2

@blakkudium Aha no to ciekawy może być ten piłkarz, zwłaszcza że Słowacy mają twardych i porządnych defensorów. Dzięki za informacje :)

1

@blakkudium Bardzo dobrze że tłumaczysz tą ,,chińszczyzne"! A tak na marginesie kim jest ten cały Hancko?

13

Wspominamy zasłużonych prezydentów Dumy Katalonii:

17 stycznia 1968 r. wybory na Prezydenta FC Barcelony wygrał Narcis de Carreras. Urząd piastował zaledwie 2 lata lecz zasłynął na zawsze ze słynnej frazy: ,, El Barça es mes que en club” co wszem i wobec znaczy Barça to więcej niż klub. Ta fraza miała na celu podkreślić iż Blaugrana jest od dziesięcioleci symbolem i wizytówką Katalonii, a nie tylko zwykłym klubem piłkarskim. W czasach dyktatury Franco Katalończycy byli mocno prześladowani a Camp Nou było jednym z niewielu miejsc, w których można było rozmawiać po katalońsku i demonstrować lokalny patriotyzm.

@Adran360
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Safrani
@Stinger_

1

@Adran360 Widze że nie najgorszy jesteś w te ,,klocki" :) jednak nie do końca się z tobą zgodze. Po pierwsze w czasach Deaka nie mówiło się o czymś takim jak Top5 teraz a też i nie istniała jeszcze Bundesliga. Poza tym liga węgierska była wówczas lepsza od francuskiej, więc z pewnością była w Top5 na świecie! Po drugie Dixie Dean strzelił w sezonie ile najwięcej 60? tak? To i tak jest gorszy! Wreszcie po trzecie: Owszem Archie Stark strzelił o jednego gola więcej, no ale bądźmy poważni, ta przedwojenna ASL, czy jak jej tam(?) raczej nie można brać jej całkowicie poważnie, zwłaszcza że bodaj w tamtych latach funkcjonowały jakieś inne amerykańskie ligi i nie powinno się ich porównywać poziomem do węgierskiej...

2

@FcPortoFan1999 To prawda! W Argentynie byli bliscy zwycięstwa ale Rensenbrink trafił w słupek. Jednak z drugiej strony wcale bym się nie zdziwił gdyby reżim coś wytrzasnął i niedopuścił Holandii do tego zlota. Pamietajmy też że Messi był bardzo blisko tego pecha co Suurbier. Uratował go kapitalny Emiliano Martinez...

1

@Safrani A niby skąd wiedziałeś? No chyba mi nie powiesz że znałeś Ferenca Deaka?

11

Legendy światowego futbolu:

16 stycznia 1945 r. urodził się Wim Suurbier, holenderski prawy obrońca, 2-krotny Wicemistrz Świata(1974 i 1978); 3-krotny pod rząd Zdobywca Pucharu Mistrzów(1971,1972 i 1973); 2-krotny Zdobywca Superpucharu Europy(1972 i 1973); Zdobywca Pucharu Interkontynentalnego(1972) oraz 6-krotny Mistrz Holandii. Wim Suurbier to wielka gwiazda Ajaxu lat 60-tych i 70-tych, niezbędny element tamtejszego wspaniałego zespołu. Barwy amsterdamskiego klubu reprezentował od 1964 r. aż przez 12 lat, w czasie jego największych sukcesów, w których miał swój duży udział. Wraz z Krolem stanowił dwie fantastyczne flanki defensywy Ajaxu-nowoczesnych skrajnych obrońców o wielu zadaniach ofensywnych i ,,żelaznych’’ płucach, które pozwalały im biegać od pola karnego do pola karnego. Kiedy Krol grał na lewej stronie, Suurbier pilnował prawej. Był jednak na tyle wszechstronny że spokojnie mógł grać po drugiej stronie boiska. Wim był graczem silnym, wysokim i bardzo trudnym do pokonania w pojedynku jeden na jeden, słynął też z precyzyjnych podań. Taki piłkarz na boku obrony to prawdziwy skarb. Wiedzieli o tym także trenerzy reprezentacji Holandii-Rinus Michels i Ernst Happel. Na obu wspaniałych dla Holandii mundialach lat 70-tych Suurbier był podstawowym graczem. Rozegrane przez Wima 393 mecze w barwach swego klubu to bardzo dobry wynik. Więcej w Ajaxie ma na koncie tylko Sjaak Swart. Zimą 1978 roku Suurbier opuścił Ajax i przeniósł się do Schalke i wreszcie wyjechał zarabiać pieniądze do Stanów Zjednoczonych. Grał w piłkę w Kalifornii: w Los Angeles Aztecs(razem z Cruyffem) i w San Jose Earthquakes. Trafił nawet na krótko do Hongkongu. W reprezentacji Holandii Suurbier rozegrał 60 spotkań i strzelił trzy gole. Wystąpił w finałowych meczach MŚ w 1974 roku, kiedy trzecie miejsce zajęła Polska, oraz cztery lata później. Po złoty medal sięgnęły wówczas, odpowiednio, RFN i Argentyna. Z nim w składzie ,,Pomarańczowi” zajęli także trzecie miejsce mistrzostw Europy 1976.

@Symson
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Adran360

7

@FCBparasiempre
16 stycznia 1922 r. w Budapeszcie urodził się Ferenc Deak, wybitny węgierski napastnik. Deak swoją piłkarską przygodę rozpoczął jako nastolatek. Miał 13 lat, kiedy zgłosił się do klubu, w którym rozpoczął pierwsze treningi. Był to zespół z jego najbliższej okolicy – Szentlőrinci Atlétikai Club. Pierwsze kroki w futbolowym świecie stawiał jako bramkarz i był w tym całkiem dobry. Słynął z tego, że momentami ciężko było go pokonać a bramka wydawała się zaczarowana. W jednym z meczów został jednak mocno trafiony piłką w głowę i stracił przytomność. Według jednej z wersji tego zdarzenia autorem trafienia miał być brat Józsefa Bozsika. Chłopak doszedł do siebie, ale rodzice postawili stanowcze weto dalszej pasji syna. Piłki w tamtych czasach były dużo cięższe niż dzisiaj i szybciej nasiąkały wodą. Dla młodego, rozwijającego się ciągle organizmu skutki takich uderzeń mogły być bardzo groźne. Jednak młody Ferenc nie potrafił wyrzucić futbolu z własnego życia. Kiedy tylko mógł zachodził i zaglądał na stadion. Z żalem i zazdrością patrzył na trenujących kolegów. Żeby być choć trochę bliżej piłki, stawał z boku boiska i podawał futbolówkę kolegom, opuszczała plac gry. Uderzał ją przy tym nie tylko mocno, ale też bardzo precyzyjnie. Swoją postawą zdobył sympatię jednego z trenerów. Był nim Elemér Berkessy, który jako zawodnik grał w paryskim Racingu czy FC Barcelonie. Miał też za sobą występy w reprezentacji, więc potrafił ocenić, czy ktoś ma talent czy nie. Ferenc nie miał kłopotów z opanowaniem piłki, a po sposobie, w jaki ją uderzał, widać było, że ma naturalny talent. Szkoleniowiec postanowił więc spróbować przekonać jego rodziców do zmiany zdania. Ci zgodzili się ustąpić, ale troszcząc się o zdrowie syna, postawili warunek, że Ferenc nie może już grać jako bramkarz. Chłopak został więc przesunięty do przodu. Nie był jednak przyzwyczajony do gry w polu, więc potrzebował nieco czasu, żeby odnaleźć się w nowej roli. Wtedy właśnie zyskał sobie przezwisko Bamba. Określenie to w wolnym tłumaczeniu można przetłumaczyć jako dureń. Deák sprawiał wrażenie trochę nieporadnego, ale bardzo szybko zaczął wszystkim pokazywać, na co go stać. ,,Byłem tak nazywany już w Lőrinc, ponieważ zgodnie z moimi przyzwyczajeniami stałem zwykle w kole środkowym przy linii, wyglądając przy tym, jakbym nie miał nic do roboty. Sterczałem tak jak bambus, ale kiedy nadchodziła okazja, zawsze potrafiłem ruszyć szybko i niespodziewanie”– opowiadał Deák. Ferenc konsekwentnie pracował na treningach i wkrótce zaczął zbierać efekty tej pracy. Pierwszy mecz w barwach Szentlőrinci zagrał 3 września 1939 r. Zespół przegrał 1:3, ale młokos uświetnił swój debiut golem. Klub występował wówczas na drugim poziomie rozgrywkowym w Nemzeti Bajnokság B, ale sezon później grali już w trzeciej lidze. Deak szybko budował swoją pozycję w zespole a swoimi sześcioma trafieniami na tym poziomie wysłał czytelny sygnał, że coraz lepiej radzi sobie też pod bramką rywali. Drużyna zaczęła piąć się w górę a Deak został jednym z jej liderów i zapoczątkował jeden z najlepszych okresów w dziejach klubu. Strzelał jak na zawołanie, niejednokrotnie notując po cztery czy pięć trafień w jednym meczu. W sezonie 1942/43 wystąpił w 26 meczach i tylko w trzech nie pokonał bramkarza rywali. Łącznie uzyskał aż 49 goli. Kwestią czasu było, kiedy zespół zamelduje się w najwyższej klasie rozgrywkowej. Cel ten udało się wywalczyć w sezonie 1943/44 i jesienią 1944 r. Deak miał szansę debiutu w ekstraklasie. Pierwsze trzy mecze zakończyły się dla Szentlőrinc AC kompletem zwycięstw a nasz bohater zdobył w tych pojedynkach dziewięć goli. Ligowe zmagania zostały jednak przerwane z uwagi na działania wojenne. Jesienią próbowano zorganizować mistrzostwa wojskowe, ale tych też nie udało się dokończyć. Deak również wtedy imponował skutecznością, strzelając pięć goli w dziesięciu spotkaniach.

Wiosna przyniosła kolejną radziecką ofensywę, a piłkarskie zmagania zostały ograniczone tylko do drużyn z Budapesztu. Szentlőrinci grał na drugim poziomie tych rozgrywek, ale braki w źródłach nie pozwalają na pełne odtworzenie bilansu zespołu. Dopiero kolejną ligową kampanię udało się rozegrać w pełni. Futbol był jednym z tych elementów życia, który pozwolił Węgrom szybciej stanąć na nogi po wojnie. Zasady się nie zmieniły ale zmienił się sam kraj, w którym władzę przejęli komuniści. Wkrótce nowe władze zaczną wykorzystywać sport dla własnych celów i organizować go na nowo. Nie ominie to też piłki nożnej. Na razie jednak rywalizacja toczyła się w miarę normalnie. Zespoły podzielono na dwie grupy, z których najlepszych pięć drużyn awansowało do grupy mistrzowskiej. Dalekie od normalności były jednak strzeleckie popisy Deaka. Ładował gola za golem i nic nie robił sobie z przeciwników. Nie ważne, czy naprzeciwko niego stała drużyna MTK, Ferencvárosu czy ktoś z dołu tabeli. Zawsze znajdował sposób na bramkarza rywali. W wygranym 13:0 spotkaniu z Kőbányai Barátság strzelił aż dziewięć goli!. Pięć trafień zaaplikował Ferencvárosowi, a kolejnych sześć drużynie Debreceni VSC! Poza tym wielokrotnie strzelał dwa, trzy albo cztery gole. Deak był praktycznie nie do zatrzymania i w śrubowaniu rekordu nie przeszkodziło mu nawet to, że dwukrotnie został usunięty przedwcześnie z boiska. Ostatecznie sezon 1945/46 ukończył z 66 golami na koncie! Potrzebował do tego 34 meczów, więc łatwo policzyć, że średnio uzyskiwał niemal dwa gole w każdym występie! Nawet biorąc po uwagę nieco inny niż zwykle format rozgrywek, trudne czasy powojenne i zapewne sporą różnicę w poziomach między zespołami, takie osiągnięcie musi budzić największe uznanie. Wcześniejszy rekord ustanowił w 1939 r. Gyula Zsengellér, który 56 razy znajdował wówczas drogę do bramki rywali. Strzeleckie popisy Deaka nie wystarczyły jednak, żeby ugrać coś z zespołem na arenie krajowej. Zmagania w grupie zachodniej Szentlőrinci AC zakończyło na czwartej lokacie, a w grupie mistrzowskiej zajęli dopiero ósme miejsce w stawce dziesięciu ekip. Rok później ekstraklasa składała się już tylko z 16 zespołów, które normalnie rywalizowały w jednej grupie. Deak potwierdził wówczas swoje nieprzeciętne umiejętności i drugi raz z rzędu został królem strzelców. Trafiał „tylko” w 22 z 30 meczów, ale w czterech czterokrotnie wpisywał się na listę strzelców, a w trzech starciach aż pięć razy trafiał do siatki! Zespół znowu jednak zakończył zmagania w środku tabeli, zajmując siódmą lokatę. Po bramkostrzelnego zawodnika sięgnął w końcu jeden z największych i najbardziej utytułowanych klubów w kraju, czyli stołeczny Ferencvárosi Torna Club. Jedną z kart przetargowych przy transferze był dwupiętrowy dom, który zapewniono Deakowi. Bardzo entuzjastycznie na jego przyjście zapatrywali się też kibice, którzy liczyli, że nowy nabytek przywróci ich ukochanej drużynie utracony blask. Ferenc za otrzymane zaufanie odwdzięczył się najlepiej, jak mógł, czyli kolejnymi golami. Już w 3. kolejce cztery razy pokonał bramkarza rywali i poprowadził zespół do wygranej. W całym sezonie zespół zanotował tylko cztery remisy i pięć porażek, a pozostałe 23 spotkania wygrał. Deak był jednym z motorów napędowych zespołu i często to jego trafienia decydowały o zwycięstwach. Drużyna finiszowała na najniższym stopniu podium. Ferenc mógł być zadowolony ze swoich występów, choć w rywalizacji o koronę króla strzelców musiał uznać wyższość Ferenca Puskása, który zdobył 50 goli, podczas gdy Deak „zaledwie” 41 goli. W kolejnym sezonie pokazał razem z kolegami prawdziwą klasę. Ferencváros szedł jak burza i po kolei rozjeżdżał kolejnych rywali. Deak znowu zaliczył kilka meczów z czterema trafieniami i raz pięciokrotnie wpisywał się na listę strzelców. Pierwsze potknięcie zespół zanotował dopiero 13. kolejce, remisując 1:1 z MTK. Pierwsza porażka z kolei przyszła dopiero w 24. kolejce. W całym sezonie Ferenc z kolegami uzbierali ich ledwie trzy. W znakomitym stylu sięgnęli po krajowe mistrzostwo, dystansując wszystkich konkurentów w walce o tytuł. Nad drugim w tabeli MTK mieli aż 11 punktów przewagi. Ferenc Deak ze swoimi 59 golami w 30 meczach znowu zbliżył się do magicznej granicy dwóch goli na mecz i po raz trzeci został królem strzelców. Obok siebie miał znakomitych Sándora Kocsisa i Zoltána Czibora i trudno było sobie wyobrazić lepszy sposób na uczczenie jubileuszu 50-lecia klubu.

Latem 1950 r. razem z kolegami spędzał czas w jednym z klubów nocnych w mieście Siófok nad Balatonem. Towarzystwo trochę sobie wypiło, a że Deak był muzykalny i lubił śpiewać, to zaintonował wykonanie klubowego hymnu, który jednak nie cieszył się wówczas uznaniem w oczach władz. Pech chciał, że świadkami tego występu była dwójka funkcjonariuszy z Államvédelmi Hatóság, czyli politycznej policji węgierskiej. Przez moment tolerowali oni zachowanie Deaka, ale po chwili do niego podeszli i kazali mu się zamknąć. Deak zamilkł, odwrócił się w stronę baru i zamówił dwa drinki. Kiedy barman mu je przygotował, Ferenc wylał ich zawartość wprost na twarze oficerów i całą akcję zakończył dwoma precyzyjnymi ciosami, jak na dobrego napastnika przystało. Władze nie chcąc skandalu, starały się wyciszyć sławę, ale Deak był już u nich na cenzurowanym. Jeden z wysoko postawionych w ministerstwie działaczy Sándor Csáki postawił piłkarzowi ultimatum. Urzędnik był też jednym z działaczy Dózsa Sport Egyesület, czyli dzisiejszego Újpestu i przedstawił zawodnikowi propozycję nie do odrzucenia. Możesz zdecydować – idziesz do więzienia, albo do Újpestu! – zwrócił się Csáki do Deaka. Incydent nad Balatonem położył się też cieniem na jego karierze reprezentacyjnej. Gusztáv Sebes uznał go za element niepewny politycznie i przestał go powoływać. Miejsce Deaka na środku reprezentacyjnego napadu zajął Nándor Hidegkuti. Węgrzy w tamtych czasach dysponowali wieloma klasowymi zawodnikami, a siła ognia ataku drużyny narodowej czasami wręcz porażała, więc spokojnie mogli sobie pozwolić na rezygnację z usług takiego snajpera jak Deak. W reprezentacji debiutował on jeszcze w czasie wojny w spotkaniach nieoficjalnych. Pierwszy oficjalny występ zanotował 6 października w meczu z Austrią, strzelając dwa gole. Łącznie zdążył uzbierać 20 meczów w kadrze i tylko w trzech nie strzelił gola. Tych zdołał strzelić aż 29, co też musi budzić uznanie. Dwukrotnie wystąpił w meczach z Polską. Po raz pierwszy 19 września 1948 r. w wygranym 6:2 spotkaniu w Warszawie, gdzie strzelił jedną z bramek. Drugi raz zagrał przeciwko naszym reprezentantom 10 lipca 1949 r. W Debreczynie Węgrzy wygrali wówczas 8:2, a Ferenc Deak aż cztery razy zmusił do kapitulacji Henryka Borucza. W nowym klubie musiał pogodzić się z faktem, że to nie on jest już gwiazdą numer jeden w zespole. W Újpeście pierwsze skrzypce grał Ferenc Szusza. Deak ciągle jednak imponował skutecznością, choć jego osiągnięcia nie rzucały już na kolana. W 83 spotkaniach, jakie w ciągu czterech lat rozegrał dla klubu, strzelił 53 gole. Po przygodzie z Újpestem występował jeszcze przez parę lat w mniejszych klubach, aż w końcu w 1960 r. zakończył karierę w grającym wówczas w piątej lidze Siófoki Bányász SE. Pod koniec swojej przygody z piłką grywał już dalej od bramki przeciwnika i nie strzelał już tylu goli. Kiedy jednak już to robił, to zapadał kibicom w pamięć, jak wtedy, gdy trafił do bramki z połowy boiska. Nigdy nie pogodził się z decyzją o odsunięciu go od reprezentacji. Ominęły go wszystkie największe sukcesy węgierskiej ekipy – igrzyska olimpijskie w Helsinkach, mecz z Anglią na Wembley, czy mistrzostwa świata w Szwajcarii. Jedne trofeum, jakie zdobył z kadrą, to Puchar Bałkanów w 1947 r., gdzie oczywiście został królem strzelców. Po zakończeniu kariery podjął współpracę z rządem i pracował dla armii. Ukończył też szkołę oficerską policji i w oczach kibiców został towarzyszem Deakiem. Wszystkie te działania podejmował, żeby zapewnić utrzymanie rodzinie. Dodatkowo przed opuszczeniem Ferencvárosu zobowiązał się, że wszystkie okoliczności zmiany klubu zachowa w tajemnicy, przez co kibice długo nie mogli mu wybaczyć, że odszedł do największego rywala. Dobre imię zostało mu przywrócone dopiero po zmianie ustroju. W 1994 r. został uhonorowany Krzyżem Oficerskim Order Zasługi, a w 1999 r. pośmiertnie przyznano mu Nagrodę Dziedzictwa Węgierskiego. Na rok przed śmiercią, w 1997 r. w Monachium na gali IFFHS otrzymał tytuł króla strzelców stulecia. Zmarł 18 kwietnia 1998 r. w Budapeszcie. Swoimi rekordami na stałe zapisał się w historii futbolu a uzyskane przez niego 66(!) goli w jednym ligowym sezonie wydaje się być wynikiem nie do pobicia!

8

Zdajecie sobie sprawę że był piłkarz, który strzelił więcej goli w sezonie ligowym od Lewandowskiego, Cristiano Ronaldo czy nawet Messiego? Otóż był! Dzisiaj przypada 103 rocznica jego urodzin. Kim jest ten genialny snajper? Tego dowiecie się w odpowiedzi na mój komentarz.
@Adran360
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
@Symson

12

Madrycki prowokator:

16 stycznia 1921 r. FC Barcelona pokonała CE Europa 2:1 w mistrzostwach Katalonii. Nie było by w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt wywołania przez kibiców zamieszek na stadionie ,,Camp del Carrer Indústria”, gdzie rozgrywano ten mecz. Industria, popularnie nazywana ,,Escopidora” była pierwszym stadionem Blaugrany, który został zamknięty z nakazu federacji hiszpańskiej. Była to kara nałożona w następstwie zajść wywołanych przez kibiców Barçy zaraz po meczu właśnie z CE Europa. Mimo zwycięstwa, naciski i ataki na sędziego przyczyniły się do interwencji obecnej na stadionie policji z Gwardii Cywilnej. Wydarzenia te ówczesna prasa określiła mianem ,,nieprzyjemnych zajść". Doszło do nich pod koniec meczu, kiedy to madrycki sędzia Pablo Lemmel, były bramkarz klubów Gimnasia i FC Madrid, oraz według niektórych źródeł ,,cieszący się zasłużoną sławą antybarcelonisty oraz socio Espanyolu", został zaatakowany przez niektórych sympatyków Barçy. Agresja nieroztropnych kibiców kosztowała klub karę nałożoną przez Hiszpańską Federacje Piłkarską, która nakazała zamknąć ,,Escopidore” na 3 miesiące. W następną niedziele po zajściach Duma Katalonii rozgrywała kolejny mecz o mistrzostwo Katalonii na ,,Camp del Carrer Galileu” przeciwko FC Internacional. Kilka minut przed końcem legendarny napastnik Paulino Alcantara zdobył zwycięskiego gola dla Barçy. Było to nie lada osiągnięcie w starciu z walecznym rywalem, którego bramkarz Bru był najlepszym zawodnikiem. Paradoksalnie arbitrem tego spotkania był niezawodowy sędzia Massana, będący piłkarzem...Espanyolu. Kolegium Sędziów nie desygnowało na to spotkanie żadnego arbitra, ponieważ FC Barcelona nie wytłumaczyła się jeszcze z poprzednich zajść. Tak oto funkcjonował futbol w tamtej epoce.

@Symson
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@Adran360

2

@Safrani Już pisałem żeby ci zadać pytanie: z jakiego powodu łady ten rok? Ależ oczywiście! Nasz kochany Widzew został założony, jakże by inaczej!

9

Zapomniana golleada Blaugrany:

16 stycznia 1910 r. FC Barcelona rozgromiła FC Central 12:0(!) w ramach 7 kolejki mistrzostw Katalonii. Trzeba wiedzieć że aż 5(!) goli w tym meczu zanotował legendarny napastnik Carles Comamala, który został królem strzelców w tamtej edycji(1909/10) mistrzostw Katalonii. Mistrzostwo zdobyła FC Barcelona, wyprzedzając Espanyol o 4 punkty.

@Adran360
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
@Symson

8

Peru po raz pierwszy!

15 stycznia 1939 r. na Estadio Nacional w Limie, Paragwaj pokonał Chile 5:1. Ten mecz zapoczątkował 15-tą w historii edycje Copa America. Podczas gdy w 1939 r. Europa sposobiła się do wojny, Południowa Ameryka szykowała się do zupełnie bezkrwawej rywalizacji. Po raz kolejny Lima podejmowała uczestników nowej edycji Copa America. Zaszczyt ten przypadł Peruwiańczykom nie bez przyczyny. Po berlińskiej Olimpiadzie z 1936 r. chodzili oni w glorii pokrzywdzonych bohaterów, którym należy się nie tylko moralna satysfakcja. Istotnie coś było na rzeczy. W Berlinie ,,Inkowie” wprost olśnili wybredną, międzynarodową publiczność. Doskonale przygotowany zespół, tak dobrze prezentujący się już w 1935 r. rozgromił Finlandie 7:3 a z bardzo silną wówczas Austrią bawił się w kotka i myszkę wygrywając 4:2! Droga do finału i powtórzenia urugwajskich osiągnięć z lat 20-tych zdawała się być w zasięgu ręki. I oto kombinacje komisji regulaminowej sprawiły że wynik meczu z Austrią został anulowany. Prostoduszni Peruwiańczycy, zdruzgotani takim obrotem sprawy, w poczuciu ciężkiej i niezasłużonej krzywdy, na znak protestu natychmiast wrócili do domu. Witano ich niczym inkaskich herosów. W dowód kontynentalnej solidarności powierzono Bogocie organizacje pierwszych Igrzysk Boliwarskich w 1938, traktowanych jako moralne zadośćuczynienie za berliński afront. Zaś na tej samej fali emocjonalnej rok później Lima podejmowała uczestników Copa America.

Po nieszczęsnym epizodzie berlińskim w szeregach Peru doszły nowe indywidualności. Osią i filarem drużyny został kapitalny środkowy pomocnik Segindo Castillo. Znakomicie uzupełniali go w defensywie pracowici Carlos Tovar, Orestes Jordan i Pablo Pasache. Cennym nabytkiem okazal się przedstawiciel niezwykle usportowionej rodziny, Enrique Perales. Natomiast asami atutowymi ekipy ,,Inków” byli bracia Fernandez(Teodoro i Arturo) oraz bracia Alcalde(Jorge i Teodoro). Kolejnym debiutantem w imprezie był Ekwador, który wszelako oprócz ambicji nie wiele miał do powiedzenia. Z kolei zawiodło z kretesem Chile, chociaż filar jego defensywy, Ascanio Cortez, zaraz po ostatnim meczu podpisał kontrakt z samym River Plate. Paragwaj, jak zwykle bitny i ofiarny, tym razem wypadł słabiej. Z Peru i Urugwajem nie miał nic do powiedzenia. Pod nieobecność Argentyny i Brazylii tylko Urugwaj mógł sprostać idącym od zwycięstwa do zwycięstwa gospodarzom. ,,Celestes” dobrze przygotowali się do gry w wysokogórskim klimacie Limy. Imponowali sprawnością i wybieganiem. Zespół opierał się na graczach Nacionalu, który właśnie startował do największych w historii sukcesów. Wszystko rozstrzygnęło się w ostatnim, decydującym o tryumfie meczu Peru-Urugwaj. Zagrzewani szaleńczym dopingiem gospodarze, przejeli inicjatywę od pierwszych minut, spychając ,,urusów” do obrony. Gole Jorge Alcalde i Bielicha oraz honorowy Porty ustaliły wynik 2:1 dla gospodarzy. Limę ogarnęła euforia. Berlińska zniewaga została pomszczona, choćby i pośrednio. Bohaterowie Peru, bracia Alcalde oraz bracia Fernandez, wysoko w górze dzierżąc Puchar Ameryki, czuli się tak, jakby odnaleźli legendarny złoty skarb Inków!

@Adran360
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

1

@Stinger_ Rayane Messi? To jakiś kuzyn Lionela?

11

Wybitne legendy argentyńskiego futbolu:

15 stycznia 1918 r. urodził się Vicente de la Mata, legendarny napastnik; 3-krotny zdobywca Copa America(1937, 1945 i 1946) oraz 3-krotny mistrz Argentyny z CA Independiente. W 1937 roku przeszedł z prowincjonalnej Cordoby do wielkiego Independiente, Gdzie stworzył (wraz z Antonio Sastre i paragwajskim fenomenem Arsenio Erico) wymarzony tercet. Nazywano go ,, Capote" (płaszcz), Gdyż po mistrzowsku prowadzoną piłkę jak gdyby rzeczywiście okrywał niewidzialnym płaszczem. Kapryśny i chimeryczny, nierzadko boiskowy pieniacz i awanturnik, w galerii najwspanialszych dryblerów Argentyny zajmuje miejsce poczesne. Do historii jako piłkarskie ,, dzieło sztuki" (Obra de arte) przeszła jego akcja podczas meczu z River Plate 12 października 1939, kiedy otrzymawszy podanie na pozycji lewego obrońcy z gracją baletmistrza objechał kolejno ośmiu przeciwników i zwolniwszy bieg, niczym na spacerku z niezmąconym spokojem wolniutko wszedł do bramki z piłką przy nodze. ,, Capote" strzelał równie dobrze jak kiwał. W latach 1937- -52 zdobył w argentyńskiej lidze 152 gole. Natomiast w latach 1937- 46 rozegrał w barwach ,,Albicelestes” 13 meczów strzelając 6 goli.

@Sysia11
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@Adran360

10

Byli sobie bracia:

15 stycznia 1999 r. bracia de Boer podpisali kontrakt z FC Barceloną. Od czasu przybycia van Gaala do Barcelony rozpoczął się zaciąg holenderski do klubu. W styczniu 1999 r. Blaugrana zaczęła negocjacje w sprawie kolejnych dwóch nabytków z kraju tulipanów. Jeszcze 13 stycznia o godzinie 13-tej wiceprezydent Gaspart oznajmiał iż bracia de Boer trafią do Barçy dopiero latem. Sześć godzin później transfer został jednak nieoficjalnie potwierdzony, brakowało jedynie testów medycznych obu zawodników. Kontrakt został w końcu podpisany 2 dni później. Frank i Ronald de Boer kosztowali Dumę Katalonii odpowiednio 11 i 10 mln euro, stając się po Kluivercie i Rivaldo najdroższymi nabytkami van Gaala. O kolonii ośmiu holendrów w Barcelonie(nie licząc wszystkich trenerów) wypowiedział się Pep Guardiola: ,, Gdybym ja był Holendrem, z trudem zaakceptowałbym ośmiu Katalończyków w Ajaksie ale jeżeli gra się dobrze i wygrywa, można zaakceptować wszystko”. Mówiło się nieoficjalnie że Blaugranie zależało głównie na Franku de Boerze a Ronald przyszedł niejako w pakiecie z bratem. Pierwszy z nich rzeczywiście został w Blaugranie na 5 sezonów i był podstawowym graczem a Ronald po dwóch nieudanych latach odszedł do Glasgow Rangers.

@Adran360
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

10

Wybitne legendy bułgarskiego futbolu:

14 stycznia 1959 r. urodził się Georgi Dimitrow, czołowy bułgarski obrońca lat 80-tych, wieloletni zawodnik CSKA Sofia i jeden z pierwszych Bułgarów, którzy zagrali w zachodniej Europie. Urodził się w nieistniejącej już dzisiaj wsi Gledaczewo i to klubie z rodzinnej miejscowości stawiał pierwsze piłkarskie kroki. W drużynie grywał już jako 14-latek i początkowo występował na pozycji napastnika. Na jednym z młodzieżowych turniejów został nawet królem strzelców. Jego talent został zauważony przez jednego ze znajomych matki, którym był Georgi Laskow. Postanowił on zabrać chłopaka na trening do lokalnego potentata, jakim był klub Beroe Stara Zagora, żeby tamtejsi trenerzy mogli mu się bliżej przyjrzeć. Młokos musiał pokazać się z dobrej strony, bo już niedługo później dołączył do młodzieżowej drużyny Beroe. Jako dziecko często bywał na meczach pierwszego zespołu, na które zabierał go tata, więc gra dla klubu stanowiła dla niego spore wyróżnienie. Do zespołu ze Starej Zagory dołączył w 1975 r., a już wiosną 1976 r. dostał szansę pokazania się na boiskach bułgarskiej ekstraklasy. Beroe było wtedy beniaminkiem Grupy „A”, a sezon zakończyło w dolnej połowie tabeli. Podobnie było w kolejnym roku, w którym Dimitrow cierpliwie budował swoją pozycję w zespole. Zaliczył wówczas już kilkanaście występów w pierwszej jedenastce i strzelił swojego pierwszego gola w lidze. Młody zawodnik wyróżniał się już wówczas na tyle, że parol na niego zagiął jeden z największych bułgarskich klubów – CSKA Sofia. Dimitrow wprawdzie chciał odejść do stolicy, ale w Starej Zagorze starano się go zatrzymać za wszelką cenę. Rozpoczęły się przepychanki między klubowymi działaczami, a o zamieszaniu z transferem listowenie powiadomiono nawet Todora Żiwkowa. CSKA miało jednak dużo mocniejszą pozycję w bułgarskim futbolu niż prowincjonalne Beroe. Dimitrow ostatecznie trafił właśnie do wojskowego klubu, ale zmiana barw kosztowała go dwutygodniowy pobyt w areszcie. Po latach wspominał, że wejście do szatni pełnej reprezentantów kraju było dla niego niemałym przeżyciem, ale dość szybko zaaklimatyzował się w nowym miejscu. Debiut w nowych barwach zaliczył 24 września 1977 r. Wszedł wtedy z ławki w spotkaniu z Lokomotiwem. Od tego momentu do końca sezonu zagrał we wszystkich meczach przez pełne 90 minut. W kolejnych latach ugruntował swoją pozycję w zespole, stając się jednym z jego liderów. Jako opoka defensywy miał swój wydatny udział w zdobyciu przez klub czterech tytułów mistrza kraju z rzędu (1979/80-1982/83) i dwóch Pucharów Bułgarii (1982/83 i 1984/85). W 1985 r. wybrany został piłkarzem roku w Bułgarii. Razem z CSKA zapisał też piękną kartę swoimi występami na arenie europejskiej. W sezonie 1981/82 bułgarska drużyna dotarła do fazy półfinałowej Pucharu Europy, czym wyrównała swój najlepszy wynik w tych rozgrywkach z sezonu 1966/67. Rok wcześniej mistrzowie Bułgarii już w pierwszej rundzie pokazali się z dobrej strony i pokonali angielskie Nottingham Forrest. Tamte rozgrywki zakończyli na ćwierćfinale, gdzie musieli uznać wyższość Liverpoolu. Obie ekipy los skojarzył ze sobą również wiosną 1982 r. Tym razem to Bułgarzy okazali się lepsi. W półfinale z kolei ich rywalem był Bayern Monachium. U siebie CSKA prowadziła już 4:1, ale dała sobie strzelić dwa gole w końcówce. Rewanż od początku przebiegał już po myśli Niemców, którzy pewnie wygrali 4:0. Według Dimitrowa zespołowi zabrakło wówczas wiary w to, że wcale nie są gorsi i są w stanie awansować do finału.

Przez lata kierował defensywą stołecznego klubu, skąd szybko trafił do reprezentacji. Debiutował 29 listopada 1978 r. w Sofii w starciu z Irlandią Północną. W drużynie narodowej zadomowił się na kolejnych parę lat i podobnie jak w CSKA, również tutaj stał się liderem formacji obronnej. Przez 10 lat gry dla kraju zgromadził 77 występów i strzelił siedem goli. 56 razy wyprowadzał reprezentację na boisko jako kapitan. Funkcję tę pełnił również podczas mundialu w Meksyku w 1986 r. Mimo błędów popełnionych podczas przygotowań, Bułgarzy, których prowadził Iwan Wucow, po raz pierwszy przeszli do drugiej rundy. W grupie zanotowali dwa remisy i porażkę, więc, mimo awansu, na pierwsze mundialowe zwycięstwo swoich ulubieńców kibice ciągle musieli czekać. To nie nadeszło niestety w 1/8 finału, gdzie 0:2 przegrali z Meksykiem. Dimitrow zagrał w pełnym wymiarze w każdym z czterech meczów. Po turnieju wyjechał do Francji, gdzie trafił do AS Saint-Étienne, w którym trenował go Henryk Kasperczak. Zespół był wówczas beniaminkiem francuskiej ekstraklasy, ale płacono w nim na tyle dużo, że Dimitrow zdołał nieco odłożyć. Dzięki temu poznał też wówczas smak jazdy Mercedesem i Alfą Romeo. W pierwszym sezonie po jego przyjściu zespół zajął miejsce w środku tabeli, ale już w kolejnym byli o krok od podium, plasując się na czwartej pozycji. Bułgar był wyróżniającym się zawodnikiem w lidze i został nawet uznany najlepszym obcokrajowcem, a konkurencję miał niemałą. W 1988 r. wrócił do kraju i w barwach CSKA wywalczył swoje ostatnie mistrzostwo i puchar kraju. Potem za namową trenera Iwana Wucowa związał się jeszcze na jeden sezon z drużyną Sławii Sofia, z którą zdobył wicemistrzostwo Bułgarii. Zaliczył też krótkie epizody w Izraelu, gdzie zamiast grać w barwach Maccabi zachorował na zapalnie wątroby, a także w Szwecji, gdzie związał się z drugoligowym Linköpings FF. Podjętą na początku lat 90. decyzję o zakończeniu kariery przyspieszyły kłopoty ze zdrowiem, z którymi mierzył się po zerwaniu więzadeł w kolanie. Od 1982 r. był członkiem Bułgarskiej Partii Komunistycznej, z której został usunięty w 1988 r. za opóźnienia w płaceniu składek członkowskich. Próbował swoich sił w pracy szkoleniowej, ale bez szczególnych osiągnięć. Prowadził mniejsze kluby, takie jak Wełbyżd Kiustendił, Minior Pernik, Wełbyżd Słokoszica i Marek Dupnica, ale w żadnym z nich nie zadomowił się na dłużej. Kilkanaście miesięcy przed śmiercią zdiagnozowano u niego raka jelita grubego. Mimo szybko podjętego leczenia, które wsparła bułgarska federacja i kilku zagranicznych operacji, choroba była już zbyt zaawansowana i na ratunek było za późno. Walkę z rakiem Dimitrow przegrał w wieku 62 lat.

@Adran360
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
@Symson

1

@Safrani Zgadza się! A tą historie opisał Śp. Tomasz Wołek, wielki pasjonata latynoamerykańskiej piłki. Zresztą ja też jestem pasjonatą tamtejszego futbolu, co chyba już zdążyłeś zauważyć....

11

W Europie trwała jeszcze wojna a w Ameryce Południowej…

14 stycznia 1945 r. Chile pokonało Ekwador 6:3(3:2) w meczu otwierającym 18-tą edycje Copa America. Areną zmagań ponownie był Estadio Nacional w Santiago de Chile, jeszcze bardziej okazały niż 4 lata wcześniej. Mecz gospodarzy z Brazylią ściągnął na trybuny bagatela, 80 tys. ludzi. W turnieju zadebiutował zespół Kolumbii, kontynentalny outsider, który wszelako tanio skóry nie sprzedał, urywając aż 3 punkty innym słabeuszom jak Ekwador i Boliwia. Obrońca tytułu(Urugwaj) przywiózł kilku nowych interesujących zawodników, spośród których dwaj 5 lat później zdobyć miało mistrzostwo świata, a mianowicie Maspoli i lewy obrońca Tejera. Doszedł również czarnoskóry pomocnik Viana. Jednak największym wydarzeniem stał się występ w ekipie ,,Celestes” środkowego napastnika, na którym nie poznała się Argentyna i który swoje przeznaczenie odnalazł w sąsiednim Urugwaju- Atilio Garcia. Gospodarze natomiast byli znów świetnie przygotowani do imprezy. Trenerem ich już wcześniej został legendarny Ferenc Platko, m.in. wybitny bramkarz FC Barcelony. Kwalifikacje trenerskie uzyskał w Paryżu i potwierdził je w Londynie. Prowadził FC Porto, rumuński Venus czy angielski Arsenal. Jeszcze później, w latach 1955-57 był szkoleniowcem budującej swą potęge FC Barcelony. Ten jeden z najwybitniejszych trenerów swojej epoki po raz pierwszy narzucił Chilijczykom naprawdę nowoczesne metody. Słynne stały się jego przedmeczowe odprawy, gdzie na tablicy kreślił taktyczne schematy. Drużyne trzymał żelazną ręką ale też posłuch miał absolutny.



Podstawą gry uczynił czynną defensywę. Sergio Livingstone nieprawdopodobnymi robinsonadami doprowadzał napastników Urugwaju i Argentyny do rozpaczy. Obrona chilijska z Busquetsem na czele trwała niczym husycki tabor. Środkowy pomocnik przez prase nazwany ,,half policia”, jak srogi policjant nie odstępował na krok środkowego napastnika rywali. Była to nowinka taktyczna, bowiem w innych ekipach zadanie to zwyczajowo powierzano stoperowi. Z głębi pola organizowano groźne kontry, zaś w ataku Platko miał ruchliwego jak żywe srebro Cremaschiego i ostro strzelającego Medine. Zdyscyplinowani Chilijczycy, preferujący gre twardą i zespołową byli nawet bliscy ostatecznego tryumfu. Przed ostatnim meczem turnieju z Brazylią mieli już 9 punktów i w razie zwycięstwa zrównaliby się z przewodzącą w tabeli Argentyną. Niestety jedyny gol Brazylijczyka Heleno rozstrzygnął losy meczu. Argentyna mogła odetchnąć. Brazylii przypadło trofeum pocieszenia- Copa Bolivia. Chile ostatecznie zajęło 3 pozycje. Wcześniejsza batalia mistrza z wicemistrzem dostarczyła niezapomnianych wrażeń. Starły się dwie niewątpliwie najlepsze drużyny świata i dwie piątki napadów, o jakich tylko można marzyć. Tak jakby na jednej szyi zapleść dwie diamentowe kolie. Brazylijski naszyjnik błyszczał olśniewająco: Tesourinho, Zizinho, Heleno, Jair, Ademir. Argentyński przyprawiał o zawrót głowy: Boye, Mendez, Pontoni, Martino, Loustau. Każdemu z nich wypadałoby poświęcić już nie rozdział a wręcz osobny tom. Wystarczy powiedzieć tylko że Zizinho, Jair i Ademir byli w 1950 roku o włos od tytułu mistrzów świata a ostatniemu z tej trójki przypadło trofeum najlepszego snajpera. Ostatecznie Argentyna pokonała Brazylie 3:1 po hattricku genialnego napastnika Mendeza i honorowym trafieniu Ademira. Z kolei Tesourinha kunszt dryblingu wyniósł na takie wyżyny iż powszechnie uchodzi za najlepszego prawoskrzydłowego Brazylii przed pojawieniem się genialnego Garrinchy. Jeszcze postać chyba najbarwniejsza, strzelec złotego gola z Chile- Helenio de Freitas. Wytrawni eksperci po dziś dzień nie mają wątpliwości że w bogatych dziejach brazylijskiego futbolu nikt nie grał lepiej głową i nikt nie potrafił z taką maestrią strzelać ,,nożycami”. Podczas tego turnieju wyczyniał z piłką istne cuda. Z 6 golami został królem strzelców turnieju, dzieląc ten zaszczyt z argentyńskim bombardierem Norberto Mendezem.

@Sysia11
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Adran360
@AssisMoreira

0

@FcPortoFan1999 No nie wiem, nie śledze ich ale zadałeś dobre, ciekawe pytanie...

1

Śp. Brian Clough objoł Nottingham Forrest w 1975 roku, kiedy klub grał w drugiej lidze i po części bronił sie przed spadkiem. W 1978 roku Clough doprowadził Nottingham do mistrzostwa Anglii a jeszcze w tym samym roku, we wrześniu ,,Tricky Trees" odprawili z kwitkiem wielki Liverpool(w dwumeczu 2:0) w pierwszej rundzie Pucharu Europy i w efekcie pod koniec maja przyszłego roku siegneli po raz pierwszy w historii po ten prestiżowy puchar. Dzisiaj znów sie spotykają na ,,City Ground", wprawdzie tylko w Peremier Lig ale bedzie to starcie na szczycie, bodaj dwóch najlepszych obecnie ekip w Anglii. Zapowiada się atrakcyjnie...

20

Rekordy ,,La Pulgi”:

14 stycznia 2018 r. Lionel Messi strzelił kapitalnego gola z rzutu wolnego a jego FC Barcelona wygrała z Realem Sociedad 4:2. Dla Argentyńczyka była to 366. bramka w La Liga. To absolutny rekord biorąc pod uwagę pięć najlepszych lig w Europie.



@Adran360
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

11

Golleada Blaugrany:

14 stycznia 1979 r. FC Barcelona rozgromiła na Camp Nou Rayo Vallecano aż 9:0(!) w 16 kolejce Primera Division. Było to jedno z najwyższych zwycięstw Blaugrany w historii występów w La Liga. W meczu tym spektakularnym wyczynem popisał się wyborny wówczas snajper Hans Krankl, strzelając aż 5 goli! Trzeba pamiętać iż niewielu jest piłkarzy, którzy strzelali 5 goli w jednym meczu La Liga. Takiej sztuki nie udało się dokonać nawet Messiemu.

@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Adran360

13

Feliz cumpleaños panie Victorze z okazji urodzin! 43 lat kończy dzisiaj Victor Valdes. Najbardziej utytułowany spośród wszystkich bramkarzy FC Barcelony przyszedł na świat w pod barcelońskim L’Hospitalet de Llobregat. Kariere w juniorskich drużynach Blaugrany rozpoczął w wieku 10 lat. Po kilku miesiącach musiał się jednak przenieść na Teneryfe, gdzie przeprowadziła się jego rodzina. W 1995 r. wrócił do Barcelony i stopniowo piął się po szczeblach kariery. W pierwszym składzie spędził 12 sezonów. Początkowo regularnie przytrafiały mu się mniejsze oraz większe wpadki, przez co nie omijała go krytyka ze strony kibiców i dziennikarzy. Z czasem jednak jego umiejętności rosły i w sezonie 2005/06 był już pewnym punktem w bramce i wielkim bohaterem finału Ligi Mistrzów z Arsenalem. Po latach przyznał iż był to punkt zwrotny jego kariery. Valdes wyróżniał się dobrą grą nogami, świetną skocznością i grą na przedpolu oraz częstym wygrywaniem pojedynków jeden na jednego. Przed rozpoczęciem sezonu 2013/14 ogłosił że nie przedłuży kończącego się kontraktu i opuści Dume Katalonii. Do tego czasu 5-krotnie wygrywał Trofeo Zamory dla najlepszego bramkarza Primera Division, czym wyrównał rekord Antoniego Ramalletsa. No cóż, gdyby został to mógłby nawet pobić ten rekord, tak się jednak nie stało, co nie kwestionuje jego wybitnego kunsztu bramkarskiego oraz tego że przechodzi do historii jako jeden z najlepszych bramkarzy Blaugrany.
@Adran360
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

8

@FCBparasiempre
Wielu obcokrajowców przewija się przez polską ekstraklasę, lecz tylko nieliczni potrafią podnieść poziom sportowy rozgrywek. Chlubnym wyjątkiem na tle kolejnego zaciągu z Bałkanów czy ze Słowacji był Artjoms Rudnevs. Przez dwa sezony Łotysz był najlepszym strzelcem poznańskiego Lecha. Jego karierę przerwała choroba żony. 16 września 2010 roku, Stadio Olimpico w Turynie. W pierwszej kolejce fazy grupowej Ligi Europy Juventus prowadzi 3:2 z Lechem Poznań. Rozpoczyna się 90. minuta, fani z Turynu już czekają na końcowy gwizdek, by móc świętować zwycięstwo ,,Bianconerich”. Wtedy piłkę dostaje zawodnik Kolejorza, grający z numerem 16. Gracz w niebieskiej koszulce przeprowadza indywidualną akcję, aż w końcu decyduje się na oddanie strzału z 30 metrów. Futbolówka musnęła poprzeczkę i wpadła do bramki. Artjoms Rudnevs właśnie skompletował hat-tricka. Łotysz znalazł się na ustach całej piłkarskiej Europy. Wówczas nikt nie mógł przypuszczać, że takiego występu już nigdy nie powtórzy, a w wieku 29 lat przejdzie na sportową emeryturę. Artjoms Rudnevs urodził się 13 stycznia 1988 roku w położonym nad Dźwiną mieście Daugavpils. To drugie co do wielkości mieście Łotwy, będące wówczas częścią Łotewskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. Jego rodzice są Rosjanami. Piłkarskie treningi rozpoczął w klubie FC Daugava, skąd w 2006 roku, jako 18-latek, trafił do zespołu Daugava Daugavpils. W seniorskim futbolu zadebiutował 8 kwietnia 2006 roku, w spotkaniu przeciwko FK Jurmala. Zespół Rudnevsa zwyciężył 1:0, a on pojawił się na boisku dopiero na minutę przed końcowym gwizdkiem arbitra. Na swoje pierwsze trafienie musiał poczekać dwa miesiące. 12 czerwca w derbach Daugavpils jego Daugava pokonała Dinaburg 3:1, a Rudnevs, dla którego był to pierwszy mecz rozegrany w pełnym wymiarze czasowym, ustalił wynik meczu w doliczonym czasie gry. Do końca sezonu 2006 (liga łotewska gra systemem wiosna-jesień), Artjoms Rudnevs wystąpił w 20 spotkaniach ,,Virsiligi”, w których czterokrotnie pokonał bramkarzy rywali. Jego drużyna zajęła 4. miejsce w tabeli i wywalczyła awans do Pucharu Intertoto. W sezonie 2007 łotewski napastnik czekał na swoje pierwsze ligowe trafienie aż do 16. kolejki. Cierpliwość popłaciła, bo wraz z przełamaniem strzeleckiej niemocy Rudnevs mógł świętować pierwszy w karierze bramkowy dwupak. Jego gole pozwoliły Daugavie Daugavpils wywalczyć remis 2:2 z wiceliderem tabeli, FK Riga. Do końca ligowych zmagań Rudnevs strzelił sześć goli w lidze oraz dwa w młodzieżowych reprezentacjach Łotwy: w czerwcu 2007 roku wystąpił w meczu kadry U-19 przeciwko rówieśnikom z Estonii, a we wrześniu reprezentował swój kraj w kategorii wiekowej do lat 21, w starciu przeciwko Szwecji. Rok 2008 ponownie rozpoczął w barwach Daugavy Daugavpils. W czerwcu sięgnął po pierwsze w karierze trofeum: zdobył Puchar Łotwy, pokonując w finale FK Ventspils w konkursie rzutów karnych. W lidze podobnie jak przed rokiem, Daugava finiszowała na piątym miejscu. 12 listopada zadebiutował w seniorskiej reprezentacji Łotwy. Rudnevs wyszedł w pierwszym składzie w meczu towarzyskim przeciwko Estonii i rozegrał 62 minuty. W lutym 2009 roku Artjoms Rudnevs podpisał kontrakt z węgierskim klubem Zalaegerszegi TE FC. W chwili parafowania umowy wciąż obowiązywał go kontrakt z Daugavą Daugavpils. Sprawę zbadała FIFA, która ostatecznie rozstrzygnęła spór na korzyść piłkarza i zespołu z zachodnich Węgier. Przez tę sprawę napastnik nie wystąpił w aż 11 meczach swojej drużyny w rundzie wiosennej ligi węgierskiej. Zadebiutował dopiero na cztery kolejki przed końcem sezonu, kończąc rozgrywki z dorobkiem dwóch goli.

W sezonie 2009/10 Rudnevs był już podstawowym piłkarzem swojego zespołu. Wystąpił w 25 z 30 ligowych meczów i z dorobkiem 16 trafień został wicekrólem strzelców madziarskiej ekstraklasy. Wyprzedził go tylko dobrze znany polskim kibicom Nemanja Nikolić, który zdobył o dwie bramki więcej. Wysoka skuteczność Łotysza nie pozwoliła jednak Zalaegerszegi na włączenie się do walki o tytuł. Klub ukończył zmagania ligowe na piątej pozycji, tracąc cztery punkty do podium i aż dziewięć oczek do mistrza Węgier, Debreceni VSC. W tym samym sezonie Rudnevs miał szansę na zdobycie drugiego trofeum w swojej karierze. Zalaegerszegi zameldował się w finale Pucharu Węgier, jednak w decydującym spotkaniu przegrał 2:3 z Debreceni VSC, który tym samym sięgnął po podwójną koronę w kraju. Rudnevs zdobył jedną z bramek dla swojej drużyny. Dobre występy napastnika na madziarskich boiskach nie umknęły uwadze skautów. Węgierskie media informowały, że pozyskaniem reprezentanta Łotwy są zainteresowane takie kluby, jak Borussia Dortmund, FC Köln czy Blackpool. Rudnevs obrał jednak kurs na nieco inny kierunek. 11 czerwca 2010 roku Lech Poznań oficjalnie ogłosił, że do Dortmundu przejdzie Robert Lewandowski. Napastnik, który trafił do stolicy Wielkopolski w 2008 roku ze Znicza Pruszków, szybko stał się gwiazdą ligi i mocnym punktem reprezentacji Polski. Zadebiutował w niej zaledwie miesiąc po swoim pierwszym spotkaniu w Ekstraklasie. W ciągu dwóch sezonów zdobył wraz z Kolejorzem mistrzostwo, Puchar i Superpuchar Polski. Przed dyrektorem sportowym Lecha, Markiem Pogorzelczykiem stanęło więc niełatwe zadanie znalezienia piłkarza, który potrafiłby godnie zastąpić Lewandowskiego. Latem 2010 roku do Poznania trafiło trzech napastników. Pierwszym z nich został Joel Tshibamba, mający za sobą udaną rundę wiosenną w Arce Gdynia. Drugim – Artur Wichniarek, były reprezentant Polski, powracający do Poznania po trzynastu latach. Szczegóły trzeciego transferu zdradził klub, który sprzedawał. Zaledwie kilka dni po ogłoszeniu odejścia „Lewego”, Zalaegerszegi poinformował za pośrednictwem swojej strony internetowej, że Lech Poznań jest jedynym klubem, który złożył oficjalną ofertę za Artjomsa Rudnevsa. Pogorzelczyk nie zdementował tych informacji, powiedział jedynie – cytowany przez portal interia.pl – że nie ma w zwyczaju informować o transferach piłkarzy, którzy nie są jeszcze graczami poznańskiego klubu. Finalizacja umowy przeciągnęła się w czasie. Pozyskanie łotewskiego piłkarza ogłoszono na początku sierpnia, tuż po odpadnięciu Kolejorza z eliminacji do Ligi Mistrzów. ,,Cieszymy się, że po długich negocjacjach udało się sfinalizować ten transfer i Artjoms, mimo propozycji z innych klubów, zdecydował się wybrać Lecha Poznań. Liczymy, że będzie wzmocnieniem naszej siły ataku, a przy okazji zwiększy konkurencję. Otrzymaliśmy już wszystkie dokumenty transferowe z Zalaegerszegi. Mamy nadzieję, że jeszcze w tym tygodniu dotrze do nas certyfikat zawodnika, co umożliwiłoby zgłoszenie Artjomsa do rozgrywek ligowych”– mówił Pogorzelczyk podczas oficjalnej prezentacji zawodnika. Rudnevs zadebiutował w Lechu 7 sierpnia. Wszedł na boisko w drugiej połowie ligowego meczu z Widzewem i po 20 minutach zdobył premierową bramkę na polskich boiskach. Szybko wygrał rywalizację o miejsce w podstawowej jedenastce z Wichniarkiem i Tshibambą, którzy okazali się transferowymi niewypałami. Łotysz coraz pewniej czuł się w Poznaniu, w pierwszych pięciu meczach ligowych aż czterokrotnie pokonał bramkarzy rywali. Nadszedł mecz, który dla Lecha miał być prawdziwą próbą. Po nieudanych eliminacjach do Ligi Mistrzów Lechici musieli powalczyć o awans do fazy grupowej Ligi Europy. W ostatniej rundzie kwalifikacyjnej okazali się lepsi od Dnipro Dniepropietrowsk i zameldowali się w rozgrywkach. W nich trafili do grupy śmierci: z Juventusem, Manchesterem City oraz Red Bull Salzburg. Już w pierwszej kolejce podopiecznych Jacka Zielińskiego czekał wyjazd do Turynu. Zadanie wydawało się być z gatunku niemożliwych – zatrzymać Del Piero, Iaquintę, Felipe Melo i spółkę. Trener Kolejorza zapowiadał, że jego zespół podejdzie do meczu bez strachu i powalczy o punkty. Nawet największym optymistom trudno było przyznać Zielińskiemu rację.

Data 16 września 2010 roku pozostanie w pamięci Rudnevsa na zawsze. Wychowanek Daugavy Daugavpils był największą gwiazdą meczu na Stadio Olimpico w Turynie. W 30 minut dwukrotnie wpisał się na listę strzelców. Najpierw wykorzystał rzut karny po faulu na Peszce, a następnie zdobył gola z gry: dwa pierwsze strzały mistrzów Polski obronił Alexander Manninger, ale przy trzecim uderzeniu Rudnevsa był bezradny. Lech mógł prowadzić do przerwy 2:0, ale tuż przed końcem pierwszej połowy Giorgio Chiellini strzelił gola kontaktowego. Po zmianie stron Bianconeri przycisnęli i odwrócili wynik spotkania. Najpierw po raz drugi Chiellini pokonał Kotorowskiego, a w 68. minucie Alessandro Del Piero popisał się fenomenalnym uderzeniem z dystansu i wyprowadził Juve na prowadzenie. Minuty uciekały i coraz więcej wskazywało na to, że trzy punkty pozostaną w Turynie. Wtedy Rudnevs raz jeszcze wziął sprawy we własne ręce. W doliczonym czasie gry otrzymał piłkę i po krótkiej indywidualnej akcji oddał strzał życia. Piłka musnęła poprzeczkę bramki gospodarzy i zatrzepotała w siatce. Łotewski napastnik uciszył Stadio Olimpico, zapewniając mistrzom Polski cenny punkt. Reprezentant Łotwy strzelił bramkę, do której mógłby się przyznać sam Del Piero – tak o występie Rudnevsa pisali Piotr Leśniowski i Radosław Nawrot w korespondencji dla portalu sport.pl. „Mały polski klub w niebieskich koszulkach przypominał Chelsea. Gol Łotysza zrujnował cudowny comeback” – relacjonowała La Gazetta dello Sport. „Hat-trick 22-letniego nieznanego Łotysza i super-gol Del Piero dały remis 3:3” – to z kolei słowa z innej włoskiej gazety, La Republicca”. Występ Lecha został dostrzeżony w Europie, ale najwięcej mówiło się o fantastycznym występie zawodnika, który zaledwie dwa lata wcześniej grał w łotewskiej ekstraklasie. Rudnevs dał się we znaki obronie Starej Damy również w rewanżu. W zremisowanym 1:1 spotkaniu strzelił gola dla Lecha, który przez długo czas dawał Kolejorzowi prowadzenie. W sześciu meczach fazy grupowej Ligi Europy Juventus stracił siedem goli – cztery z nich strzelił właśnie piłkarz Lecha. Mistrzowie Polski, z trzema zwycięstwami, dwoma remisami i jedną porażką zajęli drugie miejsce w grupie, ustępując Manchesterowi City jedynie bilansem bramkowym. Wiosną, Lechowi prowadzonemu już przez Jose Marię Bakero, przyszło zmierzyć się z portugalskim zespołem SC Braga. Pierwszy mecz, rozegrany w stolicy Wielkopolski, zakończył się zwycięstwem polskiej drużyny 1:0, a jedynego gola strzelił właśnie reprezentant Łotwy. W rewanżu zwycięstwo 2:0 odnieśli piłkarze z Portugalii i to oni wywalczyli awans do dalszej rundy, by ostatecznie dotrzeć do finału całych rozgrywek. W nim okazali się gorsi od FC Porto. Rudnevs nie mógł zrobić sobie lepszej reklamy w Europie. Jego nazwisko z pewnością trafiło do notesów wielu skautów. W Lidze Europy zdobył pięć bramek i mógł się pochwalić lepszym dorobkiem, niż np. Emmanuel Adebayor, Mario Balotelli, czy Sergio Augero. Zmagania Lecha w europejskich pucharach w sezonie 2010/11, szczegółowo przedstawiliśmy na łamach retrofutbol.pl w cyklu „Pucharowa środa”. W lidze Rudnevs zdobył 11 bramek w 27 meczach i został czwartym najlepszym strzelcem ligi. Lech Poznań zakończył sezon na piątej pozycji i nie wywalczył awansu do europejskich pucharów. Swój drugi sezon w barwach Kolejorza Rudnevs rozpoczął najlepiej, jak mógł – od hat-tricka w meczu z ŁKS-em. Po czterech meczach miał na koncie aż osiem goli. Łącznie w przedłużonej rundzie jesiennej, obejmującej 17 z 30 zaplanowanych kolejek, Łotysz zdobył aż 18 bramek, notując cztery hat-tricki. Cały poznański zespół strzelił w 17 spotkaniach 29 goli, a zatem piłkarz pozyskany z Zalaegerszegi był odpowiedzialny za nieco ponad 62% wszystkich trafień swojej drużyny. Jesienią mocno obniżył jednak loty i tylko czterokrotnie pokonał bramkarzy rywali. 22 gole, zdobyte w całym sezonie, pozwoliły mu sięgnąć po pierwszą w karierze koronę króla strzelców. Lech ponownie ukończył zmagania ligowe na piątej pozycji, bez prawa startu w europejskich pucharach. Stało się jasne, że Kolejorz staje się dla Rudnevsa za ciasny. W maju 2012 roku napastnik Lecha podpisał pięcioletni kontrakt z HSV Hamburg. Na konto polskiego zespołu przelano 3,5 miliona euro. Rudnevs stał się tym samym pierwszym łotewskim piłkarzem, który trafił do Bundesligi. Bilans łotewskiego napastnika w polskiej ekstraklasie zamknął się w 56 rozegranych meczach i 33 strzelonych golach. Oznacza to, że piłkarz pochodzący z Daugavpils strzelał średnio 0,59 gola na mecz, co jest bardzo dobrym wynikiem. Przejście do ligi niemieckiej wydawało się być logicznym krokiem naprzód w karierze. Pierwszy rok pobytu w północnych Niemczech Rudnevs mógł zaliczyć do udanych, ponieważ zaliczył dobry sezon w Bundeslidze. Choć nie zawsze wybiegał w pierwszym składzie, to jednak trener Thorsten Fink wpuścił go na boisku we wszystkich 34 spotkaniach niemieckiej ligi. 26 meczów rozpoczynał od pierwszej minuty.

W swoim debiutanckim sezonie w lidze naszych zachodnich sąsiadów reprezentant Łotwy strzelił 12 goli. Tworzył duet napastników HSV wraz z Koreańczykiem Heung-min Songiem, który dziś jest gwiazdą Tottenhamu i Premier League. Na dorobek strzelecki Rudnevsa złożyły się również dwa doppelpacki, uzyskane w meczach z Hoffenheim i Borussią Dortmund, ówczesnym mistrzem Niemiec. Rudnevs zajął dziewiąte miejsce w klasyfikacji strzelców Bundesligi sezonu 2012/13. W kolejnym sezonie, z powodu kontuzji opuścił 11 spotkań swojego klubu w lidze. Aby ułatwić piłkarzowi powrót do pełni sprawności oraz zapewnić mu więcej okazji do gry, HSV Hamburg zdecydował się oddać Łotysza na wypożyczenie do Hannoveru 96. W nim Rudnevs spędził rundę wiosenną sezonu 2013/14 i strzelił dla tego klubu cztery gole. Po zakończeniu sezonu powrócił do Hamburga. W swoim trzecim sezonie w Niemczech Rudnevs zaczął odgrywać coraz mniejszą rolę na boisku. Kilkukrotnie nie łapał się do kadry meczowej, zdarzało się także, że w czasie meczu nie podnosił się z ławki rezerwowych. W całym sezonie wystąpił w 22 meczach ligowych, ale zdołał zdobyć zaledwie jedną bramkę. Na domiar złego, klub z północy Niemiec spisywał się bardzo słabo i zapewnił sobie utrzymanie w najwyższej klasie rozgrywkowej dopiero po barażach. W sezonie 2015/16 Łotysz pełnił już tylko marginalną rolę w HSV. Nie znalazł się w kadrze meczowej w żadnym z pierwszych 17 spotkań. Na poziomie Bundesligi zaliczył tylko 11 występów, w których strzelił dwa gole, a ponadto pięciokrotnie wybiegał na boisko w barwach rezerw klubu z portowego miasta. Latem 2016 roku Rudnevs zmienił otoczenie i przeniósł się do FC Köln licząc, że tam zdoła odbudować swoją formę. Zaczął jednak od opuszczenia trzech spotkań na samym początku sezonu, co było spowodowane kontuzją mięśnia. Gdy już grał, to po raz kolejny był cieniem zawodnika, jakiego kibice znali z czasów jego gry w Lechu czy w pierwszym sezonie w HSV. W całym sezonie zdobył trzy ligowe bramki, a jedno trafienie dołożył w Pucharze Niemiec. W sierpniu 2017 roku wystąpił w meczu Leher TS Bremerhaven – FC Köln w Pucharze Niemiec. Klub Rudnevsa wygrał 5:0, a on pojawił się na boisku w drugiej połowie. Później znajdował się poza kadrą zarówno w meczach ligowych, jak i w spotkaniach Ligi Europy. 29 września 2017 roku niemieckie media podały, że piłkarz poprosił o skrócenie kontraktu i rozwiązanie go przed czasem z przyczyn osobistych. Tym samym Artjoms Rudnevs zakończył piłkarską karierę w wieku zaledwie 29 lat. Decyzja łotewskiego napastnika o rozbracie z futbolem była podyktowana chorobą psychiczną jego żony Santy. We wrześniu 2015 roku niemieckie media donosiły o incydencie, jaki miał miejsce w Hamburgu, gdzie młoda kobieta zaatakowała mężczyznę będącego w jej wieku, w konsekwencji lekarze musieli przyszyć mu niemal odgryziony język. Choć piłkarz zgłosił się do szpitala pod zmienionymi personaliami, szybko wyszło na jaw, że poszkodowanym jest reprezentant Łotwy, który padł ofiarą własnej żony. Spekulowano, że zachowanie Santy było wywołane zazdrością, spowodowaną rzekomym romansem piłkarza. Sam Rudnevs zdradził, jaki jest powód załamania psychicznego współmałżonki. ,,Przechodzimy prawdziwe piekło. Z żoną Santą wyczekiwaliśmy narodzin trzeciego dziecka. Niestety, w sobotę 29 sierpnia 2015 roku, kilka dni przed opisywanym incydentem, Santa poroniła. Żadna tragedia w życiu kobiety nie może równać się ze śmiercią dziecka. Santa nie potrafi dojść do siebie. Feralnego wieczoru w Hamburgu przestała myśleć racjonalnie i wpadła w nieuzasadnioną furię”– napisał zawodnik. Artjoms Rudnevs zrezygnował z kariery piłkarskiej, aby opiekować się chorą żoną oraz dwójką ich dzieci. Odciął się od środowiska piłkarskiego i zerwał kontakty z dawnymi kolegami. Wrócił do swojego rodzinnego miasta. Nie wiadomo, czym zajmuje się zawodowo. Jego historia to opowieść bez piłkarskiego happy endu. W wieku 22 lat znalazł się na ustach całej Europy. Niewielu piłkarzy potrafi strzelić trzy gole Juventusowi na jego stadionie. Niemal dokładnie w siódmą rocznicę tamtego wydarzenia ogłosił przejście na piłkarską emeryturę. Rudnevs daje nam jednak bardzo ważną lekcję: piłkarzem się bywa a ojcem i mężem się jest.

12

Nieco zapomniane legendy polskiego futbolu:

74 lata kończy dzisiaj jeden z najlepszych obrońców w historii polskiego futbolu, Antoni Szymanowski, medalista mistrzostw świata z 1974 roku i dwukrotny medalista olimpijski, złoty z Monachium z 1972 i srebrny z Montrealu z 1976 roku. Urodzony 13 stycznia 1951 roku Szymanowski, to jedna z legend Wisły Kraków. W jedenastce "Białej Gwiazdy" debiutował już jako 17-latek. Jako nastolatek zadebiutował też w reprezentacji Polski. Było to 22 lipca 1970 roku w meczu w Szczecinie przeciwko Irakowi, który Polacy wygrali 2-0 po trafieniach Zygfryda Szołtysika i Jana Banasia. ,,Z tamtego meczu to niewiele pamiętam i niewiele mogę powiedzieć. Ważne że wygraliśmy. Co do Szymanowskiego, to na pewno był to dobry i solidny obrońca, a kolejne mecze w reprezentacji tylko to potem potwierdziły. Jeśli chodzi o ligę, to z racji swojej pozycji i gry na prawym skrzydle, to kiedy mierzyliśmy się z Wisłą, przychodziło mi grać na Adama Musiała, który w krakowskim klubie występował na lewej stronie defensywy, ale oczywiście z Szymanowskim też zdarzało się toczyć zażarte pojedynki” - wspomina dzisiaj Banaś. W tamtym meczu w Szczecinie z Irakiem reprezentację Polski prowadził jeszcze Ryszard Koncewicz. Jego następca i wychowanek, także pochodzący ze Lwowa Kazimierz Górski regularnie stawiał już na Szymanowskiego, który był mocnym punktem drużyny, która najpierw wywalczyła złoty medal na igrzyskach olimpijskich w Monachium, a potem była rewelacją na mundialu w Niemczech Zachodnich w 1974 roku. Podczas MŚ w RFN wystąpił we wszystkich siedmiu spotkaniach. "Antoni Szymanowski - prawy obrońca, barwy klubowe - Wisła Kraków; szybki, ofensywny; trochę malkontent, ale tylko poza boiskiem; wielki meloman posiadający własną dyskotekę; 35 meczów w barwach narodowych, 23 lata" - można przeczytać w jego charakterystyce w książce Stefana Grzegorczyka "Gra o medal" wydanej tuż po tamtym, tak udanym dla "Biało-Czerwonych" mundialu. Warto dodać, że Szymanowski był jednym z najmłodszych zawodników jedenastki prowadzonej przez Kazimierza Górskiego. Młodszy był tylko Władysław Żmuda. W reprezentacji Antoni Szymanowski grał przez 10 lat. Swój ostatni mecz, oznaczony numerem 82 zagrał 9 lipca 1980 roku w Bogocie przeciwko Kolumbii, który "Biało-Czerwoni" wygrali 4-1. W grudniu 2019 roku znalazł się w jedenastce stulecia Polskiego Związku Piłki Nożnej. Z kolei 3 lata temu uznany został Piłkarzem 100-lecia Małopolskiego Związku Piłki Nożnej.

@Adran360
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

9

Zapomniane legendy rodzimego futbolu:

13 stycznia 1942 r. w Radomsku urodził się Jerzy Sadek. Pierwszym jego klubem była miejscowa Stal. Reprezentował też barwy innej drużyny z Radomska – Czarnych. W 1961 r. przeniósł się do łódzkiego KS. Co ciekawe, rozegrał też kilka spotkań sparingowych w barwach Widzewa, który grał wówczas na trzecim poziomie rozgrywkowym. Uznano jednak, że jest już gotów na grę na wyższym poziomie. W ,,Rycerzach Wiosny” spędził 11 lat. Przez ten czas zdążył rozegrać 213 spotkań i zdobył 69 ligowych goli. Łącznie, na wszystkich szczeblach rozgrywkowych, zdobył 102 gole. Czyni go to najlepszym ligowym strzelcem w historii zespołu z Alei Unii. W drużynie biało-czerwono-białych nie odniósł większych sukcesów. Mimo to zdołał zapisać się w pamięci wielu, nie tylko łódzkich kibiców. Zapamiętali go jako Bombardiera. Takiego pseudonimu dorobił się, dzięki piekielnie silnemu strzałowi, którym niejednokrotnie karał rywali. Atomowe uderzenia były jego znakiem firmowym. Cechował go także wyjątkowy ciąg na bramkę przeciwnika oraz świetna gra głową. Lubił dryblować przy linii bocznej i łamać grę do środka, by zakończyć akcję strzałem. W 1965 r., zadebiutował w reprezentacji Polski meczem ze Szkocją w Glasgow. Pojedynek ten został rozegrany w ramach eliminacji do mistrzostw świata 1966. Polacy zwyciężyli 2:1, a Sadek zdobył jednego z goli. Niesamowity strzał z woleja przerwał siatkę w bramce ,,The Tartan Army”. W kolejnym meczu ustrzelił dublet. Przeciwnikiem biało-czerwonych była Finlandia, a Polacy wygrali tamto spotkanie 7:0. Pomału stawał się jedną z czołowych postaci kadry. Kibice mawiali w tamtych czasach: Lubański podaje do Sadka i trzepie się siatka. Innym jego słynnym meczem w koszulce z orłem na piersi, była potyczka na Goodison Park, z przygotowującą się do mistrzostw reprezentacją Anglii. Bombardier strzelił wówczas gola, a Polska zremisowała z drużyną, która pół roku później sięgnęła po mistrzostwo globu. Dzień po meczu, angielska prasa rozpływała się nad umiejętnościami gracza ŁKS-u. Porównywano go do Tommy’ego Lawtona. Chrapkę na pozyskanie Sadka miał rzekomo Everton, który oferował drużynie z Łodzi sto tysięcy funtów za usługi jej piłkarza. Czasy głębokiej komuny sprawiły, że o transferze oczywiście nie mogło być mowy. W kadrze zagrał łącznie osiemnaście razy i strzelił sześć goli. Ostatni raz w reprezentacji wystąpił w 1971 r. Polska przegrała wówczas 1:3 z RFN. Sadek pojawił się na murawie stadionu na ostatnie dziesięć minut. W 1973 r. wyjechał do Holandii. Grał w Sparcie Rotterdam i HFC Haarlem. Karierę postanowił zakończyć w ukochanym ŁKS-ie. Buty na kołku zawiesił w 1978 r. W Reprezentacji rozegrał 18 meczów, strzelając 6 goli.

@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@Adran360

0

@FcPortoFan1999 No można tak to określić aczkolwiek za Guardioli tego nie było..

0

@FcPortoFan1999 Nie tyle nie lubi, co nie chce im się wysilać, zwłaszcza mentalnie na takich przeciwników. Zresztą bardzo podobnie ma się sprawa z Manchesterem United...

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?