
7
@FCBparasiempre
Szanowni państwo, dokładnie 100(!) lat temu urodził się Ludwik Rozenbaum, znany szerzej jako Ludwik Wacław Sobolewski. Żołnierz-patriota działający w Armii Krajowej czy pracownik bezpieki? Sylwetka Ludwika Sobolewskiego pełna jest mglistych faktów i domysłów. Jedno jest pewne: bez niego Widzew Łódź nie byłby taki sam. Niestety, z sylwetką wielkiego prezesa Widzewa są pewne, nazwijmy to trudności historyczne, co zauważył również dziennikarz „Gazety Trybunalskiej” Paweł Reising. Próżno szukać informacji dokumentujących jego działalność w szeregach partyzantki Armii Krajowej. Nie istnieją choćby najmniejsze wspominki w dostępnych spisach żołnierzy. W książce „Wielki Widzew” autorstwa Marka Wawrzynowskiego możemy dowiedzieć się, że osoby Sobolewskiego nie pamięta choćby Władysław „Huragan” Pietrzyk. Zaznacza on równocześnie, że „nie jest oczywiście powiedziane, że nie należał, bo przecież w sumie przez oddział przewinęło się około 150 osób, wielu z nich kojarzono tylko po pseudonimach”. Informacje odnośnie przynależności Ludwika Sobolewskiego do Armii Krajowej potwierdza Józef Kowalczyk, wiceprezes ,,Kombudu’’ i człowiek z jego najbliższego otoczenia. Mówi on: ,,Ludwik był w informacji wojskowej w strukturach KBW, to prawda. Działali na terenie Ukrainy, walczyli z bandami UPA w ramach akcji ,,Wisła” ale usunięto go stamtąd właśnie za przeszłość związaną z AK. Wiem o tym bo służył z bratem mojej matki, który miał podobną sytuacje i za ,,Politykowanie” dostał 5 lat więzienia”. Wedle Kowalczyka posługiwał się on pseudonimem „Gołąbek”.
W pozycji „Wielki Widzew” możemy również zapoznać się z wypowiedzią Krzysztofa Kirpszy (wiceprezesa i przyjaciela Sobolewskiego): ,,Spędziliśmy z nim ogrom wolnego czasu ale wiedzieliśmy tylko, że wychował się w biedzie w dzielnicy żydowskiej, zdaje się na Woli w Warszawie i jako dziecko hodował gołębie i jeszcze że startował z sukcesami w młodzieżowych mistrzostwach Polski w szachach, zresztą znakomicie grał”. Według danych zawartych w Biuletynie Informacji Publicznej Instytutu Pamięci Narodowej – (sygnatura akt IPN BU 0902/757 t. 1-2 (765/W) nazwisko „Sobolewski” nie jest jego prawdziwym. Ludwik Wacław z domu nazywał się Rozenbaum/Rosenbaum, znany dokładniej jako Lutek Rozenbaum w okresie przedwojennym. W czasie okupacji używał nazwiska Sobolewski. W ankiecie personalnej sam podał, że funkcjonował pod pseudonimem „Gołąb”, miał służyć w oddziałach AL – „Henryka”, „Stacha” oraz „Dona”. Kontrola przeprowadzona wobec jego osoby wykazała, że służył w szeregach Armii Krajowej od 1944 roku w grupie „Wichra” właśnie w powiecie piotrowskim. Wedle zawartych informacji w 1947 roku brał udział w Grupie Operacyjnej „Wisła”. Biografia Sobolewskiego jest owiana mgłą historii, choćby z tego powodu, że główny bohater unikał rozmów na ten temat. Taki sposób „bycia” miał za cel ochronę swojej osoby, jak i rodziny przed działaniami wywiadowczymi okupanta. Szczęśliwie dla siebie udało mu się ujść cało z działań partyzanckich.
Po tym etapie swojego życia znalazł się w Państwowym Przedsiębiorstwie Imprez Sportowych a następnie przeniósł się do Łodzi z powodów prywatnych. Po 1945 roku kontynuował również swoją edukację kończąc szkołę średnią oraz trwające dwa lata studium organizacji i zarządzania. . W połowie 1952 roku, ukończył Szkołę Oficerską Wojska Polskiego ze stopniem kapitana. W świat sportu wkroczył w 1968 roku, jako kierownik sekcji piłki nożnej Szkolnego Klubu Sportowego „Start Łódź”. Dwa lata później trafił w szeregi RTS-u Widzew, gdzie pełnił funkcję kierownika sekcji, zastępcy prezesa klubu, a od 1977 roku został prezesem. Funkcję tę sprawował do 1987 roku z przerwami. Następnie musiał uciekać z Polski z powodu działań politycznych, jak i również coraz większej inwigilacji w strukturach sportowych po 1985 roku. Do kraju wrócił dopiero po zmianach ustrojowych i obaleniu komunizmu. W łódzkim Widzewie ponownie objął stery w 1992 roku i w czasie dwunastu miesięcy sprawowania funkcji prezesa udało mu się powołać Spółkę Akcyjną „SPN Widzew S.A.”, ostatni raz w prezesowskim fotelu usiadł w 1998 roku, co można ten czas określić epizodem. Sobolewski swoimi działaniami, choćby jako szef firmy budowlanej pokazał swoją niesamowitą zdolność do zarządzania i budowania kapitału. Praktycznie z niczego, na łódzkiej ziemi stworzył drużynę mierzącą w najwyższe cele. Dzięki Ludwikowi Sobolewskiemu, Widzew zaznaczył również swoją obecność na arenie międzynarodowej, gdzie toczył boje jak równy z równym, eliminując przede wszystkim Liverpool czy silną Borussię M’Gladbach. To właśnie dzięki Ludwikowi Sobolewskiemu powstał „Wielki Widzew”. Ostatnie lata ówczesnego wizjonera polskiej piłki były kolejną walką o życie, tym razem przeciwnikiem był nowotwór. Tej bitwy Sobolewski nie był w stanie wygrać. Zmarł 11 listopada 2008 roku, w dniu szczególnym dla narodu polskiego, dodatkowo naznaczony dla kibiców i historii Widzewa Łódź. Za jego największy sukces organizacyjny uznaje się uratowanie klubu w momencie ogromnych kłopotów finansowych. Mowa tutaj o działaniach w trakcie tworzenia się spółki, gdzie zespół nie został przekazany na rzecz nowego podmiotu, a „wypożyczony”. Taki ruch pozwalał na założenie nowego podmiotu, który przejął w całości drużynę. Majstersztyk polegał na tym, że zachowano miejsce na poziomie rozgrywkowym przed transformacją. Ludwik Sobolewski w okresie panującego komunizmu, czerpiąc przykład z działania zachodnich klubów, dokonywał cudów. Wielu zauważa jedno, odszedł z tego świata w pewnym sensie zapomniany a doceniony dopiero po odejściu z tego świata.
Ludwik Sobolewski pozostawił po sobie znaki zapytania, jednakże jeśli mowa o jego działalności związanej z Widzewem Łódź, ona nie podlega żadnym podważeniom. Kilka lat temu radni miasta Łódź zdecydowali o sfinalizowaniu postawienia pomnika wielkiego prezesa obok widzewskiego stadionu, a decyzją mieszkańców projekt zostanie zrealizowany ze środków budżetu obywatelskiego.
6
Twórca WIELKIEGO WIDZEWA:
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@FcPortoFan1999
@Bernard777
1
@Kubsoleon Troche zazdroszcze wam tego nastolatka. Ja byłem już po 40-tce ale przeżywałem naszą Barcunie jak dziecko...
13
Hattrick ,,La Pulgi” na dzień dobry w Champions League:
18 września 2013 r. FC Barcelona rozgromiła na początek rozgrywek Ligi Mistrzów Ajax Amsterdam 4:0 (1:0). Bohaterami w drużynie Katalończyków byli autor hattricka Lionel Messi i bramkarz Victor Valdes, który obronił rzut karny. Oba kluby należą do najbardziej utytułowanych w historii europejskich pucharów, dlatego aż dziw bierze, że w środowy wieczór zmierzyły się po raz pierwszy w oficjalnym pojedynku. Środowy mecz był debiutem w Lidze Mistrzów trenera FC Barcelony Gerardo Martino oraz Neymara. To właśnie Brazylijczyk oddał pierwszy groźny strzał na bramkę rywala, jednak Kenneth Vermeer był na posterunku. W 21. minucie przed dobrą okazją na otworzenie worka z bramkami stanął Lionel Messi. Argentyńczyk był faulowany przez Lerina Duarte przed polem karnym i sam postanowił wymierzyć sprawiedliwość strzałem z rzutu wolnego. Po jego uderzeniu piłka odbiła się od słupka i zatrzepotała w siatce. To była druga bramka Messiego ze stałego fragmentu gry w Champions League. Chwilę później z kontrą wyszedł Ajax, jednak podanie Krkicia w pole karne nie znalazło adresata. W 30. minucie próbował zrehabilitować się Duarte, jednak jego uderzenie z dystansu wyszło na aut. Dużo lepszą okazję miał Ricardo van Rhijn. Krkič posłał piłkę między obrońców Blaugrany na długi słupek, gdzie pięknym szczupakiem popisał się prawy obrońca Ajaksu ale Victor Valdes wyśmienitą interwencją potwierdził, że nie na darmo mówi się, że to on powinien zostać pierwszym bramkarzem reprezentacji Hiszpanii. Druga połowa rozpoczęła się, zgodnie z przewidywaniami, od dobrej okazji dla Barçy. Z prawej strony kąśliwie dośrodkował Dani Alves, piłkę wślizgiem atakował Alexis Sanchez, jednak minimalnie się spóźnił, a Neymara, który niechybnie umieściłby piłkę w siatce, w ostatniej chwili uprzedził Van Rhijn. Co się odwlecze, to nie uciecze. W 55. minucie z kontrą wyszedł Sergio Busquets i zagrał w pole karne do Messiego. Argentyńczyk w swoim stylu nawinął na zamach Stefano Deswila i pewnym strzałem nie dał szans bramkarzowi Ajaksu. Nie minęła godzina gry a Messi mógł skompletować hat tricka. Neymar posłał półgórne dośrodkowanie w pole karne a najlepszy strzelec Blaugrany oddał sytuacyjne uderzenie kolanem, po którym piłka minimalnie przeszła obok bramki. W 69. minucie wyręczył go Gerard Pique. Z lewej strony prawą nogą świetnie dośrodkował Nemyar a stoper FC Barcelony wyskoczył najwyżej w polu karnym i umieścił piłkę w bramce. Minęło sześć minut i Messi dopiął swego, kompletując hattricka. Argentyńczyk płaskim strzałem pokonał Vermeera, dzięki czemu zanotował 24 hattricka w barwach Dumy Katalonii. Było to już jego 62. trafienie w Lidze Mistrzów, dzięki czemu tracił już tylko dziewięć goli do najskuteczniejszego w historii LM - Raula Gonzaleza. W kolejnej akcji Javier Mascherano nieprzepisowo zatrzymał w polu karnym Thulaniego Serero i sędzia podyktował rzut karny. Do piłki podszedł Kolbeinn Sigthorsson i oddał płaski strzał, który pewnie wybronił Valdes.
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_