2

Włączyłem se Polsat i co? A tu cyk i Litwa zdobywa gola wyrównującego na 2:2! W takim razie trzeba stwierdzić ze w czwaartek zagraliśmy bardzo słabo bo wyglada na to że Holandia to słaby przeciwnik...

10

Skromne ale jakże ważne zwycięstwo:

7 września 2005 r. reprezentacja Polski pokonała Walie 1:0 w eliminacjach MŚ 2006 po golu Macieja Żurawskiego z rzutu karnego. Jęk zawodu niósł się po stadionie Wojska Polskiego kilka minut po końcowym gwizdku. Osoba postronna, która nie była na meczu, mogła pomyśleć, że Polska nie sprostała oczekiwaniom kibiców i uległa Walii. Nic bardziej mylnego. Biało-czerwoni odnieśli ósme zwycięstwo w grupie. Co więcej, niespodziewanej porażki w Belfaście doznała Anglia. Wydawało się, że już za chwileczkę, już za momencik nasza drużyna zapewni sobie bezpośredni awans do mistrzostw świata. Po zakończeniu spotkania wszyscy nasłuchiwali wieści z Budapesztu, gdzie w grupie 8. Węgry grały ze Szwecją. Bezbramkowy remis promował Polaków. Gol Zlatana Ibrahimovicia w ostatnich sekundach przesunął świętowanie o miesiąc, i to bez wychodzenia na boisko. Wszystko dzięki zwycięstwu Holendrów nad Czechami. ,, Na pewno szkoda, że awansu nie zapewniliśmy sobie już teraz. Musimy patrzeć tylko na siebie. Jeżeli się postaramy, to możemy awansować nawet z pierwszego miejsca. Czy miałem jakieś obawy, gdy podchodziłem do rzutu karnego? Ja nie mam 15 lat. Nie wiem, dlaczego miałbym się bać”- Maciej Żurawski po meczu.

@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson

0

@FcPortoFan1999 Dokładnie tak jak mówisz!

0

@FcPortoFan1999 A i owszem! Dla mnie tak bardzo spory że pierwszy raz w życiu nie chciałem ich widzieć na mistrzowskiej imprezie...!

1

@FcPortoFan1999 A no zwycięstwo i to w takim stylu, który pozwoli z czystym sumieniem pojechać na mundial. Zobaczmy jak to będzie wygladało, gdyż z takimi przeciętnymi rywalami Polska czasami niemiłosiernie się męczy i nic z tego nie wynika...

2

@FcPortoFan1999 To wcale nie jest wykluczone, gdyż ,,my" w listopadzie a zwłaszcza w październiku gramy najlepsze mecze i to z tymi najlepszymi w Europie przeciwnikami...

11

Niespodziewane zwycięstwo nad ,,Oranje”:

7 września 1969 r. reprezentacja Polski pokonała Holandie 2:1 w eliminacjach mistrzostw świata Meksyk 1970. Arcyważny mecz z Holandią w el. mś zakończył się niespodziewanym zwycięstwem biało-czerwonych 2-1 po golach Andrzeja Jarosika i Włodzimierza Lubańskiego. Goście objęli prowadzenie już w 20 min, wtedy Henrik Wery pokonał Huberta Kostkę. W końcówce spotkania ten sam zawodnik przestrzelił rzut karny, co zachwyciło dużą rzeszę kibiców na Stadionie Śląskim. Szkoda, że z kadrą pożegnały się dwie wielkie postacie śląskiej piłki, Eugeniusz Faber z Ruchu Chorzów, i Zygmunt Schmidt z GKS Katowice.

@Symson
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360

8

@FCBparasiempre
Bohater tego tekstu nie zagrał na mundialu choćby minuty. Jako selekcjoner nigdy nie przywiózł ze światowego czempionatu żadnego medalu. Bora Milutinović jednak mimo to zasługuje na miano niezapomnianej postaci w historii mistrzostw. Aż pięć razy z rzędu zasiadał na trenerskiej ławce, za każdym razem prowadząc na mundialu inną reprezentację. Charyzmatyczny Serb to prawdziwa definicja obywatela świata. Meksyk, Kostaryka, USA, Nigeria, Chiny – wszędzie tam nie bał się wyzwań, a często wręcz osiągał wyniki ponad stan. Jeśli na wzór Teleexpressu istniałaby „mundialowa galeria ludzi pozytywnie zakręconych”, to z pewnością wiecznie uśmiechnięty i ekscentryczny Bora miałby w niej miejsce. Velibor, bo takie właściwie imię posiada Milutinović, przyszedł na świat 7 września 1944 roku. Jugosławia w tym czasie była ogarnięta wojną z niemieckim okupantem, a także bratobójczymi walkami pomiędzy komunistyczną partyzantką Josepa Tity oraz promonarchistycznymi czetnikami. Narodziny w takim miejscu i czasie odcisnęły piętno na małym chłopcu. Ojciec Velibora zginął na polu bitwy, a matka zmarła wkrótce po wojnie z powodu choroby. Bora nigdy nie zdążył zapamiętać swoich rodziców. Wraz z rodzeństwem został przygarnięty i wychowany przez ciotkę. Chłopiec posiadał talent do futbolu, podobnie jak jego dwaj starsi bracia – Miloš oraz Milorad. Został zauważony przez belgradzkie kluby. W stołecznym mieście występował najpierw w zespole OFK, później trafił do Partizana. Tym samym dołączył do swoich braci, którzy już wcześniej zakładali koszulkę w biało-czarne pasy. Z całego rodzeństwa Milutinoviców najwięcej osiągnął Miloš. Dwukrotnie (w 1954 oraz 1958 roku) reprezentował Jugosławię na mundialach. Velibor nigdy nie zrobił tak zawrotnej kariery na boisku. Grał dla kraju tylko na Igrzyskach Śródziemnomorskich, choć został zapamiętany raczej jako solidny ligowiec. Bora już jako piłkarz rozpoczął swoją życiową przygodę globetrottera. Po wyjeździe z Belgradu trafił najpierw do Szwajcarii (gdzie grał w Winthertur), a następnie do Francji (Monaco, Nice, Rouen). Największe piętno na jego życiu odcisnęła jednak decyzja o wyjeździe do Meksyku. Ten kraj stał się dla niego nowym domem, w którym zapuścił korzenie. Krótka przygoda, która miała trwać ledwie dwa lata, przemieniła się wieloletni związek pomiędzy Borą i krajem potomków Azteków. W Meksyku przez cztery lata występował w stołecznym klubie Club Universidad Nacional AC (znanym jako Pumas UNAM). Następnych siedem spędził jako szkoleniowiec tej drużyny. Na ławce trenerskiej odniósł kilka sukcesów. W 1980 roku wygrał Ligę Mistrzów CONCACAF, a rok później zdobył mistrzostwo Meksyku oraz Copa Interamericana. Wyniki charyzmatycznego Serba nie mogły umknąć włodarzom krajowego związku. Meksyk w maju 1983 roku oficjalnie przejął od Kolumbii organizację najbliższego mundialu. Rozkochani w futbolu gospodarze nigdy nie osiągali na światowym czempionacie wyników na miarę oczekiwań. Ich siedem z ośmiu wcześniejszych występów kończyło się na pierwszej fazie turnieju. Wystarczy wspomnieć, że na 24 mundialowe mecze wygrali oni… zaledwie trzy. Jedyne naprawdę udane mistrzostwa miały miejsce w 1970 (ćwierćfinał). Należy jednak pamiętać, że turniej wtedy również odbywał się w Meksyku. Gospodarze po pierwsze nie musieli się w ogóle kwalifikować, a po drugie, do najlepszej ósemki droga wiodła tylko przez jedną fazę grupową. Dla Meksykanów sprawą honoru stało się jak najlepsze przygotowanie reprezentacji do mistrzostw na własnych stadionach. Zadanie to powierzono właśnie Milutinovicowi. Serb, choć nie pozostało wiele czasu do startu zmagań, nie bał się wziąć odpowiedzialności na swoje barki.

Gospodarze trafili do grupy z Paragwajem, Belgią oraz Irakiem. Wszystkie grupowe mecze rozegrali na monstrualnie wielkim Estadio Azteca, na co nalegał sam Milutinović. Podopieczni Serba w pierwszym spotkaniu pokonali mocnych Belgów. Jedną z dwóch bramek w tym spotkaniu strzelił największy gwiazdor reprezentacji, Hugo Sanchez. Remis z Paragwajem i skromna wygrana 1:0 z Irakiem pozwoliła Meksykanom zająć w grupie pierwsze miejsce. W 1/8 finału przyszło im się zmierzyć z Bułgarami. Gospodarze wygrali 2:0, a sam mecz na zawsze zapisał się w annałach mistrzostw świata. Wszystko dzięki cudownej bramce strzelonej przez Manuela Negrete, którą na żywo oglądało prawie 115 000 widzów. Ćwierćfinał z Republiką Federalną Niemiec rozgrywany był już na mniejszym stadionie w Monterrey. Po 120 minutach nie padł żaden gol. W serii rzutów karnych Meksykanie nie wytrzymali napięcia – strzelili jedną bramkę na trzy próby. Nie pomylili się za to Niemcy i to oni awansowali dalej. Dla Meksykanów był to i tak bardzo udany turniej. W regulaminowym czasie gry nikt nie okazał się od nich lepszy. Awans do czołowej ósemki sprawił, że Bora ze swojego pierwszego mundialu wracał z tarczą. Takiego wyniku Meksykanom nie udało powtórzyć się do dzisiaj. Wiemy dobrze, że 1/8 finału jest ich przekleństwem, gdyż odpadali w tej fazie… sześć razy z rzędu. Serb po mistrzostwach rozstał się jednak z kadrą. Z Meksykiem zresztą i tak nie miałby szans jechać na kolejne mistrzostwa. Jak się okazało, FIFA ukarała federację za przekroczenie limitu wieku w młodzieżowej reprezentacji. Konsekwencją tych działań było niedopuszczenie do startu w kwalifikacjach mundialu we Włoszech. Milutinović wyruszył dalej w świat. Po niedługich epizodach w Argentynie (San Lorenzo) oraz Włoszech (Udinese) wrócił ponownie do Meksyku. Niespodziewanie w 1989 roku dostał telefon z Kostaryki. Ten niewielki środkowoamerykański kraj pierwszy raz w swojej historii zakwalifikował się na mundial. Autor awansu, Marvin Rodríguez, został jednak zwolniony przez federację po eliminacjach. Serb przejął drużynę zaledwie na siedem miesięcy przed mundialem. Kadencję zaczął od trzęsienia ziemi. Wiedział, że trudno będzie w tak krótkim czasie stworzyć z kostarykańskich piłkarzy globalnych potentatów. Postanowił więc przede wszystkim dobrać kadrę pod względem mentalnym oraz postawić na szybkich graczy. Z tego powodu „odstrzelił” szóstkę, która odgrywała istotne role w czasie kwalifikacji. Wraz z całą reprezentacją przyleciał do Genui aż pięć miesięcy przed startem turnieju. Dał swoim graczom wolną rękę. Mogli korzystać z nocnych atrakcji miasta. Był to jeden z jego nietypowych sposobów budowy atmosfery w zespole. Turniej dla Kostaryki rozpoczął się znakomicie. W inauguracyjnym meczu pokonali Szkotów. Wygrana, choć skromna, była sporą niespodzianką i odbiła się w szerokim echem. W drugim meczu przyszło im zmierzyć się z Brazylijczykami. Gracze Milutinovica wystąpili w tym spotkaniu w bardzo oryginalnych strojach. Zgodnie z wytycznymi FIFA, zespół powinien posiadać trzeci wariant kompletu. Zdecydowano się na nietypowe barwy – biało-czarne pasy. Oficjalnie był to hołd dla klubu CS Libertad. Milutinović zabiegał jednak o takie kolory z dwóch innych powodów. Po pierwsze, w takich samych grał w Partizanie. Po drugie, jedno ze swoich spotkań reprezentacja Kostaryki miała rozegrać na stadionie Stadio delle Alpi w Turynie. Obiekt ten był domem Juventusu. W ten sposób Bora chciał zaskarbić sobie sympatię miejscowej publiczności. Spotkania z Brazylią nie udało się wygrać, ale Kostaryka i tak sensacyjnie wyszła z grupy. Wszystko dzięki wygranej 2:1 w ostatnim spotkaniu ze Szwecją. Po tym sukcesie zaczęto nazywać Milutinovica „Miracle Worker”, czyli „cudotwórcą”. Kostaryka odpadła w 1/8 finału, ale po latach sam Bora wspominał ten mundial jako wielkie osiągnięcie. Na kolejny sukces tej miary środkowoamerykański kraj musiał czekać 24 lata. Nie przedłużył swojego kontraktu. Od 1991 czekało na niego inne, również niezwykle ambitne zadanie. Mundial pierwszy raz w historii miał odbyć się w USA. Nigdy wcześniej nie zdarzyło się, żeby mistrzostwa były rozgrywane w kraju, gdzie futbol nie jest sportem numer jeden. „Jankesi” wiedzieli, że do przygotowania reprezentacji potrzebują kogoś wyjątkowego. Ekscentryczne metody Milutinovica nie do końca pasowały jednak do profesjonalnych amerykańskich standardów. Ostatecznie szefostwo soccera przekonał Franz Beckenbauer. Zareklamował Borę jako jedynego człowieka, który będzie w stanie mentalnie przygotować kadrę na tak wielki turniej. Zdania dwukrotnego mistrza świata nie można było zignorować. Milutinović rozpoczął więc przygotowania do swojego trzeciego mundialu.

Dla kraju, gdzie mówi się „soccer”, mistrzostwa miały być kamieniem milowym. W USA wciąż piłka nożna była nieodkryta niczym cały kontynent przed Kolumbem. Gracze wywodzili się głównie z akademickich drużyn, nie działała jeszcze profesjonalna liga. Większość nigdy nie miała do czynienia z zawodową piłką w wydaniu europejskim. Milutinović wyselekcjonował bardzo szeroką kadrę, którą zgrupowano na południu Kalifornii. Trzon reprezentacji stanowili przede wszystkim doświadczeni piłkarze z mistrzostw w 1990 roku oraz paru młodych chłopaków z kadry olimpijskiej 1992 (min. Brad Friedel, Cobi Jones czy Alexi Lalas). Wszyscy piłkarze bez profesjonalnych kontraktów otrzymali 2 500 dolarów miesięcznej wypłaty i mieli się czuć jak w prawdziwym klubie. Bora zadecydował, by drużyna rozgrywała w ciągu roku dużą liczbę spotkań towarzyskich. Gracze mieli wejść w rytm regularnego sezonu klubowego. ,,Z perspektywy tradycyjnych amerykańskich metod zarządzania, Bora był dosyć ciężkim człowiekiem. Często zmieniał swoje zdanie, bywał przebiegły niczym lis. Za jego czarującym uśmiechem niekiedy kryły się chłodne kalkulacje finansowe ale rozumieliśmy się wzajemnie. Ten człowiek ma w sobie jakiś pierwiastek geniuszu”– Hank Steinbrecher, ówczesny sekretarz generalny federacji soccera. Niejednokrotnie zaskakiwał piłkarzy nietypowymi pomysłami. Z kadrą pierwszy raz przywitał się, mówiąc: My name is B-O-R-A, literując każdą sylabę jak dzieciom. Przez długi czas rozmawiał z graczami tylko po hiszpańsku. Szybko jednak odkryto, że nie miał problemów, by mówić płynnie po angielsku. Dochodziło do kuriozalnych sytuacji, kiedy Serb udawał, że nie rozumie zawodników. Nie odpowiadał na zadane pytania, choć znał doskonale ich treść. Znana jest też anegdota, gdy nakazał Lalasowi ścięcie brody i skrócenie długiej fryzury. Dla rudowłosego obrońcy o wyglądzie hipisa była to bardzo trudna decyzja. Mimo wszystko wykonał rozkaz trenera. Widząc ogolonego gracza, Bora skwitował tylko krótko: Wygląda Pan bardzo dobrze, Panie Lalas. Nigdy później nie wrócił do tematu. Włosy i broda szybko odrosły do poprzedniego stanu, a Milutinović kompletnie tego nie komentował. Jak się okazało, miał to być po prostu test dla Lalasa. Bora często dawał nam ćwiczenia, które kompletnie nie miały sensu. Kazał przykładowo biegać przez 15 minut bez celu od bramki do bramki, czy po prostu toczyć piłkę. Testował naszą psychikę – tak naprawdę chodziło o sprawdzenie naszej reakcji, prowokował nas – Tab Ramos, środkowy pomocnik reprezentacji USA. Serb starał się w graczach zaszczepić miłość do futbolu. Jego podopieczni lubili grać w piłkę, ale kompletnie nie mieli pasji Europejczyków czy kibiców z Ameryki Południowej. W tym celu zmuszał więc zawodników do oglądania Ligi Mistrzów, nawet po pięciogodzinnych treningach. Metody Bory szybko zaczęły bronić się wynikami. Amerykanie jako gospodarze zwyciężyli w 1991 roku w Złotym Pucharze CONCACAF. W półfinale pokonali Meksyk 2:0. Wcześniej, licząc od 1934 roku, zaledwie dwa razy w historii wygrali ze swoimi południowymi sąsiadami. Bardzo długo w kadrze Milutinovica utrzymywał się Janusz Michalik. Ten urodzony w Chorzowie obrońca rozegrał ponad 40 spotkań. Niestety, nie znalazło się dla niego miejsce w ostatecznej selekcji na mundial. Bora był niesamowitym połączeniem Misia Yogi oraz Mistrza Yody. Czasami miałem wrażenie, że jego słowa nie miały sensu nawet dla niego. Ale była w tym szaleństwie metoda. Nauczył mnie tego, że każda decyzja na boisku ma swoje konsekwencje – Alexi Lalas. Mistrzostwa świata okazały się sukcesem dla Stanów Zjednoczonym, nie tylko pod względem organizacyjnym. Na stadionach osiągano rekordy frekwencji, a sama reprezentacja wypadła nadspodziewanie dobrze. W pierwszym meczu turnieju zremisowali ze Szwajcarią. Kolejne spotkanie zakończyło się sensacyjną wygraną nad Kolumbią, min. dzięki tragicznemu w skutkach samobójowi Andresa Escobara. Amerykanów z turnieju w 1/8 finału wyeliminowali Brazylijczycy, ale porażka 0:1 z przyszłymi mistrzami świata wstydu nie przyniosła. Jednym z największych sukcesów Bory było całkowite przebudowanie modelu amerykańskiej drużyny. Udało mu się wprowadzić południowoamerykański styl, polegający na posiadaniu piłki i kontroli gry w środku pola. Zaszczepił w swoich graczach przekonanie, że pełnoprawnie należą do rodziny mistrzostw świata i nie są tylko piłkarskimi turystami.

Pomimo sukcesu na mundialu, nie zagrzał długo miejsca na stanowisku. Federacja zwolniła go w 1995 roku z powodu braku zaangażowania w administracyjne obowiązki. Z okazji skorzystali Meksykanie, którzy wkrótce ponownie go zatrudnili. El Tricolor pod wodzą Milutinovica zwyciężyli w Golden Cup 1996. Turniej rozgrywany był w Stanach Zjednoczonych, a amerykańska publika owacyjnie witała uśmiechniętego trenera. Bora stał się jedynym w historii trenerem, który zdobył to trofeum dla dwóch reprezentacji. W kolejnych miesiącach przyszedł jeszcze awans do zbliżającego się mundialu we Francji oraz brązowy medal na turnieju Copa América 1997. Kadencja na meksykańskiej ławce nie przebiegała jednak kolorowo. Włodarze nie byli zadowoleni ze stylu reprezentacji oraz wyników. Kwalifikacja na mistrzostwa została wywalczona bez porażki, ale aż przy sześciu remisach w 10 spotkaniach. Milutinović pierwszy raz wywalczył samodzielnie awans na mundial i, o ironio, został zwolniony przed turniejem. Długo jednak nie pozostał na bezrobociu. Po usługi Bory zgłosiła się Nigeria. Tym razem przyszło mu dowodzić kadrą, która nie była ousiderem. Super Orły były mieszanką utalentowanych gwiazd z najlepszych europejskich klubów. Trzon kadry stanowili: Nwankwo Kanu, Jay-Jay Okocha, Victor Ikpeba, Sunday Oliseh czy Taribo West. Nigeria dwa lata wcześniej zdobyła złoto Igrzysk Olimpijskich. Oczekiwania przed turniejem France 1998 były więc bardzo duże. W inauguracyjnym spotkaniu zawodnicy z Afryki pokonali Hiszpanów, a zdjęcia załamanego Zubizarretty obiegły świat. Nigeria zapewniła sobie awans, pokonując rewelację poprzedniego turnieju, Bułgarię. Bora stał się pierwszym trenerem w historii, który czwarty raz z rzędu wyszedł z grupy z czterema różnymi reprezentacjami. Marzenia o medalu zostały brutalnie przerwane przed Duńczyków w 1/8 finału. Miałem okazję poznać wspaniały kraj i cudownych ludzi. Dużo podróżowałem po Nigerii, ponieważ chciałem dowiedzieć się o korzeniach swoich graczy. Nagrałem i puściłem zawodnikom przesłania od ich rodzin. Kiedy to zobaczyli, byli gotowi oddać swoje serce na boisku. Natomiast nigdy nie powiem co stało się przed spotkaniem z Danią. To są szczegóły, które pozostaną między nami. Przykro mi, że nie udało się ponownie rozbudzić apetytu na chwałę, który mieliśmy w pierwszej rundzie. Zostańmy przy stwierdzeniu, że niektórzy źle podeszli do tego meczu – mówił Milutinović o przyczynach porażki z Danią. Mundial 1998 się skończył, a Bora kontynuował swoją podróż dookoła piłkarskiego świata. Tym razem los rzucił go do Azji. Został selekcjonerem reprezentacji Chin. Przez pierwszą rundę eliminacji mundialu 2002 przeszli jak burza z kompletem zwycięstw. W ostatniej fazie eliminacji najgroźniejszymi rywalami byli Uzbekistan oraz Zjednoczone Emiraty Arabskie. Chińczycy dalej jednak osiągali świetne wyniki. 7 października 2001 roku stał się historycznym dniem dla Państwa Środka. Tego dnia Milutinović ze swoimi podopiecznymi pokonał Oman. Wygrana zapewniła pierwsze w dziejach Chin bilety na mundial. Piąte mistrzostwa świata dla Bory stały się faktem. Cudotwórca. Tym razem jednak nawet jego charyzma nie była w stanie pomóc. Szanse Chińczyków u bukmacherów były porównywalne mniej więcej z wylądowaniem człowieka na Marsie jeszcze w 2002 roku. Warto jednak wspomnieć, że w grupie Chiny grały z dwoma przyszłymi medalistami – Brazylią oraz Turcją. Pierwszy raz dla Bory mistrzostwa zakończyły się w pierwszej fazie, ale tym razem sukcesem był sensacyjny awans. Pomimo ogromnych nakładów finansowych, dla Chin to nadal była i jest jedyna kwalifikacja w historii. Lata mijały, a Milutinović nie zwalniał tempa i intensywności podróży. Szósty mundial z rzędu jednak przeszedł mu koło nosa. W kwalifikacjach do MŚ 2006 poprowadził przez pewien czas Honduras. Nie najlepsze wyniki na boisku oraz rozbieżności dotyczące oczekiwań finansowych zadecydowały o jego zwolnieniu. Bezrobotny, lecz nadal namiętnie zakochany w futbolu, na własną rękę przebył ponad 11 000 km, by obejrzeć w Niemczech na żywo 25 spotkań mistrzostw. Przed emeryturą nie zmienił swojego podróżniczego trybu życia. Pracował w Katarze, prowadził reprezentacje Jamajki oraz Iraku. Związał się z katarską Aspire Academy, regularnie spędza czas w ukochanym Meksyku, skąd pochodzi jego żona. Chętnie udziela wywiadów, a charakterystyczny uśmiech nadal nie schodzi z jego twarzy. Lubię być w drodze. Ludzie nazywają mnie cyganem ale po prostu sprawia mi to przyjemność. Lubię zmiany, poznawać nowe języki, kulturę. Dzięki temu jestem szczęśliwy. W moim sercu piłka jest taka sama, gdziekolwiek jestem.

13

Pierwszy hattrick Polaka w FC Barcelonie:

Dokładnie 3 lata temu Robert Lewandowski ,,upolował” swojego pierwszego hattricka w barwach Dumy Katalonii. Miało to miejsce na Camp Nou w otwierającym pierwszą kolejke meczu Ligi Mistrzów z Victorią Pilzno. Robert strzelał kolejno w 34, 45(+3) oraz w 67 minucie meczu. Ostatecznie Blaugrana wygrała to spotkanie aż 5:1!

@Symson
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360

2

@Safrani O w morde jeża! Pominałem cię i nie oznaczyłem przy tym komentarzu a niech to! Najmocniej przepraszam!

2

@Safrani No Maradonie nigdy nie było po drodze z Nunezem ale z drugiej strony sam się Maradona do tego przyczyniał. Nunez nie był głupi, wiedział że "El Pelusa" popada w narkotyki, więc chciał chronić pozostałych piłkarzy Barcy przed złym wpływem tego ,,mrocznego światka". To bardzo przykre że Diego popadł w uzależnienie w Barcelonie. Spokojnie mógł zostać ikoną Blaugrany taką jak Messi, Cruijff, Samitier, Kubala czy nawet Gamper. A Stoiczkow? Tak on odszedl nie z powodów finansowych tylko z powodu swojego wybuchowego charakteru. Choć miał dużo racji, to za ostro to wszystko wygarniał zarządowi i w końcu władze miały go dość!
Oczywiście nie musze dodawać że mi również jest żal z powodu odejścia Diego z ,,naszego" klubu...

10

Prezydenci FC Barcelony:

7 września 1931 r. urodził się Josep Lluis Nuñez. Był on 35 w historii prezydentem FC Barcelony i rekordzistą pod względem długości piastowania tej funkcji. Sprawował ją od 1 lipca 1975 aż do 2000 r. Za jego prezydentury sekcja piłkarska zdobyła 27 trofeów a pozostałe sekcje profesjonalne łącznie 113 trofeów. Nuñez zwiększył budżet klubu z 816 milionów do 17,5 miliarda peset a liczba socios wzrosła z 77 905 do 104 500. Duma Katalonii zanotowała wielki skok ekonomiczny nie przypadkowo, gdyż Nuñez był znakomitym biznesmenem i dorobił się fortuny na prowadzeniu wraz z żoną firmy budowlanej Nuñez y Navarro. Wrodzone skąpstwo stało się też często powodem krytyki Nuñeza, który uparcie nie godził się na podwyższenie pensji największym gwiazdom, przez co klub opuścili tacy zawodnicy jak Maradona, Schuster, Stoiczkow czy też Luis Nazario de Lima. Pod tym względem to osobiście najbardziej mnie boli odejście fenomenalnego brazylijskiego Ronaldo, mimo iż wtedy nie kibicowałem jeszcze Blaugranie.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974

3

@FCBparasiempre
Kolumbijskie El Dorado:

Rosnącą siłą związków zawodowych odczuwano także w świecie piłki. Nadejście profesjonalizmu zrodziło problem, na które nie dało recepty: zawodnicy na całym kontynencie byli niezadowoleni z powodu Kiepskich płac i braku zabezpieczenia społecznego. W 1939 roku Jose Nasazzi stanął na czele strajku piłkarzy w Urugwaju, 5 lat później nowo utworzona liga Zawodowa w Meksyku ściągała zawodników z Urugwaju i Argentyny, oferując im lepsze warunki bytowe. W tym samym roku powstał pierwszy związek zawodowy argentyńskich piłkarzy- Futbolistas Argentinos Agremiados. Do 1948 roku jego członkowie domagali się uznania ze strony władz, wprowadzenie płacy minimalnej i swobody podpisywania kontraktów i choć z początku kluby zwyczajnie ignorowały te postulaty, to w kwietniu 1948 roku, po ogłoszeniu strajku oficjalnie przyjęły do wiadomości istnienie związku. Na jakiś czas ucięło to dyskusję ale nie rozwiązało żadnych problemów, więc strajk zwołano ponownie w czerwcu stadiony, ku ogólnemu niedowierzaniu opustoszały interweniował rząd, który powołał specjalny trybunał do rozsądzenia sporu. Mecze wznowiono ale rozstrzygnięcia trybunału nieusatysfakcjonowały związkowców: piłkarze ze strajkowali jeszcze raz w październiku. W innym czasie kluby zapewne oparłyby się żądaniu a piłkarze w końcu musieliby skapitulować ale ten strajk zbiegł się z głośnymi wydarzeniami, do których doszło prawie 5000 km na północny zachód od granicy Argentyny. 9 kwietnia tamtego roku o pierwszej po południu prawnik Jorge Eliecer Gaitan, przywódca partii liberalnej i zagorzały przeciwnik przemocy w polityce wyszedł ze swojego biura na 7 ulicy w Bogocie. Na drugą miał umówione spotkanie z ambitnym 29-letnim prawnikiem z Kuby, niejakim Fidelem Castro ale wcześniej postanowił zjeść lunch przyjacielem Plinio Mendozą Neirą udał się w stronę odległego o 5 minut spacerkiem w hotelu Continental. Nigdy tam nie dotarł. Na drodze czekał morderca, który oddał cztery strzały i 5 minut przed planowanym spotkaniem z Castro w lokalnym szpitalu orzeczono śmierć Gaitana. W następnej dekadzie około 300 000 kolumbijczyków zginęło z powodu reperkusji po tym zamachu. Władze Kolumbii zdawały sobie sprawę że kraj stanął w obliczu Wielkiego kryzysu i desperacko szukałeś sposobu na uspokojenie nastrojów. " Piłka nożna była jedyną rzeczą, o której rząd mógł myśleć że przy jej pomocy może uspokoić i odzyskać kontrolę nad społeczeństwem po śmierci Gaitana. Nic innego nie mogło się z nią równać"- mówił Guillermo Ruiz Bonilla, najbardziej szanowany kolumbijski historyk futbolu w rozmowie z dziennikarzem Carlem Worswickiem. Oczywiście argentyńskie władze nie mogły tego przewidzieć ale inwestycje w kolumbijską piłkę miały ogromne wpływ na sytuację w ich kraju. Eldorado, jak szybko zaczęto nazywać ligę kolumbijską stanowiła atrakcyjną alternatywę dla rozgrywek w Argentynie: oferowała wyższe kontrakty i rekrutowała piłkarzy z niezwykłą drapieżnością. Wkrótce jednak relacje między ligą kolumbijską a kolumbijską federacją piłkarską znacznie się pogorszyły a w efekcie rozgrywki straciły oficjalną akredytację I choć w zamierzeniu miał to być cios w nie wymierzony, okazał się raczej aktem wyzwolenia. Ponieważ liga kolumbijska nie podlegała już regulacją FIFA, wchodzące w jej skład kluby mogły podpisywać kontrakty z kim chciały bo w gruncie rzeczy nie było takiej władzy, które mogłaby im tego zabronić. Na początku 1949 roku Milionarios powierzyło dawnemu obrońcy Platense i Quilmes Carlosowi Aldabe rolę grającego trenera. Mając świadomość że Aldabe jest bliskim przyjacielem Pedernery, w tamtym czasie wciąż jednego z najlepszych piłkarzy świata, choć grającego już nie w River Plate a w Huracanie, Senior(właściciel Milionarios) wysłał swojego podwładnego do Buenos Aires aby ściągnął do Kolumbii także dawnego kompana. Aldabe wsiadł do samolotu z walizką wypełnioną pięcioma tysiącami dolarów; Senior przyznawał później że był przerażony bo sądził że Argentyńczyk nie wróci. Aldabe spotkał się jednak z Pedernerą, który(ponieważ był po trzydziestce i nie widział szansy na rychłe przerwanie strajku piłkarzy) obawiał się że może już nigdy nie wrócić na boisko. Legenda River Plate postawiła jednak warunki: 5000 $ za podpisanie umowy i 200 dolarów miesięcznej pensji. Wówczas były to astronomiczne kwoty i Aldabe obawiał się że nawet Milionarius nie będą w stanie spełnić oczekiwań Pedernery. Wysłał w tej sprawie telegram do Seniora. Odpowiedź przyszła natychmiast: "Przywieź go". Nikt nie dbał o to aby powiadomić Huracan nie mówiąc o wypłaceniu mu jakiegoś odszkodowania. " To było jak wybuch bomby. Argentyńczycy uważali że ich piłka jest najlepsza na świecie, więc fakt że z kraju wyjeżdżały kolejne gwiazdy musiał ich boleć"- mówił Worswickowi Efraine Sanchez, kolumbijski bramkarz, który przyszedł do San Lorenzo w 1948 roku.

W czasie gdy w Argentynie nie posiadano się ze złości, setki kibiców witały Pedernere na lotnisku w Eldorado. Dzień później Milionarios grali z Atletico Municipal z Medellin. W związku z trwającym w ojczyźnie strajkiem i zaległościami w treningach Nowa gwiazda nie nadawała się do gry ale i tak przyszło ją zobaczyć 15 000 ludzi. Bilety i przyniosły seniorowi 17 000 dolarów. W jedno popołudnie zarobił na roczną pensję Pedernery. Argentyńczyk zadebiutował w meczu przeciwko Deportes Caldas 26 czerwca 1949 roku, wygranym przez Milionarios 3:0. Szybko okazało się jednak że ogranicza go kiepski poziom reszty drużyny, więc senior odesłał go do Argentyny z misją z rekrutowania większej liczby rozczarowanych gwiazd. Pedernera wrócił do Kolumbii z Nestorem Rossim i Alfredo di Stefano Milionarios zaczęli strzelać średnio cztery gole na mecz i zdobyli mistrzostwo kraju w 1949 roku. Dla Di Stefano transfer miał głębokie konsekwencje. Jego dziadek od strony ojca wyemigrował do Argentyny z Capri a matka miała francusko irlandzkie korzenie. Urodził się w barakach w 1926 roku i zadebiutował w River Plate 11 dni po 19 urodzinach. Choć jego potencjał nie budził wątpliwości, był to jedyny mecz, który rozegrał w tamtym sezonie a w następnym roku został wypożyczony do Huracanu. Po powrocie do macierzystego klubu strzelił 27 goli w 30 meczach ligowych i 6 goli w 6 meczach reprezentacji podczas zwycięskiego Campeonato Sudamericano w Ekwadorze. Najprawdopodobniej gdyby nie strajk, stałby się jedną z największych gwiazd River i całej Argentyny wyjechał jednak do Kolumbii, gdzie też wiodło mu się bardzo dobrze. Kiedy zaś w 1952 roku Milionarios ograło Real Madryt w meczu towarzyskim 4:2, zwrócił uwagę hiszpańskich klubów i w końcu, po rozstrzygnięciu sporu prawnego między Realem a FC Barceloną trafił do hiszpańskiej stolicy w 1953 roku. W Realu „La Saeta Rubia, czyli Blond Strzała stał się jednym z najlepszych piłkarzy w historii klubu i jednym z trzech zaledwie zawodników, którzy pod koniec dekady zagrali we wszystkich kolejnych pięciu triumfach realu w pucharze Europy. W Argentynie nie wystąpił już nigdy ich chodź po latach wrócił do kraju aby trenować River Plate i Boca, rodakom trudno było uwolnić się od poczucia że jego piłkarski geniusz objawił się na uchodźstwie. Exodus z Argentyny trwał a złość Argentyńczyków rosła. Ponieważ jednak ani władze ani Związek Zawodowy nie chciały ustąpić, trudno było dziwić się piłkarzom, którzy wybierali los łamistrajków i szukali szczęścia w Kolumbii. W 1951 roku aż 133 argentyńskich piłkarzy grało w lidze kolumbijskiej, co miało fatalne konsekwencje dla jakości zaczynających z powrotem kuśtykać rozgrywek krajowych. W tym właśnie roku Pedernera został grającym trenerem Milionarios i to, czego nauczył się z „La machiną”, wprowadził teraz do swojej naszpikowanej już gwiazdami drużyny. Rezultaty były olśniewające: nie chodzi tylko o 28 zwycięstw w 34 meczach ale o styl, w jakim je odnoszono, mieszankę techniki i artyzmu, która spowodowała że zespół przeszedł do legendy. To był ,, El Ballet Azul", niebieski balet, apogeum argentyńskiej estetyki, które za triumfowała wówczas w Bogocie. Jednak 1951 rok był też początkiem końca Eldorado. W sierpniu władze ligi porozumiały się z FIFA; zawieszenie Kolumbii uchylono, pod warunkiem wszakże powrotu zawodników do macierzystych klubów w ciągu najbliższych trzech lat bądź zapłacenia za nich kwot odstępnego. W czasie transferowego embarga Milionarios wygrali jeszcze Ligę 1952 i 1953 roku, później jednak piłkarze zaczęli odchodzić, poziom rozgrywek się obniżył a równocześnie trwała coraz krwawsza wojna domowa. ,, To było straszne, bez futbolu przemoc eksplodowała"- mówił historyk Guillermo Ruiz. Eldorado rozpłynęło się we mgle, piłkarze z Argentyny wrócili do ojczyzny, więcej argentyńska liga mogła wrócić do normalności, czyli do usypiającego przekonania że jest najlepsza na świecie.

2

Coś dla @Bernard777 i innych zainteresowanych

7

Na początek…tylko remis:

6 września 2008 roku reprezentacja Polski zremisowała ze Słowenią 1:1 w eliminacjach MŚ 2010. Zobaczyć Łukasza Piszczka w ataku reprezentacji Polski? Dziś wydaje się to wręcz nieprawdopodobne. Aby przekonać się na własne oczy, że tak faktycznie było, trzeba cofnąć się do września 2008 roku. Mecz ze Słowenią, otwierający eliminacje MŚ w RPA, późniejszy prawy obrońca kadry rozpoczął na szpicy. O tym, że zmiana pozycji w jego przypadku była słuszna, przekonuje chociażby to spotkanie. Polacy zaliczyli słaby start. W 34-stopniowym upale zremisowali ze Słoweńcami 1:1. Był to szósty mecz z rzędu bez wygranej. A podobno, jak stwierdził w studiu TVP przed pierwszym gwizdkiem arbitra były bramkarz reprezentacji Maciej Szczęsny, Leo Beenhakker mógł mówić o szczęściu, że zaczyna eliminacje od starć ze Słowenią i San Marino...

Po żenującej grze Polska zremisowała ze Słowenią 1:1. Na dziewięć ostatnich spotkań wygraliśmy raz – z Albanią na neutralnym terenie. Eliminacje mistrzostw świata zaczynają się więc fatalnie. Ale czy można się dziwić, że nie strzelamy zwycięskiego gola, skoro Leo Beenhakker nie wystawia w podstawowej jedenastce ANI JEDNEGO napastnika? On chyba w ogóle ma jakąś awersję do ludzi, którzy strzelają gole. Poza tym od dłuższego czasu mamy wrażenie, że jego największą motywacją do pracy w Polsce jest zrobienie wszystkim na złość i udowodnienie, że nawet najbardziej chora, ale JEGO koncepcja jest najlepsza…

,,Powiem szczerze, dawno nie widziałem Leo Beenhakkera tak zdenerwowanego, jak przed tym meczem. On sam chyba nie wie, na co stać ten zespół”- Dariusz Szpakowski.

@Symson
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360

7

@FCBparasiempre
Pokolenie okresu międzywojennego wychowywało się w specyficznych warunkach. Patriotyzm, poświecenie się dla ojczyzny, obowiązkowość i dyscyplina – to były podstawowe zasady wpajane od dzieciństwa. Sport pociągał dlatego, że godził kulturę ciała i ducha. Dawał radość życia. Pokolenie okresu międzywojennego wychowywało się w specyficznych warunkach. Patriotyzm, poświecenie się dla ojczyzny, obowiązkowość i dyscyplina – to były podstawowe zasady wpajane od dzieciństwa. Sport pociągał dlatego, że godził kulturę ciała i ducha. Dawał radość życia. Przykładem, w którego postępowaniu powyższa maksyma znalazła potwierdzenie był Henryk Jaźnicki. „Mnie interesowały gry zespołowe. Dążyłem, żeby być pożytecznym członkiem zespołu, wyzwalać z siebie wszystkie siły i umiejętności. Sukces zespołu traktowałem jako największą osobistą satysfakcję. Największym marzeniem każdego z nas był występ w reprezentacji Polski. To zaszczyt, którego nikt nie próbował pomniejszać”. Henryk Jaźnicki urodził się 6 września 1917 roku w Radzyniu Podlaskim. Następnie wraz z rodzicami przeniósł się do Brześcia nad Bugiem. Uprawianie sportu rozpoczął w gimnazjum im. R. Traugutta. Z równym, dużym powodzeniem uprawiał koszykówkę i siatkówkę. Reprezentował w latach 1932-33 Okręgowy Ośrodek Wychowania Fizycznego miasta Brześcia właśnie w tych dwóch dyscyplinach sportu. Na wielkie zdolności młodego sportowca zwrócił uwagę Edward Ałaszewski, w latach międzywojennych piłkarz i instruktor w-f, później znakomity karykaturzysta. Podczas pobytu nad Bugiem w czasie zawodów sportowych, wpadł mu w oko, niepozorny, ale niebywale sprawny ruchowo młodzik. Gdy więc rodzina Jaźnickich przeprowadziła się do Warszawy, za sprawą Ałaszewskiego, Henryk trafił do Polonii Warszawa. Jednocześnie uczęszczał do gimnazjum im. Wyrzykowskiego, które ukończył zdaniem egzaminu maturalnego w 1937 roku. W tym samym roku odniósł swój pierwszy sukces sportowy. Zespół siatkarzy „Czarnych Koszul” po wielu perypetiach zdobył tytuł mistrza kraju. W drużynie tej Henryk Jaźnicki był kluczowym zawodnikiem. Jak pisał ówczesny „ Przegląd Sportowy” ,,Najlepszych siatkarzy miała Polonia w Jaźnickim, Wittengergu i Perkowskim, którzy grali dobrze zarówno w ataku jak i obronie. Nie załamywali się nawet w najtrudniejszych sytuacjach.” Zdobycie tytułu mistrzowskiego w siatkówce w 1937r. należało do największych sukcesów, jakie zawodnicy Polonii osiągnęli w grach zespołowych w latach międzywojennych. Rok wcześniej z zespołem koszykarzy też święcił spory triumf, został wicemistrzem Polski. W tamtych latach jednak ekipa stołeczna była na tyle silna, że drugie miejsce osiągała niemal etatowo. Talent Jaźnickiego nie uszedł jednak uwadze. Brał on udział w zgrupowaniach przedolimpijskich, był jednak jeszcze zbyt mało doświadczonym koszykarzem, by móc występować w reprezentacji olimpijskiej w Berlinie. W 1938 roku drużyna piłkarska Polonii wróciła w szeregi pierwszoligowców. I w tym czasie zadebiutował w niej – Henryk Jaźnicki. „Do piki nożnej zostałem zwerbowany z sekcji gier sportowych na wiosnę 1938 roku przez prezesa klubu Stanisława Frenkiela. Po zakończeniu przeze mnie cyklu rozgrywek mistrzowskich w siatkówkę i koszykówkę byłem przygotowany kondycyjnie i sprawnościowo, brakowało mi tylko umiejętności techniczno – taktycznych do gry w piłkę nożną. Trener klubowy Karol Kossok po trzech tygodniach intensywnego treningu specjalistycznego i dwóch sprawdzianach wstawił mnie do składu na mecz I ligi z Cracovią w Krakowie, aktualnym mistrzem Polski. Debiut był udany, znalazłem stałe miejsce w zespole będącym rewelacją rozgrywek 1938 roku.” Trener Kossok zaryzykował, wystawiając bardzo sprawnego, szybkiego i skocznego siatkarza i koszykarza na prawe skrzydło ataku Polonii. Atak kierowany przez Odrowąża ze skrzydłowymi Jażnickim i Kisielińskim był rewelacją rozgrywek ligowych. Grał bardzo szybko, a jednocześnie prosto, ambitnie i z fantazją. Prawoskrzydłowy okazał się piłkarzem bramkostrzelnym, i z meczu na mecz lepszym technicznie. Redaktor Stefan Sieniarski, wielki fanatyk Polonii, tak wyrażał się o grze ataku „Czarnych Koszul”: „ Atak nadawał ton grze, a zespół wypracował swój styl – nie uznawał zawiłych kombinacji, prostymi środkami atakował non-stop. Stosowano podania długie i prostopadłe, przez co zdobywano teren błyskawicznie. Zawodnicy byli szybcy, zwrotni, wytrzymali, skoczni i dobrzy technicznie.” Rok 1938 był dla klubu najlepszym w całym okresie międzywojennym. Piłkarze zajęli najwyższą lokatę – czwartą, w lidze, a władze sportowe uznały Polonię za całokształt działalności – pierwszym klubem Polski. Na to wyróżnienie zapracował swoimi bardzo dobrymi występami, na parkietach i boisku Henryk Jaźnicki.

W następnym roku, tak pamiętnym dla wszystkich Polaków i jakże tragicznym, spełniły się sportowe marzenia naszego bohatera. „W marcu dostąpiłem zaszczytu reprezentowania barw narodowych w koszykówce na meczu Polska – Niemcy wygranym 50:10. Pół roku później, 27 sierpnia po raz drugi założyłem koszulkę z Białym Orłem. Tym razem debiutowałem w meczu Polska – Węgry w piłce nożnej, w którym pokonaliśmy wicemistrzów świata 4:2.” Ten historyczny mecz opisywany i wspominany przez wszystkich, był już wielokroć. Przytoczę tu refleksję Wojciech Trojanowskiego, wybitnego dziennikarza i sprawozdawcy radiowego. „Nikt z tych tysięcy, które zaległy stadion Legii tuż przed wojną na spotkaniu naszej jedenastki z reprezentacją Węgier – tego meczu nie zapomni. Nasi chłopcy grali jakby natchnieni, wznosząc się na poziom, którego aż do czasu mistrzostw w 1974 roku żaden polski zespół nie osiągnął. Dziwny nastrój panował na tym meczu. Nikt przecież spokojnie wtedy nie spał. Wszyscy byli pełni okropnych przeczuć i bolesnego niepokoju. A jednak … jakaś w ludzi wstąpiła bezsensowna nadzieja, nielogiczny optymizm. Jeśli na boisku, wbrew wszelkim teoretycznym rozważaniom, doszło do tak nieprawdopodobnego zwycięstwa – to może i losy wojny potoczą się pomyślnie, Może to dobry omen, może się nie damy? No i tak. Tysięczne tłumy, rozweselone zwycięstwem, opuszczały stadion. Szedłem i ja wśród tego tłumu, nie wiedząc jeszcze wtedy, że to po raz ostatni na długie, długie lata ludzie się głośno śmieją na warszawskiej ulicy. Że to już ostatni raz…” Kapitan związkowy, dzisiejszy selekcjoner – Józef Kałuża nie mógł skorzystać ze wszystkich najlepszych piłkarzy. Wiadomo mobilizacja. Ale ci, których wystawił w tym meczu, nie zawiedli ani jego, ani tysięcy na trybunach. W takiej atmosferze i w tak pamiętnym meczu zadebiutował Henryk Jaźnicki. Znalezienie się kadrze prawoskrzydłowego Polonii było dla wielu zaskakujące, zważywszy na to, że jeszcze dwa lata wcześniej nie grał on w piłkę nożną. Jednak talent upoważniał piłkarza „Czarnych Koszul” do występu w tym spotkaniu. Już bowiem w lipcu brał on udział w zgrupowaniu kadry młodzieżowej, na warszawskiej CIWF na Bielanach. Z tą grupą piłkarzy wiązano nadzieje na przyszłość naszego piłkarstwa. Zajęcia prowadził z nimi słynny szkocki piłkarz i trener Alex James. Za cztery dni wybuchła wojna… Napastnik Polonii zapisał się jeszcze w historii polskiej piłki nożnej, jednym wydarzeniem. 20 sierpnia 1939 roku w ostatniej kolejce ligowej przed napaścią hitlerowską, był autorem ostatniego gola w spotkaniach ligowych. Polonia na Konwiktorskiej w Warszawie podejmowała lwowską Pogoń. Przewaga należała do gospodarzy, ale do 88 minuty wynik utrzymywał się remisowy 1:1. „ Na dwie minuty przed końcem Polonia uzyskuje szóstego kornera. Bije precyzyjnie Kisieliński. Znów róg i znów Kisieliński bije dobrze. Jeżewski odbija „świecą”, piłka zakręca na lewo. Bala szpetnie kiksuje, piłkę ma znów Kisieliński, który podaje wysoko do środka i nadbiegający Jaźnicki lokuje piłkę główką pod poprzeczkę. Wynik 2:1 jest zasłużony.” Po tym zwycięstwie zszedł z trybuny na boisko prezes klubu generał Kazimierz Sosnkowski i gratulował drużynie wygranej. Było to ostatnie spotkanie prezesa klubu z zawodnikami. Zajęty występami, aż w trzech dyscyplinach pan Henryk nie zaniedbywał nauki. Po uzyskaniu matury w 1937 roku został przyjęty na Uniwersytet Warszawski, a w 1939 roku przeniósł się na Wydział Administracji Państwowej w Szkole Nauk Politycznych w Warszawie. Wybuch wojny pokrzyżował plany sportowe i naukowe.

W marcu 1940 roku Henryk Jaźnicki wraz z gronem sportowców zostaje aresztowany. Przebywa w więzieniu mokotowskim, a następnie na Pawiaku, gdzie widział aresztowanego Janusza Kusocińskiego. Stąd zostaje przetransportowany do obozu koncentracyjnego Sachsenhausen, a potem do Mathausen w Austrii. Codziennie widział śmierć współwięźniów, lecz nie poddawał się, walcząc o życie poprzez sport. Dzięki wiedeńczykowi, kibicowi piłkarskiemu, który był blokowym polskiego pawilonu nr 7, zaczęto rozgrywać mecze piłkarskie, z więźniami innych narodowości. Przy pomocy i dzięki staraniom koszykarki Polonii pani Duch-Markowskiej udało mu się po dwóch latach powrócić do Warszawy. Tu toczyły się konspiracyjne rozgrywki, powołano do życia tajny, podziemny WOZPN. W II okupacyjnych mistrzostwach Warszawy w 1943 roku, w barwach Polonii grał już Henryk Jaźnicki. Nie występował we wszystkich meczach, przeszkadzała mu w tym kontuzja kolana jakiej, za sprawą esesmana (uderzył go żelaznym prętem), nabawił się w obozie. Później wobec fali wzmożonej przemocy i represji, spotkania odbywały się sporadycznie. W 1944 roku mistrzostw Warszawy nie dokończono – wybuchło powstanie. Rok 1945 to powrót jej mieszkańców, w tym również piłkarzy, do ruin i zgliszcz. Już 25 marca Polonia rozegrała pierwszy mecz. W drugim zagrał Henryk Jaźnicki. Pod koniec lipca drużyna Polonii wybrała się na mecze do Krakowa, w składzie nie zabrakło oczywiście Jaźnickiego. Wrócił również do składu koszykarzy. Ze względu na pracę, którą podjął w Społem, przez cały rok 1946 trenował i grał w zespole piłkarskim tego klubu i który dzięki jego dobrej grze awansował do klasy A. Ominął go za to największy triumf, „Czarne Koszule” zostały mistrzem Polski w piłce nożnej, akurat wtedy gdy ten jedyny rok nie grał w jej barwach. W 1947 roku powrócił do Polonii i występował w niej do roku 1952, w większości meczów jako kapitan. Jednocześnie pełnił rolę trenera sekcji koszykówki kobiet Polonii. W tym zespole poznał swoją przyszłą żonę, Irenę Kamecką, wielokrotną reprezentantkę Polski w koszykówce. W tym okresie prezentował cały czas dobrą, równą formę. Był etatowym reprezentantem Warszawy, wtedy mecze między miastami były czymś normalnym i bardzo częstym. Wyróżniającego się piłkarza powołano w skład reprezentacji Polski na dwa trudne spotkania wyjazdowe ze Szwecją i Finlandią we wrześniu 1947 roku. Niestety zawodnika Polonii zatrzymały w kraju „kłopoty paszportowe” i szansa na kolejne występy w barwach biało – czerwonych minęła bezpowrotnie. Pozostała więc gra w swojej ukochanej drużynie „Czarny Koszul”. Osiągnięcia zespołu można określić na miarę oczekiwań, górna połowa ligowej tabeli, to nie było źle. A czwarta pozycja w 1949 roku, to powtórka najlepszego wyniku sprzed wojny. Pan Henryk nie poprzestawał tylko na piłce nożnej. W 1946 roku zagrał w mistrzowskiej ekipie siatkarzy Polonii, a w rok później zapisał na swoim koncie tytuły mistrzowskie w zespołach siatkówki i koszykówki AZS Warszawa. Obarczony tak wieloma obowiązkami sportowymi, równolegle studiował w Akademii Nauk Politycznych 1947/50. Swej edukacji na tym jednak nie zakończył. W 1956 roku postanowił kontynuować naukę, tym razem na Wydziale Budownictwa Lądowego w Wieczorowej Szkole Inżynieryjnej i którą ukończył, uzyskując dyplom inżyniera w 1961 roku. Wróćmy jednak do sportu. Z wiekiem pan Henryk zmienił pozycję na boisku, stał się prawym obrońcą. Nadal wyróżniał się grą kulturalną i dżentelmeńską, stanowił wzór do naśladowania dla młodszych, wchodzących do zespołu, zawodników. Przykładem takiej postawy kapitana Polonii był, chociażby mecz z Ruchem Chorzów w 1952 roku. Mecz ten przeszedł do legendy, to w nim decydowały się losy pozostania warszawskiego klubu w I lidze. Liczne starcia i incydenty, brutalna gra gospodarzy, skończyła się przerwaniem meczu w związku z agresją kibiców Ruchu.

„Cała drużyna znalazła się w szatni. Po około 20 minutach kapitan zespołu Henryk Jaźnicki namówił kolegów, aby po wezwaniu sędziego kontynuować grę. Nikt nie spodziewał się tego, że wznowienie spotkania sędzia rozpocznie od podyktowania rzutu karnego przeciwko Polonii. Gdybyśmy – mówili po latach poloniści – wobec trwającego zagrożenia pozostali w szatni, to byłaby szansa na walkower lub inne korzystniejsze rozstrzygnięcie. No, ale Jaźnicki wychowany w Polonii był zwolennikiem uzyskania rezultatów na boisku piłkarskim, a nie przy zielonym stoliku… W ten sposób, po skutecznie wykonanym karnym, Polonia zremisowała 3:3, tracąc 1 punkt – jak się okazało – na wagę gry w I lidze.” Jeszcze dwa spotkania i nadeszła gorzka chwila degradacji do II ligi. Przegrany mecz z Cracovią 0:3, był ostatnim spotkaniem ligowym, jaki Henryk Jaźnicki rozegrał w swej przebogatej w sukcesy karierze. Rozgoryczony postanowił zawiesić buty na kołku. Nie poczekał kilku tygodni, nie zagrał w meczach pucharowych. I znowu jak w 1946 roku zabrakło go w chwilach triumfu, Polonia wzniosła Puchar Polski w jej składzie nie było pana Henryka. Co za ironia losu. Nie odszedł jednak od sportu. W okresie pracy zawodowej, jako inspektor inwestycji i kapitalnych remontów obiektów sportowych w Federacji „Kolejarz” w latach 1950 – 1963, pełnił funkcję sekretarza Komisji Sportu Wyczynowego. Przez wiele lat był kierownikiem sekcji koszykówki i piłki nożnej. Wchodził w skład zarządu klubu. W latach siedemdziesiątych wybrany został wiceprezesem klubu. Na przełomie lat 1966 – 1993 działał jako członek Wydziału Gier i Dyscypliny oraz Funduszu Pomocy Koleżeńskiej Polskiego Związku Piłki Nożnej. W 1983 roku otrzymał tytuł Honorowego Członka PZPN. Wielki talent, pracowitość, zdyscyplinowanie i miłość do sportu te wszystkie cechy miał w sobie Henryk Jaźnicki. Dziś jest legendą Polonii…

1

@Safrani On grał z Kolejorzem w eliminacjach Ligo Mistrzów? Bo zupełnie nie pamiętam?

9

@FCBparasiempre
6 września 1913 r. urodził się brazylijski napastnik Leonidas da Silva; Zdobywca 3 miejsca na świecie na mundialu w 1938 roku oraz Król strzelców Mistrzostw Świata 1938.

Kariera Leonidasa owiana jest kilkoma legendarnymi opowieściami. Jedna z nich mówi o tym, że w pierwszym meczu mistrzostw świata w 1938 roku z Polską grał na boso i został bohaterem. Strzelił trzy gole, z czego dwa w dogrywce. Według innej to właśnie on jako pierwszy zaczął strzelać przewrotką. Podobno sędziowie widząc jego niebywałe uderzenia, niekiedy odgwizdywali przewinienie, bo nie wiedzieli, czy przepisy na to pozwalają. Ze względu na jego wielką sprawność fizyczną nazywano go „człowiekiem z gumy". Leonidas Da Silva urodził się 6 września 1913 roku w Rio de Janeiro. Wychowywał się w dzielnicy Sao Cristovao i, jak większość jego kolegów, od najmłodszych lat biegał na bosaka za skórzaną piłką, co nie podobało się jego rodzicom, którzy woleli, aby syn postawił na wykształcenie. Ten jednak na przekór uciekał z lekcji, by grać. W wieku 14 lat zrezygnował ze szkoły i w pełni poświęcił się futbolowi. Już dwa lata później podpisał kontrakt z lokalną drużyną z Sao Cristovao. Na początku kariery wystawiany był na środku ataku i wyróżniał się na tej pozycji niższym wzrostem od pozostałych napastników. Charakteryzowała go za to niezwykła szybkość, zwinność, technika oraz doskonały drybling. Na krajowych boiskach zasłynął w Bonsucesso, kiedy wyszedł mu strzał z przewrotki. Był pierwszym zawodnikiem w historii, który uderzył w ten ekwilibrystyczny sposób. Później wielu zawodników - z różnym skutkiem - próbowało go naśladować. W tamtym czasie bardzo zacięta, mająca podtekst nie tylko sportowy, była rywalizacja między dwoma miastami - Rio de Janeiro i Sao Paulo. Do historii przeszedł mecz z 1931 roku, gdy w São Paulo grał jeszcze pierwszy wielki brazylijski piłkarz Arthur Friedenreich. Dwie legendy stanęły naprzeciwko siebie - jedna dopiero rozkwitająca, druga schodząca ze sceny. Leonidas strzelił wówczas dwa gole i zapewnił wygraną swojej drużynie. Po meczu mający niemieckie korzenie Friedenreich podszedł do młodszego kolegi i serdecznie mu pogratulował. Była to symboliczna zmiana warty. Dobra postawa w kolejnych spotkaniach zaowocowała powołaniami do reprezentacji. W corocznym turnieju Rio Branco, w 1933 roku w meczu z Urugwajem (2:1) zdobył obydwa gole, co zwróciło to uwagę miejscowego Peñarolu, który zaproponował Brazylijczykowi kontrakt. Ten nie wahał się długo i parafował kontrakt. Po dobrym sezonie ( 28 goli w 25 meczach) spędzonym w zespole z Montevideo, wrócił Brazylii. Zasilił skład Vasco da Gama, z którym wygrał ligę w stanie Rio. W 1934 roku pojechał z reprezentacją do Włoch na drugie mistrzostwa świata, ale wtedy to nie była ta Brazylia, o której mamy wyobrażenie dzisiaj. Wówczas w kraju kawy panował rasizm, ale Murzyni i Latynosi, z racji większych umiejętności nad Białymi, powoli wchodzili do zespołu. Jednym z nich był właśnie Leonidas, który na mundialu zdobył honorową bramkę w przegranym meczu z Hiszpanią (1:3). Dla Brazylii turniej był zupełnie nieudany, ale po powrocie do kraju Leonidas stał się prawdziwą gwiazdą. Był uwielbiany przez kibiców, którzy nadali mu przydomek „Czarny diament". Po mistrzostwach przeniósł się również do Botafogo, z którym zdobył drugi tytuł Rio. W tym zespole spędził dwa lata, po których został kupiony przez Flamengo, stając się jednocześnie pierwszym ciemnoskórym piłkarzem w historii klubu. W międzyczasie regularnie występował w reprezentacji Brazylii, z którą pojechał na mistrzostwa świata do Francji. To właśnie dzięki turniejowi w 1938 roku Leonidas przeszedł do historii. W pierwszym meczu Brazylijczycy trafili na Polskę. W pierwszej połowie dominowali i na przerwę schodzili przy stanie 3:1 (jedną z bramek zdobył bohater artykułu). W drugiej części w polskim zespole pierwsze skrzypce grał Ernest Wilimowski, który popisał się hat-trickiem. Brazylia też strzeliła gola i o wyniku meczu decydowała dogrywka. W niej na boisku dominowali dwaj główni aktorzy - Wilimowski i Leonidas. Pierwszy zdobył jedną bramkę, a drugi dwie, co zadecydowało o zwycięstwie Canarinhos. Ze spotkaniem z biało-czerwonymi wiąże się jeszcze jedna legenda. Otóż w trakcie meczu Leonidas zmieniał obuwie, a późniejsze przekazy mówiły, że wielki Brazylijczyk grał w tym spotkaniu na bosaka. Historia chwytliwa, ale kompletnie zmyślona. Gry bez butów już wtedy zabraniały przepisy.

W ćwierćfinale Leonidas również trafił do siatki, ale po regulaminowym czasie i dogrywce dało to tylko remis z Czechosłowacją. Ówczesny regulamin nie przewidywał rzutów karnych, dlatego mecz został powtórzony. W nim Brazylia przegrywała po pierwszej połowie 0:1, ale po przerwie strzeliła dwa gole - autorstwa Leonidasa i Roberto. W półfinale Leonidas nie mógł zagrać z powodu kontuzji i od razu odbiło się to na grze zespołu. Canarinhos przegrali z późniejszymi triumfatorami Włochami 1:2 a bramkę stracili w ostatniej minucie meczu (strzelił ją słynny Giuseppe Meazza). W finale pocieszenia ze Szwecją „Czarny diament" wrócił do składu. Efekt? Dwa strzelone gole, zwycięstwo 4:2, wywalczenie trzeciego miejsca w mistrzostwach i wygranie klasyfikacji strzelców mundialu. Dla Brazylii był to spory sukces. Wtedy piłkarzy z kraju kawy cechowała inna gra, niż ta, którą kilkanaście lat później pokochał cały świat. Grali przede wszystkim bardzo brutalnie a taktycznie odstawali od zespołów z Europy. Mieli też jednego piłkarza, który decydował o obliczu zespołu. I to ich wyróżniało. Być może Leonidas pokazałby jeszcze więcej na mundialach, ale przeszkodziła mu w tym II wojna światowa. W 1942 roku miałby 29 lat a więc byłby w kwiecie piłkarskiego wieku. Cztery lata później także był w niezłej formie. Można więc śmiało założyć tezę, że w międzynarodowym futbolu osiągnąłby jeszcze więcej. W sumie w kadrze strzelił 37 goli w 37 meczach. Po MŚ we Francji wciąż znakomicie spisywał się na brazylijskich boiskach. W Flamengo grał do 1942 roku, a w barwach zespołu strzelił aż 153 gole w 149 meczach! W tym czasie postanowił zmienić otoczenie - wyprowadził się z Rio de Janeiro i przeszedł do FC São Paulo. Kibice jednego i drugiego zespołu nie byli zadowoleni z tej przeprowadzki, ale sympatycy jego nowej drużyny szybko się do niego przekonali. W trakcie siedmioletniego pobytu w klubie-Sao Paulo pięć razy sięgało po wygraną w lidze ogólnokrajowej. Ostatni mecz w reprezentacji zagrał na Copa America 1946, w zremisowanym meczu z Urugwajem (1:1). Buty na kołku zawiesił w 1950 roku, kiedy Brazylijczycy byli gospodarzami mistrzostw świata. Po zakończeniu kariery próbował sił jako trener, później jako kierownik drużyny, ale nie sprawdzał się w tym. Więcej radości przynosiło mu komentowanie meczów w radiu. Prowadził też sklep meblowy w Sao Paulo i miał agencję detektywistyczną. Jego życie zmieniło się na początku lat 60, kiedy wykryto u niego chorobę Alzheimera. Do końca życia był pod stałą opieką lekarzy. Dożył późnej starości. Zmarł 24 stycznia 2004 roku w wieku 90 lat.

8

7

Feliz cumpleaños panie Pedro!

6 września 1948 r. urodził się Pedro Maria Artola Urrutia, były bramkarz FC Barcelony w latach 1975-84. Jest wychowankiem Realu Sociedad, lecz w barwach baskijskiego klubu przez 5 sezonów zagrał w La Liga tylko 30 razy gdyż pozycję pierwszego bramkarza zajmował Urruti. Artola zdecydował się na transfer do FC Barcelony i w 1977 r. wywalczył sobie miejsce w podstawowym składzie, którego nie oddał przez następne 5 lat. W końcu z pierwszej jedenastki Blaugrany wygryzł go… Urruti.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974

1

@Comentateiro Piękny wynik to raczej lekka przesada ale rzeczywiście chłopaki mocno pracowali na ten jeden punkt. Z drugiej strony trzeba przyznać że mieliśmy farta z takim wynikiem a zwłaszcza z takim golem Casha, którego strzela się raz na kilka ładnych lat. Przestrzegałbym przed Finlandią, gdyż nasi z takimi przeciwnikami bardzo się męczą i nigdy nie wiadomo co wymęczą...?

0

@Bernard777 A no właśnie! Tak też podejrzewałem, bo nie chce mi się wierzyć że Lionel Messi nie zagra nigdy więcej na ojczystej ziemi...

1

@Sysia11 No to pomijając nocke, to strumyk u mnie na ogół przerywał i miał bardzo słąbą jakość. Szkoda że nie transmitują w tv bo może by puścili powtórke? A skoro ogladałaś to jednak nie musisz wstawać rano do roboty?

7

Gdyby nie pan Kazimierz Górski i Zygfryd Szołtysik… nie byłoby żadnych sukcesów polskiego futbolu!

5 września 1972 r. Polska pokonała ZSRR 2:1 na igrzyskach olimpijskich w meczu, który w praktyce decydował o wejściu do finału imprezy. Sportowe zwycięstwa nad wielkim bratem ze Wschodu zawsze miały dla nas wyjątkowe znaczenie. To smakowało dość gorzko, bo zdarzyło się w cieniu tragedii. W dniu meczu z ZSRR w wiosce olimpijskiej doszło do zamachu terrorystycznego, w którym zginęło siedemnastu ludzi. Piłkarze mimo to wyszli na murawę i stoczyli pełen dramaturgii, niesamowity bój. Mecz z ZSRR był z gatunku „dla ludzi o mocnych nerwach”. Do przerwy przegrywaliśmy 0:1 (gola strzelił młodziutki Oleg Błochin) i wyglądaliśmy na boisku słabo. Po przerwie nie było wcale lepiej i kto wie, czy udałoby się w tym meczu cokolwiek ugrać, gdyby nie nos trenerski Kazimierza Górskiego. W 70. minucie wprowadził na boisko Zygfryda Szołtysika, który tchnął w naszych nowego ducha. W efekcie w 79. minucie Kazimierz Deyna wyrównał z rzutu karnego a na trzy minuty przed końcem właśnie Szołtysik, kapitalnym strzałem w „okienko”, dał nam upragnione zwycięstwo.

@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson

2

@Gary A to szkoda bo on mimo zażywania narkotyków był po 30-tce wciąż genialny! Jednak swoją postawą znacząco osłabił Albicelestes

1

@Sysia11 Ty chyba do roboty nie musisz wstawać rano(!) przyznaj się? A jeśli tak to troche ci zazdroszcze bo ja lubie długo pospać a nie moge. A z kolei w sobote z automatu budze się o 5.30 bo to pora żeby wstawać do roboty ot i takie to życie...
A i jeszcze jedno pytanie: na jakim programie oglądałaś Albicelestes?

1

@Gary A to fajnie, fajnie bo był zajebisty! Mój pierwszy idol to wiadomo(!) widnieje na zdjęciu

7

Fenomenalny debiut, fenomenalnego napastnika:

5 września 1993 r. Romario da Souza Faria dokonał iście spektakularnego wyczynu. Otóż w swoim debiucie w La Liga w barwach FC Barcelony strzelił hattricka na Camp Nou przeciwko Realowi Sociedad. Jako jedyny w tym meczu zdobywał gole w 15, 65 oraz 88 minucie meczu.

@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?