9

@FCBparasiempre
Tak się jakoś złożyło że najbardziej widowiskowe pomysły miewali Francuzi i to im przypisuje się ich autorstwo. Jules Rimet doprowadził kiedyś do mistrzostw świata. W latach 50-tych spełniły się najpierw sny Gabriela Hanota i latem 1955 r. ruszył klubowy Puchar Europy a nieco później Henry Delaunay sprawił że narodziły się mistrzostwa Europy. W każdym razie gdy 16 grudnia 1954 r. na łamach ,,L’Equipe” ukazał się artykuł Hanota: ,,Proponujemy piłkarski Puchar Europy”, kości zostały rzucone. Odmienił się los europejskiej piłki. Najpierw puchar krajowych mistrzów a potem rozgrywki zdobywców klubowych pucharów i turniej UEFA, wcześniej zwany Pucharem Miast Targowych, stały się najbardziej popularnymi imprezami na kontynencie i nawet mistrzostwa Europy nie zagroziły tej popularności. Rozgrywki klubowe odniosły niebywały sukces sportowy, propagandowy, finansowy. Powstaje pytanie jak to się stało że pojedynki klubów przyćmiły inne formy futbolowej rywalizacji. Inicjatorzy tych rozgrywek po prostu spostrzegli iż towarzyskie mecze międzypaństwowe, różne okazjonalne turnieje międzynarodowe i mecze pokazowe nie mobilizują już w dostatecznym stopniu ani zawodników, ani kibiców. Słabnie zainteresowanie pojedynkami ,,bez stawki” Co więcej, w połowie lat 50-tych Europa była głęboko podzielona w następstwie zimnej wojny. Kontakty sportowe między Zachodem a Wschodem istniały ale w szczątkowej formie. Należało wymyślić taką formę rozgrywek, która by wciągnęła wszystkie kraje do konkurencji. W efekcie miało to wpłynąć na wzmożone zainteresowanie krajowych federacji, zawodników i kibiców i szybko się okazało że wpłynęło. Pomysł chwycił. Rozgrywki pucharowe przede wszystkim podniosły rangę i znaczenie wielkich klubów. Otrzymały one szanse sprawdzenia się na międzynarodowym forum i skorzystały z tej szansy. Choć idea wyszła od Francuzów, pierwsi ,,odcieli od niej kupony” Hiszpanie. Właśnie w pierwszych edycjach PEMK madrycki Real zbudował swą potęgę. Dziś pod kątem tych rozgrywek komponuje się drużyny i kupuje głośnych graczy. Trzeba powiedzieć że system rywalizacji był też dobrze wykoncypowany. Kolejne rundy wzmagały emocje. Duża częstotliwość pojedynków sprawiła że zaczęto mówić o ,,pucharowej karuzeli” a częstotliwość to także liczba widzów na trybunach. W ciągu kilku lat zainteresowanie wzrosło niesamowicie. Miało to oczywiście swoje skutki. Puchary zaczęły ,,zabezpieczać” pieniądze. Kluby odnoszące sukcesy stawały się coraz bogatsze. Mistrzowie krajów stawali się futbolową ,,wizytówką narodową”. Hierarchie klubowe zaczęły więc ważyć na hierarchiach narodowych. Już nie tylko wyniki reprezentacji stawały się istotne, tym bardziej że sławne drużyny klubowe prezentowały coraz wyższy poziom gry. Dzięki zgraniu zawodników i dzięki temu że mogły korzystać z graczy z innych kontynentów. Ba! Doszło do tego iż reprezentacje krajowe zaczęto budować ,,na bazie” klubów, które odnosiły w pucharach sukcesy. Karykaturalną formę przybrało to w przypadku Dynama Kijów. Zwłaszcza ranga PEMK rosła z roku na rok i znamienny jest przykład z roku 1983, kiedy to w finale HSV Hamburg po golu Maghata wygrał z Juventusem a mecz potraktowano w Niemczech jako rewanż za porażkę z Włochami w hiszpańskim mundialu. To świadczy najlepiej o znaczeniu, jakie przypisuje się klubowej rywalizacji. Nie jest przesadne stwierdzenie że rozgrywki te otworzyły nowe perspektywy przed piłka europejską. Stworzyły nowe fundamenty jej siły. Futbol w kilka lat po wojnie zagrożony w swej popularności zdobył władzę nad milionami. Mecze klubowe powodowały wygaśnięcie normalnego życia, wyludnienie miast. Zrodziły rytuały regularnego tele-kibicowania. Rozgrywki te, mając swoje istotne znaczenie sportowe, wprowadziły więc do naszego życie także nowe obyczaje. Wpisały się w świadomość ,,piłkarskiej środy”, kiedy króluje futbol. Niebywałe ale tak się właśnie stało! Z perspektywy lat widać wyraźnie jak silne było dążenie do stworzenia nowych form rozgrywek, rozszerzenia rywalizacji poza krajowe mistrzostwa czy pucharowe turnieje, w których bierze udział ograniczona i często dość przypadkowa grupa konkurentów. 16 grudnia 1954 r. na łamach wpływowej paryskiej ,,L’Equipe” , gazety wówczas o największym znaczeniu w sportowym światku Starego Kontynentu, ukazał się artykuł, w którym redakcja wykorzystując martwy sezon pragnie wywołać atrakcyjną dyskusje. ,,Proponujemy piłkarski Puchar Europy”- tyle w tytule a pod tekstem podpisany jest redaktor Jacques Ryswick.

Sam pomysł nie do końca był przemyślany bowiem zaproszenia do grona 16 uczestników miałyby być wyłącznie subiektywną oceną organizatorów. Nie mówi się nic o kryteriach wyboru uczestników, ani o obowiązkowym udziale mistrzów. Z punktu widzenia paryskiego komentatora, według bardzo subiektywnych kryteriów, ocenia się wartość europejskiego futbolu klubowego. Autor proponuje swoiste ,,klubowe mistrzostwa Europy” z udziałem kilkunastu zespołów a wśród nich: Stade Reims, Anderlech Bruksela, Grasshoppers Zurich, 1.FC Kaiserslautern, Real Madryt, Partizan Belgrad, Rapid Wiedeń, AC Milan, Volverhampton Wanderers, Honved Budapeszt oraz Dynamo Moskwa. To kryterium ,,mistrzostwa” wcale nie będzie zresztą długo najważniejsze, bodaj dopiero wiosną 1965 a więc w 10 lat po narodzinach idei, komitet organizacyjny wprowadzi obowiązek posiadania tytułu przez uczestników rywalizacji i to tytułu uzyskanego w ostatnich zakończonych rozgrywkach. Ten pomysł musiał narodzić się w czasie, gdy niemal w tym samym momencie nastąpiło działanie różnorodnych bodźców. Od politycznych uwarunkowań poczynając, bowiem okres ,,zimnej wojny” dzielącej Europe i świat ,,żelazną kurtyną”, męczył już nie tylko społeczeństwa ale i polityków, a z obu stron pojawiały się znaki otwarcia się na świat bez podziałów albo ukrycie ogromnych różnic politycznych pozornym współdziałaniem na niwie sportowej. W sporcie otwierała się epoka telewizji. Rodził się boom turystyczny. Europa a nawet świat bez granic, to hasło, które sięgało i do sportu. Specjalne pociągi piłkarskie, początkowo w jednym kraju, potem już międzynarodowe, przenosiły kibiców na atrakcyjne widowiska i zapewniały powrót. Było także wreszcie realizowane w praktyce organizowanie się Europy we własnej organizacji piłkarskiej, czemu długo przeciwstawiał się Jules Rimet, francuski prezydent FIFA ale też działacz czuły na swe wpływy i nie dopuszczający konkurencji na własnym europejskim podwórku. W tej sytuacji nie wystarczyły już krajowe rozgrywki, stadiony kurczyły się, ograniczając możliwości rozwoju, hamowały dopływ kapitału do przedsiębiorstw zwanych klubami piłkarskimi. Wiadomo że trzeba było grać częściej, coraz atrakcyjniejsze mecze aby przyciągnąć większą liczbę publiczności na trybuny. Zagraniczny rywal w grze o wszystko, czyli o awans do następnej rundy, miał być panaceum na spełnienie marzeń piłkarskiego swiata. W 1954 powstała UEFA, która zajęła się tworzeniem podstaw organizacyjnych i z wielkim trudem forsowała pomysł mistrzowskich rozgrywek dla reprezentacji narodowych. Tak się jednak dziwnie stało że pomysł ,,mistrzostw klubowych”, prywatna zrazu idea paryskiego dziennika, uzyskała zgode i oficjalny placet UEFA już na pierwszym kongresie w dniach 2 i 3 marca 1955 r. w Wiedniu. Myślę że działacze UEFA nie do końca zdawali sobie sprawę ze znaczenia klubowej rywalizacji o ,,mistrzostwo” kontynentalne a mając na głowie dziesiątki innych problemów, wśród których mecze narodowych drużyn ciągle miały jeszcze wyższą range, postawili na sprawę ich zdaniem łatwiejszą. Cztery miesiące po wiedeńskim kongresie wybrano komitet organizacyjny klubowych pucharów Europy(pucharów, ponieważ przeczuwano ze będzie ich więcej niż tylko turniej mistrzów). Piątka działaczy, mając pełnomocnictwa od Komitetu Wykonawczego UEFA, 18 lipca 1955 r. opracowała zasady rywalizacji i rozpoczęła praktyczną działalność. Siedem tygodni później rozegrano pierwszy mecz. Postanowiono zaprosić 16 zespołów a wśród nich londyńską Chelsea. Niestety władze angielskiej ligi nie wyraziły na to zgody i stąd w gronie premierowej edycji uczestników znalazła się polska drużyna. Zaproszono imiennie warszawską Gwardie choć ta nigdy nie była posiadaczem mistrzowskiego tytułu! Wyznaczono regulamin, który nie narzucał konkretnych terminów spotkań ale czas wyłonienia awansującej z każdej pary drużyny. Dopiero w 1966 r. ustalono sztywne ,,pucharowe” terminy dla wszystkich ekip. Znakomicie uprościło to rywalizacje a likwidacja tak zwanych ,,dodatkowych” trzecich spotkań(przy równym bilansie dwóch pierwszych) uczyniła rywalizację w każdej parze i w każdym meczu istną grą o wszystko. Potrzeba było jednak lat doświadczeń aby drobne na pozór innowacje(jak ,,podwójne” gole na wyjeździe czy konkurs rzutów karnych) uprościły system rozgrywek. Na początku sporom o terminy nie było końca a zmagania poprzez skomplikowany, rozciągnięty w czasie przebieg, nieco tonowały emocje. Jednak nie narzekajmy, pucharowe szaleństwo opanowało kibiców w całej Europie z siłą, jakiej Monsieur Hanot doprawdy nie mógł się spodziewać!

Pierwszy mecz PEMK rozegrano 4 września 1955 r. w Lizbonie, na Estadio Nacional. Miejscowy Sporting Clube de Portugal podejmował FK Partizan Belgrad, remisując 3:3 wobec około 30 tysięcy widzów. Sędziował Francuz Edouard Harzic a kapitańskie powitanie było dziełem Manuela Passosa i Stjepana Bobka. Pierwszy historyczny gol był dziełem João Martinsa w 14 minucie. Z kolei pierwszy mecz(trzy dni później) wygrał MTK Budapeszt pokonując na własnym stadionie Anderlecht Bruksela aż 6:3 a jednocześnie w tym meczu zanotowano premierowy hattrick, którego autorem był Węgierski napastnik Peter Palotas. Po tym pierwszym spotkaniu następne potoczyły się jak lawina, przekraczając w 35 edycji w sezonie 1989/90 liczbę 2 tysięcy. Kto nie docenia znaczenia tych gier dla rozwoju futbolu, dla wzrostu popularności tego sportu, nie zrozumie nic. Niemal wszystko co dobre ale i złe, wiązało się z klubową rywalizacją pucharową. To ona obok ligi i krajowych rozgrywek, stanowi o sile tego sportu. Dodajmy że na tyle atrakcyjną aby z czasem rozszerzyć się na turniej krajowych zdobywców pucharów oraz rywalizację zespołów miast targowych, przekształconych w rozgrywki o UEFA Cup. Wróćmy teraz do polskiego debiutanta w PEMK. Jak już wspomniałem przeciwnikiem warszawskiej Gwardii miał być mistrz Anglii Chelsea, która to zrezygnowała jednak ze startu, podając za przyczynę brak wolnych terminów. Tak naprawdę wyspiarze bali się kolejnej kompromitacji na arenie międzynarodowej a wycofanie wymogły władze angielskiej ligi. Tym samym pozostało wolne miejsce a Szwedzki Djurgardens Sztokholm musiał poczekać na nowego rywala. Władze UEFA proponowały Szwedom przeciwnika z Bułgarii, Rumunii bądź… Polski i właśnie ten ostatni kraj Skandynawowie wybrali. Dużo niejasności było także z nominacją naszego przedstawiciela. W Polsce grano wtedy systemem wiosna-jesień i mistrza za rok 1955 mieliśmy poznać dopiero w listopadzie. Logiczne zatem wypadało zgłosić do pierwszej rundy mistrza z poprzedniego roku – Polonię Bytom. Ta jednak spisywała się słabo w obecnym sezonie, więc aparatczykowiec z sekcji piłki nożnej Głównego Komitetu Kultury Fizycznej(ówczesny PZPN) postanowił zgłosić prowadzącą w tabeli ekstraklasy Gwardie Warszawa. Wówczas był to milicyjny klub, zatem stało za nim poparcie ważnego resortu. O milicyjnych wpływach przekonaliśmy się już podczas pierwszego meczu Gwardii, gdy do Sztokholmu zabrano Mariana Norkowskiego, słynącego z mocnego strzału napastnika… Polonii Bydgoszcz(kolejny klub z pionu gwardyjskiego). Dziś taki szwindel nie mógłby przejść ale Szwedzi zorientowali się dopiero po pierwszym meczu i oczywiście zaprotestowali a Norkowskiemu pozostał w biografii mecz w europejskich pucharach. W Sztokholmie wszystko było dla nas pierwsze. Premierowe spotkanie w pucharach, w dodatku w świetle jupiterów, pierwszy obroniony rzut karny(Stefaniszyn wspaniałą paradą wybił piłke zmierzającą w prawy dolny róg bramki). Co ciekawe, pechowy strzelec Parling, podbiegł do polskiego golkipera i pogratulował mu pięknej interwencji. Ostatecznie mecz zakończył się bezbramkowym remisem. Trenerem Gwardii był wtedy Edward Brzozowski ale z racji swoich przekonań, nie był on lubiany przez władzę ludową, która… nie pozwoliła mu wyjechać z drużyną na mecz do Szwecji. Dlatego opiekę nad zespołem na to jedno spotkanie przejął Tadeusz Foryś. W rewanżu na ławce zasiadł już Brzozowski ale swojego debiutu w europejskich pucharach nie zaliczył do udanych. Na stadionie Wojska Polskiego 25 tysięcy widzów oglądało popisowy występ Szwedów, którzy już do przerwy strzelili ,,warszawskim harpaganom” cztery gole. Trzy z nich Erikson- pierwszy piłkarz, który zaaplikował polskiemu klubowi hattricka. Wynik(4:1 dla gości) ustalono już w pierwszych 29 minutach. Odnotujmy historycznego zdobywcę gola dla naszej drużyny Krzysztofa Baszkiewicza. Popularny ,,Baśka” miał smykałkę do tego rodzaju trafień bo był też autorem premierowej bramki Gwardii w Ekstraklasie. Dziś to zapomniana postać a szkoda, gdyż Baszkiewicz słynął z niekonwencjonalnych strzałów, zaś jego specjalnością były gole zdobywane bezpośrednio z rzutu rożnego, jak choćby dwie strzelone bydgoskiej Polonii w kwietniu 1956 r. Wprawdzie żadnemu polskiemu klubowi nie udało się tryumfować w jakimkolwiek europejskim pucharze, jednak batalie Ruchu Chorzów, Legii Warszawa, Widzewa Łódź a zwłaszcza Górnika Zabrze, który jako jedyny polski zespół zagrał w finale europejskiego pucharu, będą zawsze z dumą wspominane przez polskich kibiców i przez całe środowisko polskiego futbolu.


8

Narodziny najważniejszego pucharu w dziejach futbolu oraz jego premierowy mecz:

@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

7

„Niebiescy” w drodze po kolejne mistrzostwo:

Po nerwowym pojedynku w Chorzowie z AKS-em drużyna Ruchu zaczęła być wśród dziennikarzy postrzegana jako zespół, który nie pozwoli się wyprzedzić innym. Jedynym zespołem, który zdawał się dotrzymywać kroku niebieskim była Krakowska Wisła, która osiągając dobre wyniki w rundzie rewanżowej usadowiła się na drugim miejscu w tabeli ligowej, mając tylko dwa punkty straty do lidera. Otóż tak ułożył się terminarz rozgrywek że następnym przeciwnikiem Ruchu w rozgrywkach ligowych była właśnie Wisła. Jak pisała prasa: przed kilkoma tygodniami nikt nie przypuszczał że rywalem Ruchu będzie Wisła. Krakowianie zebrali jednak w drugiej serii z miejsca cztery punkty a ponieważ konkurencji powineła się noga więc też znajdujemy wiślaków dzisiaj na drugiej pozycji. W tygodniu poprzedzającym mecz z Wisłą kapitan związkowy Kałuża ogłosił 16-osobowy skład na obóz przygotowawczy przed meczem reprezentacji Polski z Niemcami, który miał się odbyć w Chemnitz 18 września. Był to niezwykle prestiżowy pojedynek dla obydwu reprezentacji a ładunek propagandowy był wielkiego kalibru. Obóz został zaplanowany w dniach 5-10 września w Warszawie a głównym celem, który postawiono przed powołanymi zawodnikami było zgranie drużyny. Wśród powołanych piłkarzy znaleźli się zawodnicy Ruchu: Giemza, Wilimowski oraz Wodarz. Brak w kadrze Peterka śląska prasa nazwała nowym błędem pana Kałuży. Mecz z Wisłą zbliżał się wielkimi krokami, w prasie częściej pisano o dwumeczu śląsko-krakowskim, gdyż w tej samej kolejce AKS wyjeżdżał do Krakowa na mecz z Cracovią. Podawano skład, w jakim Ruch przystąpi do niedzielnego spotkania, wskazując przy tym na fakt iż z pewnością wystąpi Dziwisz, który już ostatecznie wrócił do zdrowia. Wątpliwości budził występ Słoty, którego sprawa w dalszym ciągu nie była rozstrzygnięta w zarządzie ligi i działacze Ruchu nie chcąc ryzykować walkowerów woleli nie wystawiać prawego łącznika w składzie. Przezorność ta z jednej strony świadczyła o pragmatyzmie kierownictwa Ruchu a z drugiej dość jaskrawo uwypuklała opieszałość, by nie rzec nieudolność władz ligi w sprawach tak istotnych dla uczestniczących w rozgrywkach drużyn, jak weryfikacja zawodników uprawnionych do gry. Mecz z Wisłą zaplanowano na niedzielę 4 września 1938 r. Początek spotkania wyznaczono na godzinę 16:30 a sędzią był legendarny Wacław Kuchar. Renoma przeciwnika oraz stawka meczu spowodowały że na trybunach zgromadziło się około 15 000 widzów, w tym kilka tysięcy sympatyków Wisły, którzy głośno dopingowali swój zespół. Niebiescy przystępowali do meczu z Wisłą w następującym składzie: Brom, Ibrom, Giemza, Kruk, Skrzypiec, Mikunda, Przecherka, Malcherek, Peterek, Wilimowski, Wodarz. Tak więc kolejny raz się okazało że Dziwisz w dalszym ciągu nie był zdolny do gry, PanHyrz odbywał służbę wojskową a na decyzję wydziału gier i dyscypliny cały czas czekał Słota. W związku z możliwym walkowerem nie zdecydowano się na prawego łącznika z Sosnowca. Nowością było przesunięcie Kruka do linii pomocy a jego miejsce na prawym skrzydle zajął Przecherka. Zanim sędzia dał sygnał do rozpoczęcia meczu zebrał piłkarzy na środku boiska i odczytał im rozporządzenie PZPN-u wzywające wszystkich zawodników do gry jak najbardziej fair i sportowego zachowania. Po odczytaniu rozporządzenia rozpoczął się mecz, w którym od samego początku zaatakowali „Niebiescy” i już w czwartej minucie po akcji z Peterkiem gola strzelił Wilimowski. W 8 minucie z podania „Ezziego” wynik podwyższył Wodarz. W 16 minucie przy dużym udziale bramkarza ruchu Wisła strzeliła gole na 2:1. Po tej akcji trenera Ruchu zdecydował się na zmianę bramkarzy i między słupkami stanął Tatuś. Teraz to Wisła była stroną atakującą i w 22 minucie uzyskała wyrównującą bramkę. Goście grali bardzo dobry, techniczny futbol, preferując grę po ziemi. Szwankowała jednak linia ataku gdzie widoczny był brak zdecydowania. Pod koniec pierwszej połowy ponownie zaatakował Ruch i w 38 minucie sędzia podyktował rzut karny, który Peterek zamienił na bramkę. Do przerwy Ruch prowadził 3:2. W drugiej połowie dalej trwała walka, przy czym częściej atakował Ruch, tyle że piłka zamiast w bramce lądowała na poprzeczce bądź tuż obok słupka. Wreszcie w 74 minucie sędzia ponownie podyktował jedenastkę dla Ruchu, której skutecznym egzekutorem był „Mietlorz”. Wynik 4:2 dla Ruchu utrzymał się już do końca spotkania.

@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

9

Kalendarium FC Barcelony:

4 września 1984 r. Stowarzyszenie Futbolistów Hiszpańskich zbojkotowało rozgrywki Primera Division. Domagało się ono większych praw do podejmowania decyzji dotyczących kształtu ligi hiszpańskiej. Wobec braku porozumienia w kolejny weekend ligowy kluby w większości postanawiają wystawić zespoły amatorskie bądź juniorskie. Barça uważała iż obcokrajowcy tacy jak Schuster czy Archibald powinni zagrać z uwagi na to iż nie należą do żadnej ze stron konfliktu. Trener Venables zdecydował jednak że nie wystawi ich aby nie zaognić sytuacji. W efekcie juniorska drużyna FC Barcelony pokonała Real Saragosse 4:0. Z zawodników, którzy występowali w tym meczu największą karierę zrobił Luis Milla, gracz ,,Dream Teamu” Cruijffa i Realu Madryt. Dla większości graczy był to jednak jedyny mecz w pierwszej drużynie Blaugrany.

@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

9

Pierwszy gol o punkty ,,El Pelusy”:


4 września 1982 r. Diego Armando Maradona strzela swojego debiutanckiego gola w La Liga w barwach Blaugrany. Ma to miejsce na Estadio Luis Casanova w przegranym meczu z Valencią 2:1. Pierwszego gola w tym meczu w 20 minucie strzelił właśnie Maradona.


@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Sysia11

0

@D10SLEO No tak kuźwa, będę całą nocke zarywał żeby jutro w robocie być nieprzytomnym i jeszcze kogoś zranić albo przejechać nie daj Boże!

0

@mkord Chwila! Przeca to gra Iga Świątek, na tą chwile to bodaj druga rakieta świata(!) a te facety kim są w światowym tenisie że muszą grać na głównym korcie ja się pytam!? Co kuźwa za sprawiedliwość?

0

@D10SLEO Tyle ćwierćfinałów panów i pań i oni muszą to grać wszystko na głównym korcie!??? Przecież to jest pojebane do kwadratu!!! Zwłaszcza jeśli są inne korty...

0

@bodzio10 A niby z jakiej paki nie mogą?

0

@mkord No i co w związku z tym? Nie można grać na innym!? Albo też faceci nie mogli grać na innym?

2

@F3DO To jest pojebane żeby nie było innego kortu!!!

0

@JimMorrisonFCB Co??? 11???

0

@F3DO Jak to!!? To ta pieprzona bogata Ameryka ma tylko jeden kort? No nie wierze!?

0

@D10SLEO Jakich panów i co to ma do rzeczy?

1

Co jest do cholery że ciągle przesuwają godzine meczu naszej kochanej Igi Świątek dzisiaj!? Najpierw była 17.00 potem 19.30, teraz już 20.45 a za chwile okaże się że będzie grała o północy! A niech ich szlak..

9

Postacie francuskiego futbolu:

3 września 1947 r. urodził się Gérard Houllier. Francuz najbardziej znany jest ze swojej pracy w Liverpoolu, który pod jego batutą na początku XXI w. odnosił największe od lat 80. sukcesy. Urodzony w położonym na północy Francji miasteczku Thérouanne szkoleniowiec ma też jednak za sobą krótką karierę zawodniczą. Na przełomie lat 60. i 70. Houllier był zapalonym piłkarzem i występował jako pomocnik, ale umiejętności starczyło mu tylko na poziom amatorski. Szybko zdał sobie sprawę, że wielkiej kariery nie zrobi i zaczął myśleć o pracy trenerskiej. Na uniwersytecie w Lille ukończył anglistykę, a w trakcie studiów zaliczył też roczny wyjazd do Liverpoolu, gdzie oprócz pracy, chętnie oddawał się też futbolowi. Swoją zawodniczą karierę kończył w Le Touquet AC i przez jakiś czas pełnił w klubie funkcję grającego trenera. Po paru latach znalazł zatrudnienie w US Nœux-les-Mines. W starym klubie pamiętają o nim jednak do dziś, czego dowodem jest stadion noszący jego imię. Z US Nœux-les-Mines związany był przez sześć lat i w tym czasie mimo ograniczonych środków zdołał awansować z zespołem do Division 2. Zwrócił tym uwagę lokalnego potentata, czyli RC Lens. To stery tego zespołu objął w 1982 r. i z drużyny z dolnej połowy tabeli szybko stworzył ekipę liczącą się w kraju. W 1984 r. jego podopieczni ukończyli zmagania na czwartym miejscu, co oznaczało awans do Pucharu UEFA. Jego pozycja we francuskim futbolu stale się umacniała, a kolejnym przystankiem na jego trenerskiej drodze była praca w Paris Saint-Germain. Na efekty nie trzeba było długo czekać i prowadzona przez Houlliera drużyna sezon 1985/86 zakończyła na szczycie ligowej tabeli, zdobywając tym samym pierwsze, historyczne mistrzostwo Francji. W paryskim klubie pracował tylko trzy lata i w 1988 r. został mianowany dyrektorem technicznym reprezentacji Francji i asystentem Michela Platiniego, który kierował wówczas drużyną narodową. Po słabym Euro 1992 w wykonaniu Francuzów Platini pożegnał się z posadą, a obowiązki selekcjonera powierzono Houllierowi. Miał uzyskać kwalifikacje na mundial w USA, ale mimo że na dwie kolejki Francuzi liderowali grupie i do awansu potrzebowali ledwie punktu, to ostatecznie musieli obejść się smakiem. Lepsi okazali się Szwedzi i Bułgarzy, a szerzej o tamtych eliminacjach pisaliśmy w tym tekście. W listopadzie 1993 r. Houllier podał się do dymisji. Przez kolejne kilka lat nadal był związany z krajową federacją, pracując z kadrami młodzieżowymi i juniorskimi. Na mistrzostwach Europy U-18 w 1996 r. jego podopieczni, wśród których byli m.in. William Gallas, Nicolas Anelka, Thierry Henry czy David Trezeguet, pewnie sięgnęli po końcowe zwycięstwo. Rok później ta sama drużyna pojechała do Malezji na młodzieżowe mistrzostwa świata. Houllier ze swoimi chłopakami zakończył rywalizację na ćwierćfinale, gdzie po rzutach karnych lepsi okazali się Urugwajczycy.

Wreszcie w lipcu 1998 r. zgłosił się po niego Liverpool, który zaproponował mu dzielenie funkcji trenera z Royem Evansem. Takie rozwiązanie nie przyniosło jednak oczekiwanych korzyści i po paru miesiącach Evans zrezygnował. Houllier miał dzięki temu wolną rękę i mógł spokojnie rozpocząć proces przebudowy zespołu. W ciągu kolejnych lat w drużynie pojawiło się sporo nowych twarzy, jak choćby Sami Hyypiä czy Vladimír Šmicer. Houllier nie bał się też stawiać na klubową młodzież. To pod jego okiem do seniorskiej piłki wchodzili Jamie Carragher, Michael Owen i Steven Gerrard. Liverpool był domem francuskiego szkoleniowca przez sześć lat. W tym czasie najbardziej owocny okazał się sezon 2000/01. Prowadzeni przez Houlliera graczy okazali się najlepsi w rozgrywkach Pucharu Anglii i Pucharu Ligi. W Pucharze UEFA dotarli do finału, gdzie dopiero po dogrywce pokonali hiszpańskie Deportivo Alavés 5:4. U progu nowego sezonu dołożyli jeszcze do tego wygrane w meczach o Tarczę Dobroczynności i Superpuchar Europy. Te triumfy nie przełożyły się jednak na wyniki w lidze. Tu Houllier musiał się zadowolić tylko wicemistrzostwem, które jego zawodnicy zdobyli w 2002 r. Wygrana w Pucharze Ligi w 2003 r. była ostatnim triumfem, jaki w barwach Liverpoolu odniósł Francuz. W maju kolejnego roku rozstał się z zespołem The Reds. Pod koniec maja 2005 r. przejął Olympique Lyon. Klub kolejny rok z rzędu dominował na krajowym podwórku, a Houllier miał sprawić, że gracze OL z dobrej strony pokażą się też w Europie. W 2006 r. dotarli co prawda do ćwierćfinału Ligi Mistrzów, ale w kolejnym sezonie polegli już na pierwszej przeszkodzie w fazie pucharowej, jaką była Roma. Dla Jean-Michel Aulasa to było za mało i po dwóch latach pracy w klubie i zdobyciu dwóch krajowych mistrzostw, Houllier pożegnał się z posadą. We wrześniu 2010 r. na kilka miesięcy związał się z Aston Villą. Zespół nie prezentował się jednak najlepiej, co spotykało się z coraz większym sprzeciwem kibiców. W kwietniu 2011 r. francuski szkoleniowiec trafił do szpitala. Jego stan określano jako stabilny, ale do końca sezonu nie wrócił już na trenerską ławkę. 1 czerwca rozstał się z klubem za porozumieniem stron. Zmarł w Paryżu, gdzie przechodził operację serca. Miał 73 lata. Steven Gerrard powiedział o nim, że był kimś więcej, niż menedżerem. Legendarny pomocnik Liverpooli podkreślił też, że to właśnie Houllier pomógł mu się stać lepszym piłkarzem, lepszym człowiekiem i w końcu lepszym liderem.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

12

Zwycięstwo dało awans na mundial:

Dokładnie 20 lat temu na Stadionie Śląskim reprezentacja Polski pokonała w el. MŚ 2006, Austrie 3:2, po golach Eusebiusza Smolarka, Kamila Kosowskiego i Macieja Żurawskiego. Ten mecz miał praktycznie przypieczętować wyjazd polskich piłkarzy na niemiecki mundial. Austriacy musieli wygrać, żeby zachować szanse na drugie miejsce w grupie. Po jednostronnej pierwszej połowie nikt nie przypuszczał, że w końcówce emocje sięgną zenitu: poprzeczka, słupek i walka do ostatnich sekund. Mecz ostatecznie zakończył się triumfem biało-czerwonych, którzy wyjątkowo zagrali w nim w biało-czarnych barwach.

@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360

7

,,Złote” igrzyska:

3 września 1972 r. w Ratyzbonie Polska remisuje z Danią 1:1. Na igrzyskach olimpijskich w Monachium Dania była naszym rywalem w drugiej rundzie. To było nasze czwarte spotkanie na turnieju. Zremisowaliśmy 1:1 po dość ciężkim boju. To wtedy zaczęło się mówić o syndromie czwartego meczu, który miał być najsłabszym na długich turniejach. Do starcia z Duńczykami przystępowaliśmy tylko dwa dni po równie trudnym i wyczerpującym pojedynku z NRD. Być może to było przyczyną naszej słabszej postawy. Dania jednak wcale jednak nie była taka słaba, a do tego pierwsze kroki w kadrze stawiał Allan Simonsen, który wkrótce miał stać się gwiazdą europejskiego formatu. Lubański po meczu skarżył się, że nogi miał ciężkie jakby przyczepiono do nich ciężary. Wtórowali mu inni zawodnicy. Postanowiono nasilić zabiegi odnowy biologicznej i zmienić nieco treningi. Pomogło. Remis ten znacząco skomplikował naszą sytuację w grupie. Żeby myśleć o złocie i grze w finale musieliśmy pokonać ZSRR, co ostatecznie się udało, ale o tym innym razem.

@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

3

@misterio Dokładnie tak! I to jakiej urody! Plus jeszcze ten z Bernabeu, o czym poinformował nas kolega @Gary

11

Wymarzony debiut o punkty:

3 września 2003 r. Ronaldo de Asis Moreira, zwany Ronaldinho strzela swojego debiutanckiego gola w La Liga w 59 minucie meczu rozgrywanego na Camp Nou z FC Sevilla i zakończonego rezultatem 1:1. Niezwykłej urody gol padł w niecodziennych okolicznościach. Spotkanie przeciwko FC Sevilli rozpoczęło się… 5 minut po północy. Wszystko dlatego iż w dniu meczu(środa) rozpoczynały się zgrupowania reprezentacji narodowych i rywale z Andaluzji nie zgodzili się na przełożenie meczu na wtorek. Istniało poważne ryzyko że w meczu nie zagrają tacy piłkarze jak Ronaldinho, Rustu, Kluivert, Cocu, Overmars, Reiziger i Van Bronchorst. Działacze Barçy mieli jednak pełną dowolność w wyborze godziny spotkania dlatego zaplanowali je na godzine… 0:05 w nocy z wtorku na środe. Mimo tak późnej pory na Camp Nou zjawiło się aż 80 tys. widzów, lecz Blaugrana tylko zremisowała 1:1. Warto było jednak przyjść tej nocy na stadion dla gola Ronaldinho. Popularny ,,Gaucho” otrzymał długie podanie od… Valdesa, przebiegł z piłką kilkadziesiąt metrów, minął dwóch rywali i huknął pod poprzeczke ze sporej odległości.

Tylko popatrzcie:



@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

10

Debiut w Pucharze Mistrzów:

3 września 1959 r. FC Barcelona zadebiutowała w Pucharze Europy Mistrzów Klubowych. Miało to miejsce w Sofii w wyjazdowym meczu z tamtejszym CSKA zakończonym wynikiem 2:2. ,,Sprawiedliwy wynik”- donosiło Mundo Deportivo. Gole dla gości zdobyli Segarra oraz Eulogio Martinez. Przy stanie 1:0 dla Bułgarów Luis Suarez zmarnował rzut karny(trafił w słupek). Gracze CSKA byli niezadowoleni z wyniku ponieważ obawiali się rewanżu na Camp Nou. Słusznie ponieważ Blaugrana rozgromiła w rewanżu Bułgarów 6:2(!) i awansowała do następnej rundy.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

7

@FCBparasiempre
Wygrywał wszelkiego typu zestawienia na „najdziwniejsze fryzury wszech czasów” a wielu kibicom na samą myśl o latach 90-tych do głowy przychodzi jego wizja gry i technika użytkowa. Do statusu legendy MLS wystarczyło mu sześć sezonów, gdzie grając już grubo po trzydziestce, bardziej człapał niż biegał. Mimo to, wynik 114 asyst przypomina bardziej wyczyny dzisiejszych kosmitów z Realu Madryt i Barcelony, niż ówczesnych piłkarzy. Carlos Valderrama na stałe wpisał się do panteonu wielkich, piłkarskich osobowości i mimo, że nigdy nie osiągnął sportowego Olimpu, dla wielu i tak ma status futbolowego „półboga”. Wczesne lata 90., Kolumbia. Kraj w stanie permanentnej wojny domowej, gdzie kartele narkotykowe z Cali i Medellin, rząd i lewicowi ,,guerillas” z FARC i ELN toczyli wyniszczającą walkę między sobą. Świetnie zobrazował to bijący ostatnio rekordy popularności serial „Narcos”. W tym okresie jedynym powodem radości dla zwykłych Kolumbijczyków była piłka nożna, gdzie zarówno reprezentacja, jak i zespoły klubowe należały do absolutnej czołówki na kontynencie. Futbol stanowił remedium na ciągle odnawiające się rany po wewnętrznych konfliktach, a Valderrama należał do tych, którzy swoim rodakom podawali je najczęściej. Niewielu jest obecnie piłkarzy, którzy wyprzedzają swoją epokę. Może o kilku można napisać, że „byli kimś lub zrobili coś, zanim stało się to popularne”. Valderrama jak na drugą połowę lat 80. i pierwszą 90. był inny. Owszem, na ulicach panowała plastikowa, kiczowata moda. Był grunge i początki detroit techno, wszędzie pełno kolorów, a ludzie wzorowali się na bohaterach amerykańskich seriali. Piłkarskie boisko, w przeciwieństwie do dzisiejszego, nie odwzorowywało tych trendów i rzadko można było spotkać futbolowych outsiderów. Fryzurami wyróżniali się Alexi Lalas czy inny Abel Xavier, a kulminacją była fryzura Taribo Westa, do dzisiaj pokazywanego dzieciom przez matki jako koszmar nocny. Za tego, który dzięki swojej fryzurze był najbardziej zapamiętany, należy uznać jednak Carlosa Valderramę.

Prosząc o pomoc moją bratanicę, skądinąd biegłą we wszelkiego rodzaju fryzjerskich modach (tak to nazwijmy), po ujrzeniu przez nią Valderramy, usłyszałem tylko „o jeny”. Tak, to „o jeny” bywało zapewne pierwszą reakcją nie tylko młodej dziewczyny w XXI wieku, ale wszystkich tych, którzy w latach 80. i 90. pierwszy raz widzieli kolumbijskiego piłkarza na oczy. Bujne, lokowane, blond włosy a’la afro i charakterystyczny wąs sprawiały, że ludzie wpadali w osłupienie, zapewne zastanawiając się, jak głupi zakład Kolumbijczyk przegrał i jak bardzo nie może doczekać się momentu, kiedy termin jego obowiązywania upłynie. Artykuł o Valderramie byłby jednak zbyt płytki, gdybym jego włosom poświęcił więcej niż trzy akapity. Statusu legendy nie otrzymuje się wszak dzięki posiadaniu charakterystycznej fryzury, a dzięki umiejętnościom piłkarskim, poświęceniu i zasługom. Pomocnik ten status uzyskał, głównie dzięki niebywałej charyzmie, technice i wizji gry, którą w ówczesnych czasach mogło posiadać jedynie kilku piłkarzy na globie. Mimo to nie był uznawany za klasycznego playmakera, a stylem gry przypominał bardziej Dennisa Bergkampa czy Ruuda Gullita. Za młodu zyskał przydomek „El Pibe” (z hiszp. dzieciak). Nadał mu go argentyński kolega z drużyny jego ojca. Swój debiut w pierwszej lidze zaliczył w wieku dwudziestu lat i po czterech latach trafił do Deportivo Cali. Drużyna Los Azuceros (z hiszp. cukiernicy) nie przypominała już wielkiej ekipy z lat 70., lecz to właśnie Valderrama miał nadać jej nowy blask. Przez lata stał w samym centrum futbolowo-narkotykowej wojny między Deportivo, a Atletico Nacional Medellin, klubem będącym w posiadaniu słynnego narkobossa Pablo Escobara. To właśnie w klubie z Cali wyrobił sobie markę piłkarskiego magika, która zaowocowała najpierw debiutem w reprezentacji, a trzy lata później transferem do francuskiego Montpellier. Na transfer do Francji zasłużył sobie przede wszystkim świetnym turniejem Copa America w 1987 roku, gdzie dostał miano MVP turnieju. Prawdziwy stempel pod swoim znakiem jakości, dał jednak w towarzyskim meczu przeciwko Anglii na Wembley, w którym padł remi 1:1, a Valderrama zaimponował samemu Bobby’emu Robsonowi, który grę całej Kolumbii z pomocnikiem Deportivo na czele komentował następująco: ,,Nie mamy piłkarzy grających w taki sposób. Ich futbol jest całkowicie inny, krótki i kompaktowy”.

W efekcie Valderrama wylądował na południu Francji, gdzie zebrała się wówczas ekipa całkiem niezłych piłkarzy. Kapitanem drużyny był wówczas Laurent Blanc, a z przodu obok Valderramy miał grać sam Roger Milla. Mimo niewątpliwie wielkich umiejętności, Kolumbijczykowi wiele zajęło przystosowanie się do szybszej i bardziej fizycznej gry w Europie. W efekcie, w pierwszym sezonie zaliczał przede wszystkim wejścia z ławki. Wielu uznawało jego transfer za duże rozczarowanie. Kolumbijczyk zabrał się do pracy i poskutkowało to szybkim powrotem do pierwszego składu. Co więcej, w tym okresie uważany był za jednego z najbardziej pracowitych pomocników tego typu w Europie. Mimo, że w ogólnej świadomości uważany był za piłkarza dosyć leniwego, to ten okres zdecydowanie zaprzeczał tej tezie. Pomocnik wrócił później do Kolumbii, po czym wylądował na Florydzie, stając się jednym z symboli chwilowego szału na „soccer” w USA. W ciągu zaledwie sześciu sezonów zaliczył aż 114 asyst w barwach swoich zespołów. Choć poruszał się coraz wolniej, to przewyższał sprytem i umiejętnościami całą ligę o dwie klasy. W efekcie został wybrany MVP całych rozgrywek w 1996 roku, a w 2005 roku zaklasyfikowano go do jedenastki wszech czasów MLS. “El Pibe” należał do wybitnego pokolenia kolumbijskich piłkarzy, którzy w latach 1990-1994 tworzyli jedną z najlepszych reprezentacji na świecie. Oprócz niego, szkielet drużyny tworzyły takie tuzy jak: Freddy Rincon, Faustino Asprilla, Rene Higuita czy też Andres Escobar. Zawodnicy, których w większości nie trzeba przedstawiać szerszej publiczności. Mimo tak wielkich indywidualności, to właśnie Valderrama był symbolem tamtej kadry. Swój szczyt Kolumbijczycy osiągnęli w legendarnym zwycięstwie 5:0 nad Argentyną w 1993 roku, po którym zespół zaczął być uznawany za potencjalnego faworyta całych mistrzostw świata w USA. Jak się jednak miało okazać, turniej zakończyli na fazie grupowej, a sam występ przyniósł tragiczne konsekwencje w postaci śmierci Andresa Escobara. Na jego wizerunku pojawiały się jednak rysy, a do jednej z nich należało m.in. posądzenie go o przekazanie Rogerowi Milli wideo z zagraniami Rene Higuity, co miało ułatwić Kameruńczykowi strzelenie bramki Kolumbii na mundialu w 1990 roku. Wobec przyjaźni, jaka wiązała tych dwóch zawodników, plotki te należałoby włożyć między te najsłabiej napisane bajki… Karierę zakończył w 2002 roku, po blisko 21 latach czynnej gry zawodowej. Pozwoliło mu się to na stałe zapisać do kronik futbolu i zyskać miano najwybitniejszego piłkarza w historii Kolumbii. Jego umiejętności docenił sam Pele, umieszczając go na swojej liście „100 najlepszych żyjących piłkarzy”. Sam też doczekał się pomnika w swojej rodzimej miejscowości Santa Marta, wzniesionego w 2006 roku. W ostatnim czasie „El Pibe” udzielał się w polityce. Został też ambasadorem niedawnego Copa Centenario w Stanach Zjednoczonych. W ostatnich latach nie szczędził również języka na kontrowersyjne wypowiedzi. Dwa lata temu bez ogródek stwierdził, że najlepszą drogą do relaksu w trakcie turnieju jest… seks. Z kolei w kwietniu oberwał od niego Zinedine Zidane, którego Valderrama posądził o uprzedzenia wobec Jamesa Rodrigueza. Posiadając jednak taki status, jaki obecnie ma w kolumbijskim futbolu, jakakolwiek jego wypowiedź nie może przejść bez echa.

Sukcesy:

Montpellier HSC:

1 x Puchar Francji (1990)

Atletico Junior Barranquilla:

2 x mistrzostwo Kolumbii (1993, 1995)

Tampa Bay Mutiny:

1 x MLS Supporter’s Shield (1996)


10

Żywe legendy argentyńskiego futbolu:

Dzisiaj swoje 33 urodziny obchodzi Damian Emiliano Martinez Romero, argentyński bramkarz, aktualny mistrz świata oraz 2-krotny mistrz Ameryki Południowej. Na co dzień reprezentuje barwy Aston Villa Birmingham.

@Sysia11
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360

1

@Gary Najmocniej przepraszam ale nie miałem czasu i jednocześnie zapomniałem skorygować ten tekst, który ma już chyba z 10 lat! więc nie ma się czemu dziwić. Dzięki śliczne że wyłapałeś, już koryguje panie kolego

10

Debiuty ,,naszych” legend:

2 września 1973 r. w przegranym meczu ligowym z Elche zadebiutował w barwach FC Barcelony Hugo Sotil(pełne 90 minut). Barça na początku była zainteresowana jego rodakiem Teofilo Cubillasem ale w końcu postawiła na Sotila i początkowo był to strzał w dziesiątke. W pierwszym sezonie Sotil wraz z Cruyffem walnie przyczynił się do zdobycia mistrzostwa Hiszpanii. Był drugim po Holendrze ulubionym piłkarzem wśród cules. W 1974 r. pozyskano Neeskensa i Peruwiańczyk musiał przyjąć obywatelstwo hiszpańskie. Niestety cała procedura przeciągała się przez interwencje władz reżimu i Sotil praktycznie cały rok nie mógł grać w meczach oficjalnych. Peruwiańczyk grał w efektownym stylu jak Ronaldinho ale miał podobną wade, otóż lubił się dobrze zabawić w klubach nocnych. W 1975 r. dostał wreszcie paszport hiszpański, lecz problemy poza boiskowe sprawiały iż stracił błysk w grze. Nawet powrót na ławke Rinusa Michelsa nie pozwolił mu odzyskać formy. W 1977 r. wyjechał na spotkanie eliminacyjne mistrzostw Świata i już nie powrócił do Katalonii. Obecnie mieszka w Peru i walczy z chorobą alkoholową a Barça nawet wspierała go ekonomicznie.



Debiuty żywych legend FC Barcelony:

2 września 1998 r. Patrick Kluivert debiutuje w barwach Blaugrany towarzyskim meczem z FC Palamos wygranym przez Barçe 2:0. W swoim debiucie strzela nawet jednego z dwóch goli. Natomiast debiutanckiego gola w meczu o punkty Patrick strzela w… El Clasico, nieco ponad 2 tygodnie później, o czym nie omieszkam wspomnieć.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

11

Wybitne legendy futbolu:

1 września 1962 r. urodził się holenderski pomocnik Ruud Gullit, Mistrz Europy z 1988 r.(RFN); 2-krotny zdobywca Pucharu Mistrzów(AC Milan) - 1989, 1990; 2-krotny zdobywca Superpucharu Europy(AC Milan) - 1989, 1990; 2-krotny zdobywca Pucharu Interkontynentalnego(AC Milan) - 1989, 1990, jak również Zdobywca Złotej Piłki France Football za rok 1987. Urodził się w 1962 roku w Amsterdamie w rodzinie surinamskich emigrantów. Karierę rozpoczynał w wieku ośmiu lat w juniorach Meerboys Amsterdam. Tam w 1978 roku wypatrzył go Barry Hughes i zaproponował przejście do Haarlemu. Atletycznie, ale zarazem proporcjonalnie zbudowany Gullit był znakomitym kandydatem do gry na pozycji ostatniego obrońcy i tam ustawiali go trenerzy Haarlemu. W wieku 19 lat dostąpił zaszczytu debiutu w kadrze narodowej Holandii. Rok póĽniej zgłosił się po niego Feyenoord Rotterdam. Aby wykupić Gullita działacze Feyenoordu musieli pożyczyć pieniądze od miejscowego biznesmena. Ruud szybko udowodnił, że nie były to pieniądze wyrzucone w błoto i w 1984 roku pomógł Feyenoordowi wywalczyć tytuł mistrzowski i Puchar Holandii. W nowym klubie został przesunięty najpierw do drugiej linii, a potem na prawe skrzydło ataku. Doskonale strzelał zarówno prawą, jak i lewą nogą, jego walorem były też uderzenia głową. Słynął z niekonwencjonalnych i różnorodnych zagrań, a także z dynamicznych rajdów. To skłoniło działaczy PSV aby wyłożyli 400 tysięcy funtów i sprowadzili Gullita do Eindhoven. Dwa sezony w PSV tylko potwierdziły wielką klasę Ruuda. W 68 meczach strzelił 46 goli i doprowadził swój zespół do dwóch kolejnych tytułów Mistrza Holandii. Taki talent nie mógł ujść uwadze wielkich klubów i w rezultacie za 6.5 mln funtów Gullit przeniósł się do Milanu. W Mediolanie spędził najlepsze lata swojej kariery. Zdobył dwa Puchary Mistrzów, dwa Superpuchary Europy, dwa Puchary Interkontynentalne, oraz trzy Mistrzostwa Włoch. W międzyczasie z reprezentacją Holandii sięgnął po Mistrzostwo Europy po pokonaniu ZSRR. Sukces Ruud ten okrasił bramką w meczu finałowym.

W barwach Rossonerich utworzył wraz z Van Bastenem i Rijkaardem słynne holenderskie trio, porównywane często z legendarnym szwedzkim tercetem Gre-No-Li. Mimo tak wielkich sukcesów Gullit sporo się też wycierpiał. Prześladowały go kontuzje. W sezonie 1988/89 doznał groźnego urazu kolana. Zdążył zaleczyć go na finał Pucharu Europy ze Steauą, w którym strzelił 2 gole. Jednak okazało się, że pospieszył się z powrotem na boisko. Kontuzja się odnowiła i Gullit stracił prawie cały kolejny sezon. Po raz kolejny jednak udało mu się wrócić na finał Pucharu Europy i wraz z kolegami dane mu było cieszyć się z pokonania Benfiki. Kontuzje nie opuszczały Holendra. Problemem była również zasada mówiąca, że w meczu Serie A może przebywać na boisku tylko trzech obcokrajowców w barwach jednej drużyny. Ruud czasem musiał nawet oglądać mecze z trybun. Po zdobyciu scudetto AD 1992 Gullit ogłosił rozbrat z reprezentacją Holandii. Wkrótce zmienił jednak decyzję. Kolejny rok przyniósł podobny scenariusz. Milan wygrał scudetto, a Gullit, po konflikcie z Dickiem Advocaatem, ponownie rozstał się z reprezentacją narodową. Ambitnemu Holendrowi przestało odpowiadać częste siedzenie na ławce czy na trybunach (znów zasada trzech obcokrajowców) i postanowił opuścić Milan. Do tego doszedł również konflikt z innymi graczami - głównie z Baresim i Massaro. Przeniósł się do Sampdorii, gdzie trener dał mu wolną rękę na boisku. Efekt był piorunujący: Gullit strzelił 16 goli (najwięcej w jednym sezonie we Włoszech) i poprowadził swych kolegów po Puchar Włoch. Po raz trzeci wrócił do reprezentacji Holandii, ale na 3 tygodnie przed Mistrzostwami Świata posprzeczał się z Advocaatem o taktykę i odszedł na dobre. Rok 1995 przyniósł jego powrót do Milanu. Jednak po 8 meczach, 3 golach i kilku kłótniach w szatni wrócił do Sampdorii. Po sezonie zgłosiła się po niego Chelsea. Skuszony wizją nocnego życia w Londynie przeniósł się na Wyspy. W Chelsea szybko zyskał szacunek i zaufanie, a kiedy Glenn Hoddle odszedł by poprowadzić kadrę Anglii, Gullit został grającym trenerem. W nowym wcieleniu Gullit odniósł olbrzymi sukces. 17 maja 1997 roku, jako pierwszy menadżer spoza Wysp Brytyjskich zdobył ze swoimi podopiecznymi Puchar Anglii. Ruud w finale nie zagrał; ubrany w elegancki garnitur z dumą odebrał po zwycięstwie gratulacje. Na życzenie Gullita do Chelsea sprowadzono włoskiego napastnika Gianlucę Vialliego. Kilka miesięcy później ten piłkarz wygryzł Gullita z roli menadżera. Ruud przeniósł się do Newcastle, ale słaba postawa zespołu i przede wszystkim konflikt z największą gwiazdą "Srok" Alanem Shearerem doprowadziły do pożegnania z tą drużyną.

Gullit długo odpoczywał od piłki, aż wreszcie w 2003 roku otrzymał posadę opiekuna jednej z młodzieżowych reprezentacji Holandii. Nie zagrzał tam jednak długo miejsca, bo ciekawą ofertę pracy przedstawił mu Feyenoord. W Rotterdamie jednak Ruud trofeów nie zdobył i po nieudanym sezonie zakończył współpracę z Holendrami. Ruud Gullit był niezaprzeczalnie jednym z najwybitniejszych piłkarzy świata końca lat osiemdziesiątych. Miał wszystko co musi mieć piłkarz kompletny: szybkość, siłę, wizję gry i olśniewającą technikę. Zachwycał swą grą niezależnie od pozycji na jakiej go ustawiano. Jednak najefektowniej grał, gdy trenerzy nie ograniczali go sztywnymi schematami. Jego słynne dredy były rozpoznawane na całym świecie, a peruki je imitujące rozchodziły się jak świeże bułeczki. Oprócz gry w piłkę nożną udzielał się również w akcjach przeciwko rasizmowi. Jego bronią stał się futbol, muzyka i akcje charytatywne. Uczestniczył w koncertach, podczas których grał na gitarze i śpiewał piosenki w swoim ukochanym stylu reggae. To, a także jego elokwencja, sprawiały, że był ulubieńcem prasy. Gdyby nie prześladujące go kontuzje kolan, konflikty z kolegami i trenerami, a także zamiłowanie do korzystania z uroków życia, Ruud Gullit mógłby być jeszcze doskonalszy. Jednak niezależnie od tego popularny "Czarny Tulipan" i tak zajął należne mu miejsce w panteonie sław światowego futbolu.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

10

Zapomniane legendy argentyńskiego futbolu:

Dokładnie 80 lat temu urodził się Agustín Balbuena, kolejny znakomity snajper rodem z Argentyny, któremu nie dane było zaistnieć na poważnie w reprezentacji. Trudno uwierzyć, że czterokrotny zdobywca Copa Libertadores zdołał zgromadzić w swoim dorobku ledwie osiem występów w narodowych barwach. Wystarczyło to jednak, żeby załapać się na mistrzostwa świata w 1974 r. Na turnieju w RFN wystąpił w meczach z Polską, Haiti, Holandią i Brazylią. Balbuena urodził się w leżącym w północno-wschodniej Argentynie mieście Santa Fe. Swoje pierwsze piłkarskie doświadczenia zbierał, będąc zawodnikiem miejscowego Club Atlético Colón. Debiutował w dorosłej drużynie na boiskach Primera División B w sezonie 1964/65, w którym klub wywalczył awans do Primera División. Przez kolejne cztery lata ugruntował swoją pozycję w zespole i stał się pewnym punktem drużyny. Kiedy w 1970 r. przenosił się do Rosario Central, jego licznik oficjalnych występów dla Colón zatrzymał się na liczbie 93 spotkań, w których 22 razy trafiał do siatki. W nowym klubie spędził tylko rok, ale zdążył w tym czasie dotrzeć z kolegami do finałowego spotkania Campeonato Nacional. Ich przeciwnikami byli wtedy zawodnicy Boca Juniors, którzy dopiero w dogrywce zdołali rozstrzygnąć losy meczu na swoją korzyść. Balbuena wszedł w tym spotkaniu na murawę w trakcie drugiej połowy, ale niczym szczególnym się nie wyróżnił. Rok później Rosario znów doszło do finału i tym razem wyszło z walki zwycięsko, ale Agustína wtedy już dawno nie było w klubie. Sezon 1971 był pierwszym z kilku, jakie rozegrał dla wielkiego Club Atlético Independiente i początkiem najlepszego okresu w jego karierze. Po przenosinach do Avellaneda z marszu wszedł do pierwszego zespołu i wkrótce za kolejnymi występami zaczęły też iść i gole. Nie był najskuteczniejszym zawodnikiem zespołu i czasem pozostawał nieco w cieniu takich graczy, jak choćby Ricardo Bochini. Tworzył jednak ważny element trenerskiej układanki i dobrze wywiązywał się z powierzonych mu zadań. Już w pierwszym roku swojego pobytu w klubie Balbuena mógł cieszyć się z wygranej w Torneo Metropolitano, która dawała prawo startu w Copa Libertadores. To właśnie w tych rozgrywkach święcił z kolegami największe triumfy. Mimo że w krajowych rozgrywkach Independiente prezentowało się dość przeciętnie, to na arenie międzynarodowej mało kto mógł się z nimi równać. W 1972 r. w finałowym dwumeczu 2:1 pokonało peruwiańskie Universitario. Rok późnej Argentyńczycy po raz drugi z rzędu okazali się najlepsi, tym razem w finale zwyciężając po trzech wyrównanych bojach Colo-Colo z Chile. Trzeci puchar do klubowej gabloty trafił w 1974 r., a gorycz porażki musieli wówczas przełknąć gracze São Paulo FC. Balbuena w rewanżowym spotkaniu w Avellaneda swoim golem ustalił wynik meczu na 2:0, co finalnie doprowadziło do konieczności rozegrania trzeciego, decydującego spotkania. W Santiago górą było wówczas Independiente, wygrywając 1:0. Również trzech meczów do wyłonienia zwycięzcy potrzeba było w 1975 r. Balbuena z kolegami czwarty raz z rzędu zameldował się w finale i czwarty raz z rzędu okazał się lepszy od rywali, którymi tym razem byli zawodnicy chilijskiego Unión Española.

Agustín Balbuena miał swój niemały udział w każdym z tych triumfów. Momenty chwały przeżywał także przy okazji meczów o Puchar Interkontynentalny. W 1973 r. jego zespół jedyny raz zwyciężył w tych rozgrywkach, pokonując na Stadio Olimpico w Rzymie Juventus. Rok wcześniej Independiente musiało uznać wyższość Ajaxu, a rok później lepsze okazało się Atlético. Co prawda pierwszy mecz po golu Balbueny wygrało Independiente, ale w rewanżu Hiszpanie odrobili straty i wygrali 2:0. Przez pięć lat gry dla Independiente uzbierał 214 oficjalnych występów i strzelił dla klubu 50 bramek. W 1976 r. został zawodnikiem drugiego wielkiego klubu w mieście, czyli Racingu. Na stadionie El Cilindro występował jednak tylko przez rok, a bilans, który zamknął się w trzech bramkach w 19 spotkaniach nie rzucał na kolana. Ostatnie lata czynnej kariery spędził w Kolumbii. Zaliczył tu krótkie epizody w barwach Club Atlético Bucaramanga i América de Cali. Przed przejściem na emeryturę próbował jeszcze szczęścia w lidze salwadorskiej, gdzie związał się z klubem C.D. FAS, aż w końcu w 1978 r. zawiesił buty na kołku. Po zakończeniu kariery ponownie związał się z klubem, w którym święcił triumfy i zajął się wyszukiwaniem młodych talentów. To on jako pierwszy zwrócił uwagę na umiejętności Sergio Agüero, który trafił pod jego opiekę w wieku ośmiu lat. Balbuena miał spory wpływ na rozwój talentu młodego chłopaka i nie posiadał się ze szczęścia, kiedy Agüero debiutował w lidze krótko po ukończeniu 15 lat.

@Sysia11
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360

8

Zapomniane legendy urugwajskiego futbolu:

1 września 1900 r. urodził się José Pedro Cea; był urugwajskim piłkarzem grającym na pozycji lewego skrzydłowego( napastnika ). Jego rodzina pochodziła z Redondeli w Hiszpanii ale jako dziecko osiedlił się w Arroyo Seco, obecnej dzielnicy Montevideo. Odniósł sukcesy jako piłkarz w urugwajskich klubach, takich jak Lito, Bella Vista i Club Nacional de Football a także w reprezentacji Urugwaju, z którą wygrał dwa razy Igrzyska Olimpijskie uznawane przez FIFA za Mistrzostwa Świata, Mistrzostwa Świata w 1930 roku i dwa razy Copa América. Cea był najskuteczniejszym strzelcem reprezentacji Urugwaju na Mistrzostwach Świata w 1930 roku. W finale z Argentyną zdobył decydującą bramkę, co dało częściowy remis 2:2, a mecz zakończył się zwycięstwem „niebiesko-niebieskich” 4:2. Rozegrał 27 meczów w reprezentacji Urugwaju i strzelił 13 bramek. Co ciekawe, był jedynym urugwajskim piłkarzem należącym do pokolenia, które zwyciężyło na igrzyskach olimpijskich i Mistrzostwach Świata w 1930 r. (tzw. „pokolenie olimpijskie”), który zagrał we wszystkich meczach tych turniejów. Przydomek „olimpijskiego wyrównującego” zyskał również za ważne gole zdobyte na Igrzyskach Olimpijskich w Paryżu w 1924 r. (strzelił gola w zremisowanym 1:1 meczu półfinałowym z Holandią, który zakończył się zwycięstwem The Blues 2:1), na Igrzyskach Olimpijskich w Amsterdamie w 1928 r. (strzelił gola w zremisowanym 1:1 meczu półfinałowym z Włochami, który następnie zakończył się zwycięstwem Urugwaju 3:1 po golach Campolo i Scarone) oraz za bramkę w zremisowanym 2:2 meczu z Argentyną w finale Mistrzostw Świata w 1930 r. na Estadio Centenario, gdzie Urugwaj został pierwszym mistrzem świata, wygrywając 4:2. Jako trener reprezentacji narodowej zdobył mistrzostwo Copa América 1942 w Montevideo.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

9

Pożegnalne spotkanie żywej legendy FC Barcelony:

1 września 1981 odbył się pożegnalny mecz jednej z najbardziej lubianych legend Dumy Katalonii a mianowicie Carlesa Rexacha. W meczu tym FC Barcelona pokonała reprezentacje Argentyny 1:0 po golu Alana Simonsena. Wówczas w składzie gości wystąpił niespełna 21-letni Diego Maradona, o którym spekulowano iż niedługo może trafić do Blaugrany, co stało się rok później. Rexach zszedł z boiska w 17 minucie w asyście szpaleru utworzonego przez pozostałych piłkarzy.

@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?