FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
6
Trzej przyjaciele z boiska:
,, Słuchaj kochanie zadzwoniła do mnie Sofia Balbi żona tego waszego nowego kolegi, Luisa Suareza. Powiedziała że bardzo chciałaby mnie poznać. Może byśmy ich zaprosili na kolację?"- spytała pewnego sierpniowego wieczoru 2014 r. Antonella Roccuzzo swego partnera i przyszłego męża Leo Messiego. ,, Ojej, wiesz, jak ja nie lubię gości..." ,, Ale ona wydaje się naprawdę sympatyczna". ,, No dobrze niech będzie"- zgodził się Leo, który tylko na boisku odczuwał przemożną potrzebę dominowania nad wszystkimi. Gdy kilka dni później, już po umówieniu terminu spotkania Antonella zasugerowała, by przyszedł do nich również cały czas samotny w Barcelonie Neymar, Leo ostatecznie przystał i na to, choć akurat Brazylijczyka nie specjalnie lubił, więc na boisku starał się go nie zauważać ale podczas owej kolacji i Luis Suarez i Neymar obsypali go tyloma komplementami że lodowe serce króla futbolu zmiękło i znalazł w nim miejsce dla partnerów z ataku FC Barcelony. Co było potem? ,, We trzech wymieniamy mnóstwo sms-ów a od czasu do czasu wychodzimy wspólnie na kolację. Podczas takiego spotkania zawsze jest bardzo wesoło a ostatnią rzeczą o której rozmawiamy Jest futbol"- powiedział Neymar w wywiadzie dla telewizji ,,Globo”. To właśnie serdeczne relacje trzech napastników stały się fundamentem sukcesów Barçy, która w sezonie 2014/2015 zdobyła potrójną koronę. Jeszcze przed pierwszą kolejką fazy grupowej Ligi Mistrzów wszystkich zadziwił Luis Enrique, nowy trener Barçy, który powiedział: ,, Przy całym szacunku dla zwycięzcy poprzedniej edycji, to my jesteśmy faworytem Ligi Mistrzów. Musimy to jednak pokazać na boisku". ,, Nikt nie wierzył że znowu możemy to zrobić, więc sami musieliśmy się przekonywać że to możliwe"- mówił w 2020 roku w rozmowie z portalem uefa.com Dani Alves, poniekąd tłumacząc buńczuczne zapowiedzi szefa.
3
Jeśli mamy sięgnąć po mistrzostwo Hiszpanii to bezwzględnie musimy dzisiaj zainkasować 3 punkty! Jakość jest po naszej stronie i wszystko w naszych rekach(czytaj nogach i głowach). FC Sevilla nie wygrała z nami bodaj od 10 lat i niech tak zostanie!
0
@FcPortoFan1999 No jestem jednak innego zdania...
2
Lech Poznań? Mimo wszystko Vamos ,,Kolejorz"! Tak troche na przekór wczorajszym niespodziankom w Extraklasie, którą na ogół nie da się oglądać na trzeźwo...
6
@FCBparasiempre
9 lutego 1931 r. urodził się Josef Masopust, genialny czeski pomocnik. Josef był jednym z sześciu dzieci i od początku nie miał lekko. Rodzina nie miała zbyt wiele pieniędzy, co nauczyło go skromności, nigdy nie stał się rozrzutny. Od dziecka był też uczony szacunku do innych. Wszyscy z jego otoczenia powtarzali, że zawsze był dobry, pomocny i nigdy nie zrobił nic złego innej osobie. Niewątpliwy wpływ na to miała też wojna, która wybuchła, gdy miał on 8 lat. To wszystko sprawiło, że Masopust na boisku odznaczał się nie tylko wspaniałą grą, ale też postawą fair play. Był on wzorem człowieka – zarówno na murawie, jak i poza nią. To właśnie o takich ludziach powinno się opowiadać wszystkim młodym adeptom futbolu. Sam piłkarz, wspominając dom, szczególnie mocny nacisk kładł na rolę ojca w jego piłkarskiej karierze. W wywiadzie dla Przeglądu Sportowego, który udzielił w zeszłym roku, wspominał m.in.: „tata mówił mi, że jeśli chcę być dobrym zawodnikiem, muszę kopać lewą i prawą nogą”. Poszedł za radą ojca, a umiejętność gry obiema nogami była jego wielkim atutem w przyszłości. Pierwszym (i prawdopodobnie najcenniejszym) zdaniem, jakie usłyszał od rodzica w związku z piłką nożną, było jednak: „żadnych potańcówek, tylko biegać, biegać, biegać”. Posłuchał. Opłaciło się. Ojcu Masopusta dziękować mogą też kibice Dukli Praga. To on poradził synowi, by – gdy ten chciał przejść do większego klubu bezpośrednio z Mostu – najpierw zaliczył mniejszy zespół, w którym dostanie szansę na rozwój. Tak zrobił. I ostatecznie, mimo że pierwotnie miejsce w jego sercu zajmowała Slavia, trafił do jej praskiej rywalki. 1952 oraz 1968. Śmiało lata te można uznać za początek i koniec „ery Masopusta” w drużynie ze stolicy Czech. Josef stał się jej najwybitniejszym piłkarzem w historii, zdobywając z nią osiem mistrzostw Czechosłowacji oraz trzy krajowe puchary. Raz – w 1966 roku – udało się Dukli zdobyć dublet. Również na arenie europejskiej klub prezentował się świetnie. Kilka razy awansował do ćwierćfinału Pucharu Europy, a raz dotarł nawet do 1/2, gdzie zespołem lepszym okazał się Celtic Glasgow, późniejszy zwycięzca. Masopust Dukli oddał całe swe serce i ogromną część piłkarskiej kariery, ale sam w wywiadach, udzielanych głównie w ostatnich latach, przyznawał, że w głowie kołatała mu się myśl o wyjeździe (choć bardziej pasującym słowem byłaby „ucieczka”) za granicę. Powód był prosty: w Czechosłowacji panował komunizm, zarobki piłkarzy były minimalne, a zawodnikiem tej klasy interesowały się zagraniczne kluby. W wywiadzie z Markiem Wawrzynowskim Josef przyznawał, że otrzymał raz ofertę z Sampdorii Genua, która natychmiast została odrzucona. Inne nawet do niego nie docierały, choć zainteresowanie było – przepisy nie pozwalały jednak na taki transfer. Przed ucieczką na „Zachód” powstrzymywała go też myśl o rodzinie, którą musiałby zostawić w kraju. Po zakończeniu swej kariery piłkarskiej – ostatnie dwa lata spędził w Belgii, gdy w końcu (mając 38 lat) dostał pozwolenie na wyjazd – wrócił do ojczyzny… i Dukli. Prowadził ją przez kilka lat jako trener. Zresztą zaliczył nawet trzyletnią przygodę z reprezentacją. W pewnym momencie znalazł się aż w Indonezji, gdzie zajmował się pracą z młodzieżą, ale jego dom, jak sam mówi w rozmowie z Grzegorzem Rudynkiem, „od pół wieku stoi w tym samym miejscu, nieopodal stadionu Dukli”. To najlepiej pokazuje, gdzie ten wielki piłkarz zostawił swe serce.
Słowem wstępu: debiut w kadrze „Rycerz” (bo taki przydomek mu nadano) zaliczył w roku 1954 przeciwko Węgrom, a sześć lat później, wraz ze swymi kolegami z boiska, zdobył brąz mistrzostw Europy. To, co najważniejsze w jego przygodzie z kadrą Czechosłowacji, zdarzyło się jednak w trakcie chilijskiego mundialu w roku 1962. Powiedzieć, że Czesi nie byli faworytami, to jak nie powiedzieć nic. Wieszczono im pożegnanie się z turniejem już w fazie grupowej. Zdaniem większości osób, które obserwowały światowy futbol w tamtym czasie, podopieczni Rudolf Vytlačila śmiało mogli skupić się na zwiedzaniu i poznawaniu nowego dla nich kraju. Miał to być jedyny pozytywny akcent w ich wyjeździe. Stało się inaczej. Dzięki swej fantastycznej grze – której tempo nadawał oczywiście Masopust – Czesi dotarli aż do finału. Tam napotkali (po raz drugi w tym turnieju, do pierwszego meczu jeszcze wrócimy) Brazylię. Josef zdobył bramkę w 15. minucie spotkania. Później, w wielu wywiadach przyznawał, że „przez minutę czuliśmy się jak mistrzowie świata”. Przez minutę, bo po takim czasie wyrównał Amarildo. W drugiej połowie Brazylijczycy dołożyli kolejne dwa gole i to oni mogli świętować. Jak przyznawał sam „Rycerz” Czesi nie byli rozczarowani porażką. Uznawali srebrny medal za swój wielki sukces – całkiem inaczej niż dwanaście lat wcześniej Węgrzy, przeciwko którym Masopust w kadrze debiutował. Podobne zdanie mieli mieszkańcy Pragi, którzy tłumnie wyszli przywitać piłkarzy, gdy ci autobusem przemierzali ulice stolicy. Zresztą już w czasie turnieju z Czechosłowacji przybywać zaczęło do piłkarzy mnóstwo listów, widokówek itp. ze słowami wsparcia i gratulacji. Po śmierci Masopusta ze wszystkich czechosłowackich piłkarzy, którzy brali udział w tamtym turnieju, przy życiu pozostało sześciu: Josef Jelinek, Josef Kadraba, Vladimir Kos, Jan Lala, Vaclav Masek i Jiri Tichy. Po fantastycznym występie na mundialu, Masopust stał się jednym z faworytów do zdobycia Złotej Piłki. Wiedział o tym, że znalazł się na liście nominowanych, ale nie przypuszczał – choć, jak mówił, nie został całkowicie zaskoczony otrzymaniem nagrody – że zwycięży. O tym fakcie dowiedział się w rozmowie telefonicznej od znajomego dziennikarza. Ten, przewidując możliwy szok, najpierw zapytał zawodnika, czy siedzi. Dopiero potem powiedział mu o tym, że został wybrany zawodnikiem roku. W tamtych latach nie było jeszcze wielkich gali z mnóstwem zaproszonych gości, nie robiono z wręczenia Złotej Piłki wydarzenia na skalę światową. W przypadku „Rycerza” podarowano mu nagrodę przed meczem Dukli z Benficą. Wręczył ją redaktor „France Football”, uściskiem dłoni pogratulował mu Eusebio i inni zawodnicy, a po chwili rozpoczęło się spotkanie. Nic więcej. Niepotrzebne były przemowy, swoją grą, a więc tym, co najważniejsze, Josef mógł już po chwili udowodnić, że na ZP zasłużył. Losy Masopusta i Brazylijczyka dość często się ze sobą przeplatały. Już w 1959 roku Dukla Praga pojechała do Meksyku, gdzie – w meczu towarzyskim – zmierzyła się z ekipą Santosu. Dla „Rycerza” było to jedno z ważniejszych spotkań w karierze, a jego drużyna wygrała 4:3. Wtedy spotkali się z najlepszym (to opinia bohatera tego tekstu) piłkarzem w historii po raz pierwszy. Kolejne ważne spotkanie to oczywiście mecz opisanych już Mistrzostw Świata w roku 1962. Nie finałowy. W nim Pele nie wystąpił. Tu musimy „cofnąć się” do fazy grupowej, gdzie Czechosłowacja bezbramkowo zremisowała z Brazylią. Co takiego wyróżnia to spotkanie na tle pozostałych? Fakt, że mieliśmy w nim do czynienia z jednym z najsłynniejszych zachowań fair play w historii piłki nożnej. W trakcie meczu Pele doznał – według Masopusta przy oddawaniu strzału – kontuzji. W tamtych latach nie dopuszczano jeszcze możliwości zmiany zawodników, więc Brazylijczyk na boisku musiał zostać, by nie osłabiać swej drużyny. „Rycerz” powiedział więc partnerom z drużyny, by ci nie faulowali Czarnej Perły. I faktycznie, Pele był oszczędzany przez rywali, co pozwoliło mu dokończyć starcie.
Gest ten, jakże dziwnie wyglądający w dzisiejszych czasach(czasach futbolu nastawionego przede wszystkim na zwycięstwo za wszelką cenę) do dziś wspominany jest przez Pelego. Brazylijczyk zresztą szczerze podziwia i docenia osiągnięcia „Rycerza”. Gdy był obecny na 80. urodzinach Masopusta, składając Czechowi życzenia powiedział: „Dziękuję ci za wszystko, co zrobiłeś dla piłki nożnej. Byłeś w niej przede mną, otworzyłeś drzwi dla mnie i kolejnych pokoleń piłkarzy”. Trudno o wyraz większego uznania. Historia Masopusta jest ciekawa. Oto jeden ze zdobywców Złotej Piłki. Piłkarz uniwersalny, o bajecznej technice. Człowiek, którego zagraniami zachwycali się wszyscy: kibice, rywale, trenerzy. Wicemistrz świata, zdobywca brązowego medalu na pierwszych mistrzostwach Europy. Andrzej Gomołysek analizując grę Masopusta napisał: „Niewielu zawodników w historii było tak uniwersalnych i miało na piłkę w swoim kraju taki wpływ jak on”. I faktycznie tak było. Czesi o tym pamiętają. W roku 2000 „Rycerz” wybrany został graczem stulecia w Czechach, a cztery lata później zawodnikiem pięćdziesięciolecia UEFA (w każdym kraju członkowskim wybierano takiego). W 2006 roku uhonorowany został Medalem Za Zasługi I stopnia. Przed stadionem Dukli stoi jego pomnik a obiekt jego pierwszego klubu(Baniku Most) bierze nazwę od jego imienia.
I o ile w swej ojczyźnie Masopust był uwielbiany do końca swych dni, o tyle na Zachodzie(a nawet w Polsce) wydawał się być postacią nieco zapomnianą. Sam przyznam szczerze, że po raz pierwszy usłyszałem o nim zaledwie dwa lata temu, gdy do rąk wziąłem biografię Pelego. Z czego to wynika? Wydaje się, że z faktu, iż sukcesy Masopust odnosił w komunistycznej Czechosłowacji, z której wyjechać mógł dopiero pod koniec życia, a w której obserwować go mogło niewielu fanów futbolu czy dziennikarzy. Zapisał się oczywiście w historii światowej piłki, choćby występem na MŚ w Chile, jednak były to czasy genialnej Brazylii, o której teraz mówi się w pierwszej kolejności. Na liście zdobywców Złotej Piłki nazwisko „Rycerza” wydaje się być niepasującym elementem, anomalią, która nigdy więcej nie miała miejsca. Na szczęście tylko „wydaje się”. Bo pasuje on tam równie mocno, jak Di Stefano, Charlton czy Cruijff. Tu należy ukłonić się w stronę Michela Platiniego, który – dosłownie w ostatnim dniu życia Josefa – wręczył mu Nagrodę Prezydenta UEFA. On o Czechu pamiętał. Śmierć Josefa Masopusta okazała się w pewnym sensie punktem zwrotnym w powolnym „zacieraniu się” pamięci o tym wielkim piłkarzu. Smutne, ale prawdziwe. Potrzebna była ta tragedia, by serwisy i gazety na całym świecie przypomniały sobie, że taki piłkarz istniał i czarował. Nie „kopał”, nie „grał”. Czarował. Jego rajdy na trwałe zapisały się w historii futbolu jako „slalom Masopusta”, a jego przegląd sytuacji, opanowanie w kluczowych momentach spotkania i zmysł taktyczny widać na każdym nagraniu z meczów, w których brał udział. To, że nie ma go już wśród nas, jest prawdziwą tragedią dla futbolowego świata. Pamięć „Rycerza” uczczono minutą ciszy przed finałem ME U21 rozgrywanych w Czechach.
Zarówno przed, jak i po jego śmierci, wiele osób wypowiadało się o czeskim piłkarzu. Tu starałem się zebrać jak najwięcej tych wypowiedzi, tworząc swego rodzaju „pomnik” ku pamięci Josefa Masopusta.
Michel Platini: „Josef Masopust to gracz, którego szczerze podziwiałem. Był dżentelmenem, zarówno na boisku, jak i poza nim. W swoich czasach Josef był naprawdę wybitnym graczem. Był wielkim pomocnikiem Dukli Praga z talentem i umiejętnością zdobywania bramek oraz z niesamowitą zdolnością do eleganckiego dryblowania. Zasłużenie wygrał Złotą Piłkę w roku 1962 oraz był częścią wspaniałego składu Czechosłowacji, która zdobyła wtedy wicemistrzostwo świata.”
Miroslav Pelta (szef piłkarskiej federacji Czech): „To strata nie do zastąpienia. Był wyjątkową osobowością, zarówno na boisku, jak i poza nim.”
Pele: „Masopust był jednym z najlepszych graczy, jakich kiedykolwiek widziałem, ale to niemożliwe, by urodził się w Europie. Z tymi dryblingami musiał być Brazylijczykiem!” „Bez wątpienia był jednym z najlepszych graczy w historii Europy. On i Beckenbauer.”
Eusebio: „Josef jest legendą. Był lepszym piłkarzem, niż ja kiedykolwiek.”
Gianni Infantino: „Josef Masopust jest legendą, wielkim piłkarzem Dukli Praga.”
Josef Jelinek (srebrny medalista MŚ 1962): „Czuję się, jakby zmarł mój ojciec. Starałem się spłacić mu pewne rzeczy i zapewnić opiekę. Był skromnym człowiekiem i wielkim piłkarzem. To smutne, że musimy pożegnać tak wielką legendę. Będę pamiętać, jak wyszedł ze szpitala po poważnej chorobie. Był wesoły, nawet o tym żartował.”
Bohuslav Sobotka (były premier Czech): „Z wielkim żalem przyjąłem wiadomość o śmierci tak wybitnej osobistości czeskiego futbolu, jaką był Josef Masopust. Na zawsze pozostanie on jednym z najlepszych piłkarzy w historii Czech, a także wzorem dla wielu obecnych i przyszłych sportowców.”
Vaclav Masek (srebrny medalista MŚ 1962, były gracz Sparty Praga): „Był 10 lat starszy, ale wobec mnie zawsze zachowywał się bardzo dobrze. Nauczyłem się od niego wiele. Był wspaniałym technikiem i strzelcem. Ze swoją głową był w stanie wymyślić rzeczy niesamowite. Będę wiązać z nim wspaniałe wspomnienia. Choć graliśmy w innych klubach, zawsze znajdował dla mnie dobre rady.”
Ivo Viktor(złoty medalista ME 1976, legenda Dukli Praga): „Jego umiejętności piłkarskie najlepiej dokumentują nagrody, które otrzymał. Dzięki swemu myśleniu na boisku, był jednym z najlepszych piłkarzy, obok Pelego czy Cruijffa. Jestem 11 lat młodszy, więc dla mnie był też wzorem do naśladowania. Miał osobowość nie tylko na boisku – w trakcie naszych wyjazdów zawsze śpiewał lub opowiadał anegdoty. Z powodu swoich umiejętności językowych na miejscu załatwiał wszystko, czego tylko potrzebowaliśmy za granicą. Będzie mi go bardzo brakować.”
Uwe Seeler (legenda niemieckiej piłki nożnej, były gracz reprezentacji Niemiec i HSV): „Masopust to Pele czeskiego futbolu. Grał świetnie, strzelał, zdobywał bramki… był po prostu wielkim graczem. Dokładnie wiedział, co w danej chwili zrobić z piłką i, co najważniejsze, zawsze robił to poprawnie. Był wielkiej klasy piłkarzem, którego ogromnie doceniam. Wspaniały przyjaciel.”
6
Pamiętajmy o wybitnych słowiańskich legendach futbolu:
@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson
2
@RoberDzik No własnie: byłby! Jest to możliwe ale nie chwalmy dnia przed zachodem słońca, gdyż równie dobrze możemy obejść się smakiem na wszystkich frontach. Mamy duże wachania formy a to nie wróży zbyt optymistycznie... A z tym najlepszym obecnie sezonem od czasu trypletu to bym dyskutował...
10
Zapomniane legendy rodzimego futbolu:
9 lutego 1928 r. w Zabrzu urodził się Antoni Franosz. Był piłkarskim symbolem defensywy Górnika z jego pionierskich czasów. Grać w piłkę zaczął już w Preußen, w którym zadebiutował w 1944 r. Po wojnie od początku istnienia klubu związany z Górnikiem. Wielu wspomina go jako jednego bardzo ambitnego i twardego człowieka. ,,Zawsze rwał się do gry i nie przeszkadzały mu w tym nawet kontuzje. Owijał nogę jakimś bandażem i wracał na boisko. W Londynie, kiedy graliśmy z Tottenhamem, jeden z Anglików korkami rozwalił mu kolano. W przerwie kazał sobie to miejsce polać spirytusem, obwiązać i wyszedł na boisko”– wspominał Roman Lentner. Wyprzedził swoją epokę. Jako pierwszy zaczął atakować flanką. Chodził przy linii, jak skrzydłowy a wówczas żaden obrońca tak nie grał. Wyglądał niepozornie ale rywale bardzo szybko przekonywali się, że nie można go lekceważyć. Zawsze ciągnęło go do przodu. Był kapitanem Górnika praktycznie do końca kariery i bardzo chętnie dzielił się doświadczeniem i udzielał wskazówek młodszym kolegom. W zabrzańskim zespole występował do 1961 r. Przeszedł w tym czasie drogę od występów w klasie A Śląska Opolskiego do gry w elicie i zdobycia trzech tytułów mistrza kraju (1957, 1959 i 1961). Zdążył też zagrać w europejskich pucharach. Dzięki swojemu niespożytemu zapałowi był ulubieńcem kibiców. Był znakomitym dyrygentem zespołu o niekwestionowanym autorytecie. Nigdy nie dostąpił zaszczytu gry w reprezentacji. Jako trener też związał się z Zabrzem. Pracował w Górniku, Pogoni i Gazobudowie, a także w Czarnych Pyskowice. W stanie wojennym wyjechał do Niemiec i osiadł w Kolonii.
@Symson
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@Arkon
@Adran360
0
@FcPortoFan1999 To znaczy Metropolitano otwarto oficjalnie we wrześniu 1994 r. Poprzednio nosił nazwe Estadio Olimpico de la Peineta ale gdy wpisujesz mecz z Atletico z lat 30-tych to widnieje tam Estadio Metropolitano...
8
Hattrick Escoli:
9 lutego 1936 r. FC Barcelona pokonuje na Estadio Metropolitano Atletico Madryt 0:3 w 13-tej kolejce Primera Division. Hattrickiem popisał się wybitny napastnik Josep Escola(26, 75 i 84 minuta). Po tym zwycięstwie Blaugrana uplasowała się na 3 pozycji ze stratą 1 punktu do Athletic Bilbao.
@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson
11
Ikony sportu, wybitne legendy Dumy Katalonii:
9 lutego 1928 r. urodził się Rinus Michels, były napastnik Ajaxu oraz jeden z najwybitniejszych trenerów w historii futbolu, także i FC Barcelony. Holender jest pionierem stylu znanego jako ,,futbol totalny”, który zrewolucjonizował piłke nożną w latach 70-tych. Po wygraniu z Ajaksem Pucharu Europy w 1971 r. Michels przejął Barçe i prowadził ją przez 6 sezonów z dwuletnią przerwą a w kolejnych latach był mentorem Johana Cruyijffa, którego z resztą sprowadził w 1974 r. do Barcelony. Dzięki naukom Michelsa, Cruijff stworzył swój ,,Dream Team” i przekazał tajniki futbolu totalnego Guardioli. Podczas wizyty w Barcelonie w 2002 r. wyraził taką oto opinie: ,, W futbolu musi istnieć równowaga pomiędzy uczuciem a zdrowym rozsądkiem”. Rinus Michels w ciągu swojej bogatej kariery trenerskiej zdobył 4 mistrzostwa Holandii, 3 puchary Holandii oraz Puchar Europy z Ajaksem. Mistrzostwo, puchar Hiszpanii oraz Puchar Miast Targowych z FC Barceloną. Ponadto puchar Niemiec z FC Köln i wreszcie Mistrzostwo Europy i wicemistrzostwo Świata z reprezentacją Holandii. W 1999 r. FIFA przyznała mu tytuł ,,Trenera Stulecia”.
@Symson
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360
1
@Bobo25 No dokładnie! Słoweniec był najlepszym zawodnikiem na boisku bez dwóch zdań.....!
10
Feliz cumpleaños panie Valverde! Cules pamiętają!
9 lutego 1964 r. urodził się Ernesto Valverde Tejedor, hiszpański trener i piłkarz, którego wszyscy doskonale znamy. Bardzo dziękujemy za te nie liczne ale jednak sukcesy z Blaugraną. Mimo wszystko 2 mistrzostwa Hiszpanii, Puchar Króla i Superpuchar Hiszpanii mają swoją niepodważalną wartość. Bywaj zdrów panie Ernesto.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson
0
Za nami bodaj 239 El Derbi Madrileño, które przeszły do historii jako kolejny remis, co dla ,,nas" jest najkorzystniejszym rozwiązaniem, gdyż tracimy już tylko 5 punktów do lidera. Sam mecz nie był porywającym widowiskiem ale mógł się podobać. Trzeba przyznać że ,,Los Blancos" byli lepszym zespołem i byli dużo bardziej bliżsi zwycięstwa. Z pewnością to był mecz jednych z najlepszych bramkarzy świata, jeśli nie najlepszych. Rozczarował mnie Julian Alvarez i de Paul. Alvarez poza rzutem karnym, którego i tak uderzył bardzo ryzykownie, to właściwie nie istniał. Z pewnością nie jest to wielki piłkarz i podejrzewam że raczej nie będzie. Taki napastnik musi robić różnice na boisku i przechylać szale zwycięstwa w takich meczach inaczej będzie tylko dobrym napastnikiem, jednym z wielu....
1
@Messiah10 Zgadza się ale to akurat pisał niejaki Szymon Pietrzyk sprzed bodaj 15 laty...
17
Dyktatura Franco wobec Katalonii
Niniejszy artykuł przedstawia historycznie udowodnione fakty wpływu generała Francisco Franco na Katalonię. Moim celem było pokazać, iż Barcelona to nie tylko klub. Zachęcam do lektury!
Reżim Franco zmienił życie Katalończyków w piekło
Hiszpańska wojna domowa trwająca w latach 1936-39, pochłonęła pół miliona ofiar. Pisarze tacy jak Hemingway, Laurie Lee i George Orwell w swoich dziełach nawiązywali do sytuacji na Półwyspie Iberyjskim. Nie ma, co ukrywać, Barcelona była epicentrum republikańskiego oporu wobec faszystowskich nacjonalistów. Duma Katalonii przeżywała ciężkie czasy pod rządami dyktatorskimi. 68. prezydent Hiszpanii generał Francisco Franco zakazał używać języka katalońskiego. Josep Sunyol, prezydent klubu został zamordowany w 1936 roku podczas trwającej wojny domowej. Angel Arocha, piłkarz, który strzelił 214 goli(!) w 207 meczach dla Katalończyków, został siłą wcielony do armii w Aragonii. 16 marca 1938 roku, na jeden z budynków FC Barcelony została zrzucona bomba. Kilka miesięcy później była już obawa, że klubowi grozi zakłada. W 1940 roku większość zarządu została obsadzona przez delegatów Franco. Podczas jego dyktatury śmierć poniosło wiele znanych katalońskich osobistości. FC Barcelona była nie tylko klubem. Stała się wręcz symbolem walki Katalończyków z reżimem generała Franco. Po wojnie dyktator zakazał posługiwania się językiem katalońskim. Ponadto nie wolno było wywieszać flagi Katalonii. Działania te doprowadziły do zmiany nazwy klubu z FC Barcelona na CF Barcelona(Club de Fútbol Barcelona). Flaga Katalonii została usunięta z tarczy klubowej. Rząd Franco często interweniował, aby dać przewagę Realowi Madryt nad FC Barceloną (np. głośna sprawa podpisania kontraktu z Alfredo di Stefano). Przegrana 11:1 z Realem Madryt była skutkiem zastraszenia. Została ona unieważniona przez FIFA, gdyż generał Franco wysłał żołnierzy w przerwie meczu do szatni FC Barcelony, aby przekazać im, że mają przegrać. W przeciwnym wypadku zostaliby zabici po spotkaniu.
W 1974 roku Franco podupadał na zdrowiu wówczas zdarzyły się dwie rzeczy ważne dla klubu oraz miasta. Powrócono do pierwotnej nazwy FC Barcelona a także klub podpisał kontrakt z zawodnikiem Ajaxu Amsterdam, który stał się później symbolem Blaugrany. Chodzi oczywiście o Johana Cruyffa, uważanego za najlepszego piłkarza XX wieku. Doprowadził on FC Barcelonę do dominacji w lidze hiszpańskiej.
Cruyff był największym propagatorem totalnego futbolu, czyli dynamicznej i estetycznej gry, w której gracze powinni mieć duże umiejętności techniczne oraz zmysł gry zespołowej. Szybko zdobył poparcie fanów Barcelony mówiąc, że zdecydował się grać dla nich przez to, iż nie chciał występować w klubie związanym z generałem Franco.
Wpływ Franco na FC Barcelonę - prezentacja przygotowana przez Agnieszkę Jakubowicz
Francisco Franco i Real Madryt - mroczna historia
W 1936 roku wybuchła w Hiszpanii wojna domowa. Był to czas trudny dla całej Katalonii jak i piłkarskiego klubu FC Barcelona. Oto historia wydarzeń, które sprawiły, że Franco i Real stali się wrogami numer 1 dla Barçy na lata. Główny przywódca gen. Franco i jego wojska walczyły z lewicowym rządem hiszpańskim i wspierającymi go siłami (republikanami, komunistami, socjalistami). Wojna wybuchła poprzez powstanie, a siłom powstańców przewodzili Emilio Mola i José Sanjurjo. Kiedy drugi z generałów zginął, Mola chciał wypełnić stanowisko po swoim koledze i powołał na nie Francisco Franco, człowieka który do 1975 r. będzie rządził silną ręką w Hiszpanii. Franco, nienawidził komunistów, a Katalonia dawała właśnie im schronienie. Region ten nawet udzielił schronienia rządowi republikańskiemu, który rządził od 1937 w stolicy Katalonii. Rok później wojska Franco wkroczyły na terytorium Katalonii. W wyniku działań wojennych wielu Katalończyków zostało zabitych, a w 1939 roku „armia tyrana” wkroczyła do Barcelony. Był to dokładnie styczeń 1939 roku. Jeszcze przed końcem wojny generał wydał dekret znoszący autonomię Katalonii. Z czasem zabroniono używać języka katalońskiego i symboli narodowych.
Podczas wojny, a nawet po niej, zginęło wielu kibiców Blaugrany. Codziennie na ulicach Barcelony dochodziło do aresztowań, rozstrzeliwano jednocześnie nawet po kilkadziesiąt osób. Na początku wojny w 1936 roku doszło do wielkiej tragedii. Prezes Barcy – Josep Sunyol - został wezwany do Madrytu na posiedzenie piłkarskiej federacji. Po wyjeździe z Barcelony, jego samochód został zatrzymany. Sprawdzono dokumenty prezesa i trzech towarzyszących mu osób, a potem wojska Franco zamordowały Barcelonistów… .
Od tego momentu zaczęły się prześladowania katalońskiego zespołu. Jedną z najczarniejszych dat w historii klubu, był 16 marca 1938 roku. Podczas nalotu wojsk frankistowskich na Barcelonę, ucierpiała spora część miasta, ale najbardziej został zniszczony stadion i klubowe muzeum. Les Corts (Katedra futbolu, stadion FCB) było jednym wielkim gruzowiskiem. W 1940 roku Franco osobiście zmienił nazwę klubu i herb (z 4 do 2 czerwonych pasów na Seneyrze – flaga regionu Katalonii). Mało tego, na miejsce prezesa Blaugrany obsadził swego przyjaciela, hiszpańskiego arystokratę, markiza De la Mesa de Asta. Środkami administracyjnymi ograniczano finansowanie klubu, blokowano transfery i rozgrabiono cały majątek, który był gromadzony przez kibiców przez ponad pół wieku. Generał, również kochał futbol, a jego oczkiem w głowie był zespół z Madrytu – Real. Największa ingerencja w rozgrywki miała miejsce w 1943 roku, gdzie w ½ finale Pucharu Króla, dawniej Copa Del Generalismo, doszło do `El Classico`. W pierwszym pojedynku Barça wygrała 3-0. Przed spotkaniem do szatni piłkarzy ze stolicy Katalonii weszły służby policyjne generała i porozmawiały z zawodnikami, grożąc ich rodzinom oraz bliskim. Real wygrał spotkanie aż 11-1 i awansował do finału, ale do dziś w całym Madrycie i nie tylko, wiedzą, że te zwycięstwo nie było uczciwe.
W 1968 roku doszło do kolejnego skandalu, w finale Pucharu Króla rozgrywanym na Santiago Bernabeu doszło do Gran Derbi. Oczywiście dyktator był na meczu, ale nie było mu w smak, ponieważ Barça wygrała z Realem 1-0 i zdobyła tytuł. A kibice zaczęli rzucać w stronę graczy z Katalonii wszystko co popadło (butelki, kamienie), a sam Franco skwitował to uśmiechem. Był to ważny wieczór dla Blaugrany. W pomeczowym wywiadzie dla prasy prezes FCB - Narcis De Carreras wypowiedział te słowa: "niech rzucają co chcą, Barcelona to więcej niż klub". Tą wypowiedzią wpisał się do historii a my cules co chwile używamy tego stwierdzenia… Wydarzenia tego dnia znane są również jako `butelkowy finał`.
Każdy myśli, że to koniec wybryków Gen. Franco, ale to jeszcze nie koniec. Cofnijmy się 15 lat wstecz. Tyran po raz kolejny pokazał pazur. W 1953 roku FC Barcelona wpłaciła na konto River Plate 2 mln. peset za Argentyńczyka Alfredo Di Stefano ale wystarczyło jedno polecenia generała, żeby piłkarz nie wylądował w Barcelonie, tylko u największego wroga, czyli w Realu. To właśnie dzięki temu piłkarzowi Real zbudował potęgę Królewskich w latach 50-tych.
autor: Szymon Pietrzyk
@Symson
@siwykrb
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Arkon
@Adran360
9
Zasłużone postacie argentyńskiego futbolu:
8 lutego 1959 r. urodził się Mauricio Macri, argentyński polityk, przedsiębiorca i działacz sportowy. Kiedy w 1995 r. Macri wygrywał wybory na prezesa Boca Juniors, klub ten pogrążony był w kryzysie finansowym. Z zawodu inżynier budownictwa, nowy prezes zarządzał wcześniej koncernem Sevel, mającym licencje na produkcje argentyńskich wersji fiatów i peugeotów. W 1991 r. został porwany przez skorumpowaną grupę policjantów, która przetrzymywała go przez 12 dni, do czasu aż jego rodzina zdecydowała się zapłacić okup. To właśnie w czasie uwięzienia Macri miał podjąć decyzje o wejściu do polityki a jego przygodę z Boca można uważać za sprawdzian umiejętności wyborczych i okazje do budowania zaplecza wśród mieszkańców Buenos Aires. Choć wydawałoby się że między kojarzonym z centroprawicą Macrim a wywodzącymi się głównie z klasy robotniczej kibicami Boca powinny istnieć fundamentalne różnice, plan się powiódł. W 20015 r. Macri został następcą Cristiny Kirchner na fotelu prezydenta Argentyny. Po raz pierwszy w dziejach Boca miała jasny biznesplan, pozwalający klubowi wyjść z długów. Wśród wprowadzonych przez Macriego innowacji była infolinia, zdecentralizowany system sprzedaży biletów i wydzielenie na stadionie przestrzeni gdzie korporacje mogły wynajmować loże dla swoich pracowników. Sukcesy pozaboiskowe nie miałyby jednak znaczenia bez zwycięstw na murawie. Macri szybko zdał sobie sprawę że jedynym sposobem na funkcjonowanie argentyńskiego klubu jest pogodzenie się z rolą wylęgarni talentów dla o wiele bogatszych zespołów z Europy. Pod jego rządami Boca postawiła więc na szkolenie młodzieży, rozwijała swoją akademię, wyszukiwała obiecujących juniorów z całego kraju i kupowała zawodników, których w przyszłości mogłaby odsprzedać z zyskiem. Rozkwit Buenos Aires nastąpił w okresie eksportu argentyńskich dóbr na Stary Kontynent. Macri odwołał się do tej tradycji, czyniąc z Boca Juniors wybieg dla piłkarzy myślących o wyjeździe do Europy. Sukcesy jakie przyniosła jego strategia są niekwestionowane. W ciągu 12 lat prezesury zarobił dla klubu 80 milionów funtów na transferach piłkarzy a zarazem mógł się cieszyć z 16 trofeów.
Rzecz jasna na wprowadzenie zmian potrzebował czasu. Gdy w lipcu 1998 roku Carlos Bianchi zostawał trenerem Boca, mijało 6 lat od chwili gdy drużyna pod Oscarem Tabarezem wygrywała Aperture. Krytycy Bianchiego mogliby wprawdzie twierdzić że(podobnie jak w Velez Sarsfield) odziedziczył zespół niemal w pełni uformowany, jednak choć rzeczywiście zawodnicy, których poprowadził do sukcesów, trenowali już w klubie, to potrafił wyciągnąć z nich więcej niż Bilardo i Veira, po części pewnie dlatego że nie miał do czynienia z zamieszaniem wokół Maradony. Nowy trener odsunął od składu Caniggie, który wkrótce zerwał kontrakt z klubem, pozbył się Diego Latorre mówiącego że szatnia Boca przypomina kabaret a także Nestora Fabbriego, Nolberto Solano i Sergio Castillo, po czym zbudował niewielki i lojalny skład, w czym tkwił jego zdaniem klucz do sukcesu. Nie znaczy to, rzecz jasna że wszystko szło jak z płatka. Napastnicy Martin Palermo i Barros Schelotto na przykład szczerze się nie znosili, z czym musiał sobie jakoś poradzić. ,,Zamkną się z nami w jednym pomieszczeniu i powiedział że wie, że się nie lubimy ale teraz to się musi zmienić bo zamierza wystawiać nas przez 19 kolejek w wyjściowej jedenastce”- opowiadał Schelotto. Boca nie przegrała w żadnej z tych 19 kolejek, zwyciężając 13 razy i remisując w sześciu meczach i w efekcie wygrywając Aperture z przewagą 9 punktów! Kiedy w końcu na 3 kolejki przed zamknięciem Clausury ulegli Independiente, seria meczów bez porażki wydłużyła się do 40-tu. W ten sam weekend przegrało zresztą również River, co oznaczało że mistrzostwo kraju pozostaje w rękach Boca. W defensywie zespół Bianchiego grał uważnie i twardo. W tamtym sezonie tracili mniej niż gola na mecz, zarówno w trakcie Apertury, jak i Clausury, za to w ofensywie zachwycał przede wszystkim dzięki cudownej kreatywności Juana Romana Riquelme. Był to zaledwie 20-letni wiecznie zamyślony, sprawiający wrażenie niemal nieobecnego wizjoner a zarazem piłkarz, dzięki któremu(jak powiedział Jorge Valdano) ,,futbol nigdy nie zostanie zapomniany. Piłkarz jakby żywcem przeniesiony z czasów gdy życie było wolniejsze niż dzisiaj a my wynosiliśmy krzesła na ulice i robiliśmy z nich bramki podczas meczów z sąsiadami”. Jak przystało na zawodnika z innej epoki, Riquelme przypominał raczej kogoś pogrążonego w żałobie i z niechęcią wykonywującego normalne czynności życiowe. Brakowało mu szybkości, nie potrafił raptownie przyśpieszyć w stylu, który niegdyś charakteryzował Maradone a później Messiego i wydawał się niemal rozkoszować wolnym tempem. Był mistrzem ,,la pausa”, najwspanialszym interpretatorem owej sztuki nagłego wyciszenia od czasów Ricardo Bochiniego. Co czyniło go jeszcze bardziej atrakcyjnym, wydawało się że jest jej ostatnim wykonawcą…
@Adran360
@Arkon
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson
@Sysia11
10
Duma Katalonii na szóstke!
8 lutego 1953 r. FC Barcelona rozgromiła na ,,Camp de Les Corts” Atletico Madryt 6:1 w 19 kolejce Primera Division. ,,Karetą” w tym meczu popisał się niejaki Tomás Hernández Murillo, zwany Moreno. Jednocześnie zanotował klasycznego hattricka w drugiej połowie spotkania(67, 77 oraz 82 minuta). Pozostałe gole zdobyli genialni napastnicy: Cesar Rodriguez oraz Basora.
@Symson
@siwykrb
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Arkon
@Adran360
0
@Mixtape Ale stwierdziłeś to tylko po dwumeczu z Valencią? Czy również po meczach z Atalanta czy Leganes?
3
@Safrani Dla odmiany ja za nim nie przepadałem. Akurat w okresie niekibicowania Barcuni, to największe wrażenie robił na mnie Romario da Souza Faria!
11
Feliz cumpleaños panie Christo!
8 lutego 1966 r. urodził się Christo Stoiczkow, bułgarski napastnik, którego wszyscy cules bardzo dobrze znają. Bułgara przyuważył w meczu Barçy z CSKA Sofia w ramach Pucharu Zdobywców Pucharów i ściągnął do klubu Johan Cruyff. Na Camp Nou trafił w 1990 r. i z miejsca stał się gwiazdą drużyny a także ulubieńcem cules. Szybko przekonano się także o tym, jak krewki jest to piłkarz, nie bez powodu nazywany ,,Vulgar Bulgar”. Jego współpraca z Cruyffem stawała się coraz trudniejsza i w efekcie w 1995 r. Stoiczkow został sprzedany do Parmy. Jednak wraz z odejściem Cruyffa, powrócił do Barcelony, gdzie jednak pełnił drugoplanowe role i ostatecznie na dobre odszedł w 1998 r. Stoiczkow jest niechlubnym rekordzistą w ilości czerwonych kartek otrzymanych przez piłkarza Blaugrany a mianowicie 11. W barwach Dumy Katalonii rozegrał 336 spotkań strzelając w nich 162 gole. Zdobył 5 mistrzostw Hiszpanii, 2 puchary Hiszpanii, Puchar Europy Mistrzów Klubowych, Puchar Zdobywców Pucharów, 2 Superpuchary Europy oraz 4 Superpuchary Hiszpanii.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson
2
@Safrani GOAT? Już mi ktoś tłumaczył tą cholerną ,,chińszczyzne"! Nienawidze takich obcych określeń...
Z tego względu nie dam ci zielonego herbu
8
Żywe legendy rodzimego futbolu:
Pseudonim „Koza”, przedsiębiorca, reprezentacyjny obrońca z Krakowa, srebrny medalista olimpijski z Barcelony (1992), pierwszy polski piłkarz „sprzedany” po igrzyskach do Włoch. To Marek Koźmiński, urodzony 7 lutego 1971 r. w Krakowie w rodzinie absolwentów miejscowej AWF, Zbigniewa (trenera koszykówki, działacza, wiceprezesa Wisły Kraków) i Teresy z d. Mally (trener pływania i gimnastyki artystycznej), absolwent XI Liceum Ogólnokształcącego w Krakowie (1989), studiował (2 lata) na AWF Kraków, których jednak nie ukończył. Piłkarz (178 cm, 75 kg), lewy obrońca lub lewy pomocnik, wychowanek miejscowego Hutnika 1984-1992 (wymarzona kariera od juniora aż po awans do ekstraklasy), później zawodnik klubów włoskich: UC Udinese (1992-1997), Brescia (1997-15.03.2002) i Ancona (15.03-30.05.2002), greckiego PAOK Saloniki (15.08.2002-30.01.2003) oraz Górnika Zabrze (od 10.02.2003). Występował w reprezentacji olimpijskiej (28 razy) i 38-krotnie (do 2001) reprezentował barwy narodowe (38 występów, strzelając jednego gola).
Zadebiutował w Mielcu w spotkaniu z Izraelem (9 września 1992) a jedyną bramkę zdobył w meczu z Holandią w Rotterdamie (14 października 1992). Jego szybka i zdecydowana gra na lewej stronie boiska podczas IO zrobiła wielkie wrażenie m. in. na szkoleniowcach włoskich (Udinese), którzy na pniu kupili krakowskiego obrońcę (Hutnik chciał 1 milion, otrzymał 600 tys. dolarów). Koźmiński z numerem 10 na koszulce wystąpił już we wrześniu 1992 w meczu Udinese – Inter Mediolan. Jego włoską karierę piłkarską przerwała uciążliwa kontuzja (1996), którą jednak wyleczył. Po dłuższej przerwie powrócił do reprezentacji (Jerzy Engel) i w roli pomocnika wystąpił w meczach eliminacyjnych do mistrzostw świata i samych mistrzostwach (2002). Niestety, bez sukcesów. Wybrany został sportowcem 50-lecia Hutnika Kraków. Odznaczony również srebrnym medalem PKOl (1999).
@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
0
@Safrani Zubizareta??? Przecież on jest z kraju Basków! O!? patrze na wikipedie i rzeczywiście on przeszedł z naszej Barcuni do Nietoperzy! Kurka wodna, nie wiedziałem o tym albo po prostu juz zapomniałem na śmierć!
1
@Safrani Zgadza się. Mi przychodzi do głowy przedewszystkim Hector Cuper ale też Angulo, Canizares, Claudio Lopez i jeszcze wielu innych, o których na tą chwile nie pamietam.....?
2
@vangoor ostatnimi czasy w Europie to rzeczywiście była lepsza od Valencii, jednak historycznie w Hiszpanii to raczej Valencia bije na głowe Seville! Bodaj 5 czy 6 razy Valencia była mistrzem Hiszpanii a Puchar Króla też zdecydowanie więcej razy zdobywała, więc tak jak powiedziałem Valencia to kawał znakomitej historii hiszpańskiego futbolu.......
2
Prosze nie wyciągać daleko idących wniosków z meczu a właściwie z dwóch meczów z Valencią CF. Ba! prosze nie wyciągać nawet bliższych wniosków, gdyż Valencia to.... no chciałem już pisać że patałachy ale z całą pewnością ,,Nietoperze" to jeden z najgorszych w tej chwili drużyn Primera Division, jeśli nie najgorszy?. Przecież już nawet Deportivo Alaves jest o niebo lepszy! Tak szczerze to żal mi tej Valencii. W końcu to kawał wielkiej hiszpańskiej historii futbolu. Już wolałbym bardziej wybierałbym FC Seville do spadku aniżeli Andaluzyjczyków, no ale futbol bywa okrutny........
8
O krok od Blaugrany:
7 lutego 1989 r. FC Barcelona była bardzo blisko pozyskania legendarnego holenderskiego napastnika Marco van Bastena. Cruijff trenował Marco w Ajaksie i był jego mentorem. Jak mawiali dziennikarze w tamtych czasach: ,,Gdyby Johan nakazał van Bastenowi skoczyć w przepaść, ten by to zrobił”. Pikanterii całej sprawie dodawał fakt, że menedżerem Marco był… szwagier Cruijffa. Van Basten żartował że ,,zapoznałby się z ofertą FC Barcelony jeżeli przybyliby na rozmowy z tymi samymi pieniędzmi, które dali Koemanowi”. Co ciekawe, stosunki pomiędzy Milanem a Blaugraną ochłodziły przed transferem Ronalda Koemana w 1988 r. Włosi włączyli się do negocjacji o piłkarza i Barça musiała podobno podwyższyć oferte o około milion euro. ,,Mogę jedynie potwierdzić że rozmawiam często z Cruijffem”- podgrzewał atmosferę van Basten. Po 20 latach Marco przyznał, że FC Barcelona była kilkukrotnie bliska zatrudnienia go w stolicy Katalonii: ,,Dwukrotnie byłem naprawdę o krok od podpisania kontraktu w Barcelonie. Nie rozumiałem się dobrze z Arigo Sacchim i chciałem odejść z Milanu. Barcelona Cruijffa była idealnym kandydatem. Najpierw doznałem jednak kontuzji a potem dogadałem się z Sacchim i zostałem w Milanie”. No cóż, wypada jednak żałować i to bardzo że transfer nie doszedł do skutku…
@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson
11
@FCBparasiempre
Większości z nas Bob Marley kojarzy się z muzyką Reggae, skrętami i długimi dredami. Możliwe, że ci, którzy nieco bardziej zgłębili jego biografię wiedzą, że był bardzo mocno związany z ideologią Rasta, miał mnóstwo dzieci i jest symbolem Jamajki. Rzadko kto jednak wie, że był też wielkim fanatykiem piłki nożnej i prawdopodobnie jej najbardziej znaną ofiarą! ,,Futbol jest częścią mnie. Kiedy gram, świat wokół budzi się do życia” – to najbardziej znany cytat Boba Marley dotyczący jego pasji do futbolu. Zapewne Jamajczyk nie był jedynym muzykiem, który każdą wolną chwilę poświęcał na bieganie za futbolówką ale z pewnością nikt inny nie poniósł tak wielkich konsekwencji z powodu swojej miłości do piłki. Kiedy mówimy o tym, że piłka nożna zbiera czasem śmiertelne żniwo, to z reguły mamy na myśli Roberta Enke, Marca Viviena Foe albo ewentualnie kibiców z Hillsborough. Do tego grona powinniśmy zaliczyć również Boba Marleya. Jako, że jest to portal o futbolu, nie warto szczegółowo opisywać biografii tego znakomitego artysty. Warto tylko dodać, że jak większość swoich rodaków ma korzenie związane z ojczyzną piłki nożnej Wielką Brytanią, czyli można powiedzieć, że miłość do piłki miał w genach. Od najmłodszych lat miał nieco buntowniczy charakter i nie zawsze po drodze było mu ze szkołą, ale drogę na boisko potrafił znaleźć zawsze. Od zawsze jego życiu towarzyszył sport i muzyka, co łączyło go z wieloma rówieśnikami z Jamajki. On jednak miał talent w obu tych dziedzinach i chociaż postawił na Reggae i rastafarianizm, to nigdy nie zerwał z futbolem. Zarówno na scenie, jak i na boisku cechował się sporym luzem i kreatywnością. Jego ulubionym piłkarzem był Pele, którego podziewał za lekkość i skuteczność na murawie. Kibicował Tottenhamowi oraz brazylijskiemu Santosowi zapatrzony w radość, jaką czerpali z gry zawodnicy z Kraju Kawy. To właśnie tego szukał w futbolu, fantazji, radości i wolności, dzięki której na boisku nie było podziałów na czarnych i białych, rastafarian i wyznawców innych religii. Coś, o co walczył poprzez muzykę, znajdował dzięki piłce. Jego przyjacielem, a także menedżerem zespołu The Wailers, był Allan Cole, zawodowy piłkarz grający w piłkę w Stanach Zjednoczonych w zespole Atlanta Chiefs w lidze NASL, a także w brazylijskim klubie Nautico. Wraz z Colem i członkami zespołu Bob Marley będąc w trasie koncertowej, rozgrywał sporo meczów towarzyskich. W jednym z nich, podczas koncertów w Paryżu, drużyna z Jamajki mierzyła się z członkami reprezentacji Francji. Podczas tego spotkania Marley doznał bardzo przykrej kontuzji palca. Muzyk mimo tego nie zamierzał przerywać trasy koncertowej ani rezygnować z kopania futbolówki. Lekceważąc zalecenia lekarzy, kontynuował europejskie tournee i cały czas oddawał się swoim pasjom.
Potem zdecydował się na badania w Londynie, gdzie uświadomiono mu, że do organizmu wdała się gangrena i amputacja palca jest koniecznością. Marley, jako praktykujący rastafarianin uważał, że ciało stanowi integralną część i nie pozwolił na odebranie sobie żadnej kończyny. Wiedział również, że to oznaczałoby koniec jego przygody z piłką. Była to, jak się okazało najgorsza z możliwych decyzji, bo kilka lat później podczas joggingu z Colem muzyk zasłabł. Kiedy go przebadano, wyszło na jaw, że ma przerzuty nowotworowe do płuc, mózgu i wątroby. Najpierw zdecydował się na leczenie w Nowym Jorku, potem przenosił się do kliniki w Miami i Meksyku, ale wszędzie dawano mu tylko kilka tygodni życia. Wtedy postanowił poddać się kontrowersyjnej terapii opartej na diecie i ziołach, którą zaproponowano mu w Niemczech. Jak się okazało, przetrwał dzięki temu pół roku, ale i tak w końcu uznano, że nie ma już szans. Zapragnął wtedy wrócić na Jamajkę, jednak tam żaden szpital nie był przygotowany, by go przyjąć i ostatecznie zmarł w szpitalu w Miami. Czy to przez futbol? Biografowie Marleya spierają się, czy kontuzja odniesiona na meczu faktycznie była powodem rozwinięcia się nowotworu, czy też ten był w jego ciele już wcześniej. Nie da się jednak podważyć, że uraz mocno przyczynił się do rozwoju choroby, a już to, że zamiast zrezygnować z futbolu, Jamajczyk wciąż biegał po murawie, znacznie pogorszyło jego stan. Tyle, że jak sam zawsze mówił, żeby go poznać, najlepiej zagrać mecz z jego drużyną. Piłka nożna, muzyka i religia były w jego życiu najważniejsze i nie zrezygnował z nich praktycznie do samego końca. Pewnie trudno porównać go z takimi przypadkami jak wspomniany wcześniej Marc Vivien Foe, który zmarł na boisku, czy Robert Enke, którego profesjonalna kariera przytłoczyła do tego stopnia, że popełnił samobójstwo. Na pewno jednak Marley poświęcił dla piłki bardzo wiele i do samego końca chciał grać, nie zważając na swoje zdrowie. Mimo, że w stosunkowo młodym wieku zmarł, to jego historię należy traktować pozytywnie, bo całe swoje życie poświęcał się temu, co kochał najbardziej. Uprawiał sport, tworzył muzykę i głosił swoje przekonania na całym świecie. Zostawił po sobie sporą gromadę dzieci, setki znakomitych piosenek i kilku kolegom z boiska dziesiątki wspomnień, o bramkach, które strzelał na zielonej murawie.
10
Dredy, futbol i śmierć(czytajcie w odpowiedzi na mój komentarz):
@Symson
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@Arkon