0

@Esteban_ Jeśli zawodnik pudłuje w stuprocentowej sytuacji, to coś jest nie tak z tym piłkarzem. Mogą być tylko dwie przyczyny tego: niedostateczna technika użytkowa(za to odpowiada sztab szkoleniowy), bądź szwankuje psychika(za to odpowiada klubowy bądź prywatny psycholog).

1

@heniusss Wiesz co, przepraszam cie ale jakoś nie pamiętam kto tu na mnie głosował, w każdym razie chciałbym ci bardzo podziękować za docenienie moich komentarzy. Wszystkiego dobrego i pozdrawiam :)

0

@FcPortoFan1999 Masz racje(!) już wyłączam...

0

@heniusss Redakcji? Nie toleruje tej dziecinady. Ale co to ma wspólnego z moim komentarzem...?

2

Tylko co włączyłem mecz Realu Madrid na tym cały strumyku a tu rzut karny dla ,,prześcieradeł"! A niech mnie drzwi ścisnął!

4

O!!! A co te Las Palmas wyczynia na Estadio Santiago Bernabeu??? Zabawna jest ta La Liga ostatnimi czasy...

10

@FCBparasiempre
Dzielnica ,,Almagro” w Buenos Aires, która leży na zachód od centrum miasta przepełniona była barwnymi opowieściami o przedsiębiorczych warsztatach baskijskich i włoskich imigrantów, bójkach ulicznych oraz tanga: ,, Miejsce mojej duszy, tam spędziłem dni młodości i tam spędziłem noce miłości"- śpiewał w latach 30-tych wielki piosenkarz Tanga Gardel. Długo zanim Maradona przyjechał grać na początku lat 80-tych do FC Barcelony, Buenos Aires dzięki ,,Almagro” zasłużyło na miejsce w historii hiszpańskiej piłki. Wszystko to za sprawą lekcji futbolu jaki udzieliła drużyna z tej dzielnicy podczas jej zimowego tournee po Hiszpanii na przełomie lat 1946 i 1947. Ta lekcja jest opowiedzianą z wyprzedzeniem kroniką rozwoju hiszpańskiej piłki od mitycznych początków tak umiłowanej przez reżim Franco - ,,La furia” po jej przekształcenie się w ,,La Roja” - reprezentacje narodową, która na początku drugiej dekady XXI wieku zdobyła dla Hiszpanii jej pierwsze mistrzostwo świata. Ta historia zaczyna się na początku XX wieku od bandy ulicznej z ,,Almagro”, które wyzywała ekipy z innych dzielnic na mecze ulicznej piłki nożnej malując na ścianach legendarny napis ,, los forzosos de Almagro de safian"(Siłacze z Almagro wyzywają was). W tamtych czasach dzielnice była poprzecinana licznymi liniami tramwajowymi i autobusowymi, co sprawiało że gra w piłkę była ryzykownym zajęciem. Po tym jak pewnego dnia nadjeżdżający tramwaj przejechał młodego chłopca, miejscowy ksiądz katolicki Ojciec Lorenzo Massa wziął sprawy w swoje ręce i zaczął organizować mecze na terenach obok kościoła parafialnego przy ,,Avenida de Mexico”. To tam powstały pierwsze struktury drużynowe San Lorenzo de Almagro, klubu, który z biegiem czasu stał się jednym z największych obok Boca Juniors, Independiente, River Plate czy Racing, drużyn z Buenos Aires. San Lorenzo rekrutował swoich piłkarzy spośród baskijskich imigrantów znanych z twardej, , fizycznej gry oraz Włochów Hiszpanów i mieszanych etnicznie Indian, którzy przybyli do stolicy kraju z prowincji. Tych ostatnich przezywano ,,Los gauchos" , na cześć samowolnych pastuchów, którzy przemierzali rozległe pampasy. Baskowie swoimi wydawałoby się niewyczerpalnymi rezerwami sił fizycznych oraz prostą agresywną grą, charakteryzującą się twardymi wejściami, grą głową, dośrodkowaniami, długimi podaniami, zdawali się zainspirowani angielską piłką. Jednak uliczki Buenos Aires oraz suche boiska, które były charakterystyczne dla argentyńskiej piłki, stały się tyglem stylów wyłaniającej się rodzimej kultury, w której kładziono duży nacisk na indywidualne cwaniactwo i zwinność. Taka gra miała swoich prekursorów w latach 20-tych, kiedy sąsiedni Urugwaj zdobył 2 złote medale z rzędu podczas igrzysk olimpijskich. Tamto osiągnięcie Eduardo Galeano określił jako ,, drugie odkrycie Ameryki". ,, Anglicy... udoskonalili dalekie podania i wysokie piłki ale te wydziedziczone dzieci z dalekiej Ameryki nie poszły w ślady swoich ojców. Zamiast tego postanowiły stworzyć grę krótkimi podaniami bezpośrednio pod nogi, z błyskawicznymi zmianami rytmu oraz szybkimi dryblingami"- pisał Galeano. Przeznaczeniem południowoamerykańskich piłkarzy było wywarcie istotnego wpływu na ewolucję hiszpańskiego futbolu. Wczesnym pionierem, o ile nie niedocenionym bohaterem była wschodząca gwiazda argentyńskiej piłki Francisco Seijas, który w 1930 roku dołączył do Celty Vigo. To był pierwszy zawodowy piłkarz, który wyjechał grać do Europy. ,, W tamtych czasach Francisco Seijas nie śnił o takiej sławie, jaką osiągnął Maradona i po nim inni Argentyńczycy, jak Messi. Dla niego to była przygoda, wyzwanie ale nie przynoszące statusu gwiazdy czy pieniędzy"- opowiadał jego syn Luis. Galisyjski klub, w którym Francisco postanowił grać został założony w 1923 roku i był jednym z najnowszych punktów na mapie hiszpańskiej piłki. Mimo otwarcia w 1928 roku imponującego stadionu ,, Balaidos" z zamiarem wkroczenia do bardziej profesjonalnego świata futbolu CELTA miała problemy w hiszpańskiej drugiej lidze. W kilka tygodni od przyjazdu Seijas stał się najlepszym strzelcem w zespole zdobywając cztery gole w debiucie z Athletic Bilbao! Swój niski wzrost nadrabiał niskim ośrodkiem grawitacji, dzięki któremu miał prawie że idealną kontrolę nad piłką prześlizgiwania się między rywalami. Nie był pierwszym ani ostatnim Argentyńczykiem z takimi zdolnościami ale na pewno może twierdzić że przyczynił się do awansu Celty. Migracja takich piłkarzy jak Seijas do La Liga nieco zmalała w latach 30. Piłka nożna w Argentynie wreszcie osiągnęła status dyscypliny zawodowej a Hiszpanię dotknęły gospodarcze i polityczne zawirowania. Pisał o tym Dawid Goldblatt: ,, Odcięci od rzezi, uwolnieni od okrucieństw wojny i walki o przetrwanie Argentyńczycy mogli stworzyć znakomitą mieszankę instrumentalizmu, sztuki i rozrywki" a tamtejsze media mówiły o ,, żywotnej idei unikalności Narodowego stylu gry".

Bogata alchemia stylów była tym, co przywieźli ze sobą piłkarze z San Lorenzo de Almagro, kiedy odbyli tournee po Portugalii i Hiszpanii w latach 1946-1947. Ich drużyna dopiero co wygrała ligę argentyńską przełamując tym samym hegemonię River Plate i legendarnej ,, la maquina". Nazywano tak nieustępliwą i zgraną ofensywną piłkę, którą prezentował mityczny kwintet graczy ofensywnych: Muñoz, Moreno, Pedernera, Labruna i Loustau. Tournee po półwyspie Iberyjskim był drugim po detronizacji River Plate ważnym wydarzeniem w historii San Lorenzo. Piłkarze z Almagro przylecieli po międzylądowaniu na Wyspach Kanaryjskich, na nowo wybudowane lotnisko ,,Barajas” dokładnie 4 dni przed świętami Bożego Narodzenia w 1946 roku. Pierwszym, który wyszedł na pas startowy był urodzony w Bilbao Angel Zubieta, który pozostał w Argentynie po tuornee drużyny Basków w czasie hiszpańskiej wojny domowej. Zubieta został przywitany przez swoją matkę i siostrę. Wzruszające spotkanie po latach i jednokrotnego reprezentanta Hiszpanii i dwóch pozornie szczęśliwych baskijskich obywatelek rządzonego przez Franco kraju zdawało się politycznie służyć reżimowi. W kolejnych tygodniach miejscowi kibice piłki nożnej zachęceni przez liczne relacje w hiszpańskich mediach sportowych tłumnie przybywali podziwiać grę argentyńskich gości. To, co ujrzeli było najlepszą grą ofensywną, która sławę zyskała dzięki ,, la maquina" a teraz była częścią skomplikowanego pokazu szybkich krótkich podań i zwrotów, zręcznych podbić i lodów oraz magicznych bramek. Z powodu szybkości i artyzmu z jakimi kręciła młynki wokół rywali, drużyna została zapamiętana jako ,, El Ciclon". ,, To, co wydarzyło się pomiędzy 21 grudnia a końcem stycznia 1947 roku, wydawało się czymś nierealnym i nie do opisania"- brzmiał komentarz w hiszpańskiej gazecie ,,El Pais” z okazji 50 rocznicy tournee. Dzienniki i magazyny podwoiły liczbę swoich relacji. Piłkarze San Lorenzo mimo że tamtej zimy pogoda wymogła na nich grę w chłodzie, śniegu i podczas obfitych opadów deszczu, stali się nie lada sensacją. San Lorenzo w pierwszym meczu na stadionie Metropolitano w Madrycie, choć większość piłkarzy wciąż leczyła skutki Atlantyckiego lotu, pokonało gospodarzy Atletico Aviacion 4:1. Dwa dni później Argentyńczycy zagrali na tym samym obiekcie z Realem Madryt i przegrali z gospodarzami takim samym stosunkiem goli. W przededniu tego meczu podsłuchano jak kapitan San Lorenzo, Bask Zubieta mówił przyjacielowi że marzy mu się dwa razy wyższe zwycięstwo nad zwycięzcami Copa Generalissimo. ,, Pokonanie Realu Madryt byłoby wielkim wydarzeniem naszego tournee, gdyż są dobrze znani w Argentynie i obecnie są mistrzami Hiszpanii"- mówił Zubieta. Ta zapowiedź zmobilizowała innego Baska - kapitana Realu Madryt Ipiño do zwołania drużyny na naradę. Podczas spotkania powiedział kolegom: ,, Jestem gotów jutro wypruć z siebie flaki i tego oczekuję także od was. Czego nie wolno nam robić, to walczyć tą samą bronią co oni". Ipiña zaproponował swojej drużynie proste rozwiązanie: aby przeszkadzali San Lorenzo w swojej grze i pokonali Ich kontratakami. Taka strategia wymagała skutecznego krycia i solidnej gry linii pomocy mogące liczyć na szybkie zagranie od Molowny'ego i Belmara, pary silnych obrońców, którzy potrafili być zabójczy w ataku. Podstępna i cierpliwa gra gości nie robiła wrażenia na pewnej obronie mistrza Hiszpanii. Gra podaniami San Lorenzo była bezbłędna ale toczyła się raczej przed niż za linią obrony Realu. W tych nielicznych okazjach, w których Argentyńczycy ujrzeli bramkę rywala, atakujący gracz był osaczany przez obrońców. Real nie marnował swoich szans i przed przerwą po szybkich kontratakach Pruden strzelił dwa gole a trzeciego dołożył Belmar. Jak na mecz towarzyski walczono ze sobą ostro. Ipiña został zniesiony na noszach poślizgu rywala ale tuż po tym Alsua zdobył zwycięską czwartą bramkę. Mimo że Real bardzo szczycił się tym zwycięstwem, to reputacja San Lorenzo nie została narażona na szwank. Przez resztę wyjazdu goście byli niepokonani a w szczególności trzej piłkarze: Farro, Pontoni i Martino, czyli tzw. ,,Trio del Oro”, którzy grali bardzo atrakcyjną piłkę. FC Barcelona zaproponowała Pontoniemu kontrakt, który odrzucił, Martino zaś ostatecznie trafił do Juventusu. San Lorenzo pokonało FC Barcelonę i zremisowało z trzema innymi hiszpańskimi klubami: Athletikiem Bilbao, Valencią CF i FC Sevilla. Z tych trzech meczów największe wrażenie na miejscowych zrobiło spotkanie na ,,San Mames” w Bilbao, które ugruntowało popularność kapitana z San Lorenzo - Zubiety, w odróżnieniu od kwestionowanej przez fanów pozycji Panizo z Athletiku. Podczas gdy baskijską pracowitość i grę zespołową Zubiety stawiano za wzór, Panizo często był krytykowany przez kibiców Athletiku za zbyt długie przetrzymywanie piłki. Jednak gdy tłumy zobaczyły jak piłkarze San Lorenzo świetnie panują nad piłką i jak szybko się nią wymieniają, na ,,San Mames” rozległy się pełne podziwu szepty kibiców: ,, Oni wszyscy grają jak Panizo!". Najbardziej przekonującym zwycięstwem piłkarzy San Lorenzo była wygrana 13:5(!) w dwumeczu z reprezentacją Hiszpanii. Wiele lat później trener drużyny młodzieżowej FC Barcelony Jaume Oliva powiedział: ,, W hiszpańskiej piłce było przed i potem, których granice wytaczała wizyta San Lorenzo. Argentyńscy mistrzowie zostawili głęboki ślad, wymyślnej gry krótkimi podaniami, gry trójkątami w przeciwieństwie do bardziej bezpośredniego stylu Hiszpanii, gdzie rozmowy na temat taktyki były uważane za herezję. Argentyńczycy wierzyli w jak najlepsze wykorzystanie piłki oraz strategię. Hiszpanie mogli jedynie odpowiedzieć im ,,La Furią” i improwizacją".

1

@Pawlak1992 A z tym to akurat się z tobą zgodze w stu procentach! Tak czy inaczej Helenio Herrera zasiada w panteonie trenerskich osobowości...

1

@FcPortoFan1999 A daj spokój(!) to jakiś nieludzki język!

1

@blakkudium Daj spokój przeca to jakiś cholerny kosmiczny język!
To już ten ,,chiński" angielski byłby znacznie lepszy...

1

@Pawlak1992 To prawda że Helenio Herrera stworzył słynne catenaccio ale dopiero we Włoszech wspólnie z Nereo Rocco. W Hiszpanii preferował jeszcze otwarty, ofensywny futbol. Przecież doprowadził naszą Barcunie do 2 mistrzostw Hiszpanii, 2 Pucharów Hiszpanii i 2 Pucharów Miast Targowych. Odszedł ze wzgledu na konflikt z Kubalą...
Zresztą z Atletico również zdobył dwa tytuły mistrza Hiszpanii!
Zauważ też że Herrera zdobywając z Barcunią pierwsze mistrzostwo, jego drużyna zdobyła bodaj 96 goli a w kolejnym mistrzowskim sezonie 86 goli. Dla przykładu Michels w mistrzowskim sezonie zanotował zaledwie 75 goli!

12

Żywe legendy włoskiego futbolu:

19 stycznia 1960 r. urodził się Mauro Tassotti, były włoski piłkarz grający na pozycji obrońcy a obecnie trener. Pierwszy mecz w reprezentacji rozegrał 14 października 1992, w wieku 32 lat. Uczestniczył w Mistrzostwach Świata w piłce nożnej w roku 1994, gdzie zdobył z włoską reprezentacją tytuł wicemistrzów świata. Po meczu 1/4 finału z Hiszpanią, w którym złamał nos Luisowi Enrique, został zawieszony na osiem spotkań. Po odbyciu kary nie zagrał już w reprezentacji. Z drużyną A.C. Milan zdobył trzy Puchary Europy (w latach 1989, 1990 i 1994) i pięć tytułów mistrza Włoch (1988, 1992, 1993, 1994 i 1996). Karierę piłkarską zakończył w roku 1997. W Serie A rozegrał łącznie 404 mecze. Od roku 2001 był w mediolańskim zespole asystentem kolejnych trenerów: Carlo Ancelottiego, Leonardo i Massimiliano Allegriego. W styczniu 2014 roku po zwolnieniu Allegriego był tymczasowym trenerem Milanu, dopóki nowym szkoleniowcem nie został Clarence Seedorf. Do końca sezonu Tassotti był asystentem Holendra a po jego zwolnieniu skautem odpowiedzialnym za śledzenie postępów piłkarzy wypożyczonych z Milanu. W 2016 roku został asystentem Andrija Szewczenki, selekcjonera reprezentacji Ukrainy.

@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
@Symson

10

Legendarne postacie futbolu:
1925. Niektórzy zapamiętają ten rok jako jeden z nielicznych, w których nastąpiło całkowite zaćmienie słońca. Niektórzy, jako rok przełomowy dla historii Włoch, bo wtedy Mussolini ogłosił się dyktatorem. Inni, jako rok, w którym powstał grecki Olympiakos. A Ci, co fascynują się Premier League, jako rok, w którym Kanonierów objął Herbert Chapman, twórca słynnego WM, legenda klubu z północnego Londynu. Urodzony w Kiveton Park, Chapman był zawodnikiem przeciętnym. Przez kilkanaście lat swej kariery nie osiągnął wiele . Zapisanie na kartach historii miała mu zapewnić przyszła praca. Swą przygodę trenerską rozpoczął w Northampton, by potem prowadzić Leeds i Huddersfield Town (dwa mistrzostwa kraju), by w końcu latem 1925 podjąć najważniejszą życiową decyzję. Zgodził się zastąpić na pozycji trenera Kanonierów Leslie Knightona. ,,Nikt nie spodziewał się, że ten kiepski piłkarz osiągnie takie sukcesy na Highbury. Arsenal jest otwarty na oferty objęcia stanowiska menedżera zespołu. Musi on posiadać doświadczenie i najwyższe kwalifikacje na to stanowisko, zarówno pod względem umiejętności i charakteru” – ogłoszenie Sir Henry’ego Norris w Athletic News. Chapman objął zespół w ciężkim momencie. Gdy razem z Huddersfield zdobywał mistrzostwo, Arsenal walczył do końca o utrzymanie w najwyższej klasie rozgrywkowej. Anglik nie bał się podjąć wyzwania. Jedną z jego pierwszych decyzji było sprowadzenie 34-letniego napastnika, Charlie Buchana. Przybycie dwóch nowych ludzi na Highbury nastąpiło w momencie zmiany przepisu o spalonym – od tamtej pory przed zawodnikiem do którego kierowana była piłka mogło być już tylko dwóch zawodnikiem (łącznie z bramkarzem), a nie trzech jak to było dotychczas. Odpowiedzią na tą zmianę była taktyczna rewolucja Chapmana. Słynne pociski „WM” nie powstałyby bez pomocy Buchana, który w rozmowie z trenerem miał zasugerować zmianę ustawienia z dotychczas używanego 2-3-5 na 3-4-3, by móc skutecznie wykorzystać zmianę w przepisach. Tak o taktyce Arsenalu w latach dwudziestych piszą autorzy książki „Wielcy piłkarzy sławne kluby”: ,,Rewolucyjny pomysł Chapmana polegał na zwiększeniu siły defensywy i lepszym wykorzystaniu zawodników w środkowej strefie boiska poprzez cofnięcie środkowego pomocnika pod własną bramkę- tak narodziła się funkcja stopera (…) Jego zadania defensywne i ofensywne zostały rozłożone na dwóch łączników, czyli cofniętych napastników (…) Od ustawienia zawodników wzięła się nazwa systemu, który obok atutów- wzmocnienie defensywy i możliwości lepszego opanowania środkowej strefy boiska, miał też ujemne skutki. Dość wyraźnie zwiększał obciążenia łączników i pomocników. (…) System WM Chapmana rozwinęła dopiero w zasadzie ,,brazyliana” Feoli, w ponad 30 lat później!”. Z nowym napastnikiem i ustawieniem Chapman wyciągnął w sezonie 1925/26 Arsenal z ligowego dna na drugą pozycję w lidze, przegrywając walkę o mistrzostwo jedynie z Huddersfield Town (pierwszy raz ktoś zdobył wówczas trzy mistrzostwa z rzędu). Następne lata pokazały, że Anglik to właściwa osoba na właściwym miejscu. ” Zamierzam uczynić Arsenal największym klubem na świecie” Liczne dyskusje z zarządem, udostępnienie jak na tamte czasy znaczących funduszy transferowych, które skończyło się ściągnięciem takich graczy, jak: Bill Harper (Hibernian), Joe Hulme (Blackburn), czy Herbie Roberts (Oswestry) sprawiło, że nastały złote czasy w historii Arsenalu. Chapman, który zmarł 6 stycznia 1934 roku w wieku 55 lat, był świadkiem tylko niektórych z nich, lecz bezsprzecznie położył kamień węgielny pod budowę silnych Kanonierów. Pod wodzą Anglika, Arsenal przegrał w 1927 w finale Pucharu Anglii 0:1 z Cardiff, by po trzech latach w 1930 zdobyć go po wygranej 2:0 z Huddersfield. Największy sukces w swej karierze Herbert Chapman odniósł w kampanii 1930/1931, gdy z siedmiopunktową przewagą wygrał ligę. Było to pierwsze mistrzostwo zdobyte przez Arsenal w historii. Zdobyte wówczas w 42 meczach 66 punktów pozostawało rekordem, aż do 1969 roku. Potem udało mu się poprowadzić Kanonierów do wicemistrzostwa w 1932 i finału Pucharu Anglii. Przedwczesna śmierć nie pozwoliła być świadkiem pięknych trzech sezonów Arsenalu, które zawsze kończyli na pierwszym miejscu powtarzając wyczyn Huddersfield. ” Piłkarz jest panem swojego losu. Ma swój kontrakt i żaden klub nie może go zmusić do zerwania go”

Chapman to nie tylko taktyczny rewolucjonista. To także człowiek, który był jednym z pierwszych tak zwanych menedżerów biorących pełną odpowiedzialność za zespół, dbających o szczegóły. Wierzył również, że sprawność fizyczna to składowa niezbędna do osiągnięcia sukcesu, zatrudniając masażystów i fizykoterapeutów. Teraz to czynność powszechnie stosowana, kiedyś mało kto o tym myślał. Wpłynął na zmianę strojów Arsenalu, dodając do nich białe rękawy. Był zwolennikiem wprowadzenia numerów na koszulkach i korzystania podczas meczu z białych piłek. Rzeczy teraz nam tak dobrze znane, kiedyś nie istniały. Angielska piłka nie zapomniała Herberta Chapmana. W 2003 roku został częścią piłkarskiej Galerii Sław za swoje niezwykłe dokonania. W marcu 2005, na domu znajdującym się w Hendon, została umieszczona tabliczka upamiętniająca miejsce, w którym Anglik mieszkał przez ostatnie 7 lat swego życia. Dziesięć lat temu The Sunday Times uznał go za najlepszego brytyjskiego menadżera w historii. Chapman został upamiętniony nie tylko na poziomie krajowym. Jeszcze, gdy Arsenal występował na Highbury, rzeźbiarz Jacob Epstein stworzył popiersie, którego kopia została podarowana Huddersfield Town 6 sierpnia 2008, gdy miało miejsce niezwykłe wydarzenie. Tego piątkowego popołudnia Arsenal i Huddersfield rozegrali mecz, którego stawką było trofeum Herberta Chapmana. W meczu obejrzanym na żywo przez 19 044 widzów (najwyższa frekwencja w meczu przedsezonowym na Galpharm Stadium) Arsenal wygrał 2:1. Obecnie każdy człowiek odwiedzający Emirates, może zrobić sobie zdjęcie przy pomniku Chapmana, który został odsłonięty 9 grudnia 2011 z okazji 125-lecia klubu z północnego Londynu.



@Symson
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Arkon
@Adran360

10

Blaugrana w Superpucharach:

19 stycznia 1983 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou Aston Ville 1:0 w pierwszym meczu o Superpuchar Europy. Zwycięskiego gola zdobył Marcos Alonso Peña w 52 minucie meczu. Siedem miesięcy po zdobyciu Pucharu Europy Aston Villa zmierzyła się z FC Barceloną w Superpucharze UEFA – dwumeczowym finale, w którym zwycięzcy Pucharu Europy mierzyli się ze zwycięzcami (nieistniejącego już) Pucharu Zdobywców Pucharów UEFA. To była ich pierwsza wizyta na stadionie od porażki w ćwierćfinale Pucharu UEFA w 1978 roku. Z tamtego meczu pozostało już tylko trzech zawodników – Ken McNaught, Gordan Cowans i Dennis Mortimer, którzy po raz trzeci w swojej karierze stanęli w kolejce, by zmierzyć się z hiszpańskimi gigantami. Po raz kolejny Aston Villa została pokonana jednym golem, a Nigel Spink nie był w stanie zapobiec odbiciu strzału z 25 jardów, który trafił w narożnik bramki. Nie wszystko jednak było stracone. Tony Barton powtórzył to, co lokalna prasa określiła jako najlepszy występ FC Barcelony w sezonie 1982/83. Gospodarze nadal jednak nie wykorzystali kilku okazji i mecz zakończył się skromnym 1:0. Mimo wielu bardzo dogodnych okazji na zdobycie gola, tego wieczoru Aston Villa była wdzięczna że takim wynikiem skończyło się to spotkanie, gdyż mogła wrócić do Birmingham i czekać z niecierpliwością na rewanż.

@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson

11

Szczęśliwe El Clasico:

19 stycznia 1991 r. FC Barcelona pokonuje na Camp Nou Real Madryt 2:1 w ramach 19 kolejki Primera Division. Jednym z goli dla Barçy było samobójcze trafienie Spasicia w 62 minucie i to ono zadecydowało o zwycięstwie Blaugrany. Pierwszego, znakomitego gola w tym meczu strzelił dla Dumy Katalonii Laudrup w 18 minucie, natomiast honorowe trafienie zaliczył Butragueño w 28 minucie. To zwycięstwo pozwoliło FC Barcelonie utrzymać pozycje lidera z czteropunktową przewagą nad Atletico i aż 10-punktową nad Realem Madryt!

Przypomnijmy:





@Symson
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@Culer9002
@Arkon
@Adran360

11

Ku pamięci wybitnych Katalońskich legend:

19 stycznia 1936 r. rozegrano pożegnalny mecz legendarnego Josepa Samitiera. Reprezentacja Katalonii zremisowała z czeskimi Židenicami 1:1. Tak oto ostatnie chwile Samitiera na boisku relacjonował dziennik ,,El Mundo Deportivo”: ,,Pepe Samitier, jeden z najbardziej podziwianych piłkarzy katalońskich, z najlepszą grą indywidualną, od dłuższego czasu zasługiwał na pożegnanie”. Ostatecznie Židenice wygrały trofeum dzięki większej liczbie….. wykonanych rzutów rożnych(9-8).


@Adran360
@Arkon
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
@Symson

0

Wczoraj obejrzałem zaledwie ostatnich 20 minut meczu z Getafe i choć generalnie nie wiem jak wygladała gra przez pierwsze 70 minut, to jednak podejrzewam że nie wiele lepiej niż przez te ostatnie 20 minut? Już po urywkach samych goli widać że nie był to dobry i ładny dla oka mecz. Potwierdza się to, że na takie drużyny nie ma takiej motywacji jak na ,,prześcieradła" czy Atletico. Do tego słabiutka skuteczność. Wynik wcale mnie nie dziwi, w końcu na ,,Coliseum Alfonso Perez" nie wygraliśmy od prawie 6 lat! Jeśli chcemy gonić jeden i drugi Madryt to bezwzgędnie musimy wygrać w niedziele z Valncią!

10

Czy wiemy że:

146 lat temu Reprezentacje Anglii i Wali rozegrały między sobą pierwszy mecz w historii, spotkanie trwało dwie połowy po 30 minut i zakończyło się wygraną Anglików 2-1 a gole zdobyli: Herbert Whitfeld 8 minuta, Thomas Sorby 20 minuta - William Davies 47 m. (lub 45). Był to 8 mecz Anglików w historii a 3 Walii, obie reprezentacje wcześniejsze spotkania rozegrały ze Szkocją.


@Symson
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Arkon
@Adran360

4

22

El Clasico w Copa del Rey:

18 stycznia 2012 roku Real Madryt poległ na Santiago Bernabeu z FC Barceloną 1:2 w pierwszym spotkaniu ćwierćfinałowym Pucharu Hiszpanii. Gole dla Barçy zdobyli: Puyol oraz Abidal, natomiast honorowego gola dla Królewskich strzelił nie kto inny jak Cristiano Ronaldo. Mecz został zapamiętany z dwóch powodów. Pierwszym z nich jest drugi(i ostatni) gol Erica Abidala w barwach Blaugrany. Francuz wykorzystał świetne podanie Messiego i ustalił wynik meczu. Cieniem na tym pojedynku rzuciła się jednak sytuacja z 68 min., gdy Pepe celowo nadepnął na ręke leżącego Messiego. Sytuacje zarejestrowały kamery, lecz nie widział jej arbiter, skończyło się więc bez wykluczenia z gry Portugalczyka. Komitet arbitrażowy hiszpańskiej federacji również postanowił nie karać Pepe za tę sytuację, choć była to recydywa obrońcy Realu, znanego z prowokacyjnych zachowań i fauli bez piłki. Dlaczego mnie(a być może i większość z was) to nie dziwi? Madryt nigdy nie był i nie będzie przychylny ,,naszemu” klubowi pod każdym względem i to się już raczej nigdy nie zmieni. Nie mam pojęcia kto zasiada w komitecie arbitrażowym ale podejrzewam że większość z nich jest przychylna tylko i wyłącznie Madrytowi!

Powspominajmy:





@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson

9

Żywe legendy FC Barcelony:

18 stycznia 1954 r. urodził się środkowy obrońca Antonio Olmo Rodriguez. Antonio wyróżniał się spokojem i umiejętnością przechwytywania piłki a także podaniami z dużej odległości. Zawodnik, który przeszedł przez system młodzieżowy, w 1972 roku został wypożyczony do Calelli, gdzie wkrótce pokazał swoją jakość. Ówczesny trener Barcelony Rinus Michels włączył Olmo do składu przedsezonowego w 1973 roku, ale obrońca kontynuował grę w drużynie B, Barçy Atlètic, aż do 1976 roku, kiedy został pierwszym członkiem zespołu, natychmiast zapewniając sobie miejsce w wyjściowej jedenastce i stając się reprezentantem drużyny międzynarodowej. Kibice Barcelony pamiętają silną współpracę środkowego obrońcy, którą Olmo stworzył z Miguelim. Niestety w kolejnych sezonach forma podupadała i już w wieku 30 lat przeszedł na emeryturę. 11 września 1984 roku klub oddał hołd obrońcy w meczu referencyjnym przeciwko Athletic Club, który był także okazją do pożegnania bramkarza Pedro Artoli.

@Symson
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Arkon
@Adran360

30

Feliz cumpleaños Pep!!! Josep Guardiola właśnie kończy dzisiaj 54 lata! No, Pepito(!) ileż ty mi chłopie dałeś radości oglądając mecze ukochanej Barcuni to głowa mała! Niechaj szczęście Tobie sprzyja a smutek omija. Kochany ,,Pepito”, życzę Ci nieustającego rozwoju i doskonalenia swoich umiejętności trenerskich. Niech każdy kolejny rok przynosi Ci nowe wyzwania i możliwości, które pozwolą Ci być jeszcze lepszym w tym, co robisz. Bądź inspiracją dla swoich podopiecznych i niech Twoja wiedza i doświadczenie budzą w nich chęć ciągłego doskonalenia się. Sto lat Pepula!!!


@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson

9

@FCBparasiempre
Rok 1998. Na ekranie telewizora egzotyczny pojedynek pomiędzy Meksykiem i Koreą Południową. Uwiedziony barwnym stylem Jorge Camposa i strzeleckimi popisami blondwłosego Luisa Hernandeza, ściskam kciuki za ekipę „El Tri”. Kiedy jednak Cuauhtemoc Blanco bierze pomiędzy stopy futbolówkę i w pewnym momencie niczym żaba przeskakuje obok zszokowanych rywali z Azji, prezentując swoje popisowe zagranie nazywane ,,cuauhteminą”, moich meksykańskich bohaterów jest już trzech. Niczym trzech ,,Mariachi”. Jednakże to właśnie tego ostatniego będzie dotyczył ten tekst. Cuauhtemoc Blanco Bravo urodził się 17 stycznia 1973 roku na obrzeżach Mexico City, metropolii uznawanej za jedno z najniebezpieczniejszych miejsc na ziemi. Swoje imię odziedziczył po ostatnim władcy Tenochtitlanu, historycznej stolicy Azteków. Ten żyjący na początku XVI wieku Tlatoani (tak tytułowano władców ludów Nahua) zginął z ręki konkwistadora Hernana Corteza. Jedna z legend głosi, że Cortez, który początkowo obiecywał Cuauhtemocowi bezpieczeństwo w zamian za poddaństwo, stracił azteckiego władcę na torturach, próbując wydobyć z niego informacje dotyczące miejsca ukrycia złotego skarbu. Jeśli twoim patronem jest tak barwna postać, to powoli staje się jasnym, że twoje życie nie będzie nudne. Tak też było w przypadku Blanco, którego życiorys i kariera, były pełne zwrotów akcji niczym latynoska telenowela. Młody Blanco wychowywał się w miejscu nazywanym Tepito, które było częścią składową stołecznej dzielnicy o nazwie… Cuauhtemoc. Tutaj moglibyśmy wrzucić standardowy szablon, dotyczący piłkarzy wychowywanych w dzielnicach charakteryzujących się biedą i przemocą, którzy byli zdeterminowani, by poprzez futbol przedostać się do lepszego świata. Znacie te historyjki na pamięć. Na brudnych ulicach Tepito umiejętności Cuauhtemoca dostrzegł niejaki Alvaro „Coca” Gonzalez, który był miejscowym łowcą talentów. To za jego sprawą młokos został wtłoczony w tryby szkoleniowe Club America, jednego z najbardziej utytułowanych zespołów w Meksyku. Pierwszą szansę debiutu w barwach Las Aguilas (Orły) dostał w 1992 roku, jednak przez pierwszych kilka sezonów odgrywał raczej rolę uczniaka, który ma zbierać piłkarskie szlify i przyglądać się bardziej doświadczonym kolegom z zespołu. Jednakże w momencie, w którym wydawało się, że Blanco dostaje wiatru w żagle i powoli zacznie wskakiwać na wyższy poziom, na jego drodze stanęły dwie przeszkody, które będą przewijać się przez całą ścieżkę jego zawodowej kariery. Pierwszą z nich był trudny charakter wychowanego w Tepito piłkarza. Druga była stworzona z krwi i kości, a nazywała się Ricardo La Volpe. Argentyński szkoleniowiec był trenerskim nemezis Blanco. Aczkolwiek to Cuauhtemoc jako pierwszy sprowokował trwający latami konflikt, przerywając jedną z odpraw opiekuna Club America i wyrzucając z siebie, co sądzi o jego pracy. A nie były to peany pochwalne… Wkrótce La Volpe nie było już w zespole. Jednakże nie było w nim także Blanco, którego Argentyńczyk zdążył wysłać na wypożyczenie do Necaxy. W ekipie z miasta Aguascalientes niesiony złością młodzian, wykazał się świetną formą strzelecką. W 18 meczach zaaplikował rywalom 11 goli. Dość powiedzieć, że wcześniej Cuauhtemoc zgromadził ich łącznie 15… w 113 grach. Na sezon 1998/1999 Blanco powrócił do macierzystego klubu. Niebawem nadarzyła mu się pierwsza okazja, by wbić szpilkę swojemu byłemu trenerowi. Gdy zdobył gola przeciwko prowadzonemu przez La Volpe Atlasowi, pobiegł w kierunku ławki rezerwowych, położył się na murawie i z ironicznym uśmiechem wpatrywał się w zażenowanego szkoleniowca. Kolejne dwa sezony udowodniły, że Blanco aspiruje do bycia najjaśniejszą gwiazdą klubu, którego był wychowankiem. 45 występów i 40 trafień miały być tylko tego potwierdzeniem. Media rozpisywały się o „Czarodzieju z Tepito”. Jego wyluzowany, zawadiacki, uliczny styl gry rodem z brudnych podwórek kradł serca rzeszy kibiców. Problem w tym, że Cuauhtemoc równie bezczelny co na boisku bywał także poza placem gry. Kapitalna forma napastnika nie uszła również uwadze sztabu szkoleniowego reprezentacji Meksyku. Pierwsze powołanie „Czarodziej z Tepito” otrzymał jeszcze w 1995 roku. Na wspomniane na wstępie mistrzostwa świata do Francji, Blanco jechał już jako pewny punkt kadry „El Tri”. Na mundialu zdołał popisać się golem w starciu z Belgią, ale to właśnie za sprawą jego znaku rozpoznawczego, czyli specyficznego zagrania zwanego ,,cuauhteminą”, utkwił najbardziej w pamięci kibiców, oglądających tamten turniej.

Swój największy międzynarodowy sukces piłkarz Club America odniósł rok później. Wówczas to był liderem ekipy, która sięgnęła po zwycięstwo w Pucharze Konfederacji. Smak tego triumfu był szczególny, ponieważ cała impreza odbyła się w ojczyźnie tequili i burrito, a finałowe starcie z Brazylijczykami na trybunach Estadio Azteca oglądało 85 tysięcy fanów. „Czarodziej z Tepito” z liczbą sześciu goli na koncie został wraz z Ronaldinho i Marzoukiem Al-Otaibim z Arabii Saudyjskiej królem strzelców turnieju. Udane występy na arenie reprezentacyjnej przyciągnęły wzrok kupców z zagranicy. Pierwsi sieci na Cuauhtemoca zarzucili włodarze hiszpańskiego Realu Valladolid. Jednakże okres spędzony przez Meksykanina na półwyspie Iberyjskim można spisać na straty. Wkrótce po przybyciu na Estadio Jose Zorrilla Blanco wyjechał na zgrupowanie kadry narodowej. Tam w ramach meczu kwalifikacyjnego do mistrzostw świata „El Tri” zmierzyli się z reprezentacją Trynidadu i Tobago. „Czarodziej z Tepito” zdołał wpakować rywalom dwa gole, nim w 73 minucie gry niejaki Ansil Elcock sfaulował go brutalnie, powodując zerwanie więzadła krzyżowego w prawym kolanie i wysyłając go na półroczną rehabilitację. Gdy Cuauhtemoc wrócił w końcu na murawę, był bardzo daleki od swojej optymalnej formy. Po sezonie 2001/2002 Valladolid podziękowało mu za współpracę. W Hiszpanii zagrał łącznie 23 razy i zdobył trzy gole. Wielu kibiców do dziś wierzy w to, że koszmarna kontuzja w meczu z Trynidadem, była głównym powodem, przez który Blanco nie zdołał rozwinąć skrzydeł na Starym Kontynencie. Zresztą Meksykanin już nigdy nie powrócił grać do Europy. Sam jednak podziela zdanie kibiców i twierdzi, że gdyby nie feralne zerwanie więzadeł to mógł trafić do Realu Madryt, który rzekomo monitorował jego dyspozycję. Zresztą gol strzelony z rzutu wolnego właśnie „Królewskim” jest najbardziej pamiętnym momentem Cuauhtemoca w czasie hiszpańskiego rozdziału jego kariery. Ansil Elcock natomiast oficjalnie przeprosił Blanco… 16 lat po całym zdarzeniu. Nie zmieniło to jednak faktu, że były trynidadzki piłkarz po dziś dzień jest nazywany w Meksyku „El carnicero”, czyli „rzeźnik.” „Czarodziej z Tepito” niczym bumerang powrócił znów do miejsca, w którym czuł się najlepiej, czyli do Club America. Tam znów zaliczył dwa udane sezony. Szczególnie kampania 2003/2004 była dla Blanco owocna, gdyż zaaplikował ligowym rywalom 20 goli. Duży wpływ na to mógł mieć fakt, że w klubie z Mexico City stanowisko szkoleniowca objął Leo Benhakker. Nie była to jednak pierwsza przygoda holenderskiego trenera z ekipą ze stolicy Meksyku. Benhakker sprawował już pieczę nad Las Aguilas w sezonie 1994/1995. To on jako pierwszy zaczął odważniej stawiać na młodego Blanco. Potrafił dotrzeć do psychiki krnąbrnego młodziana i spowodować, że Cuauhtemoc zaczął uwalniać pokłady drzemiącego w nim talentu. Niemal dekadę później chemia na linii trener-zawodnik istniała nadal. Jednakże gdy w pochodzącym z Tepito piłkarzu uruchamiała się mroczna strona natury, to nawet jego duchowy ojciec w postaci Benhakkera nie potrafił nad nim zapanować. Tak było w meczu 1/8 finału Copa Libertadores pomiędzy Club America, a brazylijskim Sao Caetano. Już w pierwszym spotkaniu Cuauhtemoc dał się rywalom we znaki, gdy po strzelonym golu prowokacyjnie tańczył pomiędzy obrońcami przeciwnika. W rewanżu było tylko gorzej. Orły musiały gonić wynik dwumeczu i Blanco nie wytrzymał presji w końcówce spotkania, uderzając jednego z zawodników Sao Caetano łokciem w twarz, za co obejrzał czerwoną kartkę. Całe wydarzenie podgrzało atmosferę do tego stopnia, że po ostatnim gwizdku arbitra na murawie odbyła się regularna bitwa, w którą wmieszali się kibice. Musiała interweniować policja. To kosztowało napastnika Orłów roczną dyskwalifikację z rozgrywek organizowanych przez CONMEBOL. Klub natomiast postanowił go ukarać roczną zsyłką na wypożyczenie do drużyny Veracruz. Działacze zespołu z Mexico City zdawali sobie jednak sprawę z tego, że pomimo permanentnych kłopotów, w które lubił się pakować Blanco, stanowił on nadal wartość dodaną dla Club America. W barwach Orłów Cuauhtemoc spędził zatem kolejne trzy sezony. Być może jego i Las Aguilas łączyła pewna metafizyczna więź? Wszak „Cuauhtemoc” oznaczało w języku Azteków „tego, który zstępuje jak orzeł”. Trzymanie w swoich szeregach klubowego weterana popłaciło. W 2005 roku Club America zwyciężył w rozgrywkach Clausura (W Meksyku jak w większości krajów latynoamerykańskich sezon dzieli się na dwie części – Aperturę i Clausurę). Rok później Las Aguilas zatriumfowali w Lidze Mistrzów CONCACAF. Przy okazji Blanco zgarnął dwie nagrody dla najlepszego gracza sezonu w lidze meksykańskiej. Oczywiście wszystko trzeba było okupić kolejnymi skandalami z udziałem niesfornego piłkarza. Mniejszymi, jak wtedy, gdy celebrował gola zdobytego przeciwko Celaya, udając psa oddającego mocz na linię bramkową, gdyż miał na pieńku z golkiperem rywala i większymi, jak wtedy, gdy uderzył dziennikarza TV Azteca Davida Feitelsona, co zostało uwiecznione na nagraniu. Żadne przeprosiny ze strony „Czarodzieja z Tepito” nie działały jednak na opinię publiczną tak skutecznie, jak jego widowiskowa gra. To ona stanowiła najlepszy balsam na niezabliźnione rany.

Chociaż na początku XXI wieku Blanco bezsprzecznie był jednym z najlepszych meksykańskich piłkarzy, weteranem dwóch mundiali, na których trafiał do bramki rywala, to w 2006 roku zabrakło dla niego miejsca w kadrze udającej się na niemiecki czempionat. Powód? Lata 2002-2006 to okres, kiedy pieczę nad zespołem „El Tri” przejął stary znajomy Cuauhtemoca – Ricardo La Volpe. Jak nie trudno się domyślić, permanentne pomijanie asa Club America przy powołaniach, było pokłosiem dawnego konfliktu obydwóch panów. ,,Pójdźcie zapytać Bielsy, dlaczego nigdy nie grał Crespo z Batistutą. Każdy trener ma swoją wizję futbolu. To głupoty, które wchodzą mi jednym i wychodzą drugim uchem. Cuauhtémoc jest bez cienia wątpliwości wzorem, ale to nie Maradona czy Pelé. W Meksyku mamy też innych zawodników, którzy tworzyli historię. Nie umieściłbym go w pierwszej dziesiątce najlepszych meksykańskich piłkarzy”- tłumaczył swoją decyzję argentyński szkoleniowiec. ,,La Volpe? To wielki trener. Nie wiem jednak, dlaczego nie zabrał mnie na mundial. Bardzo mnie to zabolało. Myślę, że to wszystko z powodu zaszłości sprzed lat. Chciał się na mnie odegrać. Kiedy miałem 20 czy 21 lat nie podskakiwałem starszym. Trener starał się jednak mnie złamać. Mówił wiele nieprzyjemnych rzeczy. Starał się upokarzać młodych piłkarzy. Takich rzeczy się nie zapomina. Obrażał nas, zawsze tylko tych młodych. To wielki trener, ale gdyby miał lepsze podejście do piłkarzy, byłby o wiele lepszy. Dla mnie reprezentowanie mojego kraju jest powodem do dumy a kiedy grają hymn, serce mi pęka, chce mi się płakać”- nie krył swojego wzruszenia meksykański gwiazdor. W 2007 roku Blanco postanowił jeszcze raz opuścić Meksyk i spróbować swoich sił za granicą. Tym razem nie przemierzał jednak bezkresu oceanu, by dotrzeć do Europy. Udał się do Chicago, gdzie przywdział barwy grającego w lidze MLS Fire. Dokonał tego w tym samym czasie co David Beckham, który dołączył do LA Galaxy. Chociaż nie można było porównać w żaden sposób wagi marketingowej obydwóch ruchów, to na boisku różnica między Becksem, a Blanco wcale nie była szczególnie widoczna. ,,Blanco pojawił się i od razu był bardziej skuteczny jako gracz od Beckhama, ale miał też oddźwięk w innej grupie fanów. Nie był supergwiazdą w oczach wszystkich, ale był supergwiazdą dla meksykańskiej i meksykańsko-amerykańskiej społeczności w Chicago”- Nick Firchau, dziennikarz ,,Evening Tribune”. „Czarodziej z Tepito” podbił serca fanów ze Stanów Zjednoczonych. Gwarantował im to, co dla amerykańskiego kibica liczy się najbardziej – show. Cuauhtemina, gaszenie silnych półgórnych piłek tyłkiem, dwudziestometrowy rozbieg przy rzucie karnym… To część repertuaru zagrań meksykańskiego piłkarza. Przygodę z Chicago Fire zakończył z liczbą 62 spotkań, 16 goli i 26 asyst na koncie. ,,Na pierwszy rzut oka jego ciało wydawało się niezgrabne. Patrzyłem na niego i myślałem, że łatwo dam sobie z nim radę, a potem wchodziłem z nim w pojedynek jeden na jeden i za każdym razem przegrywałem. Niesamowite”- C.J. Brown, były piłkarz Chicago Fire. Niepotrzebne okazały się też obawy sztabu szkoleniowego o to, czy Blanco nie rozsadzi szatni od środka. Cuauhtemoc szybko stał się duszą towarzystwa, a swój nieprzeciętny temperament rozładowywał, wykręcając kolegom z zespołu rozmaite dowcipy. Po przygodzie z ligą MLS Blanco powrócił do ojczyzny, by przez kilka kolejnych sezonów powłóczyć się jeszcze po rozmaitych klubach. Jeżeli jednak sądzicie, że miał tam zamiar jedynie odcinać kupony, to grubo się mylicie. Z Dorados i Publą sięgnął po Puchar Meksyku, a z Irapuato zwyciężył w rozgrywkach 2 ligi. Przy okazji wrócił do reprezentacji Meksyku i załapał się na mistrzostwa świata w RPA, gdzie jego gol z rzutu karnego wyrzucił poza nawias turnieju, skłóconą kadrę Francji, prowadzoną przez Raymonda Domenecha. Zresztą egzekutorem jedenastek od zawsze był wybornym. W całej karierze zmarnował zaledwie dwa z 73 wykonywanych przez siebie uderzeń z wapna. Ostatecznie jego licznik reprezentacyjny zatrzymał się na 120 występach i 39 golach. Do tego w gablocie ma dwa złote medale za zwycięstwo w Złotym Pucharze CONCACAF i wspomniany wcześniej triumf w Pucharze Konfederacji. Buty na kołku zawiesił ostatecznie w 2016 roku, mając na karku 43 lata. Zagrał wówczas po raz ostatni w koszulce Club America. Dostał od trenera 36 minut w spotkaniu z Morelią. Taki ukłon w kierunku zasłużonego gracza. Powrót na ostatnie spotkanie ligowe, by dopiąć klamrę kariery. Na jego plecach widniał numer „100”, który upamiętniał stulecie ukochanego zespołu. Na pożegnanie udało się obić poprzeczkę rywala. Szkoda, że tamto uderzenie nie wpadło. Być może po raz ostatni w karierze Cuauhtemoc mógłby wykonać charakterystyczną cieszynkę, imitującą łucznika. Blanco podpatrzył ją podobno u hiszpańskiego napastnika Kiko, byłego piłkarza Atletico Madryt. Część opinii publicznej uważa jednak, że gest ma na celu złożenie hołdu rdzennej ludności indiańskiej. Potomkom Azteków. Cóż, ta wersja bardziej pasowałaby do szalonego życiorysu piłkarza…

Jeszcze w czasie trwania piłkarskiej przygody Cuauhtemoc zagrał w jednej z meksykańskich telenoweli „Triumf miłości.” Odgrywał tam rolę strażaka Juanjo. Jak bywa w tego typu produkcjach, bohater grany przez Blanco najpierw zginął, by następnie w zaskakujących okolicznościach powrócić do produkcji, jako człowiek, który sfingował swoją śmierć. W latach 2016-2018 legenda meksykańskiej piłki sprawowała urząd burmistrza miasta Cuernavaca z ramienia Partii Socjaldemokratycznej. Oskarżano go w tym czasie o łapówkarstwo, a nawet zlecenie zabójstwa lokalnego biznesmena, zamieszanego w interesy z kartelami narkotykowymi. Część opinii publicznej domagała się odwołania byłego futbolisty z urzędu. Blanco zareagował na te zarzuty, organizując strajk głodowy. Oskarżenia ostatecznie wycofano. Mało tego. Polityczne ambicje „Czarodzieja z Tepito” sięgały wyżej niż urząd burmistrza. W październiku 2018 roku Blanco został wybrany gubernatorem stanu Morelos. Oczywiście całej sytuacji znów towarzyszą kontrowersje. Cuahtemocowi zarzuca się nepotyzm. W dodatku byłej gwieździe Club America umorzono dług podatkowy wynoszący 16 tysięcy dolarów, a przestępczość w regionie znacznie wzrosła. To co? Czas na urząd prezydenta? Postać Cuahtemoca Blanco dzieli Meksykanów na tych, którzy go kochają i tych, którzy go nienawidzą. Zawodnik permanentnie znajduje się z kimś w konflikcie. Ricardo La Volpe, Rafa Marquez, Jorge Campos… wszyscy oni musieli się publicznie mierzyć z jego gniewem. Obecnie natomiast Blanco brnie w polityczne wojenki, w których w gruncie rzeczy powinien się czuć jak ryba w wodzie. Ciężko jednak zaprzeczyć słowom Toma Marshalla z ESPN, który powiedział kiedyś o nim: ,,Konflikty, bójki, piękne gole, intensywność i pasja, z jaką blanco żył zarówno na boisku i poza nim, pozostawiły głęboki ślad w meksykańskim futbolu i barwną historię, namalowaną przez postać, jakiej obecnie w futbolu brakuje”.

8

Geniusz na wojnie ze wszystkimi(w odpowiedzi na komentarz):
@Adran360
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

1

@Ogorinho1974 O jak miło:) No to moje gratulacje!

10

,,Celestes” u siebie? Nie do pokonania!

17 stycznia 1967 r. Urugwaj pokonał Boliwie 4:0 na Estadio Centenario w meczu otwarcia 29 edycji Copa America. Po raz pierwszy w historii wystąpił absolutny kopciuszek latynoskiego futbolu a mianowicie Wenezuela. Tym samym po 51 latach od założenia CSF ostatni członek tej organizacji dołączył wreszcie do grona uczestników Pucharu Ameryki. Ilekroć turniej toczył się w Montevideo, niezmiennie na najwyższym podium stawali gospodarze. Było zatem jasne iż między nimi i Argentyną rozegra się główna batalia o mistrzostwo. Boliwia natomiast mimo niezłej gry Blacutta, grała wprost beznadziejnie, ulegając nawet 0:3 wenezuelskiemu debiutantowi. Niewiele lepszy był Paragwaj, zespół bez oblicza i bez wielkich indywidualności. Nie najgorzej za to wypadło Chile, któremu udało się urwać cenny punkt samemu Urugwajowi. Uwagę publiczności i obserwatorów przykuli zwłaszcza dwaj zawodnicy: Elias Figuerora Brander oraz Ignacio Prieto Urrejola. W zasadzie od początku turnieju liczyły się tylko Urugwaj i Argentyna. Gospodarze stracili punkt z ambitnym Chile, podczas gdy Albicelestes szli jak burza od zwycięstwa do zwycięstwa, w przededniu ostatniego meczu gromadząc 8 punktów, podczas gdy Celestes zebrali ich tylko 7. Wszystko zatem miało się rozstrzygnąć w ostatnim(de facto finałowym) starciu tych gigantów. Urugwajczyków poprowadził do decydującego boju ojciec zwycięstwa z 1959, sędziwy Juan Corazzo, zaś Argentyńczyków równie wiekowy Renato Cesarini. Wieczór 2 lutego 1967 był pochmurny aż wreszcie lunęło jak z cebra. W gęstym deszczu toczyło się to zacięte spotkanie, w którym linie obronne górowały nad ofensywnymi. Celestes nawiązali do chwalebnej tradycji swej ,,garra uruguaya”, zajadłej walki do upadłego o każdą, nawet pozornie beznadziejną piłke. W ich szeregach wyróżniało się szczególnie dwóch zawodników. Bramkarz Ladislao Mazurkiewicz, z pochodzenia Polak, o którym napisze przy okazji jego urodzin(14 luty) oraz rozgrywający Pedro Virgilio Rocha, którego Pele zaliczył do grona ,,pięciu najlepszych napastników świata”. Właśnie ten król środka pola zapewnił Urugwajowi Puchar Ameryki tego turnieju. W 74 minucie bezlitośnie wykorzystał potknięcie Rattina na śliskiej nawierzchni, przejął jego zbyt krótkie podanie i pokonał bramkarza Rome. Był to trzeci w dziejach Copa America zwycięski gol dla Urugwaju strzelony w kierunku szczęśliwej trybuny Colombes. Tych dwóch asów Celestes miało oparcie w zwartej, ambitnej drużynie, w której wyróżniali się ponadto pomocnik Mujica, obrońca Cincunegui oraz napastnicy Domingo Perez i Hector Salva. Na koniec trzeba jeszcze nakreślić sylwetke króla strzelców. Został nim wybitny argentyński snajper Luis Artime, który w tym turnieju uzyskał 5 goli. Dodam jeszcze że Artime w reprezentacji Argentyny rozegrał 25 spotkań strzelając 24 gole. Luis do perfekcji absolutnej doprowadził technikę użytkową a zwłaszcza technikę strzału. Nie gustował w dryblingach, nie kręcił finezyjnych kółeczek, tylko podawał, przyjmował piłke albo też bez przyjęcia strzelał. Pojawiał się na polu karnym niczym zjawa aby w tej jednej najbardziej sprzyjającej sekundzie przyłożyć głowe lub noge do piłki. Szybki ruchliwy, sprytnym manewrem potrafił wyprowadzić w pole każdego obrońcę. Grał czysto, będąc pod każdym względem ideałem sportowca w nieco staroświeckim rycerskim stylu. Wspaniały kolega, gentelmen w każdym calu, zaskarbił sobie zasłużenie powszechny podziw i sympatie w całej Ameryce. Jednak nawet tak wspaniały atak z Artime, Bernao, Rojasem i Masem wyszczerbił sobie zęby na urugwajskiej obronie. To był ostatni turniej rozgrywany wedle tradycyjnej formule, czyli każdy z każdym. W następnej edycji Copa America(1975) wprowadzono rywalizacje w grupach.

@Symson
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@Adran360

0

@Ogorinho1974 O tym Gałeczka to nie słyszałem ale o Jarosiku a tym bardziej Mazurze jak najbardziej! Natomiast pan Szaryński jeszcze żyje, miałes okazje się z nim spotkać?

11

Wybitne legendy futbolu:

17 stycznia 1906 r. w Buenos Aires urodził się Guillermo Stabile, Wicemistrz Świata(1930), Król strzelców I Mistrzostw Świata(1930) oraz Sześciokrotny Zdobywca Copa America jako trener(z kadrą Argentyny). W roku 1930 odbywały się pierwsze w dziejach Mistrzostwa Świata gdzie Guillermo strzelił w nich 8 goli co dało mu koronę pierwszego króla strzelców na Mundialu a zaczynał je jako rezerwowy(nie zagrał tylko w pierwszym meczu z Francją). W debiucie na Mundialu popisał się hat-trickiem w spotkaniu z Meksykiem(pierwszym w historii mistrzostw) a potem zdobywał gole w każdym kolejnym meczu-z Chile dwa, Stanami Zjednoczonymi również dwa a w finale z Urugwajem jeden gol. Stabile nie miał nawet 170 cm wzrostu ale był bardzo szybki i świetny technicznie, coś w rodzaju Leo Messiego. Jego rekord życiowy na sto metrów wynosił 11 sekund! Nazywano go ,,El Filtrador’’ co miało oddawać umiejętność przejścia przez nawet najbardziej szczelną obronę przeciwnika. Cieszył się szacunkiem także dlatego iż grał bardzo fair. Karierę piłkarską rozpoczynał w argentyńskim Huracan Buenos Aires. Szybko wywalczył sobie miejsce w pierwszym składzie drużyny. Był niezwykle skuteczny, potrafił z zimną krwią wykorzystać każdy błąd rywala. Po dwunastu latach spędzonych na krajowym podwórku został kupiony przez włoską Genuę. Po zaledwie roku pozyskali go działacze Napoli, by po kilku miesiącach oddać go ponownie Genui. Kilka poważnych kontuzji i brak szczęścia nie zagwarantowało mu sukcesów w Serie A. Nie powiodło mu się również w Red Star Paris(chociaż namawiano go do zmiany obywatelstwa i obiecywano grę w reprezentacji) i tuż przed wojną wrócił do Argentyny. Natomiast zrobił wielką karierę jako trener. Od roku 1941 do 1958(i krótko w 1960) prowadził reprezentację Argentyny, pracując jednocześnie w klubach. Trzy razy z rzędu zdobył z Racingiem Mistrzostwo Argentyny(1949-1951). Reprezentację kraju doprowadził 6 razy(!) do tytułu mistrza Ameryki Południowej(Copa America). Po raz pierwszy po wojnie wywalczył z Argentyną awans na Mundial w Szwecji(1958). Wychował wielu argentyńskich piłkarzy, którzy przeszli do historii futbolu od Alfredo di Stefano, Adolfo Pedernery, Angela Labruny i Felixa Lustau po Oresta Corbattę, Omara Sivoriego, Humberto Maschio i Jose Sanfilippo. Był wykładowcą w wyższej szkole wychowania fizycznego, komentatorem radia Libertad a pieniądze zdobyte na boisku pomnażał w branży cukierniczej. Był w swojej ojczyźnie bardzo popularny i bogaty. Zmarł w roku 1966 w wieku 60 lat.

@Adran360
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
@Symson
@Sysia11

12

Zapomniane legendy rodzimego futbolu:

17 stycznia 1947 r. w Szczecinie urodził się Władysław Szaryński, jeden z ciekawszych napastników polskiego futbolu. ,,Kiedy zmieniałem klub mówili że zdradziłem Szczecin, lecz tylko ja wiem że gdy wybierałem się do odsłużenia wojska w Zawiszy Bydgoszcz, ryczałem jak bóbr. Tak samo, gdy jechałem na dworzec na pociąg do Rybnika. Musiałem opuścić rodzinne miasto bo chciałem grać w ekstraklasie”- opowiadał Szaryński, jeden z nielicznych szczęściarzy, którzy wystąpili w polskiej drużynie w finale europejskiego pucharu. Wychodząc w podstawowym składzie Górnika Zabrze na finałowy mecz Pucharu Zdobywców Pucharów z Manchesterem City, czuł jak nigdy że te wszystkie poświęcenia miały sens. Dopiero co skończył 23 lata, a tu w ataku u boku Banasia i Lubańskiego zaraz miał rozpocząć mecz, który przykuwał uwagę już nie tylko całej piłkarskiej polski ale również Europy. Zabrzanie przegrali 1:2, lecz ich wyczyn wciąż jest nieosiągalny dla jakiegokolwiek innego polskiego klubu. Szaryński już wcześniej dołożył cegiełke do sukcesu. W walce o ćwierćfinał z Glasgow Rangers na Stadionie Śląskim ,,huknął” z ponad 20 metrów tak kapitalnie że ponad 70 tys. ludzi przez minutę biło mu brawo na stojąco! To był gol na 2:0, gospodarze ostatecznie wygrali 3:1 i ze spokojem mogli jechać na rewanż do Glasgow, gdzie również pokonali Rangersów 3:1!

Do Zabrza Szaryński trafił z ROW Rybnik i był to jeden z kilku skomplikowanych transferów w jego karierze. Zawsze uparcie pchał się wyżej i efekty były dość zaskakujące jak na tamtą piłkarską epoke, ponieważ w ekstraklasie występował w aż 5 klubach(Arkonia Szczecin, Zawisza Bydgoszcz, Row Rybnik, Górnik Zabrze i Zagłębie Sosnowiec). W 1974 został właśnie piłkarzem Zagłębia i znowu była to transferowa niespodzianka. Zagłębie na półmetku zajmowało ostatnie miejsce w tabeli, na gwałt potrzebowało wzmocnień. Problemem podobno osobiście zainteresował się Edward Gierek. Nic dziwnego że transakcja doszła do skutku. Szaryński bardzo pomógł nowemu klubowi w utrzymaniu a w 1977 i 1978 jako kapitan zdobywał z nim Puchar Polski. Jeżeli nawet mógł mieć żal że Górnik tak łatwo pogodził się z jego odejściem, na koniec nie powinien był narzekać, bo zdążył zostać jedną z legend Zagłębia Sosnowiec. ,,Jestem wdzięczny losowi że tyle w piłce osiągnąłem. Wcale nie miałem łatwo, wiele było zakrętów, gróźb dyskwalifikacji, łez i niepewności, więc tym bardziej trzeba się cieszyć”- zapewniał Władysław Szaryński.

@Symson
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Adran360

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?