FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
1
Zaraz(!) co jest? Co przeoczyłem że sędzia nie uznał prawidłowego gola strzelonego przez Samuela Akere? Pytam sympatyków Ekstraklasy
0
@KrychaFCB Na Europe to oni są przeciętni ale na Primera Division to już tacy przeciętni nie są, zwłaszcza że w lidze każdy może(i będzie) tracić punkty nie raz...
7
Wyjątkowe legendy polskiego futbolu:
28 września 1910 r. w Brzozowie urodził się Michał Matyas. ,,Odstawiał dyrektora, operował tylko w środku pola, skąd podawał piłkę kolegom. Trzeba jednak przyznać, że mimo lenistwa robił to wyśmienicie, jak prawdziwy mistrz a nawet artysta”– Tak pisano o nim w Przeglądzie Sportowym w 1935 r. Przed wojną był jednym z czołowym lwowskich piłkarzy. Uwielbiał sztuczki techniczne, czym doprowadzał do wściekłości obrońców rywali, którzy w efekcie często brutalnie go faulowali. Był wychowankiem Lechii Lwów, do której dołączył jako 14-latek. Dwa lata później przeniósł się do słynnej Pogoni. Na ligowych boiskach pierwszy raz pokazał się w wieku 19 lat. Debiutował w przegranym 0:1 meczu z Warszawianką, ale już w kolejnym spotkaniu z łódzkim Klubem Turystów otworzył wynik spotkania i strzelił swojego pierwszego gola w lidze. W sumie do wybuchu wojny uzbierał ich 100. Wśród kresowych snajperów nie ma sobie pod tym względem równych. Imponujący świetnym dryblingiem i dysponującym ostrym uderzeniem z dystansu zawodnik pojechał z kadrą na igrzyska do Berlina, ale wystąpił tylko w spotkaniu z Norwegią. Swój pierwszy mecz rozegrał 10 lipca 1932 r. ze Szwecją (2:0). Ostatni występ w narodowych barwach zaliczył w 1939 r. w spotkaniu z Francją (0:4). Kiedy we wrześniu 1939 r. Lwów zajęli Sowieci, Matyas został zawodnikiem klubu Nieftianik Borysław. Później razem z Aleksandrem Skoceniem, Tadeuszem Jedynakiem, Mieczysławem Górskim i Ołehem Łajewskim został zabrany do Dynama Kijów. Po wojnie osiedlił się w Bytomiu, gdzie lwowiacy założyli klub Polonia. W swoim nowym klubie grał do 1948 r. To był jego ostatni sezon w zespole. Rozpoczął pełną sukcesów pracę szkoleniową. Zaczynał oczywiście w Polonii, początkowo jako asystent trenera. Później samodzielnie prowadził AKS Chorzów i Wisłę Kraków. Z krakowskim klubem w 1951 r. sięgnął po mistrzostwo kraju i doszedł do finału pucharu Polski. W 1965 r. razem z bytomską Polonią świętował sukcesy w Pucharze Ameryki i Interlidze, a rok wcześniej doprowadził ją do finału Pucharu Polski. To on zastąpił legendarnego trenera Gézę Kalocsaya w Górniku i wiosną 1970 r. prowadził drużynę w pamiętnych bojach w Pucharze Zdobywców Pucharów. Po przegranym finale z Manchesterem City jednak szybko mu podziękowano. Pracował też m.in. w Warcie Poznań, Stali Mielec i w Cracovii a od 7 listopada 1966 r. do końca 1967 r. prowadził reprezentację jako trener selekcjoner w dziewięciu meczach. Nie był to jego debiut z kadrą, bo opiekował się nią już podczas igrzysk w Helsinkach. Był także trenerem reprezentacji B i drużyn młodzieżowych. W Reprezentacji rozegrał 18 meczów, strzelając 7 goli.
@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
9
Niecodzienny remis na początek ciężkiego sezonu:
28 września 1941 r. FC Barcelona zremisowała na „Estadio Les Corts” z Herculesem Alicante 4:4 w pierwszej kolejce Primera Division. Po dwa gole dla Blaugrany zdobyli Mariano Martin i Jose Bravo. Niestety Barça na koniec sezonu zajęła dopiero… 12 miejsce(na 14 możliwych) i musiała rozegrać baraż o utrzymanie się w pierwszej lidze z Realem Murcia. FC Barcelona pokonała w tym barażu Real Murcie 5-1 i utrzymała się w La Liga. W owym sezonie trenerem Barçy na początku był Katalończyk Ramon Guzman a sezon zakończył Joan Nogues.
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360
12
Kalendarium Barçy:
28 września 2007 r. FC Barcelona chciała uznania Ligi Śródziemnomorskiej z 1937 r. jako oficjalnych rozgrywek. Podczas hiszpańskiej wojny domowej na terenach zajmowanych przez republikanów zorganizowano lige z udziałem drużyn z Katalonii i z okolic Valencii. Mimo że Madryt również znajdował się pod wpływem republikanów, drużyny z tego miasta nie wystartowały z powodu wewnętrznych podziałów i bliskości miasta względem frontu. Blaugrana zajęła pierwsze miejsce, lecz rozgrywki nie zostały uznane jako oficjalne. Zwolennicy takiego rozwiązania wskazują że nie były to okrojone rozgrywki ale turniej towarzyski. Władze FC Barcelony podkreślały że wygrany przez FC Seville w 1939 r. Puchar Hiszpanii uznano za oficjalny, choć do rywalizacji nie przystąpiły ekipy z Madrytu, Katalonii i Valencji.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
8
Rewanż przypieczętowany awansem:
27 września 1978 r. Wisła Kraków pokonała Club Brugge 3:1 w ramach rewanżowego meczu 1/16 Pucharu Mistrzów i awansowała do kolejnej rundy. Pod wodzą młodego szkoleniowca 36-letniego wówczas Oresta Lenczyka zespół legitymujący się średnią wieku niewiele ponad 20 lat wygrał wiosną 1978 roku ekstraklasę, zaś w kolejnym sezonie był bliski awansu do czołowej czwórki Pucharu Mistrzów. Już w 1/16 finału los skojarzył Wisłę z FC Brugge, wtedy Europejską potęgą, naszpikowaną reprezentantami Belgii oraz kilku innych krajów. Dość napisać że niedawny rywal Lecha Poznań kilka miesięcy wcześniej grał w finale Pucharu Mistrzów, w którym poniósł porażkę z Liverpoolem. Dwa lata wcześniej w 1976 roku Club Brugge wystąpił w finale Pucharu UEFA i w nim też uległ ,,The Reds”. Zespół prowadził Ernst Happel, legendarny szkoleniowiec mogący pochwalić się jeszcze jednym, jakże wymownym sukcesem. W omawianym 1978 roku doprowadził reprezentację Holandii do wicemistrzostwa świata na mundialu w Argentynie. Na tej imprezie wystąpiło też kilku wiślaków (Adam Nawałka, Henryk Maculewicz, Andrzej Iwan, Antoni Szymanowski). Ten ostatni po finałach Mistrzostw Świata opuścił Wisłę ale przecież w jej składzie było wielu innych dobrych zawodników jak łowca goli Kazimierz Kmiecik, wspaniały rozgrywający Zdzisław Kapka, mistrz dryblingu Leszek Lipka czy nieustępliwy defensor Marek Motyka. Ta ekipa na początek nie popisała się w Brugge, gdzie gospodarze strzelili dwa gole po ewidentnych błędach krakowskiej obrony. Na szczęście w końcówce Kapka zdobył gola, który dał nadzieję na udany rewanż. Tak też się stało, choć na początku drugiej połowy stadion przy Reymonta ucichł, gdy Rene Vandereycken wyrównał. Gdy wydawało się że goście obejmą prowadzenie Lipka przeprowadził wspaniały rajd, rozegrał klasyczną klepkę z Kmiecikiem i dał prowadzenie Wiśle. Zatem dogrywka? Nie! bowiem tuż przed końcem rezerwowy Janusz Krupiński po podaniu Zbigniewa Płaszewskiego czubkiem buta wpakował piłkę do bramki Brugge. Faworyt znalazł się na aucie a niedługo po tym słynny Happel został zwolniony.
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360
7
@FCBparasiempre
27 września 1961 r. urodził się Waldemar Matysik, pomocnik. ,,Gdy pierwszy raz po meczu stanąłem przed kamerą, tak zacząłem nawijać Śląską gwarą że realizator krzyczał do słuchawki: ,,Zdejmijcie go z anteny, przecież nikt go nie rozumie!” Ale nie zdjęli, na szczęście dziennikarz przekładał moje słowa na polski.”- śmieje się pan Waldemar. Matysik to cichy bohater hiszpańskiego mundialu. Zawsze w cieniu, zawsze harujący za dwóch a jak trzeba to i za trzech. Wzorzec defensywnego pomocnika, takiego, co to żadnej pracy się nie boi. Nigdy nie odstawiał nogi, rzucał się do każdej piłki. Nie było dla niego straconych szans, dopóki sędzia nie użył gwizdka. Nigdy nie było odpuszczania, nie dla niego gra pozorów. W walke angażował się bez reszty i właśnie na mistrzostwach świata w 1982 przypłacił to zdrowiem. Nie dokończył meczu z Francją(3:2) o trzecie miejsce. Jego organizm był skrajnie wycieńczony. Po powrocie do Polski trafił do szpitala i zmarnował praktycznie cały następny sezon ale wrócił. Znowu mocny i gotowy do wielkich poświęceń. Rządził z Górnikiem Zabrze w Ekstraklasie, pojechał na drugi mundial, był cenionym piłkarzem w lidze francuskiej i niemieckiej. Te historie Matysika kibice reprezentacji dobrze znają- człowiek od czarnej roboty i wszystko jasne. Mundial go zdefiniował i zaszufladkował. Piłkarska kariera Matysika ma jednak więcej barw niż może się wydawać. Otóż był taki sezon, kiedy rozgrywki ligowe zaczął jak pierwszorzędny snajper! 15 sierpnia 1981 r. w drugiej kolejce zabrzanie grali u siebie z Widzewem Łódź, który wcześniej zdążył już pokazać ów niesamowity charakter w Europie. Jeśli rywal w każdej formacji ma takich asów jak, jak Młynarczyk, Boniek, Zmuda i Smolarek, naprawdę można się przestraszyć. Matysik w Górniku grał już 2 lata ale jeszcze gola nie zdobył. Zupełnie się tym nie przejmował. Waldek był od czego innego, skupiał się na niewdzięcznej, destrukcyjnej robocie. Ten mecz był jednak inny! Nie dość że Matysik uwijał się w destrukcji jak w gospodarstwie rodziców przy żniwach, to jeszcze pchał akcje Górnika do przodu. Gospodarze prowadzili 2:0 a on dorzucił trzeciego gola i tak dobrze mu szło że pozwolono mu też wykonywać rzut karny. Ostatecznie 4:0 dla Górnika, dwa gole 20-letniego Matysika, który swoją grą przyćmił wszystkie gwiazdy na boisku. Co z tego że Boniek mozolnie zawiązywał akcje w środku pola, skoro Matysik kasował wszystko jak leci. ,,Po meczu Boniek był wściekły. Myślałem że rzuci się na mnie z pięściami ale gdy ochłonął, pogratulował mi gry. Chyba ją docenił”- wspomina Matysik. Natomiast w kadrze narodowej sprawdzany był już rok wcześniej. Usiadł na ławce w wyjazdowym meczu z Hiszpanią, niespodziewanie wygranym przez Polaków 2:1, potem zaliczył debiut z Algierią(5:1) na stadionie krakowskiego Hutnika. Na pierwszy mecz w el. MŚ 1982 z Maltą miał jednak nie lecieć. Wszystko zmieniło się po słynnej aferze na Okęciu, zakończonej dyskwalifikacjami Młynarczyka, Bońka, Żmudy i Terleckiego. ,,Zostałem dowołany do kadry razem z Krzyśkiem Budką, dołączyliśmy do ekipy już we Włoszech bo tam było krótkie zgrupowanie – tłumaczy, zaznaczając że miał ogromne szczęście. Raz że znowu był kadrowiczem, a dwa że z marszu załapał się na audiencje u Jana Pawła II. – Pochodze z bardzo religijnej rodziny, cała moja wieś była taka. Gdy drogą szedł ksiądz z sakramentami, obowiązkowo trzeba było przyklęknąć a tu nagle spotkałem się z Ojcem Świętym! Nogi się pode mną ugięły, byłem oszołomiony, nie mogłem zrozumieć, czym ja, prosty chłopak, zasłużyłem sobie na taki zaszczyt”- mówi i ślady tamtej ekscytacji w jego głosie słychać nawet dzisiaj. W kadrze początkowo był cichutki jak myszka. Na Malcie w niedokończonym meczu nie zagrał ale się przydał. ,,Miejscowi kibice niezadowoleni że prowadzimy 2:0, rzucali w nas czym popadnie, wreszcie zaczęły lecieć kamienie. Musieliśmy uciekać do szatni. Własnym ciałem osłaniałem naszego asa Włodka Smolarka żeby nic złego mu się nie stało”- wyjaśnia po latach pan Waldemar. I tak Matysik budował swoja pozycje w drużynie narodowej, choć nie pchał się do pierwszego rzędu. W narodowych barwach nie strzelił żadnego gola ale zaliczył jedną, niezwykle ważną asyste przy golu na 1:0 w meczu z NRD w Lipsku, w eliminacjach mundialu España ’82. ,,Gdy po wielu latach byłem w Polsce na spotkaniu medalistów mistrzostw świata, Zbyszek Boniek strasznie się dziwił że taki wyszczekany jestem, bo dawniej to rzadko kiedy usta otwierałem. Uznał że dzięki żonie się tak rozgadałem”- śmieje się Matysik. Pan Waldemar jako dwunastolatek zgłosił się do Orła Stanica, potem było Carbo Gliwice a stamtąd trafił do Górnika. Tylko że wcześniej związał się z Piastem. ,,Przyjechali do moich rodziców. Coś im tam nagadali, naobiecywali, zresztą mi też, więc podpisałem kontrakt. Myśle sobie: ,,Drugoligowa drużyna, więc nie jest źle na dobry początek”. Gdy usłyszał o tym mój trener Fryderyk Cholewa z Carbo, aż się za głowe złapał - ,,Coś ty chłopie zrobił!? Przecież Górnik cie chce!”. Musiałem to jakoś odkręcić, choć już pojechałem na obóz z nową drużyną. Docierało do mnie że starsi piłkarze Piasta dobrze się czują w drugiej lidze i nie zależy im na walce o awans. Cały czas myślałem o tym Górniku i na szczęście Górnik też myślał o mnie. Zaczął działać”- opowiada piłkarz. Sprawa oparła się o prezydenta Gliwic, który wezwał Matysika przed swoje oblicze. ,,Nigdy tego nie zapomnę. Duża sala, czerwony dywan i gdzieś tam na końcu siedzi dysponent mojego losu. Czułem się jak na sadzie ostatecznym. Mówiący z oddali prezydent miał do mnie tylko jedno pytanie: ,,Chłopcze, powiedz mi, w którym klubie ty chcesz grać?. ,,W Górniku Zabrze”- wykrztusiłem przez zaciśnięte gardło. Całe szczęście że miałem tyle odwagi, bo to zakończyło temat. Mogłem przeprowadzać się na Roosvelta”- wspomina Matysik. W Zabrzu minęło trochę czasu zanim zaczął regularnie grać. Górnik trenera Władysława Żmudy przechodził wtedy niespodziewanie drugoligową kwarantanne ale miał wtedy uznanych piłkarzy. Był rok 1979 a Matysik wchodził do szatni z duszą na ramieniu. On 18-letni chłopaczek nie wiadomo skąd a tam takie asy w składzie. ,,Choć, siadaj tu przy mnie. Widzisz, duży jestem, nie dam ci zrobić krzywdy”- dowcipnie zaproponował Jerzy Gorgoń. Pod koniec wiosny 1980 roku zaczął występować w podstawowym składzie. Bardzo dobrze zagrał w derbowym meczu z Ruchem Chorzów(1:1). To właśnie po tym meczu udzielił na żywo pierwszego wywiadu telewizyjnego, w którym tak był oszołomiony że ,,godoł” po śląsku. ,,Nie wiele można było z tego zrobić ale na szczęście uratował mnie zadający pytanie redaktor Andrzej Zydorowicz. Tłumaczył moje odpowiedzi, za co będę mu dozgonnie wdzięczny”- deklaruje Matysik. Meczów, które wbrew naturze Matysika zamieniały się w spekyakle niepozornego aktora, było niewiele ale jednak ciągle się zdarzały. W tej roli błysnął w lidze francuskiej. Strzelił w niej tylko jednego gola ale za to nad Sekwaną było o nim całkiem głośno. Jego Auxerre grało na wyjeździe z Bordeaux, które wtedy biło się o mistrza Francji. W drużynie gospodarzy wielkie gwiazdy: Battiston, Lizarazu, Jesper Olsen, Klaus Allofs ale najjaśniej świeciła gwiazda Matysika, który strzałem z dystansu zdobył jedynego gola w tym meczu. ,,Wiedziałem że chce mnie kupić Hamburger SV. Z trybun miał mnie oglądać trener Gerd-Volker Schock. Nasz szkoleniowiec Guy Roux nie godził się na transfer. Wkurzało go że w ogóle biore te opcje pod uwagę. Dlatego, skoro miałem być obserwowany, chciał mi zaszkodzić, ustawiając mnie na lewej pomocy. Nigdy wcześniej tam nie grałem, mogło być kiepsko. Zdarzył się jednak cud, bo nie dość że czyściłem defensywnie co się da, to jeszcze walnąłem zwycięskiego gola! Poczciwy Guy Roux chciał być złośliwy a wyszło wręcz przeciwnie bo trener Schock był zachwycony. ,,Myślałem że ten Matysik da nam jakość w destrukcji a on jeszcze jest taki mocny w ofensywie. Bierzemy go!”- deklarował Niemiec na gorąco. A ja przecież zagrałem jeden jedyny tak ofensywny mecz w Auxerre, właśnie wtedy”- zaznacza Polak. Po starciu z Żyrondystami razem z nim cieszył się też Enzo Scifo, złote dziecko belgijskiej piłki. Wcześniej był graczem Bordeaux i była to jego pierwsza wizyta w mieście po zmianie klubu. Bardzo zależało mu na wygranej, więc Matysik wyświadczył mu bezcenną przysługę. ,,Enzo często zabierał mnie swoja wypasioną bryką na trening. Prosił tylko żeby ściągać piłkarskie buty przed wejściem żeby niczego nie pobrudzić. Wielki piłkarz i wielki elegancik, trudno było mu się rozstawać z lusterkiem i grzebieniem”- wspomina bohater tego tekstu a w Auxerre zetknął się też m.in. z Erikiem Cantoną, który także zwykle chadzał własnymi ścieżkami. Matysik po takiej prezentacji przed nowym pracodawcą, oczywiście przeniósł się do Hamburga i tam również zdarzył mu się szalony występ. Jego zespół wygrał na wyjeździe z Eintrachtem 6:0! Na stadionie we Frankfurcie błyszczał Jan Furtok, autor hattricka, no i właśnie Matysik, który również pokonał Uli Steina. ,,Super nam się grało. Trener Eintrachtu Jörg Berger po tym meczu został zwolniony. Takie życie, co zrobić… Sami widzicie jaka droge przeszedłem a zaczynałem od pastwisk, na których uganiałem się za piłką, i czerwonego dywanu, na którym z trudem opanowałem drżenie łydek, stojąc przed prezydentem Gliwic”- kończy swój wywód pan Waldemar.
6
Legendy polskiego futbolu(w odpowiedzi na mój komentarz):
@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
1
Julian Alvarez to niby jakaś arania? Przeca to piepszona pirania!
4
Grande Derbi el Madrileno! I czego chcieć więcej!?
10
Cóż to było za ,,golazo” Vareli:
Działo się to 27 września 1943 r. w Superclasico Boca Juniors-River Plate. Boca przegrywała jednym golem, gdy arbiter podyktował rzut wolny na granicy pola karnego River Plate. Wykonawcą był Carlos Sosa, który zamiast strzelać na bramke, dośrodkował szukając Severino Vareli. Posłał jednak piłke za głęboko. Obrona River nie powinna mieć z nią żadnych problemów, Severino był daleko. Jednak boiskowy weteran odbił się mocno i… szybując w powietrzu między obrońcami, zdołał jej dosięgnąć i posłać wspaniałym uderzeniem do siatki obok bezradnego bramkarza. Kibice mówili na niego Beret Widmo, bo pojawiał się w powietrzu nieproszony i nie wiadomo skąd, by zagrozić bramce rywala. Varela miał już powyżej czterdziestki i kilka tytułów zdobytych z urugwajskim Peñarolem, gdy przybył do Buenos Aires ze swoją twarzą urwisa i białym beretem przyklejonym do głowy. W Boca Severino brylował ale w niedziele wieczorem, po meczu, zawsze wsiadał na statek do Montevideo by powrócić do swojej dzielnicy, przyjaciół i pracy w fabryce.
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360
0
@Stinger_ Proste ale z drugiej strony troche niepoważne porównanie naszej siatkówki z piłką nożną na dzień dzisiejszy...
11
Premierowy hattrick w Lidze Mistrzów:
Dokładnie 20 lat temu Ronaldo de Asis Moreira po raz pierwszy zalicza hattrick w meczu Ligi Mistrzów. Ma to miejsce na Camp Nou w wygranym 4:1 meczu z Udinese Calcio w drugiej kolejce fazy grupowej Ligi Mistrzów. Popularny ,,Gaucho” gole strzelał w 13, 32 i 90 minucie spotkania.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
0
@Stinger_ Tylko co? awansowali by do finału?
13
Feliz cumpleaños panie Steve:
27 września 1956 r. w Glasgow urodził się Steven Archibald, szkocki były napastnik, pomocnik i menedżer, który znajduje się w szkockiej Galerii Sław Futbolu. Po raz pierwszy zyskał rozgłos grając w pomocy dla Clyde FC ze szkockiej pierwszej ligi, kiedy jednak podpisał kontrakt z Aberdeen został napastnikiem, nawiązując owocną współpracę z Joe Harperem. Po zdobyciu tytułu szkockiej Premier Division w 1980 r. przeniósł się do londyńskiego Tottenham Hotspur, gdzie zdobył tytuł najlepszego strzelca First Division i wygrał Puchar Anglii w swoim pierwszym sezonie. Wygrał również drugi Puchar Anglii w 1982, a następnie Puchar UEFA w 1984, gdzie strzelił rzut karny w finale, gdy Spurs pokonało Anderlecht w rzutach karnych. Strzelił także gola dla ,,Spurs” w przegranym meczu z Liverpoolem w 1982 roku w finale Football League Cup. Archibald strzelił 77 goli w 189 występach dla ,,Spurs” w latach 1980-1984, tworząc udane trio z Garthem Crooksem i Markiem Falco. W 1984 dołączył do FC Barcelony, gdzie w swoim pierwszym sezonie pomógł zdobyć tytuł La Liga po raz pierwszy od 11 lat. Następnie pomógł Blaugranie dotrzeć do finału Pucharu Europy w 1986 roku, ale jego drużyna przegrała rzutami karnymi ze Steauą Bukareszt. Steven był popularną postacią na Camp Nou, dopóki ograniczenia dotyczące wystawiania zagranicznych graczy nie doprowadziły do wykluczenia go z drużyny na rzecz Gary'ego Linekera i Marka Hughesa. W efekcie został wypożyczony do Blackburn Rovers na jakiś czas, zanim wrócił na dobre do Wielkiej Brytanii w 1988 roku, aby podpisać kontrakt z Hibernian. Łącznie dla FC Barcelony rozegrał 97 spotkań strzelając 42 gole, co przyczyniło się do zdobycia przez niego mistrzostwa Hiszpanii oraz Pucharu Ligi Hiszpanii.
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360
11
Starcia Barçy z polskimi klubami:
27 września 1989 r. FC Barcelona pokonuje na Łazienkowskiej Legie Warszawa 0:1 w ramach 1/16 Pucharu Zdobywców Pucharów. W pierwszym meczu sprzed 2 tygodni Legia wywiozła z Barcelony niemal sensacyjny remis 1:1. Warszawiacy powitali piłkarzy na rozgrzewce piosenkami Julio Iglesiasa a dzieci ubrane w tradycyjne polskie stroje wręczyły Cruijffowi w prezencie tort. Wejściu zawodników Blaugrany na boisko towarzyszyły gwizdy, dla gospodarzy przygotowano zaś confetti z pociętych etykiet, miedzy innymi dżemów wiśniowych, co skrzętnie odnotowali dziennikarze hiszpańscy. Szybko zdobyty gol przez Laudrupa ustawił mecz. Najlepszą sytuację dla Legii zmarnował w 70 minucie Łatka, gdy przegrał pojedynek sam na sam z Zubizarretą. ,,Czego oczekiwaliście, że wezmą krzesła i usiądą na środku boiska? To było oczywiste że będą walczyć ale podobała mi się nasza kontrola piłki i kontrola sytuacji na boisku”- podsumował mecz Johan Cruijff.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
10
Bardzo ważny rewanż i to z nawiązką:
26 września 1973 r. reprezentacja Polski pokonała Walie na Stadionie Śląskim 3:0 w ramach eliminacji mistrzostw Świata RFN 1974 po golach Roberta Gadochy, Grzegorza Laty oraz Jana Domarskiego. Niecałe trzy miesiące po porażce z Walią, Polacy w pamiętnym meczu na Stadionie Śląskim w Chorzowie pokonali 2:0 Anglię i sprawa awansu na mundial w RFN stała się ponownie otwarta. Zespół Kazimierza Górskiego, rozochocony wiktorią nad Synami Albionu, był żądny rewanżu na Walijczykach za marcową porażkę. Tym razem rywale nie mieli nic do powiedzenia. Polacy zagrali w tym spotkaniu jeszcze lepiej niż w czerwcu z Anglikami. Na skrzydłach szaleli Robert Gadocha i Grzegorz Lato. Drugi z wymienionych nie mógł wystąpić w pierwszym spotkaniu z powodu kontuzji. W Chorzowie grał znakomicie. Nasz zespół z nawiązką odrobił straty z pierwszego spotkania w Cardiff, bo w drugiej połowie do siatki walijskiej trafił Jan Domarski. Co ciekawe był to pierwszy gol napastnika Stali Mielec w reprezentacji Polski. Drugą i ostatnią bramkę w narodowych barwach piłkarz ten strzelił w kolejnym meczu eliminacyjnym z Anglią na Wembley, który został rozegrany w październiku 1973 roku. Remis 1:1 dał nam wówczas awans na mistrzostwa świata do RFN i często mówi się, że właśnie od starcia w Londynie wszystko się zaczęło. Awansu na mundial nie byłoby jednak, gdyby nie efektowne zwycięstwo w Walią.
@Symson
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360
8
Zapomniane legendy polskiego futbolu:
26 września 1899 r. w Krakowie urodził się Ludwik Gintel. Początkowo grywał jako obrońca. Kiedy przeciwnik ruszał z piłką w jego kierunku, to nigdy nie atakował pierwszy. Wyczekiwał rywala i synchronizował swoje ruchy z jego sposobem poruszania. Dzięki temu praktycznie zawsze wychodził z tych pojedynków zwycięsko i często przerywał groźne akcje rywali. Karierę zaczynał w krakowskiej Jutrzence a w 1916 r. dołączył do Cracovii. Pasom był wierny do końca kariery. Dwukrotnie świętował mistrzostwo kraju (1921 i 1930). Dla krakowskiego klubu rozegrał grubo ponad 300 meczów. Z czasem zaczął grywać coraz bardziej ofensywnie i chętnie zapuszczał się na połowę rywala. Jego forma zawsze była bardzo stabilna a Stanisław Mielech wspominał, że ulubionym treningiem, dzięki któremu utrzymywał się w odpowiedniej dyspozycji, była skakanka. Podobno nie miał sobie równych w tym ćwiczeniu. Znakomicie wyszkolony technicznie, co przydawało mu się podczas jego rajdów. Praktycznie całą karierę występował jako obrońca, ale w 1928 r. został przesunięty do ataku. To był strzał w dziesiątkę. Gintel wystąpił wówczas w 22 meczach, w których 28 razy pokonywał bramkarzy rywali, co zapewniło mu tytuł króla strzelców. Nikt w jednym sezonie nie strzelił dla Cracovii więcej goli niż on. Z reprezentacją związany od początku. Wystąpił w pierwszym historycznym meczu z Węgrami i obok Leona Sperlinga i Mariana Einbachera był w tym meczu jednym z trzech polskich piłkarzy pochodzenia żydowskiego. W pierwszym spotkaniu rozgrywanym w Polsce, które Polacy przegrali 0:3, strzelił pierwszą w historii polskiej reprezentacji bramkę samobójczą. Na igrzyskach w Paryżu był rezerwowym. Ostatni raz wystąpił w przegranym 2:6 starciu ze Szwecją 1 listopada 1925 r. na stadionie Cracovii. Po wybuchu wojny przez Rumunię dostał się do Palestyny. Tam w Tel Awiw-Jafie w wieku niespełna 74 lat, kiedy dowiedział się o śmiertelnej chorobie, zdecydował się wyskoczyć z trzeciego piętra i popełnić samobójstwo. W Reprezentacji rozegrał 12 meczów.
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
14
Campeonato Sudamericano de Selcciones:
26 września 1920 r. w Viña del Mar reprezentacja gospodarzy- Chile, przegrała w ostatnim meczu turnieju(de facto finale) z Urugwajem 1:2 w 4 edycji Copa America. Tym samym ,,Urusi” sięgają po raz trzeci w historii po puchar Ameryki Południowej. Gole dla Urugwaju zdobyli: legendarny Angel Romano oraz Jose Perez. Honorowego gola dla gospodarzy strzelił Aurelio Dominguez. „Confederacion Sudamericana de Futbol” postanowiła w 1920 przenieść turniej nad Pacyfik do Chile. Ze względu na stan ówczesnej komunikacji i związane z tym problemy techniczne, było to przedsięwzięcie bardzo śmiałe. Nie brakowało opinii sceptycznych że ten turniej nie dojdzie do skutku. Jednak we wrześniu trzy reprezentacje(Argentyna, Brazylia i Urugwaj) po długich podróżach dotarły szczęśliwie do portowego miasta, znanego kurortu Viña del Mar. Urugwajczycy grali rozważnie i pewnie, górując w przebiegu turnieju nad wszystkimi zwłaszcza potęgą swojego ataku. Najlepszym tego dowodem było trofeum „goleadora”, które przypadło wespół Angelo Romano i Jose Perezowi(obaj po 3 gole). Co ciekawe, w tamtej edycji Copa America Urugwaj rozgromił Brazylię aż 6:0. Taką samą różnicą goli Brazylia przegrała dopiero 94 lata później na mundialu rozgrywanym na jej ojczystej ziemi(7:1 przegrała z Niemcami). Inną ciekawostką tego meczu jest to że Urugwaj strzelił 3 gole Brazylii w 6 minut!(między 23 a 29 minutą).
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360
12
Golleada FC Barcelony:
26 września 1995 r. FC Barcelona pokonała Hapoel Beer Sheva 5:0 w pierwszej rundzie PUEFA. W pierwszym meczu w Izraelu Blaugrana odniosła najwyższe zwycięstwo na wyjeździe w rozgrywkach europejskich a mianowicie 0:7(!), między innymi dzięki hattrickowi Rogera. W meczu rewanżowym w mocno rezerwowym składzie Barça dołożyła kolejne 5 goli. Zawodnikiem meczu wybrano Ivana de La Peñe, o którym trener rywali Hadad powiedział że ,,będzie jednym z najlepszych piłkarzy na świecie”. Mimo świetnego wyniku trybuny wygwizdały Hagiego, który nie mógł się z tym pogodzić: ,,Nie rozumiem czemu mnie tak traktują. Kibice powinni zrozumieć że jestem piłkarzem Barçy i chce się dobrze prezentować na murawie”. Wynik dwumeczu był również rekordem w historii klubu(dotychczas najlepszy rezultat osiągnięto w rywalizacji przeciwko FC Aris Bonnevoie z Luksemburga w 1979 r. i wynosił 11:2).
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
11
Zapomniane legendy futbolu:
25 września 1960 r. urodził się ukraiński napastnik Ihor Biełanow. Największe sukcesy odnosił w barwach Kraju Rad, wówczas w 1986 r. zdobył Złotą Piłką. Ten rok należał do Diego Maradony, który poprowadził Argentynę do zdobycia Pucharu Świata w Meksyku. To był czas, gdy Złotą Piłkę przyznawano jedynie zawodnikom europejskim, co zmieniło się dopiero w połowie latach 90. XX wieku. Na meksykańskim mundialu Biełanow zdobył dla ZSRR cztery gole (z czego trzy w przegranym 3-4 po dogrywce meczu z Belgią), wcześniej w barwach Dynama Kijów, pod wodzą legendarnego trenera Walerego Łobanowskiego zdobył Puchar Zdobywców Pucharów. Złota Piłka dla Biełanowa był niemałym zaskoczeniem. Już nawet nie chodzi o to, że 25-letni skrzydłowy zaczął na poważnie (oficjalnie sportowcy radzieccy byli amatorami) uprawiać piłkę nożną ledwie cztery lata wcześniej a o to że najlepszym piłkarzem ZSRR w tamtym roku został jego kolega klubowy Aleksandr Zawarow. W pokonanym polu Biełanow zostawił Gary’ego Linekera i Emilio Butrageño. Stugębna plotka głosi, że zawodnik wstydził się odebrać cennej nagrody w swoim kijowskim mieszkaniu, gdyż...przeciekał mu dach.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
2
@Unbe Ja już nie pierwszy raz tak narzekałem. W Hiszpanii to jeszcze pikuś ale żeby w Polsce Puchar Polski rozgrywać w tygodniu niemal do północy!?? To jest jakieś chore!
0
@LeoMessiiBarcaPepa No dokładnie tak!
9
@FCBparasiempre
Z pewnością wielu z was, przypominając sobie wielkie mecze lub wielkie turnieje, zadaje sobie pytanie: czy wynik byłby inny, jeśli zagrałby ten lub inny zawodnik? Podobnie jest w Belgii. Mnóstwo kibiców zastanawia się czy gdyby 7 października 1985 niebieskie BMW prowadzone przez Ludo Coecka nie uderzyło w barierki na autostradzie pod Antwerpią, to Czerwone Diabły mogłyby pokonać na mundialu w Meksyku wielką Argentynę Diego Maradony? Niestety nie znam odpowiedzi na to pytanie, ale za to wiem, kim był Ludo „Boem” Coeck i z wielką przyjemnością wam o nim opowiem. Ludovic Coeck urodził się 25 września 1955 roku w robotniczej dzielnicy Berchem w południowej części aglomeracji Antwerpii (tak samo, jak słynny belgijski sędzia John Langenus). Jak w klasycznej opowieści, od dziecka Ludo marzył o karierze piłkarskiej, a futbol był jego pasją. Godzinami potrafił uderzać piłkę o bramy osiedlowych garażów. Ojciec chciał, żeby syn wytrenował siłę strzału. Nocami moczył futbolówkę w wodzie, by była cięższa. Chłopak, grając na ulicy, był najlepszy. Podobnie było w zespołach juniorskich Berchem Sport, gdzie zaczął trenować w wieku 9 lat. Jak każde małe dziecko, miał również swojego piłkarskiego idola a był nim słynny włoski gwiazdor, Gianni Rivera. W klubie szybko zdali sobie sprawę, jak wielki talent im się trafił i w wieku 16 lat, w sezonie 1971-1972, młody chłopak został przeniesiony do pierwszej drużyny. Trenerem Berchem Sport był wtedy jeden z największych belgijskich piłkarzy w historii, Rik Coppens. Chciał on, by Ludo zadebiutował w pierwszym zespole już rok wcześniej, ale nie zgodził się na to sędzia główny. Również zarząd klubu nalegał, żeby ostrożnie wprowadzać młodego chłopaka do zespołu. Jednak gdy awans do pierwszej ligi zaczął się wymykać z rąk, Coppens mając kilka kontuzji w zespole, posadził 16-latka na ławce w kluczowym spotkaniu z liderem rozgrywek Beringen. Mecz ten odbył się 6 lutego 1972 roku, a Coeck po wejściu na boisko zdobył zwycięskiego gola dla swojego zespołu. Wysoki chłopak z bujną blond czupryną zachwycił dziesięciotysięczną publiczność. Ludo zapytany po meczu czy miał tremę, odpowiedział: ,,Podczas rozgrzewki miałem dreszcze w nogach, ale po wejściu na boisko zdenerwowanie minęło i grałem jak zawsze”. W debiutanckim sezonie Coeck wystąpił w siedmiu meczach w barwach Berchem, w których zdobył siedem bramek. Wraz z zespołem wygrał drugoligowe rozgrywki i awansował do 1. ligi. Został jednocześnie okrzyknięty największym talentem w Belgii. Wiadomym się stało, że będą go chciały pozyskać największe kluby w kraju, ale piłkarz i jego ojciec mieli w planach pozostanie w Berchem, aż do momentu zakończenia nauki przez chłopaka. Gdy latem 1972 roku pojawiła się oferta z Anderlechtu, wszystko uległo zmianie. Legendarny prezes Fiołków Constant Vanden Stock wziął sprawy w swoje ręce i zaproponował ojcu Ludo – 10000 belgijskich franków miesięcznie (równowartość około 250 euro) oraz prywatnego kierowcę, który będzie zawoził syna ze szkoły na treningi i do domu. Ponadto oba kluby uzgodniły kwotę transferu w wysokości 5 milionów franków (150 tys. euro). Dla kibiców Berchem Sport ten transfer był szokiem i uznali swojego pupila za zdrajcę, jednak największe pretensje mieli do zarządu klubu i oczywiście do władz Anderlechtu. W Antwerpii pojawiły się plakaty, na których napisane było: ,,Porwano dziecko. Opis sprawcy: mężczyzna o fioletowej cerze. Miał na sobie spodnie z dużymi tylnymi kieszeniami, które były wypełnione banknotami”. Wielu belgijskich dziennikarzy twierdziło, że ten zakup przyczynił się do sportowego upadku silnego wówczas klubu, choć miliony z tej umowy bardzo się przydały. Cały transfer do dzisiaj owiany jest tajemnicą i nikt do końca nie wie kto (i w jaki sposób) przekonał Ludo i jego ojca do zmiany planów, i przenosin na Astrid Park. ,,Odejście Ludo ciężko przeżyłem. Kiedy wyjeżdżałem na wakacje, wiedziałem, że jest zainteresowanie ze strony Anderlechtu, i że negocjacje były w toku. Byłem za granicą, kiedy został podpisany transfer, a dowiedziałem się o tym w rozmowie telefonicznej z dr. Romboutsem (ówczesny prezes Berchem), który nawiasem mówiąc, był moim przyjacielem. Z perspektywy czasu można stwierdzić, że transfer był satysfakcjonujący finansowo dla Berchem, a występy w Anderlechcie są marzeniem każdego młodego belgijskiego piłkarza. Ale wtedy…” – Rik Coppens tak wypowiadał się na temat transferu Ludo.
17-letni Coeck, przechodząc do ,,Paars-Wit”, dołączył do zespołu, w którym grali m.in. François Van der Elst, Rob Rensenbrink, Paul Van Himst, Hugo Broos czy Gilbert Van Binst. Młody chłopak został przyjęty przez drużynę bardzo dobrze. Gwiazdom RSCA zaimponowała jego pewność siebie i radosne podejście do życia. Donośny śmiech Ludo było słychać wszędzie. Niemiecki trener Mauves Georg Kessler wystawiał go początkowo tylko w meczach rezerw, ale gdy zobaczył, że młodzian jest gotowy do gry, rzucił go natychmiast na głęboką wodę. Niecałe osiem miesięcy po debiucie w Berchem, 26 listopada 1972 roku młody piłkarz został wystawiony w pierwszym składzie, w meczu przeciwko Standardowi. Mecze Anderlechtu ze Standardem to najbardziej elektryzujące pojedynki w Belgii, nazywane potocznie belgijskim Clasico. Spotkanie zakończyło się zwycięstwem „Fiołków” 3:2, a siedemnastolatek był największą gwiazdą tego widowiska. Grał bezbłędnie. Każda jego akcja stanowiła zagrożenie dla bramki gości. Zaprezentował również swój potężny strzał z dystansu, a Léon Jeck, obrońca drużyny z Liege, który zablokował to uderzenie, długo nie podnosił się z murawy. Po meczu widownia skandowała nawiązując do nazwiska Ludo: Koekoek, koekoek! (Kukułka, Kukułka). Ten przydomek towarzyszył mu przez całą karierę. Miesiąc później, w meczu przeciwko Sint-Truidense VV, strzelił swojego pierwszego gola dla Anderlechtu. Jego gra w kolejnych spotkaniach spowodowała, że został nowym idolem kibiców zasiadających na trybunach Astrid Park. Jednak kluczowym graczem Paars-Wit został w kolejnym sezonie, kiedy to pod wodzą trenera Urbaina Braemsa, Anderlecht zdobył mistrzostwo Belgii. Początkowo był rezerwowym, ale kiedy tylko pojawiał się na boisku, swoją grą udowadniał, że zasługuje na kolejne szanse. Trener Braems wystawiał Ludo praktycznie na każdej pozycji oprócz bramkarza, a mimo to młodzian zawsze potrafił sobie poradzić. Publiczność go uwielbiała, a w drugiej części sezonu stał się podstawowym graczem Anderlechtu. Ludo Coeck był bardzo uniwersalnym piłkarzem. Zaczynał jako ofensywny pomocnik, a później przez kolejnych trenerów był wycofywany w głąb pola, gdzie mógł w pełni wykorzystać swoje największe atuty, a mianowicie: inteligencję w grze, drybling, umiejętność bardzo dokładnych podań na odległość 40-50 metrów oraz piekielnie mocny strzał lewą nogą. Po tych uderzeniach piłka często leciała z prędkością nawet 118,7 km/h. Siłę strzału zawdzięczał nie tylko treningowi, ale również nietypowej budowie ciała. Jego lewa stopa była znacznie mniejsza niż prawa. Ta anomalia umożliwiała mu oddawanie potężnych strzałów, ale również była przyczyną urazów kręgosłupa, kolan i kostek, które prześladowały go przez niemal całą karierę. Po zdobyciu mistrzostwa Ludo mógł się cieszyć z kolejnego sukcesu. 8 września 1974 roku trener Raymond Goethals umożliwił mu debiut w reprezentacji w meczu eliminacyjnym do Mistrzostw Europy przeciwko Islandii. O ile w klubie grywał podczas pierwszych sezonów wszędzie po trochu, to w reprezentacji występował najczęściej na pozycji numer 10.
Piłkarz taki jak Coeck, mający ogromną łatwość w grze, musi podczas meczu znajdować się nie dalej niż 30-40 metrów od bramki rywala – twierdził Goethals. Jednocześnie trener Belgów mówił o Ludo tak: ,,To nie była prawdziwa dziesiątka, ponieważ nie grał bezpośrednio za napastnikiem. On był bardziej numerem sześć”. To pokazuje, że Coeck nie był mocno przywiązany do pozycji, ale najważniejsze było to, aby to on kierował grą zespołu. Od początku 1975 roku miał już pewne miejsce w drużynie Czerwonych Diabłów, oczywiście jeśli tylko był zdrowy. I tu pojawia się wcześniej wspomniany problem kontuzji. Jeszcze jako gracz Berchem, Ludo miał problemy z kręgosłupem, ale prawdziwe kłopoty dopiero miały nadejść.
Anderlecht w latach 70. należał do najsilniejszych klubów w Europie. 5 maja 1976 roku grał przed własną publicznością na stadionie Heysel w Brukseli finał Pucharu Zdobywców Pucharów z angielskim West Ham United. Fani Fiołków bardzo liczyli na zdobycie pierwszego europejskiego trofeum. Zespół prowadzony przez Hansa Croona wygrał ten mecz 4:2, ale dla Ludo to był bardzo zły wieczór. Próbując zatrzymać Trevora Brookinga, nabawił się poważnego urazu stawu skokowego i musiał zostać zmieniony po zaledwie 33. minutach. 20-letniego piłkarza czekała w Barcelonie jego pierwsza operacja. Tymczasem trenerem Anderlechtu został Raymond Goethals, który rozstał się z reprezentacją. Odkąd go znałem, zmagał się ze swoimi stopami. Pierwszą operację przeprowadził wybitny chirurg z Barcelony, Cabot. Potem były kolejne. W Anderlechcie zawsze grał w trzech butach. Godzinę przed każdym meczem owijał lewą stopę taśmą, a potem wkładał ją do specjalnego skórzanego buta. Dopiero wtedy mógł ostrożnie założyć właściwe buty. Po meczu musiał dużo odpoczywać i nie trenował kilka dni – w taki sposób nowy trener opisywał problemy Coecka. Mimo takich problemów Ludo przez trzy sezony był kluczowym graczem Anderlechtu i reprezentacji Belgii. Wystąpił we wszystkich najważniejszych meczach Mauves. Pod wodzą nowego trenera Fiołki zdobyły Superpuchar Europy w 1976 roku, pokonując w dwumeczu wielki Bayern (1:2 i 4:1). W 1977 przegrały z HSV finał Pucharu Zdobywców Pucharów (0:2), ale już rok później, po pokonaniu 4:0 Austrii Wiedeń, trofeum to ponownie znalazło się w gablocie klubu z Astrid Park. Po meczu z Austriakami, ze względu na coraz większe problemy ze stopą, Belg musiał ponownie poddać się zabiegowi, ale dzięki temu mógł rozegrać prawie cały sezon 1978-1979. Po wodzą Goethalsa udało się jeszcze zdobyć w grudniu 1978 roku Superpuchar Europy, pokonując angielski Liverpool FC, ale to był ostatni sukces tego zespołu. Belga zastąpił Urbain Braems, pod którego ręką Coeck zadebiutował w Anderlechcie, ale tym razem nie mieli wielu okazji do współpracy. W meczu pucharowym przeciwko Beerschot Ludo zerwał więzadła w kolanie i w czerwcu 1979 roku konieczna była kolejna operacja. Prasa pisała nawet o końcu kariery, ale po 9 miesiącach rehabilitacji, wrócił na boisko. Niestety nie na tyle wcześnie by otrzymać powołanie na Mistrzostwa Europy, choć w towarzyskim meczu z Polską zdążył strzelić swojego pierwszego gola w reprezentacji. W 1980 roku nowym trenerem Anderlechtu został Tomislav Ivić. Ludo, kiedy grasz z tyłu, możemy stracić mniej niż 10 goli w sezonie – oznajmił nowy szkoleniowiec. Jak powiedział, tak zrobił i piłkarz zaczął grywać na pozycji libero, podobnie zresztą jak w reprezentacji, gdzie ustawiał go Guy Thys. Nie podobało się to zawodnikowi, który zapytany jak ocenia swoją nową pozycję na boisku, odpowiedział: ,,Moim zdaniem, ta rola jest zbyt ograniczająca. Jestem zbyt młody żeby już sobie z nią poradzić”. W obecnych czasach nikogo nie dziwią bardzo modnie ubrani i świetnie uczesani piłkarze. Dla wielu z nich jest to równie ważne, jak gra w piłkę, jednak piłkarz, który był gwiazdą kolorowych magazynów, był w latach 70. rzadkością. Coeck bardzo dbał o swój wygląd. Bez wizyty u swojego fryzjera Freddy’ego Arnou, nie wychodził na miasto. Bujne loki, przystrzyżony wąs, złoty łańcuch na szyi, modne ciuchy i szybkie BMW. To charakteryzowało Ludo poza boiskiem. Artykuły w czasopismach dla kobiet czy sesje zdjęciowe były dla niego codziennością. Wszędzie otaczały go piękne kobiety, które przyciągał wiecznym uśmiechem, inteligencją i rozrywkowym trybem życia. Jednak najważniejszym wydarzeniem w 1981 roku było przyjście do Anderlechtu Juana Lozano. Ludo Coeck szybko zaprzyjaźnił się z hiszpańskim pomocnikiem i przez dwa lata większość wolnego czasu spędzali w swoim towarzystwie. We wrześniu 1981 podczas meczu pucharowego z Widzewem Łódź, Belg ponownie uszkodził kolano i potrzebna była następna operacja. Na szczęście tym razem zdążył wrócić do formy i pojechał na mundial do Hiszpanii. Podczas pierwszego meczu wyłączył z gry samego Diego Maradonę, dzięki czemu Belgia sprawiła ogromną niespodziankę, wygrywając 1:0. W kolejnym spotkaniu z Salwadorem ponownie był kluczowym graczem swojej drużyny, a na dokładkę strzelił zwycięskiego gola. Niestety dla Czerwonych Diabłów, w kolejnej rundzie trafili na Polskę ze Zbigniewem Bońkiem. Jak to się skończyło, wszyscy doskonale wiemy (3:0 dla Polski po hat-tricku Bońka). Podłamani Belgowie przegrali również kolejny mecz z ZSRR i odpadli z turnieju. Coeck był jednym z niewielu, którzy mogli wrócić do kraju z podniesioną głową, a prasa rozpisywała się na temat zagranicznego transferu blondwłosego pomocnika. Ludo jednak pozostał na kolejny sezon w Anderlechcie. Nowym trenerem Fiołków został były kolega z drużyny, najlepszy piłkarz w historii klubu z Astrid Park, Paul Van Himst. Wraz ze zmianą trenera, nasz bohater ponownie został przesunięty do linii pomocy.
,,Z tobą w środku pola strzelamy dziesięć goli więcej w każdym sezonie” – powiedział Van Himst do Ludo przed rozpoczęciem sezonu. Zdrowy zagrał znakomity sezon, świetnie współpracując na boisku ze swoim przyjacielem Juanem Lozano. Na zakończenie swojej przygody z Anderlechtem zdobył Puchar UEFA, pokonując w dwumeczu Benficę (1:0, 1:1). Kilka tygodni po finale Coeck przeniósł się do Włoch i podpisał kontrakt z Interem Mediolan. Włoski klub zapłacił Anderlechtowi za belgijskiego pomocnika ponad 45 mln franków belgijskich (około 1,125 mln euro). Zdążył rozegrać tylko 9 ligowych meczów… Los nie chciał odpuścić Ludo, który 9 listopada 1983 roku w Bernie podczas meczu eliminacji do ME poważnie uszkodził swoją lewą kostkę. Sezon dla niego się zakończył. Niestety, jak się potem okazało, dobiegła też końca jego przygoda z Serie A. W styczniu 1984 roku lewa kostka ponownie poszła pod nóż. Belg ciężko pracował nad powrotem do zdrowia, ale Inter, by zwolnić miejsce w składzie dla obcokrajowca, wypożyczył go latem do Ascoli. Kibice przyjęli go tam po królewsku, lecz nie było mu dane zagrać w barwach tego klubu. W grudniu konieczna była kolejna operacja stawu skokowego. W 1985 roku rehabilitacja zaczynała przynosić efekty. Coeck miały opuścić Włochy i powrócić do Belgii do RWD Molenbeek. Znany belgijski chirurg dr Martens obiecał Ludo, że szybko wróci na boisko. Ten wziął udział w programie telewizyjnym „ExtraTime” i chwilę później wsiadł w swoje BMW. Ruszył z Antwerpii do Brukseli. Niestety nie dojechał na miejsce. Przy mocno padającym deszczu, jego zbyt szybko jadące BMW wypadło z drogi, odbiło się od ciężarówki i uderzyło w barierki. Coeck w bardzo ciężkim stanie został przywieziony do szpitala, gdzie mimo przeprowadzonej operacji, zmarł dwa dni później z powodu odniesionych ran. Jego śmierć wstrząsnęła całym światem piłki nożnej. W pogrzebie wzięły udział tysiące kibiców i wszyscy najważniejsi ludzie belgijskiej piłki. Ludo Coeck był miłym i mądrym człowiekiem. Prawdziwym profesjonalistą, który nigdy się nie poddawał. Mimo statusu wielkiej gwiazdy zachowywał się całkowicie normalnie. Porozumiewał się w kilku językach. Gdy dziennikarz zapytał go, czy ma nieszczęście do kontuzji, ten odpowiedział: ,,Widziałem dużo większe tragedie. W szpitalach, w których przebywałem”. Zawsze był uśmiechnięty i optymistycznie nastawiony do życia. Raymond Goethals, który obserwował jego karierę od momentu gdy Ludo skończył 15 lat, tak o nim opowiadał: ,,Nigdy się nie dowiemy, czy Coeck poradziłby sobie we Włoszech. Poza Grünem żadnemu Belgowi nie udało się tam nic wielkiego osiągnąć. Scifo? W Interze nie grał, a w Torino nie zadomowił się na dłużej. Uwierzcie mi, po jednym roku Włosi wiedzą lepiej niż ktokolwiek inny. Czy ktoś jest dobry, czy nie. Capello, który ustawił Desailly’ego w środku pola, jest przykładem dla innych. Jednak nie wiem, czy przygoda Coecka we Włoszech mogłaby być udana. Mogę tylko powiedzieć, że u nas w kraju był świetnym pomocnikiem. Niestety miał mało szczęścia w życiu”. I jeszcze jedna wypowiedź tego słynnego trenera: ,,Ludo Coeck miał wszystko: fantastyczną technikę z piłką przy nodze, drybling, dobrze grał głową i był inteligentny. W skrócie – urodzony talent. Dzięki niemu przeżyliśmy wiele wspaniałych chwil. Potrafił podać na odległość 30 – 40 metrów z niesamowitą precyzją. To był bardzo miły facet, który potrafił cieszyć się ze wszystkiego i uwielbiał się śmiać. Nie chciałbym powiedzieć, że jego życie było dobre, ponieważ nie wiem, jak mu się wiodło prywatnie. Byłem na jego ślubie, ale później brał rozwód. Z tym piłkarzem mam tylko dobre wspomnienia. Mieliśmy bardzo dobry kontakt. Dlatego to jest bardzo trudne dla mnie, że już go nie ma”.
Na nagrobku Ludo ma wypisane słowa: ,,Alssportman was hijgroot, als mens ishijniet te evenaren”– Jako sportowiec był wielki, Jako człowiek był niezrównany. Czy może być lepszy komplement? Na początku tekstu zadałem pytanie, czy Belgia z Ludo w składzie miałaby szansę pokonać Argentynę na mundialu w 1986 roku. Nie mam pojęcia, ale cztery lata wcześniej dokładnie to uczyniła a Coeck wyłączył z gry boskiego Diego i z pewnością Maradona o tym pamiętał.
Osiągnięcia i statystyki:
Osiągnięcia klubowe:
Berchem Sport
Mistrzostwo 2 ligi – 1971-72
RSC Anderlecht
Mistrzostwo (2x) – 1973-74, 1980-81
Puchar Belgii (3x) – 1972-73, 1974-75, 1975-76
Puchar Zdobywców Pucharów (2x) – 1975-76, 1977-78
Puchar UEFA (1x) – 1982-83
Superpuchar UEFA (1x) – 1976, 1978
Osiągnięcia Indywidualne:
Złoty But dla najlepszego piłkarza Belgii XX wieku – 10 miejsce
Wybrany do zespołu wszech czasów RSC Anderlecht dziennika DH – 2020
Rekordy i ciekawostki
Jego imieniem nazwano stadion Berchem Sport w Antwerpii
Piosenkarz Raymond van het Groenewoud uhonorował Coecka w 1976 roku piosenką „Ludo Coeck” , która została nagrana w wersji studyjnej w 1984 roku na płycie Habba!
Ludo Coeck nosił kapitańską opaskę zarówno w RSC Anderlecht jak i w reprezentacji Belgii
8
Legendy belgijskiego futbolu:
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360
12
Pan nie wie ale ten tutaj to...
25 września 1955 roku, San Mames. Mecz Athletic Bilbao- Valencia CF.
Wszystkiemu winny był artykuł, na który przez przypadek trafiłam w internecie. Nosił tytuł „Piłkarz poeta" ale naprawdę zaskoczyło mnie dopiero to że kiedy chciałem się dowiedzieć o tej postaci czegoś więcej, nie znalazłam żadnej nowej informacji ani jednej wiadomości. Nic. Natknąć się niechcący na dobrą i nieznaną historię to najgorsze i najlepsze co może się przytrafić dziennikarzowi najgorsze, ponieważ nie istnieją prawie żadne informacje, które pomogłyby ją zgłębić najlepsze, ponieważ wtedy to ty jesteś zmuszony żeby ją napisać. Powiedziałam że znalazłem obiecujący materiał, więc chwyciłam za telefon i zabrałem się do pracy. Pewnie już słyszeliście jak w dzisiejszych czasach funkcjonuje dziennikarstwo: zarabiasz mało a musisz się nieźle napocić żeby dotrzeć do źródła informacji; jedna osoba kontaktuje się z drugą, czas z kolei radzi zadzwonić do innej, Ona podaje ci adres mailowy, na który piszesz a nikt nie odpowiada. Tym razem jednak miałem szczęście. Dwa tygodnie po rozpoczęciu poszukiwań udostępniono mi 9 cyfr, które miałem stukać w telefon aby skontaktować się z bohaterem mojego artykułu i umówić się z nim na spotkanie. Zazwyczaj nie denerwują się przed wywiadem ale dziś prowadziłam z Pampeluny do Getxo z muzyką na całe regulator żeby rozładować napięcie. Zostawiłem samochód na parkingu przy porcie, przez 10 minut Trwam do la Fontana Trattoria a po otwarciu drzwi restauracji wreszcie zobaczyłam mężczyznę siedzącego plecami Do mnie w pustym lokalu. Człowieka, po którym prawie nikt nic nie wie. Człowieka, o którym ja chcę dowiedzieć się wszystkiego. Kiedy włączam dyktafon drżącym palcem, mówi najpierw: „Nie rozumiem skąd to całe zainteresowanie, naprawdę..." Fede Bilbao podnosi kościste ręce w nieco teatralnym geście, jakby przepraszając. Po krzepkim ciele młodzieńca, który pół wieku temu zadebiutował w pierwszej drużynie Athleticu, nie zostało już ani śladu. Maszyna czasu go połknęła i wypluła staruszka ze zgarbionymi ramionami. Mimo wszystko wygląda dobrze. „Nie mogę narzekać. Chodzić chodzę a to już dużo. No bo widzi pani: ja i ona(pokazuje mi nogę) nigdy nie dogadywaliśmy się zbyt dobrze. Wyciągając od niego odpowiedzi, dowiaduję się że kiedy miał 22 lata doznał złamania kości strzałkowej i piszczelowej, co zahamowało jego piłkarską karierę. Interesuje mnie, jakim był zawodnikiem. „Szybkim i zwinnym środkowym pomocnikiem", opisuje się bez większej egzaltacji. Wiem że miał talent, mówiło się że chciał jego pozyskać FC Barcelona i Real Madryt. Kiedy o tym wspominam, przytakuję i rzuca mało przekonujące ,,cóż". Nikt jednak nie wie mówię mu że ów utalentowany młodzieniec miał też inne zamiłowanie i wtedy wreszcie się ożywię. „Tak, zacząłem pisać w wieku 16 czy 17 lat. Dla mnie książki były niczym słowo Boga, rozumie pani...". W czasie swojej krótkiej piłkarskiej kariery łączył treningi z pierwszymi literackimi próbami. Prowadził dziennik, starał się nadać kształt kilku opowiadaniom, odważył się nawet napisać scenariusz filmowy. „Ale nie żebym jakoś szczególnie wspominał tamte czasy"- podkreśla. Pisanie było schronieniem przed społeczeństwem, które wydawało mu się wrogie i na zbyt konserwatywne „Literacka kryjówka", dodaje, ponieważ ani słowem nie wspomniał o tym wszystkim swojej rodzinie a nie kolegom z szatni. Bał się że uznają go za dziwaka.
I jeden konkretny mecz, który dobrze pokazuje, co oznaczał dla niego ten niespokojny okres, kiedy czuł się rozdarty między liniami boiska a stronami zeszytu. Był początek sezonu ligowego 1955/56, który dla Athleticu miał się zakończyć zdobyciem mistrzostwa. Na San Mames przyjechała Valencia a Daučik, Czechosłowak, który trenował Basków w ostatniej chwili włączył go do podstawowego składu. Fede Bilbao wybiegł na plac gry razem z takimi legendami klubu jak Cedrun, Mauri i Uribe. Trybuny były wypełnione po brzegi. Zapowiadał się wspaniały mecz. On jednak nie przestawał myśleć o zakończeniu jednego z opowiadań, który napisał poprzedniego wieczoru. Wydawało mu się niejakie, zbyt słabe. Czegoś w nim brakowało. Ta Literacka frustracja(sugeruje mu) zmniejszyła presję na boisku: według statystyk przed upływem kwadransa dwukrotnie umieścił piłkę w bramce przeciwnika. „Nie uwierzy pani ale nie mogę sobie przypomnieć tych goli. Wymazały się z mojej pamięci wkrótce po tym, jakie strzeliłem. Jakbym uderzał na bramkę nie patrząc". Kibice pożegnali go brawami na stojąco a gwiazdy Athleticu o zadowolony z wyniku 4.2 i gratulowały mu poklepując po plecach. On jednak, choć przeżywał najlepszy moment w karierze, wciąż się zastanawiał jak zakończyć opowiadanie. Żeby zmienić temat pokazuje mu listę ponad 20 tomików poezji, których tytuły zanotowałem w notesie. „Są Pańskie - mówie mu. - znalazłam je, szperając w katalogach wielu niezależnych wydawnictw publikujących w niewielkich nakładach". Bilbao przysuwa sobie tytuły do twarzy i wzdycha. „Tak, poezja przyszła później, kiedy odkryłem Mistrza i towarzyszy mi do dzisiaj". Po zakończeniu kariery piłkarskiej, jak opowiada, przeprowadził się do Madrytu żeby utorować sobie drogę jako pisarz. Właściciele pensjonatu, w którym się zatrzymał podarowali mu książkę Antonio Machado a on, choć przed tym nigdy nie interesował się poetami, nie mógł się od niej oderwać. „To była miłość od pierwszego wejrzenia"- wyznaje. Kiedy po pewnym czasie nie odnosząc sukcesu wrócił w rodzinne strony aby objąć stanowisko administracyjne w porcie, nie potrafił już wyrażać się w inny sposób. W tym momencie do restauracji wchodzi jakaś para. Oboje mówią „Dzień dobry", mijają nas i siadają przy stoliku w głębi. Patrzą na nich: są roztargnieni, zajęci sobą. Najwyraźniej nie mają pojęcia, z kim są w tym lokalu. Wkrótce się dowiedzą. Może w niedzielę, kiedy artykuł ukaże się w gazecie. Właśnie dlatego zostałem dziennikarką żeby położyć kres ogłuszającej ciszy, które otacza pewne osoby. „A proszę mi powiedzieć czy po tych wszystkich latach nie boli pana że jego nazwisko jako piłkarza Athleticu nie pojawia się w żadnym miejscu? Wtedy Bilbao, spokojny, znowu podnosi ręce ale tym razem po to by położyć je delikatnie na stronie mojego notesu: „Zabrano mi futbol ale to? Tego nie stracą już nigdy".
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
0
@LeoMessiiBarcaPepa Nie do końca zgodze się że Bican to bardzo popularna ikona piłki nożnej. Na dzień dzisiejszy, biorąc pod uwage najróżniejsze klasyfikacje strzeleckie na świecie, to owszem Bican stał sie popularny, jednak ilu kibiców poza Austria i Czechosłowacja słyszało o nim 50, 30 czy nawet 15 lat temu?? Ja akurat natknąłem się na niego robiąc statystyke najlepszych strzelców ligowych jakieś 18 lat temu ale nie sądze że wówczas wielu polskich kibiców miała o nim pojęcie a już napewno nie wszyscy...
Podobnie wygląda sprawa dotycząca Fernando Peyroteo...
3
@FCBparasiempre
Po wojnie ubiegały się o niego włoskie kluby. Juventus Turyn miał podobno zaoferować nawet 6 milionów koron za transfer. Bican wahał się długo, ale odrzucił tę ofertę. Obawiał się, że na Półwyspie Apenińskim do głosu dojdą komuniści i jego piłkarska przyszłość stanie pod wielkim znakiem zapytania. Nie spodziewał się jednak, że taka sama sytuacja może mieć miejsce w … Czechosłowacji. Partia komunistyczna bardzo szybko chciała go widzieć w swoich szeregach. Josef i tym razem sprytnie się wymigał. Skupił się tylko i wyłącznie na grze w piłkę nożną a że potrafił to robić znakomicie, to po wojnie kibice także mogli zachwycać się jego wspaniałymi golami. „Pepi” był w swoim klubie gwiazdą numer jeden. Nie wszystkim jednak taka sytuacja odpowiadała. Tym bardziej, że Bican miał pochodzenie austriackie. Choć Slavia zdominowała rozgrywki ligowe, to w jej drużynie często dochodziło do sprzeczek i awantur. Koledzy z zespołu mieli pretensje, że Josef gra zbyt egoistycznie… Ten z kolei sugerował, że zazdroszczą mu goli, kibiców i sukcesów. Co by nie mówić, statystyki broniły napastnika. Późniejsze losy jego kariery ukształtowała… dalsza ucieczka przed komunistami. Ci cały czas nie dawali mu spokoju i chcieli wcielić go do partii. Bican najpierw odszedł do FK Vitkovice, a później do Hradeca Kralove. W obu tych klubach nie zatracił nic ze swojej skuteczności. Choć pod przymusem musiał opuszczać różne miasta, to na boisku wciąż przypominał maszynkę do zdobywania goli… Karierę sportową zakończył w wieku 42 lat jako najstarszy zawodnik całej ligi. Po zawieszeniu butów na kołku rozpoczął nowe życie jako trener. Pierwszym jego klubem w tej roli była oczywiście Slavia Praga. Później poprowadził jeszcze kilka innych czechosłowackich zespołów, aż wreszcie przeprowadził się do Belgii. Kiedy w 1968 roku Brazylijczyk Pele zmierzał po zdobycie swojej 1000 bramki w karierze, dziennikarze sportowi rozpoczęli poszukiwania najskuteczniejszego piłkarza w historii futbolu. Tak naprawdę nie da się sprawdzić tej informacji, bo w dawnych czasach dużo meczów miało charakter nieoficjalny. Niemniej jednak, wtedy właśnie padło nazwisko Bicana. Pojawiły się nawet plotki że czeski napastnik zdobył we wszystkich spotkaniach w sumie ponad 5000 bramek! A co na to sam zainteresowany? – ,,Kto by mi uwierzył, gdybym powiedział, że strzeliłem pięć razy więcej goli niż Pele?” – zaśmiał się tylko Bican. Według statystyków piłkarskich „Pepi” zdobył 643 gole w ligowych meczach. W 1997 roku Międzynarodowa Organizacja Historyków Piłki Nożnej uznała go wraz z Pele i Uwe Seelerem najlepszym strzelcem XX wieku. Josef „Pepi” Bican spędził kilka ostatnich miesięcy swojego życia w szpitalu z chorobą serca. Miał nadzieję, że umrze w swoim domu w dzień Bożego Narodzenie. Niestety nie doczekał tego święta i zmarł dwa tygodnie wcześniej. Odszedł w wieku 88 lat jako najwybitniejszy piłkarz w historii czeskiego i austriackiego futbolu.
7
@FCBparasiempre
Josef Bican urodził się w 1913 roku w Wiedniu. Pochodził z austriacko – czeskiej rodziny. Jego ojciec był uznanym piłkarzem Herthy Wiedeń, ale wszystko zmieniło się po I wojnie światowej. Podczas bitwy został zraniony a następnie odmówiono mu operacji nerek. Wskutek tej decyzji ojciec Josefa Bicana zmarł już w wieku 30 lat. Matka pracowała w restauracji, ale nie mogła liczyć na zbyt dużą pensję. Delikatnie mówiąc – w domu się nie przelewało, a Josef pierwsze piłkarskie kroki musiał stawiać… bez butów. Eksperci twierdzili później, że dzięki temu młody „Pepi” tak wspaniale rozwinął swoje umiejętności techniczne. Josef poszedł w ślady ojca i zapisał się do szkółki Herthy Wiedeń. W tej drużynie spędził pierwsze lata swojej juniorskiej kariery. Już jako nastolatek wyróżniał się niezwykłym instynktem strzeleckim. Ciekawostką jest fakt, że w trakcie jednego z treningów, matka Josefa po faulu na synu zaatakowała sprawcę parasolem. Charakter, na który narzekano, Josef wyniósł więc z domu i nic dziwnego, że dość często zmieniał barwy klubowe. W zespołach Schustek i Farbenlutz młody snajper strzelił ponad 70 goli. A mówimy już oczywiście o rozgrywkach seniorskich. Niedługo potem jego osobą zainteresował się austriacki potentat – Rapid Wiedeń. Bican zapracował sobie na bardzo przyzwoitą jak na ówczesne czasy piłkarską pensję w wysokości 150 szylingów. Mało tego, kiedy pogroził palcem, że po raz kolejny zmieni klub, jego stawka wzrosła trzykrotnie. Jak widać, mechanizmy rządzące dzisiejszym futbolem były aktualne także blisko 100 lat temu. „Pepi” był motorem napędowym Rapidu i w znacznym stopniu przyczynił się do sukcesów tej drużyny. Na swoim koncie miał więcej strzelonych goli niż rozegranych meczów. Bramki zdobywał po uderzeniach zarówno lewą, jak i prawą nogą. Dysponował też doskonałym przyspieszeniem i śmiało mógł walczyć z najlepszymi sprinterami tamtych czasów. Podobno jego wynik na „setkę” wynosił wtedy 10,8 sekundy. W wieku 20 lat Bican pojechał na pierwszy wielki turniej piłkarski. To były Mistrzostwa Świata w 1934 roku. Najważniejszym wówczas człowiekiem w austriackim futbolu był syn żydowskiego bankiera mieszkający w Wiedniu-Hugo Meisl, jednocześnie Sekretarz Generalny Austriackiego Związku Piłkarskiego i trener pierwszej drużyny. To właśnie Meisl był pomysłodawcą zorganizowania pierwszych rozgrywek klubowych na skalę europejską – Pucharu Mitropa oraz rozgrywek międzypaństwowych — Pucharu Dr. Gerö (oba ruszyły w 1927). Brały w nich udział najsilniejsze wówczas kraje kontynentu europejskiego: Austria, Czechosłowacja, Węgry i Włochy. Pierwsze trzy z nich tworzyły tzw. szkołę naddunajską, której nauczycielem był brytyjski trener Jimmy Hogan. Jego styl, zwany szkockim, oparty był na grze krótkimi podaniami „po ziemi” i wymagał od zawodników wybitnego wyszkolenia technicznego.
Hogan był bliskim przyjacielem Hugo Meisla i wywarł ogromny wpływ na jego prowadzenie drużyny narodowej. Genialni podówczas piłkarze Anton Schall, Pepi Bican, a zwłaszcza Matthias Sindelar (zwany „Mozartem futbolu”) szybko znaleźli wspólny język i podbili piłkarski świat. Wygrana 2-1 z Czechosłowacją 12 kwietnia 1931 zapoczątkowała niezwykłą serię 14 meczów bez porażki. Jeszcze głośniej o drużynie austriackiej zrobiło się miesiąc później, gdy wygrała ze Szkocją w Wiedniu aż 5-0. To był jednak dopiero początek. Jeszcze tego samego roku Austria pokonała faworyzowane Niemcy 6-0 w Berlinie oraz 5-0 w Wiedniu, 8-1 Szwajcarię w Bazylei, a w 1932 Węgry 8-2, Szwecję 4-3, Belgię 6-1 i Włochy 2-1. Zespół Meisla natychmiast obwołano „wunderteamem” czyli „drużyną marzeń”, a pochwałom jego podopiecznych nie było końca. Tym samym na drugim mundialu w historii futbolu to właśnie reprezentacja Austrii, pod nieobecność Anglików, była wielkim faworytem mistrzostw. We Włoszech Bican pierwszy raz spotkał się z komunistami, przed którymi dzielnie uciekał przez całą karierę i którzy mimo wszystko ciągle mu towarzyszyli. Włoska impreza została wykorzystana jako pokaz potęgi i dyktatury Benito Mussoliniego. Jedyny raz w historii zdarzyło się, by w turnieju zabrakło drużyny broniącej trofeum sprzed czterech lat. Europejskie reprezentacje zbojkotowały poprzednią imprezę w Urugwaju. Teraz to Urugwaj obraził się na Europę. Marzeniem rządzących we Włoszech i Niemczech partii faszystowskich był finał pomiędzy reprezentacjami tych krajów, co miało mieć wspaniały wymiar propagandowy. Benito Mussolini robił wszystko, aby Włosi nie tylko świetnie zaprezentowali się jako gospodarze mistrzostw, ale przede wszystkim, by po prostu to mistrzostwo świata zdobyli. Służyć temu miało między innymi naturalizowanie kilku świetnych Argentyńczyków (gwiazdora poprzednich mistrzostw Luisa Montiego oraz Raimundo Orsiego, Attilio Demarię i Enrico Guaitę) czy przekupywanie sędziów (do dziś nie wyjaśniono dziwnych decyzji sprzyjających Włochom w półfinale i finale turnieju). Sam Mussolini w swojej „Doktrynie faszyzmu” podkreślał, że wszystko, co wielkie rodzi się w walce. Ze wszystkich życiowych atrybutów cenił najbardziej siłę i dominację, którą Włosi mieli pokazać na mundialu. Symbole faszystowskiej doktryny politycznej rzucały się w oczy niemal na każdym kroku. Na plakatach reprezentujących mistrzostwa widoczny był starożytny znak sędziowski – fasces lictorii – godło faszyzmu. Stadiony nazywano na cześć przywódców lub partii faszystowskich, a włoski polityk świetnie wykorzystywał mundial do własnych celów. Ówczesny selekcjoner „Squadra Azurra” Vittorio Pozzo współpracował z Mussolinim, bo faszyzm podgrzewał poczucie narodowe. Mój ojciec był bardziej patriotą, niż nacjonalistą, a to różnica. Nacjonalista postrzega wszystkich jako wrogów, a patriota wspiera swój własny kraj i akceptuje to, że inni mają te same prawa – mówił wówczas syn trenera reprezentacji Włoch. W przeniknięty korupcją i przekrętami świat bardziej polityki niż piłki nożnej wkroczyć mieli „nieskazitelni” Austriacy. Co ciekawe, już trzy i pół miesiąca przed mistrzostwami odbył się mecz towarzyski dwóch największych faworytów do tytułu. Bican i spółka postanowili wówczas popłynąć pod prąd i zmierzyć się z przyszłymi gospodarzami turnieju. Mimo braku w składzie kluczowego Mathiasa Sindelaara zagrali fantastyczne spotkanie, zwyciężając 4-2. Zażenowani Włosi zdecydowali się na teksańską masakrę piłą łańcuchową, powszechnie znaną jako „skalpel Pozzo”.
Wściekły Benito Mussolini nakazał szkoleniowcowi rewolucję. Ten wiedząc, że nie ma innego wyjścia, a raczej, że takie mu się nie opłaca, natychmiast odsunął od reprezentacji kilku zawodników. Szczególnym szokiem dla kibiców była rezygnacja trenera ze wszystkich najlepszych defensorów Juventusu (poza Giamberio Combim) czy z niezwykle popularnego w tamtych czasach Renato Cesariniego. Skład Włochów prezentował się wyjątkowo przeciętnie. Gdzie jednak gospodarz nie może, tam sędzia pomoże. W turyńskim debiucie austriacki „wunderteam” dopiero po dogrywce uporał się z Francuzami 3-2. Decydującego gola w dramatycznych okolicznościach (109 minuta) strzelił Bican i uratował honor swojego kraju. Po spotkaniu pojawiło się ogromne zainteresowanie wiedeńskim napastnikiem, a kolejny mecz w jego wykonaniu mieli oglądać przedstawiciele największych klubów świata. Później po niezwykłym boju „Pepi” i spółka rozprawili się z Węgrami, by w półfinale zmierzyć się z gospodarzami turnieju, wprowadzonymi do najlepszej czwórki przez sędziów – Włochami. Mecz przebiegał w niezwykle burzliwej atmosferze, nikt nie ukrywał, że to Squadra Azzurra musi zagrać w finale. I to choćby najwyższym kosztem. Sędziowie, którzy nie ukrywali kolacji z Benito Mussolinim, pomagali gospodarzom jak tylko mogli, gwizdali 'faule duchy’ Austriaków, a przy brutalnej grze Włochów puszczali grę. Kombinacji była cała masa, spotkanie było wyreżyserowane od początku do końca. Włoski przywódca spoglądający na całą sytuację z trybun tylko klaskał, udając przejęcie, tak naprawdę ciesząc się w głębi, że jego plan działa, a jego kraj wygrywa. Bo jak mogłoby być inaczej. Prawdziwą farsą całego pokazu korupcji mistrzostw była sytuacja z golem dla gospodarzy. Otóż po jednym ze strzałów bramkarz Austrii przyklęknął, trzymając piłkę w rękach. Natychmiast zaatakował go Meazza, doprowadzając do wypuszczenia piłki przez goalkepeera, dzięki czemu Guaita dobił piłkę już niemal z linii bramkowej i strzelił jedynego gola spotkania. Faul był ewidentny. Decyzja kuriozalna. Arbiter spotkania dzięki bezbłędnemu wypełnieniu swojej roli, poprowadził finał mundialu, który oczywiście wygrały Włochy. Austriacy, w tym Bican, narzekali wówczas na mokre boisko, które uniemożliwiało im ich ulubioną grę po ziemi, a zwłaszcza na ostrą grę przeciwników, w której technicznie grający piłkarze nie mieli szans się przeciwstawić… Meisl nazwał to spotkanie „uliczną burdą, a nie piłkarskim meczem” i na zawsze zerwał przyjaźń z trenerem Włochów Vittorio Pozzo… Dziennikarze, już po zwycięstwie gospodarzy w finale wymownie pytali: „I to jest drużyna rzekomo zwana mistrzem świata?”. Słowa powtarzali parę miesięcy później, gdy mistrz już po 12 minutach przegrywał z Anglią 0-3… Na turnieju Josef zagrał w czterech meczach i strzelił jednego gola. Reprezentacja Austrii odniosła wtedy spory sukces, bo dotarła aż do półfinału, ale kibice byli załamani. Od pamiętnego meczu z Czechosłowacją była to dopiero trzecia porażka „wunderteamu” (31 meczów – 101 strzelonych goli!). Fani liczyli na mistrzostwo świata, a po porażce w meczu o III miejsce z III Rzeszą wracali do kraju bez medalu. To był dla nich wstyd. „Pepi” zagrał udany turniej, zebrał bardzo pochlebne recenzje i o młodym napastniku robiło się coraz głośniej… Rok po udanym mundialu Bican wywołał wielkie kontrowersje swoją decyzją. Postanowił odejść z Rapidu do drużyny wielkiego rywala – Admiry. Nie ukrywał, że potrzebuje nowych wyzwań. W poprzednim klubie osiągnął już niemal wszystko. W nowym zespole nie było już jednak tak łatwo o sukcesy. Zdobycie jednego Pucharu Austrii z Admirą wygląda niezwykle blado w porównaniu do osiągnięć zaksięgowanych przez niego w okresie gry w Rapidzie…
Wtedy, w 1936 roku Austria, bez udziału Bicana, wzięła udział w kolejnej wielkiej imprezie, którą znów zdominowała polityka. Igrzyska Olimpijskie miały odbyć się w Berlinie, a głównym celem Hitlera było jak najlepsze wyszkolenie niemieckich sportowców tak, aby mógł z łatwością potwierdzić wyższość rasy aryjskiej. Dużą rolę odegrał tutaj minister propagandy w III Rzeszy Joseph Goebbels. Niemieckich sportowców przedstawiano we wręcz mityczny sposób. Wszyscy oczywiście bardzo dobrze umięśnieni, z niebieskimi oczami i blond włosami. Dużą rolę przyłożono do wychowania fizycznego, w szkołach najpierw podniesiono liczbę godzin w-f z dwóch na trzy tygodniowo, a później z trzech na pięć. Z czasem doszło nawet do tego, że wychowanie fizyczne było ważniejsze niż takie przedmioty jak matematyka czy fizyka, a kiepskie rezultaty sportowe mogły doprowadzić nawet do wyrzucenia ze szkoły. Nie brakowało nawiązań do kultury greckiej, a szczególnie spartańskiej. I znów jak w przypadku Włochów, tak i w Niemczech dominował kult siły. Niestety nie tej sportowej. Bo sport dla Hitlera i Mussoliniego nie miał absolutnie żadnego znaczenia. Włosi pokonali w finale Austrię, nadal prowadzoną przez Meisla. Mecz pomiędzy tymi reprezentacjami po raz kolejny niewiele miał wspólnego ze sportem, a jego sędziowanie znów udowodniło, kto ma wygrywać na faszystowskiej ziemi. Turniej ten miał olbrzymie znaczenie dla późniejszej kariery Bicana (choć w nim nie zagrał), bo rozwinął siłę hitleryzmu, a niemiecki przywódca chciał mieć po swojej stronie coraz głośniejsze nazwiska, także te sportowe. W Admirze Bican zbyt długo nie zabawił. W 1937 roku przeniósł się do ligi czechosłowackiej. Na początku reprezentował tam barwy Slavii Praga. Niemal od razu dał się poznać jako typowy lis pola karnego. Zdobywał gole seriami z niebywałą wręcz regularnością. W ciągu kilku lat potrafił ustrzelić blisko 400 goli w oficjalnych meczach! Dzięki niemu Slavia rok w rok z łatwością kolekcjonowała tytuły mistrzowskie. Josef szybko związał się z czeską ziemią i uzyskał nawet obywatelstwo tego kraju. Z uwagi na niedopatrzenia organizacyjne okazało się jednak, że nie będzie mógł wystąpić na Mistrzostwach Świata w 1938 roku. Pozostały mu jedynie spotkania towarzyskie, w których oczywiście był piekielnie skuteczny. W latach II wojny światowej osiągnął szczyt formy. Wybitni sportowcy świetnie spełniali w tym okresie role propagandowe, dlatego Hitler za wszelką cenę chciał go wykorzystać jako twarz swojej ideologii. Przywódca III Rzeszy miał nakłaniać Bicana do podpisania niemieckiej listy narodowościowej. W domu Josefa mówiło się wprawdzie w języku niemieckim, ale ten mimo to postanowił odmówić.
9
To był genialny snajper:
Giuseppe Meazza, Alfredo Di Stefano, Ferenc Puskas, Artur Friedenreich, Fernando Peyroteo, Just Fontaine, Pele, Gerd Mueller, Johan Cruyff, Ronaldo – myślicie, że słyszeliście o wszystkich najskuteczniejszych piłkarzach w historii? Odpowiedź brzmi „nie”, jeżeli nie znacie… no właśnie kogo(?) tego dowiecie się w odpowiedzi na mój komentarz
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360