FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
11
Zapomniane legendy futbolu:
25 września 1960 r. urodził się ukraiński napastnik Ihor Biełanow. Największe sukcesy odnosił w barwach Kraju Rad, wówczas w 1986 r. zdobył Złotą Piłką. Ten rok należał do Diego Maradony, który poprowadził Argentynę do zdobycia Pucharu Świata w Meksyku. To był czas, gdy Złotą Piłkę przyznawano jedynie zawodnikom europejskim, co zmieniło się dopiero w połowie latach 90. XX wieku. Na meksykańskim mundialu Biełanow zdobył dla ZSRR cztery gole (z czego trzy w przegranym 3-4 po dogrywce meczu z Belgią), wcześniej w barwach Dynama Kijów, pod wodzą legendarnego trenera Walerego Łobanowskiego zdobył Puchar Zdobywców Pucharów. Złota Piłka dla Biełanowa był niemałym zaskoczeniem. Już nawet nie chodzi o to, że 25-letni skrzydłowy zaczął na poważnie (oficjalnie sportowcy radzieccy byli amatorami) uprawiać piłkę nożną ledwie cztery lata wcześniej a o to że najlepszym piłkarzem ZSRR w tamtym roku został jego kolega klubowy Aleksandr Zawarow. W pokonanym polu Biełanow zostawił Gary’ego Linekera i Emilio Butrageño. Stugębna plotka głosi, że zawodnik wstydził się odebrać cennej nagrody w swoim kijowskim mieszkaniu, gdyż...przeciekał mu dach.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
2
@Unbe Ja już nie pierwszy raz tak narzekałem. W Hiszpanii to jeszcze pikuś ale żeby w Polsce Puchar Polski rozgrywać w tygodniu niemal do północy!?? To jest jakieś chore!
0
@LeoMessiiBarcaPepa No dokładnie tak!
9
@FCBparasiempre
Z pewnością wielu z was, przypominając sobie wielkie mecze lub wielkie turnieje, zadaje sobie pytanie: czy wynik byłby inny, jeśli zagrałby ten lub inny zawodnik? Podobnie jest w Belgii. Mnóstwo kibiców zastanawia się czy gdyby 7 października 1985 niebieskie BMW prowadzone przez Ludo Coecka nie uderzyło w barierki na autostradzie pod Antwerpią, to Czerwone Diabły mogłyby pokonać na mundialu w Meksyku wielką Argentynę Diego Maradony? Niestety nie znam odpowiedzi na to pytanie, ale za to wiem, kim był Ludo „Boem” Coeck i z wielką przyjemnością wam o nim opowiem. Ludovic Coeck urodził się 25 września 1955 roku w robotniczej dzielnicy Berchem w południowej części aglomeracji Antwerpii (tak samo, jak słynny belgijski sędzia John Langenus). Jak w klasycznej opowieści, od dziecka Ludo marzył o karierze piłkarskiej, a futbol był jego pasją. Godzinami potrafił uderzać piłkę o bramy osiedlowych garażów. Ojciec chciał, żeby syn wytrenował siłę strzału. Nocami moczył futbolówkę w wodzie, by była cięższa. Chłopak, grając na ulicy, był najlepszy. Podobnie było w zespołach juniorskich Berchem Sport, gdzie zaczął trenować w wieku 9 lat. Jak każde małe dziecko, miał również swojego piłkarskiego idola a był nim słynny włoski gwiazdor, Gianni Rivera. W klubie szybko zdali sobie sprawę, jak wielki talent im się trafił i w wieku 16 lat, w sezonie 1971-1972, młody chłopak został przeniesiony do pierwszej drużyny. Trenerem Berchem Sport był wtedy jeden z największych belgijskich piłkarzy w historii, Rik Coppens. Chciał on, by Ludo zadebiutował w pierwszym zespole już rok wcześniej, ale nie zgodził się na to sędzia główny. Również zarząd klubu nalegał, żeby ostrożnie wprowadzać młodego chłopaka do zespołu. Jednak gdy awans do pierwszej ligi zaczął się wymykać z rąk, Coppens mając kilka kontuzji w zespole, posadził 16-latka na ławce w kluczowym spotkaniu z liderem rozgrywek Beringen. Mecz ten odbył się 6 lutego 1972 roku, a Coeck po wejściu na boisko zdobył zwycięskiego gola dla swojego zespołu. Wysoki chłopak z bujną blond czupryną zachwycił dziesięciotysięczną publiczność. Ludo zapytany po meczu czy miał tremę, odpowiedział: ,,Podczas rozgrzewki miałem dreszcze w nogach, ale po wejściu na boisko zdenerwowanie minęło i grałem jak zawsze”. W debiutanckim sezonie Coeck wystąpił w siedmiu meczach w barwach Berchem, w których zdobył siedem bramek. Wraz z zespołem wygrał drugoligowe rozgrywki i awansował do 1. ligi. Został jednocześnie okrzyknięty największym talentem w Belgii. Wiadomym się stało, że będą go chciały pozyskać największe kluby w kraju, ale piłkarz i jego ojciec mieli w planach pozostanie w Berchem, aż do momentu zakończenia nauki przez chłopaka. Gdy latem 1972 roku pojawiła się oferta z Anderlechtu, wszystko uległo zmianie. Legendarny prezes Fiołków Constant Vanden Stock wziął sprawy w swoje ręce i zaproponował ojcu Ludo – 10000 belgijskich franków miesięcznie (równowartość około 250 euro) oraz prywatnego kierowcę, który będzie zawoził syna ze szkoły na treningi i do domu. Ponadto oba kluby uzgodniły kwotę transferu w wysokości 5 milionów franków (150 tys. euro). Dla kibiców Berchem Sport ten transfer był szokiem i uznali swojego pupila za zdrajcę, jednak największe pretensje mieli do zarządu klubu i oczywiście do władz Anderlechtu. W Antwerpii pojawiły się plakaty, na których napisane było: ,,Porwano dziecko. Opis sprawcy: mężczyzna o fioletowej cerze. Miał na sobie spodnie z dużymi tylnymi kieszeniami, które były wypełnione banknotami”. Wielu belgijskich dziennikarzy twierdziło, że ten zakup przyczynił się do sportowego upadku silnego wówczas klubu, choć miliony z tej umowy bardzo się przydały. Cały transfer do dzisiaj owiany jest tajemnicą i nikt do końca nie wie kto (i w jaki sposób) przekonał Ludo i jego ojca do zmiany planów, i przenosin na Astrid Park. ,,Odejście Ludo ciężko przeżyłem. Kiedy wyjeżdżałem na wakacje, wiedziałem, że jest zainteresowanie ze strony Anderlechtu, i że negocjacje były w toku. Byłem za granicą, kiedy został podpisany transfer, a dowiedziałem się o tym w rozmowie telefonicznej z dr. Romboutsem (ówczesny prezes Berchem), który nawiasem mówiąc, był moim przyjacielem. Z perspektywy czasu można stwierdzić, że transfer był satysfakcjonujący finansowo dla Berchem, a występy w Anderlechcie są marzeniem każdego młodego belgijskiego piłkarza. Ale wtedy…” – Rik Coppens tak wypowiadał się na temat transferu Ludo.
17-letni Coeck, przechodząc do ,,Paars-Wit”, dołączył do zespołu, w którym grali m.in. François Van der Elst, Rob Rensenbrink, Paul Van Himst, Hugo Broos czy Gilbert Van Binst. Młody chłopak został przyjęty przez drużynę bardzo dobrze. Gwiazdom RSCA zaimponowała jego pewność siebie i radosne podejście do życia. Donośny śmiech Ludo było słychać wszędzie. Niemiecki trener Mauves Georg Kessler wystawiał go początkowo tylko w meczach rezerw, ale gdy zobaczył, że młodzian jest gotowy do gry, rzucił go natychmiast na głęboką wodę. Niecałe osiem miesięcy po debiucie w Berchem, 26 listopada 1972 roku młody piłkarz został wystawiony w pierwszym składzie, w meczu przeciwko Standardowi. Mecze Anderlechtu ze Standardem to najbardziej elektryzujące pojedynki w Belgii, nazywane potocznie belgijskim Clasico. Spotkanie zakończyło się zwycięstwem „Fiołków” 3:2, a siedemnastolatek był największą gwiazdą tego widowiska. Grał bezbłędnie. Każda jego akcja stanowiła zagrożenie dla bramki gości. Zaprezentował również swój potężny strzał z dystansu, a Léon Jeck, obrońca drużyny z Liege, który zablokował to uderzenie, długo nie podnosił się z murawy. Po meczu widownia skandowała nawiązując do nazwiska Ludo: Koekoek, koekoek! (Kukułka, Kukułka). Ten przydomek towarzyszył mu przez całą karierę. Miesiąc później, w meczu przeciwko Sint-Truidense VV, strzelił swojego pierwszego gola dla Anderlechtu. Jego gra w kolejnych spotkaniach spowodowała, że został nowym idolem kibiców zasiadających na trybunach Astrid Park. Jednak kluczowym graczem Paars-Wit został w kolejnym sezonie, kiedy to pod wodzą trenera Urbaina Braemsa, Anderlecht zdobył mistrzostwo Belgii. Początkowo był rezerwowym, ale kiedy tylko pojawiał się na boisku, swoją grą udowadniał, że zasługuje na kolejne szanse. Trener Braems wystawiał Ludo praktycznie na każdej pozycji oprócz bramkarza, a mimo to młodzian zawsze potrafił sobie poradzić. Publiczność go uwielbiała, a w drugiej części sezonu stał się podstawowym graczem Anderlechtu. Ludo Coeck był bardzo uniwersalnym piłkarzem. Zaczynał jako ofensywny pomocnik, a później przez kolejnych trenerów był wycofywany w głąb pola, gdzie mógł w pełni wykorzystać swoje największe atuty, a mianowicie: inteligencję w grze, drybling, umiejętność bardzo dokładnych podań na odległość 40-50 metrów oraz piekielnie mocny strzał lewą nogą. Po tych uderzeniach piłka często leciała z prędkością nawet 118,7 km/h. Siłę strzału zawdzięczał nie tylko treningowi, ale również nietypowej budowie ciała. Jego lewa stopa była znacznie mniejsza niż prawa. Ta anomalia umożliwiała mu oddawanie potężnych strzałów, ale również była przyczyną urazów kręgosłupa, kolan i kostek, które prześladowały go przez niemal całą karierę. Po zdobyciu mistrzostwa Ludo mógł się cieszyć z kolejnego sukcesu. 8 września 1974 roku trener Raymond Goethals umożliwił mu debiut w reprezentacji w meczu eliminacyjnym do Mistrzostw Europy przeciwko Islandii. O ile w klubie grywał podczas pierwszych sezonów wszędzie po trochu, to w reprezentacji występował najczęściej na pozycji numer 10.
Piłkarz taki jak Coeck, mający ogromną łatwość w grze, musi podczas meczu znajdować się nie dalej niż 30-40 metrów od bramki rywala – twierdził Goethals. Jednocześnie trener Belgów mówił o Ludo tak: ,,To nie była prawdziwa dziesiątka, ponieważ nie grał bezpośrednio za napastnikiem. On był bardziej numerem sześć”. To pokazuje, że Coeck nie był mocno przywiązany do pozycji, ale najważniejsze było to, aby to on kierował grą zespołu. Od początku 1975 roku miał już pewne miejsce w drużynie Czerwonych Diabłów, oczywiście jeśli tylko był zdrowy. I tu pojawia się wcześniej wspomniany problem kontuzji. Jeszcze jako gracz Berchem, Ludo miał problemy z kręgosłupem, ale prawdziwe kłopoty dopiero miały nadejść.
Anderlecht w latach 70. należał do najsilniejszych klubów w Europie. 5 maja 1976 roku grał przed własną publicznością na stadionie Heysel w Brukseli finał Pucharu Zdobywców Pucharów z angielskim West Ham United. Fani Fiołków bardzo liczyli na zdobycie pierwszego europejskiego trofeum. Zespół prowadzony przez Hansa Croona wygrał ten mecz 4:2, ale dla Ludo to był bardzo zły wieczór. Próbując zatrzymać Trevora Brookinga, nabawił się poważnego urazu stawu skokowego i musiał zostać zmieniony po zaledwie 33. minutach. 20-letniego piłkarza czekała w Barcelonie jego pierwsza operacja. Tymczasem trenerem Anderlechtu został Raymond Goethals, który rozstał się z reprezentacją. Odkąd go znałem, zmagał się ze swoimi stopami. Pierwszą operację przeprowadził wybitny chirurg z Barcelony, Cabot. Potem były kolejne. W Anderlechcie zawsze grał w trzech butach. Godzinę przed każdym meczem owijał lewą stopę taśmą, a potem wkładał ją do specjalnego skórzanego buta. Dopiero wtedy mógł ostrożnie założyć właściwe buty. Po meczu musiał dużo odpoczywać i nie trenował kilka dni – w taki sposób nowy trener opisywał problemy Coecka. Mimo takich problemów Ludo przez trzy sezony był kluczowym graczem Anderlechtu i reprezentacji Belgii. Wystąpił we wszystkich najważniejszych meczach Mauves. Pod wodzą nowego trenera Fiołki zdobyły Superpuchar Europy w 1976 roku, pokonując w dwumeczu wielki Bayern (1:2 i 4:1). W 1977 przegrały z HSV finał Pucharu Zdobywców Pucharów (0:2), ale już rok później, po pokonaniu 4:0 Austrii Wiedeń, trofeum to ponownie znalazło się w gablocie klubu z Astrid Park. Po meczu z Austriakami, ze względu na coraz większe problemy ze stopą, Belg musiał ponownie poddać się zabiegowi, ale dzięki temu mógł rozegrać prawie cały sezon 1978-1979. Po wodzą Goethalsa udało się jeszcze zdobyć w grudniu 1978 roku Superpuchar Europy, pokonując angielski Liverpool FC, ale to był ostatni sukces tego zespołu. Belga zastąpił Urbain Braems, pod którego ręką Coeck zadebiutował w Anderlechcie, ale tym razem nie mieli wielu okazji do współpracy. W meczu pucharowym przeciwko Beerschot Ludo zerwał więzadła w kolanie i w czerwcu 1979 roku konieczna była kolejna operacja. Prasa pisała nawet o końcu kariery, ale po 9 miesiącach rehabilitacji, wrócił na boisko. Niestety nie na tyle wcześnie by otrzymać powołanie na Mistrzostwa Europy, choć w towarzyskim meczu z Polską zdążył strzelić swojego pierwszego gola w reprezentacji. W 1980 roku nowym trenerem Anderlechtu został Tomislav Ivić. Ludo, kiedy grasz z tyłu, możemy stracić mniej niż 10 goli w sezonie – oznajmił nowy szkoleniowiec. Jak powiedział, tak zrobił i piłkarz zaczął grywać na pozycji libero, podobnie zresztą jak w reprezentacji, gdzie ustawiał go Guy Thys. Nie podobało się to zawodnikowi, który zapytany jak ocenia swoją nową pozycję na boisku, odpowiedział: ,,Moim zdaniem, ta rola jest zbyt ograniczająca. Jestem zbyt młody żeby już sobie z nią poradzić”. W obecnych czasach nikogo nie dziwią bardzo modnie ubrani i świetnie uczesani piłkarze. Dla wielu z nich jest to równie ważne, jak gra w piłkę, jednak piłkarz, który był gwiazdą kolorowych magazynów, był w latach 70. rzadkością. Coeck bardzo dbał o swój wygląd. Bez wizyty u swojego fryzjera Freddy’ego Arnou, nie wychodził na miasto. Bujne loki, przystrzyżony wąs, złoty łańcuch na szyi, modne ciuchy i szybkie BMW. To charakteryzowało Ludo poza boiskiem. Artykuły w czasopismach dla kobiet czy sesje zdjęciowe były dla niego codziennością. Wszędzie otaczały go piękne kobiety, które przyciągał wiecznym uśmiechem, inteligencją i rozrywkowym trybem życia. Jednak najważniejszym wydarzeniem w 1981 roku było przyjście do Anderlechtu Juana Lozano. Ludo Coeck szybko zaprzyjaźnił się z hiszpańskim pomocnikiem i przez dwa lata większość wolnego czasu spędzali w swoim towarzystwie. We wrześniu 1981 podczas meczu pucharowego z Widzewem Łódź, Belg ponownie uszkodził kolano i potrzebna była następna operacja. Na szczęście tym razem zdążył wrócić do formy i pojechał na mundial do Hiszpanii. Podczas pierwszego meczu wyłączył z gry samego Diego Maradonę, dzięki czemu Belgia sprawiła ogromną niespodziankę, wygrywając 1:0. W kolejnym spotkaniu z Salwadorem ponownie był kluczowym graczem swojej drużyny, a na dokładkę strzelił zwycięskiego gola. Niestety dla Czerwonych Diabłów, w kolejnej rundzie trafili na Polskę ze Zbigniewem Bońkiem. Jak to się skończyło, wszyscy doskonale wiemy (3:0 dla Polski po hat-tricku Bońka). Podłamani Belgowie przegrali również kolejny mecz z ZSRR i odpadli z turnieju. Coeck był jednym z niewielu, którzy mogli wrócić do kraju z podniesioną głową, a prasa rozpisywała się na temat zagranicznego transferu blondwłosego pomocnika. Ludo jednak pozostał na kolejny sezon w Anderlechcie. Nowym trenerem Fiołków został były kolega z drużyny, najlepszy piłkarz w historii klubu z Astrid Park, Paul Van Himst. Wraz ze zmianą trenera, nasz bohater ponownie został przesunięty do linii pomocy.
,,Z tobą w środku pola strzelamy dziesięć goli więcej w każdym sezonie” – powiedział Van Himst do Ludo przed rozpoczęciem sezonu. Zdrowy zagrał znakomity sezon, świetnie współpracując na boisku ze swoim przyjacielem Juanem Lozano. Na zakończenie swojej przygody z Anderlechtem zdobył Puchar UEFA, pokonując w dwumeczu Benficę (1:0, 1:1). Kilka tygodni po finale Coeck przeniósł się do Włoch i podpisał kontrakt z Interem Mediolan. Włoski klub zapłacił Anderlechtowi za belgijskiego pomocnika ponad 45 mln franków belgijskich (około 1,125 mln euro). Zdążył rozegrać tylko 9 ligowych meczów… Los nie chciał odpuścić Ludo, który 9 listopada 1983 roku w Bernie podczas meczu eliminacji do ME poważnie uszkodził swoją lewą kostkę. Sezon dla niego się zakończył. Niestety, jak się potem okazało, dobiegła też końca jego przygoda z Serie A. W styczniu 1984 roku lewa kostka ponownie poszła pod nóż. Belg ciężko pracował nad powrotem do zdrowia, ale Inter, by zwolnić miejsce w składzie dla obcokrajowca, wypożyczył go latem do Ascoli. Kibice przyjęli go tam po królewsku, lecz nie było mu dane zagrać w barwach tego klubu. W grudniu konieczna była kolejna operacja stawu skokowego. W 1985 roku rehabilitacja zaczynała przynosić efekty. Coeck miały opuścić Włochy i powrócić do Belgii do RWD Molenbeek. Znany belgijski chirurg dr Martens obiecał Ludo, że szybko wróci na boisko. Ten wziął udział w programie telewizyjnym „ExtraTime” i chwilę później wsiadł w swoje BMW. Ruszył z Antwerpii do Brukseli. Niestety nie dojechał na miejsce. Przy mocno padającym deszczu, jego zbyt szybko jadące BMW wypadło z drogi, odbiło się od ciężarówki i uderzyło w barierki. Coeck w bardzo ciężkim stanie został przywieziony do szpitala, gdzie mimo przeprowadzonej operacji, zmarł dwa dni później z powodu odniesionych ran. Jego śmierć wstrząsnęła całym światem piłki nożnej. W pogrzebie wzięły udział tysiące kibiców i wszyscy najważniejsi ludzie belgijskiej piłki. Ludo Coeck był miłym i mądrym człowiekiem. Prawdziwym profesjonalistą, który nigdy się nie poddawał. Mimo statusu wielkiej gwiazdy zachowywał się całkowicie normalnie. Porozumiewał się w kilku językach. Gdy dziennikarz zapytał go, czy ma nieszczęście do kontuzji, ten odpowiedział: ,,Widziałem dużo większe tragedie. W szpitalach, w których przebywałem”. Zawsze był uśmiechnięty i optymistycznie nastawiony do życia. Raymond Goethals, który obserwował jego karierę od momentu gdy Ludo skończył 15 lat, tak o nim opowiadał: ,,Nigdy się nie dowiemy, czy Coeck poradziłby sobie we Włoszech. Poza Grünem żadnemu Belgowi nie udało się tam nic wielkiego osiągnąć. Scifo? W Interze nie grał, a w Torino nie zadomowił się na dłużej. Uwierzcie mi, po jednym roku Włosi wiedzą lepiej niż ktokolwiek inny. Czy ktoś jest dobry, czy nie. Capello, który ustawił Desailly’ego w środku pola, jest przykładem dla innych. Jednak nie wiem, czy przygoda Coecka we Włoszech mogłaby być udana. Mogę tylko powiedzieć, że u nas w kraju był świetnym pomocnikiem. Niestety miał mało szczęścia w życiu”. I jeszcze jedna wypowiedź tego słynnego trenera: ,,Ludo Coeck miał wszystko: fantastyczną technikę z piłką przy nodze, drybling, dobrze grał głową i był inteligentny. W skrócie – urodzony talent. Dzięki niemu przeżyliśmy wiele wspaniałych chwil. Potrafił podać na odległość 30 – 40 metrów z niesamowitą precyzją. To był bardzo miły facet, który potrafił cieszyć się ze wszystkiego i uwielbiał się śmiać. Nie chciałbym powiedzieć, że jego życie było dobre, ponieważ nie wiem, jak mu się wiodło prywatnie. Byłem na jego ślubie, ale później brał rozwód. Z tym piłkarzem mam tylko dobre wspomnienia. Mieliśmy bardzo dobry kontakt. Dlatego to jest bardzo trudne dla mnie, że już go nie ma”.
Na nagrobku Ludo ma wypisane słowa: ,,Alssportman was hijgroot, als mens ishijniet te evenaren”– Jako sportowiec był wielki, Jako człowiek był niezrównany. Czy może być lepszy komplement? Na początku tekstu zadałem pytanie, czy Belgia z Ludo w składzie miałaby szansę pokonać Argentynę na mundialu w 1986 roku. Nie mam pojęcia, ale cztery lata wcześniej dokładnie to uczyniła a Coeck wyłączył z gry boskiego Diego i z pewnością Maradona o tym pamiętał.
Osiągnięcia i statystyki:
Osiągnięcia klubowe:
Berchem Sport
Mistrzostwo 2 ligi – 1971-72
RSC Anderlecht
Mistrzostwo (2x) – 1973-74, 1980-81
Puchar Belgii (3x) – 1972-73, 1974-75, 1975-76
Puchar Zdobywców Pucharów (2x) – 1975-76, 1977-78
Puchar UEFA (1x) – 1982-83
Superpuchar UEFA (1x) – 1976, 1978
Osiągnięcia Indywidualne:
Złoty But dla najlepszego piłkarza Belgii XX wieku – 10 miejsce
Wybrany do zespołu wszech czasów RSC Anderlecht dziennika DH – 2020
Rekordy i ciekawostki
Jego imieniem nazwano stadion Berchem Sport w Antwerpii
Piosenkarz Raymond van het Groenewoud uhonorował Coecka w 1976 roku piosenką „Ludo Coeck” , która została nagrana w wersji studyjnej w 1984 roku na płycie Habba!
Ludo Coeck nosił kapitańską opaskę zarówno w RSC Anderlecht jak i w reprezentacji Belgii
8
Legendy belgijskiego futbolu:
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360
12
Pan nie wie ale ten tutaj to...
25 września 1955 roku, San Mames. Mecz Athletic Bilbao- Valencia CF.
Wszystkiemu winny był artykuł, na który przez przypadek trafiłam w internecie. Nosił tytuł „Piłkarz poeta" ale naprawdę zaskoczyło mnie dopiero to że kiedy chciałem się dowiedzieć o tej postaci czegoś więcej, nie znalazłam żadnej nowej informacji ani jednej wiadomości. Nic. Natknąć się niechcący na dobrą i nieznaną historię to najgorsze i najlepsze co może się przytrafić dziennikarzowi najgorsze, ponieważ nie istnieją prawie żadne informacje, które pomogłyby ją zgłębić najlepsze, ponieważ wtedy to ty jesteś zmuszony żeby ją napisać. Powiedziałam że znalazłem obiecujący materiał, więc chwyciłam za telefon i zabrałem się do pracy. Pewnie już słyszeliście jak w dzisiejszych czasach funkcjonuje dziennikarstwo: zarabiasz mało a musisz się nieźle napocić żeby dotrzeć do źródła informacji; jedna osoba kontaktuje się z drugą, czas z kolei radzi zadzwonić do innej, Ona podaje ci adres mailowy, na który piszesz a nikt nie odpowiada. Tym razem jednak miałem szczęście. Dwa tygodnie po rozpoczęciu poszukiwań udostępniono mi 9 cyfr, które miałem stukać w telefon aby skontaktować się z bohaterem mojego artykułu i umówić się z nim na spotkanie. Zazwyczaj nie denerwują się przed wywiadem ale dziś prowadziłam z Pampeluny do Getxo z muzyką na całe regulator żeby rozładować napięcie. Zostawiłem samochód na parkingu przy porcie, przez 10 minut Trwam do la Fontana Trattoria a po otwarciu drzwi restauracji wreszcie zobaczyłam mężczyznę siedzącego plecami Do mnie w pustym lokalu. Człowieka, po którym prawie nikt nic nie wie. Człowieka, o którym ja chcę dowiedzieć się wszystkiego. Kiedy włączam dyktafon drżącym palcem, mówi najpierw: „Nie rozumiem skąd to całe zainteresowanie, naprawdę..." Fede Bilbao podnosi kościste ręce w nieco teatralnym geście, jakby przepraszając. Po krzepkim ciele młodzieńca, który pół wieku temu zadebiutował w pierwszej drużynie Athleticu, nie zostało już ani śladu. Maszyna czasu go połknęła i wypluła staruszka ze zgarbionymi ramionami. Mimo wszystko wygląda dobrze. „Nie mogę narzekać. Chodzić chodzę a to już dużo. No bo widzi pani: ja i ona(pokazuje mi nogę) nigdy nie dogadywaliśmy się zbyt dobrze. Wyciągając od niego odpowiedzi, dowiaduję się że kiedy miał 22 lata doznał złamania kości strzałkowej i piszczelowej, co zahamowało jego piłkarską karierę. Interesuje mnie, jakim był zawodnikiem. „Szybkim i zwinnym środkowym pomocnikiem", opisuje się bez większej egzaltacji. Wiem że miał talent, mówiło się że chciał jego pozyskać FC Barcelona i Real Madryt. Kiedy o tym wspominam, przytakuję i rzuca mało przekonujące ,,cóż". Nikt jednak nie wie mówię mu że ów utalentowany młodzieniec miał też inne zamiłowanie i wtedy wreszcie się ożywię. „Tak, zacząłem pisać w wieku 16 czy 17 lat. Dla mnie książki były niczym słowo Boga, rozumie pani...". W czasie swojej krótkiej piłkarskiej kariery łączył treningi z pierwszymi literackimi próbami. Prowadził dziennik, starał się nadać kształt kilku opowiadaniom, odważył się nawet napisać scenariusz filmowy. „Ale nie żebym jakoś szczególnie wspominał tamte czasy"- podkreśla. Pisanie było schronieniem przed społeczeństwem, które wydawało mu się wrogie i na zbyt konserwatywne „Literacka kryjówka", dodaje, ponieważ ani słowem nie wspomniał o tym wszystkim swojej rodzinie a nie kolegom z szatni. Bał się że uznają go za dziwaka.
I jeden konkretny mecz, który dobrze pokazuje, co oznaczał dla niego ten niespokojny okres, kiedy czuł się rozdarty między liniami boiska a stronami zeszytu. Był początek sezonu ligowego 1955/56, który dla Athleticu miał się zakończyć zdobyciem mistrzostwa. Na San Mames przyjechała Valencia a Daučik, Czechosłowak, który trenował Basków w ostatniej chwili włączył go do podstawowego składu. Fede Bilbao wybiegł na plac gry razem z takimi legendami klubu jak Cedrun, Mauri i Uribe. Trybuny były wypełnione po brzegi. Zapowiadał się wspaniały mecz. On jednak nie przestawał myśleć o zakończeniu jednego z opowiadań, który napisał poprzedniego wieczoru. Wydawało mu się niejakie, zbyt słabe. Czegoś w nim brakowało. Ta Literacka frustracja(sugeruje mu) zmniejszyła presję na boisku: według statystyk przed upływem kwadransa dwukrotnie umieścił piłkę w bramce przeciwnika. „Nie uwierzy pani ale nie mogę sobie przypomnieć tych goli. Wymazały się z mojej pamięci wkrótce po tym, jakie strzeliłem. Jakbym uderzał na bramkę nie patrząc". Kibice pożegnali go brawami na stojąco a gwiazdy Athleticu o zadowolony z wyniku 4.2 i gratulowały mu poklepując po plecach. On jednak, choć przeżywał najlepszy moment w karierze, wciąż się zastanawiał jak zakończyć opowiadanie. Żeby zmienić temat pokazuje mu listę ponad 20 tomików poezji, których tytuły zanotowałem w notesie. „Są Pańskie - mówie mu. - znalazłam je, szperając w katalogach wielu niezależnych wydawnictw publikujących w niewielkich nakładach". Bilbao przysuwa sobie tytuły do twarzy i wzdycha. „Tak, poezja przyszła później, kiedy odkryłem Mistrza i towarzyszy mi do dzisiaj". Po zakończeniu kariery piłkarskiej, jak opowiada, przeprowadził się do Madrytu żeby utorować sobie drogę jako pisarz. Właściciele pensjonatu, w którym się zatrzymał podarowali mu książkę Antonio Machado a on, choć przed tym nigdy nie interesował się poetami, nie mógł się od niej oderwać. „To była miłość od pierwszego wejrzenia"- wyznaje. Kiedy po pewnym czasie nie odnosząc sukcesu wrócił w rodzinne strony aby objąć stanowisko administracyjne w porcie, nie potrafił już wyrażać się w inny sposób. W tym momencie do restauracji wchodzi jakaś para. Oboje mówią „Dzień dobry", mijają nas i siadają przy stoliku w głębi. Patrzą na nich: są roztargnieni, zajęci sobą. Najwyraźniej nie mają pojęcia, z kim są w tym lokalu. Wkrótce się dowiedzą. Może w niedzielę, kiedy artykuł ukaże się w gazecie. Właśnie dlatego zostałem dziennikarką żeby położyć kres ogłuszającej ciszy, które otacza pewne osoby. „A proszę mi powiedzieć czy po tych wszystkich latach nie boli pana że jego nazwisko jako piłkarza Athleticu nie pojawia się w żadnym miejscu? Wtedy Bilbao, spokojny, znowu podnosi ręce ale tym razem po to by położyć je delikatnie na stronie mojego notesu: „Zabrano mi futbol ale to? Tego nie stracą już nigdy".
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
0
@LeoMessiiBarcaPepa Nie do końca zgodze się że Bican to bardzo popularna ikona piłki nożnej. Na dzień dzisiejszy, biorąc pod uwage najróżniejsze klasyfikacje strzeleckie na świecie, to owszem Bican stał sie popularny, jednak ilu kibiców poza Austria i Czechosłowacja słyszało o nim 50, 30 czy nawet 15 lat temu?? Ja akurat natknąłem się na niego robiąc statystyke najlepszych strzelców ligowych jakieś 18 lat temu ale nie sądze że wówczas wielu polskich kibiców miała o nim pojęcie a już napewno nie wszyscy...
Podobnie wygląda sprawa dotycząca Fernando Peyroteo...
3
@FCBparasiempre
Po wojnie ubiegały się o niego włoskie kluby. Juventus Turyn miał podobno zaoferować nawet 6 milionów koron za transfer. Bican wahał się długo, ale odrzucił tę ofertę. Obawiał się, że na Półwyspie Apenińskim do głosu dojdą komuniści i jego piłkarska przyszłość stanie pod wielkim znakiem zapytania. Nie spodziewał się jednak, że taka sama sytuacja może mieć miejsce w … Czechosłowacji. Partia komunistyczna bardzo szybko chciała go widzieć w swoich szeregach. Josef i tym razem sprytnie się wymigał. Skupił się tylko i wyłącznie na grze w piłkę nożną a że potrafił to robić znakomicie, to po wojnie kibice także mogli zachwycać się jego wspaniałymi golami. „Pepi” był w swoim klubie gwiazdą numer jeden. Nie wszystkim jednak taka sytuacja odpowiadała. Tym bardziej, że Bican miał pochodzenie austriackie. Choć Slavia zdominowała rozgrywki ligowe, to w jej drużynie często dochodziło do sprzeczek i awantur. Koledzy z zespołu mieli pretensje, że Josef gra zbyt egoistycznie… Ten z kolei sugerował, że zazdroszczą mu goli, kibiców i sukcesów. Co by nie mówić, statystyki broniły napastnika. Późniejsze losy jego kariery ukształtowała… dalsza ucieczka przed komunistami. Ci cały czas nie dawali mu spokoju i chcieli wcielić go do partii. Bican najpierw odszedł do FK Vitkovice, a później do Hradeca Kralove. W obu tych klubach nie zatracił nic ze swojej skuteczności. Choć pod przymusem musiał opuszczać różne miasta, to na boisku wciąż przypominał maszynkę do zdobywania goli… Karierę sportową zakończył w wieku 42 lat jako najstarszy zawodnik całej ligi. Po zawieszeniu butów na kołku rozpoczął nowe życie jako trener. Pierwszym jego klubem w tej roli była oczywiście Slavia Praga. Później poprowadził jeszcze kilka innych czechosłowackich zespołów, aż wreszcie przeprowadził się do Belgii. Kiedy w 1968 roku Brazylijczyk Pele zmierzał po zdobycie swojej 1000 bramki w karierze, dziennikarze sportowi rozpoczęli poszukiwania najskuteczniejszego piłkarza w historii futbolu. Tak naprawdę nie da się sprawdzić tej informacji, bo w dawnych czasach dużo meczów miało charakter nieoficjalny. Niemniej jednak, wtedy właśnie padło nazwisko Bicana. Pojawiły się nawet plotki że czeski napastnik zdobył we wszystkich spotkaniach w sumie ponad 5000 bramek! A co na to sam zainteresowany? – ,,Kto by mi uwierzył, gdybym powiedział, że strzeliłem pięć razy więcej goli niż Pele?” – zaśmiał się tylko Bican. Według statystyków piłkarskich „Pepi” zdobył 643 gole w ligowych meczach. W 1997 roku Międzynarodowa Organizacja Historyków Piłki Nożnej uznała go wraz z Pele i Uwe Seelerem najlepszym strzelcem XX wieku. Josef „Pepi” Bican spędził kilka ostatnich miesięcy swojego życia w szpitalu z chorobą serca. Miał nadzieję, że umrze w swoim domu w dzień Bożego Narodzenie. Niestety nie doczekał tego święta i zmarł dwa tygodnie wcześniej. Odszedł w wieku 88 lat jako najwybitniejszy piłkarz w historii czeskiego i austriackiego futbolu.
7
@FCBparasiempre
Josef Bican urodził się w 1913 roku w Wiedniu. Pochodził z austriacko – czeskiej rodziny. Jego ojciec był uznanym piłkarzem Herthy Wiedeń, ale wszystko zmieniło się po I wojnie światowej. Podczas bitwy został zraniony a następnie odmówiono mu operacji nerek. Wskutek tej decyzji ojciec Josefa Bicana zmarł już w wieku 30 lat. Matka pracowała w restauracji, ale nie mogła liczyć na zbyt dużą pensję. Delikatnie mówiąc – w domu się nie przelewało, a Josef pierwsze piłkarskie kroki musiał stawiać… bez butów. Eksperci twierdzili później, że dzięki temu młody „Pepi” tak wspaniale rozwinął swoje umiejętności techniczne. Josef poszedł w ślady ojca i zapisał się do szkółki Herthy Wiedeń. W tej drużynie spędził pierwsze lata swojej juniorskiej kariery. Już jako nastolatek wyróżniał się niezwykłym instynktem strzeleckim. Ciekawostką jest fakt, że w trakcie jednego z treningów, matka Josefa po faulu na synu zaatakowała sprawcę parasolem. Charakter, na który narzekano, Josef wyniósł więc z domu i nic dziwnego, że dość często zmieniał barwy klubowe. W zespołach Schustek i Farbenlutz młody snajper strzelił ponad 70 goli. A mówimy już oczywiście o rozgrywkach seniorskich. Niedługo potem jego osobą zainteresował się austriacki potentat – Rapid Wiedeń. Bican zapracował sobie na bardzo przyzwoitą jak na ówczesne czasy piłkarską pensję w wysokości 150 szylingów. Mało tego, kiedy pogroził palcem, że po raz kolejny zmieni klub, jego stawka wzrosła trzykrotnie. Jak widać, mechanizmy rządzące dzisiejszym futbolem były aktualne także blisko 100 lat temu. „Pepi” był motorem napędowym Rapidu i w znacznym stopniu przyczynił się do sukcesów tej drużyny. Na swoim koncie miał więcej strzelonych goli niż rozegranych meczów. Bramki zdobywał po uderzeniach zarówno lewą, jak i prawą nogą. Dysponował też doskonałym przyspieszeniem i śmiało mógł walczyć z najlepszymi sprinterami tamtych czasów. Podobno jego wynik na „setkę” wynosił wtedy 10,8 sekundy. W wieku 20 lat Bican pojechał na pierwszy wielki turniej piłkarski. To były Mistrzostwa Świata w 1934 roku. Najważniejszym wówczas człowiekiem w austriackim futbolu był syn żydowskiego bankiera mieszkający w Wiedniu-Hugo Meisl, jednocześnie Sekretarz Generalny Austriackiego Związku Piłkarskiego i trener pierwszej drużyny. To właśnie Meisl był pomysłodawcą zorganizowania pierwszych rozgrywek klubowych na skalę europejską – Pucharu Mitropa oraz rozgrywek międzypaństwowych — Pucharu Dr. Gerö (oba ruszyły w 1927). Brały w nich udział najsilniejsze wówczas kraje kontynentu europejskiego: Austria, Czechosłowacja, Węgry i Włochy. Pierwsze trzy z nich tworzyły tzw. szkołę naddunajską, której nauczycielem był brytyjski trener Jimmy Hogan. Jego styl, zwany szkockim, oparty był na grze krótkimi podaniami „po ziemi” i wymagał od zawodników wybitnego wyszkolenia technicznego.
Hogan był bliskim przyjacielem Hugo Meisla i wywarł ogromny wpływ na jego prowadzenie drużyny narodowej. Genialni podówczas piłkarze Anton Schall, Pepi Bican, a zwłaszcza Matthias Sindelar (zwany „Mozartem futbolu”) szybko znaleźli wspólny język i podbili piłkarski świat. Wygrana 2-1 z Czechosłowacją 12 kwietnia 1931 zapoczątkowała niezwykłą serię 14 meczów bez porażki. Jeszcze głośniej o drużynie austriackiej zrobiło się miesiąc później, gdy wygrała ze Szkocją w Wiedniu aż 5-0. To był jednak dopiero początek. Jeszcze tego samego roku Austria pokonała faworyzowane Niemcy 6-0 w Berlinie oraz 5-0 w Wiedniu, 8-1 Szwajcarię w Bazylei, a w 1932 Węgry 8-2, Szwecję 4-3, Belgię 6-1 i Włochy 2-1. Zespół Meisla natychmiast obwołano „wunderteamem” czyli „drużyną marzeń”, a pochwałom jego podopiecznych nie było końca. Tym samym na drugim mundialu w historii futbolu to właśnie reprezentacja Austrii, pod nieobecność Anglików, była wielkim faworytem mistrzostw. We Włoszech Bican pierwszy raz spotkał się z komunistami, przed którymi dzielnie uciekał przez całą karierę i którzy mimo wszystko ciągle mu towarzyszyli. Włoska impreza została wykorzystana jako pokaz potęgi i dyktatury Benito Mussoliniego. Jedyny raz w historii zdarzyło się, by w turnieju zabrakło drużyny broniącej trofeum sprzed czterech lat. Europejskie reprezentacje zbojkotowały poprzednią imprezę w Urugwaju. Teraz to Urugwaj obraził się na Europę. Marzeniem rządzących we Włoszech i Niemczech partii faszystowskich był finał pomiędzy reprezentacjami tych krajów, co miało mieć wspaniały wymiar propagandowy. Benito Mussolini robił wszystko, aby Włosi nie tylko świetnie zaprezentowali się jako gospodarze mistrzostw, ale przede wszystkim, by po prostu to mistrzostwo świata zdobyli. Służyć temu miało między innymi naturalizowanie kilku świetnych Argentyńczyków (gwiazdora poprzednich mistrzostw Luisa Montiego oraz Raimundo Orsiego, Attilio Demarię i Enrico Guaitę) czy przekupywanie sędziów (do dziś nie wyjaśniono dziwnych decyzji sprzyjających Włochom w półfinale i finale turnieju). Sam Mussolini w swojej „Doktrynie faszyzmu” podkreślał, że wszystko, co wielkie rodzi się w walce. Ze wszystkich życiowych atrybutów cenił najbardziej siłę i dominację, którą Włosi mieli pokazać na mundialu. Symbole faszystowskiej doktryny politycznej rzucały się w oczy niemal na każdym kroku. Na plakatach reprezentujących mistrzostwa widoczny był starożytny znak sędziowski – fasces lictorii – godło faszyzmu. Stadiony nazywano na cześć przywódców lub partii faszystowskich, a włoski polityk świetnie wykorzystywał mundial do własnych celów. Ówczesny selekcjoner „Squadra Azurra” Vittorio Pozzo współpracował z Mussolinim, bo faszyzm podgrzewał poczucie narodowe. Mój ojciec był bardziej patriotą, niż nacjonalistą, a to różnica. Nacjonalista postrzega wszystkich jako wrogów, a patriota wspiera swój własny kraj i akceptuje to, że inni mają te same prawa – mówił wówczas syn trenera reprezentacji Włoch. W przeniknięty korupcją i przekrętami świat bardziej polityki niż piłki nożnej wkroczyć mieli „nieskazitelni” Austriacy. Co ciekawe, już trzy i pół miesiąca przed mistrzostwami odbył się mecz towarzyski dwóch największych faworytów do tytułu. Bican i spółka postanowili wówczas popłynąć pod prąd i zmierzyć się z przyszłymi gospodarzami turnieju. Mimo braku w składzie kluczowego Mathiasa Sindelaara zagrali fantastyczne spotkanie, zwyciężając 4-2. Zażenowani Włosi zdecydowali się na teksańską masakrę piłą łańcuchową, powszechnie znaną jako „skalpel Pozzo”.
Wściekły Benito Mussolini nakazał szkoleniowcowi rewolucję. Ten wiedząc, że nie ma innego wyjścia, a raczej, że takie mu się nie opłaca, natychmiast odsunął od reprezentacji kilku zawodników. Szczególnym szokiem dla kibiców była rezygnacja trenera ze wszystkich najlepszych defensorów Juventusu (poza Giamberio Combim) czy z niezwykle popularnego w tamtych czasach Renato Cesariniego. Skład Włochów prezentował się wyjątkowo przeciętnie. Gdzie jednak gospodarz nie może, tam sędzia pomoże. W turyńskim debiucie austriacki „wunderteam” dopiero po dogrywce uporał się z Francuzami 3-2. Decydującego gola w dramatycznych okolicznościach (109 minuta) strzelił Bican i uratował honor swojego kraju. Po spotkaniu pojawiło się ogromne zainteresowanie wiedeńskim napastnikiem, a kolejny mecz w jego wykonaniu mieli oglądać przedstawiciele największych klubów świata. Później po niezwykłym boju „Pepi” i spółka rozprawili się z Węgrami, by w półfinale zmierzyć się z gospodarzami turnieju, wprowadzonymi do najlepszej czwórki przez sędziów – Włochami. Mecz przebiegał w niezwykle burzliwej atmosferze, nikt nie ukrywał, że to Squadra Azzurra musi zagrać w finale. I to choćby najwyższym kosztem. Sędziowie, którzy nie ukrywali kolacji z Benito Mussolinim, pomagali gospodarzom jak tylko mogli, gwizdali 'faule duchy’ Austriaków, a przy brutalnej grze Włochów puszczali grę. Kombinacji była cała masa, spotkanie było wyreżyserowane od początku do końca. Włoski przywódca spoglądający na całą sytuację z trybun tylko klaskał, udając przejęcie, tak naprawdę ciesząc się w głębi, że jego plan działa, a jego kraj wygrywa. Bo jak mogłoby być inaczej. Prawdziwą farsą całego pokazu korupcji mistrzostw była sytuacja z golem dla gospodarzy. Otóż po jednym ze strzałów bramkarz Austrii przyklęknął, trzymając piłkę w rękach. Natychmiast zaatakował go Meazza, doprowadzając do wypuszczenia piłki przez goalkepeera, dzięki czemu Guaita dobił piłkę już niemal z linii bramkowej i strzelił jedynego gola spotkania. Faul był ewidentny. Decyzja kuriozalna. Arbiter spotkania dzięki bezbłędnemu wypełnieniu swojej roli, poprowadził finał mundialu, który oczywiście wygrały Włochy. Austriacy, w tym Bican, narzekali wówczas na mokre boisko, które uniemożliwiało im ich ulubioną grę po ziemi, a zwłaszcza na ostrą grę przeciwników, w której technicznie grający piłkarze nie mieli szans się przeciwstawić… Meisl nazwał to spotkanie „uliczną burdą, a nie piłkarskim meczem” i na zawsze zerwał przyjaźń z trenerem Włochów Vittorio Pozzo… Dziennikarze, już po zwycięstwie gospodarzy w finale wymownie pytali: „I to jest drużyna rzekomo zwana mistrzem świata?”. Słowa powtarzali parę miesięcy później, gdy mistrz już po 12 minutach przegrywał z Anglią 0-3… Na turnieju Josef zagrał w czterech meczach i strzelił jednego gola. Reprezentacja Austrii odniosła wtedy spory sukces, bo dotarła aż do półfinału, ale kibice byli załamani. Od pamiętnego meczu z Czechosłowacją była to dopiero trzecia porażka „wunderteamu” (31 meczów – 101 strzelonych goli!). Fani liczyli na mistrzostwo świata, a po porażce w meczu o III miejsce z III Rzeszą wracali do kraju bez medalu. To był dla nich wstyd. „Pepi” zagrał udany turniej, zebrał bardzo pochlebne recenzje i o młodym napastniku robiło się coraz głośniej… Rok po udanym mundialu Bican wywołał wielkie kontrowersje swoją decyzją. Postanowił odejść z Rapidu do drużyny wielkiego rywala – Admiry. Nie ukrywał, że potrzebuje nowych wyzwań. W poprzednim klubie osiągnął już niemal wszystko. W nowym zespole nie było już jednak tak łatwo o sukcesy. Zdobycie jednego Pucharu Austrii z Admirą wygląda niezwykle blado w porównaniu do osiągnięć zaksięgowanych przez niego w okresie gry w Rapidzie…
Wtedy, w 1936 roku Austria, bez udziału Bicana, wzięła udział w kolejnej wielkiej imprezie, którą znów zdominowała polityka. Igrzyska Olimpijskie miały odbyć się w Berlinie, a głównym celem Hitlera było jak najlepsze wyszkolenie niemieckich sportowców tak, aby mógł z łatwością potwierdzić wyższość rasy aryjskiej. Dużą rolę odegrał tutaj minister propagandy w III Rzeszy Joseph Goebbels. Niemieckich sportowców przedstawiano we wręcz mityczny sposób. Wszyscy oczywiście bardzo dobrze umięśnieni, z niebieskimi oczami i blond włosami. Dużą rolę przyłożono do wychowania fizycznego, w szkołach najpierw podniesiono liczbę godzin w-f z dwóch na trzy tygodniowo, a później z trzech na pięć. Z czasem doszło nawet do tego, że wychowanie fizyczne było ważniejsze niż takie przedmioty jak matematyka czy fizyka, a kiepskie rezultaty sportowe mogły doprowadzić nawet do wyrzucenia ze szkoły. Nie brakowało nawiązań do kultury greckiej, a szczególnie spartańskiej. I znów jak w przypadku Włochów, tak i w Niemczech dominował kult siły. Niestety nie tej sportowej. Bo sport dla Hitlera i Mussoliniego nie miał absolutnie żadnego znaczenia. Włosi pokonali w finale Austrię, nadal prowadzoną przez Meisla. Mecz pomiędzy tymi reprezentacjami po raz kolejny niewiele miał wspólnego ze sportem, a jego sędziowanie znów udowodniło, kto ma wygrywać na faszystowskiej ziemi. Turniej ten miał olbrzymie znaczenie dla późniejszej kariery Bicana (choć w nim nie zagrał), bo rozwinął siłę hitleryzmu, a niemiecki przywódca chciał mieć po swojej stronie coraz głośniejsze nazwiska, także te sportowe. W Admirze Bican zbyt długo nie zabawił. W 1937 roku przeniósł się do ligi czechosłowackiej. Na początku reprezentował tam barwy Slavii Praga. Niemal od razu dał się poznać jako typowy lis pola karnego. Zdobywał gole seriami z niebywałą wręcz regularnością. W ciągu kilku lat potrafił ustrzelić blisko 400 goli w oficjalnych meczach! Dzięki niemu Slavia rok w rok z łatwością kolekcjonowała tytuły mistrzowskie. Josef szybko związał się z czeską ziemią i uzyskał nawet obywatelstwo tego kraju. Z uwagi na niedopatrzenia organizacyjne okazało się jednak, że nie będzie mógł wystąpić na Mistrzostwach Świata w 1938 roku. Pozostały mu jedynie spotkania towarzyskie, w których oczywiście był piekielnie skuteczny. W latach II wojny światowej osiągnął szczyt formy. Wybitni sportowcy świetnie spełniali w tym okresie role propagandowe, dlatego Hitler za wszelką cenę chciał go wykorzystać jako twarz swojej ideologii. Przywódca III Rzeszy miał nakłaniać Bicana do podpisania niemieckiej listy narodowościowej. W domu Josefa mówiło się wprawdzie w języku niemieckim, ale ten mimo to postanowił odmówić.
9
To był genialny snajper:
Giuseppe Meazza, Alfredo Di Stefano, Ferenc Puskas, Artur Friedenreich, Fernando Peyroteo, Just Fontaine, Pele, Gerd Mueller, Johan Cruyff, Ronaldo – myślicie, że słyszeliście o wszystkich najskuteczniejszych piłkarzach w historii? Odpowiedź brzmi „nie”, jeżeli nie znacie… no właśnie kogo(?) tego dowiecie się w odpowiedzi na mój komentarz
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360
9
,,Barçagate”:
25 września 2009 r. Barceloną wstrząsnęła afera ,,Barçagate”. Jak ujawnił dziennik ,,El Periodico de Catalunya”, czterech z pięciu wiceprezydentów FC Barcelony było śledzonych przez detektywów z agencji Metodo 3. Weryfikacja miała na celu sprawdzenie kandydatów pod kątem ewentualnego przejęcia władzy w przyszłości, gdy Joan Laporta nie będzie mógł startować w wyborach z powodu odbycia dwóch kadencji za sterami klubu. Całą sprawę prowadził Joan Oliver, lecz prezydent nie był o niej poinformowany. Z początku gdy o tej sytuacji dowiedział się jeden z wiceprezydentów, poinformował pozostałych i chcieli domagać się dymisji Olivera. Z uwagi na walkę piłkarzy o potrójną korone postanowili nie ujawniać sprawy. Joan Oliver na konferencji prasowej wyjaśnił że cała operacja miała na celu ,,audyt bezpieczeństwa” i miał ,,chronić sprawdzane osoby”. Piąty wiceprezydent, Alfonso Godall nie był poddany ,,audytowi”, gdyż na początku marca tamtego roku wykluczył możliwość kandydowania w przyszłości na stanowisko prezydenta.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
14
Pożegnanie Włodka:
24 września 1980 r. reprezentacyjną karierę zakończył pierwszy kapitan Orłów Górskiego i do momentu kontuzji najważniejszy piłkarz reprezentacji Polski w tamtym okresie – Włodzimierz Lubański. W pożegnalnym, 80-tym meczu(zremisowanym z Czechosłowacją 1:1) zdobył 50-tego gola w drużynie narodowej. Po weryfikacji przeprowadzonej w późniejszych latach, w statystykach Włodka pozostało 75 meczów w kadrze uznanych za oficjalne i 48 goli a zatem bilans na tyle imponujący, że pozazdrościć mogą wszyscy(poza Robertem Lewandowskim) reprezentanci. Za nieoficjalne wśród rozegranych przez Lubańskiego spotkań w narodowym trykocie uznano np. mecz z Kolumbią na inaugurację IO w Monachium w 1972 roku, czy potyczkę w kwalifikacjach olimpijskich z Hiszpanią (w Gijon kapitan zdobył bardzo ważnego gola). Wszystko dlatego, że naprzeciw biało-czerwonych stawały amatorskie – zatem dalekie od najsilniejszych – składy rywali. To jednak nie ma większego znaczenia przy ocenie reprezentacyjnych dokonań napastnika, który w drużynie narodowej zadebiutował licząc 16 lat i 188 dni. I już na dzień dobry – w wygranym 9:0 meczu z Norwegią w Szczecinie – wpisał się na listę strzelców. W tym samym mieście, w 1965 roku w kwalifikacjach MŚ, strzelił 4 gole Finom. W tym trzy początkowe – między 19 a 24 minutą! 5 goli wbił w Luksemburczykom w Krakowie, także w kwalifikacjach mundialu w kwietniu 1969 roku. Niespełna pół roku później poprowadził biało-czerwonych do pierwszego – do dziś jednego z zaledwie trzech –zwycięstwa nad Holandią (2:1) zdobywając na Stadionie Śląskim zwycięskiego gola. U Kazimierza Górskiego – u którego cieszył się nie tylko kapitańską opaską, ale i specjalnymi względami – nie zatracił skuteczności. W Krakowie we wrześniu 1971 roku przyczynił się do rozbicia Turcji (5:1) wbijając hat-tricka. Na igrzyskach w Monachium nie trafił – o czym mówi otwarcie – z formą, ale i tak do złota dorzucił dwa trafienia – z Ghaną i Marokiem. I prawdopodobnie najważniejszą akcję turnieju, po której wywalczył rzut karny w meczu z ZSRR i oddał tę jedenastkę(choć był wyznaczony do wykonywania) Kazimierzowi Deynie. To wreszcie Lubański poprowadził Orły Górskiego do historycznej, do dziś jedynej, wygranej nad Anglią w Chorzowie w kwalifikacjach mistrzostw świata w czerwcu 1973 roku. Zabrał wtedy piłkę Bobby’emu Moorowi, i po fenomenalnej indywidualnej akcji ustalił wynik na 2:0. Niestety, to w tym spotkaniu doznał kontuzji, która zakończyła de facto wielki etap Włodka w drużynie narodowej…
@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
0
@FcPortoFan1999 Mam Canal + więc z czasem się przyjże im dokładnie...
0
@FcPortoFan1999 Nie oglądam ale wierze ci na słowo...
12
Nieco zapomniane legendy włoskiego futbolu:
24 września 1954 r. urodził się Marco Tardelli, pomocnik; mistrz Świata z 1982 r., 5-krotny mistrz Włoch z Juventusem Turyn, zdobywca Pucharu Mistrzów z Juventusem(1985), zdobywca Pucharu UEFA z Juventusem(1977), zdobywca Pucharu Zdobywców Pucharów z Juventusem(1984) oraz zdobywca Superpucharu Europy z Juventusem(1984). Swoją karierę rozpoczynał w Pisa Calcio. Grał tam do 1974 roku. Wtedy przeszedł do Como Calcio. Grał tam świetnie więc został zakupiony przez wielki Juventus Turyn. Grał tam aż 10 lat. W tym czasie zdążył zagrać na dwóch mundialach. Na mistrzostwach świata Mexico 1986 występował już w barwach jednego z największych rywali swojego poprzedniego klubu - Interze Mediolan. W reprezentacji jako piłkarz rozegrał w sumie 81 spotkań, strzelając w tym czasie 6 goli. Marco Tardelli swoją karierę trenerską rozpoczynał w reprezentacjach juniorskich Włoch. Największą sławę przyniosło mu mimo wszystko prowadzenie Interu Mediolan. Nie zagościł tam długo i dosyć szybko trafił do Egiptu. Marco Tardelli zasłynął jako autor jednej z najbardziej niesamowitych celebracji po strzeleniu gola. Miało to miejsce 11 lipca 1982 roku w Madrycie w finale mistrzostw świata Espana'82, w którym reprezentacja Włoch pokonała RFN 3-1. Tardelli strzelił wówczas gola na 2:0.
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@Krzysztof1987
@Gary
@Bernard777
@Adran360
0
@FcPortoFan1999 Nie raz już się tak zapowiadało a kończyło się 3:1 a nawet remisem!
No właśnie widze że trafiłeś z wynikiem, oczywiście jak na razie
0
@FcPortoFan1999 Spoglądając na twój komentarz, to jeszcze nie wiedziałem że to wynik do przerwy. Jednak nawet do przerwy 3:0 to raczej nie masakra. Zobaczymy jak będzie brzmiał wynik końcowy...?
0
@FcPortoFan1999 No ale 3:0 to raczej nie masakra. Przynajmniej 6:0(!) to masakra...
9
Zapomniane legendy rodzimego futbolu:
24 września 1906 r. w Krakowie urodził się Józef Nawrot, jeden z symboli przedwojennej drużyny Legii Warszawa. Był pierwszym piłkarzem w dziejach klubu, który strzelił ponad 100 goli w lidze. Karierę zaczynał jednak w Krakowie. Był wychowankiem Wawelu, a w wieku 16 lat został zawodnikiem Cracovii. Wystąpił w jej barwach w finałowych meczach mistrzostw Polski w 1926 r. i w wygranym 12:0 meczu z Lublinianką aż pięciokrotnie(!) wpisał się na listę strzelców. W 1925 r. występował w WKS 1 pp. Legionów Wilno a później powrócił do Cracovii. W 1927 r. przeniósł się do warszawskiej Legii. W stołecznym klubie zadebiutował 29 maja w wygranym 4:3 meczu z Pogonią Lwów i strzałem głową otworzył wynik spotkania. Szybko wpasował się do składu i stworzył znakomity tercet z Józefem Ciszewski i Marianem Łańko. Początkowo z całej trójki zdobywał najmniej goli ale po paru latach to on stał się liderem ofensywnej formacji Legii. Miał znakomity strzelecki instynkt, ale nie był boiskowym egoistą i znakomicie potrafił też obsługiwać podaniami partnerów. W wojskowym klubie występował do 1936 r. W sumie rozegrał dla niego 175 spotkań i strzelił 105 goli. Granicę stu ligowych goli w karierze pokonał w 1935 r. i dokonał tego jako drugi piłkarz w historii ekstraklasy. Ciekawostką jest, że trakcie swojej przygody z Legią miał dwa sezony, w których ani razu nie trafił do siatki rywali. Pierwszy raz stało się to w 1929 r. a po raz drugi przytrafiło mu się to w 1936 r. Brak jego goli był wówczas dotkliwy dla klubu, bo Legia zajęła 10. miejsce tabeli i jedyny raz w swojej historii spadła z ligi. Nawrót wystąpił jednak wówczas w tylko ośmiu spotkaniach. W październiku, kiedy sprawa spadku była już praktycznie przesądzona, razem z Henrykiem Martyną, Franciszkiem Cebulakiem i Edwardem Drabińskim wybrał się do Nowego Jorku na pokładzie statku Batory. Do podróży namówił ich kapitan. Poprzednim razem, kiedy Batory był w USA, drużyna załogi statku poniosła dotkliwą porażkę z Klubem Polsko-Amerykańskim, więc kapitan wpadł na pomysł, żeby przed rewanżem zespół marynarzy wzmocnić legionistami. Rewanż się udał i goście z Polski wygrali tym razem 4:1 a Nawrot strzelił trzy gole. Po powrocie do kraju zarząd klubu zdyskwalifikował jednak swoich zawodników na dwa lata. Nawrot przeniósł się do Polonii, z którą w 1937 r. walczył o awans do elity. Na ekstraklasowe boiska wrócił wiosną 1938 r. Wystąpił wówczas w 13 spotkaniach i z dziewięcioma golami na koncie był najskuteczniejszy w zespole. W Polonii grał do wybuchu wojny. W tym ostatnim, niedokończonym sezonie dwa razy pojawiał się na boisku. Jesienią 1939 r. we Lwowie dostał się do sowieckiej niewoli. Trafił na Syberię a stamtąd w ostatniej chwili załapał się do Armii Andersa. W wojsku był instruktorem sportu. Walczył pod Arnhem a po wojnie występował w szkockim klubie w Edynburgu. W 1948 r. zapowiadano jego powrót do kraju, ale do niczego takiego nie doszło. Unikał kontaktów ze znajomymi w Polsce. W biało-czerwonych barwach zadebiutował już 10 czerwca 1928 r. Wystąpił wówczas w zremisowanym 3:3 meczu z USA. W meczu z Łotwą w 1930 r. jako drugi w historii (po Batschu) strzelił w jednym meczu cztery gole. Ostatni raz wystąpił w starciu z Łotwą w 1935 r. Zabrakło dla niego miejsca w kadrze na igrzyska. W Reprezentacji rozegrał 19 meczów, strzelając 16 goli.
@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
20
Jak drzewo bez korzeni, człowiek bez przeszłości, tak FC Barcelona nie może istnieć bez historii:
24 września 1957 r. zainaugurowano otwarcie słynnego Camp Nou. Uroczystości rozpoczęły się od mszy świętej i błogosławieństwa biskupa Barcelony. Na trybuny weszło ponad 90 tysięcy widzów, przed którymi odbył się przemarsz członków wszystkich sekcji FC Barcelony. Szukając przeciwnika na mecz otwarcia, wysłano zaproszenie do Polskiego PZPN, który zdecydował się wysłać do Katalonii reprezentację Polski, lecz została ona zgłoszona jako reprezentacja Warszawy. Barça chciała powiększyć range wydarzenia i poinformowała że przeciwnikiem Dumy Katalonii będzie… Legia Warszawa, wówczas znana w całej Europie. Taka informacja znajduje się do dziś w klubowym muzeum, choć kapitan Polaków Edmund Zientara wspominał: ,,Z Legii było nas wówczas, jak dobrze pamiętam tylko trzech: Brychczy, Woźniak i ja”. Blaugrana wygrała tamto spotkanie 4:2 a autorem premierowego gola na Camp Nou był znakomity paragwajski napastnik Eulogio Martinez.
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360
12
Premiera na trawie:
24 września 1926 r. FC Barcelona rozegrała przeciwko Wiener Sport Club pierwszy w swojej historii mecz na naturalnej murawie Estadio Camp de Les Corts. Blaugrana pokonała Austriaków 4:2 a znakomity wówczas pomocnik Josep Sastre strzelił pierwszego gola na trawie. Wymóg naturalnej murawy narzuciła Hiszpańska Federacja piłkarska.
Grande Espectacolo El Clasico:
24 września 1950 r. na ,,Camp de Les Corts”, FC Barcelona rozgromiła Real Madryt 7:2(!) w 3 kolejce Primera Division. To było najwyższe, rekordowe zwycięstwo w historii El Clasico. Gole dla Barçy zdobyli: Nicolau(2), Cesar Rodriguez, Marcos Aurelio(2), Mariano Gonzalvo, oraz Basora. Co ciekawe, w tamtym sezonie Barça powtórzyła identyczny wynik w meczu 27 kolejki Primera Division z Malagą CD. Wówczas Dume Katalonii prowadził legendarny Ferdinand Daučik. Warto również wspomnieć iż w owym sezonie debiutował w barwach Blaugrany genialny Ladislao Kubala, jednak debiut o stawke przypadł dopiero pod koniec sezonu w wygranym meczu z FC Sevilla w Copa del Generalismo, które to rozgrywki Barça wygrała.
@AssisMoreira
@Adran360
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
11
Nieco zapomniane legendy futbolu:
23 września 1956 r. urodził się włoski napastnik Paulo Rossi.
Człowiek, który swoimi dwiema bramkami w półfinałowym starciu hiszpańskiego mundialu pozbawił rzesze polskich kibiców nadziei na występ Polaków w wielkim finale. Dużo jednak nie brakowało, a urodzony w toskańskim Prato napastnik w ogóle do Hiszpanii by nie pojechał. Został bowiem skazany na trzy lata dyskwalifikacji za udział a korupcyjnej aferze Totonero. Ostatecznie karę skrócono mu do dwóch lat, dzięki czemu w ostatniej chwili mógł zostać dołączony do zespołu. Król strzelców i najlepszy zawodnik hiszpańskich mistrzostw jako junior odwiedził kilka klubów, zanim w 1972 r. trafił do Juventusu. W klubie z Turynu trudno mu było się przebić i w 1976 r. trafił do Vicenzy. To tutaj wypłynął na szerokie wody. Szybko przekonał do siebie członków sztabu i stał się podstawowym zawodnikiem drużyny. Vicenza, która rok wcześniej spadła z Serie A, nie miała zamiaru spędzać zbyt wiele czasu w Serie B i potrzebowała tylko roku, żeby wrócić do elity. Paolo Rossi swoimi 21 bramkami znacząco w tym powrocie pomógł i zapewnił sobie koronę króla strzelców. Wyczyn ten powtórzył rok później. Wydawać by się mogło, że na najwyższym poziomie trudniej będzie o to osiągnięcie, ale Rossi nic sobie z klasy rywali nie robił. Strzelał jak na zawołanie i w całym sezonie 24 razy zmuszał bramkarzy rywali do wyciągania piłki z siatki. Vicenza z kolei finiszowała w rozgrywkach na zaskakująco dobrej drugiej lokacie. Jego forma nie umknęła uwadze Enzo Bearzota, który znalazł dla niego miejsce w kadrze na mundial w 1978 r. Włosi tamten turniej zakończyli na czwartym miejscu. Rossi trzykrotnie posłał piłkę do siatki, a swoimi podaniami aż cztery razy otwierał kolegom drogę do bramki. Po turnieju wielkim kosztem zdołała go u siebie zatrzymać Vicenza. Sezon 1978/79 był jednak dla Rossiego naznaczony kontuzjami i mimo zdobycia 15 goli w Serie A, nie zdołał z kolegami uniknąć spadku. Później zaliczył jeszcze sezon na wypożyczeniu w Perugii i w końcu w 1981 r. trafił do Juventusu. Do składu turyńskiej ekipy wskoczył pod koniec sezonu 1981/82, czyli w samą porę, żeby załapać się na mundial. Dołożył w ten sposób swoją małą cegiełkę do sukcesu, jakim było zdobycie przez klub scudetto w tamtym sezonie. Do mistrzostwa Włoch i mistrzostwa świata dołożył na koniec roku Złotą Piłkę przyznaną przez magazyn France Football. W Juventusie razem z Michelem Platinim i Zbigniewem Bońkiem stworzył atak, który budził respekt wśród większości rywali. Prymat na krajowym podwórku gracze Juve potwierdzili w sezonie 1983/84, a rok wcześniej podnieśli w górę Puchar Włoch. Do scudetto z 1984 r. Rossi z kolegami dorzucił w tym samym roku jeszcze Puchar Zdobywców Pucharów i Superpuchar Europy. 29 maja 1985 r. zagrał w pamiętnym finale Pucharu Europy na Heysel z Liverpoolem wygranym przez Juve 1:0.
Na koniec kariery przeniósł się jeszcze do Mediolanu. W barwach miejscowego Milanu spędził jednak tylko sezon, ale zdobył uznanie wśród kibiców dwoma golami w derbowym pojedynku z Interem. Kolejną ligową kampanię, która później okazała się ostatnią w jego karierze, rozpoczął w Weronie. Do miejscowego Hellasu trafił po mundialu w Meksyku, gdzie jednak nie zagrał ani minuty, w czym przeszkodziły mu problemy zdrowotne. Z Serie A pożegnał się czterema bramkami w 20 występach, a Hellas na finiszu rozgrywek zajął czwarte miejsce w tabeli. Powszechnie uważa się go za jednego z najlepszych włoskich piłkarzy w historii. Po zakończeniu kariery nie widział się w roli trenera, ale spełniał się jako ekspert telewizyjny. Odszedł w wieku 64 lat, przegrywając walkę z rakiem płuc. W jego ostatniej drodze w Vicenzie towarzyszyły mu tysiące kibiców.
Tutaj jego biografia: https://juvepoland.com/historia/biografie/paolo-rossi/
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
13
Czy cules wiedzą że:
23 września 1982 r. otwarto Mini Estadi. Stadion o pojemności nieco ponad 15 tysięcy widzów przez lata był obiektem treningowym pierwszej drużyny a także domowym obiektem Barçy B. Rozgrywano na nim również mecze futbolu amerykańskiego. Podczas finału Ligi Mistrzów w 2006 r. ustawiono na nim telebim i ponad 10 tysięcy cules wspólnie oglądało tryumf w Paryżu. W dniu otwarcia rozegrano towarzyskie spotkanie pomiędzy piłkarzami Barçy podzielonymi na ,,bordowo-granatowych’ i ,,żółtych”. Ci pierwsi wygrali 3:2. W końcówce meczu w ramach uhonorowania klubowej szkółki, Diego Maradona został zmieniony przez czternastolatka o imieniu… Guillermo Amor.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
13
Wspaniałe legendy FC Barcelony:
23 września 1949 r. urodził się Enrique Castro Gonzalez, nazywany po prostu ,,Quini”. Tutaj przeczytacie frapującą historie legendarnego napastnika: https://www.fcbarca.com/60028-barcelona-w-sepii-quini.html
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
13
Pożegnanie ,,La Bonanova”:
23 września 1900 roku FC Barcelona rozegrała swój ostatni mecz na welodromie ,,La Bonanova”. Obiekt ten Blaugrana dzierżawiła wspólnie z innymi drużynami i ze względu na brak porozumienia z klubem FC Catala(późniejszym właścicielem), musiała opuścić ten teren. Przeciwnikiem był lokalny zespół FC Catala, z którym właśnie Barça dzieliła to boisko. Spotkanie było rywalizacją o trofeum przyznawane przez adwokata i członka Partii Liberalnej Jose Canalejasa. Mecz zakończył się zwycięstwem FC Barcelony 3:1 po dwóch golach Joana Gampera i jednym Maiera. Mecze pomiędzy oboma klubami stały się prawdziwym klasykiem katalońskiego futbolu i były jedną z najważniejszych miejskich rywalizacji w pierwszej dekadzie XX wieku. Konfrontacje te przeradzały się czasem w kłótnie, wszczynane zazwyczaj przez szkockich piłkarzy FC Catala, zawsze skorych do burd.
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
13
Zapomniane boisko:
23 września 1883 r. otwarto w Barcelonie Hipodrom ,,Can Tunis”. Obiekt ten przeznaczony głównie do uprawiania jeździectwa(znany także jako Casa Antunez) był również wykorzystywany przez przyszłych założycieli FC Barcelony jeszcze przed oficjalnym powstaniem klubu. Teren ów był jednym z pierwszych, na którym zorganizowano mecz piłkarski: miało to miejsce w 1892 r. a zagrały ze sobą dwie drużyny Reial Club de Regates. Otoczona bieżnią centralna część hipodromu stała się pierwszym placem gry, na którym stanęli tamci pasjonaci futbolu, zanim mecze zaczęły być rozgrywane na welodromie La Bonanova. Teren znajdujący się w pobliżu Hipodromu był używany jako pierwsze boisko treningowe. Bez jednolitych strojów i z niewielkim pojęciem na temat przepisów gry pierwsi barcelońscy piłkarze kopali piłke wyłącznie dla zabawy. Obiekt ten miał trybune mogącą pomieścić 2,5 tysiąca widzów i stał się jednym z centrów spędzania wolnego czasu przez zamożnych mieszczan. Hipodrom funkcjonował nieprzerwanie do 1896 roku, gdy zamknął swoje bramy i opustoszał. Później wykorzystywany był jako lotnisko aż w 1917 roku na nowo został otwarty jako obiekt jeździecki. W następstwie dwóch międzynarodowych pokazów w pobliżu obiektu zbudowano osiedla, w których zamieszkali emigranci, przybyli jako siła robocza. W 1934 r. kompleks jeździecki został zamknięty z powodu poszerzenia portu w Barcelonie i zbudowania mola Lepant i Evarist Fernandez. W roku 2004 zburzono ostatnie pozostałości konstrukcji na terenie dawnego Hipodromu Can Tunis, wówczas zajmowane przez dziesiątki baraków, które postawiły osiadłe w tym rejonie rodziny cygańskie. Paradoksalnie, w ciągu jednego wieku, przestrzeń ta z miejsca, w którym bawiła się arystokracja, stała się domem społeczności cygańskiej…
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360
2
@Lionel_Messi10 Nie no z Merino to przesadziłem ale pozostali konkurenci to jak najbardziej!
1
@Lionel_Messi10 No niekoniecznie. Jeśli Yamal nie błyśnie lub będzie zmagał się z jakąś kontuzją a pierwsze skrzypce będą grać Nico Wilims, Pedri czy choćby Olmo a nawet Merino, to również oni mogą sięgnąć po to trofeum...
2
Pan Ousmane Dembele w FC Barcelonie był takim dupkiem że głowa mała. Kiedy jednak poszedł do PSG to Enrique zrobił z niego najlepszego piłkarza! Co znaczy odpowiedni trener, który potrafi zrobić z dupka naprawde super piłkarza...
11
Feliz cumpleaños panie Asensi!
23 września 1949 r. urodził się Juan Manuel Asensi. Ten ofensywny pomocnik trafił do FC Barcelony w 1970 r. z Elche za rekordową wówczas sume 80 milionów peset. Na Camp Nou spędził aż 10 lat, cały czas będąc podstawowym zawodnikiem. W 1980 r. niespodziewanie odszedł w trakcie sezonu do meksykańskiego Puebla FC, który zaproponował mu świetne warunki finansowe. W 1984 r. wraz z Torresem, Rexachiem i Rife założył szkółke piłkarską TARR.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani