0

@Nazio_87 Wspaniały? to się dopiero okaże. W minionym sezonie był 9-tym bramkarzem La Liga, tak dla przypomnienia

1

No to zabawe czas zacząć! A bohaterem tej zabawy kto? Ronald Araujo, najlepszy obrońca Barcuni

1

Nasz Robert Lewandowski chyba cudownie ozdrowiał bo już kopie piłe i chiba będzie grał...?

0

@Gary No skoro tak, to jeszcze interesuje mnie gdzie te penye w Polsce się znajdują? A i jeszcze czy na ten Kongres Fanklubów wymagana jest znajomość obcego języka?

0

@Faro O masz ci babo placka! A skąd takie informacje!?

1

@mordini123 A czyli na jutubie. Dzięki śliczne za informacje

0

@Faro To jakaś chińszczyzna, nic z tego nie rozumiem!

1

Czy ktoś się orientuje na jakim programie będzie transmitowany Superpuchar Anglii?

1

@FCBparasiempre
Do Buenos Aires wrócił natomiast na kilka dni Ferreira, dla którego mistrzostwa zbiegły się z egzaminami na studiach prawniczych. Jego nieobecność oznaczała szansę dla Guillermo Stabilego, 167-centymetrowego napastnika Huracanu, którego cienki wąsiki i czujne spojrzenie strzelca wyborowego sprawiały wrażenie że traktuje świat z mieszaniną rozbawienia i gotowości do zadania śmiertelnego ciosu. W pierwszych 17 minutach meczu z Meksykiem strzelił dwa gole a Argentyna objęła 3 bramkowe prowadzenie i choć później Bonfiglio obronił rzut karny Paternostera, to ostatecznie Albicelestes wygrali 6:3 a Stabile został autorem drugiego na mundialu hattricka. Dwa kolejne gole Stabile dorzucił w meczu, który zapewnił Argentyńczykom miejsce w półfinale a mianowicie toczonym w atmosferze wrogości zwycięstwie 3:1 z Chile. Zdjęcia z tego meczu pokazują co najmniej 30 policjantów usiłujących przerwać bijatykę między zawodnikami po tym, jak prawy pomocnik Chile Arturo Castro sfaulował Montiego a ten spróbował wymierzyć sprawiedliwość waląc rywala pięścią w nos. W półfinale dopingowana przez tysiące widzów, którzy specjalnie na tę okazję przebyli La Plate, Argentyna była nie do zatrzymania. W pierwszej fazie meczu Tracey nie wykorzystał wprawdzie dwóch dobrych okazji dla Stanów Zjednoczonych ale gdy tylko w 20 minucie Monti wyprowadził Argentyńczyków na prowadzenie, losy awansu nie mogły budzić wątpliwości, zwłaszcza że w przerwie Tracey opuścił boisko ze zwichniętym kolanem a w drugiej połowie bramkarz Jimmy Douglas odniósł z kontuzją nogi. W 56 minucie Alejandro Scopelli zdobył drugiego gola a później Stabile i Carlos Peucelle strzelili śmiertelnie zmęczonym rywalom każdy po dwa gole. Zadania nie ułatwił Amerykanom ich fizjoterapeutę, który upuścił butlę z chloroformem, czasowo oślepiając pomocnika Andiego Aulda. Jim Brown zdobył wprawdzie honorowego gola w ostatniej minucie ale i tak wynik 6:1 trzeba uznać za demonstrację siły rywali. Cokolwiek czynili Argentyńczycy, Urugwajczycy również potrafili to zrobić, w swoim półfinale rozbili Jugosłowian w tym samym stosunku 6:1 Oznaczało to że finał pierwszych Mistrzostw Świata będzie taki, jakiego się wszyscy spodziewali: 111 Derby La Platy. Był to prawdopodobnie najważniejszy mecz w dziejach regionu a jego wynik pamięta się do dziś. ,, Jeśli miałbym wymienić jeden mecz, którego wolałbym nie pamiętać byłby to finał mundialu Urugwaj - Argentyna. A przecież ciągle go pamiętam. Ciągle mam go w głowie. Zrobiłbym wszystko żeby cofnąć czas i móc rozegrać go od nowa"- wspominał prawy łącznik Argentyny Pancho Varallo na kilka miesięcy przed śmiercią w 2010 roku. Varallo odniósł w karierze piłkarskiej mnóstwo sukcesów, zdobył trzy mistrzostwa kraju z Boca Juniors ale nawet w wieku 100 lat nie potrafił ukryć irytacji na myśl o tym że Argentyńczycy byli wówczas zdecydowanie lepsi. ,,Szkopuł w tym że spokojnie wygrywaliśmy, naprawdę spokojnie. Do przerwy było 2:1 dla nas ale powinno być więcej. Tańczyliśmy z nimi"- mówił Varallo. Naczelnik poczty argentyńskiej wynajął statek towarowy, który miał przewieźć go wraz z ekipą przyjaciół na drugi brzeg Estuarium i nie był to odosobniony przypadek, gdyż około 15 000 jego rodaków zapakowało się na parowce i transatlantyki, które w drodze do Europy zatrzymywały się w Montevideo. Niekorzystna pogoda spowodowała że wielu utknęło we mgle i dotarli do Urugwaju dopiero dzień po finale. Jeszcze więcej Argentyńczyków stawiło się w dokach Buenos Aires żeby pożegnać odpływających kibiców śpiewem ,,Argentina si! Uruguay no!". Po południu zamknięto biura, choć wielu pracowników i tak nie wróciła do domu żeby słuchać transmisji w radiu fabryka General Motors przerwała produkcję a izbę deputowanych odwołała posiedzenie. Nad tłumem widać było transparenty głoszące wiarę w zwycięstwo. Około 50 000 ludzi zgromadziło się przed redakcjami gazet żeby słuchać aktualizowanych sprawozdań z meczu przez wystawione na zewnątrz głośniki. Finał był wydarzeniem, które przyciągnęło celebrytów. Dzień przed meczem Carlos Gardel odwiedził reprezentację Argentyny w ośrodku treningowym. Od piłki nożnej wolał wprawdzie jazdę konną i publicznie chciał zachować neutralność między rzekomym krajem urodzenia a państwem, którego obywatelstwo przyjął ale nie było wątpliwości że prywatnie życzy zwycięstwa Argentyńczykom. Oficjalnie finał Mistrzostw Świata oglądało 68 346 widzów ale w rzeczywistości było to ponad 80 000 ludzi a kolejne tysiące zebrały się na ulicach wokół Centenario przed wejściem na stadion kibiców poddawano rewizji żeby sprawdzić czy nie wnoszą broni a sędzia doświadczony Langenus przygotował sobie plan ewakuacji, umożliwiający dotarcie na statek zaraz po zakończeniu meczu. ,,Czułem prawdziwy strach"- opowiadał później. Śmiercią grożono także Montiemu, który z początku odmówił gry, co wywołało konsternację w całej drużynie, zwłaszcza że rutynowany pomocnik Adolfo Zumelzu, który mógłby go zastąpić był niezdolny do gry z powodu kontuzji. Kiedy wszystkie próby przekonania Montiego zawiodły, ustalono że w jego miejsce zagra Alberto Chividini, mający wcześniej na koncie tylko trzy występy w reprezentacji ale w przedmeczowy poranek Lider reprezentacji oświadczył że ostatecznie gotów jest wyjście na boisko. Morale drużyny już jednak ucierpiało, tego że twardziel Monti nagle się przestraszył, Varallo nie potrafił mu wybaczyć nawet po 80 latach. ,,Urugwajczycy ograli nas bo byli cwani. No i umieli wykorzystać to że są gospodarzami. Niektórzy moi koledzy bali się jakie będą konsekwencje naszej wygranej. Luis Monti był świetnym piłkarzem ale tego dnia pozostawał kompletnie niewidoczny. Gdyby jakiś Urugwajczyk się przewrócił pewnie próbował by go podnieść. Podobno dostawał listy z pogróżkami, mnie by to nie obeszło. Był taki obrońca urugwajski, który krzyczał do mnie: ,,zostaw tę piłkę bo cię zabiję" ale ja to olewałem. Potem Zresztą podbiegł następny i zawołał: ,,nie zwracaj na niego uwagi, to świr"- wspominał Varallo. Varallo twierdził że nigdy nie pozwoliłby sobie na taką słabość, jaką okazał Monti. ,,Mój kuzyn, który często jeździł do Urugwaju żeby organizować mecze dla Estudiantes i Gimnasii, przyjechał do Montevideo właśnie tego dnia i odwiedził hotel Urugwajczyków. Kiedy go ujrzeli, zapytali co tu robi. ,,Przyjechałem zobaczyć mojego kuzyna Varallo", odpowiedział. ,,aaa, on jest pierwszy, którego musimy wykosić", usłyszał. Problem w tym że opowiedział mi to dopiero, gdy wróciliśmy do Argentyny! Wtedy nie pisnął ani słowem. Ale ja miałem charakter, nie dbałem o to, czy ktoś chce mnie zastraszyć. Miałem kontuzję, więc myślałem że nie zagram w tym finale ale rano przed meczem próbowałem trochę pobawić się piłką w jakimś kurniku niedaleko naszego hotelu w Santa Lucia i kolano spisało się całkiem nieźle. Najbardziej doświadczeni członkowie drużyny uznali więc że powinienem zagrać. W tamtych czasach to najstarsi piłkarze podejmowali decyzję. To prawda, mieliśmy trenera ale on się nie liczył, nie pamiętam nawet jak się nazywał. Okropnie chciałem grać, nawet sobie nie wyobrażacie, jak bardzo marzyłem o pokonaniu tych całych Urugwajczyków. Wiecie, prawdziwe Derby Ameryki Południowej to mecze Argentyna - Urugwaj. To tutaj grali najlepsi piłkarze a meczami z jakąś Brazylią nikt się wtedy nie przejmował"- wspominał Varallo.

Legenda głosi że trener Francisco Olazar tłumaczył taktykę, rysując ustawienie na wilgotnym wciąż cemencie w szatni i że naszkicowane przezeń wówczas linie są widoczne do dzisiaj. Wydaje się to niemożliwe nie tylko dlatego że trudno sobie wyobrazić Olazara wydającego wówczas taktyczne instrukcje ale mniejsza o to, powszechna chęć wiary w baśniowe historie wiele mówi o mitycznym statusie tamtego meczu po obu stronach ujścia La Platy. To przecież jak z wyżłobieniami w skale czy nierównościami w ziemi, w których niektórzy dopatrują się śladów smoczych pazurów lub stóp olbrzymów. Mecz tej rangi po prostu musiał odcisnąć jakieś piętno nawet na środowisko naturalnym. Varallo zdawał sobie sprawę ze znaczenia tego meczu i z oczekiwań rodaków. ,,Siedzieliśmy w szatni przed meczem, kiedy asystent trenera wręczył mi plik telegramów, wszystkie z życzeniami powodzenia. Wysyłali je krewni, przyjaciele, lekarze ale też wielu mieszkańców mojego rodzinnego miasta, La Platy, których osobiście nie znałem. Lektura tych wiadomości była tak poruszająca że wielu z nas miało łzy w oczach. Trudno było się skupić przed grą"- wspominał. Emocje sięgnęły zenitu, gdy sędzia Langenus w tradycyjnym kaszkiecie i pumpach wyprowadził obie drużyny na murawę. ,,To było niezwykłe przeżycie zobaczyć ten wielki tłum wypełniający trybuny. Widownia składała się w większości z Urugwajczyków, którzy zaczęli nas wyzywać ale było też trochę rodaków, nawet jeśli większość statków nie mogła przepłynąć przez La Plate z powodu mgły. Wśród publiczności był też mój ojciec ale musiał opuścić stadion, zasłaniając się urugwajską flagą. Po prostu niektórzy Urugwajczycy polowali na Argentyńczyków i próbowali ich pobić. Nigdy tego nie zapomnę. Od najpiękniejszych momentów po najgorsze, wszystko się wówczas wydarzyło"- opowiadał Varallo. Wypada jednak zauważyć że na ocalałych taśmach filmowych, wyblakłych tak bardzo że boisko wydaje się wysypane piaskiem lub trocinami, nie widać przesadnej wrogości tłumu a raczej mężczyzn w garniturach podrzucających w powietrze czapki i kapelusze. Z drugiej strony, zważywszy także na wspomnienia Langenusa, argentyńskie obawy nie były chyba bezpodstawne. Pierwszy konflikt argentyńsko-urugwajski trzeba było zresztą zażegnać już kilka godzin wcześniej, kiedy obie drużyny domagały się aby mecz rozgrywano piłką wyprodukowaną w ich kraju i na szczęście Langenus i tym razem okazał zdrowy rozsądek, orzekając że argentyńską piłką zawodnicy będą kopać w pierwszej połowie a urugwajską w drugiej. Grający nie swoją piłką Urugwaj objął jednak prowadzenie. Kiedy Paternoster w 12 minucie meczu zablokował strzał Scaronego, futbolówka trafiła do Castro. Ten zagrał ją na prawo, skąd Pablo Dorado huknął z całej siły a piłka przeleciała pod brzuchem bramkarza Botasso, który po fazie grupowej zastąpił Bossio między słupkami. Paradoksalnie stracona bramka uspokoiła jednak Argentyńczyków, choć nie Montiego, który(jak pisał sprawozdawca ,,El grafico”) ,, stał dosłownie bez ducha w środku pola, nie przypominając ani trochę znakomitego rozgrywającego, którego pamiętaliśmy stylu meczów". Goście odzyskali pewność siebie i po 8 minutach wyrównali. Ubrany w jasny beret Juan Evaristo wymienił podania z Montim i oddał piłkę do Nolo Ferreiry, który po powrocie z egzaminów odzyskał pozycję lewego łącznika. Odegrał do prawo skrzydłowego Peucellego, który minął Alvaro Gestido i uderzył wysoko tuż przy dalszym słupku. 8 minut przed przerwą Argentyna już prowadziła. Jose Nasazzi, który poza tym incydentem rozgrywał znakomity turniej w urugwajskiej defensywie, minął się z dalekim podaniem Montiego pozwalając Stabilemu zdobyć jego ósmą bramkę podczas mistrzostw. W przerwie Argentyńczycy wydawali się kontrolować losy spotkanie ale druga połowa przyniosła urugwajską szarżę, manifestację ,,garra", co dosłownie tłumaczy się jako pazur ale przede wszystkim oznacza twardość, determinację, uliczną mądrość, uważany za kluczowe elementy miejscowego charakteru narodowego. Z pewnością gospodarzom pomogło to że Varallo, Botasso i Evaristo zmagali się z urazami. Argentyna miała okazję na podwyższenie prowadzenia, lecz Stabile jej nie wykorzystał a potem przyszła chwila, w której według Varallo los odwrócił się od jego kraju: ,,Pamiętam że kontratakowaliśmy, byłem przy piłce, strzeliłem na bramkę, piłka minęła bramkarza, szła w samo okienko i... trafiła w spojenie słupka z poprzeczką... Na całym stadionie zapadła cisza. Piłka wyszła poza boisko a najgorsze było to że uderzyłem tak mocno że moje kolano kompletnie się już rozsypało. Próbowałem grać dalej, kulejąc. Tamten gol mógł wszystko zmienić. Tymczasem zamiast 3:1 zaraz zrobiło się 2:2 a ja nie mogłem już biegać. Przeszedłem na skrzydło ale w gruncie rzeczy powinienem zejść z boiska. Problem w tym że wtedy nie można było jeszcze dokonywać zmian. Grałem więc ze straszliwym bólem a potem mecz zamienił się w piekło". Urugwajczycy wyrównali w 12 minucie drugiej połowy. Środkowy pomocnik Lorenzo Fernandez, po przerwie operujący nieco wyżej niż w pierwszych 45 minutach, podał z rzutu wolnego do Castro, który dostrzegł w polu karnym Scaronego stojącego tyłem do bramki. Scarone przerzucił piłkę nad ramieniem i dwoma argentyńskimi obrońcami, Jose Della Torre i Paternostrem a Cea wepchnął ją do siatki. Utykając na skrzydle Varallo został kompletnie zdominowany przez Ernesto Maschroniego. W 62 minucie Urugwajczyk odebrał mu piłkę, popędził do przodu i podał do lewoskrzydłowego Santosa Iriarte. Płaski strzał tego ostatniego zaskoczył Botassa, piłka minęła bramkarza na długo przed tym, zanim zdążył się rzucić. ,,Przegraliśmy ten mecz w drugiej połowie bo zabrakło nam charakteru. Niektórzy piłkarze naprawdę dali się zastraszyć i zamienili się w tchórzy"- wspominał Varallo. Czasami jedna odwaga potrafi zaburzyć trzeźwy ogląd w rzeczywistości. Wielu uważało później że zważywszy na stan jego kolana, Varallo w ogóle nie powinien grać w tym meczu. W końcówce miał zresztą jeszcze jedną okazją ale powstrzymał go Jose Andrade a w ostatniej minucie jednoręki Castro przypieczętował zwycięstwo Urugwaju po dośrodkowaniu Pablo Dorado, wyprzedzając Della Torre i główkując ponad rękami Botassa. ,,Argentyna grała z wielką wyobraźnią i elegancją ale jej techniczna doskonałość nie była w stanie zrekompensować zaniedbywania kwestii taktycznych. Z dwóch zespołów z nad La Platy Urugwajczycy przypominali mrówki a Argentyńczycy cykady"- pisał wielki włoski dziennikarz i historyk futbolu Gianni Brera.

Jules Rimet wręczył więc swój puchar Raulowi Jude prezydentowi urugwajskiej federacji piłkarskiej, w kraju zaś ogłoszono święto państwowe a sędzia Langenus szczęśliwie dotarł na swój statek. Sprawozdawca ,,El grafico’’ Alfredo Rossi nie był jednak zachwycony: ,, Belgijski sędzia Langenus przymykał oko na brutalne w śliskich reprezentantów Urugwaju, choć Argentyńczycy dostosowali się do wcześniejszych ustaleń, unikając ostrych fauli i szanując zasady Fair Play. Mam również zastrzeżenie do zachowania Urugwajczyków poza boiskiem a mianowicie do anonimowych telefonów i listów z pogróżkami wysyłanych piłkarzom przy okazji meczu z Francją i do artykułów prasowych, które osłabiły morale Montiego. Inny problem to pomyłki działaczy federacji, zmuszenie kapitana do gry i wystawienie kontuzjowanego Varallo zamiast zdolnego do gry z Scopellego". Nastroje w Argentynie były fatalne. Zaatakowano urugwajską ambasadę, ponownie zorganizowano też marsz kibiców, o ile jednak ten pierwszy, przedmeczowy był demonstracją nadziei i poparcia dla drużyny, to podczas drugiego argentyńskie flagi niesiono opuszczone na znak żałoby. Dwóch mężczyzn zostało ponoć zastrzelonych za odmowę oddania hołdu przechodzącej paradzie a nie roztropnie wymachującą urugwajską flagą kobietę wychylającą się z balkonu na Plaza de Mayo obrzucono kamieniami. Argentyńska Federacja futbolu amatorskiego, która wciąż jeszcze zajmowała się sprawami drużyny Narodowej (zawodowstwo miało zostać wprowadzone w 1931 roku) zerwała stosunki z federacją urugwajską. Jakże uprzejmie. Artykuł wstępny w ,,La Nacion’’ potępiał wprawdzie ,, fatalne maniery" tych, którzy nie potrafili pogodzić się z porażką ale ,,La Prensa" przenosiła całą wściekłość z Urugwajczyków na tych, którzy (jej zdaniem) zawiedli cały naród. ,, Argentyńskie drużyny wysyłane za granicę mają być symbolem narodowej dumy, nieważne o jakim sporcie tu mówimy. W ich skład nie mogą wchodzić ludzie, którzy mają z tym problemy... Nie trzeba nam takich, którzy padają po pierwszym ciosie i którzy są bliscy omdlenia przy pierwszej przeszkodzie, niezależnie od tego jak zręcznie panują nad piłką. Piłkarzy panienki należy wyeliminować z reprezentacji"- ogłaszano na tych łamach. ,,El grafico” poszło jeszcze dalej kwestionując sam sens organizowania turniejów międzynarodowych: ,, mistrzostwa świata są skończone. Triumfalnie dla Urugwaju ale tak naprawdę szczęśliwie dla wszystkich, gdyż trzeba powiedzieć że rozwój tych rozgrywek wiązał się z atmosferą nie tylko nieprzyjazną ale i pełną niewdzięczności. Ich epilog nie mógł być bardziej raniący. Mecz piłkarski po raz kolejny, jak tyle razy przedtem stał się sceną, na której obejrzeliśmy wielki spektakl braku kultury, brutalnych zachowań, zaciekłości i wyzwisk. Tytułowi mistrza świata nadaje się przesadne znaczenie a sam turniej zostawia w naszych sercach smutne i bolesne wspomnienie". Z zaskakującym brakiem samoświadomości, zażywszy na to, jak często publicyści tego pisma używali futbolu do budowania argentyńskiej tożsamości narodowej, wstępniak ,,El grafico” krytykował tych, którzy zamiast zwykłego sportu widzieli w piłce nożnej manifestacje narodowej dumy. ,, Fatalna edukacja sportowe piłkarskich władz miała wielki wpływ na zachowanie kibiców. Można było odnieść wrażenie, jakby to od zachowania tych 22 mężczyzn próbujących umieścić piłkę w bramce przeciwnika zależała pomyślność każdego ,,barrio" i przyszłość całego narodu". Ośmiu zawodników, którzy wystąpili w finale nigdy już nie założyły reprezentacyjnej koszulki. Dla Stabilego 4 mecze na mundialu (spotkania, w trakcie których strzelił aż 8 goli) były jedynymi, który rozegrał w drużynie narodowej. Rozczarowujący wynik ostatniego pojedynku nie był oczywiście jedynym powodem. Futbol zmieniał się radykalnie, czego najlepszym dowodem było to że Monti(będący wciąż niezależnie od tego, jak kiepsko zagrał w finale mundialu, jednym z ikonicznych piłkarzy argentyńskich) opuścił San Lorenzo, aby przeprowadzić się do Włoch i grać w Juventusie. Piłkarze zaczynali być świadomi własnej wartości i zdawać sobie sprawę że zyski z gry mogą czerpać gdziekolwiek w świecie. Wywierali tym samym dodatkową presję na argentyńskie kluby, które musiały zwiększyć przychody, by uniknąć drenażu talentów. Rozrastająca się struktura rozgrywek krajowych sprzyjała reformom. Argentyński futbol nigdy już nie miał być taki sam...

2

@FCBparasiempre
Wirtuozi i odwieczni wrogowie z nad La Platy:

W Argentynie liczba graczy i widzów wzrosła po zakończeniu I wojny światowej. W ślad za oficjalną ligą(bądź w czasach schizmy- ligami) powstawały niezliczone mniejsze organizacje piłkarskie, związane z poszczególnymi zawodami lub ugrupowaniami politycznymi widownia na meczach regularnie przekraczała 10 000 osób, co oznaczało że w klubach pojawiało się coraz więcej pieniędzy a dzięki nim podnosiły się standardy. ,,Zawodnicy, którzy tworzą nasze czołowe drużyny lokalne są profesjonalistami w każdym calu, tak samo jak ci z najtwardszych i największych lig w Anglii. Piłkarze argentyńscy grają zimą i latem, trenują codziennie i są zatrudnieni przez dżentelmenów zainteresowanych finansowym wspieraniem wielkich drużyn"- donosił ,,Herald" w 1926 roku. Wielu z tych dżentelmenów było także postaciami znaczącymi politycznie. Politycy pojawiali się na meczach już w trakcie pierwszych tournee angielskich zespołów ale w latach 20-tych zaczęli się też angażować w zarządzanie klubami. Aldo Cantoni, był na przykład senatorem San Juan a także prezydentem AFA i prezesem Huracanu. Pedro Bidegain z kolei był prezesem San Lorenzo i jednym z czołowych działaczy UCR. Osobista interwencja prezydenta Alveara, która miała zakończyć rozłam w związku piłkarskim pokazuje zresztą najlepiej że futbol już wówczas odgrywał ważną rolę polityczną. Jedna z dwóch instytucji rządzących argentyńską piłką mogła mieć w nazwie słowo ,,amatorski" ale w momencie zjednoczenia była to już oczywista fikcja. W 1926 roku na łamach ,,El Grafico” ukazał się artykuł, z którego wynikało jednoznacznie że niektórzy piłkarze(nazwisk nie podawano) dostają za swoją grę pieniądze. Czasem odbywało się bez przepływu gotówki a zawodnicy otrzymywali stroje, członkostwa w klubach i garnitury. Bez formalnych kontraktów piłkarzy byli też panami samych siebie i mogli zmieniać kluby, kiedy tylko chcieli. ,,Buenos Aires Herald" w swoim anglosaskim podniosłym tonie zauważał że określenie argentyńskiego futbolu mianem ,,amatorskiego" zakrawa na ,,kreolski żart". Europejskie kluby jawnie już zawodowe i coraz bardziej skłonne doprężenia finansowych muskułów dostrzegły potencję futbolu znad La Platy po urugwajskim złocie na igrzyskach w 1924 roku i szybko zaczęły interesować się także piłkarzami z Argentyny. W 1925 roku napastnik News Old Boys Julio Libonnatti, 24-latek z zaczesaną do góry grzywą i wielkim krzywym nosem został wypatrzony przez Enrico Maroniego, włoskiego przedsiębiorcy zarządzającego zarówno firmą produkującą alkohol Cinzano, jak i klubem piłkarskim Torino i stał się pierwszym ,,oriundi”, mieszkańcem Ameryki Południowej z włoskimi korzeniami, który wrócił do kraju przodków. Reprezentant kraju, zdobywca ośmiu goli w 15 meczach w drużynie narodowej, był członkiem zespołu, który wywalczył Campeonato Sudamericano w 1921 roku ale we Włoszech odnosił jeszcze większe sukcesy. Wesoły i charyzmatyczny, znany z jedwabnych koszul i generalnie fantazyjnego podejścia do strojów szybko stał się ulubieńcem Turynu i otrzymał przydomek ,,matador” w sezonie 1926/27, w którym Torino teoretycznie zdobyło mistrzostwo ale straciło tytuł po oskarżeniu o przekupienie lewego obrońcy Juventusu Luigiego Alemandiego, który miał odpuścić mecz derbowy, zdobył 21 goli, był także królem strzelców rok później, kiedy scudetto dla Torino nie zostało już zakwestionowane. Najistotniejsze w całej tej historii było to że w październiku 1926 roku Libonatti został powołany do reprezentacji Włoch a wcześniej otrzymał podwójny obywatelstwo, co umożliwiło obejście zapisów Carty di Viareggio, przyjętych w tym samym roku regulacji, które znacznie ograniczyły piłkarzom z zagranicy możliwość w lidze włoskiej. Po Libonattim drzwi dla przybyszów z Ameryki Południowej stanęły otworem. Włochy oferowały wysokie pensje, kulturę niespecjalnie odległą od argentyńskiej i szansę międzynarodowej sławy. Raimundo Orsi, który pokazał się z dobrej strony na igrzyskach w 1928 roku został skoszony przez Juventus tygodniówką w wysokości 8000 lirów, Fiatem 509 i 100 000 lirów za podpisanie kontraktu. Po wcześniejszych trzech mistrzostwach ligi ,,Asociacion Amateur” z Independiente napastnik ten wywalczył pięć ,,scudetti” z Juventusem. Był także jednym z trzech piłkarzy urodzonych w Argentynie (obok byłego napastnika Estudiantes Enrique Guaity i co było dla Argentyny wielkim ciosem, jej Wielkiego kapitana i lidera Luisa Montiego), którzy wywalczyli z reprezentacją Włoch mistrzostwo świata w 1934 roku. Trener Włochów Wittorio Pozzo był oczywiście krytykowany za stawianie na cudzoziemców, lub, jak rząd faszystowski nazywał obywateli z włoskimi korzeniami, którzy zdecydowali się wrócić do kraju przodków, rimpatriati, repatriantów ale przekonywał że skoro powołuje się ich do wojska, byłoby absurdem zakazywać im gry w reprezentacji. ,,Jeśli mogą umierać dla Włoch, mogą dla nich grać"- mówił. Guaita skądinąd próbował w 1936 roku przenieść się do Francji wraz z innymi ,,oriundi”, Scopellim i Sormanim, w obawie przed wysłaniem na Abisyńską kampanię Mussoliniego.

Exodus piłkarzy przez La Plate nie miał wpływu na urugwajską dominację w mistrzostwach Ameryki Południowej. Cztery miesiące po zwycięstwie na olimpiadzie, tym razem na własnym terenie Urugwaj zdobył Campeonato Sudamericano po raz piąty a tytuł zapewnił mu wywalczony w ostatnim meczu bezbramkowy remis z Argentyną. Bohaterem turnieju został jednak bramkarz tej ostatniej, grający na co dzień w Boca Juniors Americo Tesoriere, który przez całe mistrzostwa nie puścił ani jednego gola a po ostatnim meczu pełni zachwytu kibice gospodarzy znosili go z boiska na ramionach. Scenę tę umieszczono w nakręconym W 1949 roku w filmie ,,Con los mismos colores"(w tych samych barwach), według scenariusza Borocoto i w reżyserii Carlosa Torresa. Jak zauważył Pablo Alabarces w książce ,,Football and Patria”, film świadomie kreował Tesorierego na bohatera narodowego, nawet za pomocą sposobu, w jaki nakręcono kluczową scenę: ,, profil 3/4, uchwycony ze średniego dystansu, bohater patrzący w przyszłość, w prawo". Nieco ponad dwie dekady później u szczytu potęgi Perona, Borocoto wracał do lat 20-tych, próbując utrwalić narodowy mit. Argentyna wygrała Campenato Sudamericano w Buenos Aires w 1925 roku ale po wycofaniu się Urugwaju i Chile w tamtej edycji turnieju uczestniczyły zaledwie trzy drużyny. W 1926 roku w Santiago sprawy wróciły do znanego wcześniej porządku. Tytuł wywalczył Urugwaj a Argentyna musiała się zadowolić wicemistrzostwem aż wreszcie, w 1927 roku w limie okazała się lepsza od ,,La Celeste”. Samobójcze bramka z 85 minuty dała jej zwycięstwo 3:2 i trzecie mistrzostwo kontynentu w dziejach. Teraz nadszedł czas aby spełnić największe marzenie: dorównać Urugwajowi przez zdobycie złotego medalu na igrzyskach olimpijskich. Budując możliwie najsilniejszą drużynę na igrzyskach w Amsterdamie w 1928 roku Argentyńczycy byli tak zdesperowani że Federacja przemykała oko na nielegalne opłacanie piłkarzy lub wręczanie im świadczeń rzeczowych. Brytyjczycy, którzy mieli u siebie zawodowy futbol od blisko 40 lat chcieli jednak aby Igrzyska Olimpijskie pozostały całkowicie amatorskie. Wezwana w roli arbitra FIFA znalazła się między młotem a kowadłem. Chciała uspokoić Brytyjczyków i międzynarodowy Komitet Olimpijski a zarazem uniknąć zrażania przedstawicieli Ameryki Południowej i tych Europejczyków z kontynentu, którzy wynagrodzenie zawodników uważali za niezbędne, aby przekonać ich do udziału w turnieju, skoro wiązało się to z kilku tygodniową nieobecnością w pracy. Stąd wzięła się propozycja odszkodowań, za pomocą których federacje narodowe mogłyby wyrównywać zawodnikom straty ponoszone w związku z rywalizacją w rozgrywkach międzynarodowych. Przedstawiciele Wysp Brytyjskich uznali że chodzi o wprowadzenie zawodowstwa kuchennymi drzwiami i w lutym 1928 roku na znak protestu wystąpili z FIFA. Henri Delaunay, prezydent francuskiej federacji piłkarskiej zrozumiał że podział jest nieuchronny. ,,Międzynarodowa piłka nożna nie może już rozwijać się w ramach igrzysk olimpijskich, gdyż Wiele krajów, w których futbol uprawia się zawodowo nie jest w stanie wysyłać na tę imprezę swoich najlepszych piłkarzy"- mówił podczas kongresu FIFA w 1926 roku. Stąd wziął się pomysł na organizację przez FIFA mistrzostw świata, które nie stały by w sprzeczności z amatorskim etosem ruchu olimpijskiego. Dzień przed rozpoczęciem igrzysk, 26 maja 1928 roku ogłoszono że pierwszy mundial odbędzie się w 1930 roku. Piłkarskim turnieju na olimpiadzie wzięło udział tylko 17 drużyn, o 5 mniej niż 4 lata wcześniej ale spodziewano się że poziom rozgrywek będzie wyższy a Włochy i Hiszpania stawią czoło Urugwajowi i Argentynie. Inna sprawa że przez pewien czas wydawało się że reprezentacja tej ostatniej w ogóle nie dotrze do Holandii. Przygotowania były chaotyczne a pieniądze na pobyt w Amsterdamie znalazły się zaledwie tydzień przed rozpoczęciem igrzysk. Zorganizowane przed nimi tournee również poszło Argentyńczykom kiepsko. W Lizbonie zremisowali, w Madrycie odnieśli minimalne zwycięstwo a w Barcelonie przegrali. Kiedy jednak Argentyńczycy rozpoczęli treningi w cichym Bloemendal, tuż pod Amsterdamem, wszystko zaczęło się układać a wrażenie to wzmocniło jeszcze łatwe zwycięstwo w meczu inauguracyjnym. Przybysza z Ameryki Południowej rozgromili reprezentację USA 11-2. Domingo Tarrasconi zdobył cztery gole, Roberto Cerro 3 a Nolo Ferreira i Raimundo Orsi po dwie. Te cztery nazwiska dają pewne wyobrażenie o nadzwyczajnej sile argentyńskiego ataku kibice w Buenos Aires w napięciu oczekiwali na jakiekolwiek informacje. Przed redakcjami gazet rozstawiono głośniki żeby przekazywać treść depesz przesyłanych w trakcie meczu przez korespondentów z Amsterdamu. Podczas pierwszego spotkania wysłannik ,,La Prensa" wydał na składające się z 15 słów telegramy 10 000 franków. Niezależnie od liczby depesz ,,La Nacion" chwaliła się ich prędkością. Redakcja twierdziła że czas, w którym pokonują Atlantyk w drodze z Holandii wynosi 50 sekund.

Urugwaj zaczynał spokojniej, chociaż jego zwycięstwo z Holandią oglądało ponad 40 000 widzów. W ćwierćfinale Argentyna grała z Belgią i po 10 minutach prowadziła już 3:0 po dwóch golach Tarasconiego i jednym Ferreiry. Później jednak Belgowie, być może wykorzystując samozadowolenie rywala stopniowo odrabiali straty. Dzięki bramce Moeschala w 53 minucie meczu zrobiło się 3:3. To zmobilizowało Argentyńczyków i strzelili czwartego gola, później Tarasconi dorzucił dwie kolejne i mecz zakończył się wynikiem 6:3. Urugwaj również awansował, dzięki toczonemu w kiepskiej atmosferze pojedynkowi z Niemcami. Ekipa z Ameryki Południowej wygrała 4:1 a Petrone zdobył hattricka ale Nasazziego i dwóch Niemców usunięte z boiska. Łatwiej poszło w Argentynie. Tarasconi strzelił trzy gole a Ferreira dwie i reprezentacja Egiptu została rozgromiona 6:0. Urugwaj tymczasem uczestniczył w klasyku, goniąc wynik w meczu z Włochami, którzy wcześniej pokonali Hiszpanów i ostatecznie zwyciężając trzy dwa. Oznaczało to najbardziej pożądane przez kibiców neutralnych finał: pojedynek między Urugwajem i Argentyną, rozegrany 11 000 km od ojczystych stron. O 40 000 biletów ubiegało się ponad ćwierć miliona chętnych a zbiegowisko przed redakcją ,,La Prensa" rozciągało się we wszystkich kierunkach na długość dwóch przecznic. ,, W przerwach między relacjami z Amsterdamu tłum kipiał z podniecenie ale jak tylko głośniki odzywały się ponownie, słychać było jedynie ,,ciiiii" a wypowiedzenie choć słowa do chwili, gdy sprawozdawca przestawał mówić wydawało się równoznaczne z samobójstwem. Grobowa cisza przerwana jedynie monotonnym brzęczeniem głośników i sporadycznym parsknięciem silnika samochodowego gdzieś z oddali unosiła się nad kilkoma dobrymi kwartałami"- donosił ,,Herald”. W połowie pierwszych 45 minut Petrone dał prowadzenie Urugwajowi ale 5 minut po przerwie Ferreira wyrównał i mecz skończył się wynikiem 1:1. Trzy dni później mecz powtórzono. Urugwaj znów objął prowadzenie i Argentyna znów doprowadziła do remisu. Wydawało się że przewaga jest po stronie Albicelestes ale w obronie Urugwaju znakomicie grali Nasazzi i Pedro Arispe a w bramce świetnie spisywał się Andres Mazali i wreszcie 17 minut przed końcem powtórzonego finału Hector Scarone strzelił gola, który dał Urugwajczykom drugie z rzędu olimpijskie złoto. Argentyna pogrążyła się we frustracji. Rozgrywane rok później w Buenos Aires Campeonato Sudamericano można było potraktować jak nagrodę pocieszenia. Zwycięstwa 2:0 nad Urugwajem dało tytuł gospodarzom. Argentyńczycy wygrali więc dwa razy z rzędu mistrzostwa kontynentu ale Urugwajczycy dzierżyli to najważniejsze trofeum i było też jasne że właśnie ich kadra pozostanie największym zagrożeniem dla argentyńskich nadziei na zwycięstwo w pierwszych Mistrzostwach Świata. Z czysto piłkarskiego punktu widzenia wydawało się oczywiste że to Urugwaj będzie właściwym gospodarzem turnieju ale przemawiały za tym również poważne względy ekonomiczne. Nawet po krachu na Wall Street Montevideo pozostawało dobrze prosperującym miastem a obchody Stulecia Niepodległości dawały dodatkowe powody by organizować mistrzostwa na północ od La Platy. Najważniejsze okazały się zapewne rządowe deklaracje wybudowania stadionu, który miał pomieścić 93 000 widzów i pokrycia kosztów pobytu każdej z przyjezdnych drużyn. Deklaracje, które zresztą nie wystarczyły aby skusić wielu europejskich potentatów do rejsu przez Atlantyk. Węgrzy, Austriacy, Włosi, Niemcy i Hiszpanie zostali w domach, podobnie zresztą jak Anglicy i Szkoci, nadal rozpamiętujący swoją porażkę w debacie nad definicją futbolu amatorskiego. Ostatecznie tylko 4 europejskie drużyny zdecydowały się na daleką podróż. Rumuni spełnili obietnice daną przez króla Karola 1928 roku, choć ich reprezentacja składała się głównie z robotników zatrudnionych przez brytyjskie kompanie naftowe w Ploeszti, urlopowanych na czas turnieju dzięki osobistej interwencji jednej z Królewskich kochanek. Francuzi działali pod presją prezydenta w FIFA Julesa Rimeta ale zarówno ich trener Gaston Barreau, jak i najlepszy napastnik Manuel Anatol zostali w ojczyźnie. Belgów przekonał z kolei wiceprezydent FIFA Rudolf Seeldrayes ale oni również wyruszyli w niepełnym składzie a ich największa gwiazda Raymond Braine otworzyła właśnie kawiarnię, co skądinąd naruszało krajową definicję amatorstwa. Spośród płynących przed Atlantyk bodaj tylko Jugosławianie żywili entuzjazm dla nowych rozgrywek. Zainteresowanie kibiców również nie było zbyt wielkie, być może dlatego że wedle powszechnej opinii najlepszymi drużynami na świecie były Argentyna i Urugwaj a ich spotkanie w finale wydawało się przesądzone niemal od chwili losowania. Ulewne deszcze opóźniły budowę ,,Estadio Centenario”, pospiesznie ukończonego w ciągu zaledwie 6 miesięcy, więc Argentyna musiała rozegrać swoje pierwsze spotkanie na Mundialu nie na nowym obiekcie lecz w parkę centrala, gdzie zwykle odbywały się mecze Nacionalu. Nieco osobliwe było też to, że ich rywalem byli Francuzi, którzy swój pierwszy pojedynek już rozegrali i to zaledwie dwa dni wcześniej wygrywając z Meksykiem 4:1. Zważywszy na brak odpoczynku, reprezentacja Francji Zapewne i tak nie wytrzymałaby meczu kondycyjnie ale jej sytuacja stała się jeszcze trudniejsza w pierwszych minutach, gdy Lucjan Laurent otworzy ci nawias zdobywca pierwszego gola w dziejach Mistrzostw Świata) został sponiewierany przez Montiego i musiał opuścić boisko z powodu poważnej kontuzji kostki. Bramkarzowi Francuzów Alexisowi Thepotowi odnowił się z kolei uraz z pierwszego meczu i w efekcie drużyna z Europy przez trzy czwarte meczu musiała grać dziewięcioma jako tako sprawnymi zawodnikami. Francuzi walczyli jednak do upadłego i ponieważ Argentyńczycy mieli kłopot ze skutecznością gdyż poproszony o grę na pozycji klasycznego środkowego napastnika Nolo Ferreira nie potrafił przystosować się do nowej roli a świetny zazwyczaj podczas walki o górne piłki lewy łącznik Roberto Cerro zmagał się ze skutkami ubocznymi leków przeciwlękowych, do 81 minuty utrzymywał się wynik bezbramkowy. W końcu Argentyńczycy wykonywali rzut wolny tuż zza linii pola karnego. Trzech Francuzów zamiast stanąć w murze ustawiło się na skraju pole bramkowego zasłaniając widok Thepotowi i Monti z łatwością strzelił gola. Trzy minuty później, gdy ,,Trójkolorowi” desperacko dążyli do wyrównania, brazylijski sędzia postanowił zagwizdać po raz ostatni. Po gwałtownych protestach zmienił wprawdzie decyzję i pozwolił obu drużynom grać jeszcze 6 minut ale Francuzi stracili impet i Argentyna rozpoczęła Mistrzostwa Świata od spodziewanej wygranej, choć radość z sukcesu zepsuło buczenie wielu z ponad 23 000 urugwajskich kibiców. Atmosfera na widowni była tak nieprzychylna że Argentyńczycy zagrozili wycofaniem się z turnieju. Ostatecznie zdecydowali się zostać w Urugwaju po tym, jak prezydent tego kraju osobiście zagwarantował im bezpieczeństwo.

0

@Bernard777 coś głównie dla ciebie ale i dla innych

0

@Gary A jakiego konkretnie funklubu i jak to poktótce wyglada takie przedstawicielstwo? No i gdzie te funkluby się znajdują?

2

@FCBparasiempre
Niewiele brakowało a polskich piłkarzy zabrakłoby w Berlinie. Dwa główne w kraju okręgi, czyli lwowski i krakowski na walnym zgromadzeniu PZPN wyraziły swój sprzeciw wobec planów wyjazdu. Ostatecznie jednak federacja i PKOl podjęły decyzję, że nasi zawodnicy wezmą udział w piłkarskim turnieju. Decyzja zapadła dopiero w maju, a igrzyska rozpocząć się miały na początku sierpnia. Dwumecz z węgierską drużyną Phöbus był ważnym sprawdzianem. Pierwsze spotkanie rozegrano 18 lipca w Warszawie, gdzie wygraliśmy pewnie 3:1. Wodarz miał zagrać w drugim starciu, które zaplanowano dzień później w Łodzi. Odbywał w tym czasie służbę wojskową i na miejsce dotarł dopiero o 2:00 w nocy przed meczem. Nie dość, że byłem niewyspany, to jeszcze musiałem wybić się ponad moje możliwości, gdyż kandydatów na lewoskrzydłowego było więcej, i to takich jak Król, Łyko, Niechcioł, Kisieliński. Byłem w wojsku, więc wiedziałem, co znaczy zacisnąć zęby i starać się – wspominał Wodarz. I faktycznie się postarał. Węgrzy chcieli za wszelką cenę pokazać się z lepszej strony niż w Warszawie. W 32. minucie gry prowadzili już 3:1, a nasza gra nie wyglądała za ciekawie. Wtedy jednak obudził się Wodarz, a najlepiej jego występ podsumował „Przegląd Sportowy”: ,,Przyjechał urlopowany Wodarz i bez cienia przesady mógłby o sobie powiedzieć, że veni, vidi, vici. Był on bohaterem spotkania i faktycznym jego zwycięzcą. Skrzydłowy Ruchu znajduje się w formie, jakiej jeszcze nigdy u niego nie widzieliśmy. Błyskawicznie szybki, technicznie bez zarzutu, nerwowo opanowany, prowadzi piłkę w pełnym gazie krótko przy nodze, wybiega momentalnie na wolną pozycję, cofa się, idzie do przodu, centruje i… strzela, że raduje się serce!”. Wojsko widocznie mu posłużyło. Przestał się bać i z gracza zdanego przedewszystkim na współpracę z innymi stał się samodzielnym inicjatorem wszelkich groźnych akcji. Wyprowadzanie drużyny ze złej sytuacji było prawie jego wyłączną zasługą. Nie to, że sam strzelił trzy bramki, lecz natchnął drużynę bojowym duchem i wzbudził w niej wiarę we własne siły. Wodarz stał się też bohaterem dnia i zdobył sobie przebojem serca widowni. Jeśli utrzyma się w tej formie w Berlinie, będzie jednym z najpewniejszych naszych punktów – pisano. Zapewnił sobie miejsce w kadrze na igrzyska. Tam także błyszczał. W pierwszym spotkaniu z reprezentacją Węgier ustalił wynik spotkania na 3:0. Miał udział też przy pierwszej bramce, bo to jego obroniony strzał dobijał Gad. Prawdziwy koncert dał jednak w ćwierćfinale. Polacy mierzyli się z Wielką Brytanią. To nasi rywale jako pierwsi wyszli na prowadzenie. Po 10 minutach wyrównał Gad a tuż przed przerwą na 2:1 trafił bohater tekstu. Po przerwie dorzucił jeszcze dwa gole i w dziewięć minut skompletował hat-tricka. Na 5:1 podwyższył Piec i wydawało się, że jest po meczu. Sporego stracha napędzili nam jednak rywale, którzy na 10 minut przed końcem zdobyli kontaktową bramkę. Skończyło się jednak na 5:4. Był to życiowy mecz w mojej karierze piłkarskiej. Drugi raz w biało-czerwonych barwach udało mi się uzyskać „hat-trick”. Pierwszy raz strzeliłem w przedolimpijskiej próbie z Phöbusem, teraz również udało mi się zaskakującymi strzałami trzykrotnie zmusić do kapitulacji angielskiego bramkarza Hilla. Wszystko mi się w tym meczu udawało. Oddawałem centry dokładnie moim kolegom, a dwie bramki strzelone przez mnie po przerwie były, jak to określili obserwatorzy, majstersztykiem – wspominał Wodarz w książce „Wielki finał”. Półfinał był szczytem naszych możliwości. W meczu z Austrią byliśmy faworytem, mieliśmy przewagę, ale nie potrafiliśmy jej udokumentować. Przegraliśmy 1:3. W meczu o brąz naszym rywalem byli Norwegowie. Wodarz już po pięciu minutach dał nam prowadzenie, po czym rywale zdobyli dwie bramki. Z rzutu karnego celnie uderzył Peterek i po ledwie 25 minutach gry było już 2:2. W 67. minucie szczęście było o włos, kiedy piłka po strzale Wodarza trafiła w poprzeczkę. Nie mieliśmy tego dnia szczęścia. Pięć minut przed końcowym gwizdkiem to przeciwnik uderzył w poprzeczkę. Futbolówka odbiła się po tym od pleców naszego bramkarza i wolno wtoczyła do bramki. Wielu fachowców uznało Wodarza za najlepszego lewoskrzydłowego igrzysk. Kiedy wrócił do domu, to zamiast o swoim wyczynie w starciu z Brytyjczykami, wolał opowiadać o fenomenalnym występie czarnoskórego Jessiego Owensa z USA. Swoją czerwoną olimpijską marynarkę tratował jak najlepsze odświętne ubranie. Wyciągał ją z szafy i paradował po mieszkaniu. Kiedy przytył, to nie mógł się dopiąć w piersiach. Oprócz olimpijskiego stroju przywiózł też pamiątkowy medal i znaczek z numerem 5713, który dostawał każdy olimpijczyk. Anglicy byli pod takim wrażeniem jego gry, że zaproponowano mu transfer na Wyspy. Gazety pisały o 10 tys. funtów. Dla Polaków były to pieniądze niewyobrażalne. Łucja Wodarz, żona piłkarza, wspominała po latach, że za taką kwotę można było kupić całą chorzowską ulicę. Mimo to Gerard wolał zostać w Ruchu. W 1937 r. mistrzowską serię Ruchu w lidze przerwała Cracovia, ale hajduccy piłkarze ciągle byli ważnym ogniwem w reprezentacji. Ta szykowała się do meczów z Jugosławią, które miały decydować o awansie na mistrzostwa świata we Francji. Pierwszy zaplanowany był na 10 października 1937 r. w Warszawie. Polacy rozegrali bardzo dobre spotkanie i pewnie wygrali 4:0. Wodarz co prawda bramki nie strzelił, ale był jednym z głównych architektów zwycięstwa. Wodarz był może mniej aktywny niż zazwyczaj, jednak ilekroć wkroczył w akcję pod bramką Jugosłowian, stawało się gorąco – pisano w „Przeglądzie Sportowym” 11 października 1937 r. W rewanżu, który rozegrano w Belgradzie 3 kwietnia 1938 r., nasza reprezentacja przegrała 0:1. Polacy po prostu utrzymali wynik. W linii napadu wśród wyróżniających się zawodników znalazła się hajducka dwójka – Wodarz i Wilimowski. W ostatnim poważnym sprawdzianie przed wyjazdem do Francji Polacy pokonali aż 6:0 Irlandczyków. Wodarz dwukrotnie wpisał się na listę strzelców i obok Piątka i Wilimowskiego był najlepszy na boisku. O meczu z Brazylią w Strasburgu napisano już chyba wszystko. Błyszczał Wilimowski, ale i Wodarz zaprezentował się całkiem dobrze. Już na początku meczu mógł dać nam prowadzenie. Pewnie egzekwował rzuty wolne, ale brakowało nam szczęścia. Kiedy na początku dogrywki Brazylijczycy wyszli na prowadzenie, podziałało to mobilizująco na nasz zespół. Polacy atakowali z nieprawdopodobną wolą zwycięstwa. Znakomicie w 7. minucie doliczonego czasu uderzył Wodarz, ale piłka po jego strzale trafiła w poprzeczkę. Kto wie jak zakończyłby się ten pojedynek, gdyby lewoskrzydłowy trafił kilka centymetrów niżej… Wodarz był wzorem człowieka na boisku, jak i poza nim. Elegancki i spokojny w grze. Czasem zarzucano mu jednak bojaźliwość. Kiedy kogoś sfaulował, to zawsze kilka razy go przepraszał i upewniał się, czy na pewno nic złego się nie stało. Starał się grać jak najbardziej fair. Nie sztuka wpaść na rywala i go zadeptać. Sztuką jest odebrać mu piłkę tak, żeby się nawet nie zorientował – podkreślał. Kiedy w 1934 r. Ruch po raz drugi zdobywał mistrzostwo, to w „Przeglądzie Sportowym” opublikowano artykuł, w którym krótko przedstawiano każdego z zawodników. O Wodarzu pisano tak: ,,Lewoskrzydłowy Gerard Wodarz, teraźniejszy kapitan, liczący lat 21, jest piłkarzem spokojnym, wzorowym, stroni od częstych w obozie mistrza hulanek, a przez stworzenie ogniska domowego zjednał sobie całą drużynę. Reprezentacyjny i najelegantszy piłkarz nie tylko Śląska, ale bodaj i całej Polski, jest urzędnikiem w Hucie Batorego. Wodarz jest jedynym graczem bez złośliwego przydomka”. W 1930 r. ukończył Koedukacyjną Szkołę Handlową w Wielkich Hajdukach. Jak większość przedwojennych piłkarzy musiał normalnie pracować. Zatrudniony był w hucie jako księgowy. Praca, dopiero później trening. Żona przychylnie patrzyła na pasję męża. ,,Nigdy by mu nie zabroniła grać ani trenować. Zresztą sama też kopała piłkę! – wspominał syn Gerarda, Lucjan. Żonę poznał dzięki Franciszkowi Zarzyckiemu, który też grał w Ruchu. Łucja była jego młodszą siostrą. W 1934 r. Gerard i Łucja stanęli przed ołtarzem. Rano był ślub, a po południu wszyscy udali się na mecz. W klubie panowała wtedy taka tradycja, że kiedy w niedzielę rano któryś z piłkarzy wstępował w związek małżeński, to na popołudniowym meczu jego świeżo upieczona małżonka zasiadała na trybunach w białej sukni. Zwyczaj zapoczątkował Ewald Urban, późnej podtrzymał go Stefan Katzy. Tak samo było też z Wodarzami. Stanowili wzorowe małżeństwo. Gerard nie pił i nie palił. Rodzinę zawsze stawiał na pierwszym miejscu. ,,Ludzie do dziś zatrzymują mnie na ulicy i mówią, że tata tak kochał mamę, że był gotów całować ślady jej stóp” – opowiadał syn. Jego innymi pasjami poza piłką była muzyka i malarstwo. Potrafił grać na akordeonie i skrzypcach, a nawet na cytrze. Kiedy na placu przy ulicy Włodarskiego pojawiał się uliczny muzyk, to Wodarz schodził na dół, podawał mu do ręki złotówkę, siadał na ławce i z szacunkiem słuchał. ,,Z tęsknotą wspominam wigilijne wieczory, gdy muzykowaliśmy całą rodziną. Klatka naszej kamienicy miała świetną akustykę. Ludzie przystawali na schodach i mieli namiastkę koncertu” – mówił Lucjan Wodarz. Oprócz gry na instrumentach lubił także malować. Zastanawiał się nawet nad podjęciem nauki w Akademii Ssztuk Pięknych. Miał fotograficzną pamięć. To, co zobaczył, potrafił z najmniejszymi szczegółami odwzorować na płótnie. Najczęściej malował pejzaże i ludzi, dużo szkicował również ołówkiem. Był idolem i wzorem do naśladowania dla wielu młodych piłkarzy. Jednym z nich był Gerard Cieślik, który w swojej biografii tak mówił o swoim mistrzu: ,,Wodarz imponował mi pod każdym względem. Starałem się go naśladować i na boisku, i poza nim, bo był uczciwy i prostolinijny. Grał wspaniale, a nigdy się tym nie chwalił. To on utwierdzał mnie w przekonaniu, że dom rodzinny i własny klub to najwyższe wartości. Jego rajdy lewą stroną boiska i potężne uderzenia z dystansu siały postrach wśród najlepszych”. Kiedy 1 września niemieckie samoloty zrzucały bomby na Wieluń, a pancernik Schleswig-Holstein ostrzeliwał Westerplatte, Wodarz miał 26 lat. Był więc w najlepszym dla piłkarza wieku. Po cichu pewnie liczył, że największe sukcesy jeszcze przed nim. Z dnia na dzień trzeba było stawić czoła brutalnej rzeczywistości. Pod koniec sierpnia dostał powołanie do wojska. Z tego też powodu nie zagrał w meczu z Węgrami. Służył w 75. Pułku Piechoty. We wrześniu 1939 r. pod Przeworskiem dostał się do niewoli niemieckiej. Udało mu się jednak zbiec z transportu na stacji Kraków-Płaszów. Przez pewien czas się ukrywał, później zatrzymano go w Gliwicach i wreszcie wypuszczono do domu. Kiedy córka zobaczyła wychudzonego, zarośniętego ojca, to uciekła z podwórka z płaczem. Uważano go co prawda za Ślązaka, ale o polskim duchu. Przez ponad rok nie było dla niego pracy. Dostawał tylko dziewięć marek zasiłku tygodniowo. W rodzinie Wodarzów nastały ciężkie czasy. Żeby mieć z czego żyć, małżeństwo musiało sprzedać niektóre rzeczy. Najpierw pozbyli się kupionych pół roku wcześniej mebli, a później efektownego żyrandola. 12 listopada 1939 r. w Bismarckhütte, jak przemianowano Wielkie Hajduki, odbyło się spotkanie założycielskie nowego klubu. Nazwano go Bismarckhütter Sport Vereingung 1899 e.V. Tydzień później BSV rozegrał swój pierwszy mecz z TuS Lipinie, czyli przedwojennym Naprzodem Lipiny. Mimo zmienionych nazw, na boisku pojawili się gracze, którzy rywalizowali ze sobą już od kilku lat. BSV przegrał 1:2 a gola z podania Wodarza strzelił Peterek. Żona Gerarda wspominała, że mąż musiał się zgodzić na grę pod szyldem niemieckiego klubu. Inaczej utraciłby zasiłek i jakiekolwiek szanse na zatrudnienie. Dzięki temu, że grał i to całkiem nieźle, po roku otrzymał upragnioną posadę w hucie. Zarabiał ledwie połowę tego, co „prawdziwi Niemcy”, ale rodzina zyskała w ten sposób stałe źródło utrzymania. W zespole BSV, który obok Germanii był czołowym klubem na Śląsku, grał do końca 1941 r. Wtedy został wcielony do Wehrmachtu. Służył w wojskach lądowych stacjonujących na zachodzie Europy. Początkowo trafił do Pfalzburga w Lotaryngii. Tam jeden z niemieckich oficerów dowiedział się, że przed wojną Wodarz był piłkarzem. Niemiec silnie kopnął go w kolano i powiedział mu: już nigdy nie będziesz grał w piłkę. Po tym zajściu Gerard spędził trzy miesiące w szpitalu, następnie skierowano go do Antwerpii. Tam był członkiem oddziału pod dowództwem generała von Raisensteina. Niemiec cenił jego umiejętności księgowego i uczynił buchalterem oddziału. ,,Wtedy wiodło mu się lepiej, wysyłał nawet co miesiąc do nas, do domu paczkę z żywnością” – opowiadała żona piłkarza. Z Antwerpii trafił do Ostendy, leżącej na wybrzeżu Morza Północnego. W 1944 r. dostał przepustkę i przyjechał w rodzinne strony. BSV grało wtedy prestiżowy mecz z Germanią, który miał zadecydować o mistrzostwie. Razem z Wodarzem na przepustce przebywał inny przedwojenny ligowiec – Andrzejewski. Obaj dali się namówić kolegom na wzięcie udziału w meczu. Mimo takich wzmocnień BSV przegrało 1:2. ,,Mąż przyjechał na urlop, gdy zmarł jego ojczym, Franciszek Samol. Na pogrzeb nie zdążył, ale długo nie dał się namawiać, żeby zagrać z kolegami. Na pewno nie był w formie, bo w wojsku nie grał w piłkę, ani nie trenował” – mówiła Łucja Wodarz. Po powrocie do jednostki trafił na front. Jego kompania została rozbita, a żona otrzymała wiadomość, że Gerard zaginął i nie wiadomo, co się z nim dzieje. ,,Dopiero potem, z listu dowiedziałem się, że cudem uniknął śmierci. W Normandii został zatrzymany, wraz z Serbem i rodowitym Niemcem, przez amerykański patrol. Całą trójkę w niemieckich mundurach od razu postawiono pod ścianę. Gerarda uratowało, że miał w mundurze zaszyty polski paszport i wizę francuską z 1938 roku. Dwaj jego towarzysze zostali bez sądu rozstrzelani” – relacjonowała żona. Francuscy partyzanci oddali go w ręce Amerykanów. Ci z kolei przekazali go Anglikom. To w Anglii spędził ostatnie miesiące wojny. Pracował w obsłudze naziemnej RAF-u. Codziennie rano jako „polski sportowiec” był wyznaczony do prowadzenia gimnastyki. Koledzy namawiali, żeby został. Sam podobno też się nad tym zastanawiał. Zdecydował się wrócić. Wziął swoją walizkę i pieniądze, które zdołał zaoszczędzić. Miały one pomóc w rozpoczęciu nowego życia w nowej Polsce. Niestety w trakcie podróży statkiem został okradziony. Jedyne, co udało mu się ocalić to złote kolczyki, zawieszkę na szyję i pierścionek dla żony. Do kraju powrócił na przełomie 1945 i 1946 roku. Był szczęśliwy, że wreszcie ma przy sobie rodzinę, ale to nie był koniec kłopotów… ,,Pracę w hucie „Batory” dostał dopiero na przełomie kwietnia i maja. Nie chcieli mu dać roboty, bo każdy mówił, że jak przyjechał z Zachodu, to ma dość pieniędzy” – wspominała Łucja Wodarz. Dołączył do Ruchu przed rundą wiosenną sezonu 1945/46. Już w pierwszym swoim spotkaniu wpisał się na listę strzelców. Ruch zremisował na wyjeździe z Siemianowiczanką 3:3. Znowu zachwycał precyzyjnymi dośrodkowaniami. Teraz jednak obsługiwał nimi nie Wilimowskiego, ale Cieślika, który stawał się coraz ważniejszym zawodnikiem w szeregach Ruchu. Wodarz zagrał jeszcze w kolejnym sezonie w mistrzostwach klasy A, gdzie strzelił kilka goli. Pomógł zespołowi zdobyć mistrzostwo Śląska i przejść eliminacje międzyokręgowe o wejście do I ligi. 22 września wystąpił w kwalifikacjach krajowych, w wygranym meczu z Lechią. W ekstraklasie już nie wystąpił. Do ekstraklasy jednak wróci, ale już w innej roli. W połowie 1949 r. zasiadł na ławce Ruchu jako trener. Pod jego wodzą Niebiescy rozegrali 12 spotkań. Wygrali pięć i zremisowali dwa. Ruch zajął w tabeli dopiero ósme miejsce, choć kiedy opiekę nad nim przejmował Wodarz, było jeszcze gorzej. Po sezonie zastąpił go jednak Ryszard Koncewicz. W okresie powojennym piłkarze wielkiego Ruchu z lat 30. nie mieli jednak łatwo. Trudno było im się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Działacze z klubu przy ul. Cichej nie widzieli u siebie miejsca dla Gerarda. Znalazł zatrudnienie w innej śląskiej drużynie. W październiku 1950 r. zasiadł na ławce drugoligowego Górnika Zabrze. Pierwszym jego krokiem w nowej roli było sprowadzenie do Zabrza swojego byłego klubu. 6 grudnia z okazji Barbórki Ruch rozegrał z Górnikiem towarzyskie spotkanie, które wygrał 4:2. To wtedy właśnie zaczęła się pomiędzy klubami rywalizacja, która później będzie znana jako święta wojna i to właśnie ten pojedynek był pierwszym w historii wielkich derbów Śląska. Na zabrzańskiej ławce spędził cztery sezony. Piłkarze garściami czerpali z jego doświadczenia i umiejętności. Warto pamiętać, że to on wprowadzał do dużej piłki takich zawodników jak Antoni Franosz, Ginter Gawlik czy Henryk Czech. Zawsze uczciwie podchodził do powierzonych mu obowiązków. Kiedy jedno z trzecioligowych spotkań Górnika, rozgrywane w Zagłębiu miało być ponoć ustawione, Wodarz nie wybrał się nawet na mecz. Wszystko pewnie by się rozeszło, ale w przedmeczu juniorów rywale młodych górników tak ich skopali, że starsi koledzy postanowili nie puszczać tego płazem. Górnik wygrał 2:0. To pod jego wodzą Górnik po raz pierwszy pokonał Ruch. Stało się to 6 kwietnia 1953 a dochód z meczu miał być przekazany na fundusz budowy nowego śląskiego stadionu. Pod koniec 1954 r. odszedł z Górnika. W klubie następowały zmiany, które miały uczynić go poważnym ekstraklasowym graczem a według działaczy poczciwy i uczciwy trener nie był najlepszym wykonawcą tych ambicji. Zajął się szkoleniem młodzieży, co zajmowało jego czas przez ponad 20 kolejnych lat. Mimo że nie zawsze był dobrze traktowany w klubach, nie stracił pogody ducha. ,,Nigdy nie widziałem, żeby ojciec był zasmucony czy zmęczony. Uśmiechał się 32 godziny na dobę. Gdy komukolwiek robił przysługę, to zawsze za darmo. Przez 30 lat kończył pracę w hucie, wsiadał w PKS czy pociąg i jechał na trening. W klubach pracował za grosze” – opowiadał syn. Nigdy nie chorował i do końca utrzymywał sprawność fizyczną, czym zadziwiał najbliższych. Pewnego dnia wyszedł z domu do dentysty. Skrócił sobie drogę przez cmentarz. Nagle przystanął przy jednym z nagrobków i po chwili upadł. Okazało się, że w tej samej chwili dostał zawału i wylewu. Zmarł 11 listopada 1982 r. Był wielkim patriotą. Pierwsze strony jego albumu z wycinkami prasowymi zdobi polska flaga i wizerunki Józefa Piłsudskiego i Józefa Poniatowskiego. W tym kontekście data jego śmierci nabiera szczególnego znaczenia. Na jego pogrzebie Gerard Cieślik tak mówił o swoim mistrzu: ,,Zmarł największy w historii polskiego piłkarstwa lewoskrzydłowy, jeden z najwybitniejszych w Europie w późnych latach trzydziestych… To był najporządniejszy piłkarz, jakiego kiedykolwiek spotkałem w życiu. Wiedzy o piłce od niego się nauczyłem, techniki i strzału, podpatrując jego uderzenia i zagrania. Niedościgniony w zawodach, błyskawiczny w dryblingach, precyzyjny i sprytny w strzałach i prawdziwy przyjaciel na co dzień”. Stanisław Mielech w swoich wspomnieniach nazywa go ideałem na pozycji lewoskrzydłowego. Trudno znaleźć kogoś, kto mógłby się z nim równać. Nie byłoby bez niego wielkich sukcesów Ruchu w latach 30-tych. Dużo trudniej byłoby o gole Wilimowskiemu czy Peterkowi. Równie dużo dawał reprezentacji. Jeszcze raz możemy westchnąć – gdyby tylko w tamtych latach liczono asysty… Nie dowiemy się, jak wyglądałaby jego kariera, gdyby nie wojna. Mógł zostać za granicą, ale wolał wrócić do kraju, do rodziny i do Ruchu, który zawsze zajmował szczególne miejsce w jego sercu. Był spokojny, uczynny i uczciwy, choć nie zawsze dobrze na tym wychodził. Chciał być jednak wierny wobec ideałów.

7

@FCBparasiempre
10 sierpnia 1913 r. w Chorzowie urodził się Gerard Wodarz, złote skrzydło Ruchu i reprezentacji Polski. Był jednym z najlepszych polskich piłkarzy nie tylko okresu międzywojennego ale również w całej historii polskiego futbolu. Najlepsze lata kariery zabrała mu wojna. Już jako nastolatek grał w reprezentacji. Na igrzyskach w Berlinie czarował na lewym skrzydle i strzelił 3 gole w starciu z Wielką Brytanią. Dobrymi występami zyskał uznanie w oczach Anglików i niewiele brakowało a zagrałby w tamtejszej lidze. Pięciokrotnie zdobywał mistrzostwo Polski. Z jego podań dziesiątki goli strzelali Peterek i Wilimowski. Dzisiaj niewielu o nim pamięta ale dla kibiców chorzowskiego Ruchu Gerard Wodarz jest postacią legendarną. I to w pełni zasłużenie. Igrzyska olimpijskie w Berlinie były pierwszą dużą imprezą, na której zaistniała nasza reprezentacja. Polacy dotarli do półfinałów, gdzie niestety musieli uznać wyższość Austrii. W meczu o trzecie miejsce natomiast pechowo przegraliśmy z Norwegami. Według wielu obserwatorów, to właśnie zespoły, które walczyły o brąz, były najlepszymi w całym turnieju. Nasi zawodnicy pokazali się z dobrej strony i udowodnili, że poziom futbolu nad Wisłą jest coraz wyższy. Niespełna miesiąc po igrzyskach mieli okazję do potwierdzenia swoich umiejętności w starciu z Jugosławią. W Belgradzie polegli jednak aż 3:9. Mimo że mecz odbywał się w trudnych warunkach i duży wpływ na naszą postawę miała kontuzja naszego kapitana Henryka Martyny, to trudno było o optymizm przed zbliżającym się starciem z Niemcami. W niedzielne popołudnie 13 września 1936 r. kibice tłumnie ruszyli na Stadion Wojska Polskiego. Trybuny pękały w szwach a frekwencja wyniosła około 45 tys. Co najmniej kilka tysięcy sympatyków piłki dostało się na stadion nielegalnie dzięki sfałszowanym biletom. PZPN zupełnie nie docenił skali zainteresowania meczem i na związek spadła fala krytyki za fatalną organizację. Zabrakło telefonu dla prasy, policja odnotowała setki kradzieży, pobić i nieszczęśliwych wypadków. Wielu ludzi zostało poturbowanych. Zagrania Polaków często nagradzano gromkimi brawami. Pierwsza połowa była dość wyrównana. Ataki Niemców stawały się coraz bardziej niebezpieczne a akcje Polaków raziły nieskutecznością. Pierwsi na prowadzenie wyszli nasi zachodni sąsiedzi. Już w 19. minucie błąd Wasiewicza wykorzystał Euler, podał do Hohmanna a ten strzałem po ziemi z kilkunastu metrów pokonał Albańskiego. Druga odsłona była już dużo lepsza w naszym wykonaniu. W ataku, w którym Scherfke i Gad nie potrafili znaleźć sposobu na pokonanie Buchloha, odpowiedzialność za zdobywanie goli wziął na siebie Wodarz. W 70. minucie wykorzystał świetne podanie od kolegów i mijając obrońców, strzelił płasko w prawy róg. ,,Z poszczególnych formacji drużyny najbardziej zawiódł napad, który de facto zwalił całą pracę ofensywną na barki świetnego Wodarza. A fakt, że w takich warunkach nasz pilnowany do niemożliwości lewoskrzydłowy potrafił zdobyć bramkę, oraz o włos nie uzyskać drugiej świadczy raz jeszcze o jego nieprzeciętnych walorach”– pisał na łamach Przeglądu Sportowego Jerzy Grabowski 14 września 1936 r. Do końca spotkania wynik nie uległ już dużej zmianie. Wodarz potwierdził swoje znakomite umiejętności, które prezentował już w Berlinie. Polacy po raz pierwszy zremisowali z Niemcami, a wcale dużo nie brakowało, żeby przechylili szalę zwycięstwa na swoją korzyść. Na uwagę zasługuje też postawa kibiców, którzy gorącym dopingiem wspierali swoich ulubieńców. Dobrą grę Polaków w drugiej części gry zauważył też prowadzący zawody Szwed Rudolf Eklöw: ,,Polska była stanowczo bliższa zwycięstwa niż Niemcy. Gdyby zaś na Olimpiadzie z Austrią zagrała na poziomie, jak w drugiej części z Niemcami, byłaby zwyciężyła bardzo lekko”. Gdyby w tamtym meczu zagrali Wilimowski i Peterek, z którymi Wodarz świetnie rozumiał się w Ruchu, może na zwycięstwo nad Niemcami nie musielibyśmy czekać do 2014 r. Zanim jednak Wodarz wraz z kolegami stworzył niezapominane trio, pierwsze swoje piłkarskie kroki stawiał, grając typowe mecze ulica na ulicę, czy osiedle na osiedle. Gerard w swoich wspomnieniach Od szmacianki do olimpiady, które były publikowane w latach 40. na łamach „Sportu”, przyznawał, że nie pamięta, kiedy po raz pierwszy miał kontakt z piłką. Z pewnością należał jednak do drużyny z ulicy Św. Jadwigi, a ich największym rywalem był zespół „Bloków”. W wielu zaciętych spotkaniach tych ulicznych klubów wykuwały się charaktery późniejszych reprezentantów Polski. Razem z Wodarzem swoje umiejętności podnosili wtedy m.in. Teodor Peterek czy Karol Dziwisz. Kto wie, jak potoczyłyby się losy przyszłych reprezentantów, gdyby nie pewien nauczyciel. Zainteresował się on pasją swoich podopiecznych i pomógł im zorganizować mecze na hałdzie Kalina. Nawierzchnia boiska była żużlowo – piaskowa, a dodatkowo pokryta popiołem. Kiedy rozgrywał tam swoje mecze Ruch, to tak się kurzyło, że w przerwie straż pożarna polewała płytę wodą. Młodym chłopakom to jednak nie przeszkadzało. Często wracali do domów z pozdzieranymi kolanami czy rękami, ale cieszyli się, że mieli gdzie grać. Pedagog zadbał również o piłkę. Wodarz z towarzyszami nie musieli już grać szmacianką lub taką o mniejszych rozmiarach, ale jak to określił sam piłkarz oryginalną „kulą”. ,,Była ona co prawda trochę jajowata, ale to nie przeszkadzało wówczas w grze” – wspominał Gerard. Wodarz przyszedł na świat 10 sierpnia 1913 r. w ówczesnym Bismarckhütte. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, miejscowość przemianowano na Wielkie Hajduki. Największym i najsilniejszym klubem w okolicy był Ruch. Gra w tym zespole była marzeniem każdego młodego hajduczanina uganiającego się za piłką. Podobnie było z naszym bohaterem. Wodarz dołączył do juniorskiej drużyny Ruchu w wieku 12 lat. Dwa lata później, czyli w roku 1927 doszło do rozłamu w hajduckiej drużynie. Zawodnicy drużyny rezerw opuścili klub i założyli własny, który nazwali Haller. Wywołało to konieczność utworzenia nowej drużyny rezerwy w Ruchu z dotychczasowych juniorów. W ten sposób mając zaledwie lat czternaście, dostałem się już do rezerwy, gdzie grałem tak jak dziś zawsze na lewym skrzydle, gdyż jestem „mańkutem” – opowiadał Wodarz na łamach „Sportu”. Na zapleczu pierwszej drużyny nie spędził jednak zbyt wiele czasu. W rezerwach prezentował się na tyle dobrze, że już wkrótce dostał szansę debiutu w podstawowym składzie. Pewnej niedzieli przed południem – w tym roku po przydzieleniu do rezerwy – podszedł do mnie w kościele pracownik 1-szej drużyny, oświadczając, iż szuka mnie. Mam natychmiast jechać do Bielska, gdzie Ruch grał, gdyż ich lewoskrzydłowy zachorował. Pojechałem tam jak stałem. Nosiłem jeszcze wówczas krótkie spodnie i koszulę z wyłożonym kołnierzem. Graliśmy z BTS. Pojawienie się moje na boisku w Bielsku wywołało złośliwe uwagi tamtejszych kibiców pod adresem „chłopaczka”. Wkrótce jednak po rozpoczęciu się meczu i strzeleniu przeze mnie nieczęsto widzianej bramki z odległości 30 metrów, zwolennicy tamtejszego Klubu zmienili zdanie: nabrali szacunku dla moich umiejętności. Partnerem moim był wówczas starszy o 10 lat, lecz niższy Sobocik. Słuchałem go jak ojca, on to kierował mną w akcji – opisywał Wodarz swój pierwszy mecz w Ruchu we wspomnieniach „Od szmacianki do olimpiady”. Od czasu tamtego meczu powoli, ale systematycznie robił postępy. Ciężko pracował na treningach i dzięki swojemu zaangażowaniu wkrótce na stałe dołączył do pierwszej drużyny. W cytowanych już wspomnieniach opowiadał o wyjazdowym meczu we Lwowie. W czerwcu 1929 r. Ruch mierzył się z miejscową Pogonią z Kucharem w składzie. Wodarz pojechał tam jako rezerwowy, ale co ciekawe nie jako lewoskrzydłowy. Wystawiono mnie jako rezerwowego bramkarza, gdyż zasadniczo zabrano mnie, abym widział jak lwowiacy grają. Przebrać się przebrałem i stanąłem za bramką, ale jak zobaczyłem tempo gry, to ze strachu serce biło mi jak oszalałe i prosiłem Boga, abym nie musiał czasem bramkarza zastąpić – wspominał. Widoczne jego modlitwy zostały wysłuchane, bo mimo ostrej gry i faktu, że Ruch kończył w dziewiątkę, pierwszy bramkarz wytrwał na posterunku. Niebiescy wygrali 4:3, co było sporą niespodzianką, bo plasowali się wtedy raczej w dolnych rejonach tabeli. Niespełna miesiąc później Wodarz zaliczył swój pierwszy mecz w lidze. 7 lipca na boisku AKS-u w Królewskiej Hucie, Ruch podejmował Warszawiankę. Przed rozpoczęciem spotkania okazało się, że przybyło tylko dziesięciu graczy podstawowego składu – zabrakło Pawła Buchwalda. Jego miejsce na łączniku zajął Karol Frost, który zwykle grał na lewym skrzydle. W ten sposób otworzyła się szansa dla Gerarda. Przepisy stanowiły wtedy, że minimalny wiek dla ligowca to 16 lat. Wodarzowi brakowało kilku tygodni, ale działacze postanowili zaryzykować. W ten sposób nastolatek zaczął pisać nowy rozdział w swojej karierze. W tym samym roku Wodarz razem z Ruchem pojechał na dwutygodniowy turniej do Gdańska. Był to jego pierwszy tak daleki wyjazd. Na razie powoli wchodził do zespołu, ale już w następnym roku miał stać się podstawowym zawodnikiem drużyny. Jako jedyny(!) wystąpił wtedy we wszystkich ligowych meczach i to w wieku tylko 17 lat. 25 maja 1930 r. młody lewoskrzydłowy po raz pierwszy wpisał się do protokołu meczowego, strzelając drugą bramkę w wygranym 2:1 meczu z warszawską Polonią. Stał się tym samym najmłodszym strzelcem bramki w polskiej lidze. Jedynie podkreślić należy grę młodego lewoskrzydłowego Wodarza, który staje się bardzo wydatną podporą ligowej drużyny – chwalono występ Gerarda w Przeglądzie Sportowym z 28 maja 1930 r. Wodarz coraz lepiej spisywał się w lidze. To on najczęściej swoimi podaniami czy dośrodkowaniami otwierał kolegom drogę do bramki lub sam je zdobywał. Zarówno w 1931 r., jak i w 1932 nie opuścił żadnego ligowego spotkania. Jeśli w relacjach prasowych kogoś wyróżniano, to najczęściej był to właśnie Wodarz do spółki z Peterkiem. Dobre występy jednostek nie szły w parze z formą całej drużyny, choć w porównaniu do poprzednich sezonów Ruch piął się w górę. W połowie kwietnia 1931 r. hajduccy piłkarze po raz pierwszy nawet liderowali tabeli. Do podium dalej było jednak daleko, a fakt, że z powodów finansowych klub ciągle musiał sobie radzić bez trenera, na pewno nie pomagał w rywalizacji. Dobre występy Wodarza w lidze nie przeszły niezauważone. Postępy, jakie czynił, zapewniły mu miejsce w reprezentacji okręgu. Wkrótce zwrócił też na siebie uwagę Józefa Kałuży. Kapitan związkowy PZPN zdecydował się powołać młodego zawodnika na towarzyskie spotkanie z Rumunią. Nasi ówcześni sąsiedzi należeli wtedy do europejskiej czołówki. Dobrze radzili sobie w Pucharze Bałkańskim. Byli też równorzędnym rywalem dla tak renomowanych ekip jak: Węgry, Austria czy Czechosłowacja. 2 października 1932 w Bukareszcie górą byli jednak Polacy. Drużyna nasza wygrała wtedy 5:0, ale spotkanie należało mimo wysokiego wyniku do trudnych. Temperatura wynosiła 42oC. Każdy może sobie wyobrazić, jak się gracze pocili. Ja, 18-letni młodzieniec wówczas, miałem do pokonania prócz tych 42 stopni, jeszcze swą „gorączkę” pierwszego oficjalnego występu w reprezentacji Polski – opowiadał po latach o swoim pierwszym meczu w kadrze. W momencie debiutu miał 19 lat i 53 dni. Przed nim koszulkę z białym orłem na piersi zakładało tylko dwóch młodszych graczy. Zaprezentował się na tyle dobrze, że znalazło się dla niego miejsce w zbliżającym się wyjeździe kadry do Włoch. Polska miała zagrać tam trzy oficjalne spotkania, ale skończyło się tylko na dwóch i to nieoficjalnych. Nieznane są przyczyny odwołania oficjalnego charakteru spotkań, ale wiadomo, że przyjęto nas z najwyższymi honorami. Przed oboma spotkaniami odegrano hymny gospodarzy i gości, a także zaproszono neutralnych sędziów. Polacy jednak dwa razy przegrali. W spotkaniu rozgrywanym w Neapolu z reprezentacją Włoch środkowo-południowych było 0:3 a w drugim, które odbyło się w Genui z zespołem północno-zachodnich Włoch aż 1:5. Naszym zawodnikom brakowało szybkości i mieli problemy z utrzymaniem narzuconego tempa. Na dodatek Włosi już wtedy nie przebierali w środkach, co w pierwszym starciu skończyło się dwiema kontuzjami Polaków. Również sędziowie, zwłaszcza w spotkaniu w Genui mogli się spisać lepiej. Za ewidentną rękę nie został podyktowany rzut karny. Prasa włoska jednak zauważała, że Polacy byli lepszym zespołem, niż zakładano. Wygranie meczu na gorącym nie tylko z powodu słońca terenie nie było łatwym, jak o tym prócz nas przekonało się wiele innych drużyn. Przegraliśmy – wspominał Wodarz. W 1933 r. w Ruchu doszło do wielu zmian. Powołano specjalny komitet, którego zdaniem miało być pozyskanie sponsorów klubu. Wybór padł na Hutę Bismarcka. Prezesem klubu został Wilhelm Blacha. Był zdania, że drużynę trzeba budować na lata i opierać ją na zawodnikach pochodzących z Górnego Śląska. Zmiany zaszły również w lidze. Rywalizowano w dwóch grupach – wschodniej i zachodniej. Trzy najlepsze drużyny z każdej z nich w drugiej części sezonu toczyły bój o mistrzostwo. Również w drużynie doszło do przetasowania. Niektórzy zakończyli kariery, inni zmienili barwy klubowe. Już w poprzedniej kampanii ligowej zaistniał 19-letni Edmund Giemza, wkrótce do pierwszej drużyny dołączył też wychowanek Alfred Gwoźdź. To właśnie ci dwaj panowie oraz Teodor Peterek okażą się na koniec sezonu najlepszymi strzelcami klubu.

Nie byłoby jednak ich bramek bez znakomitych podań Wodarza. Już w pierwszym meczu piłkarze pokazali, że będą liczącą się siłą, rozbijając 6:0 krakowską Garbarnię. Drużyna Ruchu przedstawiała się jako całość bardzo dobrze, tak pod względem technicznym, jak i taktycznym oraz kondycji fizycznej. Na pierwszy plan wysunął się bezapelacyjnie Wodarz, który bodajże nigdy jeszcze nie był w tak świetnej formie – relacjonował „Przegląd Sportowy” z 5 kwietnia 1933 r. Ruch w grupie grał z drużynami krakowskimi – Podgórzem, Garbarnią, Wisłą i Cracovią oraz z poznańską Wartą. Cracovia broniła tytułu, ale w starciu z hajducką drużyną była bez szans. Niebiescy wygrali aż 4:1. Poważnie zasygnalizowali chęć walki o tytuł. W relacjach prasowych znowu wychwalano lewoskrzydłowego Ruchu: ,,Na czoło wybija się bezapelacyjnie Wodarz, gracz wybitnie inteligentny, dysponujący doskonałą techniką, dużą ambicją, świetnymi dośrodkowaniami i bardzo niebezpiecznym strzałem” – chwalono go w „Przeglądzie Sportowym” z 31 maja 1933 r. Ciągle zbierał pochwały. Był prawdziwym motorem napędowym drużyny. Pierwszy ligowy tytuł Ruch zapewnił sobie po wyjazdowym zwycięstwie w ostatniej kolejce ligowej nad Cracovią. Co ciekawe sympatia krakowskich kibiców w dużej mierze była po stronie gości, bo ich wygrana oznaczała brak tytułu dla lwowskiej Pogoni. O ile mistrzowski tytuł w 1933 r. był dla wielu zaskoczeniem, o tyle rok później jego obrona była już piłkarskim kunsztem. Rozgrywki toczono „normalnie”, czyli 12 drużyn rywalizowało w jednej grupie. Ruch przegrał tylko dwa spotkania. Hajduczanie strzelili w 22 meczach 90 bramek, czyli prawie dwa razy więcej niż druga w tabeli Cracovia! Do zespołu dołączył Wilimowski. On sam zdobył 33 gole, Peterek dorzucił 28, a Wodarz kolejne 10, a gdyby tylko w tamtych czasach liczono asysty… byłby królem tej statystyki. Z takim atakiem musieli wygrać ligę. Sukces powtórzyli w dwóch kolejnych sezonach, choć już bez tak znaczącej przewagi. Na początku grudnia 1934 r. na Śląsk przyjechał wielki Bayern. Niemcy brali udział w turnieju, w którym uczestniczyły jeszcze zespoły Cracovii, Garbarni i Ruchu. Gospodarzem byli Niebiescy. Szkoda, że organizatorzy nie postarali się, żeby mistrz Polski spotkał się z Bayernem dopiero w finale. Oba zespoły starły się już w półfinale, gdzie po dość wyrównanym meczu górą byli goście. Pokonali oni Ruch lepszą organizacją gry i skutecznością. Wodarz znalazł się wśród wyróżniających się graczy Jako jeden z nielicznych starał się jakoś zapanować nad chaotycznymi atakami hajduczan. Na przełomie roku Ruch udał się do Monachium na rewanż. Po kolejnym wyrównanym pojedynku wygrali tym razem Niebiescy. Prasa niemiecka była pod wrażeniem wyszkolenia technicznego i bardzo dobrej taktyki. Podkreślali lepszy start do piłki gości z Polski i ofiarność piłkarzy. Na uroczystej kolacji były przemówienia na cześć zawodników Ruchu i pamiątkowe prezenty. Monachijczycy dostali statuetkę z węgla, a sami przekazali Polakom kufle. Drugi mecz na niemieckiej ziemi zaplanowano na 2 stycznia 1935 r. Ruch miał się zmierzyć z VfB Stuttgart. Pierwszy kwadrans spotkania nie był udany, bo gospodarze prowadzili już 2:0. Wtedy jednak piłkarze Ruchu wzięli się ostro do roboty, strzelili pięć bramek i na przerwę schodzili ze znaczną przewagą. Ruch grał świetne zawody, piłka krążyła jak po sznurku, a zawodnicy starali się kontrolować grę. W drugiej połowie dało o sobie znać zmęczenie i fatalna jakość boiska, wskutek czego gospodarze zdołali strzelić dwie bramki. To było jednak wszystko, na co ich było stać. Atak Ruchu był w stosunku do Monachium nie do poznania. Kombinacyjnie celujący, świetnie dysponowany strzałowo i w doskonałej kondycji fizycznej. Trudno kogoś wyróżnić, bo wszyscy pracowali się bez zarzutu. Jeśli decydujemy się na skrzydłowych, to dlatego, że zdobyli się oni na największy kontrast w stosunku do Monachium. Wodarz był długimi okresami najlepszym graczem na boisku, grał uważnie i miał szczęście w strzelaniu – czytamy w „Przeglądzie Sportowym” z 5 stycznia 1935 r. Trzy gole strzelił Wilimowski, a dwa Wodarz. W nagrodę obaj zawodnicy zostali wyróżnieni przez PZPN srebrnymi odznakami za godną obronę barw Polski w spotkaniach międzypaństwowych. Za kilkanaście miesięcy Polska weźmie udział w igrzyskach w Berlinie ale na niemieckich boiskach zaprezentuje się tylko jeden z tych wspaniałych piłkarzy.

8

Pamiętajmy! To był najwybitniejszy skrzydłowy polskiego futbolu(wiecie gdzie czytać):

@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson

10

Trofeu Joan Gamper:

10 sierpnia 2016 r. FC Barcelona wygrała z Sampdorią 3:2(3:1) w meczu o Puchar Gampera. W barwach włoskiej drużyny wystąpił Karol Linetty, który miał udział w zdobyciu jednej z bramek. Leo Messi otrząsnął się po traumatycznym finale Copa America. Argentyńczyk, który po finałowym meczu turnieju zrezygnował z gry w reprezentacji, błysnął formą w barwach Blaugrany. Strzelił dwa gole i zaliczył kapitalną asystę przy bramce Luisa Suareza. To właśnie dzięki niej Duma Katalonii objęła prowadzenie. W 16. minucie w polu karnym Sampdorii Messi przyjął piłkę na klatkę piersiową i zagrał "w ciemno" za siebie. Idealne podanie strzałem głową na bramkę zamienił Urugwajczyk. Messi trafił do siatki w 21. i 34. minucie. Najpierw wykorzystał podanie Ivana Rakiticia, a potem pokonał Emiliano Viviano strzałem z rzutu wolnego. Gole dla Sampdorii padły w 23. i 78. minucie. Pierwszą z bramkowych akcji rozpoczął Karol Linetty, który przechwycił piłkę. Do bramki trafił Luis Muriel, a asystę zaliczył Fabio Quagliarella. Drugiego gola strzelił Ante Budmir. Polski pomocnik przebywał na boisku do 71. minuty. Zmienił go Luca Cigarini. Do tej pory odbyło się 51. edycji Pucharu Gampera. Dla Barçy był to 39. triumf i jednocześnie rewanż za spotkanie z 2012 roku, kiedy Sampdoria pokonała Barcę 1:0. Gole zdobyli: Luis Suarez(16 m.), Messi(21 i 34 m.) / Muriel 23 m., Budmir 78 m.

@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

11

Ostatnie pożegnanie katalońskiej osobistości:

10 sierpnia 2007 r. odbył się pogrzeb Nicolau Casausa. Casaus był wiceprezydentem FC Barcelony w latach 1978-2003. W 1939 r. aresztowano go za bycie ,,czerwonym separatystą” i pięć lat spędził w więzieniu, w tym 72 dni w celi śmierci za poglądy, które przedstawiał w magazynie ,, Horitzons”. Gdy wypuszczono go z więzienia na dworcu w Igualadzie powitali go policjanci, którzy w drwiący sposób nazywali go ,,Burmistrzem Igualady”. W latach 40-tych dzięki pomocy swojego przyjaciela słynnego Josepa Samitiera założył firme tekstylną. W 1948 r. został socio FC Barcelony i zaczął piąć się po szczeblach kariery w klubie. W latach 1961-77 znajdował się w opozycji wobec urzędujących prezydentów a w 1978 r. po przegranych wyborach dał się przekonać Nuñezowi i został jego zastępcą, mimo że wcześniej odrzucał taką możliwość. Jego głównym terenem zajęć stał się departament penyi. W czasie jego 25-letnich rządów liczba oficjalnych klubów kibica wzrosła z 60 do ponad 1,5 tysiąca a w 1999 r. na spotkaniu penyi podarowano mu jego popiersie z brązu, które obecnie znajduje się w klubowym muzeum.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson

0

@kubix05 Ciekaw jestem kogo na stronie Barcy interesuje fińska pisarka?

0

@Walker A jednak w Piacenzie! oto dowód: https://pl.wikipedia.org/wiki/Filippo_Inzaghi

1

@Sysia11 Ależ wy to piszecie! Ech...

14

Żywe legendy włoskiego futbolu:

9 sierpnia 1973 r. w Piacenzie urodził się Filippo Inzaghi. W klubie z tego miasta rozpoczął piłkarską karierę w sezonie 1991/92, po czym na rok wypożyczony został do trzecioligowego Leffe. Następnie występował w Veronie i ponownie w Piacenzy. W 1995 roku trafił do Parmy, w barwach której zadebiutował w Serie A. Najczęściej jednak zajmował miejsce na ławce rezerwowych, skąd przyglądał się poczynaniom Zoli i Stoiczkowa. Rozegrał zaledwie 15 spotkań strzelając dwa gole. Latem 1996 roku wypożyczono go do Atalanty Bergamo. To posunięcie okazało się strzałem w dziesiątkę i dla klubu z Lombardii i dla samego snajpera. W barwach Atalanty rozegrał 33 spotkania (nie zagrał tylko w jednym meczu), strzelając 24 gole. Latem 1997 roku transfer Inzaghiego do Juventusu nie stanowił więc niespodzianki. Bądź co bądź, mistrzowie Włoch kupowali z Atalanty Bergamo piłkarza, który z 24 golami na koncie został królem ligowych strzelców sezonu 1996/97. Działacze „Bianconerich” każdą bramkę wycenili na pół miliona dolarów. Inzaghi podpisał pięcioletni kontrakt i zarabiał na tamtą chwilę 1,2 miliona dolarów rocznie. Jak sam powiedział: “Gra w Juventusie to spełnienie moich marzeń“. Już w swym pierwszym sezonie spędzonym w Juve grał u boku wielkiego Alessandro Del Piero. Mimo wzajemnej niechęci, która była tajemnica poliszynela, na boisku stworzyli znakomity duet, którego Lippiemu mógł pozazdrościć każdy trener. We dwóch strzelili 39 goli. Mniej bramek niż ta dwójka zdobyli wszyscy piłkarze siedmiu drużyn Serie A, w tym słynnego Milanu. Mimo tak udanego sezonu w Juventusie, w okresie letniego mercato spekulowano, że Inzaghi może przejść do Romy. Miało się tak stać z chwilą sfinalizowania rozmów Juve z Christianem Vierim. Do tego jednak nie doszło. Vieri ostatecznie odszedł do Lazio, a Filippo Inzaghi, ku uciesze wielu fanów, pozostał na Stadio Delle Alpi. Tym samym złamał pewną regułę. Do tej pory od czasu wkroczenia w wiek seniorski co roku zmieniał klubowe barwy.

Zaraz po przyjściu do Juve, Inzaghi święcił swój pierwszy triumf. Był to Superpuchar Włoch rozegrany w 1997 r. Rywalem była Vicenza. „Bianconeri” wygrali ten mecz 3-0, a autorem dwóch goli był nie kto inny, jak sam Inzaghi (trzecią bramkę dołożył Conte). Kolejny sukces przyszedł za niedługo, bo już w pierwszym sezonie w nowych barwach. Wtedy to Juventus zdominował rywali i zdobył swe 25. scudetto. Jak się jednak później okazało, był to ostatni taki sukces bramkostrzelnego napastnika w barwach Juve. Mógł odczuwać niedosyt, lecz nie z powodu swojej postawy, co z braku większych osiągnięć, w końcu w Turynie spędził 4 lata. W sezonie 1998/1999 Inzaghi nie zawiódł strzelając 12 goli w 28 meczach. Wszystko ułożyłoby się zapewne lepiej, gdyby nie koszmarna kontuzja Del Piero, tuż na początku sezonu. W ostateczności klub z Turynu zakończył ligowe rozgrywki dopiero na 7. miejscu. Również w Lidze Mistrzów „Pippo” spisywał się na miarę oczekiwań. Otarł się nawet o wielki finał, jednak ostatecznie Juve musiał uznać w półfinale wyższość Manchesteru United. W sezonach 1999/2000 i 2000/2001 wszystko zdawało się wrócić do normy. Inzaghi zachwycał i robił to co do niego należało – strzelał gole. Zdobył ich odpowiednio 15 i 11. Na niewiele się to zdało, ponieważ Juve dwa razy kończyło rozgrywki ligowe jako wicemistrz. Również w Europie turyński zespół nie zachwycał. Wygrał mało prestiżowe rozgrywki Pucharu Intertotto, by później szybko odpaść z Pucharu UEFA. Sezon później (2000/2001) Juve już w pierwszej fazie grupowej Ligi Mistrzów pożegnało się z rozgrywkami. Inzaghi zdobył 5 goli z 9 strzelonych przez Juve. W meczu z Hamburgerem udało mu się nawet ustrzelić hat-tricka. Już wtedy Filippo Inzaghi czuł na plecach oddech Davida Trezegueta. Jeśli obawiał się o miejsce w podstawowej jedenastce to miał rację, bo działacze Juve zdecydowali się sprzedać Włocha, by zrobić przestrzeń dla kupionego po Euro 2000 Francuza. W 2001 roku Filippo Inzaghi opuścił Turyn przenosząc się do Milanu za 38 milionów dolarów. Szybko się tam zaaklimatyzował i zdobywał dla nowego klubu mnóstwo goli. W 2007 roku stał się bohaterem całego Mediolanu, gdy jego dwie bramki w finale z Liverpoolem zapewniły Rossonerim wygraną w Lidze Mistrzów. Ogółem w Milanie grał aż do 2012 roku i w 300 meczach strzelił 126 goli. Regularnie powoływany do reprezentacji Włoch, w Squadra Azzurra wystąpił trzy razy w finałach mistrzostw świata (1998, 2002, 2006 – na tych ostatnich zdobył złoty medal) oraz na Euro 2000, skąd przywiózł srebro. Podczas 4 sezonów spędzonych na Delle Alpi, Superpippo rozegrał w barwach Juventusu 167 meczy zdobywając aż 91 goli. Bilans naprawdę imponujący, a samego piłkarza na pewno nigdy nie zapomni żaden kibic Juve z tamtych czasów. Po zakończeniu w 2012 roku kariery piłkarskiej Inzaghi postanowił spróbować swoich sił jako trener. Zaczynał od młodzieżowych drużyn Milanu, by w czerwcu 2014 roku zadebiutować w Serie A w nowej roli – trenera Rossonerich. Po pierwszym sezonie został jednak przez klub zwolniony ze względu na niezadowalające wyniki. Poźniej trenował drużynę Venezii, z którą najpierw awansował do Serie B, by sezon później dopiero w play-offach przegrać awans do najwyższej klasy rozgrywkowej. Następnie bez większych sukcesów zasiadał na ławce Bologni, Benevento, Brescii i Regginy. Od października 2023 r. prowadził Salernitane, lecz w lutym tego roku został zwolniony. Od niedawna, gdyż od początku lipca został nowym trenerem Pisy, występującej na zapleczu Serie A.

@Symson
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

1

@Sysia11 Gotuje? Co gotuje?

0

@Hshdhrhdh No chyba tak. Chodzi mi o to żeby transmisja się nie zatrzymywała i nie przerywała jak na tym słynnym strumyku!

0

@Hshdhrhdh Jeszcze nie wiadomo czy będzie ciągło ten youtube...?

2

@FcPortoFan1999 Zgadza się. Pamiętam ale już nie w szczegółach, w dodatku nagrywałem ten mecz na vhs...

0

@Gary Zgadza się, Wiem bo interesował mnie wówczas nowy nabytek Juan Roman Riquelme...

9

Polskie kluby w Champions League(eliminacje):

9 sierpnia 2005 r. Wisła Kraków pokonała u siebie Panathinaikos Ateny 3:1 w pierwszym meczu el. Ligi Mistrzów. Dwa kroki do piłkarskiego nieba. Tyle trzeba było zrobić, aby w sezonie 2005/2006 zagrać w Lidze Mistrzów, bo tym razem najlepszy polski zespół rozpoczął kwalifikacje dopiero od trzeciej rundy. Do tego rywal, na którego trafiła krakowska Wisła, był w jej zasięgu. Wprawdzie w składzie Panathinaikosu nie brakowało znanych piłkarzy, z Brazylijczykiem Flávio Conceição, Chorwatem Igorem Bišćanem i Emmanuelem Olisadebe na czele ale w drużynie Białej Gwiazdy( nomen omen) gwiazd też była cała konstelacja. Mecz pod Wawelem nie zaczął się dla nas najlepiej, bo „Emsi” już w 4. minucie przypomniał polskim kibicom o swoich snajperskich umiejętnościach. Na tego gola szybko jednak odpowiedział Paweł Brożek a w drugiej połowie gospodarze powiększyli przewagę do dwóch goli autorstwa Kalu Uche i Tomasza Frankowskiego. Awans był na wyciągnięcie ręki...

@Adran360
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson

10

Skromna zaliczka:

9 sierpnia 1995 r. Legia Warszawa pokonała IFK Göteborg 1:0 po golu Jerzego Podbrożnego w pierwszej rundzie eliminacji Ligi Mistrzów. Pierwszy krok do raju. Od reformy Pucharu Europy i powołania Champions League w 1992 roku mistrz Polski po raz czwarty próbował zameldować się w fazie grupowej najbardziej elitarnych klubowych rozgrywek. Po dwóch nieudanych próbach Lecha Poznań, swoje drugie podejście rozpoczynała Legia. Rok wcześniej warszawianie odebrali srogą lekcję od Hajduka Split. Teraz los na ich drodze postawił równie silnego mistrza Szwecji. IFK Göteborg to ćwierćfinalista poprzedniej edycji, który po dwóch remisach tylko bilansem bramek ustąpił Bayernowi Monachium. W konfrontacji z ekipą opartą na reprezentantach Szwecji (brązowych medalistach mundialu 1994) legioniści z pewnością nie byli faworytami. Podjęli jednak rękawice i przed własną publicznością wywalczyli skromną zaliczkę przed rewanżem.

@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Arkon
@Adran360

9

Hiszpańska federacja przesiąknięta dyktaturą:

9 sierpnia 1978 r. FC Barcelona zatrudniła Alberto Tarantiniego, lecz reżim anulował ten transfer. Lewy obrońca reprezentacji Argentyny był wówczas świeżo upieczonym mistrzem Świata. Alberto rok wcześniej w barwach Boca Juniors zagrał nawet z Blaugraną na Camp Nou w Pucharze Gampera. W sierpniu 1978 r. zaprezentowano go nawet na jednym z treningów w koszulce Barçy ale nie posiadał jeszcze hiszpańskiego obywatelstwa. Jego żoną była Hiszpanka, więc wydawało się iż załatwienie formalności potrwa krótko i będzie mógł zagrać już w pierwszym meczu ligowym. Niestety reżim na to nie pozwolił. Machina propagandowa oskarżyła piłkarza między innymi o to, że wziął ślub tylko dla hiszpańskiego paszportu. W końcu Tarantini trafił do Birmingham City, gdzie jednak nie spełnił oczekiwań ze względu na swój porywczy charakter. Jak widać nawet 3 lata po śmierci dyktatora niewiele się właściwie zmieniło. Zresztą do dzisiejszego dnia Real Madryt jest faworyzowany przez władze piłkarskie z Madrytu i to się już chyba nie zmieni…

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson

1

@Gary Tak, zgadza się, to był 2001 rok. Po prostu przy pisaniu tekstu pomyliłem cyferki :) A odpisuje dopiero teraz, gdyż od wczoraj byłem na wsi a tam nie miałem dostępu do internetu.

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?