8

Żywa legenda futbolu kończy właśnie 47 lat(czytajcie w odpowiedzi na komentarz):

@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Adran360

11

W aroganckim stylu:

28 stycznia 2003 r. Luis van Gaal po raz drugi(i ostatni) opuścił FC Barcelone. Holenderski trener nie zamierzał jednak rezygnować. ,,Tak, przechodzimy kryzys ale musimy go przełamać!”- tłumaczył tuż po porażce z Celtą w Vigo(2:0). Holendra przekonał do odejścia Joan Gaspart podczas 90-minutowej podróży samolotem z Galicji. Van Gaal zostawił Blaugrane na 12 miejscu w La Liga i jednocześnie wygrał wszystkie 10 meczów w Lidze Mistrzów. Zarząd Blaugrany marzył aby zastąpił go Sven-Göran Eriksson ale Szwed miał ważny kontrakt z reprezentacją Anglii. W końcu postawiono na Serba Radomira Anticia. Jak widzimy Van Gaal nie był wówczas lepszy od Xaviego, co najwyżej tylko w Lidze Mistrzów. Antič wyciągnął drużynę na 6-tą pozycje na koniec sezonu, co pozwoliło zagrać Blaugranie jedynie w Pucharze UEFA. Strach pomyśleć gdzie by wylądowała ,,nasza” Barça, gdyby nie zareagował prezydent Gaspart.

@Adran360
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

0

@FcPortoFan1999 A! to już nasza kopana Ekstraklasa powraca!? Chciałoby się rzec: w środku zimy(?), czy oni wszyscy powariowali!? Usprawiedliwia ich rzeczywisty brak zimy...

8

@FCBparasiempre
27 stycznia 1942 r. urodził się Gerard Rother, napastnik. Był pierwszym Polakiem, który strzelił gola FC Barcelonie w europejskich pucharach na Camp Nou. Kiedy zakończył karierę, do emerytury pracował jako górnik dołowy w kopalni ,,Wujek”, również w jej najtragiczniejszym momencie w grudniu 1981 r. W rozgrywanej w sezonie 1970/71 po raz ostatni edycji Pucharu Miast Targowych(później Pucharu UEFA) GKS Katowice trafił na Dume Katalonii. Wówczas Katalończycy oczywiście nie byli jeszcze tak bardzo utytułowani ale ich osiągnięcia robiły wrażenie, tym bardziej na tle ówczesnej GieKSy, która w ligowych rozgrywkach nigdy nawet nie stanęła na podium i dopiero debiutowała w międzynarodowych rozgrywkach. Natomiast Barça miała już na koncie 8 tytułów mistrza Hiszpanii i aż 3 razy wygrała Puchar Miast Targowych. 16 września 1970 r. na Stadionie Śląskim polski zespół ,,planowo” przegrał, chociaż zaledwie 0:1. Zdawało się że tydzień później na rewanż jedzie już tylko na atrakcyjną wycieczke. Jednak na Camp Nou to goście z Polski prowadzili 2:0, będąc o krok od sprawienia olbrzymiej niespodzianki! Pierwszego gola pięknym strzałem pod poprzeczke zdobył Rother. Do drugiej też mocno się przyczynił, gdyż to on był przewrócony przez rywala w polu karnym. Jedenastke na gola zamienił Jerzy Nowak. ,,Wprawdzie ja byłem wyznaczony do karnego ale przestrzegaliśmy zasady że do piłki nie powinien podchodzić faulowany piłkarz, więc wyręczył mnie Jurek”- tłumaczył Rother. Po przerwie czar prysł. Katalończycy otrząsnęli się z szoku i zdołali podkręcić tempo. Nie zawiodła ich skuteczność. Wygrali 3:2 i awansowali do 2 rundy. ,,Zaprzepaściliśmy ogromną szanse. Zaszkodził nam boiskowy egoizm bo w końcówce każdy chciał strzelać, nikt nie patrzył na lepiej ustawionego kolege. Brakowało chłodnej głowy. Poza tym zawsze twierdziłem a teraz chętnie powtórze że gdyby prowadził nas trener Tadeusz Foryś, który pracował z nami już wcześniej, w tej Barcelonie byśmy nie przegrali. Na ławce był jednak Marceli Strzykalski i nie poradził sobie, podejmował błędne decyzje. Nie chce mówić źle o niektórych zawodnikach ale skład na ten mecz powinien wyglądać trochę inaczej. Takie jest moje zdanie i nie zamierzam się z nim kryć”- opowiadał Rother. Najdziwniejsze że jego zespół w 1971 r., czyli w tym ,,barcelońskim” sezonie, spadł z ekstraklasy… Tak się złożyło, choć to kwestia nie tylko szczęścia ale i umiejętności że Rother grał w pierwszych historycznych ekstraklasowych meczach Śląska Wrocław i GKS Katowice. Ma więc już zaklepane ważne miejsce w kronikach obydwu klubów na wieki wieków, choć nie można postawić tu znaku równości. W Śląsku był krótko i raczej przypadkowo, gdyż tak chciał los a mówiąc konkretniej, tak chciało wojsko. Gdyby nie musiał, Górnego Śląska w ogóle by nie opuszczał. W niczym nie zmienia to faktu że we Wrocławiu pozostawił po sobie dobre wspomnienie. Nie chodzi tylko o debiut . W barwach WKS strzelił gola decydującego o pierwszym zwycięstwie w najwyższej klasie rozgrywkowej(na 2:1 z Gwardią Warszawa) i był to zarazem pierwszy gol Śląska w ekstraklasie z akcji bo na 1:0 Stachuła trafił z rzutu karnego. Przed przenosinami do Wrocławia Rother grał w Rapidzie Wełnowiec, klubie,z którego później powstał GKS Katowice. Gdy upomniała się o niego armia, poszedł do wojskowej Polonii Jelenia Góra z 3 ligi. ,,Zostałem najlepszym strzelcem, chyba z 33 golami w sezonie. Na koniec mierzyliśmy się we Wrocławiu z rezerwami Śląska i zdobyłem 2 piękne gole. Po meczu podszedł do mnie generał, posłusznie zasalutowałem a on krótko: ,,Żołnierzu, od jutra jesteś w Śląsku”. Paroma rozkazami w mig wszystko załatwił. Wróciłem jeszcze do Jeleniej Góry ale następnego dnia, w mundurze, nawet bez konieczności zdawania sprzętu, pojechałem do Wrocławia i rzeczywiście już tam zostałem”- wspomina Rother. Pan Gerard spędzil w Śląsku tylko pół roku. ,,Kończyła się służba wojskowa. Chcieli żebym został ale nie byłem zainteresowany. Miałem dziewczyne w rodzinnych stronach, zakochałem się. Nie ma jak w domu- zauważa nasz bohater, zaznaczając że ,,po linii wojskowej” interesowała się nim też Legia. Namawiał mnie Ryszard Koncewicz, zachęcał Kazimierz Górski ale tłumaczyłem im że jestem Ślązakiem z krwi i kości i zamierzam grać u siebie. Legia zupełnie mnie nie pociągała. Przewineło się przez nią wielu Ślązaków ale nie wszyscy byli dobrze traktowani. Wolałem nie sprawdzać jak obejdą się ze mną”- przyznaje Rother.

Z Legionistami miał barwne boiskowe porachunki, właśnie jako piłkarz GKS, z którym w 1956 r. awansował do ekstraklasy, zresztą z jego wydatną pomocą, gdyż w rundzie wiosennej strzelał ważne gole. W następnym roku GieKSa zwyciężyła przy Łazienkowskiej 3:0 a on wpisał się na liste strzelców. W Legii grali tacy piłkarze jak Gmoch, Horst Mahseli, Brychczy, Blaut czy Żmijewski a na bramce Grotyński. ,,Muszę jednak przyznać że wiosną Legia się nam odwdzięczyła. W Katowicach rozwaliła nas 4:0”- uczciwie przypomina pan Gerard. Dodajmy że w tym rewanżu wystąpiły późniejsze asy polskiego futbolu: Deyna i Gadocha, którzy strzelili po jednym golu. Zwieńczeniem wszystkich starć Rothera z Legią był mecz o ćwierćfinał Pucharu Polski w kwietniu 1968 r. W regulaminowym czasie żadnej drużynie nie udało się strzelić gola, więc decydowały rzuty karne. ,,Ależ cóż co był za konkurs! Wygraliśmy 11:10 a w sumie wykonywano 38 jedenastek! Normalnie rekord świata! Kończyła się jedna seria ale ciągle był remis, więc zaczynaliśmy następną bo już wszyscy podeszli do piłki. Dlatego strzelałem 2 razy i dwa razy trafiłem! W ogóle to miałem ,,kopyto” w obu nogach, żadna nie była tylko do podpierania. Zdrowie do biegania też miałem i w młodości na środku ataku i potem na skrzydle byłem, nawet na boku obrony mnie wystawiali. Wszędzie dawałem rade”- opowiada Rother. Inna sprawa że w jego czasach GieKSa nie mogła doskoczyć do ścisłej czołówki. To nie była jeszcze firma zbudowana później przez Mariana Dziurowicza, kiedy zespół ciurkiem przez 10 lat grał w europejskich pucharach. Za czasów Rothera była tylko ta jedna, barcelońska przygoda. Gdy nadarzyła się okazja, wyjechał do Francji, gdzie grał w drugoligowym Boulogne. Dwa lata później wrócił i znowu pojawił się w GieKSie, której wciąż nie było w ekstraklasie. Związał się z AKS Chorzów, potem był Katowicki Rozwój i jeszcze epizod w Calais… A na koniec uroczo kontrastujące z tą elegancką francuską nazwą amatorskie granie w LKS Stara Wieś z Pszczyny. ,,Kończyła się kariera i nadchodził czas żeby zająć się czymś innym. Przyjąłem się do pracy na kopalni ,,Wujek”. To nie była jakaś trudna decyzja, całkiem normalna. Byłem po szkole górniczej. Nie bałem się ani zjeżdżania na dół, ani ciężkiej roboty bo właśnie taka tam czekała. Zbliżałem się do 50-tki i chciałem dalej pracować pod ziemią ale kierownictwo kopalni już nie pozwoliło”- wyjaśnia pan Gerard. W przeciwieństwie do wielu byłych zawodników nie zajął się pracą trenerską. ,,Miałem papiery instruktora. Mogłem próbować ale urodziło nam się dziecko i zacząłem inne życie. Za to kibicem zostałem już na zawsze i to nie tylko piłkarskim, gdyż na hokej na lodzie chodzę regularnie. Oczywiście na GieKSe. Na Górniku Zabrze też czasem jestem bo mam do niego sentyment. Mogłem w nim kiedyś grać, były zapytania. Wolałem jednak zostać w GieKSie, tu mi było najlepiej”- przypomina nasz bohater. Natomiast kadra narodowa jakoś go ominęła, choć nie można powiedzieć że szerokim łukiem. ,,Wystąpiłem w reprezentacji młodzieżowej, olimpijskiej ale w tej najważniejszej, czyli pierwszej, niestety nie. Pewnie że trochę żałuje bo uważam że przynajmniej na jedną szanse zasługiwałem. Jak grałem, tak grałem ale ciesze się że zapracowałem na szacunek kibiców. Ciągle są tacy, którzy pamiętają i doceniają, jakim byłem piłkarzem. Siedzę sobie teraz w pokoju, popijam piwko, patrze na te wszystkie puchary, pamiątki i wiem że nie zmarnowałem kiedyś czasu”- uśmiecha się Gerard Rother.

8

Zapomniane legendy górnośląskiego futbolu(warto przeczytać w odpowiedzi na mój komentarz):

@Adran360
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@NeroTFP1
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

3

@FCBparasiempre
Guttmann już 50 lat temu wiedział, jak ważne w tej branży są media. Stosował manewry, jakich nie powstydziłby się Diego Simeone czy Jose Mourinho. Przed jednym ze spotkań w półfinale Pucharu Europy z Tottenhamem, Bela powtarzał dziennikarzom brytyjskim jak bardzo obawia się silnej, fizycznej gry Anglików. Oczywiście zadowoleni dziennikarze pisali tylko o tym. Sęk w tym, że prasę czytał przed meczem również sędzia główny tego spotkania. Przejęty arbiter z Danii nie pozwolił zawodnikom z Londynu na ostrą grę, na czym skorzystała grająca technicznie Benfika. Co więcej, w rewanżu na White Hart Lane Guttmann zabronił wychodzić swoim zawodnikom na murawę równo z drużyną gospodarzy. –Zamknąłem drzwi garderoby i pozwoliłem Benfice wyjść w ostatniej chwili, z sędzią i liniowymi– powiedział. –Gra rozpoczęła się, zanim dotarła do nas obecność publiczności. Efektem tych działań był występ Benfiki w drugim z rzędu finale Pucharu Europy. W finale chłopcom Guttmanna przyszło się zmierzyć z piekielnie mocnym Realem Madryt. Królewscy mieli w składzie Alfredo Di Stefano oraz dobrego znajomego Guttmanna – Ferenca Puskasa. Bela widział siłę swojego zespołu nie w wielkich nazwiskach, a młodości. Przed meczem powtarzał jak mantrę, że gwiazdorzy Realu starzeją się i nie wytrzymają tempa, jakie narzucą im gracze ze stolicy Portugalii. Niestety do przerwy tablica wyników na stadionie w Amsterdamie wskazywała 3:2 na korzyść Realu. Węgier nie zmieniał jednak swojej taktyki, nadal wbijając do głowy swoim podopiecznym, by robili swoje. W żartobliwy sposób opowiadał o tym po latach jeden z zawodników Benfiki Antonio Simoes: ,,Naprawdę wierzyliśmy, że możemy wygrać. Pamiętam Guttmanna krzątającego się po szatni i mówiącego w jego własnym języku, swego rodzaju mieszanką portugalskiego i włoskiego, mówiącego nam: Panie, siadaj, panie, siadaj, Real Madryt zmęczony, Real Madryt zmęczony, Real Madryt stary, stary, stary, nie mogą wygrać, Real Madryt nie może biec, Di Stéfano nie żyje. Ta chwila naprawdę nas uderzyła. Wierzyliśmy, że wygramy”. Po drugich 45 minutach było już 5:3 na korzyść drużyny z Estadio da Luz, a puchar po raz drugi z rzędu powędrował do Lizbony. Po zdobyciu upragnionego trofeum Guttmann zaczął jeszcze bardziej cenić swoje umiejętności. Z tego powodu udał się do właścicieli Benfiki i zażądał podwyżki aż o 65% dotychczasowej pensji. Klub z Lizbony nie mógł przystać na takie warunki umowy i pożegnał się z Węgrem. Ten wpadł w szał i wypowiedział zdanie, które do teraz określane jest mianem klątwy Guttmanna: „Przez najbliższe sto lat Benfika nie zostanie mistrzem w Europie”. W Lizbonie do dziś czekają na międzynarodowe trofeum. Od tego czasu swoją szansę zaprzepaścili przegrywając w ośmiu finałach europejskich rozgrywek. Czy przyjdzie im czekać jeszcze ponad 40 lat?

8

@FCBparasiempre
27 stycznia 1899 r. w Budapeszcie urodził się Bela Guttmann, wielka legenda futbolu. Niepokorny piłkarz wieszający szczury na drzwiach działaczom Federacji Piłkarskiej. Król nowojorskiego nocnego życia. Bankrut. Milioner. Poskramiacz dziennikarzy. Węgierski Żyd, który przetrwał Holokaust, zostawiając bliskich w obozie pracy. Odkrywca talentu Eusebio. „Wybitny trener bez, którego nie byłoby Złotej Jedenastki Węgier ani Wielkiej Brazylii” – tak mówił o nim Ferenc Puskas. To też człowiek naznaczony historią Europy XX wieku. Guttmann od małego był związany ze sztuką a konkretnie tańcem, ponieważ właśnie tym trudnili się jego rodzice. Młody Bela upodobał sobie jednak inny sport. Urodzony w 1899 roku Węgier zaczął bowiem grać w piłkę w klubach z Budapesztu. Na początku lat 20. po krótkiej przygodzie z drużyną Torekves SE przeniósł się do będącego własnością bogatych żydowskich rodzin – MTK Hungaria. Z MTK wygrał dwa mistrzostwa a następnie wyjechał ze stolicy Węgier. Niestety jego kolejny transfer nie był spowodowany wybitną grą młodego Beli, a w dużej mierze sytuacją polityczną. Na tym etapie życia po raz pierwszy(i nie ostatni) świat zaczął mu przypominać o jego żydowskim pochodzeniu. Więc z uwagi na rosnące nastroje antysemickie panującego na Węgrzech za rządów Admirała Horthego, Guttmann wyjechał do Wiednia. W Austrii wstąpił do drużyny Hakoah Wiedeń największego wówczas żydowskiego klubu w Europie. Tam grał w latach 1922-1926 zdobywając jeden tytuł mistrzowski. Zadebiutował również w reprezentacji Węgier właśnie jako zawodnik Hakoah. Tylko jak to było z tą reprezentacyjną przygodą…? Guttmann zagrał zaledwie w 4 meczach w biało-zielonych barwach a wszystko nie przez brak talentu, ale swój dość problematyczny charakter. Młody pomocnik nigdy nie bał się mówić tego co myśli, przez co często popadał w konflikty. Najbardziej nie po drodze było mu z działaczami rodzimego związku piłkarskiego. Podczas pobytu na igrzyskach olimpijskich w Paryżu w 1924 roku, 25-letni reprezentant był bardzo niezadowolony z warunków pobytu oraz faktu, iż jak twierdził: „W ekipie jest więcej urzędników niż piłkarzy”. Swoje niezadowolenie zamanifestował jednak w bardziej dosadny sposób niż słownie. Bela na drzwiach każdego z działaczy powiesił martwego szczura. O dziwo nowe towarzystwo nie przypadło do gustu urzędnikom i zawodnik Hakoah musiał zakończyć karierę reprezentacyjną. Jego ostatni występ przypadł akurat na mecz z Polską, właśnie w Paryżu, rozegrany tuż przed „szczurzym manifestem”. W 1926 roku piłkarz pojechał na amerykańskie tournée z drużyną z Wiednia, postanowił jednak, że z niego nie wróci. Bela zadomowił się w Nowym Jorku i grał w tamtejszych klubach. Nie miał jednak zamiaru marnować ostatnich lat kariery wyłącznie na kopaniu piłki. Węgier zarobił oraz zainwestował sporo pieniędzy, które skrupulatnie wydawał w nowojorskich barach i restauracjach, oczywiście w towarzystwie gwiazd ówczesnej muzyki oraz kina. Syn żydowskich tancerzy z Budapesztu stał się królem życia spełniającym swój amerykański sen. Niestety pobyt w USA jak całe życie Guttmanna naznaczone jest kontrastami i ściśle związane z światową historią pierwszej połowy XX wieku. Nowojorską gwiazdę soccera dopadł kryzys finansowy spowodowany krachem na giełdzie w 1929 roku. Podobno w wyniku tych wydarzeń Guttmann stracił ok. pół miliona dolarów (dzisiaj byłoby to ponad 5 mln.) Po załamaniu finansowym, kluby nie były w stanie wypłacać piłkarzom tak dużych sum jak wcześniej, więc Węgier zdecydował się zakończyć karierę i w 1932 roku wrócił do Europy. Ze Stanów Bela wrócił do Wiednia, co prawda bez worka pieniędzy, ale za to z cennym bagażem piłkarskiego doświadczenia.

W 1933 roku podjął się pierwszej pracy jako trener w dobrze mu znanym Hakoah, gdzie naturalnie długo miejsca nie zagrzał. Następnie wyjechał do Holandii, by przez dwa sezony trenować Twente Enschede. Dobra, miał trenować przez dwa sezony. Guttmann został zwolniony, bo osiągał wyniki… zbyt dobre. Na początku pracy wynegocjował bowiem absurdalnie wysoką premię w przypadku zdobycia mistrzostwa, należy zaznaczyć, że obejmował drużynę ze strefy spadkowej. Bez problemu utrzymał się w lidze, a następnie w kolejnym sezonie szło mu za dobrze. Zarząd klubu uświadomił sobie, że nie stać ich na mistrzostwo więc pożegnano się z Węgrem. Z Holandii niedoszły mistrz wrócił oczywiście do pracy w drużynie Hakoah. Po kolejnej przygodzie wyjechał do Budapesztu, w którym to znalazł się po raz pierwszy od swojego wyjazdu ponad 15 lat wcześniej. W rodzinnym mieście osiągnął pierwszy sukces w pracy menadżera, zostając mistrzem z klubem Ujpest FC. Sprawy układały się fantastycznie, a kariera Guttmanna parła naprzód. Niestety na drodze stanął mu jeden mały problem – wybuch II wojny światowej, która zastała go w tak szczęśliwym dla niego czasie i tak znaczącym miejscu. Przez dziesięciolecia nie było wiadomo, co dokładnie Guttmann robił w czasie wojny, a na pytania, jak przetrwał Holokaust ten odpowiadał: „Tylko Bóg mi pomógł”. Jednak po latach wyszło na jaw, że przetrwanie zawdzięczał nie tyle bożej pomocy, co odrobinie sprytu i pomocy szwagra. W biografii węgierskiego trenera napisał o tym David Bolchover. Okazało się, że gdy na Węgrzech zaczęła się masowa eksterminacja Żydów, Bela ukrywał się właśnie na strychu szwagra. Niestety w 1944 roku rodzina Guttmannów została przewieziona do obozu pracy, skąd Bela uciekł w grudniu 1944 roku tuż przed wywiezieniem do Auschwitz. Węgier wyrwał się z objęć śmierci wraz z innym trenerem Ernestem Erbstainem. Ojciec i siostra Guttmanna zostali zamordowani w Oświęcimiu, a sam Bela do końca życia nie mógł pogodzić się z tym, że ich wtedy opuścił. Po wojnie Guttmann wrócił do pracy jako trener, najpierw podejmując się pracy w rumuńskich klubach, gdzie jednak nie było łatwo. Podczas pobytu w Rumunii, zdarzało się, że Bela z powodu niedoborów prosił, aby kluby wypłacały mu pensję w żywności. Po tym niezbyt udanym epizodzie przyszedł czas na powrót do swojego kraju, gdzie po raz kolejny objął stery Ujpest FC, a następnie Kispest. To właśnie tam jego podopiecznym był słynny Ferenc Puskas. Największa gwiazda węgierskiej piłki miała, delikatnie mówiąc, nie najlepsze stosunki z nowym szkoleniowcem. Między innymi dlatego, iż posadę trenera Guttmann przejął od ojca Puskasa, z czym ten najwyraźniej nie chciał się pogodzić. Bela nie zagrzał na dłużej miejsca w Kispest i pokłócony z kim tylko się da (łącznie z komunistycznymi władzami), wyjechał do Włoch. Co ciekawe wcześniej dostał propozycję objęcia reprezentacji Węgier, ale w obliczu konfliktu z Puskasem oraz swojej niechęci wobec ówczesnej władzy odmówił. Stracił tym samym szansę na zapisanie się w historii złotej jedenastki, choć to on był jednym z twórców systemu 1-4-2-4, którym grali podopieczni Gustava Sebsa. Poniekąd więc przyczynił się do ich późniejszych sukcesów. We Włoszech najlepszą drużyną, jaką prowadził Guttmann, był wielki AC Milan. Rossonerii pod wodzą nowego menadżera spisywali się świetnie i pewnie zmierzali po mistrzostwo. Jak to jednak nasz bohater miał w zwyczaju, zanim sezon się skończył, zdążył się z kimś pokłócić. Tym razem na cel wybrał członków zarządu, przez co został natychmiast zwolniony. Wtedy Węgier niczym Jose Mourinho zwołał konferencję prasową, na której wypowiedział słynne słowa: „Zostałem zwolniony, a nie jestem ani kryminalistą, ani homoseksualistą. Żegnajcie!”.

Wyszedł. Po wydarzeniach w Mediolanie Bela w każdym swoim kolejnym kontrakcie zamieszczał klauzulę, że nie może zostać zwolniony, jeśli jego drużyna będzie zajmowała pierwsze miejsce w tabeli. W 1957 roku z Włoch wrócił do Budapesztu, gdzie ponownie objął Kispest, które zostało przez socjalistyczną władzę przemianowane na Honved. Tam znalazł wspólny język z Puskasem i wydawało się, że będzie spokojnie pracować, niestety do głosu znów doszła historia. Podczas pucharowego starcia w Bilbao z tamtejszym Athletikiem, na Węgrzech wybuchła antykomunistyczna rewolucja. Drużyna nie wiedziała, czy i gdzie odbędzie się ewentualny rewanż, sami piłkarze natomiast, nie byli przekonani czy w ogóle wracać do kraju. Ostatecznie spotkanie odbyło się w Brukseli, a Honoved odpadł z rozgrywek. Niestety po Budapeszcie nadal jeździły sowieckie czołgi, więc Guttmann wraz z piłkarzami zdecydowali się nie wracać do kraju. Dostali kilka propozycji gry w różnych ligach, nawet w Meksyku. Ostatecznie cały team poleciał do Ameryki Południowej, gdzie rozegrał serię sparingów w Brazylii. Całe eldorado zakończyła FIFA, wykluczając Honved ze swoich struktur. Po dyskwalifikacji drużyny część jej członków wróciła do kraju, ale kilku piłkarzy rozjechało się po świecie. Wśród nich był również Bela, który zaczął pracę w Sao Paulo. W Brazylii mimo zaledwie rocznego pobytu zdążył wygrać stanowe mistrzostwo, a przede wszystkim spopularyzować swój styl gry. Nauczył piłkarzy i trenerów z kraju Pelego grać niezawodnym, w jego rękach systemem 1-4-2-4. Kiedy wyjeżdżał w 1958 roku, Brazylia zostawała mistrzem świata, stosując właśnie styl gry Guttmanna. Kolejnym przystankiem w karierze była Portugalia, gdzie Węgier święcił największe triumfy w karierze. W 1958 roku wraz z drużyną FC Porto wygrał ligę, przeskakując w tabeli Benfikę. Wówczas Guttmann jeszcze nie wiedział, że stanie się legendą klubu, który właśnie pokonał. Bela zmienił stronę barykady i od razu rozpoczął własne porządki. Zaczął od pozbycia się dwudziestu doświadczonych, lecz jak uważał, podstarzałych zawodników. W ich miejsce zatrudnił młodych adeptów futbolu mających stanowić o przyszłej sile Benfiki. Wśród nich znalazł się nikomu nieznany 17-latek z Mozambiku, niejaki Eusebio. Historia związana ze sprowadzeniem Eusebio jest przestrogą przed łysiną. Fantastyczny młodzieniec został znaleziony dzięki wizycie u… fryzjera. Pewnego razu roku 1960 Guttmann udał się ściąć swoje włosy. Tam spotkał Jose Carlosa Bauera, byłego reprezentanta Brazylii, którego Bela znał z czasów pracy w tym kraju. Okazało się, że Bauer jest na wakacjach w Lizbonie i za parę dni leci do Mozambiku. Węgier na wieść o tym niejako w żartach rzucił: „Posłuchaj mnie, staruszku, jeśli widzisz utalentowanego zawodnika, kogoś, kto urodził się w Portugalii, pamiętaj o jego imieniu”. Po kilku miesiącach przyjaciele znów się spotkali, a Guttmann dowiedział się o istnieniu jednej z największych przyszłych gwiazd futbolu. Już wtedy, jednak sprowadzenie utalentowanego zawodnika, nie należało do najprostszych zadań. O Eusebio wraz z Benfiką zabiegał lokalny rywal – Sporting. Guttmann postanowił nie odpuszczać i walczył o młodego gracza jak lew, aż wreszcie udało mu się dopiąć swego. Co ciekawe przed podpisaniem kontraktu złoty chłopiec był odizolowany od świata i pilnowany przez całą dobę przez pracowników Benfiki. Trwało to aż 12 dni, aby nikt ze Sportingu nie zdołał go przeciągnąć na swoją stronę. Eusebio wspominał jednak: „Dyrektor Sportingu dotarł do mnie położył pieniądze na stole i powiedział, że to moje, jeśli podpiszę kontrakt z nimi” Portugalczyk odparł: „Powiedziałem mu, że to niestosowne, że nie jestem zły, ale nie zamierzam podpisać dwóch kontraktów naraz”. Tak zaczęła się wspólna historia dwóch legend Benfiki. Guttmann stworzył w Lizbonie maszynę do wygrywania, czyniąc z Estadio da Luz twierdzę nie do zdobycia. Wygrał ligę oraz pierwszy Puchar Europy w 1961 roku. Wyniósł swój warsztat na wyżyny możliwości, będąc nie tylko najlepszym strategiem swoich czasów, ale przede wszystkim wybitnym psychologiem. Potrafił zarządzać drużyną, odpowiednio motywując swoich piłkarzy oraz świetnie ściągać z nich presję i wywierać ją na przeciwnikach.

11

Premierowe zwycięstwo o stawke:

27 stycznia 1901 r. FC Barcelona wygrała pierwszy w swojej historii mecz o punkty. Mecz ten był rozgrywany na ,,Camp del Hotel Casanovas”, w którym Duma Katalonii pokonała Sociedad Española de Futbol 4:1 w ramach Copa Macaya(prekursorze mistrzostw Katalonii). Wszystkie 4 gole strzelił wybitny i legendarny założyciel klubu Joan Gamper. Była to pierwsza edycja Pucharu Macaya i mimo strzelenia aż 51 goli w tych rozgrywkach, nie udało się Blaugranie sięgnąć po ten Puchar. Tryumfowała katalońska Hispania AC. Na pocieszenie pierwszym królem strzelców tegoż turnieju został nie kto inny jak sam Gamper, który zdobył 31 goli.



@Adran360
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

0

@Radko1976 Na tym etapie jeszcze przed meczem owszem(!) 10 punktów. Jednak w nawiasie dodałem; po dzisiejszej wygranej. Czytaj ze zrozumieniem

0

Oby ten przysłowiowy czas nie był za późny. Takie mecze jak z dzisiejszym przeciwnikiem(czytaj jednym z najgorszych w lidze) to powinno się wygrywać za przeproszeniem z palcem w dupie(!) i to minimum dwoma golami. Strata choćby jednego punktu może przekreślić całkowicie sprawe mistrzostwa w tym sezonie i nadszarpnąć morale drużyny. Tutaj nie ma miejsca na jakiekolwiek wymówki. Tu jest wymagana motywacja i zaangażowanie w 100%!

0

@Lisek Niekoniecznie. Na tym etapie strate 7 punktów(przy dzisiejszej wygranej) można jak najbardziej odrobić. Jeśli się nie myle to były już takie przypadki...

1

@Mixtape Dobre pytanie, biorąc pod uwage pechowe w tym sezonie Estadio Lluis Companys. Jeśli nie strzelimy przynajmniej 2,3 goli, będzie to rozczarowanie. Z drugiej strony liczą się przedewszystkim 3 punkty, zwłaszcza w sytuacji, kiedy musimy gonić te prześcieradła...

3

@Mitch_Atleta Dokładnie! To były moje początki uwielbienia Barcunią a zwłaszcza Ronaldinho i Eto'o. O oglądaniu meczów w Primera Division a zwłaszcza w Copa del Rey, to ja mogłem tylko pomarzyć! jedynie wybrane mecze na publicznej jedynce mogłem oglądać. Ten Klasyk dopiero po kilku latach ściągnąłem z laptopa(internetu) mojej żony. Cóż za pamiątka...

8

@FCBparasiempre
19 listopada 2005 r. Witamy na stadionie Santiago Bernabeu na meczu między Realem Madryt i FC Barceloną rozgrywanym awansem w 12 ligowej kolejce. Ostatnie zmiany w składzie Blaugrany: Leo Messi zajmuje miejsce francuza Ludowice Giuly’ego. Zmiana ta nie ma wpływu na schemat taktyczny Franka Rijkaarda. W składzie Realu Madryt Wanderley Luksemburgo postawił na Zidane’a, który będzie dyrygował grą w środku pola; sekundować mu będą Beckham, Pablo Garcia i Robinho. Będzie to typowy klasyk o wysokim napięciu na trybunach i na boisku. To pierwszy raz, gdy Samuel Eto’o gra na Bernabeu od czasu incydentu z poprzedniego sezonu. Wielu madrydistów nie zapomniało słów: ,, Madrid cabron, saluda al campeon", które Kameruńczyk wykrzyknął podczas świętowania tytułu mistrzowskiego. Wprawdzie później przeprosił, publicznie przyznał się do błędu Ale nie można zakładać że wszyscy kibice ,,Los Blancos" mu wybaczyli. Ponadto w tym tygodniu wielu madrydistów łącznie z niektórymi piłkarzami dolewało oliwy do ognia. Pomimo zapewnień obu prezydentów oczekuje się wrogiego przyjęcia rywali z Katalonii. Rijkaard nie przejmuje się atmosferą na Bernabeu, Nie obawia się tremy, o której zawsze wspominał Jorge Valdano. Według trenera FC Barcelony fakt że będą mieli przeciwko sobie cały stadion stanie się dla jego zawodników dodatkowym bodźcem. W tabeli różnica między Barça i Realem Madryt wynosi zaledwie jeden punkt. Jutro możemy mieć w tabeli nowego lidera, chociaż(jak mówi Luksemburgo) ,, w klasyku nie ma faworyta". Trybuny się zapełniają. Pierwszy warty zapamiętania obrazek: w tunelu Robinho wita się z Ronaldinho. Brazylijczycy ściskają się i życzę sobie powodzenia. Obie drużyny kończą właśnie rozgrzewkę na idealnie przygotowanej Murawie, po lewej ubrani na biało piłkarze Realu Madryt a po prawej zawodnicy FC Barcelony w swoich oślepiających żółtych fluorescencyjnych bluzach. Podopieczni Luksemburga Już skończyli i wracają do szatni pośród braw. Piłkarze Rijkaarda wciąż biegają i podają sobie piłkę. Później znikają w tunelu odprowadzani przez donośne gwizdy publiczności. Stadion jest pełen, właśnie zakomunikowano że na trybunach zasiadło 80 300 widzów. Rozpoczyna się mecz, piłkę wprowadza do gry Blaugrana.

Minuta 1: faul Marqueza na Ronaldo. Sędzia upomina go słownie. Minuta 3: Eto’o po raz pierwszy jest przy piłce i jak można się było spodziewać zostaje wybuczany. Na szczęście nie słychać rasistowskich odzywek. Minuta 4: Sergio Ramos przewraca Messiego tuż przed polem karnym. Zagrożenie dla Realu Madryt. Ronaldinho wykonujesz rzut wolny a piłka grzęźnie w murze. Stracona szansa. Minuta 7: Pablo Garcia zderza się z deko i uderza go łokciem. Barcelonista doznał urazu i musi zejść z boiska. Minuta 10: E to dostaje podanie od Ronaldinho i staje sam naprzeciw Casillasa. Strzela niecelnie. Minuta 13: na boisko wraca deko. Opatrzono mu rozciętą kość policzkową. Minuta 15: gol!!! Samuel Eto! Messi Biegnie środkiem, podaje piłkę do Eto, który czubkiem buta strzela na bramkę. 1:0. Kamerą czy celebruje gola. Wyzywają go od najgorszych, słychać nawet gardłowe dźwięki naśladujące odgłosy małp. Dla Realu Madryt sprawy się komplikują. Minuta 21: Beckham posyła piłkę w pole karne; nie ma nikogo do wykończenia akcji. Gospodarzy próbują się pozbierać po ciosie ale nie stwarzają groźnych sytuacji. Brakuje gry do przodu, wydaje się że drużyna nie wie co ma zrobić z piłką. Po golu na Bernabeu nastała cisza, Real Madryt nie odrabia strat. Minuta 27: pierwsza żółta kartka w meczu Dlatego za brutalny faul na Raulu. Minuta 30: Messi drybluje i mija jednego z obrońców Realu Madryt ale Casillas chwyta futbolówkę. Barça była blisko strzelenia drugiego gola. Minuta 31: sędzia pokazuje żółtą kartkę Ronaldinho. Brazylijczyk zbyt wysoko podniósł łokieć w starciu z Pablo Garcia. Minuta 36: ładna akcja Realu Madryt. Zidane zagrywa do Roberto Carlosa ale nie ma nikogo to mógłby wykończyć atak. Minuta 40: kolejny raz Ronaldinho wyprowadza w pole obrońcę gospodarzy, posyła piłkę na głowę Messiego ale strzał leci daleko od słupka. Minuta 45: E to w polu karnym, lecz Casillas znowu ratuje swoją drużynę. Minute później Salgado otrzymuje żółtą kartke a sędzia kończy pierwszą połowe meczu. Real Madryt jest niewidoczny. Barça gra dobrze, z niesamowitą szybkością, jej przewaga nad ,,Los Blancos" staje się ewidentna. Eto’o praktycznie niezawodny a nauczenie odpowiedział golem. ,, chapeau ba” dla Messiego, w wieku zaledwie 18 lat po raz pierwszy gra w tego typu meczu i pokazuje wielką dojrzałość i odpowiedzialność. Tymczasem Ronaldinho swoimi podaniami i wyprawami w pole karne wywołuje drżenie u obrońców Realu Madryt. Wydaje się że dziś jedna drużyna gra a druga z podziwem kontempluje wspaniałe akcje swoich przeciwników. Walthes ma niewiele pracy. ,, Święty" Casillas znów w wielu sytuacjach uratował swój zespół. Jeśli Luksemburgo nie znajdzie żadnego cudownego środka w ciągu tych 15 minut, rywale pozbawią Real Madryt wszystkich nadziei.

Rozpoczyna się druga połowa Piłka leży na środku. Na boisko wybiega nagi mężczyzna. To już kolejny ,, występ" Anglika Marka Robertsa. Trudno będzie go wyrzucić, ponieważ jest wysokie i krzepki. Ostatecznie jednak udaje się go wyprowadzić. Minuta 47: Messi strzela spoza pola karnego, lecz obrońca odbija piłkę. Minuta 48: Xavi strzela z dobrej pozycji ale futbolówka ociera się o słupek. Minuta 52: żółtą kartkę otrzymuje robinio, który upadł w polu karnym Po kontakcie z Van Bronchorstem. Minuta 54: kapitan Realu Madryt Raul opuszcza boisko utykając. Wydaje się że uszkodził kolano. Minuta 55: strzela Messi a Casillas ponownie łapie piłkę. To trzecia próba Argentyńczyka, wydaje się że nie ma dziś szczęścia, chociaż sprawiedliwie jest oddać zasługi Ikerowi. Minuta 57: Raul wraca na murawę ale Guti już się rozgrzewa. Minutę później Raul opuszcza boisko pośród braw a zmienia go właśnie Guti. Minuta 58: goool!!! Ronaldinho! Niebywałe, wszystko robi sam! Na środku boiska dostaje podanie od deko. Kontroluje piłkę zewnętrzną częścią prawej stopy, z ogromną szybkością przekracza linię środkową i zostawia Sergio Ramosa zmieniając kierunek futbolówki przełożeniem z lewej na prawą. Helguera jest spóźniony, Roni dezorientuje go ruchem tułowia, Roberto Carlos się przewraca. Ronaldinho zaskakuje Ikera Casillasa strzałem przy bliższym słupku. Fantastycznie! Cóż za umiejętności! Cała publiczność jest pod wrażeniem. Minuta 63: żółtą kartkę otrzymuje Pablo Garcia za bezsensowny faul na Eto w środkowej strefie boiska. Minuta 65: ta druga zmiana w Realu Madryt: schodzi Pablo Garcia a za niego wchodzi Baptista. Luksemburgu wyprowadza ciężką artylerię. Minuta 69: pierwsza zmiana w FC Barcelonie. Schodzi Messi a za niego Iniesta. Występ Argentyńczyka był znakomity, z każdej strony ogrywał Obrońców gospodarzy, wspaniale asystował przy golu Eto. Do pełni szczęścia zabrakło mu tylko zdobycia gola. Minuta 75: wreszcie mamy strzał na bramkę w wykonaniu ,, Los Blancos". Salgado dośrodkowuje a Baptista strzela. Minuta 76: kolejna okazja Realu Madryt. Salgado strzela lewą nogą a Wiktor Valdes cudem łapie piłkę. Minuta 76: goool!!! Ronaldinho! Drugi Brazylijczyka! Znów podaje do niego deko. Gauczo biegnie sam, zostawiając za sobą biednego Ramosa. Patrzy na Casillasa i wewnętrzną częścią stopy umieszcza piłkę przy dalszym słupku. Nie do obrony! To właśnie wtedy publiczność na Santiago Bernabeu, wstając z miejsc bije brawo piłkarzowi FC Barcelony. To niezapomniana chwila, transmitowana przez wszystkie stacje telewizyjne. Redaktorzy i dziennikarze zachowali dla potomności wyjątkowy obrazek: pierwszy plan, na którym dwóch kibiców ,,Los Blancos", bije brawo po golu strzelonym przez piłkarza Blaugrany. Wszyscy zadawali sobie pytanie skąd taka reakcja i dużo mówiło się o sportowym zachowaniu madryckiej publiczności ale nie było to tylko zwykłe sportowe zachowanie. 80 000 kibiców w ,,Chamartin" nie było ślepych, potrafili po prostu docenić dobrą grę. Piękno futbolu wzięło górę nad wiernością własnym barwą a podziw sprawił że fani zapomnieli na chwilę o fatalnym występie swojej drużyny. Trzeba zaznaczyć że zachowanie kibiców ,,Los Blancos" wynikało też z innych powodów: by w to sposób na wyrażenie urazy do swoich zawodników, pokazanie im że będą w stanie oklaskiwać najlepszą drużynę, jednego prawdziwego ,, galactico", którego widzieli na boisku. W każdym razie dla Ronaldinho brawa jakie dostał na boisku rywala były dowodem Wielkiego uznania. Od 22 lat na Santiago Bernabeu niesłyszano owacji dla przeciwnika. W poprzednim razem wydarzyło się to 26 czerwca 1983 roku w innym spotkaniu Realu Madryt z Barcą, pierwszym meczu finału Pucharu Ligi. Diego Armando Maradona wyszedł z połowy boiska przedryblował wszystkich rywali i stanął sam naprzeciwko nie bronionej bramki ale nie wepchnął do niej piłki. Poczekał aż Juan Jose, boczny obrońca Realu Madryt po twarzy Sandokana znów spróbuję odebrać mu futbolówkę. Wtedy Argentyńczyk oszukał go raz jeszcze i strzelił gola. Rozległy się brawa dla Maradony. Cofając się w czasie jeszcze bardziej, znajdziemy kolejny podobny epizod, którego bohaterem był Johan Cruijff. 17 lutego 1974 roku holenderski piłkarz dyrygował orkiestrą FC Barcelony, która pokonała Real Madryt 5:0! , zdumiona publiczność na Santiago Bernabeu wstała z miejsc i oklaskiwała szybkość klasę, styl i rytm Holendra. Ronaldinho mógł być dumny, takiego hołdu nie otrzymuje się codziennie. Tego typu momentach przypominają się stare pojedynki między dżentelmenami, których zawsze doceniano umiejętności oponenta. Dobrym tego przykładem była wypowiedź jednego z sympatyków Realu Madryt, zaczepionego po meczu: ,, Nie zostanę kibicem Barcelony ale owszem, jestem fanem Ronaldinho". Publiczność ewidentnie zajęła jednoznaczne stanowisko a prasa jednogłośnie zaakceptowała tę opinię. Następnego dnia sportowe gazety, choć raz zgodne co do pochwał, dalekie od nacjonalistycznego wytykania różnic między Hiszpanią a Katalonią, oddały Brazylijczykowi hołd: ,, Real Madryt jest u jego stóp, niech dadzą mu złotą piłkę i wszystko czego chce". Potwór z Barcelony zmienił się w ,,Króla”, w ,,Byt najwyższy” i nie tylko ze względu na dwa gole, lecz także cały występ. ,, Nigdy nie zapomnę tego meczu. Niewielu piłkarzy przeżyło coś takiego w ciągu swojej kariery. Poczuć sympatię ze strony kibiców Realu Madryt było czymś bardzo pięknym, bardzo emocjonującym. Ich brawa bardzo dużo dla mnie znaczą. Jestem im za to wdzięczny z całego serca"- powiedział później Ronaldinho. Kiedy dowiedział się że coś takiego przytrafiło się tylko Maradonie i Cruijffowi, był zaskoczony i dodał że to dla niego wielki zaszczyt. Potem zapytano go czy uznanie ze strony przeciwnika go uszczęśliwiło. ,, Uszczęśliwia mnie to że ludzie cieszą się futbolem. Gram w FC Barcelonie i brawa, za które jestem najbardziej wdzięczny, to te od mojej publiczności ale cieszę się też z owacji, nawet jeśli są one nieliczne, na innych boiskach. Czuję że ludzie na wszystkich stadionach w Hiszpanii doceniają mnie i szanują moją pracę I to sprawia że jestem szczęśliwy". Brawa publiczności i komplementy w prasie: ,, Obecna Barcelona jest dla klubów tym, czym Brazylia dla reprezentacji"- napisała ,, La Gazetta dello Sport". Zwycięstwo FC Barcelony nad Realem Madryt dało jej pierwsze miejsce w tabeli, którego nie opuściła już do końca sezonu i oznaczało zmierzch galaktycznego projektu. Od tego momentu odwieczni rywale pogrążyli się w czarnym kryzysie. Odszedł dyrektor sportowy Arrigo Sacchi; Wanderley Luksemburgo, który wyciągnął drużynę na powierzchnię został zwolniony. Jego miejsce zajął człowiek z klubu, Lopez Caro, którego szefostwo nie mogło zwolnić ponieważ na horyzoncie Nie było innych kandydatów. Florentino Perez, twórca ery galacticos, pod koniec lutego podał się do dymisji, przekonany że jego odejście może być bodźcem dla drużyny ale nic takiego się nie stało. Jego następca na fotelu prezydenta, Fernando Martin, chwycił się jedynej możliwości jaka mu pozostała a mianowicie Champions League. Okrutny Arsenal zdołał jednak wyeliminować Ronaldo i kompanię. Martin zapowiedział że surowo potraktuje tych, którzy nie bronią godnie klubowych barw i obiecał utworzenie drużyny, w której będzie panować rywalizacja. Jednak zamiast tego ostatecznie przekazał pałeczkę Louisowi Gomez-Montejano, który do czasu nowych wyborów pełnił funkcję tymczasowego prezydenta. Podczas gdy ,,Los Blancos" toneli, Barça wznosiła się na szczyt. Miała 13 punktów przewagi nad Realem Madryt i 15 nad Valencją. Mistrzostwo było na wyciągnięcie ręki…

3

@13th To ja go pisałem i nie po to pisałem żeby go usuwać! Jeśli komuś nie pasuje to pies mu morde lizał!

2

Co za pasjonująca końcówka na Stadio Giuseppe Meazza. Barcunia by się nie powstydziła....:)

1

@Lionel_Messi10 Zaraz a co on w Argentynie i kiedy wygrał? bo wikipedia pokazuje że był tylko asystentem...?

0

@FcPortoFan1999 Tak szczerze to wogóle go nie znam. Ja nie mam czasu ani zdrowia nocami śledzić argentyńskiej ligi a co dopiero meksykańskiej!

10

Wybitne legendy argentyńskiego futbolu:

25 stycznia 1962 r. urodził się Oscar Alfredo Ruggeri. Znakomity stoper, jeden z najbardziej utytułowanych argentyńskich obrońców w historii tamtejszej reprezentacji. Niezwykle silna, wyrazista osobowość, mocny psychicznie, idealny kapitan i lider zespołu. Obrońca zdecydowany, twardy, sprawny i szybki, nieustannie wspierający atak. Wyżej od niego skakał tylko niezrównany Passarella. Zaczynał w Boca Juniors (155 meczów/11 goli), później m.in. River Plate (81/4), Real Madryt (31/2) i CA San Lorenzo (114/12). Zdobył mistrzostwo kraju ze wszystkimi wymienionymi firmami(z Boca Juniors wraz z Maradoną w 1981), oprócz tego z River Plate Copa Libertadores, Puchar Interkontynentalny i Copa Interamericana. W reprezentacji Argentyny rozegrał 97 meczów i strzelił 7 goli. Mistrz i wicemistrz świata, dwukrotny zdobywca Copa América oraz zwycięzca Pucharu Konfederacji. Grał na trzech Mundialach (1986, 1990, 1994) i czterech turniejach Copa America. Dwukrotnie był wybierany do Najlepszej Drużyny w Ameryce Płd., był także m.in. Najlepszym Piłkarzem Ameryki Płd., Argentyny i Najlepszym Zagranicznym Piłkarzem La Liga. Grał 21 razy w meczach Copa América – to jeszcze do nie dawna rekord Federacji Argentyńskiej, który dzielił z Jose Salomonem. W 1986 roku wyrównał rekordowe osiągnięcie Pelego zdobywając w jednym sezonie z klubem Ligę, Puchar Kontynentalny, Interkontynentalny oraz Puchar Świata z kadrą. Zawiesił buty na kołku, gdy urodzili mu się synowie – bliźnięta Stephan i Federic. Całkowicie z futbolu jednak nie zrezygnował; był Dyrektorem Technicznym m.in. w San Lorenzo, hiszpańskim Elche czy meksykańskim Club América.

@Adran360
@Arkon
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson
@Sysia11

5

@FCBparasiempre
,,Zarabiał dwa razy więcej niż jego koledzy, ale im to nie przeszkadzało, tłumaczyli, że jeśli Valentino jest zadowolony, to łatwiej im wygrać – opowiadał prezes Feruccio Novo o zarobkach Mazzoli. Sukcesy Torino i Mazzoli napędzały też reprezentację. Pozzo maksymalnie chciał wykorzystać zgranie klubowych kolegów na korzyść drużyny narodowej. W 1947 r. w meczu z reprezentacją Węgier wystąpiło dziesięciu graczy Torino. Po nieudanych igrzyskach w Londynie Vittorio Pozzo przestał być trenerem reprezentacji. Mimo to Mazzola i jego koledzy nadal stanowili o jej sile. 27 lutego 1949 r., rozgrywali towarzyski mecz z Portugalią, w którym zwyciężyli 4:1. Po meczu, kapitan Portugalczyków, Fransisco Xico Ferreira, zapytał Mazzolę, kapitana Włochów, czy Torino nie przyleciałoby do Lizbony na towarzyski mecz z jego Benfiką. Mazzola zgodził się. Pod koniec lat 40. rozgrywki europejskie były jeszcze w sferze marzeń. Urzeczywistniły się one dopiero kilka lat później. Najlepsze drużyny kontynentu spotykały się jednak w takich meczach towarzyskich. Torino pewnie zmierzało po czwarty tytuł z rzędu. Po remisie 0:0 z Interem 30 kwietnia mieli nad nimi cztery punkty przewagi. Do końca pozostały tylko cztery kolejki, więc wydawało się, że nic nie odbierze Mazzoli i jego kolegom kolejnego scudetto. 3 maja był zaplanowany mecz z Benfiką. Jednak Mazzola wahał się czy lecieć. Bał się latania, ledwie dwa tygodnie wcześniej się ożenił po raz drugi, a poza tym nie najlepiej się czuł. Ostatecznie jednak poleciał. ,,Ojciec źle się czuł, nie zagrał w ostatnim meczu z Interem i nie wiedział jeszcze czy pojedzie, ale przypomniał sobie, że obiecał to przyjacielowi. Nie mógł go więc zawieść” – mówił Sandro Mazzola o wahaniach ojca. Sława Torino przekraczała granice kraju. Mieli opinię niepokonanej drużyny, absolutnie nie do powstrzymania. Byli jak dobrze naoliwiona maszyna do strzelania goli. Sandro Mazzola, tak ich opisywał: ,,To byli świetni piłkarze, zespół młodych i starszych graczy, którzy żyli marzeniem o niezwyciężonej drużynie. Swoją niezwykłą siłę zawdzięczali determinacji zawodników i ich technice gry. To było wielkie torino. 3 maja 1949 w Lizbonie, Benfica i Torino stworzyły znakomite widowisko. Jak na mecz towarzyski przystało, padło dużo bramek. Zespół z Lizbony wygrał 4:3. Wieczorem odbył się bankiet, a nazajutrz zawodnicy Torino wracali do domu. Sauro Tomà, jeden z dwóch zawodników, którzy nie polecieli do Lizbony, wspominał: ,,Czasem w pogodne dni z mojego domu widać wzgórze Superga. wznosi się około 500 metrów nad ziemią, więc stale otaczają je chmury. Zwykle, w drodze powrotnej, widząc je, pakowaliśmy już prezenty dla dzieci i zbieraliśmy walizki. Widok domu z samolotu wywoływał wielki entuzjazm. Wtedy było pewnie tak samo. Jednak znienacka otoczyła ich mgła. Pilot nie widząc wzgórza, nie mógł go ominąć. Najpierw o ziemię uderzyło skrzydło, a potem cały samolot.” Z katastrofy nie ocal nikt. Kiedy Ferreira dowiedział się o tragedii, był zdruzgotany. Spędził wiele bezsennych nocy, później wysyłał nawet pieniądze rodzinom ofiar. W jego pokoju z trofeami szczególne miejsce zajmowało czarno-białe zdjęcie Grande Torino. Ceremonia pogrzebowa, która odbyła się 6 maja, zgromadziła prawie milion osób. ,,Całą noc czuwałem nad nimi w Palazzo Madama. Nad trumnami pokrytymi kwiatami. Wobec rodzin zabitych czułem wstyd, unikałem kontaktu wzrokowego” – wspominał Sauro Tomà. Całe Włochy były pogrążone w żałobie. Sandro Mazzola, który miał wtedy sześć lat, nie do końca zdawał sobie sprawę z tego, co się stało: ,,Nie od razu powiedzieli mi, co zaszło, może bojąc się mnie zszokować. Przeniesiono mnie do domu przyjaciół ojca na przedmieściach Turynu. Ponad 10 dni nic nie wiedziałem. Powoli zaczynało coś do mnie docierać. Tak pewnie było i lepiej. Mówili mi, że tata wyjechał na mecz, potem, że miał wypadek i w końcu zrozumiałem, że nie żyje.” Po katastrofie włoska federacja zdecydowała, że przyzna tytuł Torino. Zdołało ono utrzymać przewagę w lidze. W meczach grali co prawda juniorzy, ale przeciwnicy w geście solidarności również wystawiali młodych piłkarzy.

Mazzola do dzisiaj zajmuje szczególne miejsce w historii nie tylko Torino, ale i całego włoskiego futbolu. W sercach kibiców obecny będzie zawsze. Kamil Glik w swojej autoryzowanej biografii tak opisywał pamięć o nim w klubie: ,,Każdy kibic Torino w swoim kalendarzyku ma zaznaczoną datę 4 maja. To jeden z najważniejszych dni w roku. Mazzola jest legendą nie tylko Torino, ale i całej włoskiej piłki. Kiedy nowi piłkarze, szczególnie ci z zagranicy, pojawiają się w zespole, szybko im się tłumaczy, kim był dla klubu i jak wielka była to postać.” Valentino wyróżniał się dryblingiem, walecznością, znakomicie się ustawiał i ciągle był w ruchu. Wszechstronny i inteligentny. Wiedział, o co chodzi w taktyce. Swoimi umiejętnościami i podejściem do gry, o dekady wyprzedzał swoje czasy. W barwach Il Granata rozegrał 195 meczów i strzelił 118 bramek. Osoby, które miały przyjemność go oglądać i zawodnicy, którzy z nim grali, twierdzą, że lepszego piłkarza we włoskiej piłce nie było. Uzasadnione są twierdzenia, że z Il Capitano w składzie, Włosi odegraliby dużo większą rolę na brazylijskich mistrzostwach. Jednak na kolejny tytuł musieli czekać do 1982 r. Ich ówczesny trener, Enzo Bearzot pytany o Mazzolę powiedział: ,,Największym włoskim piłkarzem wszech czasów był Valentino Mazzola. Był człowiekiem, który cały zespół dźwigał na swoich barkach”.

7

@FCBparasiempre
Tylko dwóm reprezentacjom w historii udało się obronić tytuł mistrza świata. Pierwsi dokonali tego Włosi, którzy triumfowali w 1934 i 1938 roku. Być może gdyby nie przerwa spowodowana II wojną światową, Vittorio Pozzo i jego zawodnicy świętowaliby po raz trzeci. Po wojnie dysponowali równie dobrą drużyną. Przed turniejem w Brazylii wymieniano ich w gronie faworytów. Trzon ówczesnej reprezentacji stanowili zawodnicy słynnego ,,Grande Torino”. Główną postacią zarówno w klubie, jak i w reprezentacji był ,,Il Capitano” – Valentino Mazzola – jeden z najlepszych rozgrywających w historii calcio.

Valentino urodził się 26 stycznia 1919 r. Dorastał w miejscowości Cassano d’Adda, która leży niedaleko Mediolanu. Kiedy jego ojciec stracił wszystko wskutek wielkiego kryzysu w 1929 r., Valentino zaczynał właśnie swoją przygodę z futbolem. Już od dziecka był odważny, dzielny i bohaterski. W wieku 10 lat uratował topiącego się w rzece kilkuletniego chłopca. Tym chłopcem był cztery lata młodszy Andrea Bonomi, który kilkanaście lat później założył kapitańską opaskę AC Milan i stał się jedną z legend klubu, zaliczając ponad 250 występów w jego barwach. Mazzola, na początku, zamiast piłki kopał puszki. Wraz ze swoimi czterema braćmi często grali na ulicach miasta, które były areną ich zmagań i na których wygrywali swoje pierwsze mecze. Jego dzieciństwo nie należało jednak do najłatwiejszych. Kiedy ojca zwolnili z pracy, zaczął na własną rękę szukać jakiegoś zajęcia, żeby wspomóc rodzinę. Wkrótce znalazł zatrudnienie jako pomocnik piekarza, a kiedy już trochę podrósł, zaczął pracę w młynie. Grywał amatorsko dla lokalnych zespołów: Tresoldi i Fara d’Adda. W 1938 r. zwrócił na siebie uwagę klubu Alfa Romeo. Zauważył go jeden z pracowników fabryki i wkrótce zaproponowano Mazzoli pracę mechanika w fabryce i miejsce w zakładowej drużynie piłkarskiej, która grała wówczas w Serie C. Ta oferta spadła rodzinie Valentino z nieba. Zmagała się ona wówczas z poważnymi problemami finansowymi, bo niedługo wcześniej ojciec zginął pod kołami ciężarówki. Mazzola nie tylko zyskał stałe źródło utrzymania, ale mógł równolegle rozwijać swoją pasję. Sam tak to wspominał: ,,Alfa romeo to był naprawdę dobry wybór. Gdybym został zawodnikiem Milanu, otrzymywałbym wynagrodzenie, 100 lirów miesięcznie i nie musiałbym pracować. Znacznie lepiej było jednak mieć coś do roboty. Istniało niebezpieczeństwo, że bezczynność zrujnuje moją pasję, tak było lepiej dla mnie i dla piłki.” Kiedy widmo wojny stawało się coraz bardziej wyraźne, dostał powołanie do wojska. Służbę odbywał w Królewskiej Marynarce Wojennej w bazie w Wenecji. Przez kilka miesięcy służył na niszczycielu Confienza, a po tym został oddelegowany do pracy w porcie. W Wenecji udało mu się ukończyć szkołę, którą musiał przerwać, żeby pomóc w utrzymaniu rodziny. Chciał mieć jakieś wykształcenie, które mogło być przydatne po zakończeniu kariery.

Oprócz pracy w marinie nie przestawał też grać w piłkę. Bał się, że zostanie wysłany na pierwszy front działań zbrojnych, ale jego piłkarskie umiejętności pozwoliły mu przetrwać wojenną zawieruchę w miarę spokojnie. Wkrótce został zawodnikiem AC Venezia. Nie do końca wiadomo, jak do tego doszło, ale mówi się o dwóch wersjach. Według pierwszej zwrócił na siebie uwagę wysłanników klubu, którzy widzieli go w meczach w marynarce. Druga opcja mówi o tym, że Mazzolę polecić miał jeden z oficerów, który był kibicem klubu. Kiedy pojawił się na testach, miał podobno grać na bosaka. Buty miał zostawić w domu, bo nie chciał ich zniszczyć. Po paru miesiącach spędzonych w drużynie rezerw, został oficjalnie zatrudniony 1 stycznia 1940 r. Debiut zaliczył cztery miesiące później w przegranym 0:1 meczu z Lazio. Miejsca w składzie nie oddał już do końca sezonu. Ustawiany na środku ataku, pomógł drużynie w utrzymaniu się w Serie A. Szybko dał się poznać jak gracz o dużych możliwościach. Venezia, która była beniaminkiem, ukończyła sezon na 10. miejscu. Mazzola spędzał dużo czasu na analizowaniu swojej gry. Chciał być coraz lepszy i poświęcał wiele godzin na naukę i próbę zrozumienia zawiłości calcio. Dzięki temu poprawił swoje ustawianie się w grze, przez co miał na nią większy wpływ. Był prawonożny, ale często odbijał piłkę o ścianę lewą nogą, tak, żeby ją jak najlepiej wyćwiczyć. W tamtych czasach mało kto przykładał do tego wagę. Przeciwnicy robili wszystko, żeby go zatrzymać, z łokciami i kopnięciami włącznie, ale z czasem nauczył się ignorować ból. Mimo stosunkowo niedużego (170 cm) wzrostu, dobrze i skutecznie grał głową. Piłki w jego czasach były dość ciężkie i szybko nasiąkały wodą, więc mało kto się na to decydował. Zarówno pod względem techniki, jak i w swoim profesjonalnym podejściu do zawodu był bardzo nowatorski. Niedługo, mimo młodego wieku, zaczął być porównywany do dwukrotnego mistrza świata – Giuseppe Meazzy. To właśnie w Wenecji Valentino po raz pierwszy spotkał Ezio Loika, z którym kilka lat później decydował o obliczu ofensywy Torino. Z początku nie przypadli sobie do gustu. Loik był spokojny i raczej wycofany, podczas gdy Mazzola bardziej impulsywny, przez co wydawał się nieco arogancki. Wkrótce jednak stworzyli duet, który cieszył się opinią najzdolniejszego w całych Włoszech. Fantastycznie czuli się razem na boisku i sprawiali wrażenie, jakby porozumiewali się telepatycznie. Oboje poprowadzili swój klub do największego sukcesu w historii – finał Pucharu Włoch, który odbył się 8 czerwca w Rzymie na Stadio Nazionale del PNF. Tam, przy wsparciu kibiców, Roma prowadziła już 3:0, ale Mazzola z kolegami ostro wzięli się do roboty i odrobili straty. Jako że dogrywka nie przyniosła rozstrzygnięcia, konieczne było rozegranie dodatkowego meczu. Tym razem spotkanie rozegrano w Wenecji. Miejscowi, po bramce Loika wygrali 1:0. Rok później pokazali, że to nie był przypadek, zajmując trzecie miejsce w Serie A. ,,Miałem szczęście widzieć niezwykły talent Valentino z bliska. Nie było bardziej wszechstronnego gracza we Włoszech. Ani przedtem, ani potem” – twierdził Amadeo Amadei, kapitan AS Roma i reprezentant kraju. Taki talent, poparty osiąganymi z klubem wynikami, nie mógł zostać niezauważony przez selekcjonera. Legendarny Vittorio Pozzo był pod wrażeniem umiejętności obu graczy Venezii i powołał ich na najbliższy mecz kadry narodowej. W Europie szalała wojna, w wielu krajach myślano o tym, żeby jakoś przeżyć ten koszmar, a gra w piłkę schodziła raczej na dalszy plan. Jednak nie we Włoszech. W 1942 r. kraj funkcjonował normalnie, a o działaniach wojennych czytano w gazetach. 5 kwietnia, w Genui, Włosi podejmowali reprezentację innego państwa osi – Chorwację. Pewnie wygrali 4:0, a debiut w niebieskich barwach zaliczył zarówno Mazzola, jak i Loik. Dwa tygodnie później, drużyna prowadzona przez Pozzo, podejmowała w Mediolanie Hiszpanię rządzoną przez generała Franco. Tutaj również rozprawili się szybko z rywalami, a Valentino otworzył wynik wygranego 4:0 spotkania. Od tego czasu był podstawowym zawodnikiem reprezentacji.

31 marca 1942 r. rozgrywano 38. kolejkę ligową. Venezia z Mazzolą w składzie, podejmowała u siebie Torino, które zajmowało fotel lidera. Turyńczycy zmierzali wtedy po scudetto, choć nad drugą w tabeli Romą mieli tylko punkt przewagi. Venezia jednak nie miała zamiaru kłaść się na boisku, postawiła twarde warunki gry i Il Granata przegrała 1:3. To w tym pojedynku zespół z Turynu pogrzebał swoje szanse na mistrzostwo. Prezydent Torino Feruccio Novo ostatecznie przekonał się do zatrudnienia Mazzoli i Loika. Miał podobno po meczu zejść do szatni i tam zawrzeć umowę, w myśl której, wspomniana dwójka przeniesie się do Turynu. Musiał działać szybko, bo oko na Mazzolę miał też Juventus, który miał być już nawet po słowie z Venezią. Ostatecznie jednak sam Mazzola wolał zostać zawodnikiem Byków, do czego przekonywał go sam Vittorio Pozzo. W ramach transakcji, prezes Novo zapłacił za nich 1 mln 200 tys. lirów, a do Venezii trafiło jeszcze w zamian dwóch graczy Torino – Walter Petron i Raúl Mezzadra. W ciągu swojego pobytu w mieście św. Marka, Valentino rozegrał dla Venezii 61 meczów i strzelił 12 goli. Jeszcze podczas gry w Wenecji poślubił 18-letnią Emilię Rinaldi, z którą miał dwóch synów. Ich ślub odbył się w rodzinnym Cassano d’Adda 16 marca 1942. Już w Turynie, 8 listopada 1942 na świat przyszedł Alessandro. Wśród kibiców znany jako Sandro, stał się później ikoną i legendą Interu Mediolan prowadzonego przez Helenio Herrerę. Urodzony 1 lutego 1945 r. Feruccio, który imię otrzymał na cześć prezesa Torino., też poszedł w ślady ojca i brata, ale nie osiągnął takich sukcesów jak oni, choć w trakcie swojej kariery zakładał opaskę kapitańską rzymskiego Lazio. Valentino z rodziną mieszkał w małym mieszkaniu przy Via Torcelli 66. Pracował w fabryce Fiata, dzięki czemu uniknął wysłania na front. Piłkarze Torino zarabiali dobrze, ale ich pensje nie były jakoś bardzo przesadzone w porównaniu do przeciętnych wynagrodzeń. Po wojnie Valentino prowadził sklep sportowy. ,,Gdy miałem 3-5 lat, ojciec przebierał mnie za maskotkę Torino, miałem piłkarskie buty i koszulkę z numerem „10”. Nie rozumiałem, czemu otacza go tylu ludzi, ale czułem po ich zachowaniu, że jest kimś ważnym. Mocno trzymałem go za rękę, bo wokół było tyle wielkich mężczyzn, których się bałem. Uścisk jego dłoni dawał mi siłę” – wspominał Sandro Mazzola. Mazzola, który uważał się za trochę samotnego człowieka, na pierwszym miejscu stawiał futbol. Swój profesjonalizm, którym imponował na boisku, starał się przekładać na wszystkie dziedziny życia. Był bardzo skrupulatny i wymagający, wręcz surowy. Wiele od siebie wymagał i równie dużo od osób ze swojego otoczenia. To właśnie te cechy jego charakteru były prawdopodobnie powodem rozpadu jego małżeństwa. Żona miała już dość dyscypliny, jaką zaprowadzał w domu i w 1946 r. się rozstali. Pierwszy mecz w barwach Torino, Valentino rozegrał 4 października 1942 r., kiedy to ulegli 0:1 Interowi. W kolejnym meczu również zanotowali porażkę – z Livorno, ale od 18 października rozpoczął się ich marsz po mistrzostwo. Wtedy to pokonali w derbach Turynu Juventus 5:2, a Mazzola zaliczył pierwsze trafienie dla klubu. Przez cały sezon w walce o tytuł liczył się tylko Inter, Livorno i Torino. Ostatni mecz sezonu Torino grało 25 kwietnia na wyjeździe z Bari. Na 5 minut przed końcem Mazzola trafił wreszcie do bramki rywali i był to gol dający Bykom upragnione scudetto. W swoim pierwszym sezonie zagrał we wszystkich meczach. Torino miało wtedy kapitalny atak, w którym oprócz Valentino grał jego przyjaciel z Venezii – Loik, były snajper Juventusu – Guglielmo Gabetto, Franco Ossola i były gracz Interu – Pietro Ferraris. Il Granata sezon zakończyła 30 maja. Mazzola pogrążył swój były klub, strzelając czwartą bramkę w finale Pucharu Włoch i ustalając wynik meczu na 4:0.

W kolejnym sezonie chcieli potwierdzić swój prymat, ale plany pokrzyżowali im alianci. 10 lipca wylądowali na Sycylii i tak odległa dotąd wojna, stała się czymś namacalnym. Rozgrywki Seria A zostały zawieszone na dwa lata. Dwa tygodnie później odsunięto Mussoliniego od władzy, a 8 września ogłoszono zawieszenie broni między Królestwem Włoch a aliantami. Na terenach środkowych i północnych Włoch, które były de facto pod okupacją niemiecką, po odbiciu Mussoliniego przez hitlerowców, utworzono Włoską Republikę Socjalną. To właśnie na jej terenach zorganizowano prowizoryczne rozgrywki ligowe. Zespoły rywalizowały w regionalnych grupach, a po kilkustopniowych eliminacjach, trzy najlepsze z nich spotkały się w turnieju finałowym w lipcu 1944 r. Torino zajęło w nim drugie miejsce, pokonując Venezię, a ustępując miejsca VV.F. Spezia, która zdobyła tytuł Campionato Alta Italia. Po tym, jak działania wojenne przeniosły się na teren północnych Włoch, nie przeprowadzano żadnych oficjalnych rozgrywek. Zespoły co prawda trenowały i grały między sobą, ale wielu trenerów i zawodników bało się zwyczajnie o swoje życie. Był nim m.in. jeden z twórców Grande Torino Ergi Ebstein – Węgier żydowskiego pochodzenia, co tłumaczy jego obawy. W trakcie piłkarskiej kariery grał w swojej ojczyźnie, ale też we Włoszech i w Anglii, więc doświadczenie zebrał naprawdę spore. Jego filozofia gry opierała się na szybkich, oskrzydlających atakach i twardej, nieustępliwej obronie. Zaszczepił w piłkarzach Torino przekonanie, że jeśli ich przeciwnik jest przy piłce, to coś jest nie tak i trzeba mu ją odebrać. Kiedy już przejmowali piłkę, często otrzymywał ją Mazzola. Zawsze wiedział co z nią zrobić, czy podać, czy dośrodkować w pole karne, czy przeprowadzić indywidualną akcję. Naprawdę rzadko się mylił. Po wojnie rozgrywki ruszyły na nowo w całych Włoszech. Erbstein jako dyrektor techniczny, wraz z byłym zawodnikiem Torino na ławce trenerskiej Luigim Ferrerą, w pełni wykorzystali potencjał zawodników, jakich mieli do dyspozycji. Byki zdominowali powojenne rozgrywki. W pierwszym sezonie po wojnie rozgrywki prowadzono w dwóch grupach: północnej – Serie A Alta Italia i centralno-południowej – Serie mista A-B Centro-Sud. Tornio wygrało swoją, a później triumfowali w rundzie finałowej. Mazzola stawał się prawdziwym liderem. Choć rozstanie z żoną położyło się cieniem na jego wizerunku, to na boisku był wzorem. Jego kolega z drużyny Sauro Tomà wspominał: ,,Czuliśmy, że kapitan Mazzola czuwa nad nami. Był wspaniałym członkiem drużyny. Górował nad nami jako zawodnik i jako człowiek.” Następny sezon był najlepszym w karierze Valentino. Z 29 bramkami zdobył koronę króla strzelców i poprowadził Torino do drugiego z rzędu scudetto. Tylko on i obrońca Aldo Ballarin zagrali we wszystkich meczach. Rok później Byki strzelili w lidze 125 bramek, co do dziś jest niepobitym rekordem, ale trzeba pamiętać, że w tamtym sezonie Serie A liczyło 21 drużyn. Wygrali aż 19 z 20 meczów na własnym stadionie, a w całych rozgrywkach zdobyli aż 65 punktów w 40 meczach. Zdominowali rozgrywki tak bardzo, że mało kto potrafił stawić im czoła. W szarych i ponurych powojennych czasach Turyńczycy dawali ludziom choć trochę powodów do optymizmu. ,,W latach 40-tych była u nas wielka bieda. Nie było nic. Grande Torino dawało ludziom nadzieję, trochę radości. Nie musieli myśleć o problemach dnia codziennego. To był wielki i wspaniały zespół, któremu kibicowano w całej Italii, może tak jak teraz JuventusowiG – opowiadał Alberto Lovisolo z muzeum grande Torino. Mazzola był wspaniałym dyrygentem zespołu i bożyszczem kibiców. Cieszył się wielką popularnością. Często wspomina się, że kiedy widział, że zespołowi nie idzie, że traci koncentrację, podwijał rękawy. Miał to być dla drużyny znak, że trzeba się wziąć do roboty i zacząć odrabiać straty. To było słynne quarto d’ora granata, czyli kwadrans, w którym Torino dominowało nad przeciwnikiem. Był tak wszechstronny, że w jednym z meczów stanął awaryjnie w bramce. Do końca meczu zachował czyste konto. Jego legenda wciąż rosła. ,,Był połową drużyny. Drugą część tworzyła reszta z nas” – mówił o nim Mario Rigamonti, kolega z drużyny. On sam jednak wcale się nie wywyższał i uważał, że „futbol zawsze będzie grą dla jedenastu”. W 1949 r. pojawiły się jednak głosy, że Mazzola ma opuścić Torino. Miał zostać zawodnikiem Interu, chciał zakończyć karierę w swoich rodzinnych stronach. Klubowi koledzy jednak mieli udać się wtedy do prezesa klubu i poprosić go, żeby obniżył im ich pensje, a w zamian dał podwyżkę Valentino. Wszystko po to, żeby zatrzymać go w zespole.

8

Ten jeden raz zagrały ze sobą tak wybitne legendy:

26 stycznia 1955 r. Afredo Di Stefano po raz pierwszy i ostatni zagrał mecz w trykocie Blaugrany u boku Ladislao Kubali. Wydarzyło się to podczas meczu charytatywnego na Camp de Les Corts, zorganizowanego przez szkołę dziennikarstwa w Barcelonie, w którym udział wzięły FC Bologna i FC Barcelona. Zgromadzeni tego dnia na stadionie cules na 90 minut przenieśli się do krainy snów. Oglądali w akcji dwóch genialnych piłkarzy, których młodzieńcza szybkość i siła wciąż pozostawały nienaruszone zębem czasu, równie utalentowanych na boisku. Kubala oraz Di Stefano zaprezentowali wcześniej niespotykany poziom piłkarskich umiejętności i wyobraźni a Barça pokonała Bologne FC aż 6:1.

@Symson
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Arkon
@Adran360

9

Debiuty legend FC Barcelony:

26 stycznia 1950 r. w towarzyskim meczu Barçy z Olimpique de Xativa zadebiutował legendarny obrońca Joan Segarra Iracheta. Mecz zakończył się zwycięstwem Blaugrany 6:1. Segarra rozegrał pełne 90 minut.



@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson

3

,,Pepito"! ,,The Citizens"!! Victoria!!! Bravissimo!!!

0

@FcPortoFan1999 Nigdy nie mów nigdy...!

0

Naprzód OBYWATELE! Naprzód po mistrzostwo Anglii!

9

Zapomniane legendy polskiego futbolu:

25 stycznia 1929 r. w Warszawie urodził się Edmund Zientara, pomocnik oraz napastnik. Wśród piłkarskich znaków rozpoznawczych stolicy nie może zabraknąć sylwetki Edmunda Zientary, piłkarza, który zarówno życie, jak i karierę związał z Warszawą. Pierwsze spotkania po II wojnie światowej rozgrywane tutaj, były dla niego przeżyciem szczególnym. Jeszcze kilkanaście miesięcy temu widział swoje rodzinne miasto obrócone w gruz. Powstanie Warszawskie zabrało mu ojca, ostatnia okupacyjna zima położyła zaś schorowaną matkę do grobu. On sam ledwo wyrwał się spod ściany śmierci, tylko dlatego że znał po niemiecku akurat słowo ,,piętnaście” i uznano go za zbyt młodego do rozstrzelania. Musiał też potem w konspiracji używać dokumentów zabitego Andrzeja Szczepańskiego. Dlatego długi czas po wojnie wiele osób mówiło do niego per ,,Andrzej”. Ciężkie przeżycia jednak go nie złamały, lecz zahartowały jego ducha, czyniąc z niego twardego zawodnika z wielkimi zdolnościami przywódczymi. Był jednym z nielicznych piłkarzy, którzy w Ekstraklasie zagrali w barwach trzech różnych warszawskich klubach. Zaczynał w Polonii Warszawa, potem przeniósł się do Legii a następnie do Gwardii, by wrócić po kilku sezonach w szeregi Wojkowych i głównie z tym klubem jest do dzisiaj kojarzony Zientara. Jako kapitan Zientara sięgnął z Legia po dublet w 1956 r. Świetnie wyszkolony technicznie, wszechstronny zawodnik z bardzo dobrym przeglądem pola nadawał tempo grze Wojskowych. W ataku rządzili wtedy Kowal, Brychczy, Kempny oraz Pohl. On zaś był ostoją pomocy. Sam kiedyś zdradzał umiejętności do gry w najbardziej wysuniętej formacji. Ostatecznie jednak z powodu zbyt słabego strzału został nieco cofnięty. Poza jedynym mistrzostwem wywalczył po jednym medalu z pozostałych kruszców.

Jest do dziś jedynym w historii piłkarzem, który zagrał w reprezentacji Polski jako przedstawiciel trzech klubów ze stolicy. Jeden raz zrobił to będąc powołany z Polonii, trzy razy z Gwardii i aż 36 razy z Legii. Był dopiero drugim po Cieśliku zawodnikiem, który uzbierał 40 występów w drużynie narodowej. W białoczerwonych barwach występował aż 11 lat. Ostatni selekcjoner, pod którego wodzą grał, Ryszard Koncewicz, uważał go za jednego z najinteligentniejszych polskich piłkarzy. Brał udział w zwycięskim starciu ze Związkiem Radzieckim. Nie wspominał tego jednak najlepiej. Prasa uznawała Zientarę za jednego z najsłabszych piłkarzy po polskiej stronie. Omal też nie strzelił samobója. Na usprawiedliwienie- do rywalizacji przystąpił z kontuzją. Musiał dostać kilka zastrzyków aby stanąć na nogi. Podobnie jak w Legii, tak i w kadrze pełnił funkcje kapitana. Opaskę przejął po Cieśliku. Na ramieniu z nią wystąpił 19 razy. W tej roli prowadził również zespół narodowy podczas Igrzysk Olimpijskich w 1960 r. w Rzymie. Kariere zakończył w Australii. Nawet po zawieszeniu butów na kołku nie rozstał się całkowicie z futbolem. Przez wiele lat był jednym z najlepszych szkoleniowców w Ekstraklasie. To on poprowadził Legie do półfinału Pucharu Mistrzów a Stal Mielec do ćwierćfinału Pucharu UEFA, co czyni z niego jedynego szkoleniowca, który z dwoma polskimi klubami występował na tak zaawansowanym etapie w europejskich pucharach. Trzy razy w tej roli zdobył mistrzostwo Polski. Do czasu Jacka Magiery był jedynym w historii Legii człowiekiem, który po ten tytuł sięgał zarówno jako piłkarz, jak i szkoleniowiec Wojskowych. Prowadził także Pogoń Szczecin, Wisłe Kraków oraz kluby cypryjskie. Jego nie spełnionym marzeniem pozostawała jednak reprezentacja Polski. Ostatecznie krótko pełnił w niej role tylko asystenta. Był sekretarzem generalnym PZPN w latach 1991-95. Krajowa federacja uczciła go tytułem członka honorowego. Legia Warszawa przyjęła go natomiast do Galerii Sław.

@Symson
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Arkon
@Adran360

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?