FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
1
@FcPortoFan1999 No właśnie, więc te ,,niefortunne nazwisko" troche na wyrost...
1
@FcPortoFan1999 No ale jemu raczej nic nie groziło ze strony dyktatora...
1
@MOLESTA Tak masz absolutną racje! Przybył do FC Barcelony jako zmiennik Terry'ego Venablesa i odniósł sukces w zdobyciu Pucharu Króla. Jego przybycie zbiegło się z jednym z najtrudniejszych momentów w historii klubu. Większość zawodników dołączyła do klubu i zażądała rezygnacji prezesa Josepa Lluísa Núñeza z powodów ekonomicznych w ramach słynnego „Motín de Hesperia” (Bunt Hesperii) a Luis Aragonés udzielił im bezwarunkowego poparcia. A to wszystko działo się w sezonie 1987/88
11
Zapomniane legendy rodzimego futbolu:
28 lipca 1899 r. w Poznaniu urodził się Wawrzyniec Staliński. Postać silnie związana z poznańską Wartą oraz wielokrotny reprezentant kraju. Był napastnikiem ale często zdarzało mu się występować na skrzydle, to jednak nie utrudniało mu zdobywania goli ale nie tylko gole definiowały go jako piłkarza. Kibice uwielbiali go za przebojową i dynamiczną grę i widowiskowe zagrania. Charakteryzował się atletyczną budową ciała i wielką sprawnością fizyczną. Przez lata był czołowym strzelcem klubu. Staliński wystąpił w 121 meczach ligowych pomiędzy 1919 a 1930 rokiem, jednak źródła nie są jednoznaczne co do realnej liczby meczów w barwach Warty. Na pewno było ponad 350 – o czym świadczy notatka z meczu przeciwko TKS Toruń z Kurjera Poznańskiego. 19 sierpnia 1928 r. w przerwie meczu piłkarz miał odebrać laury za swój rekordowy 300. występ. W reprezentacji grał 13-krotnie, zdobywając 11 goli. Debiutował 3 września 1922 r. w zremisowanym 1:1 meczu z Rumunią. W swoim drugim występie w narodowych barwach strzelił swoje pierwsze dwa gole a dokonał tego w starciu z Finlandią w Helsinkach 23 września 1923 r. Był w składzie na igrzyska w Paryżu, ale nie pojawił się na boisku. Ostatni reprezentacyjny występ zaliczył 27 października 1928 r. w pojedynku z Czechosłowacją, który Polska przegrała 2:3. Czynną ł karierę zakończył dwa lata później. Po karierze piłkarskiej był arbitrem ligowym a także kapitanem POZPN. Zmarł we Wrocławiu na miesiąc przed swoimi 86 urodzinami. Został wybrany do drużyny 100-lecia Warty. W Reprezentacji rozegrał 13 meczów, strzelając 11 goli.
@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
12
Legendy hiszpańskiego futbolu:
28 lipca 1938 r. urodził się Luis Aragonés. To postać, której życie i kariera na zawsze zapiszą się w historii hiszpańskiego futbolu. Jako młody chłopak zafascynowany piłką nożną, szybko zwrócił uwagę na swoje umiejętności, zapowiadając swoją niezwykłą przyszłość. Luis Aragonés rozpoczął swoją profesjonalną karierę piłkarską w barwach Atletico Madryt w 1958 roku. Jego wszechstronne umiejętności, zwinność i zdolność do zdobywania bramek sprawiły, że szybko stał się kluczowym graczem w zespole. Jego wkład w sukcesy Atletico w latach 60-tych był nieoceniony, zdobywając Mistrzostwo Hiszpanii w sezonie 1965/66 oraz Puchar Króla w sezonie 1960/61. Luis Aragonés jest jednym z najwybitniejszych strzelców w historii Atletico Madryt, z imponującym dorobkiem bramkowym 123 goli w 265 występach w Primera Division. Jego umiejętności przyczyniły się do zdobycia Złotej Buty za sezon 1969/70, gdzie został najskuteczniejszym strzelcem ligi hiszpańskiej. Jego wpływ na grę zespołu sprawił, że stał się niezapomnianą postacią w sercach kibiców. Po zakończeniu kariery piłkarskiej, Luis Aragonés przeniósł się na ławkę trenerską, gdzie kontynuował swoje sukcesy. Jego najbardziej pamiętane osiągnięcie miało miejsce w latach 2004–2008, gdy był selekcjonerem reprezentacji Hiszpanii. Pod jego dowództwem drużyna narodowa zdobyła Mistrzostwo Europy w 2008 roku, co zakończyło długą suchą erę sukcesów dla hiszpańskiego futbolu. Luis Aragonés powrócił do swojego ukochanego Atletico Madryt jako trener w latach 2002–2003 i później w sezonie 2004/05. Jego charyzma, doświadczenie i wizja przyczyniły się do zreformowania zespołu, wprowadzając nowe strategie i skuteczne taktyki.
Niestety, 1 lutego 2014 roku świat futbolu stracił legendę, gdy Luis Aragonés zmarł w wieku 75 lat. Jego dziedzictwo pozostaje jednak żywe, zarówno w sercach kibiców Atletico Madryt, jak i w historii hiszpańskiego futbolu. Jako gracz, trener i wizjoner, Aragonés pozostawił niezatarte ślady, inspirując kolejne pokolenia do pasji i oddania dla piłki nożnej. Jego wkład w transformację hiszpańskiego futbolu niezapomnianie wpisuje się w annały sportowej historii.
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
8
@FCBparasiempre
28 lipca 1897 r. w Krakowie urodził się Henryk Reyman, wielka legenda Wisły. Major Henryk Reyman, przedwojenny oficer Wojska Polskiego a zarazem czołowy napastnik ligi i dziś jedna z największych legend Białej Gwiazdy, piłke nożną traktował dokładnie niczym powinności żołnierskie, jak służbe. Wyróżniała go skuteczność i instynkt strzelecki. Największym atutem była jednak olbrzymia charyzma. Od swego pojawienia się w Wiśle szybko zdobył wielki autorytet. Cechy przywódcze sprawiały że wyraźnie górował w szatni Wisły Kraków. Reyman potrafił przywołać do porządku i strofować nawet największe gwiazdy. Znany jest epizod, gdy rozzuchwalonego dryblingami Józefa Kotlarczyka okrzyczał: ,,Smarkaczu, próbujesz wjechać do bramki?”. Reprymenda podziałała niemal z miejsca. ,,Ostoja napadu Wisły od lat paru jest Reyman na środku. Stanowi typ gracza niezastąpionego w Wiśle raczej ze względu na swe znaczenie moralne dla tej drużyny oraz role głównego dyrygenta całego zespołu. Zresztą nie można pominąć milczeniem jego nieprzeciętnych zdolności strzeleckich, które zapewniły Reymanowi wspaniały dorobek strzelecki”- pisał o nim ,,Przegląd Sportowy”. Dziś gra Reymana dałaby mu zapewne w oczach kibiców miano ,,klasycznego snajpera”. ,,Reyman, choć nie posiada wspaniałego zmysłu taktycznego i opanowania ciała i gry Kałuży, ma jednak doskonałą dyspozycję do strzału”- oceniał ,,Przegląd Sportowy”. Zresztą akurat z Kałużą rozpoczynał swą przygodę z piłką. Dwie wielkie osobowości piłki lat 20-tych spotkały się w Polonii Kraków w 1908 r. Tam Reyman odniósł swój pierwszy duży ,,sukces”, za jaki uważał wygraną 8:5 z reprezentacją Bieżanowa. Potem jednak ich drogi podążyły w innych kierunkach, choć kilkakrotnie się przecinały. Kałuża odszedł do RKS Kraków, zaś Reyman związał swe życie z Wisłą Kraków. W 1913 r. zmienił Kowala w ataku przeciwko BBSV Bielsko-Biała i tego miejsca już nie oddał praktycznie przez dwie dekady. Pod względem skuteczności swego głównego konkurenta krokowskiego, jak też i wszystkich innych napastników z pierwszych 2 sezonów Ekstraklasy, przebijał wyraźnie. Nie był wielkim technikiem, za to w polu karnym przeciwnika muskularny atleta siał prawdziwe spustoszenie. To on został królem strzelców premierowej edycji rozgrywek z wynikiem 37 goli na sezon! Do dziś nikt nie pobił tego niebotycznego rezultatu a konkurencje miał największą w historii ligi, gdyż aż 7 graczy zanotowało ponad 20 goli. Osiągnął wtedy zawrotne średnie: 1,43 gola na ligową kolejke i 1,61 na występ. W tej pierwszej kategorii przebił go w całej historii rozgrywek tylko Ernest Wilimowski w 1934 r. Dzięki 6 golom zdobytym przeciwko TKS Toruń stał się także głównym architektem najwyższego do dziś zwycięstwa w historii ligi(15:0). Bliski korony był też w następnej edycji. Według dzisiejszych wyliczeń nie żyjącego już Andrzeja Gowarzewskiego tytuł ten należy jednak samodzielnie do Ludwika Gintla z Cracovii, wówczas obaj ci zawodnicy współdzielili go z wynikiem 29 goli. Sprawa ta pewnie nigdy nie doczeka się ostatecznego rozstrzygnięcia. Kto wie, czy to nie jemu w ogóle liga zawdzięcza powstanie. Był najgłośniejszym orędownikiem przekształcenia rozgrywek w format ligowy wśród piłkarzy. W opozycji do niego stali dwaj koledzy z zespołu- Kotlarczyk oraz Skrynkowicz, którzy sprzyjali starym porządkom i grozili transferem do Tarnovii. Ostatecznie przeważył autorytet znakomitego napastnika a duet rozłamowców pozostał w szeregach Białej Gwiazdy i wspólnie sięgnęli po 2 mistrzostwa w dwóch pierwszych edycjach Ekstraklasy. Reyman indywidualnie został zaś pierwszym zawodnikiem, który pokonał bariere 50 oraz stu goli strzelonych w najwyższej polskiej lidze i drugim po Wacławie Kucharze, który dokonał tego w mistrzostwach Polski. Według różnych wyliczeń zanotował w Ekstraklasie od 108 do 115 goli. Pod względem średniej bramek(0,86) z członków Klubu 100 ustępuje miejsca tylko Ernestowi Wilimowskiemu. Był też pierwszym w historii ligi kapitanem, który mógł się cieszyć ze swoim klubem zdobytym mistrzostwem w lidze polskiej. Pokazał przy tym kawał niebywałej odporności psychicznej. O tytule decydowało spotkanie z klubem mniejszości niemieckiej 1. FC Katowice, które elektryzowało całą piłkarska Polske. Nikt jednak nie mógł lepiej od niego udźwignąć brzemienia odpowiedzialności. Wisła wygrała to starcie 2:0 a sam Reyman podwyższył wynik meczu, co pozwoliło krakowskiemu zespołowi wrócić do domu z tarczą, choć… pierwotnie świętowano wynik 3:0 a napastnikowi oficjalnie zaliczono dublet. Drużyna 1. FC Katowice, po tym jak sędzia podyktował rzut karny, zeszła bowiem z boiska. Reyman wykonał więc strzał z jedenastu metrów do pustej bramki. Wobec braku powrotu gospodarzy na boisko, arbiter zakończył mecz. Dopiero później wynik został zweryfikowany do stanu sprzed karnego. Sukces z Wisłą powtórzył też w roku następnym. Było to ostatnie mistrzostwo tego klubu przed wojną. Spadek formy drużyny splótł się ze słabszą dyspozycją Reymana. Nie można było jednak powiedzieć, by grał on gorzej. Po prostu rzadziej mógł się pojawiać na boisku. Zawodowo związany z wojskiem na pewien czas został przeniesiony do Wilna, mimo to starał się pojawiać w progach klubu najczęściej, jak się dało. Kiedyś po 24-godzinnej podróży z obecnej stolicy Litwy niemal prosto z pociągu wyszedł na boisko. Sam czul tez upływ czasu i brak sił. Zgodnie z honorem wojskowym postanowił zrezygnować z występów, czując przeciążenie pracą w CIWF. Po wyjeździe do Krakowa na Zielone Świątki złożył prośbe o zwolnienie. Została ona jednak potraktowana odmownie a pod Wawelem wybuchła prawdziwa histeria. ,,Podzielam w zupełności stanowisko zajęte w tej sprawie przez Zarząd Wisły. Jak już Panowie słusznie w jednym z ostatnich numerów ,,Przeglądu” podkreślili, cała opinia krakowska jest po prostu zaskoczona krokiem kpt. Reymana. Uważam to tylko za jakąś psychozę, która jest jednak tylko chwilowa i przejdzie wkrótce. Nie mogę bowiem zrozumieć aby gracz tej miary, związany z historią swego klubu jak właśnie kpt. Reyman, decydował się nagle na zmianę swych barw. Tym bardziej że nie jest mu obce przecież przyjeżdżanie na mecze swojego klubu. Czy bawiąc w Wilnie, nie przybywał na mecze do Krakowa?”- powiedział kapitan Dembiński, kierownik Białej Gwiazdy. Dodatkowo podejrzewano go o konszachty z Legią Warszawa, ponieważ w czasie pracy w CIWF trenował z tym klubem, co wzmagało negatywne nastroje w Krakowie. Ostatecznie Reyman poprosił o kilka tygodni do namysłu. Ten okres skrócił się do kilkunastu dni, po których znów pojawił się w składzie swego zespołu przeciwko Warcie Poznań. Szczególnym rywalem w jego życiorysie była Cracovia. Nie tylko z powodu napięć między dwoma krakowskimi zespołami. W meczu przeciwko temu zespołowi rozegrał swoje 400-ten spotkanie w barwach Białej Gwiazdy. Kilka miesięcy potem w starciu z Pasami zanotował też swoje setne trafienie w lidze. Na nim przyszło mu jednak również zakończyć piłkarską karierę. W 1933 r. Reyman został wykluczony prze sędziego w końcówce starcia z Pasami z boiska. Za nim podążyła cała drużyna. Kapitan nakazał im powrót na boisko, po minucie jednak zmienił zdanie i starcie zakończyło się walkowerem. Prawdopodobnie przekazał on tylko czyjeś polecenie. Znając jego charakter, ciężko jednak przypuszczać, by w tej sprawie postąpił wbrew sobie. Sprawe zakończył dowódca okręgu Kraków- generał Bernard Mond, który zakazał gry w lidze zawodowym oficerom. ..Nie możemy się zgodzić aby piłkarz w służbie czynnej schodził z boisku wśród gwizdów i okrzyków kilkutysięcznego tłumu”- napisał oburzony w oświadczeniu. Generał pozwolił oficerom na gre tylko w wojskowych klubach, samemu będąc prezesem… takiego tworu- Wawelu Kraków! W reprezentacji pan Henryk rozegrał 9 meczów, strzelając w nich 5 goli. Był pierwszym w historii kapitanem kadry Polski na Igrzyskach Olimpijskich. W czasie II Wojny Światowej pozostał wierny mundurowi. Ranny w bitwie nad Bzurą dostał się do niewoli niemieckiej ale zdołał zbiec, za co poszukiwany był przez gestapo. Po wojnie trzykrotnie obsadzano go na stanowisku selekcjonera Polski. Jego imię nosi ulica w Krakowie a także stadiony Wisły Kraków i w Kutnie. Zmarł w 1963 roku.
8
Wyjątkowe legendy polskiego futbolu(czytajcie w odpowiedzi na komentarz):
@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
9
Wybitne legendy futbolu:
28 lipca 1925 r. urodził się genialny urugwajski napastnik Juan Alberto Schiaffino, mistrz Świata z 1950 roku oraz zdobywca Pucharu Miast Targowych(1961 z AS Roma). Piłkarz ten był najlepszym zawodnikiem, jakiego Urugwaj kiedykolwiek miał. Był on czczony jako wielki narodowy bohater. Sławę zdobył na mistrzostwach świata w Brazylii w 1950 roku. Piłkarską karierę rozpoczął w drużynie Peñarolu Montevideo (zdobył z nią cztery tytuły mistrza Urugwaju), w którym w wieku 18 lat stał się podstawowym zawodnikiem. Był wysoki ale bardzo szczupły, przez co wydawało się, że jest jeszcze wyższy. Chciał grać na środku ataku, jednak trenerzy drużyny juniorskiej Peñarolu uznali, że na tę pozycję jest zbyt kruchy i znaleźli mu miejsce łącznika, gracza ataku między środkowym a skrzydłowymi. Dzięki swojej szybkości, znakomitemu przeglądowi pola i mocnemu, ostremu strzałowi, został powołany do reprezentacji Urugwaju, w której już wkrótce miał osiągnąć sukces. Na mistrzostwach świata w 1950 był kluczowym zawodnikiem kadry Urugwaju, która sensacyjnie wywalczyła w Brazylii tytuł mistrzów świata. Schiaffino został jednym z bohaterów finałowego spotkania z Brazylią. Ekipa "Canarinhos" była wielkim faworytem imprezy, odbywającej się na jej ziemi, gromiąc kolejnych rywali. Piłkarze Urugwaju nie wystraszyli się rozpędzonych Brazylijczyków. W 47. minucie finału gospodarze objęli prowadzenie, jednak w 66. minucie Schiaffino uderzył z powietrza, będąc w polu karnym Brazylii i było 1:1. Trzynaście minut później Schiaffino idealnie obsłużył Alcidesa Ghiggię i Urugwaj został mistrzem świat, wygrywając w obecności blisko 200 tysięcy ludzi na słynnej Maracanie z Brazylią 2:1. Od tego czasu, dla upamiętnienia "Cudu na Maranie" w Rio de Janeiro, Schiaffino nazywano "El Maracanazo". Cztery lata później znów był kluczowym zawodnikiem reprezentacji Urugwaju na MŚ w Szwajcarii. To między innymi dzięki niemu "Urusi" dotarli do półfinału, gdzie przegrali trochę nieszczęśliwie z Węgrami 2:4. W tym samym roku Schiaffino przeszedł z Peñarolu do włoskiego AC Milan za rekordową wówczas sumę 72 tysięcy funtów. Ze swoim nowym klubem trzykrotnie sięgnął po tytuł mistrza Włoch i awansował do finału Pucharu Europy Mistrzów Krajowych (1958). W późniejszym okresie został wybrany przez kibiców Milanu do "10" najlepszych zawodników w historii klubu. Po przeprowadzce do Italii, posiadając włoskie korzenie, postanowił zakończyć przygodę z reprezentacją Urugwaju, w której rozegrał 25 spotkań, strzelając w nich 11 goli i zmienił obywatelstwo. Wystąpił nawet w czterech kwalifikacyjnych spotkaniach Włochów do MŚ, ale "Squadra Azzura" nie zakwalifikowała się do turnieju w Szwecji (1958). W 1960 roku Schiaffino przeniósł się do AS Roma, gdzie dwa lata później zakończył karierę sportową. We Włoszech uważano go za najlepszego zagranicznego piłkarza. Tak było aż do czasu, kiedy w Italii pojawił się Michel Platini.
W 1976 roku wrócił na futbolową scenę, zostając menedżerem Peñarolu i wkrótce potem selekcjonerem reprezentacji Urugwaju. Zmarł 13 listopada 2002 roku, w wieku 77 lat, w swoim rodzinnym mieście Montevideo. Tuż przed śmiercią został jeszcze wybrany najlepszym piłkarzem Urugwaju minionego wieku.
@Stinger_
@Safrani
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@Adran360
4
@misterio Zawsze uwielbiałem Eto'o, oczywiście poza Messim ale to dlatego że Samuel zaczał troche wcześniej grać od Leo. Natomiast MVP ja również bardziej lubiłem od MSN! Tu z kolei poza Messim bardzo lubiłem Ville a najmniej Pedro, jeśli miałbym wybierać. Obawiam się tylko że za mojego życia już nie będzie w Barcuni takich trio, no ale cóż...
13
Feliz cumpleaños panie Nadal!
28 lipca 1966 r. urodził się Miguel Angel Nadal. Ten prawy obrońca debiutował w La Liga w barwach RCD Mallorca i w ekipie z rodzinnych Balearów spędził 5 sezonów. W 1991 r. trafił do FC Barcelony. W ,,Dream Teamie” Johana Cruijffa miał pewne miejsce w składzie do czasu przyjścia Luisa Van Gaala. Po pierwszym sezonie Holendra, Nadal zdecydował się wrócić do Mallorci, gdzie w 2005 r. zakończył kariere. Miguel Angel jest wujkiem słynnego tenisisty Rafaela Nadala, który jest z kolei znanym kibicem Realu Madryt...
Feliz cumpleaños panie Pedro!
Kochani cules, dzisiaj 38 lat kończy Pedro Eliezer Rodriguez Ledesma. No tego pana to ja chyba przedstawiać nie musze? Ileż nam ten sympatyczny Kanaryjczyk radości przysporzył to głowa mała a to wszystko głównie dzięki Pepowi, który miał nosa i odwage na niego postawić. Jako pierwszy piłkarz w historii strzelił gola w sześciu różnych rozgrywkach w ciągu jednego roku! Dziękujemy Pedro i nigdy o tobie nie zapomnimy.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
1
@FcPortoFan1999 No powiedzmy że coś takiego...
1
@blakkudium No nie sądze, gdyż nigdy o niej nie pisał z tamtych lat! Wręcz przeciwnie to ja opisywałem te czasy Barcuni... :)
2
@FcPortoFan1999 To sprawa wręcz zza światów...!
3
@Safrani Dokładnie! Specjalnie nie pisałem że to cytat, żeby sprawdzić, czy ktoś się zorientuje?
Moje gratulacje!
1
@Lionel_Messi10 Oj, nie żartuj z kolegów! :)
5
Niektórzy ludzie uważają, że piłka nożna jest sprawą życia i śmierci. Jestem rozczarowany takim podejściem. Mogę zapewnić, że to coś o wiele poważniejszego.
3
@Bernard777 Wiedziałem i czytałem już o tym jakieś 5 lat temu ale dopiero przy okazji ciebie sobie o tym przypomniałem i postanowiłem zrobić ci niespodzianke :)
Tak to były wspaniałe czasy śląskiego futbolu, pomimo panującej komuny. No i wkrótce wspaniałe czasy polskiej reprezentacji...
Ja również dziękuje i polecam się na przyszłość :)
1
@misterio Zapomniałeś dodać: ... w góre!
No i karnych!
11
@Bernard777 coś ekstra dla ciebie na koniec łikendu:
Polonia Bytom jako jedyny polski klub:
W latach sześćdziesiątych śląskiemu klubowi udała się sztuka, której przez ponad pięćdziesiąt kolejnych lat nie był w stanie powtórzyć żaden polski zespół. Ekipie z Bytomia udało się bowiem wygrać europejski puchar! I chociaż nie był to odpowiednik współczesnej Ligi Mistrzów, to ta historia i tak jest warta przypomnienia. Każdy kibic inaczej reaguje na hasło „polskie drużyny w europejskich pucharach”. Dla najmłodszych to przede wszystkim przygoda Legii w Lidze Mistrzów (która kojarzy się głównie z porażką 4-8 z Borussią w Dortmundzie), nieco starsi pamiętają występy Wisły Kraków pod wodzą Henryka Kasperczaka przeciwko m.in. Schalke 04, Parmie i Lazio, a jeszcze starsi wspominają gole Wojciecha Kowalczyka z meczu Legia – Sampdoria i trafienie Marka Citki z Widzewa z meczu z Atletico Madryt. Weterani będą pamiętać drogę Górnika Zabrze do finału Pucharu Zdobywców Pucharów w sezonie 1969/70, o której pisaliśmy jakiś czas temu. Wszystkie te historie łączy wspólny mianownik – żadna z wymienionych drużyn ostatecznie nie sięgnęła po puchar. Udało się to tylko jednemu polskiemu zespołowi w historii – Polonii Bytom, która w sezonie 1964/65 sięgnęła po Puchar Karla Rappana.
Rozgrywki te powstały w 1961 roku z inicjatywy austriackiego trenera Karla Rappana. Główne założenie było takie, aby dostarczyć kibicom emocji w okresie letnim, a bukmacherom stworzyć możliwość dodatkowego zarobku (stąd też druga nazwa rozgrywek, która przyjęła się później, czyli Puchar Intertoto). Pierwsza edycja rozgrywek, jeszcze pod oficjalną nazwą International Football Cup, odbyła się w roku 1961 roku. Warto dodać, że UEFA nie miała wówczas w turniejem nic wspólnego – oficjalnie przejęła nad nim patronat dopiero w 1995 roku. Co ważne – europejska federacja nie zgodziła się, aby udział w rozgrywkach kluby, które zakwalifikowały się do innych, rozpoczynających się jesienią turniejów, np. Pucharu Miast Targowych (z tego powodu, w sezonie 66/67 po wygraniu swej grupy z udziału w ćwierćfinale musiał zrezygnować Górnik Zabrze). Sprawiało to, że w Pucharze Intertoto nie mogły wziąć udziału najlepsze zespoły z najsilniejszych lig, a jedynie „średniacy” bądź mistrzowie słabszych piłkarsko krajów. Nie oznacza to jednak, że brakowało w nim silnych marek – pierwszą edycję wygrał Ajax Amsterdam, a w 1966 roku triumfował Eintracht Frankfurt.
Zespół z Bytomia nie był potentatem na krajowym podwórku w pierwszej połowie lat sześćdziesiątych. Udało mu się co prawda sięgnąć po mistrzostwo kraju w 1962 roku, ale generalnie był to okres dominacji Górnika Zabrze, który w tej dekadzie triumfował aż sześć razy. Brak sukcesów w Polsce (w sezonie 1963/1964 klub dotarł do finału Pucharu Polski, w którym uległ 1-2 Legii Warszawa) Polonia zrekompensowała sobie na europejskiej arenie. W kampanii 1963/64 śląska drużyna po raz pierwszy zagrała w Pucharze Intertoto jako jeden z 48 klubów. Po awansie z pierwszego miejsca w grupie (występowały w niej także Crveza Zvezda Belgrad, Vorwarts Berlin i Jednota Trencin), Polonia pokonała w dwumeczu Sampdorię Genua, w ćwierćfinale rozbiła w dwumeczu szwedzkie Oergryte stosunkiem 10-3. W półfinale czekał na nią nieoczekiwany przeciwnik w postaci… Odry Opole, która awansowała do półfinału dzięki rzutowi monetą. Ze starcia śląskich drużyn zwycięsko wyszła Polonia (stosunkiem bramek 2-1), a finale czekał na nią Slovnaft Bratysława. Ten pojedynek niestety zakończył się porażką Bytomian – przegrali 0-1. W tym okresie Polonia Bytom mogła się pochwalić jedną z najlepszych(jeśli nie najlepszą) kadrą w swojej historii. Dostępu do bramki bronił Edward Szymkowiak, w obronie grał 19-letni wówczas Zygmunt Anczok (późniejszy 48-krotni reprezentant Polski i złoty olimpijczyk z Monachium), filarem w pomocy był Ryszard Grzegorczyk (łącznie rozegrał w barwach Polonii ponad 300 spotkań), a w ataku szaleli Jan Liberda (jedna z największych legend tego klubu – spędził w nim ponad 15 lat, strzelając 146 goli w ponad 300 meczach) oraz młody, ale już pokazujący ogromny potencjał Jan Banaś, który w następnych latach stanowił o sile zabrzańskiego Górnika. Przygoda Polonii w Pucharze Karla Rappana sezonu 1964/65 rozpoczęła się zajęcia pierwszego miejsca w grupie. Trudnej, bo znalazły się w niej znane europejskie marki – RC Lens i Schalke 04 Gelsenkirchen, a także szwedzki Degerfors. Emocji w starciach grupowych nie brakowało. Bytomianie potrafili przegrać z Lens 1-3, by w rewanżu wygrać 4-0. Najwięcej radości sprawiła jednak bez wątpienia wygrana z Schalke stosunkiem aż 6-0. Co ciekawe, Niemcy po końcowym gwizdku mogli mówić o szczęściu – kilkoma świetnymi paradami popisał się ich golkiper Horst Muhlmann, a dwa razy przed utratą gola uratował ich słupek. Gdyby nie to, mogliby przegrać dwucyfrową różnicą bramek. Sześć goli w starciu z Polonią stracił też klub Degerfors, który wówczas był trenowany przez Gunnara Nordalhla – legendę i najlepszego strzelca w historii AC Milan.
Kolejne rundy pokazały, że Bytomianie są mistrzami w odrabianiu strat. Pierwszy mecz ćwierćwinałowy z niemieckim Karl-Marx-Stadt przegrali 0-2, ale rewanż wygrali 4-1 i awansowali do półfinału. Tam czekali na nich Belgowie ze Standardu Liege, z którymi Polonia najpierw przegrała 0-1, ale w rewanżu wygrała 3-1. W finale, który w przeciwieństwie do tego z poprzedniego sezonu także miał się składać z dwóch spotkań, czekała ekipa SC Lipsk. Pierwsza część tego pojedynku miała zostać rozegrana w Niemczech. I niestety, zgodnie z dotychczasową tradycją, Polonia ten mecz przegrała, i to fatalnym wynikiem 0-3. Zawodnicy tłumaczyli się później, że podróż przepełnionym pociągiem do Lipska „odebrała im świeżość”, a do tego w kadrze z powodu kontuzji zabrakło jednego z filarów drużyny, czyli bramkarza Edwarda Szymkowiaka. Końcowy triumf wydawał się być bardzo mało realny. Kibice, którzy 16 lipca 1965 roku wybrali się na mecz rewanżowy, mieli wszelkie powody, aby zwątpić w swój zespół. Po dwudziestu minutach do siatki Polonii piłkę skierował Lowe i wydawało się, że dwumecz jest rozstrzygnięty. Wtedy jednak piłkarze z Bytomia pokazali, że nie bez kozery są nazywani mistrzami rewanżów. W 23. minucie Franke strzelił samobója, a 9 minut później Polonia prowadziła 2-1 po trafieniu Grzegorczyka z rzutu karnego. Jeszcze przed przerwą było 3-1 za sprawą Jerzego Jóźwiaka. Na dwadzieścia minut przed końcem regulaminowego czasu gry Jan Banaś strzelił gola na 4-1, a tuż przed końcowym gwizdkiem Norbert Pogrzeba postawił kropkę nad „i” bramką na 5-1. W ten sposób Polonia Bytom została pierwszym(i jak na razie ostatnim) polskim klubem, który wygrał europejski puchar. Jan Liberda, choć w ostatnim meczu gola nie strzelił, został królem strzelców całego turnieju, zdobywając 9 goli.
0
@Filipem Inaczej bym nie pisał i nie był tutaj...
Ale juz powoli chłone
3
A niech te Angole jasny szlak trafi! Kuźwa mać!
0
Ciśnienie 175 na 105, puls 70 ale miałem już wieksze!
0
@FcPortoFan1999 To wszystko przez miłość do futbolu, Argentyny, Hiszpanii i Widzewa
0
A więc w finale Euro 2025 będzie ,,taniec diabła" czyli seria rzutów karnych!
Ja i tak już biore 3 różne tabletki na nadciśnienie, to jeszcze tylko tego brakuje!
2
@blakkudium Oj co prawda, to prawda!
3
Cóż za poezja. Es-pa-na! Es-pa-na!
Cóż za magia futbolowa. Es-pa-na! Es-pa-na!
2
@blakkudium Za co? Za ten kiks?? No weź nie żartuj(!) bo to w końcu mój Widzew i oczy od tego bolą...
3
Vamos Espana! Vamos a ganar!
2
@FCBparasiempre
Mundialowe kompromitacje:
1950 i wyjście po angielsku
Brazylijskie mistrzostwa świata z 1950 roku były pierwszymi od czasów wojny. Był to zarazem premierowy turniej z udziałem Anglików, czyli najstarszej (obok Szkocji) reprezentacji narodowej. Oczekiwania wobec „ojczyzny futbolu” były bardzo wysokie – Wyspiarze byli traktowani jako jeden z głównych kandydatów do złota. Anglicy trafili do jednej grupy z Hiszpanami, Chilijczykami i Amerykanami. W pierwszym meczu nie dali szans drużynie Chile, pokonując ją 2:0, jednak to, co wydarzyło się później w meczu z Amerykanami przeszło do historii i po dziś dzień jest wspominane jako jedna z największych sensacji mistrzostw. Jankesi niespodziewanie postawili bardzo trudne warunki faworytom, a przed utratą bramki ratowały ich słupki i świetnie dysponowany tego dnia bramkarz. Jednak prawdziwym wstrząsem dla kibiców Anglii była bramka stracona w 38. minucie spotkania. Zdobył ją Joe Gaetjens. Niesieni na oparach heroizmu Amerykanie nie oddali prowadzenia do końca meczu. Nie przeszkodził w tym nawet rzut karny, którego nie zdołali wykorzystać faworyci. Gdy do Londynu przesłano komunikat o wyniku 0:1, wielu sądziło, że to pomyłka drukarska i prawdziwy wynik to 10:1 – to obrazuje oczekiwania wobec meczu. Po potwierdzeniu wyniku londyński „Daily Herald” zamieścił na pierwszej stronie nekrolog angielskiego futbolu. Porażka została określona „cudem na trawie” i nawet powstał na tej podstawie film. Ostatni mecz fazy grupowej z Hiszpanią był walką o przetrwanie. Za zwycięstwo przyznawano wtedy dwa punkty. Anglicy musieli pokonać Hiszpanów różnicą czterech bramek. Zamiast tego doznali kolejnej porażki 0:1 i skompromitowani musieli wrócić do kraju.
1966 i sensacyjna Korea Północna
Mistrzostwa w 1966 roku zostały rozegrane w Anglii i były wyjątkowe z wielu względów. Po pierwsze towarzyszyło im świętowanie 100-lecia angielskiego związku piłkarskiego. Po drugie – był to pierwszy mundial, w którym Lwy Albionu nie były prowadzone przez legendarnego Waltera Wintebottoma – jednego z najsłynniejszych selekcjonerów, który prowadził kadrę najdłużej i osiągnął z nią najwięcej zwycięstw. Został on zresztą uhonorowany tytułem szlacheckim. I najważniejsze – gospodarze zdobyli upragniony tytuł mistrza świata. Radości Anglików nie podzielali jednak Włosi. Drużyna pod wodzą Edmondo Fabbriego może nie liczyła na tryumf w rozgrywkach, jednak z pewnością nie spodziewała się tak szybkiego pożegnania z mistrzostwami. Otwarcie było obiecujące. Podobnie jak Anglicy 16 lat wcześniej, Włosi w swoim pierwszym meczu ograli Chile. Porażka ze Związkiem Radzieckim nie była dużym zaskoczeniem, a jej niski wymiar został przyjęty ze względnym spokojem. W końcu reprezentacja ZSRR była wówczas jednym z najlepszych zespołów w Europie i na świecie. Warto wspomnieć, że sześć lat wcześniej zwyciężyli oni w mistrzostwach Europy, a do angielskiego turnieju podchodzili jako ćwierćfinaliści poprzedniego mundialu oraz obecni wicemistrzowie Europy. Decydujące było starcie z Koreą Północną. Włochów urządzał nawet remis. Rywale sensacyjnie wygrali 1:0. Faworyzowani Włosi musieli pogodzić się z odpadnięciem z turnieju. Koreańczycy wrócili do domu niedługo później. W kolejnej fazie po prawdziwej strzelaninie ulegli Portugalii 3:5.
2002 i kompromitacja podwójnego mistrza
Mistrzostwa z 2002 roku pamiętamy głównie za sprawą niespełnionych oczekiwań wobec kadry Jerzego Engela. Jego „futbol na tak” zakończył się blamażem z Koreą i gradem goli z Portugalią. Honor uratował mecz ze Stanami Zjednoczonymi. Drużyna wróciła do kraju w atmosferze ogólnopolskiej histerii. W końcu Jerzy Engel zapowiadał walkę o mistrzostwo świata. Co jednak powinni powiedzieć Francuzi? Byli w tamtym okresie niekwestionowanym wzorem piłkarskiej potęgi. Zespół wypełniony gwiazdami z Zidanem na czele podchodził do mistrzostw jako główny kandydat do tytułu. Po wygranych mistrzostwach świata cztery lata wcześniej, a także tryumfie w mistrzostwach Starego Kontynentu, na Trójkolorowych stawiało się w ciemno. Dzieciaki prześcigały się, który będzie Zidanem, który Vieirą, a który Piresem. Kibiców nie zaniepokoił nawet fakt, że byli jedną z najstarszych drużyn turnieju (średnia 29 lat) oraz to, że Zidane doznał poważnej kontuzji, która wykluczyła go na dwa pierwsze mecze grupy. Rywale grupowi Francji mieli być jedynie rozgrzewką. Jednak już w pierwszym meczu Trójkolorowych spotkała niemiła niespodzianka ze strony Senegalczyków. Ówczesny wicemistrz Pucharu Narodów Afryki postawił twarde warunki i sensacyjnie wygrał 1:0. Francja stanęła pod ścianą, ale trener postanowił nie mieszać w składzie na kolejny mecz z Urugwajem. Ten zakończył się remisem 0:0, co… wciąż pozwalało wierzyć w awans do kolejnej rundy. Francuzi później ulegli jednak Duńczykom 0:2, a drużynie nie pomogła nawet obecność Zidane’a. Obrońcy tytułu pożegnali się z azjatyckim turniejem już po trzech meczach, nie strzelając nawet jednej bramki.
2010 i poprzedni finaliści odpadają w grupie
Dwóch finalistów poprzedniej edycji odpada w fazie grupowej? Taka sytuacja miała miejsce w 2010 roku. Francuzi okazali się słabsi od Urugwaju, Meksyku i RPA, kończąc mistrzostwa z jednym punktem w tabeli i toksyczną atmosferą w zespole, nie mówiąc już o tym, że Thierry Henry w barażu oszukał Irlandczyków, zagrywając piłkę ręką. Włosi ulegli Słowacji i zremisowali w meczach z Nową Zelandią i Paragwajem. Obie drużyny zajęły ostatnie miejsce w grupie. Obie odpadły z rywalami wiele słabszymi. Gdy Nicolas Anelka otwarcie skrytykował trenera kadry po meczu z Urugwajem, ten odesłał zawodnika do domu. Domenech stracił tym samym panowanie nad szatnią, a drużyna narodowa, która jeszcze niedawno była przekonana o swojej potędze, niemal uległa rozsypce. Co ciekawe – Nowa Zelandia, która odpadła z turnieju, nie przegrała żadnego meczu. Nie tylko wielcy zawiedli na mistrzostwach w RPA. Na szczególną uwagę zasługuje reprezentacja Korei Północnej – drużyna, wobec której nikt nie miał jakichkolwiek oczekiwań. Nikt, z wyjątkiem krajowego reżimu, który traktował udział w mistrzostwach jako narzędzie propagandy. Koreańczycy rozpoczęli turniej całkiem nieźle, strzelając bramkę Brazylii i przegrywając zaledwie 1:2. Niestety Portugalia i Wybrzeże Kości Słoniowej nie były tak przyjazne dla piłkarzy z komunistycznej republiki, wbijając jej łącznie 10 bramek. Podobno piłkarze nie zostali potraktowani przez władze swojego kraju zbyt przychylnie. Najwyraźniej to pomogło, bo już cztery lata później Koreańczycy zdobyli tytuł mistrzowski. Po raz kolejny mądrość i doświadczenie wielkiego wodza poniosło naród ku chwale!
2014 i najsmutniejsze 1:7
Wszyscy doskonale pamiętamy ból przeszywający serca gospodarzy turnieju w 2014 roku. Mimo osiągnięcia półfinału, to oni byli największym przegranym mistrzostw sprzed 8 lat. Ciążyła na nich wielka presja. Każdy wynik inny niż mistrzostwo był traktowany jako porażka. Droga do finału nie była łatwa, jednak Brazylijczycy pokonywali kolejne etapy turnieju. To, co wydarzyło się w półfinale przeszło do historii. Gospodarze przegrali aż 1:7, co było najwyższą porażką od 94 lat (przegrana 0:6 z Urugwajem). Rozbici psychicznie nie zdołali wywalczyć nawet trzeciego miejsca, ulegając Holendrom aż 0:3. Przed ostatecznym upokorzeniem całego narodu uchroniła… reprezentacja Niemiec, która pokonała w finale Argentynę. Warto przypomnieć, że już na etapie fazy grupowej z turniejem pożegnały się murowani faworyci, czyli Anglia, Włochy, Hiszpania (która zresztą broniła tytułu mistrzowskiego), Chorwacja i Portugalia.
2
Coś dla @Bernard777