1

@Munio A tego dowiesz się odemnie 5 lutego, gdyż wtedy Barcunia zagrała rewanż na Camp Nou. Natomiast jeśli jesteś niecierpliwy to wygugluj sobie Superpuchar Europy 1980

0

@Culer9002 O co chodzi w tym okienku tego iksa?

10

Blaugrana w europejskich pucharach:

30 stycznia 1980 r. FC Barcelona przegrała na ,,City Ground” z Nottingham Forest w pierwszym meczu o Superpuchar Europy. Jedynego gola w meczu strzelił George w 9 minucie. Obie drużyny nie mogły się wcześniej porozumieć w sprawie odpowiedniego terminu dwumeczu, dlatego rozegrano go dopiero 8 miesięcy po wygraniu przez Barçe Pucharu Zdobywców Pucharów a przez Nottingham- Pucharu Europy. Z pierwszego spotkania w Anglii Blaugrana wywiozła minimalną porażke, co dawało realne szanse w rewanżu. Dobre zawody wśród Katalończyków rozegrali jedynie bramkarz Artola, któremu sprzyjało szczęście(trzy uderzenia gospodarzy w słupek) i Asensi.

@Adran360
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

0

@FcPortoFan1999 Dokładnie tak!

0

@FcPortoFan1999 W tych eliminacjach kibicuje tylko i wyłącznie Argentynie, również na mundialu im będe kibicował, co akurat nikogo nie powinno dziwić...

0

@FcPortoFan1999 Absolutnie nie!

0

@FcPortoFan1999 No i bardzo dobrze! Nie mam ochoty oglądać tych patałahów i wstydzić się za nich....

0

@Lionel_Messi10 Dla mnie osobiście to jest chore, wręcz skandaliczne dopuszczanie przez redakcje wypowiadania się na tematy nie związane ze sportem a zwłaszcza polityczne. O co im tak naprawde chodzi że pozwalają na tematy nie związane wogóle ze sportem? Ta redakcja jest jakaś nienormalna!

0

@FcPortoFan1999 Oby się nie doczłapała bo moim zdaniem będzie jeszcze gorzej niż na Euro...

9

Zapomniane legendy polskiego futbolu:

29 stycznia 1941 r. w Bytomiu urodził się Henryk Paweł Apostel, polski piłkarz, trener piłkarski i działacz. Od 1977 do 1984 roku był szkoleniowcem reprezentacji Polski do lat 18 i 21; tę pierwszą dwukrotnie doprowadził do drugiego miejsca w mistrzostwach Europy. Wyników z pracy z młodzieżą nie powtórzył z dorosłą kadrą, którą prowadził w latach 1993 - 1995. Równolegle z sukcesami pracował m.in. w Śląsku Wrocław i Lechu Poznań. Od 1999 do 2008 roku był wiceprezesem do spraw szkolenia w Polskim Związku Piłki Nożnej. Grał na pozycji środkowego pomocnika. Jest wychowankiem Rozbarku Bytom, ale po 9 latach spędzonych w tym klubie przeszedł do lokalnego rywala Polonii. Razem z Polonią zdobył w 1962 roku mistrzostwo Polski. W tym samym roku zadebiutował w reprezentacji Polski w towarzyskim meczu z Marokiem. Był to jego jedyny występ w kadrze narodowej. Najlepsze piłkarskie lata spędził w warszawskiej Legii, z którą zdobył mistrzostwo oraz dwa Puchary Polski. W 1969 roku wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Po powrocie był zawodnikiem Śląska Wrocław, Polonii Warszawa i krótko Legii. Piłkarską karierę zakończył w 1976 roku w wieku 35 lat.

@Adran360
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson
@Stinger_

0

@Bajson No to nawet jeśli, to bardzo wątpie w taką kanonade. Włosi bardzo solidnie grają w defensywie i jeśli mieliby stracić 5 goli, to chyba tylko grając w osłabieniu...

0

Kanonada? z Atalantą??? Oj żeby się pan panie Darku nie zdziwił po 7:1 z Valencią, jak z Atalanta zjedziemy na 1:1 bądź 2:2(!), co i tak będzie niezłym wynikiem. Valencia a Atalanta, to na dzień dzisiejszy niebo i ziemia, jeśli chodzi o prezentowany poziom...

9

Awans na ,,piątke” w Copa del Rey:

Po zapewnieniu sobie prowadzenia 4-1 w pierwszym meczu z Levante w Walencji , FC Barcelona była w stanie wygodnie doprowadzić do szczęśliwego zakończenia meczu na Camp Nou. Wszystkie bramki zdobyli piłkarze Barcelony, chociaż Sergi Roberto strzelił gola do własnej bramki. Barça była prowadzona przez dwa gole Alexisa Sancheza, ale bramki zdobyli także Adriano Correia , Carles Puyol i Cesc Fabregas. Gerardo Martino kontynuował swoją politykę rotacji, a tylko dwóch graczy, którzy zaczęli w weekend przeciwko Maladze, Cesc i Alexis, rozpoczęło mecz rewanżowy przeciwko Levante. Tak, Tata Martino dokonał dziewięciu zmian w składzie wyjściowym, a Dani Alves , Xavi i Sergio Busquets nie zostali nawet powołani na ławkę rezerwowych. Zaraz po gwizdku otwierającym mecz Barcelona przejęła kontrolę nad piłką. Już po czterech minutach dobre połączenie niemal doprowadziło do objęcia prowadzenia przez Barcelonę za sprawą Cristiana Tello. Alexis posłał piękne dośrodkowanie w pole karne z prawej strony, gdzie Javi Jimenez zdołał je przejąć tuż przed tym, jak Tello z pewnością skierowałby piłkę głową do siatki. Tello miał kolejną szansę w następnej minucie po tym, jak Issam El Adoua stracił piłkę, ale Jimenez dobrze zamknął przestrzeń i wykonał dobrą obronę. W następnej akcji, osłaniając piłkę przed rzutem od bramki, Adriano upadł i z jego reakcji nie wynikało, że wróci. Biorąc pod uwagę jego historię kontuzji, nie byłoby to nawet najmniejszym zaskoczeniem, ale udało mu się otrząsnąć i wrócić na boisko. Nieliczni kibice na przemoczonym Camp Nou nie musieli długo czekać na pierwszą bramkę meczu. Już po dziewięciu minutach Levante wywalczył rzut rożny po tym, jak liniowy nie zauważył wyraźnego spalonego. Kolejna zła decyzja, a dokładnie jej brak, została podjęta przy samym rzucie rożnym, ponieważ Loukas Vyntra wyraźnie ściągnął Carlesa Puyola, co pozwoliło greckiemu reprezentantowi wygrać główkę i „fachowo” odbić piłkę od pleców Sergiego Roberto i wrzucić ją do siatki. Blaugrana nie wyglądała na zbyt groźną w ataku na początku, ale ilekroć pojawiała się szansa, zdawała się przechodzić przez Alexisa. Na przykład Chilijczyk był w samym środku akcji w 17. minucie, kiedy świetne połączenie między nim a Martinem Montoyą stworzyło szansę dla Roberto na środku. Jednak dośrodkowanie pomocnika zostało zablokowane na rzut rożny, co spowodowało dośrodkowanie, które minęło wszystkich.



Po około dziesięciu minutach, w których żadna z drużyn nie stworzyła dosłownie niczego, Adriano, zupełnie znikąd, wyprodukował jednego ze swoich tak niecelnych ,,golazo”. Otrzymał piłkę po niewinnym podaniu od Andresa Iniesty, ale to, co nastąpiło, było wszystkim, tylko nie niewinne. Adriano bez wahania oddał strzał z 25 jardów i nie dał Jimenezowi szansy na powstrzymanie celnego strzału przed wyrównaniem wyniku.

FC Barcelona pozwoliła Levante na niewiele w pozostałym czasie pierwszej połowy, ale też miała problemy z przebiciem się przez dobrze zorganizowaną obronę. Ale potem, w 44. minucie, po rzucie rożnym wszystkich zagrań, objęli prowadzenie. Puyol był w stanie wbiec w idealnie umieszczony rzut rożny Tello i skierował piłkę głową do bramki, strzelając swojego pierwszego gola od 16 stycznia ubiegłego roku. Żadna z drużyn nie była w stanie zagrozić zmianą wyniku w pozostałym czasie, chociaż obie w krótkim czasie, który pozostał, wbiegły w pole karne przeciwnika. Wynik pozostał więc 2-1 na korzyść Barcelony, co dało Katalończykom prowadzenie 6-2 w sumie na zaledwie 45 minut przed końcem. Barça dokonała zmiany w przerwie i ponownie to Iniesta zagrał tylko jedną połowę przeciwko Levante. Jednak tym razem nie został zmuszony do opuszczenia boiska z powodu kontuzji, został zdjęty, aby odpocząć przed ważniejszymi meczami. Ponieważ został zastąpiony przez napastnika, Pedro, Cesc przesunął się na pozycję Iniesty w pomocy, a Alexis na pozycję Fałszywej Dziewiątki. Nie zajęło Barcelonie długo podwojenie prowadzenia. W 50. minucie Tello zagrał genialne podanie prostopadłe do Montoyi, który jakimś sposobem znalazł się sam na środku (!). W tym momencie nie jestem pewien, czy próbował podać piłkę, czy przelobować bramkarza, ale w każdym razie piłka trafiła w ręce Jimeneza do Alexisa, który po prostu wpakował ją do pustej bramki. Alexis dorzuciłby jeszcze jedną niecałą minutę później, ale grę ponownie rozpoczął Tello, który oddał strzał z 20 metrów. W drodze przez obronę piłka odbiła się od obrońcy, co zmusiło Jimeneza do świetnej obrony. Piłka odbiła się od poprzeczki i zatrzymała się około dwóch stóp od bramkarza Levante. Wiedząc, gdzie znajduje się zawodnik, Jimenez nie wykazał się pilnością, aby przykryć piłkę, ale niedocenił szybkości Alexisa, który dotarł tam pierwszy, aby zdobyć swojego drugiego gola w meczu. Wyrównując wynik z pierwszego meczu po zaledwie 52 minutach, Barcelona nie zwolniła tempa. Nadal stwarzali okazje, a Levante trochę się otworzyło. Alexis wyglądał szczególnie żywo, próbując skompletować hat-tricka, sprawiając mnóstwo problemów Jimenezowi, który miał problemy nawet z wybiciem piłki obok Chilijczyka. W międzyczasie Pedro również próbował dołączyć do festiwalu bramek, ale jego strzał został dobrze obroniony przez Jimeneza. Zamiast tego to Cesc został wpisany na listę strzelców w 69. minucie. Alexis znalazł Cesca po prawej stronie pola karnego, który był w stanie stworzyć wystarczająco dużo miejsca, aby oddać strzał, który znalazł się między nogami Juanfrana i zaskoczył Jimeneza, który wydawał się być w dobrej pozycji, aby obronić. Ale piłka wylądowała w siatce, a Cesc natychmiast zszedł z boiska, ponieważ zastąpił go Ibrahim Afellay. W 78. minucie Tata Martino dokonał ostatniej zmiany, która spowodowała, że wielu graczy zmieniło swoje pozycje, ponieważ to Javier Mascherano zastąpił Alexisa. Mascherano grał ostatnie około 15 minut jako defensywny pomocnik, podczas gdy Alex Song przesunął się nieco do przodu i zajął miejsce Roberto, który przesunął się jeszcze dalej i został trzecią fałszywą dziewiątką Barcelony w tym meczu. Po strzeleniu piątego gola w meczu Barça nie grała z takim samym zapałem w ataku jak wcześniej, co zwykle robi, chyba że przeciwnik zmniejszy przewagę. Barcelona była w stanie zaprezentować kilka dobrych zagrań podaniowych, które mogły skutkować szansą na zdobycie gola, ale ponieważ niewielu próbowało się otworzyć, bramka Jimeneza nie była ponownie zagrożona i Barcelona awansowała do półfinału, wygrywając w sumie 9-2.

@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon

2

@Safrani To prawda. Miał nieziemskie ,,odejście" z piłką. Ja go widziałem tylko na mundialu w USA, ewentualnie w jakimś meczu Ligi Mistrzów, który transmitowała ,,jedynka" ale tego to już nie pamiętam. To był jeden z najbardziej wyjątkowych i niedocenianych ,,dziewiątek" w dziejach futbolu i chyba większość się ze mną z tym zgodzi...?

10

Feliz cumpleaños panie da Souza Faria! Z okazji 59 urodzin!

29 stycznia 1966 r. w Rio de Janeiro urodził się Romario da Souza Faria. Napastnik o pseudonimie ,,Baixinio”(po polsku Malutki), jak wielu innych Brazylijczyków, swoją karierę w Europie rozpoczynał w 1988 r. w klubie z ligi o średnim prestiżu a mianowicie w PSV Eindhoven. Do FC Barcelony przybył w 1993 r. Trenerem, którego chciał i ściągnął Brazylijczyka do stolicy Katalonii był nie kto inny jak sam Johan Cruyff. ,,W moim pierwszym sezonie będę królem strzelców La Liga i strzelę 30 goli!”- takie właśnie słowa padły z ust Romario gdy przechodził do Barçy. Ktoś powie: ,,Niezły żartowniś z niego albo zarozumialec.” Nie wielu zawodników na świecie może sobie pozwolić na tak buńczuczne wypowiedzi przed sezonem ale jeszcze mniej(jeśli w ogóle ktokolwiek) jest w stanie sprostać takiemu zadaniu. Już w debiucie przeciwko Realowi Sociedad ustrzelił hattricka! Szybko doszedł do porozumienia ze Stoiczkowem i stworzyli cudowny duet. To zdumiewające ale jednak Romario dopiął swego zdobywając 30 gola w ostatnim wygranym spotkaniu z FC Sevilla. Zapewne zrobiłby to wcześniej, gdyby nie zawieszenie po incydencie z Diego Simeone. Snajperem był wybitnym to nie ulega wątpliwości, jednak po wygranym Mundialu w USA Brazylijczyk przedłużył sobie wakacje bez przyczyny, czym mocno rozgniewał Johana Cruyffa. Konflikt wygrał Johan a Romario musiał odejść do Flamengo, lecz czy drużyna na tym zyskała? Romario nadal zdobywał niesamowite gole już w Brazylii i aż strach pomyśleć co by było gdyby nadal grał w barwach Blaugrany?

@Adran360
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson
@Stinger_

1

@blakkudium A gdzie Lookman?

1

@Safrani Jasio, jakby nie patrzeć to wybitna postać polskiego futbolu i przydałby się ,,nam" w Widzewie. Teoretycznie wszystko jest możliwe ale jeśli układa mu się w Górniku to raczej tam pozostanie. Poza tym ekspert od Extraklasy FCPorto1999 więcej ci powinien wyjaśnić...

11

Legendy senegalskiego futbolu:

28 stycznia 1978 r. urodził się Papa Bouba Diop, pomocnik. Bohater senegalskiej reprezentacji z mistrzostw świata w 2002 r. dorastał na ulicach Dakaru. Pierwsze lekcje piłkarskiego rzemiosła odbierał w juniorskim zespole Ndeffann Saltigue, skąd w 1995 r. trafił do klubu ASC Diaraf. Już po roku gry w klubie został zawodnikiem pierwszego zespołu, który na krajowej arenie bił się o najwyższe laury. Dobra postawa w lidze zaowocowała też powołaniem do juniorskiej reprezentacji kraju, ale żeby w pełni wykorzystać swoje możliwości, Papa Bouba Diop musiał pójść krok dalej. To oznaczało, że nadszedł czas, żeby spróbować swoich sił w Europie. Pierwszym przystankiem Diopa na Starym Kontynencie była położona pośród alpejskich szczytów Szwajcaria. Kraj o tak odmiennym krajobrazie od senegalskiego musiał zrobić na młodym chłopaków duże wrażenie. Angaż w Neuchâtel Xamax załatwił mu brat, ale najpierw Diop przez rok musiał ogrywać się w trzecioligowym Vevey Sports. Miało to pomóc mu w szybszej adaptacji do nowego otoczenia, choć jak sam wspominał, był to dla niego trudny czas. Po udanym przetarciu w trzeciej lidze Diop szybko zaczął pokazywać swój talent. Dobrze wszedł do zespołu Neuchâtel Xamax i stał się jednym z wyróżniających się graczy całej ligi. Dobra forma zaowocowała kolejnym transferem i w 2001 r. Diop był już zawodnikiem Grasshopper Club Zürich. Nowemu klubowi pomógł w zdobyciu krajowego mistrzostwa, a także po raz pierwszy pokazał się w europejskich pucharach. W styczniu 2002 r. sięgnęło po niego francuskie Lens. To właśnie będąc zawodnikiem tego klubu przedstawił się szerszej publiczności w meczu otwarcia mistrzostw świata w 2002 r. Senegal sensacyjnie pokonał wówczas mistrza świata i Europy Francję. Diop strzelając jedynego gola w meczu, wprawił w zachwyt roztańczonych senegalskich kibiców, a radość po strzelonej bramce była jednym z kilku zapadających w pamięć obrazków tamtego turnieju. Koleje dwa trafienia Diop dołożył w meczu z Urugwajem. Razem z kolegami dotarł wówczas do ćwierćfinałów, a Senegal swoją grą wzbudził sympatię wielu neutralnych kibiców. Po turnieju jego marka tylko rosła, ale kolejne dwa lata spędził jeszcze we Francji. W 2004 r. stało się jednak jasne, że Lens jest już dla niego za małe i w lipcu Senegalczyk został zawodnikiem angielskiego Fulham. Już w pierwszym sezonie w Anglii zdołał odcisnąć swoje piętno na drużynie i szybko stał się jednym z najlepszych graczy w zespole. W Fulham spędził w sumie trzy lata, po czym na kolejne trzy sezony przeniósł się do Portsmouth, z którym sięgnął po Puchar Anglii. Potem na rok przeniósł się do Aten, gdzie grał dla AEK-u. Po tym czasie wrócił do Anglii i zdążył jeszcze zaliczyć występy w barwach West Hamu i Brimingham City, gdzie w lutym 2013 r. zakończył karierę.

Reprezentacyjną koszulkę zakładał 63 razy i zdobył dla kraju 11 bramek. Oprócz dobrego występu na mundialu w 2002 r. na konto sukcesów z kadrą można mu jeszcze dopisać drugie miejsce w Pucharze Narodów Afryki w tym samym roku. Zawsze imponował siłą i przygotowaniem fizycznym, dobrze spisywał się w defensywie i przy odbiorze piłki. Potrafił też jednak dokładnie podać do partnerów i precyzyjnie uderzyć na bramkę. Stylem gry porównywany do Patricka Vieiry, często dawał się rywalom we znaki i mało kto lubił przeciwko niemu grać. Przez lata zmagał się z chorobą Charcota-Mariego-Tootha, a potem także ze stwardnieniem zanikowym bocznym. Walczył długo, ale w końcu musiał się poddać. Zmarł w Paryżu.

@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Adran360

1

@Safrani No niewykluczone :)

9

Zapomniane legendy rodzimego futbolu:

28 stycznia 1908 r. urodził się Karol Kossok, legendarny napastnik m.in. Cracovii czy też Pogoni Lwów. Kossok był pierwszym piłkarzem w dziejach polskiej Ekstraklasy, który strzelił 4 gole w jednym meczu. Dokonał tego już w pierwszej, historycznej kolejce rozgrywek o mistrzostwo Polski! Dzięki temu stał się jednocześnie pierwszym liderem klasyfikacji strzelców Ekstraklasy. Natomiast tytuł króla strzelców zapisał na swoje konto będąc zawodnikiem Cracovii w 1930. Łatwo można było zlekceważyć tego zawodnika. W czasach gdy wzorcami byli Józef Kałuża czy Wacław kuchar(obaj liczący poniżej 170 cm.) przerastający ich o głowe a w dodatku barczysty Kossok stanowił wyjątek na boiskach Ekstraklasy. Drugiego równie masywnego i wysokiego piłkarza wówczas nie było. Pozornie wydawał się więc niezwykle powolny i nieporadny. Za tą olbrzymia sylwetka kryły się jednak wielkie umiejętności. Naturalny ciąg na bramke, nienaganna technika a przede wszystkim jeden z najlepszych dryblingów w tych czasach w Ekstraklasie, budziły prawdziwy postrach wśród golkiperów. ,,Wózkowanie”- jak wtedy nazywano kiwanie przeciwników- wykonywane przez tego snajpera należało do stałego repertuaru meczów z jego udziałem. ,,Olbrzym śląski z jego balansem ciała, techniką piłki i dyspozycją strzałową jest na boisku polskim zjawiskiem naprawdę niecodziennym”- pisał ,,Przegląd Sportowy”. Uważano jednak że zbyt wiele energii marnuje na zagraniu ,,pod publiczkę”. Krytykom odpowiadał wówczas: ,, Wolę przejechać przeciwnika z piłką, aniżeli oddać ją na oślep”. Usprawiedliwiał się że drybluje po to aby skupić uwagę obrony przeciwnika na sobie i dać swobode swoim kolegom z linii ataku. Jego gra ściągała bowiem największą uwagę tak przeciwników, jak i kibiców. Wielką sławę zapewnił mu też trik, który dopracował do perfekcji- markowanie strzału w sytuacji ,,sam na sam”. -,,Wyszkolenie w dryblingu pomaga mi równocześnie mylić bramkarza przeciwnej drużyny aby ten nie mógł się zorientować co do momentu mojego strzału”- opowiadał. Jego groźna bronią były ponadto strzały z rzutów wolnych. Kiedyś w meczu pomiędzy reprezentacjami Budapesztu a Krakowa zmieścił piłke ze stałego fragmentu gry z odległości 40 metrów w samo okienko bramki przeciwników! Innym razem po strzale Kossoka z dystansu tak znokautowany został austriacki bramkarz Zankl że musiał opuścić boisko. ,,Jeden, drugi wolny wystarcza w zupełności aby pocisk wypuszczony spod dźwigni olbrzymiej nogi znalazł droge do siatki przeciwnika”- opisywał jego umiejętności ,,Przegląd Sportowy”. W Biało-Czerwonych barwach najlepszą partie rozegrał w starciu z Węgrami w ramach Pucharu Amatorów Europy Środkowej, dziś uznawanym już za mecz nieoficjalny. Strzelił wtedy 2 gole i rozmienił obronę przeciwników na drobne dryblingami oraz potężnymi bombami.

@Adran360
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

5

@FCBparasiempre
W myśl znanego powiedzenia „stara miłość nie rdzewieje”, Buffon po rocznym romansie w Paryżu, wrócił do ukochanego klubu. Chwilę potem pobił rekord Paolo Maldiniego w największej ilości meczów rozegranych w Serie A. Obecnie ma ich na koncie aż 658, choć licznik lada dzień przestanie tykać. W Juventusie pokochali go nie tylko za efektowne parady, ale w pierwszej kolejności za osobowość. Zawsze uśmiechnięty, szczery, przyziemny, ludzki, skromny, daleki od gwiazdorstwa. Szacunek zyskał również zabieraniem głosu na ważne tematy, podczas gdy inni woleli milczeć. Niektórych ludzi mogła drażnić jego nadmierna ekspresja na boisku, ale on sam mówi, że futbol to rozrywka i cyrk oraz dawanie ludziom emocji. Jego wybitny etap w reprezentacji Włoch zasługuje na wyodrębnienie. Buffon oprócz wspomnianego w tekście srebra mistrzostw Europy U16 z 1993 roku, ma również złoty krążek tego czempionatu, zdobyty trzy lata później. W dorosłej kadrze zadebiutował 29 października 1997 roku jeszcze jako gracz Parmy, kiedy w meczu eliminacji mistrzostw świata w pierwszej połowie zmienił kontuzjowanego Gianluce Pagliuce. Starcie to zakończyło się remisem 1:1, a Gigi został pokonany przez… Fabio Cannavaro, który w feralny sposób skierował futbolówkę do własnej bramki. Na mundialu we Francji był jedynie zmiennikiem Pagliuci, a Włosi pożegnali się z turniejem w ćwierćfinale. Od tamtego momentu dotychczasowy golkiper „Squadra Azzurra” w narodowych barwach już nie zagrał, więc Buffon mógł zacząć pisać własną historię. Z powodu kontuzji ominęło go Euro 2000, na którym Italia dotarła aż do finału, przegrywając tam w dramatycznych okolicznościach z Francją. Mundial w Korei i Japonii okazał się prawdziwą klęską, w dodatku okraszoną – powiedzmy sobie wprost – zwykłymi wałkami sędziów. Włosi z Buffonem między słupkami z trudem wyszli z grupy, a w drugiej rundzie trafili na gospodarzy, którym arbitrzy pomagali, jak tylko mogli. Gigi obronił nawet podyktowany w kontrowersyjnych okolicznościach rzut karny, ale wobec kolejnych zagrywek sędziów był już bezradny. Prowadzący tamte zawody Byron Moreno to bez wątpienia uczciwy człowiek. Zapłacono mu za awans Korei? Będzie awans Korei. Mistrzostwa Starego Kontynentu w 2004 roku również okazały się dla Włochów bardzo nieudane, bowiem żegnali się z nimi już po fazie grupowej. W pierwszym meczu grali z Danią i bezbramkowo zremisowali, a jedyną osobą, która po końcowym gwizdku uśmiechała się od ucha do ucha, był Buffon. To właśnie w tamtej chwili jego problemy po długiej walce z depresją ostatecznie zniknęły: ,,Stało się to nagle. W najgorszym okresie miewałem chwile, w których bałem się wychodzić na murawę. Podczas Euro 2004 graliśmy na otwarcie z Danią. To było bardzo ciężkie i wyrównane spotkanie, po którym tylko ja mogłem w stu procentach się cieszyć. Zdałem sobie wtedy sprawę z tego, że moje problemy natury psychicznej odeszły już na dobre.” Na miano najpiękniejszego momentu w reprezentacyjnej, ale też pewnie ogólnie całej karierze zasłużył mundial w Niemczech. Włochy po raz czwarty zostały mistrzem świata, a Buffon przez cały turniej puścił zaledwie jedną bramkę (w grupowej potyczce przeciwko USA). Retrospekcje z finału opisywał w swojej książce: ,,Finałowy mecz z Francją zremisowaliśmy, ale ostatecznie zwyciężyliśmy po serii rzutów karnych. Żadnego nie obroniłem, choć w trakcie meczu zrobiłem to, co do mnie należało, ale będę mógł opowiadać wnukom, że Trezeguet przestraszył się mnie stojącego w bramce i dlatego przestrzelił. Wiem, że nikt temu nie zaprzeczy. No, może sam David, ale on się w tym wypadku nie liczy. Do wykonywania jedenastki nie podszedł Zinedine Zidane – został wcześniej wyrzucony z boiska za paskudny wybryk. Muszę jednak w tym miejscu się do czegoś przyznać. Byłem jedyną osobą na boisku, która widziała, jak Zidane uderza Materazziego. Od razu podbiegłem do sędziego liniowego i o wszystkim mu powiedziałem. Fakt, nie był to zbyt sportowy gest z mojej strony, nie w moim stylu – dlatego nie jestem z niego dumny. Złożyło się na to kilka czynników: zbyt duża presja, zbyt dobrze grający Zidane, zbyt trudna sytuacja naszej drużyny i zbyt wielka pokusa, by dostał czerwoną kartkę i na ostatnie minuty meczu zniknął z boiska. Nie potrafiłem tego powstrzymać. Po finale zemdlałem z wrażenia.” W trakcie spotkania 1/8 z Australią doszło do zabawnego dialogu między Buffonem a Cannavaro, który kilka lat wcześniej niefortunnie zaznaczył swoją obecność w debiucie kolegi. Panowie na murawie ucięli sobie pogawędkę, którą zarejestrowały mikrofony. Gigi był przerażony perspektywą odpadnięcia z imprezy po tym, jak czerwoną kartkę otrzymał Materazzi, a gra Włochów się nie kleiła. Cannavaro odpowiadał na słowa Buffona pomiędzy kolejnymi interwencjami w obronie.

– Fabio ku*wa

– o co chodzi, Gigi?

– nie chcę wracać do domu, rozumiesz?

– dobrze, rozumiem

– nie, niedobrze. jestem poważny jak cholera. chcę tu zostać, nie mam w domu nic do roboty, rozumiesz?!

– rozumiem Gigi

– zgadzasz się ze mną w lekceważący sposób i traktujesz mnie jak dupka, ale ja nie żartuję. nie skończymy jak w korei, prawda? powiedz, że nie skończymy jak w korei

– to się nie wydarzy, zobaczysz

– Fabio, to się nie może wydarzyć, jesteśmy Włochami! nie możemy tak skończyć fabio! fabio nie możemy! fabio, obiecaj mi, że dzisiaj nie odpadniemy

– obiecuję ci, gigi, ale pozwól mi już grać

– słuchaj, moja rodzina może tu dołączyć do mnie, nie muszę pilnie do nich wrócić

– wiem

– jeśli wrócę do domu, będę zły

– to się nie zdarzy, zobaczysz

– nie będzie jak w korei?

– żadnej korei

– pieprzyć koreę!

– amen

Gigi brał udział w jeszcze czterech wielkich turniejach, jednak udane dla niego i jego kraju były tylko mistrzostwa Europy w Polsce i na Ukrainie, gdzie Italia zajęła drugie miejsce. O reszcie chciałby pewnie zapomnieć. Euro 2008? Pierwszy raz jako kapitan w reprezentacji i porażka w ćwierćfinale z Hiszpanią. Mistrzostwa świata 2010? Brak awansu z grupy plus kontuzja, której nabawił się w pierwszym meczu w grupie. Mistrzostwa świata 2014? Znów powrót do domu przed fazą pucharową. Na mistrzostwach Europy w roku 2016 Włosi otarli się o półfinał, przegrywając w ćwierćfinale z Niemcami po rzutach karnych. Ostatnimi spotkaniami o punkty w kadrze były dla Buffona baraże do mundialu w Rosji. Włosi przegrali dwumecz ze Szwedami i pierwszy raz od 60 lat zabrakło ich na turnieju dla najlepszych drużyn globu. Gigi wówczas rozpłakał się przed kamerami, jego marzenia o występie na szóstych mistrzostwach świata legły w gruzach. Karierę w reprezentacji zakończył kilka miesięcy później, w przegranym towarzyskim starciu z Argentyną. Grał oczywiście w roli kapitana, co od 2008 roku było dla niego standardem. 176 – właśnie tyle razy zagrał dla swojego kraju. Wynik ten stanowił do niedawna rekord w ilości gier w kadrze wśród europejskich piłkarzy. Pobił go niedawno Sergio Ramos, który tych meczów ma już na koncie 180.

Jego osiągnięcia muszą budzić podziw. 10 razy był mistrzem Włoch, wygrał także sześć Pucharów i sześć Superpucharów kraju. Z PSG sięgnął po mistrzostwo Francji i Superpuchar Francji, a z Parmą dorzucił jeszcze Puchar UEFA. Najważniejszym trofeum pozostaje jednak mistrzostwo świata, które wespół ze srebrnym medalem mistrzostw Europy tworzy wspaniałą reprezentacyjną karierę Gigiego. Jeśli chodzi o indywidualne sukcesy, jest ich naprawdę masa. Do najważniejszych trzeba zaliczyć drugie miejsce w plebiscycie Złotej Piłki w 2006 roku, 12 statuetek dla najlepszego bramkarza sezonu w Serie A, nagrodę dla najlepszego bramkarza mundialu w Niemczech, laur od UEFA za bycie piłkarzem 2003 roku w Europie oraz trzykrotną obecność w drużynie roku według FIFA. Buffon otrzymał także Order Zasługi Republiki Włoskiej (2006). Inne wyróżnienia można sprawdzić w Internecie. Jest ich tak wiele, że ciężko przejrzyście i rzetelnie przedstawić je bez perfidnego kopiowania. W zawodowej piłce znajduje się prawie od 26 lat. Na swoim koncie zebrał łącznie imponującą liczbę 1106 rozegranych meczów. Pięknie wypełniona gablota to nie wszystko. Wygrał nie tylko sporo złota, ale też zaskarbił sobie sympatię fanów z całego świata. Trudno oprzeć się wrażeniu, że to zwykły gość. Taki sam jak każdy inny facet. Sodówka nie odbijała mu od czasów nastoletnich, jego hierarchia wartości wywoływała szacunek. Nigdy nie wstydził się płakać, robił to często. Swoją klasą jako człowiek być może przebił nawet tę sportową, a zważywszy na to, jak wielka ona jest, to cóż, czapki z głów panie Gianluigi. Nieubłaganie nadchodzi moment, kiedy będzie trzeba raz na zawsze powiedzieć „koniec”. Sam często żartował, że może pożegna się z piłką, gdy będzie miał 65 lat. Wszyscy jednak doskonale wiemy, że to nadejdzie dużo szybciej. Został mu sezon, może dwa w barwach Parmy. Gwiazdy gasną, ale legendy nie giną nigdy, więc ciągle czekamy na finał tej legendarnej, choć wciąż niedokończonej opowieści.

,,Chciałbym, aby dzień, w którym odejdę, sprawił, że ludzie będą z tego powodu smutni”- podsumował Buffon.

5

@FCBparasiempre
Kiedy latem 1995 roku dodano go do kadry seniorów „Gialloblu” na tournée po Ameryce Północnej, zachowywał się jak gówniarz, którym de facto wtedy był. Trener Nevio Scala wydał zakaz niezdrowego jedzenia podczas wycieczki nad wodospad Niagara. Gigi zamówił największe lody. Innym razem, Scala zabronił zabawy wózkami golfowymi w trakcie drużynowej gry w golfa. Buffon miał to gdzieś, wsiadł za kółko i bawił się przednio. ,,Zawsze robiłem odwrotnie, niż kazał mi Scala. Szczerze mówiąc, czasami bałem się, że jeśli trafi do psychologa, to właśnie przez moje postępowanie” – śmiał się po latach. Trener zawsze przymykał oko na występki Gigiego. Wiedział, że to tak naprawdę bystry i dobry chłopak, który szanuje kolegów i klub. W rzeczywistości lubił jego bezczelny urok, postrzegając go jako ucieczkę od presji i stresu. Kilka miesięcy po tournée, Scala znów włączył go do pierwszej kadry. Zbliżał się mecz z Milanem, a podstawowy wybór – Luca Bucci – doznał kontuzji. Rezerwową opcją był Alessandro Nista, jednak 17-letni Buffon na treningach prezentował niewiarygodną formę. ,,Każdy dzień przebiegał tak samo: Buffon był nie do pokonania, broniąc strzał po strzale. w piątek zwróciłem się do mojego trenera bramkarzy, Enzo di Palmy. Zapytałem, czy też widzi to co ja. Odparł, że ten dzieciak jest lepszy, niż myślał, ale nie możemy wystawić go przeciwko Milanowi. Gdyby sparzył się w takim meczu, mógłby już nigdy nie wrócić na właściwe tory” – wspominał Scala. 18 listopada 1995 roku, dzień przed wielkim pojedynkiem, znowu na treningu bronił wszystko. Wtedy Scala poczuł, że trzeba podjąć odważną decyzję. Poszedł do Gigiego, aby porozmawiać.

– co powiesz na to, że jutro chce wystawić cię do pierwszego składu? jesteś gotowy? – zapytał nieśmiało scala. – no, ale w czym problem trenerze? – odparł buffon, a na jego twarzy zarysowało się bezczelne zdumienie.

Nigdy nie bał się wyzwań, uwielbiał do nich dążyć. Za każdy razem, gdy pojawiał się trudny wybór, postępował zgodnie z własną naturą. Zero ściemy i pozery. Bezczelnie wszedł z buta do pierwszego składu i w meczu z wielkim Milanem nie dał rady pokonać go nikt. Próbował Baggio, próbował Weah, swojej szansy szukał Boban. On jednak bronił jak w transie i po końcowym gwizdku na tablicy wyników widniały dwa zera. O swoim debiucie nie powiedział rodzicom, którzy dopiero na stadionie dowiedzieli się, że ich syn wita się z dorosłym futbolem. Podczas drogi na mecz zasnął w autokarze. Kolegów dopadło przerażenie. Wprawdzie miał być zrelaksowany, ale do jasnej cholery, nie aż tak.

Nie stronił od skandali. W Parmie kupił sfałszowaną maturę, by móc pójść na studia. Pewnego dnia zmienił numer koszulki z jedynki na 88. Później tłumaczył, iż nie zdawał sobie sprawy z neonazistowskiej symboliki tej liczby. „H” to ósma litera alfabetu. Napisana dwa razy tworzy „HH”, co jest skrótem od owianego złą sławą „Heil Hitler”. Buffon ponoć o tym nie wiedział, choć kiedy w studiu telewizyjnym pojawił się w swetrze z napisem „śmierć tchórzom”, ludzie zaczęli wątpić w jego wyjaśnienia. Ten slogan używany był przez faszystów za czasów rządów Benito Mussoliniego. Znowu usprawiedliwiał się niewiedzą, mówiąc, że chciał tym zdaniem zmobilizować partnerów z zespołu do lepszej gry. W jego życiu nie brakowało również śmiesznych, zgotowanych przez los wydarzeń. Parma mierzyła się kiedyś z Fiorentiną w Coppa Italia, a Buffon akurat wtedy dostał wolne. Pojechał na stadion w roli kibica, a gdy już po meczu wsiadł do samochodu na parkingu, otoczyła go grupka sympatyków „Violi”. Służby porządkowe nakazały mu jechać do wyjazdu, gdzie znajdują się autobusy z fanami Parmy, którzy mieli zostać eskortowani przez policję aż do samej autostrady. Spotkał tam niejakiego Volpo, jednego z zagorzałych tifosich, który stał z rozwaloną twarzą po bójce z florentyńczykami. Gigi zaproponował, że zabierze go ze sobą autem, by ten mógł komfortowo i szybciej wrócić do domu. W trakcie podróży autokary zatrzymały się, a wysiadający z nich kibice Parmy znów szukali sposobu na konfrontację z rywalem. Policja zorientowała się w sytuacji i przy bramkach wjazdowych na autostradę zatrzymywała wszystkich, chcąc znaleźć ultrasów, którzy brali udział w zadymie. ,,Wysiedliśmy obaj, ale Volpo – o wiele bardziej doświadczony w tego typu sytuacjach – ulotnił się w jednej chwili, zanim w ogóle zdałem sobie z tego sprawę. Ja z kolei oberwałem kilka razy pałką policyjną. W końcu któryś z policjantów mnie rozpoznał. Przynajmniej taką wersję zdarzeń mi później sprzedano. Osobiście uważam, że od początku wiedzieli, kto jedzie w tym samochodzie” – opowiadał w autobiografii. Wkrótce mógł już jechać dalej i w pewnym momencie zobaczył… stojącego na poboczu Volpo. Pozwolił mu wsiąść jak gdyby nigdy nic. Po drodze panowie polubili się jeszcze bardziej, czego dowodem był wspólny wypad do dyskoteki tej samej nocy. Następnego dnia w prasie pojawiły się kuriozalne informacje, że Buffon pojechał razem z kibicami na ustawkę. W pierwszym sezonie wystąpił łącznie w dziewięciu meczach, a już w następnym posadził na ławce Bucciego, stając się pierwszym wyborem nowego szkoleniowca klubu, Carlo Ancelottiego. Z każdym miesiącem bronił lepiej, pewniej, nabierał doświadczenia i sprytu. Jego pozycja w świecie piłki bardzo szybko rosła. W 1997 roku zadebiutował w Lidze Mistrzów w spotkaniu ze Spartą Praga. W sezonie 1998/1999 wygrał z Parmą Puchar Włoch oraz Puchar UEFA, a rok później sięgnął po krajowy Superpuchar. Łącznie spędził w Parmie 10 lat, jeśli liczymy też czasy juniorskie. To kawał historii w jego arcybogatej karierze. Wielka karta zapisana w piłkarskiej księdze. Napisanie kolejnego rozdziału kosztowało Juventus horrendalną jak na rok 2001 sumę 53 milionów euro. Była to wówczas rekordowo zapłacona kwota, jeśli chodzi o pozycję bramkarza. Wynik ten dopiero 17 lat później przebił Alisson Becker, który zamienił Romę na Liverpool, a cała transakcja opiewała na 62,5 miliona euro. ,,Cieszyła mnie kwota, jaką za mnie zapłacono. W tamtym czasie to było ewenementem, ludzie mówili, że taka kwota wydana na bramkarza to szaleństwo. Ja nie miałem z tym żadnego problemu. Juventus śledził moje poczynania w Parmie i jego działacze musieli sobie pomyśleć coś w stylu „ku*wa, ale ten buffon jest dobry”. Gdyby wyłożyli pięć milionów, nie zrobiłoby to na nikim wrażenia. Tę sumę zdefiniowały realia rynku, dobry bramkarz jest równie wartościowy co dobry napastnik. Chciałem za wszelką cenę odejść do Juventusu, niezależnie od tego, ile zapłacili” – wyznał szczerze w jednym z wywiadów.

Do Turynu trafił jako następca wielkiego Edwina van der Sara, który odszedł do angielskiego Fulham. Ze „Starą Damą” od razu zaczął odnosić sukcesy, a jego interwencje krok po kroku budowały legendę, którą jest dzisiaj. Warto nadmienić, że niewielu ludzi pamięta, że mógł również trafić do FC Barcelony, która mocno zabiegała o jego względy. ,,FC barcelona chciała mnie w tym samym czasie co Juventus. Mój agent Silvano Martina miał udać się do Hiszpanii, by dogadać się w sprawie kontraktu, ale wtedy zaprosił mnie do siebie dyrektor generalny Juve, Luciano Moggi. Marzyłem o wygraniu ligi. Ojciec doradził mi, bym wybrał Juventus. Posłuchałem go i nigdy nie żałowałem tej decyzji. Pytała o mnie również Roma, a zważywszy, że był tam dobrze znany mi Totti, a trenerem został Capello, opcja ta wydawała się niezła. Nie dogadaliśmy się jednak finansowo, a do Rzymu zamiast mojej osoby trafił bardzo utalentowany Ivan Pelizzoli.” W pierwszym sezonie Juventus z Buffonem w bramce wygrał ligę, w następnym powtórzył ten wyczyn, a w dodatku doszedł do finału Ligi Mistrzów. 23 maja 2003 roku w spotkaniu decydującym o triumfie w Champions League Juve zmierzyło się z innym włoskim gigantem, Milanem. Po 90 minutach oraz dogrywce było 0:0, więc o wszystkim zadecydowały rzuty karne. Buffon zatrzymał strzały Seedorfa i Kaladze, ale to nie wystarczyło i Milan ostatecznie wygrał konkurs jedenastek 3:2. Niedługo później Gianluigi musiał stawić czoła prawdopodobnie najtrudniejszemu przeciwnikowi w jego karierze – depresji. Ta straszna choroba, która była powodem samobójstwa innego golkipera, Roberta Enke, zawładnęła jego życiem w 2004 roku. Wylewnie mówił o tym wielkim kłopocie: ,,Przeszedłem depresję. osiągnąłem wiek, w którym musiałem dorosnąć i zacząć traktować życie nieco poważniej, co wywarło na mnie ogromny wpływ. Cierpiałem na straszny niepokój i czasami w środku gry moje nogi zaczynały się trząść w niekontrolowany sposób. To było dość przerażające. zdarzyło się, że tuż przed meczem poprosiłem trenera, by rezerwowy bramkarz wszedł za mnie. Ja nie czułem się na siłach. W jakiś sposób zauważyłem, że to wszystko jest trudne do opanowania, a moje ciało i umysł nie wytrzymują tej presji. Kibiców tak naprawdę gówno obchodzi, jaki masz humor i czy wszystko jest okej. Wszyscy widzą tylko piłkarza, idola. Znają Buffona, ale zapominają o Gigim. O moim cierpieniu wiedziałem tylko ja, nie powiedziałem o tym nikomu. Starałem się wysyłać bliskim i kolegom z drużyny małe sygnały. Powoli zdałem sobie sprawę, że z tego da się wyjść. Przewartościowałem parę rzeczy. Kiedyś myślałem, że psycholog to złodziej, który wyłudza pieniądze od pogubionych ludzi. To nieprawda. Jeżeli trafisz na dobrego psychologa, on pomoże ci z tego wyjść. Mnie się udało.” W maju 2006 roku wybuchła słynna afera Calciopoli. W jej wyniku Juventus utracił tytuły mistrza Włoch „wywalczone” w sezonach 2004/05 i 2005/06 oraz został zdegradowany do Serie B, w której w nowym sezonie wystartował z 17 punktami na minusie. Stało się jasne, że stolicę Piemontu opuści wówczas wielu piłkarzy, którym wizja gry w drugiej lidze po prostu nie odpowiadała. Odszedł Zlatan, Vieira, Thuram czy Zambrotta. Buffon miał dylemat, poważnie zastanawiał się nad transferem. Lojalność okazali między innymi Del Pierro i Nedved, jednak oni byli ikonami klubu, a on trafił do niego ledwie kilka lat wcześniej. Ostatecznie postanowił zostać, czym na zawsze zyskał szacunek biało-czarnej strony Turynu. ,,Byłem szczęśliwy, że postanowiłem zostać w Juventusie. Mocno wahałem się nad odejściem do Milanu, ale finalnie podjąłem dobrą decyzję. Niektórzy ludzie mogą dać przykład swoim postępowaniem. Ktoś musiał posłać w świat wiadomość, że w życiu najbardziej liczą się uczucia i własne przekonania, a nie pieniądze czy sława. Gdybym miał podjąć decyzję drugi raz, byłaby ona taka sama.” Juventus – czego można było się spodziewać – po roku wrócił do najwyższej klasy rozgrywkowej, jednak odmarsz wielu świetnych graczy oraz cięcia finansowe musiały dać o sobie znać. Buffon na jakiekolwiek klubowe trofeum musiał czekać od 2004 do 2012 roku, kiedy Juve wróciło w końcu na dobre do gry o wielkie sukcesy.

„Bianconeri” zdominowali całą dekadę w lidze włoskiej, zdobywając dziewięć tytułów z rzędu w latach 2012-2020. Gigi przez cały ten okres stanowił ostoję w bramce turyńczyków. Konsekwentnie z każdym rokiem pracował na swój niebywały status. Dokonania na krajowym podwórku były czymś wielkim, ale Buffonowi, jak i całemu Juventusowi, mocno zależało na triumfie w Lidze Mistrzów. Można chyba śmiało rzecz, że te rozgrywki stały się dla Gigiego czymś w rodzaju obsesji. Ostatecznego spełnienia. Zamknięcia wspaniałej podróży. Po przegranej w 2003 roku Buffon miał na triumf jeszcze dwie sposobności. W 2015 roku Juve musiało uznać wyższość Barcelony, a dwa lata później Realu Madryt. Wyścig po upragnioną zdobycz był jego największą motywacją, kiedy już osiągnął zaawansowany dla zawodnika wiek. Wszystko wskazuje na to, że wyścig ten zakończy się przed metą. W 2016 roku pobił rekord Sebastiano Rossiego w liczbie minut bez straconego gola w lidze (Buffon był niepokonany przez 973 minuty). Napisał wtedy list, którego adresatem była… bramka. Dając popis swoich literackich umiejętności, zawarł w liście takie słowa: „Miałem 12 lat, kiedy odwróciłem się do ciebie plecami, odrzucając całą swoją przeszłość, by zagwarantować ci bezpieczną przyszłość. posłuchałem głosu serca. Poszedłem za instynktem. Dzień, w którym przestałem na ciebie patrzeć, jest także dniem, w którym zacząłem cię kochać. Chronić cię. Być pierwszą i ostatnią linią obrony. Obiecałem, że zrobię wszystko, by już nigdy cię nie zobaczyć. Lub po prostu robić to najrzadziej, jak tylko potrafię. Bolało za każdym razem, kiedy musiałem się odwrócić i wiedziałem, że cię zawiodłem.” Gdy Wojciech Szczęsny zamienił Romę na Juventus, Buffon miał już 39 lat. Było jasne, że nadchodzi zmierzch jego kariery. Na początku ich wspólnej egzystencji w klubie panowie dzielili się liczbą minut spędzaną na murawie, ale Gigi wiedział, że Polak został na Allianz Stadium sprowadzony z myślą jego zastępstwa. Potrzebował wyzwań, bo przecież wyzwania stanowiły dla niego inspirację. Kiedy latem 2018 roku przyjął ofertę od Paris Saint-Germain, piłkarski świat nie dowierzał. Po 17 latach spędzonych w Turynie jego transfer był dla kibiców trudnym tematem. Do stolicy Francji nie trafił jako typowy rezerwowy bramkarz. W jego pierwszym i jak się okazało ostatnim sezonie w PSG rozegrał 25 spotkań, zdobywając mistrzostwo i Superpuchar kraju. Podczas jednego ze spacerów paryskimi uliczkami paparazzi przyłapali go, jak odpala papierosa i zupełnie swobodnie kroczy z nim chodnikiem, co rusz się zaciągając. Nie od dziś wiadomo, że papierosy to jego słabość. Już kilka razy wcześniej był przyłapywany na tym niechlubnym dla sportowca nałogu. Pierwszą fajkę w życiu zapalił, mając zaledwie 14 lat. Możliwe, że właśnie to zamiłowanie do puszczonego dymka w jakiś sposób wpłynęło na jego świetne relacje ze Szczęsnym, który też jak wiadomo lubi zapalić. Wystarczy wspomnieć, jak Buffon przywitał go w Juventusie. ,,Wchodzę do szatni i pierwsze, co widzę, to kłęby szarego dymu. Idę na koniec, a tam dwa wielkie skórzane fotele, na jednym z nich rozłożony jest Gianluigi Buffon. bok niego stolik, popielniczka wielkości pokrywy od studzienki i oczywiście masa kiepów. Buffon bez cienia skrępowania palił papierosy w szatni mistrza Włoch, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie. byłem w totalnym szoku! „ty, ale mi powiedzieli, że tu nie można palić”. Gigi tylko szeroko się uśmiechnął. Teatralnie się zaciągnął i rozbroił mnie, mówiąc: „Witaj w Juventusie, Wojtek”- ujawnił Szczęsny w książce „w krainie piłkarskich bogów”. Na Parc des Princes chcieli zaproponować mu przedłużenie kontraktu o kolejny rok, ale on nie okazywał zainteresowania. Nie skusiły go wielkie pieniądze, bowiem zgadzając się na prolongatę umowy, musiałby pogodzić się z rolą zmiennika. ,,Kilka miesięcy temu mogłem podpisać nowy kontrakt. odmówiłem, ponieważ nie chciałem być rezerwowym. Miałem sporo czasu do namysłu. zrezygnowałem z wielkiej kasy, jaką mi proponowano, bo w wieku 41 lat wciąż potrzebuję emocji.”-wspominał.

8

@FCBparasiempre
Mało brakowało a świat piłki nigdy by o nim nie usłyszał. Przy porodzie pojawiły się pewne komplikacje, które mogły uczynić go kaleką albo nawet odebrać mu życie. Obronił się przed tym, co nie powinno szczególnie dziwić. Talent do bronienia miał przecież ogromny, choć niewielu ludzi wie, że karierę zaczynał jako pomocnik. Pierwszego papierosa zapalił w wieku 14 lat a w drodze na swój debiutancki mecz w dorosłej karierze przeciwko Milanowi zasnął w autokarze. Gianluigi Buffon to doskonały przykład wielkiego sportowca, który pozostał normalnym człowiekiem. Jakiś czas temu legendarny bramkarz Juventusu ogłosił, że kończący się właśnie sezon jest jego ostatnim w Turynie, w którym spędził prawie dwie dekady. Dziś już wiadomo, że Buffon wraca na stare śmieci, bowiem w następnym sezonie będzie bronił bramki Parmy. Powrót Gigiego do klubu, z którego wypłynął na szerokie wody jest świetną okazją, aby podsumować jego piękna karierę. Gianluigi Buffon urodził się 28 stycznia 1978 roku w niewielkiej toskańskiej miejscowości Carrara, położonej nieopodal rzeki Carrione. Tamten dzień, choć na pierwszy rzut oka szczęśliwy, naznaczony został prawdziwym koszmarem. Adrian i Maria Buffonowie nie mogli w pełni nacieszyć się narodzinami swojego trzeciego dziecka. Malutki Gigi został im zabrany jeszcze zanim zdążył zagościć na ich rękach. Przejęta stanem noworodka pielęgniarka w pośpiechu zaniosła go na oddział intensywnej terapii i wtedy wiadomo było, że jest źle. Kilkadziesiąt lat później mama Buffona wzięła głęboki oddech i przez dłuższą chwilę milczała. Ze łzami w oczach opowiadała o dramatycznych wydarzeniach, które spotkały jej ukochaną rodzinę: ,,Wydawał się zdrowy, ważył cztery kilogramy. Okazało się jednak, że dusiła go pępowina. Miał sinicę z powodu braku tlenu i leżał w inkubatorze przez pięć lub sześć dni. Po prostu tam leżał tak jak Jezus na krzyżu. Nikt wtedy jeszcze nie miał informacji, czy doszło do uszkodzenia mózgu. Kiedy lekarze przynieśli go nam, powiedzieli tylko: „Bóg jeden wie…”. Miłościwy pan był dla nas bardzo dobry. Gigi rozwijał się zaskakująco szybko, beż żadnych problemów ze zdrowiem. Chodził i mówił już w wieku dziewięciu miesięcy. Nawet wtedy był numerem jeden.” Z mamą łączy go wyjątkowa więź. Od zawsze był jej oczkiem w głowie, największą miłością i życiowym sukcesem. Znakomite relacje ma również z rodzeństwem, a konkretnie dwiema starszymi siostrami – Veronicą oraz Guendaliną, które także uprawiały sport, będąc siatkarkami. W wywiadzie dla „Corriere della Sera” Guendalina wracała myślami do dawnych czasów: ,,Wiem, że mój brat dla wszystkich jest legendą, ale dla mnie nadal jest małym chłopcem z meczów juniorskich drużyn. Biegał w kółko z dwoma dużymi czerwonymi policzkami, włosami postawionymi na jeża, chudymi nogami i sporym brzuszkiem. Lubił naprawdę dużo jeść.” Jedzenie obdarzył wielkim uczuciem, kiedy jako dziecko odwiedzał rodzinne strony ojca. Adriano Buffon pochodził z Latisany, ale jego rodzeństwo mieszkało w pobliskiej Pertegadzie, gdzie Gigi spędził wiele lat we wczesnej młodości. Przebywał tam ze swoim wujem Giannim, ciotką Marią i babcią Liną. Ich mieszkanie znajdowało się nad sklepem spożywczym, który prowadzili z pomocą Aldiny, innej cioci Gianluigiego. W swojej autobiografii dzielił się wspominkami na ten temat: ,,To był magiczny świat. Poruszanie się po półkach, bieganie i zjeżdżanie po przejściach pełnych rzeczy do jedzenia. Zawsze miałem pełny żołądek. Najbardziej lubiłem kanapki z mortadelą, które pożerałem w gigantycznym tempie.”

Po rodzicielach odziedziczył wraz z siostrami sportowe geny, bowiem Maria Buffon zawodowo rzucała dyskiem i pchała kulą, natomiast Buffon senior był znanym w całych Włoszech sztangistą. Nic dziwnego więc, że Gigiego również ciągnęło do wysiłku fizycznego. Na początku miał spore problemy ze znalezieniem odpowiedniej dla siebie dyscypliny, ale w wieku sześciu lat rodzice zapisali go do szkółki malutkiego amatorskiego klubu USD Canaletto Sepor z miasta La Spezia, które znajdowało się 30 kilometrów od Carrary. Jego pierwszym trenerem został… jego ojciec, który pomimo uprawiania innego sportu, był zapalonym fanem piłki nożnej i opiekunem młodych piłkarzy Canaletto. W przeciwieństwie jednak do archetypowego „nachalnego rodzica” nie narzucał na syna zbędnej presji i nie pajacował przy linii boiska, krzycząc i wymachując rękami w celu chęci polepszenia gry swojej pociechy. Wolał po prostu dać mu się dobrze bawić. Smarkaty Gigi nie podchodził do futbolu tak entuzjastycznie, zdecydowanie bardziej wolał grać w ping-ponga. Jak sam mówi, początki przygody z piłką nie były dla niego optymistyczne, ale spodobała mu się idea posiadania specjalnego stroju meczowego, własnej torby oraz odpowiednich butów.Co ciekawe, Buffon nie zaczynał kariery w roli bramkarza, tylko pomocnika. Debiut w juniorskiej drużynie prowadzonej przez tatę miał wymarzony. Strzelił piękną bramkę z rzutu wolnego i ze względu na swoje gabaryty i posiadaną siłę, od małego był kimś w rodzaju specjalisty od stałych fragmentów. Szczególnie podczas pobytu w Perticata, klubie z Carrary, do którego dołączył po opuszczeniu Canaletto, aby grać bliżej domu. Na jednym z młodzieżowych turniejów uderzył w poprzeczkę podczas swojego pierwszego w życiu występu na stadionie San Siro. Człowiekiem, któremu zarówno Buffon, jak i cała Italia zawdzięcza bardzo wiele, jest niewątpliwie kameruński bramkarz Thomas N’Kono. To właśnie on natchnął 12-letniego wówczas Gigiego do wskoczenia między słupki. Oglądane z wypiekami na twarzy mistrzostwa świata w 1990 roku, gdzie Kamerun z N’Kono w składzie odpadł dopiero w ćwierćfinale po heroicznym boju z Anglią, stały się momentem przełomowym w karierze bohatera tekstu. Akrobatycznie broniący golkiper „Nieposkromionych Lwów” wzbudził u Buffona ogromny podziw i przekonał go do zmiany boiskowej pozycji. Nie będzie sporym nadużyciem stwierdzenie, że N’Kono zmienił bieg historii. Jest wielce prawdopodobne, że gdyby nie on, Buffon nigdy nie zostałby bramkarzem i pewnie przepadłby gdzieś w przeciętności wśród wielu młodych chłopaków grających w polu. Ostateczny dowód na ogromną sympatię do idola stanowi fakt, że jeden z dwóch synów Buffona z pierwszego małżeństwa z czeską modelką Aleną Šeredová nosi imię Thomas. ,,To, co zrobił dla Kamerunu podczas mistrzostw świata, zainspirowało mnie do zostania bramkarzem. Wszystkie oczy były zwrócone na graczy takich jak Diego Maradona i Gary Lineker, ale mnie zahipnotyzował N’kono” – powiedział kiedyś Buffon w jednym z wywiadów. Wielka postać afrykańskiej piłki zwróciła uwagę Buffona już trzy lata przed rzeczonym mundialem, kiedy to Espanyol z nim na bramce wyeliminował z Pucharu UEFA wielki Milan prowadzony przez Arrigo Sacchiego. N’Kono docenił sympatię i szacunek, jakim darzył go młodszy kolega po fachu. Zaprosił go do Kamerunu na swój pożegnalny mecz, jednak nie spodziewał się, że Buffon dotrzyma słowa i zjawi się na miejscu. ,,Po raz pierwszy spotkałem go, gdy miał 20 lat i był w Parmie. Rok później poprosiłem go, żeby zagrał w moim pożegnalnym meczu. Powiedział tylko, że nie ma problemu i na pewno przybędzie. Szczerze mówiąc, byłem przekonany, że tak się nie stanie. Potem, w ostatniej chwili, zadzwonił do mnie i orzekł, że jest na lotnisku i wkrótce ma lot do Kamerunu. To było niesamowite” – przyznał N’kono.

Latem 1990 roku ojciec zapytał go, czy chciałby spróbować swoich sił jako bramkarz. Mając w pamięci popisy N’Kono, 12-letni Gigi bez wahania potakująco kiwnął głową. Jedynym problemem było to, że w Perticacie usilnie wystawiali go w pomocy. Inter Mediolan w tamtym czasie również poznał się na jego talencie i chciał sprowadzić go do siebie, aby ten grał w drugiej linii. Buffon był zdeterminowany, by zostać bramkarzem i na szczęście znalazł inny lokalny klub, który pozwolił mu grać na preferowanej pozycji. Trafił do A.S.D. Bonascola Calcio, gdzie spotkał trenera bramkarzy, Avio Menconiego. ,,Miał znakomitą sylwetkę oraz spory wzrost. Dobrze radził sobie z grą nogami, ale koniecznie chciał zostać bramkarzem. Więc kiedy powiedzieli mi, że jest dzieciak, którego wiele klubów chce jako pomocnika, ja odparłem, żeby przysłali go do mnie. Musiałem nauczyć go, jak poprawnie się rzucać i wpajałem mu do głowy, że za wszelką cenę zawsze musi utrzymać piłkę w rękach. Jeśli chodzi o całą resztę, to po prostu był stworzony do tego fachu” – mówił Menconi o swoim byłym podopiecznym. Już w pierwszym sezonie gry w juniorskiej Bonascoli znalazł się na radarze trzech dużych włoskich ekip – Milanu, Bologni oraz Parmy. Największe zainteresowanie przejawiali Rossoneri. Wysłali nawet rodzicom Gigiego kontrakt do podpisania, jednak podróż do Lodi w celu sprawdzenia warunków i nowego otoczenia spowodowała, że Adriano i Maria zaczęli negatywnie patrzeć na fakt zamieszkania syna tak daleko od domu. Bolonia wydawała się bardziej atrakcyjną opcją i nastoletni Gigi też pozytywnie zapatrywał się na tę przeprowadzkę. Jednak nie wszyscy w klubie żywili przekonanie co do zawarcia umowy, więc sprawa utknęła w martwym punkcie. W Parmie także wątpili w umiejętności młodego piłkarza, ale jeden człowiek stamtąd od razu wiedział, że Buffon będzie wielki. ,,Gdy tylko go zobaczyłem, powiedziałem sobie, że ten dzieciak to fenomen. Dyrektor sportowy Parmy nie był co do niego pewien, ponieważ gigi miał płaskostopie, a jego technika pozostawiała wiele do życzenia. Ja jednak wiedziałem, że możemy nad tym popracować. Dałem wyraźnie do zrozumienia, że musimy natychmiast go pozyskać, zanim zrobi to ktoś inny. kiedyś na jednym z treningów byłem wkurzony na bramkarzy kilka lat starszych od niego. Ryknąłem wtedy, żeby spojrzeli na Buffona i brali z niego przykład, bo w przyszłości będzie numerem jeden w bramce reprezentacji, a w serie a zadebiutuje jako 20-latek” – chwalił się Ermes Fulgoni, były trener bramkarzy Parmy. Na szczęście posłuchano jego słów i zaledwie 13-letni Buffon wkrótce zamieszkał w mieście, które słynie z wymyślenia parmezanu. Gdy opuszczał rodzinną Carrarę, przyjaciele i koledzy z drużyny Bonascoli zasypali go prośbami o oficjalne koszulki, spodenki, a nawet skarpetki z logiem jego nowego klubu. Trener Menconi mierzył wyżej. Był przekonany, że Gigiemu będzie dane reprezentować Włochy. Zagaił go, aby ten wysłał mu pierwszą koszulkę, jaką założy podczas występu dla reprezentacji narodowej. Nastolatek obiecał to zrobić, ale uznał ten pomysł za absurdalny, szczególnie gdy zderzył się z trudnymi początkami nowego środowiska. Splendor i honor grania dla kadry wydawały się zbyt odległe od ponurego życia w jego nowym domu – szkole z internatem imienia Marii Luigi. Nowe miejsce nauki okazało się pięknym i pokaźnym budynkiem, jednak tęsknota za domem dawała mu się we znaki. Placówka zrzeszała uczniów z każdej części kraju, z każdego rodzaju rodziny i z różnych środowisk społeczno-ekonomicznych. 13-letni Buffon był towarzyski i otwarty, więc w mgnieniu oka znalazł kumpli i jak sam mówił, nie dawał sobie w kaszę dmuchać. Problemem okazał się charakterek, który niebawem ujawnił. Lubił się popisywać, być w centrum uwagi, na boisku podczas meczów często zwracał innym uwagę i krytykował w arogancki sposób. Takie postępowanie odbiło się na nim, kiedy w trakcie jednego ze sparingów popełnił fatalny błąd, który zauważył Fabrizio Larini, szef sektora młodzieżowego w Parmie. Larini dał krnąbrnemu małolatowi wybór: zmieniasz swoje zachowanie albo pakujesz manatki i wracasz tam, skąd przyszedłeś. Na jego gorącą głowę wylano kubeł lodowatej wody. Podziałało. Wziął się za siebie i sfokusował swoje myślenie tylko na własnych słabościach oraz ciężkiej pracy. Zaledwie miesiąc później obronił trzy rzuty karne, gdy juniorska Parma triumfowała w finale czteroosobowego turnieju w Molassanie, na którym bronił fantastycznie. To był ważny moment dla Buffona. Wszyscy trenerzy drużyn młodzieżowych Parmy zaczęli w niego wierzyć, a on sam ciągle robił duże postępy. Powołanie do młodzieżowej reprezentacji było kwestią czasu.

W maju 1993 roku bardzo pomógł Włochom awansować do finału mistrzostw Europy do lat 16, które ostatecznie padły łupem Polski. Przyszły król Rzymu, Francesco Totti, grał wtedy w ataku Italii, ale to właśnie Buffon, mimo że był 18 miesięcy młodszy, skradł tamtego dnia show. W konkursie jedenastek w półfinale przeciwko Czechosłowacji obronił aż trzy. W tym samym dniu 16-letnia tenisistka Maria Francesca Bentivoglio dotarła do ćwierćfinału Italian Open. Następnego ranka na pierwszej stronie prestiżowego dziennika „La Gazzetta dello Sport” cały naród oglądał zdjęcia twarzy Marii oraz Gianluigiego. Nad nimi można było przeczytać duży nagłówek, który brzmiał: „Bentivoglio i Buffon, całe Włochy biją wam brawo”. Wracając pociągiem do Parmy, Buffon i kilku kolegów z drużyny ubrani w oficjalne dresowe stroje reprezentacji natrafili na młodych kibiców, którzy bezpardonowo podeszli do charakterystycznie odzianych piłkarzy. ,,Czytałem o was w gazecie. Najwięcej pisali o bramkarzu… jak mu tam było? chyba Buffon” – zabrał głos jeden z fanów. ,,To ja jestem tym bramkarzem!” – wykrzyczał w odpowiedzi Gigi. Ogarnęła nim duma. Poczuł, że w jego życiu zaszły poważne zmiany. Szedł w górę, ludzie zaczęli go rozpoznawać, pochwały spadały na niego niczym jesienne liście z drzew. Stał się zuchwały, w oczy kluła jego infantylność, temperament znowu dawał o sobie znać.

8

Żywa legenda futbolu kończy właśnie 47 lat(czytajcie w odpowiedzi na komentarz):

@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Adran360

11

W aroganckim stylu:

28 stycznia 2003 r. Luis van Gaal po raz drugi(i ostatni) opuścił FC Barcelone. Holenderski trener nie zamierzał jednak rezygnować. ,,Tak, przechodzimy kryzys ale musimy go przełamać!”- tłumaczył tuż po porażce z Celtą w Vigo(2:0). Holendra przekonał do odejścia Joan Gaspart podczas 90-minutowej podróży samolotem z Galicji. Van Gaal zostawił Blaugrane na 12 miejscu w La Liga i jednocześnie wygrał wszystkie 10 meczów w Lidze Mistrzów. Zarząd Blaugrany marzył aby zastąpił go Sven-Göran Eriksson ale Szwed miał ważny kontrakt z reprezentacją Anglii. W końcu postawiono na Serba Radomira Anticia. Jak widzimy Van Gaal nie był wówczas lepszy od Xaviego, co najwyżej tylko w Lidze Mistrzów. Antič wyciągnął drużynę na 6-tą pozycje na koniec sezonu, co pozwoliło zagrać Blaugranie jedynie w Pucharze UEFA. Strach pomyśleć gdzie by wylądowała ,,nasza” Barça, gdyby nie zareagował prezydent Gaspart.

@Adran360
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

0

@FcPortoFan1999 A! to już nasza kopana Ekstraklasa powraca!? Chciałoby się rzec: w środku zimy(?), czy oni wszyscy powariowali!? Usprawiedliwia ich rzeczywisty brak zimy...

8

@FCBparasiempre
27 stycznia 1942 r. urodził się Gerard Rother, napastnik. Był pierwszym Polakiem, który strzelił gola FC Barcelonie w europejskich pucharach na Camp Nou. Kiedy zakończył karierę, do emerytury pracował jako górnik dołowy w kopalni ,,Wujek”, również w jej najtragiczniejszym momencie w grudniu 1981 r. W rozgrywanej w sezonie 1970/71 po raz ostatni edycji Pucharu Miast Targowych(później Pucharu UEFA) GKS Katowice trafił na Dume Katalonii. Wówczas Katalończycy oczywiście nie byli jeszcze tak bardzo utytułowani ale ich osiągnięcia robiły wrażenie, tym bardziej na tle ówczesnej GieKSy, która w ligowych rozgrywkach nigdy nawet nie stanęła na podium i dopiero debiutowała w międzynarodowych rozgrywkach. Natomiast Barça miała już na koncie 8 tytułów mistrza Hiszpanii i aż 3 razy wygrała Puchar Miast Targowych. 16 września 1970 r. na Stadionie Śląskim polski zespół ,,planowo” przegrał, chociaż zaledwie 0:1. Zdawało się że tydzień później na rewanż jedzie już tylko na atrakcyjną wycieczke. Jednak na Camp Nou to goście z Polski prowadzili 2:0, będąc o krok od sprawienia olbrzymiej niespodzianki! Pierwszego gola pięknym strzałem pod poprzeczke zdobył Rother. Do drugiej też mocno się przyczynił, gdyż to on był przewrócony przez rywala w polu karnym. Jedenastke na gola zamienił Jerzy Nowak. ,,Wprawdzie ja byłem wyznaczony do karnego ale przestrzegaliśmy zasady że do piłki nie powinien podchodzić faulowany piłkarz, więc wyręczył mnie Jurek”- tłumaczył Rother. Po przerwie czar prysł. Katalończycy otrząsnęli się z szoku i zdołali podkręcić tempo. Nie zawiodła ich skuteczność. Wygrali 3:2 i awansowali do 2 rundy. ,,Zaprzepaściliśmy ogromną szanse. Zaszkodził nam boiskowy egoizm bo w końcówce każdy chciał strzelać, nikt nie patrzył na lepiej ustawionego kolege. Brakowało chłodnej głowy. Poza tym zawsze twierdziłem a teraz chętnie powtórze że gdyby prowadził nas trener Tadeusz Foryś, który pracował z nami już wcześniej, w tej Barcelonie byśmy nie przegrali. Na ławce był jednak Marceli Strzykalski i nie poradził sobie, podejmował błędne decyzje. Nie chce mówić źle o niektórych zawodnikach ale skład na ten mecz powinien wyglądać trochę inaczej. Takie jest moje zdanie i nie zamierzam się z nim kryć”- opowiadał Rother. Najdziwniejsze że jego zespół w 1971 r., czyli w tym ,,barcelońskim” sezonie, spadł z ekstraklasy… Tak się złożyło, choć to kwestia nie tylko szczęścia ale i umiejętności że Rother grał w pierwszych historycznych ekstraklasowych meczach Śląska Wrocław i GKS Katowice. Ma więc już zaklepane ważne miejsce w kronikach obydwu klubów na wieki wieków, choć nie można postawić tu znaku równości. W Śląsku był krótko i raczej przypadkowo, gdyż tak chciał los a mówiąc konkretniej, tak chciało wojsko. Gdyby nie musiał, Górnego Śląska w ogóle by nie opuszczał. W niczym nie zmienia to faktu że we Wrocławiu pozostawił po sobie dobre wspomnienie. Nie chodzi tylko o debiut . W barwach WKS strzelił gola decydującego o pierwszym zwycięstwie w najwyższej klasie rozgrywkowej(na 2:1 z Gwardią Warszawa) i był to zarazem pierwszy gol Śląska w ekstraklasie z akcji bo na 1:0 Stachuła trafił z rzutu karnego. Przed przenosinami do Wrocławia Rother grał w Rapidzie Wełnowiec, klubie,z którego później powstał GKS Katowice. Gdy upomniała się o niego armia, poszedł do wojskowej Polonii Jelenia Góra z 3 ligi. ,,Zostałem najlepszym strzelcem, chyba z 33 golami w sezonie. Na koniec mierzyliśmy się we Wrocławiu z rezerwami Śląska i zdobyłem 2 piękne gole. Po meczu podszedł do mnie generał, posłusznie zasalutowałem a on krótko: ,,Żołnierzu, od jutra jesteś w Śląsku”. Paroma rozkazami w mig wszystko załatwił. Wróciłem jeszcze do Jeleniej Góry ale następnego dnia, w mundurze, nawet bez konieczności zdawania sprzętu, pojechałem do Wrocławia i rzeczywiście już tam zostałem”- wspomina Rother. Pan Gerard spędzil w Śląsku tylko pół roku. ,,Kończyła się służba wojskowa. Chcieli żebym został ale nie byłem zainteresowany. Miałem dziewczyne w rodzinnych stronach, zakochałem się. Nie ma jak w domu- zauważa nasz bohater, zaznaczając że ,,po linii wojskowej” interesowała się nim też Legia. Namawiał mnie Ryszard Koncewicz, zachęcał Kazimierz Górski ale tłumaczyłem im że jestem Ślązakiem z krwi i kości i zamierzam grać u siebie. Legia zupełnie mnie nie pociągała. Przewineło się przez nią wielu Ślązaków ale nie wszyscy byli dobrze traktowani. Wolałem nie sprawdzać jak obejdą się ze mną”- przyznaje Rother.

Z Legionistami miał barwne boiskowe porachunki, właśnie jako piłkarz GKS, z którym w 1956 r. awansował do ekstraklasy, zresztą z jego wydatną pomocą, gdyż w rundzie wiosennej strzelał ważne gole. W następnym roku GieKSa zwyciężyła przy Łazienkowskiej 3:0 a on wpisał się na liste strzelców. W Legii grali tacy piłkarze jak Gmoch, Horst Mahseli, Brychczy, Blaut czy Żmijewski a na bramce Grotyński. ,,Muszę jednak przyznać że wiosną Legia się nam odwdzięczyła. W Katowicach rozwaliła nas 4:0”- uczciwie przypomina pan Gerard. Dodajmy że w tym rewanżu wystąpiły późniejsze asy polskiego futbolu: Deyna i Gadocha, którzy strzelili po jednym golu. Zwieńczeniem wszystkich starć Rothera z Legią był mecz o ćwierćfinał Pucharu Polski w kwietniu 1968 r. W regulaminowym czasie żadnej drużynie nie udało się strzelić gola, więc decydowały rzuty karne. ,,Ależ cóż co był za konkurs! Wygraliśmy 11:10 a w sumie wykonywano 38 jedenastek! Normalnie rekord świata! Kończyła się jedna seria ale ciągle był remis, więc zaczynaliśmy następną bo już wszyscy podeszli do piłki. Dlatego strzelałem 2 razy i dwa razy trafiłem! W ogóle to miałem ,,kopyto” w obu nogach, żadna nie była tylko do podpierania. Zdrowie do biegania też miałem i w młodości na środku ataku i potem na skrzydle byłem, nawet na boku obrony mnie wystawiali. Wszędzie dawałem rade”- opowiada Rother. Inna sprawa że w jego czasach GieKSa nie mogła doskoczyć do ścisłej czołówki. To nie była jeszcze firma zbudowana później przez Mariana Dziurowicza, kiedy zespół ciurkiem przez 10 lat grał w europejskich pucharach. Za czasów Rothera była tylko ta jedna, barcelońska przygoda. Gdy nadarzyła się okazja, wyjechał do Francji, gdzie grał w drugoligowym Boulogne. Dwa lata później wrócił i znowu pojawił się w GieKSie, której wciąż nie było w ekstraklasie. Związał się z AKS Chorzów, potem był Katowicki Rozwój i jeszcze epizod w Calais… A na koniec uroczo kontrastujące z tą elegancką francuską nazwą amatorskie granie w LKS Stara Wieś z Pszczyny. ,,Kończyła się kariera i nadchodził czas żeby zająć się czymś innym. Przyjąłem się do pracy na kopalni ,,Wujek”. To nie była jakaś trudna decyzja, całkiem normalna. Byłem po szkole górniczej. Nie bałem się ani zjeżdżania na dół, ani ciężkiej roboty bo właśnie taka tam czekała. Zbliżałem się do 50-tki i chciałem dalej pracować pod ziemią ale kierownictwo kopalni już nie pozwoliło”- wyjaśnia pan Gerard. W przeciwieństwie do wielu byłych zawodników nie zajął się pracą trenerską. ,,Miałem papiery instruktora. Mogłem próbować ale urodziło nam się dziecko i zacząłem inne życie. Za to kibicem zostałem już na zawsze i to nie tylko piłkarskim, gdyż na hokej na lodzie chodzę regularnie. Oczywiście na GieKSe. Na Górniku Zabrze też czasem jestem bo mam do niego sentyment. Mogłem w nim kiedyś grać, były zapytania. Wolałem jednak zostać w GieKSie, tu mi było najlepiej”- przypomina nasz bohater. Natomiast kadra narodowa jakoś go ominęła, choć nie można powiedzieć że szerokim łukiem. ,,Wystąpiłem w reprezentacji młodzieżowej, olimpijskiej ale w tej najważniejszej, czyli pierwszej, niestety nie. Pewnie że trochę żałuje bo uważam że przynajmniej na jedną szanse zasługiwałem. Jak grałem, tak grałem ale ciesze się że zapracowałem na szacunek kibiców. Ciągle są tacy, którzy pamiętają i doceniają, jakim byłem piłkarzem. Siedzę sobie teraz w pokoju, popijam piwko, patrze na te wszystkie puchary, pamiątki i wiem że nie zmarnowałem kiedyś czasu”- uśmiecha się Gerard Rother.

8

Zapomniane legendy górnośląskiego futbolu(warto przeczytać w odpowiedzi na mój komentarz):

@Adran360
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@NeroTFP1
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

3

@FCBparasiempre
Guttmann już 50 lat temu wiedział, jak ważne w tej branży są media. Stosował manewry, jakich nie powstydziłby się Diego Simeone czy Jose Mourinho. Przed jednym ze spotkań w półfinale Pucharu Europy z Tottenhamem, Bela powtarzał dziennikarzom brytyjskim jak bardzo obawia się silnej, fizycznej gry Anglików. Oczywiście zadowoleni dziennikarze pisali tylko o tym. Sęk w tym, że prasę czytał przed meczem również sędzia główny tego spotkania. Przejęty arbiter z Danii nie pozwolił zawodnikom z Londynu na ostrą grę, na czym skorzystała grająca technicznie Benfika. Co więcej, w rewanżu na White Hart Lane Guttmann zabronił wychodzić swoim zawodnikom na murawę równo z drużyną gospodarzy. –Zamknąłem drzwi garderoby i pozwoliłem Benfice wyjść w ostatniej chwili, z sędzią i liniowymi– powiedział. –Gra rozpoczęła się, zanim dotarła do nas obecność publiczności. Efektem tych działań był występ Benfiki w drugim z rzędu finale Pucharu Europy. W finale chłopcom Guttmanna przyszło się zmierzyć z piekielnie mocnym Realem Madryt. Królewscy mieli w składzie Alfredo Di Stefano oraz dobrego znajomego Guttmanna – Ferenca Puskasa. Bela widział siłę swojego zespołu nie w wielkich nazwiskach, a młodości. Przed meczem powtarzał jak mantrę, że gwiazdorzy Realu starzeją się i nie wytrzymają tempa, jakie narzucą im gracze ze stolicy Portugalii. Niestety do przerwy tablica wyników na stadionie w Amsterdamie wskazywała 3:2 na korzyść Realu. Węgier nie zmieniał jednak swojej taktyki, nadal wbijając do głowy swoim podopiecznym, by robili swoje. W żartobliwy sposób opowiadał o tym po latach jeden z zawodników Benfiki Antonio Simoes: ,,Naprawdę wierzyliśmy, że możemy wygrać. Pamiętam Guttmanna krzątającego się po szatni i mówiącego w jego własnym języku, swego rodzaju mieszanką portugalskiego i włoskiego, mówiącego nam: Panie, siadaj, panie, siadaj, Real Madryt zmęczony, Real Madryt zmęczony, Real Madryt stary, stary, stary, nie mogą wygrać, Real Madryt nie może biec, Di Stéfano nie żyje. Ta chwila naprawdę nas uderzyła. Wierzyliśmy, że wygramy”. Po drugich 45 minutach było już 5:3 na korzyść drużyny z Estadio da Luz, a puchar po raz drugi z rzędu powędrował do Lizbony. Po zdobyciu upragnionego trofeum Guttmann zaczął jeszcze bardziej cenić swoje umiejętności. Z tego powodu udał się do właścicieli Benfiki i zażądał podwyżki aż o 65% dotychczasowej pensji. Klub z Lizbony nie mógł przystać na takie warunki umowy i pożegnał się z Węgrem. Ten wpadł w szał i wypowiedział zdanie, które do teraz określane jest mianem klątwy Guttmanna: „Przez najbliższe sto lat Benfika nie zostanie mistrzem w Europie”. W Lizbonie do dziś czekają na międzynarodowe trofeum. Od tego czasu swoją szansę zaprzepaścili przegrywając w ośmiu finałach europejskich rozgrywek. Czy przyjdzie im czekać jeszcze ponad 40 lat?

8

@FCBparasiempre
27 stycznia 1899 r. w Budapeszcie urodził się Bela Guttmann, wielka legenda futbolu. Niepokorny piłkarz wieszający szczury na drzwiach działaczom Federacji Piłkarskiej. Król nowojorskiego nocnego życia. Bankrut. Milioner. Poskramiacz dziennikarzy. Węgierski Żyd, który przetrwał Holokaust, zostawiając bliskich w obozie pracy. Odkrywca talentu Eusebio. „Wybitny trener bez, którego nie byłoby Złotej Jedenastki Węgier ani Wielkiej Brazylii” – tak mówił o nim Ferenc Puskas. To też człowiek naznaczony historią Europy XX wieku. Guttmann od małego był związany ze sztuką a konkretnie tańcem, ponieważ właśnie tym trudnili się jego rodzice. Młody Bela upodobał sobie jednak inny sport. Urodzony w 1899 roku Węgier zaczął bowiem grać w piłkę w klubach z Budapesztu. Na początku lat 20. po krótkiej przygodzie z drużyną Torekves SE przeniósł się do będącego własnością bogatych żydowskich rodzin – MTK Hungaria. Z MTK wygrał dwa mistrzostwa a następnie wyjechał ze stolicy Węgier. Niestety jego kolejny transfer nie był spowodowany wybitną grą młodego Beli, a w dużej mierze sytuacją polityczną. Na tym etapie życia po raz pierwszy(i nie ostatni) świat zaczął mu przypominać o jego żydowskim pochodzeniu. Więc z uwagi na rosnące nastroje antysemickie panującego na Węgrzech za rządów Admirała Horthego, Guttmann wyjechał do Wiednia. W Austrii wstąpił do drużyny Hakoah Wiedeń największego wówczas żydowskiego klubu w Europie. Tam grał w latach 1922-1926 zdobywając jeden tytuł mistrzowski. Zadebiutował również w reprezentacji Węgier właśnie jako zawodnik Hakoah. Tylko jak to było z tą reprezentacyjną przygodą…? Guttmann zagrał zaledwie w 4 meczach w biało-zielonych barwach a wszystko nie przez brak talentu, ale swój dość problematyczny charakter. Młody pomocnik nigdy nie bał się mówić tego co myśli, przez co często popadał w konflikty. Najbardziej nie po drodze było mu z działaczami rodzimego związku piłkarskiego. Podczas pobytu na igrzyskach olimpijskich w Paryżu w 1924 roku, 25-letni reprezentant był bardzo niezadowolony z warunków pobytu oraz faktu, iż jak twierdził: „W ekipie jest więcej urzędników niż piłkarzy”. Swoje niezadowolenie zamanifestował jednak w bardziej dosadny sposób niż słownie. Bela na drzwiach każdego z działaczy powiesił martwego szczura. O dziwo nowe towarzystwo nie przypadło do gustu urzędnikom i zawodnik Hakoah musiał zakończyć karierę reprezentacyjną. Jego ostatni występ przypadł akurat na mecz z Polską, właśnie w Paryżu, rozegrany tuż przed „szczurzym manifestem”. W 1926 roku piłkarz pojechał na amerykańskie tournée z drużyną z Wiednia, postanowił jednak, że z niego nie wróci. Bela zadomowił się w Nowym Jorku i grał w tamtejszych klubach. Nie miał jednak zamiaru marnować ostatnich lat kariery wyłącznie na kopaniu piłki. Węgier zarobił oraz zainwestował sporo pieniędzy, które skrupulatnie wydawał w nowojorskich barach i restauracjach, oczywiście w towarzystwie gwiazd ówczesnej muzyki oraz kina. Syn żydowskich tancerzy z Budapesztu stał się królem życia spełniającym swój amerykański sen. Niestety pobyt w USA jak całe życie Guttmanna naznaczone jest kontrastami i ściśle związane z światową historią pierwszej połowy XX wieku. Nowojorską gwiazdę soccera dopadł kryzys finansowy spowodowany krachem na giełdzie w 1929 roku. Podobno w wyniku tych wydarzeń Guttmann stracił ok. pół miliona dolarów (dzisiaj byłoby to ponad 5 mln.) Po załamaniu finansowym, kluby nie były w stanie wypłacać piłkarzom tak dużych sum jak wcześniej, więc Węgier zdecydował się zakończyć karierę i w 1932 roku wrócił do Europy. Ze Stanów Bela wrócił do Wiednia, co prawda bez worka pieniędzy, ale za to z cennym bagażem piłkarskiego doświadczenia.

W 1933 roku podjął się pierwszej pracy jako trener w dobrze mu znanym Hakoah, gdzie naturalnie długo miejsca nie zagrzał. Następnie wyjechał do Holandii, by przez dwa sezony trenować Twente Enschede. Dobra, miał trenować przez dwa sezony. Guttmann został zwolniony, bo osiągał wyniki… zbyt dobre. Na początku pracy wynegocjował bowiem absurdalnie wysoką premię w przypadku zdobycia mistrzostwa, należy zaznaczyć, że obejmował drużynę ze strefy spadkowej. Bez problemu utrzymał się w lidze, a następnie w kolejnym sezonie szło mu za dobrze. Zarząd klubu uświadomił sobie, że nie stać ich na mistrzostwo więc pożegnano się z Węgrem. Z Holandii niedoszły mistrz wrócił oczywiście do pracy w drużynie Hakoah. Po kolejnej przygodzie wyjechał do Budapesztu, w którym to znalazł się po raz pierwszy od swojego wyjazdu ponad 15 lat wcześniej. W rodzinnym mieście osiągnął pierwszy sukces w pracy menadżera, zostając mistrzem z klubem Ujpest FC. Sprawy układały się fantastycznie, a kariera Guttmanna parła naprzód. Niestety na drodze stanął mu jeden mały problem – wybuch II wojny światowej, która zastała go w tak szczęśliwym dla niego czasie i tak znaczącym miejscu. Przez dziesięciolecia nie było wiadomo, co dokładnie Guttmann robił w czasie wojny, a na pytania, jak przetrwał Holokaust ten odpowiadał: „Tylko Bóg mi pomógł”. Jednak po latach wyszło na jaw, że przetrwanie zawdzięczał nie tyle bożej pomocy, co odrobinie sprytu i pomocy szwagra. W biografii węgierskiego trenera napisał o tym David Bolchover. Okazało się, że gdy na Węgrzech zaczęła się masowa eksterminacja Żydów, Bela ukrywał się właśnie na strychu szwagra. Niestety w 1944 roku rodzina Guttmannów została przewieziona do obozu pracy, skąd Bela uciekł w grudniu 1944 roku tuż przed wywiezieniem do Auschwitz. Węgier wyrwał się z objęć śmierci wraz z innym trenerem Ernestem Erbstainem. Ojciec i siostra Guttmanna zostali zamordowani w Oświęcimiu, a sam Bela do końca życia nie mógł pogodzić się z tym, że ich wtedy opuścił. Po wojnie Guttmann wrócił do pracy jako trener, najpierw podejmując się pracy w rumuńskich klubach, gdzie jednak nie było łatwo. Podczas pobytu w Rumunii, zdarzało się, że Bela z powodu niedoborów prosił, aby kluby wypłacały mu pensję w żywności. Po tym niezbyt udanym epizodzie przyszedł czas na powrót do swojego kraju, gdzie po raz kolejny objął stery Ujpest FC, a następnie Kispest. To właśnie tam jego podopiecznym był słynny Ferenc Puskas. Największa gwiazda węgierskiej piłki miała, delikatnie mówiąc, nie najlepsze stosunki z nowym szkoleniowcem. Między innymi dlatego, iż posadę trenera Guttmann przejął od ojca Puskasa, z czym ten najwyraźniej nie chciał się pogodzić. Bela nie zagrzał na dłużej miejsca w Kispest i pokłócony z kim tylko się da (łącznie z komunistycznymi władzami), wyjechał do Włoch. Co ciekawe wcześniej dostał propozycję objęcia reprezentacji Węgier, ale w obliczu konfliktu z Puskasem oraz swojej niechęci wobec ówczesnej władzy odmówił. Stracił tym samym szansę na zapisanie się w historii złotej jedenastki, choć to on był jednym z twórców systemu 1-4-2-4, którym grali podopieczni Gustava Sebsa. Poniekąd więc przyczynił się do ich późniejszych sukcesów. We Włoszech najlepszą drużyną, jaką prowadził Guttmann, był wielki AC Milan. Rossonerii pod wodzą nowego menadżera spisywali się świetnie i pewnie zmierzali po mistrzostwo. Jak to jednak nasz bohater miał w zwyczaju, zanim sezon się skończył, zdążył się z kimś pokłócić. Tym razem na cel wybrał członków zarządu, przez co został natychmiast zwolniony. Wtedy Węgier niczym Jose Mourinho zwołał konferencję prasową, na której wypowiedział słynne słowa: „Zostałem zwolniony, a nie jestem ani kryminalistą, ani homoseksualistą. Żegnajcie!”.

Wyszedł. Po wydarzeniach w Mediolanie Bela w każdym swoim kolejnym kontrakcie zamieszczał klauzulę, że nie może zostać zwolniony, jeśli jego drużyna będzie zajmowała pierwsze miejsce w tabeli. W 1957 roku z Włoch wrócił do Budapesztu, gdzie ponownie objął Kispest, które zostało przez socjalistyczną władzę przemianowane na Honved. Tam znalazł wspólny język z Puskasem i wydawało się, że będzie spokojnie pracować, niestety do głosu znów doszła historia. Podczas pucharowego starcia w Bilbao z tamtejszym Athletikiem, na Węgrzech wybuchła antykomunistyczna rewolucja. Drużyna nie wiedziała, czy i gdzie odbędzie się ewentualny rewanż, sami piłkarze natomiast, nie byli przekonani czy w ogóle wracać do kraju. Ostatecznie spotkanie odbyło się w Brukseli, a Honoved odpadł z rozgrywek. Niestety po Budapeszcie nadal jeździły sowieckie czołgi, więc Guttmann wraz z piłkarzami zdecydowali się nie wracać do kraju. Dostali kilka propozycji gry w różnych ligach, nawet w Meksyku. Ostatecznie cały team poleciał do Ameryki Południowej, gdzie rozegrał serię sparingów w Brazylii. Całe eldorado zakończyła FIFA, wykluczając Honved ze swoich struktur. Po dyskwalifikacji drużyny część jej członków wróciła do kraju, ale kilku piłkarzy rozjechało się po świecie. Wśród nich był również Bela, który zaczął pracę w Sao Paulo. W Brazylii mimo zaledwie rocznego pobytu zdążył wygrać stanowe mistrzostwo, a przede wszystkim spopularyzować swój styl gry. Nauczył piłkarzy i trenerów z kraju Pelego grać niezawodnym, w jego rękach systemem 1-4-2-4. Kiedy wyjeżdżał w 1958 roku, Brazylia zostawała mistrzem świata, stosując właśnie styl gry Guttmanna. Kolejnym przystankiem w karierze była Portugalia, gdzie Węgier święcił największe triumfy w karierze. W 1958 roku wraz z drużyną FC Porto wygrał ligę, przeskakując w tabeli Benfikę. Wówczas Guttmann jeszcze nie wiedział, że stanie się legendą klubu, który właśnie pokonał. Bela zmienił stronę barykady i od razu rozpoczął własne porządki. Zaczął od pozbycia się dwudziestu doświadczonych, lecz jak uważał, podstarzałych zawodników. W ich miejsce zatrudnił młodych adeptów futbolu mających stanowić o przyszłej sile Benfiki. Wśród nich znalazł się nikomu nieznany 17-latek z Mozambiku, niejaki Eusebio. Historia związana ze sprowadzeniem Eusebio jest przestrogą przed łysiną. Fantastyczny młodzieniec został znaleziony dzięki wizycie u… fryzjera. Pewnego razu roku 1960 Guttmann udał się ściąć swoje włosy. Tam spotkał Jose Carlosa Bauera, byłego reprezentanta Brazylii, którego Bela znał z czasów pracy w tym kraju. Okazało się, że Bauer jest na wakacjach w Lizbonie i za parę dni leci do Mozambiku. Węgier na wieść o tym niejako w żartach rzucił: „Posłuchaj mnie, staruszku, jeśli widzisz utalentowanego zawodnika, kogoś, kto urodził się w Portugalii, pamiętaj o jego imieniu”. Po kilku miesiącach przyjaciele znów się spotkali, a Guttmann dowiedział się o istnieniu jednej z największych przyszłych gwiazd futbolu. Już wtedy, jednak sprowadzenie utalentowanego zawodnika, nie należało do najprostszych zadań. O Eusebio wraz z Benfiką zabiegał lokalny rywal – Sporting. Guttmann postanowił nie odpuszczać i walczył o młodego gracza jak lew, aż wreszcie udało mu się dopiąć swego. Co ciekawe przed podpisaniem kontraktu złoty chłopiec był odizolowany od świata i pilnowany przez całą dobę przez pracowników Benfiki. Trwało to aż 12 dni, aby nikt ze Sportingu nie zdołał go przeciągnąć na swoją stronę. Eusebio wspominał jednak: „Dyrektor Sportingu dotarł do mnie położył pieniądze na stole i powiedział, że to moje, jeśli podpiszę kontrakt z nimi” Portugalczyk odparł: „Powiedziałem mu, że to niestosowne, że nie jestem zły, ale nie zamierzam podpisać dwóch kontraktów naraz”. Tak zaczęła się wspólna historia dwóch legend Benfiki. Guttmann stworzył w Lizbonie maszynę do wygrywania, czyniąc z Estadio da Luz twierdzę nie do zdobycia. Wygrał ligę oraz pierwszy Puchar Europy w 1961 roku. Wyniósł swój warsztat na wyżyny możliwości, będąc nie tylko najlepszym strategiem swoich czasów, ale przede wszystkim wybitnym psychologiem. Potrafił zarządzać drużyną, odpowiednio motywując swoich piłkarzy oraz świetnie ściągać z nich presję i wywierać ją na przeciwnikach.

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?