FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
9
Żywe legendy futbolu:
9 grudnia 1969 r. urodził się francuski obrońca w urokliwej miejscowości Saint-Jean-de-Luz. Mistrz Świata i Europy. Fantastyczny piłkarz, inteligentny, świetnie czytał grę. Fachowiec na lewej obronie. W jego seniorskiej karierze reprezentował cztery kluby – Girondins Bordeaux (299/28), Athletic Bilbao (23/0), dwukrotnie Bayern Monachium (łącznie 273/8) i Olympique Marsylia (15/0). Trofea tylko z Bayernem – pięć Mistrzostw i Pucharów Niemiec, cztery Puchary Ligi oraz Puchar Europy i Puchar Interkontynentalny. W reprezentacji Francji 97 meczów i dwie bramki (z Izraelem i Arabią Saudyjską). Grał w dwóch Mundialach (1998 – złoto, 2002) i w trzech Euro (1996, 2000 – złoto, 2004). Wygrał także dwukrotnie Puchar Konfederacji (2001, 2003). W 1999 r. w Drużynie Roku w Europie wg dziennikarzy, rok później w Jedenastce Euro, w 2002 w Jedenastce Świata wg FIFA. W Bayernie, po powrocie grał z numerem 69 – urodził się w 1969, mierzył 169 cm i ważył 69 kg. Po zawieszeniu butów na kołku trenował brazylijskie Jiu-Jitsu i surfował. W tej pierwszej dyscyplinie odnosił spore sukcesy gdyż był m.in. Mistrzem Europy! Bixente jest Baskiem i jednocześnie pierwszym Francuzem, który reprezentował barwy klubu z Bilbao. Oprócz języka baskijskiego, zna biegle francuski, hiszpański i angielski. Co ciekawe, nigdy nie nauczył się niemieckiego, mimo że w Bayernie grał łącznie prawie dziewięć sezonów.
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@AssisMoreira
@Arkon
9
Legendy polskiego futbolu:
9 grudnia 1955 roku w Gdańsku urodził się Janusz Kupcewicz, pomocnik i były trener. Jego ojciec Aleksander oraz starszy brat Zbigniew również grali w piłkę(a tata w późniejszym czasie pracował jako trener) i występowali m.in. w Lechii Gdańsk. Pierwszy z nich w biało-zielonych barwach zaliczył 60 meczów, w których strzelił siedem goli. Janusz kontynuował rodzinną ścieżkę i do Lechii trafił praktycznie w samej końcówce swojej kariery. Tę rozpoczął w juniorach Warmii Olsztyn, by następnie przenieść się do większego w mieście Stomilu. Dzieciństwo, pierwsze lata szkolne i początki przygody z futbolem spędził właśnie na Mazurach, aby w końcu wrócić w rodzinne strony i napisać piękną, ośmioletnią historię w Arce Gdynia. Przez kibiców został wybrany najlepszym graczem w dziejach tego klubu, choć zdobył z nim jedynie Puchar Polski. Liczne kontrowersje wzbudziły jego występy dla obu tych drużyn, bowiem nie jest tajemnicą, iż w Trójmieście darzą się one sporą wrogością. ,,Piękne to były czasy. Z piłką pod pachą i… gra od rana do wieczora na boiskach o różnej nawierzchni. Niezapomniane chwile”– wspominał czas spędzony w Olsztynie w jednym z wywiadów dla TVP Sport. Starsi kibice mają ogromny przywilej pamiętania najpiękniejszych chwil w historii polskiej piłki. Jedną z nich bez wątpienia stanowił brązowy medal zdobyty na mistrzostwach świata w 1982 roku. W słonecznej Hiszpanii nasza reprezentacja pod wodzą Antoniego Piechniczka osiągnęła niezwykły sukces. Bohater tekstu nie mógł jednak od początku turnieju liczyć na uznanie selekcjonera. Do składu wskoczył dopiero na mecz z Peru, czyli ostatnie starcie w grupie. Kreatywność, zmysł gry oraz fantastyczne uderzenie z dystansu to cechy, które charakteryzowały Kupcewicza, który nie oddał już miejsca w wyjściowej jedenastce aż do samego końca mundialu. Zaliczył pełne 90 minut w bataliach z Belgią, ZSRR oraz przegranym półfinale z Włochami. Został już tylko mecz o krążek z brązu. To właśnie w pojedynku z „Trójkolorowymi” strzelił najważniejszego gola w życiu. Polacy ostatecznie pokonali Francję 3:2 i zgarnęli brąz a Kupcewicz pięknym golem z rzutu wolnego oraz asystą przy trafieniu Stefana Majewskiego wyraźnie się do tego przyczynił. Cztery lata wcześniej miały miejsce mistrzostwa w Argentynie, gdzie Polska niestety rozczarowała. Kupcewicz winę za słabszą formę kadry zrzucał na selekcjonera Jacka Gmocha. ,,Atmosferę popsuł Gmoch. Byłem na tych mistrzostwach i nawet nie powąchałem murawy. Do Argentyny poleciał najlepszy zespół w historii polskiej piłki nożnej. Jak doskonale pan wie, grono doświadczonych, utytułowanych piłkarzy uzupełnili przecież młodzi – Nawałka, Boniek, Iwan. Jeśli jednak sobie przypomnę, to pierwszymi skojarzeniami związanymi z tamtymi mistrzostwami są kłótnie. A mogliśmy wtedy osiągnąć bardzo wiele.”– mówił szczerze we wspomnianej już rozmowie z TVP Sport.
Kupcewicz w sezonie 1982-1983, a więc w czasie fantastycznej formy na mistrzostwach świata w Hiszpanii, występował w Lechu Poznań, bowiem Arka spadła z najwyższej ligi, a on chciał utrzymać pozycję w kadrze i uczynić dalszy krok w karierze. W sfinalizowaniu transferu pomogli fani, grupa prywaciarzy zapłaciła działaczom Arki. W stolicy Wielkopolski od razu wygrał mistrzostwo kraju i postanowił ruszyć na podbój zagranicznych lig. Od 1983 do 1986 roku grał na obczyźnie. Reprezentował barwy francuskiego Saint-Etienne, a także greckiej AE Larisa. Wiodło mu się tam różnie, ale nie przepadł. W Saint-Etienne zaliczył łącznie 35 gier, a w Larisie 23. Sporo czasu stracił przez nękające go ówcześnie kontuzje. ,,Za mnie Saint-Etienne zapłaciło 380 tysięcy dolarów. To jeden z największych wydatków klubu na piłkarza. Jak do tego doszło? Francuzi szukali pomocnika. Sama drużyna cieszyła się popularnością w kraju. Mieli sporo problemów i powoli zaczęli upadać. Próbowano zatem wszystkiego, by ratować zespół. Sprowadzono mnie oraz zawodnika z Paragwaju. Niestety najbardziej znani gracze poodchodzili, więc trudno było powstać z kolan. Ja nie nauczyłem się języka, nie spełniłem też do końca sportowych oczekiwań.”– tłumaczył. Do Polski powrócił w 1986 roku i związał się z Lechią, co wywołało poruszenie w Gdyni. Legenda „Żółto-Niebieskich” zasiliła szeregi największego sportowego rywala. Kupcewicz wtedy nie miał żadnych innych ofert, a w wieku 31 lat czuł się jeszcze na siłach, aby kopać w pierwszej lidze. Po latach podchodził do tematu na spokojnie: ,,Trochę się nasłuchałem od kibiców. Rozumiem to, że patrzono na mnie spod byka. Jestem arkowcem, nie będę tego ukrywał. Okres spędzony w Lechii wspominam jednak bardzo dobrze.”
Jego związek z futbolem dobiegł końca w Turcji. W 1988 roku pograł przez kilkanaście miesięcy w Adanasporze. Po zawieszeniu butów na kołku próbował swoich sił w trenerce. Prowadził m.in. reprezentację Polski w futsalu, a także zespoły z niższych lig. Jako asystent trzy lata spędził w kadrze do lat 21. Pracował również jako nauczyciel wychowania fizycznego w Szkole Podstawowej numer 10 w Gdyni Chyloni. W latach 2001–2003 poproszony został o doradztwo sportowe w ukochanej Arce, dla której w przeszłości rozegrał ponad 150 meczów. O swoim przywiązaniu do klubu mówił wszem wobec. Pomimo iż urodził się w Gdańsku, jego serce biło dla Gdyni i bić przestało w Gdyni. Miał swój epizod w polityce, ale kogo właściwie to teraz interesuje? 4 lipca tego roku odszedł od nas piłkarz zasłużony zarówno dla regionu pomorskiego, jak i dla reprezentacji. Ta jedna z pięciu zdobytych dla kadry bramek, w hiszpańskim mieście Alicante przeciwko Francji, na zawsze pozostanie legendarna. ,,Zdobyłem mistrzostwo Polski, Puchar Polski, medal mistrzostw świata. Jako gwiazda młodego pokolenia troszkę mi w główce zaszumiało, ale na szczęście przyszła pokora. Uważam, że miałem wspaniałą karierę i osiągnąłem bardzo dużo.” Janusz Kupcewicz dołączył do takich osobistości jak Kazimierz Deyna czy Włodzimierz Smolarek i teraz razem grają gdzieś mecz, bez pośpiechu czekając na nas wszystkich.
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
0
@Kapitan_SW No wszystko zgoda, jednak w tej masce to on wygląda jak jakaś gwiazda kina a nie futbolu a co ważniejsze to nie widać jego twarzy co mnie troche irytuje...
1
@Esteban_ No i własnie o to mi chodziło! Za przeproszeniem po c..j on ta maske jeszcze nosi???
1
@Lionel_Messi10 No ale przecież to było bite dwa lata temu! Do tej pory jeszcze się nie zrosło?
1
@arasz1819 No coś tam słyszałem o tym Bogarde ale nie znam szczegółłów więc będzie jeszcze okazja do zapoznania się z tym piłkarzem...
1
@Lionel_Messi10 Aż 20 złamań!? No ale kiedy to było, te złamania?
0
Wczoraj oglądałem Derby Italia pomiędzy SSC Napoli a Juventusem Turyn. Miałbym pytanie: Z jaką kontuzją głowy gra Victor Osimen?
12
Był sobie….. pierwszy taki Dembele w ,,naszym” klubie:
9 grudnia 1996 r. Emanuel Amunike pojawił się w Barcelonie aby podpisać kontrakt. Nigeryjczyk był niezłym piłkarzem, lecz ze względu na kontuzje nie osiągnął wróżonego mu poziomu. Historia jego transferu i pobytu w Blaugranie jest jednak niecodzienna. W czerwcu 1996 r. ówczesny piłkarz Sportingu Lisbona miał zostać zawodnikiem FC Barcelony ale nie przeszedł badań medycznych. Zdaniem Katalończyków Amunike miał kontuzjowane kolano. Portugalczycy twierdzili natomiast że… jest zupełnie zdrowy. W lipcu wiceprezydent Gaspart oskarżył Sporting o oszustwo. Portugalczycy nie chcieli aby piłkarz przeszedł gruntowne badania kontuzjowanej nogi, odrzucając propozycje artroskopii kolana. Prezydent Nuñez oświadczył nawet że Amunike jest ,,nowym samochodem z awarią silnika”. 9 grudnia 1996 r. Nigeryjczyk pozytywnie przeszedł wszystkie badania i trafił do Barcelony za 3,6 mln euro. Trener Bobby Robson przedstawił go jako ,,transfer najwyższej klasy’ i jego ,,największy koszmar” z czasów, gdy trenował FC Porto i grał przeciwko drużynie Amunike. Z biegiem czasu okazało się iż Nigeryjczyk stał się koszmarem FC Barcelony. Przez 3,5 roku przeszedł 5 operacji: trzy artroskopie, jedną osteotomie i transplantację chrząstki stawu kolanowego uzyskanej od zmarłego pacjenta. W październiku 1999 r. Barça próbowała rozwiązać jego kontrakt, starając się udowodnić że Amunike nie może wykonywać zawodu piłkarza. W tym samym czasie Nigeryjczyk domagał się… pieniędzy za jedną z operacji, które przeszedł w USA. Blaugrana zakazała mu treningów z zespołem ale w kwietniu decyzje tą uchylił hiszpański ubezpieczyciel. W 2000 r. po zakończeniu kontraktu ,,kukułcze jajo” przejęło Albacete. W kontrakcie zapisano klauzule że w przypadku kolejnej kontuzji kolana klub może rozwiązać kontrakt z piłkarzem. 13 stycznia 2001 r. Amunike doznał urazu… ścięgien Achillesa, co w praktyce zakończyło jego karierę piłkarską ale uniemożliwiło Albacete pozbycie się Nigeryjczyka z listy płac.
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Monix10
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@AssisMoreira
@Arkon
8
Barça w europejskich pucharach:
9 grudnia 1959 r. FC Barcelona pokonuje Reprezentacje Belgradu w rewanżowym meczu półfinału Pucharu Miast Targowych 3:1 po golach: genialnego Kubali, świetnego Evaristo oraz błyskotliwego Eulogio Martineza i awansuje do finału, który odbył się na wiosne przyszłego roku w formule dwumeczu.
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
12
Nieco zapomniane legendy polskiego futbolu:
8 grudnia 1958 r. urodził się Mirosław Okoński, głównie lewoskrzydłowy. Jeden z największych ,,enfant terible” w historii polskiego futbolu. Mawiano w Poznaniu że kiedy ,,bawi się Okoń, to bawi się całe miasto”. Tak jak czarował w kontaktach osobistych, tak i na boisku. ,,Na obszarze nie większym od podstawki od piwa, potrafi kiwnąć kilku przeciwników naraz.”- pisali o nim dziennikarze w czasach gry w Niemczech. Te umiejętności pokazywał już w Polsce, gdzie był filarem Lecha Poznań. Trzy razy z Kolejorzem sięgnął po mistrzostwo Polski. Kiedy w ramach odbywania służby wojskowej musiał przejść do Legii, ,,transfer” ten został okupiony licznymi protestami, zwłaszcza gdy w finale Pucharu Polski Wojskowi zwyciężyli 5:0 a sam ,,Okoń” strzelił jednego gola. Trofeum to wywalczył jeszcze 3 razy, w tym dwukrotnie już w barwach Kolejorza, gdzie wrócił po służbie wojskowej. W 1983 r. sięgnął po podwójną korone. Wraz z Lechem wywalczył mistrzostwo a samodzielnie dołączył do tego tytuł króla strzelców, zdobyty ex aequo ze swym imiennikiem – Tłokińskim. W 4 sezonach z rzędu osiągał dwucyfrową liczbe goli. Mniej spełniony w reprezentacji. Trener Piechniczek nie lubił go z powodu zbyt dużego indywidualizmu. Okoński lubił dryblować na murawie, grał nie raz samolubnie i pod ,,publiczkę”. W Poznaniu wybaczono mu straty w imie tej widowiskowej gry, która przyniosła wiele sukcesów. W kadrze szkoleniowiec nie był aż tak wyrozumiały. Z tego względu Okońskiego ominęły zarówno MŚ w 1982, jak i w 1986 r. Ostatecznie zagrał w biało-czerwonych barwach 29 razy strzelając 2 gole. Po grze w Lechu ,,Okoń” czarował murawy Bundesligi. Z Hamburger SV sięgnął po Puchar Niemiec. Zajął 2 miejsce w plebiscycie na najlepszego piłkarza rozgrywek za Uwe Rahnem. Został także wicemistrzem kraju. Potem wyjechał do AEK Ateny. Blisko czteroletni pobyt w tym kraju przyniósł mu mistrzostwo Grecji. Występował tam także dla APS Korinthos. Na krótko wrócił do Poznania, gdzie grał w Lechu i Olimpii, później dla zespołów z niższych klas rozgrywkowych w Polsce i Niemczech. Kariere zakończył w swej macierzystej Gwardii Koszalin. W plebiscycie 80-lecia Lecha Poznań przeprowadzonym przez ,,Gazete Wyborczą” wybrany został najlepszym piłkarzem Kolejorza.
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
2
@FCBparasiempre
Po igrzyskach zniknął jednak z kadry. Zabrakło go w meczach eliminacyjnych mistrzostw świata. Chociaż przed meczem z Anglią w Chorzowie Górski rozważał jego kandydaturę, to statecznie nie powołał go z uwagi na fakt, że był w tak słabej formie, że nawet we własnym klubie większość czasu w meczach ligowych spędzał na ławce rezerwowych. Rok później, kiedy Ruch rządził w lidze, Górski inaczej już patrzył na zawodników z Chorzowa. 7 kwietnia po meczu z Górnikiem zwrócił uwagą zwłaszcza na Zygmunta Maszczyka i Joachima Marxa, ale nie umknął mu też bardzo dobry występ Ostafińskiego, o którym w swoich wspomnieniach napisał, że mógł się podobać. Zawodnik brał udział w zgrupowaniu przed mistrzostwami świata, ale do RFN ostatecznie nie pojechał. Był co prawda w gronie pięciu rezerwowych, którzy mieli pozostawać do dyspozycji, ale raczej marna to pociecha. Mistrzostwa pokazały, że selekcjoner trafił ze składem i młody Władysław Żmuda, który zastąpił Ostafińskiego na środku obrony obok Gorgonia, znakomicie wywiązywał się z powierzonych mu zadań. Piłkarz Ruchu był oczywiście rozczarowany i uważa, że przy braku powołania kluczowy był mecz z VfB Stuttgart z 13 kwietnia. Myślę, że zaszkodził mi mecz kontrolny kadry z VfB Stuttgart. Przegraliśmy 1:4, a niesamowite rzeczy „odstawiali” dwaj boczni obrońcy – Zbigniew Gut i Adam Musiał. Dawali się ogrywać jak dzieci. Nie byłem w stanie „połatać dziur”; wychodząc do szarżującego od linii bocznej rywala, zostawiałem „swojego” napastnika. No przecież nie mogłem pozwolić chłopu bezkarnie wjeżdżać w pole karne! Ale i tak usłyszałem od Jacka Gmocha: „Po co się dawałeś tak wyciągać do boku?” Do reprezentacji powrócił, ale tylko na kilka spotkań. Ostatnie rozegrał z Włochami w 1975 r. Jedenaście oficjalnych i dwa nieoficjalne występy w narodowych barwach, to chyba jednak zbyt mało na takiego formatu zawodnika. Jak sam przyznaje, trafił wtedy na okres, w którym rywalizacja o miejsce w składzie była ogromna. Dodatkowo w harmonijnym rozwoju nie pomagały mu kontuzje i polityka działaczy Ruchu, którzy niechętnie skłaniali się ku zwalnianiu zawodników na mecze reprezentacji. Vičan był znakomitym fachowcem, dysponował grupą świetnych zawodników, ale liczyła ona 12-13 zawodników. Jedna czy dwie kontuzje stawiały go w niełatwej sytuacji. Korzystniej zatem było wystawić zawodnikowi niekoniecznie prawdziwe zwolnienie lekarskie, założyć mu opatrunek gipsowy, i tak dalej, niż wysłać go na zgrupowanie kadry, mecz reprezentacji. Przez takie sztuczki Zygmunt Maszczyk omal nie zostałby wyeliminowany z mistrzostw świata. Po dwóch zdobytych mistrzostwach piłkarze Ruchu spuścili z tonu. Zespół był najstarszy w lidze. Zawodnicy nie mogli podołać już tak intensywnym treningom. Brakowało trochę ambicji, niektórzy zbliżali się powoli do końca swoich karier. Mimo że po rundzie jesiennej byli liderem, to rozgrywki zakończyli na czwartym miejscu. To był jednak początek końca wielkiego Ruchu. Odszedł trener Vičan, a na jego miejscu pojawił się František Havránek. To on twierdził, że Ostafińskiego wytykano palcami jako tego, który sprzedawał mecze. Sam piłkarz wspominał, że Czech w porównaniu do swojego poprzednika wydawał się trenerskim amatorem. Miał też podobno otrzymać zadanie wyczyszczenia zespołu ze starszych zawodników. Od zarzutów korupcyjnych Ostafiński jednak się odcinał. Havránek albo miał coś z oczami, albo kompletnie nie znał naszej ligowej rzeczywistości. Fakt, niekiedy padały zaskakujące wyniki, bo trzeba było kogoś ratować, komuś pomóc. Jednak nie zawodnicy podejmowali w takich kwestiach decyzje. W wywiadzie dla Przeglądu Sportowego mówił, że nigdy nie był inicjatorem tego typu działań. Dodawał też, że opinia, jaka do niego przylgnęła, to głównie zasługa działaczy, z którymi nie miał zbyt dobrych układów. Kiedy w 1976 r. przegrali z Lechem Poznań, to kierownik Alojzy Dzielong zarzucił jednemu z zawodników Ruchu – Janowi Benigierowi, że ten przeszedł obok meczu. O mało nie doszło do rękoczynów, ale Ostafiński stanął w obronie kolegi i załagodził sytuację. Nazajutrz, po przyjściu na trening, Stanisław Fangor wręczył mu pismo z informacją o dwutygodniowym zawieszeniu. Stwierdzono, że skoro bronił Benigiera, to musiał być zamieszany w porażkę, czyli prawdopodobnie sprzedał mecz. Pierwszy raz wszedł w drogę kierownictwu już na początku swojej przygody z Ruchem. Wtedy to po którymś z meczów oskarżono jego, Maszczyka i Bulę, że sprzedali mecz. Ostafiński nie miał pojęcia, o co chodzi, a na spotkaniu z zarządem doszło do pewnego incydentu. Na spotkaniu zarządu powiedział mi prezes: „jak już skończycie, towarzyszu, grać w piłkę, to wrócicie tam, skąd przyszliście: gęsi paść”. A ja mu nie zostałem dłużny: „jak pan skończy już być wiceministrem, to pana taki los czeka” – odpaliłem. Chwycił ciężką, szklaną popielniczkę i rzucił w moim kierunku. Złapałem i mu ją odrzuciłem! Pełna konsternacja! W końcu wszystko rozeszło się po kościach, ale – jak widać – pamiętano mi to”. Ostatni mecz w barwach Niebieskich rozegrał w listopadzie 1976 r. Rundę wiosenną spędził w Polonii Bytom, z którą awansował do ekstraklasy. Był podstawowym zawodnikiem ekipy, która całkiem nieźle radziła sobie w lidze. Przyzwoicie zapowiadający się sezon zakończył się dla niego już 1 listopada 1977 r. Gdy grałem w Polonii Bytom, w meczu z Zawiszą Bydgoszcz doznałem złamania kości strzałkowej w kostce. Nie mogłem grać przez osiem miesięcy. Robiłem wtedy wślizg, wybiłem piłkę rywalowi, a on wpadł całym ciałem na moją nogę. To był facet z dużą nadwagą i kość nie wytrzymała. Pamiętam do dzisiaj, że graliśmy 1 listopada, czyli we Wszystkich Świętych! Sędzia, który prowadził zawody, już przed meczem świętował. Był pijany, bo jak podszedł do mnie, to czuć było od niego alkoholem. Podejmował wtedy sporo złych decyzji. Gdyby dzisiaj sędziował na bani, poniósłby surowe konsekwencje, ale wtedy było inaczej.
Później zdecydował się na wyjazd na zachód. Podobnie jak kilku innych piłkarzy z drużyny Górskiego, wybrał grę we Francji. W zespole SC Hazebrouck wielkiej kariery jednak nie zrobił i wkrótce znalazł się z powrotem w Bytomiu. Wrócił do składu Polonii, kiedy ta okupowała ostatnie miejsce w tabeli. Zagrał w siedmiu meczach sezonu, które decydowały o pozostaniu w lidze. Dzięki uporządkowaniu gry obronnej i poprawie skuteczności bytomianie rzutem na taśmę utrzymali się w lidze. Kolejny sezon był już jego ostatnim w karierze. Grał praktycznie tylko jesienią, a z ekstraklasą pożegnał się 9 marca 1980 przegranym 0:1 meczem ze Stalą Mielec. To właśnie pobyt w bytomskiej drużynie najmilej wspominał: ,,Wszędzie zostawiłem trochę zdrowia i serca, wszędzie miałem przyjaciół, ale najmilej wspominam grę w Bytomiu. Może, że to był ostatni mój klub, a może zadziałał syndrom kresowiaka, bowiem wcześniej grała tam grupa zawodników, która miała lwowskie i wschodnie korzenie. W Polonii Bytom czuło się atmosferę wschodniej Polski i często słyszało się „ta joj”. Buty na kołku zawiesił w wieku 34 lat, a więc mógł jeszcze trochę pograć na przyzwoitym poziomie. Niestety uniemożliwiły mu to związane z grypą powikłania mięśnia sercowego i musiał się wycofać. W katowickiej AWF ukończył dwuletni kurs i otrzymał dyplom trenera drugiej klasy. Prowadził młodzieżowe drużyny Polonii Bytom i przez pewien czas był nawet asystentem w pierwszym zespole. Oprócz tego trenował: Wartę Zawiercie, Chorzowiankę, Beskid Andrychów, MK Katowice i Zagłębie Dąbrowa Górnicza. Dolegliwości sercowe sprawiły jednak, że przeszedł na rentę. Kilka lat pomagał żonie w prowadzeniu sklepu spożywczego. Dziś nadal jest blisko piłki. Chętnie udziela wywiadów i komentuje bieżące zmagania ligowe. Jest taki sam jak przed laty – zawsze mówi to, co myśli. Nawet jeśli jego oceny są surowe i kontrowersyjne, to nie waha się ich wygłaszać i nie owija w bawełnę. Był jednym z najlepszych stoperów w historii naszej piłki. Bez niego obrona Ruchu nie byłaby tak skuteczna. Szkoda, że nie spełnił się w reprezentacji, bo na pewno miał ku temu zarówno talent, jak i umiejętności. Twardy charakter i cięty język nie zawsze przysparzał mu przyjaciół, ale wsłuchując się w jego wypowiedzi, nawet dzisiaj trudno nie przyznać mu racji. Zawsze imponował wielką klasą i opanowaniem, a Andrzej Gowarzewski pisał, że w kronikach polskiego futbolu niewielu było lepszych od niego.
8
@FCBparasiempre
8 grudnia 1946 r. urodził się środkowy obrońca Marian Ostafiński. Jeśli zastanowimy się nad najlepszymi stoperami złotych czasów polskiej piłki, to w pierwszej chwili na myśl przychodzą dwa nazwiska: Jerzy Gorgoń i Władysław Żmuda. Warto przypomnieć jeszcze kogoś. Młodsi kibice mogą go nie kojarzyć ale starszym jego występy na pewno zapadły w pamięć. Był jednym z najlepszych polskich obrońców lat 70-tych. Na podbój pierwszoligowych boisk ruszał z dalekiego Przemyśla, leżącego kilkanaście kilometrów od radzieckiej granicy. Wieloletni zawodnik Stali Rzeszów i mistrz Polski z chorzowskim Ruchem. Niektórzy zarzucali mu lenistwo ale swoją ambicję i wolę walki udowodnił w meczu, w którym grał ze złamaną ręką. W latach 50-tych w 40-tysięcznym Przemyślu młodzi ludzie nie mieli zbyt wielu perspektyw rozwoju. Podobnie zresztą jak w wielu innych podobnych miastach. Kraj przecież dopiero stawał na nogi po wojnie. W tym przygranicznym mieście do wyboru była praca w Zakładach Automatyki POLNA lub w zakładach chemicznych Astra. Dopiero później powstały inne, istniejące do dziś firmy. W takiej szarej i monotonnej rzeczywistości dorastał Marian Ostafiński. Urodzony 8 grudnia 1946 r. chłopak od najmłodszych lat z upodobaniem biegał za piłką. Razem z kolegami wykorzystywali każdy wolny kawałek trawy, żeby choć na chwilę oderwać się od codziennych zajęć. W wieku 11 lat trafił do drużyny trampkarzy Polonii Przemyśl. Futbol nie był jedynym sportem, jaki uprawiał Marian Ostafiński. Dobrze radził sobie również jako szablista na szermierczej planszy. Jednak inne dyscypliny, jak właśnie szermierkę, koszykówkę czy narciarstwo traktował raczej jako sporty uzupełniające. Prawdziwą jego pasją pozostawała i nadal pozostaje piłka nożna. Boisko przy ulicy Sportowej było blisko mojego miejsca zamieszkania. A poszedłem tam już z kilkoma umiejętnościami piłkarskimi, nabytymi na podwórku. Na podwórku grało się w „kapki”, piłką zrobioną ze starych pończoch czy „mitki”– zużytą piłeczką do tenisa ziemnego. Tam uczyło się techniki i po takim „szkoleniu” trafiłem do juniorów Polonii. W niej trafiłem z kolei na Jerzego Miśkiewicza, który był moim pierwszym prawdziwym trenerem klubowym i który zawsze przypominał mi: Marian, pamiętaj, to ja byłem twoim pierwszym trenerem. I o tym pamiętam. – opowiadał w wywiadzie z Józefem Zagulakiem dla ,,Życia Podkarpackiego”. Młody piłkarz nie od razu występował w obronie. Podobnie jak jego kolega z reprezentacji – Jerzy Gorgoń – swoją przygodę z piłką rozpoczynał od gry w ataku i radował się ze zdobytych bramek. Trzynastoletni Marian wyróżniał się wzrostem, dzięki czemu dobrze radził sobie w powietrzu. O tym, że został obrońcą, zadecydował… przypadek: ,,W Polonii Przemyśl zaczynałem jako napastnik, strzelałem gole. Przed meczem z Czuwajem Przemyśl nasz środkowy obrońca doznał kontuzji. Ponieważ byłem wysoki i dobrze radziłem sobie w pojedynkach główkowych, więc udanie go zastąpiłem. W ten sposób zostałem stoperem, choć czasami wystawiano mnie i na boczną obronę”. Cztery lata później grał już w zespole seniorów, który występował w lidze okręgowej. Okręgówka była wszystkim, na co stać było przemyski zespół. Tymczasem talent Ostafińskiego musiał się dalej rozwijać. Regularnie przychodziły powołania do juniorskich i młodzieżowych reprezentacji województwa rzeszowskiego. To wtedy poznał Jana Domarskiego. Przymierzano go też do narodowej kadry juniorów, ale mimo że dostał powołanie, to na zgrupowanie nie pojechał. Bardzo mnie wówczas namawiał do wyjazdu na tę konsultację mój trener w Polonii, ale powiedziałem mu krótko: „nie mam za co pojechać, i nie mam odpowiedniego sprzętu” – mówił w wywiadzie z Dariuszem Leśnikowskim dla Przeglądu Sportowego. W Polonii występował do 1965 r. Wtedy po 19-latka zgłosiło się wojsko. Dzięki temu, że całkiem dobrze radził sobie z piłką, mógł odbyć służbę, grając dla zespołu Bieszczady Rzeszów. Zapomniany już dzisiaj klub w tamtych czasach prowadził kilka sekcji, wśród których uwagę zwracała zwłaszcza bokserska. Marian jednak nie boksował, ale oprócz gry w futbol z powodzeniem występował w drużynie piłki ręcznej, z którą awansował do drugiej ligi. Kiedy przychodził do klubu, to sekcja piłkarska grała w lidze okręgowej. Podczas jego pobytu w Rzeszowie zespół zanotował awans do ligi międzywojewódzkiej, czyli na trzeci szczebel rozgrywek. Po awansie Ostafiński nabierał coraz większej pewności, że wkrótce trafi do pierwszoligowej Stali Rzeszów. W Bieszczadach był wyróżniającym się zawodnikiem i to nie tylko w formacjach obronnych. Był etatowym wykonawcą rzutów wolnych i pewnie egzekwował jedenastki, co przekładało się na dość sporą liczbę bramek. Do I ligi nie trafił jednak od razu. Byłem niejako „pod ręką” dla Stali – zwłaszcza kiedy skończyłem służbę wojskową. Najwyraźniej jednak nie chciał mnie Kazimierz Trampisz, który wtedy prowadził ten zespół w I lidze. Musiałby przecież odstawić któregoś z kolegów, grających wówczas na środku obrony. Grali – a raczej „tuptali” – tam wtedy „wiekowi” Edward Kohut i Leon Szalacha. Widać nie chciał się z nimi rozstawać, jakby pomylił I ligę z ligą oldbojów… – wspominał w rozmowie dla Przeglądu Sportowego. Po zakończeniu służby wojskowej przez miesiąc trenował ze Stalą Mielec, ale ostatecznie trafił do innej Stali – do Stalowej Woli. Tamtejszy zespół, podobnie jak rzeszowskie Bieszczady, występował w lidze międzywojewódzkiej. W mieście nad Sanem spędził dwa sezony. Czuł jednak, że potrzebuje nowych wyzwań, czegoś nowego. Postanowił więc wziąć sprawy w swoje ręce. Kiedy na początku sezonu 1969/70 Stal Rzeszów przegrała cztery mecze z rzędu, pojechał do Rzeszowa. W przerwie na mecze reprezentacji sam pojechałem do prezesa rzeszowskiego klubu i spytałem go: „bierzecie mnie czy nie?”. No i wzięli! W pierwszoligowej wtedy Stali grał u boku dwóch piłkarzy, którzy mieli już za sobą debiut w reprezentacji – Jana Domarskiego i Mariana Kozerskiego. Zadebiutował w 5. kolejce w meczu z Ruchem Chorzów. Zaraz na początku meczu przewrócił się i doznał urazu. Ból ręki, która z każdą minutą coraz bardziej puchła, dawał się mocno we znaki. Ostafiński jednak pokazał swój zawzięty charakter, zacisnął zęby i wytrzymał do końcowego gwizdka. Później po przeprowadzonych badaniach okazało się, że ręka była złamana. Kontuzja trochę przeszkodziła mu w wejściu do zespołu, ale na ławce rezerwowych nie przesiadywał zbyt długo. Po kilku miesiącach swoją postawą zyskał uznanie w oczach kibiców. Był bezkompromisowy, ambitny, waleczny i uparty, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Wkrótce, po serii dobrych występów, zwłaszcza wśród napastników zaczął uchodzić za bardzo trudną do pokonania przeszkodę. W samym Rzeszowie miał tak silną pozycję, że podobno dobudowano mu balkon w bloku, w którym mieszkał, mimo że projekt tego nie przewidywał. Z pierwszoligowych boisk było dużo bliżej do reprezentacji. Zanim wystąpił w drużynie Kazimierza Górskiego, został sprawdzony w meczu reprezentacji młodzieżowej. 27 października 1971 r. Poznaniu zagrał przeciwko Czechosłowacji. Ostafiński miał już wtedy 25 lat, więc debiutował dość późno, ale dobry występ przeciwko naszym południowym sąsiadom stał się przepustką do pierwszej drużyny. To wtedy zwrócił na siebie uwagę Kazimierza Górskiego, który postanowił dać mu szansę w swoim zespole. 10 listopada Polacy wyjechali do hiszpańskiego Gijón, gdzie rozpoczynali walkę o awans na igrzyska. Przed meczem z amatorską reprezentacją Hiszpanii byli ostrożni, ale raczej spokojni o wynik. Optymistą był też Górski. Po pamiętnej porażce z RFN na Stadionie Dziesięciolecia w eliminacjach mistrzostw Europy, trener postanowił zamieszać w składzie. Jedną z poczynionych zmian było wystawienie właśnie Ostafińskiego. Sam piłkarz nie spodziewał się debiutu, ale to właśnie on wystąpił na środku obrony obok Gorgonia. Hiszpanie, choć amatorzy, to walczyli bardzo ambitnie i wcale nie położyli się na boisku. Polacy przeważali, ale do przerwy utrzymywał się bezbramkowy rezultat. Górski był jednak pewny zwycięstwa. W drugiej połowie nasza drużyna nie pozostawiła złudzeń piłkarzom z Półwyspu Iberyjskiego i strzelając dwie bramki, pewnie wygrała. Dobre występy nowych zawodników przekonały selekcjonera, że warto na nich postawić również w rewanżowym meczu z RFN. Ostafiński wspominał, że Niemcy patrzyli na polskich piłkarzy z góry, traktowali ich jak stworzenia z innej gliny. W naszych wywołało to dodatkową motywację. Jednym z wyróżniających się zawodników był właśnie zawodnik rzeszowskiej Stali, który do spółki z Gorgoniem wybił z głowy Müllerowi zdobywanie bramek. To po tym spotkaniu na stałe zadomowił się w reprezentacji. Sam mecz zapamiętał tak: ,,Bardzo szybko przeleciało mi te 90 minut. Jeszcze dobrze się I połowa nie zaczęła, a już trzeba było schodzić do szatni. Podobnie z II częścią gry. Człowiek nie miał czasu się zastanawiać, jak długo jeszcze potrwa mecz, bo działo się wiele. Myślę, że dobrze wtedy graliśmy – wspominał w rozmowie dla Przeglądu Sportowego. Druga część sezonu była słabsza w wykonaniu Ostafińskiego. Wielu zarzucało mu, że w spotkaniu z Bułgarią w Starej Zagorze to po jego starciu z Christo Bonewem sędzia podyktował wątpliwego karnego. Po tym meczu stracił na trochę miejsce w pierwszym składzie reprezentacji. Z klubem wygrał natomiast tylko w czterech ligowych pojedynkach i na koniec sezonu zabrakło im jednego punktu do utrzymania. Wobec takiego scenariusza, po rozegraniu 67 meczów w I lidze zdecydował się odejść z klubu. Na horyzoncie pojawiła się możliwość gry w chorzowskim Ruchu. Zależało mi jednak na grze w reprezentacji Polski, a z drugiej ligi było do niej zdecydowanie dalej niż z ekstraklasy. Przyznam szczerze, że nie paliłem się do zamieszkania na Śląsku, lecz perspektywa występów w silnym zespole przeważyła szalę. Zresztą Ruch pragnął mnie pozyskać znacznie wcześniej
Po sukcesach, jakie pod wodzą obcokrajowców osiągały Legia i Górnik, na zatrudnienie zagranicznego trenera zdecydowano się także w Ruchu Chorzów. W lipcu 1971 r. szkoleniowcem Niebieskich został zdobywca Pucharu Zdobywców Pucharów ze Slovanem Bratysława – Michal Vičan. Po roku pracy poprosił działaczy o poszukanie następcy dla odchodzących Antoniego Piechniczka i Antoniego Nieroby. Wybór padł na Mariana Ostafińskiego, który obok Jerzego Gorgonia był już wtedy uważany za najlepszego stopera w kraju. Mówiło się, że duży wpływ na jego sprowadzenie miał Stanisław Fangor – działacz, który pochodził z tego samego regionu co Ostafiński. Najprawdopodobniej jednak decydujące były pieniądze i możliwość występów w I lidze. W Chorzowie reprezentacyjny obrońca (wraz z Jerzym Wyrobkiem na środku, Konradem Bajgerem na prawej stronie i Piotrem Drzewieckim na lewej) stworzył świetnie funkcjonujący blok obronny, który naprawdę trudno było sforsować. Niewiele brakowało, a losy Ostafińskiego mogłyby potoczyć się inaczej. Czechosłowacki trener aplikował potężne dawki treningów. Zawodnicy często byli po nich wyczerpani. Piłkarz nawet nosił się z zamiarem zakończenia swojej przygody z piłką. Zimą 1973 roku harowaliśmy naprawdę ciężko! Nigdy wcześniej tak nie trenowałem! W Rzeszowie miałem dwóch węgierskich trenerów, Karoly’ego Kontę i Nandora Hidegkutiego, ale w dupę dostałem dopiero u Vičana. Zresztą dla innych chorzowian jego metody treningowe to też był szok. A potworne zmęczenie powodowało złość – przynajmniej u mnie. Ze stadionu przy Cichej na Tysiąclecie wracałem pieszo. Przychodziłem tak wykończony i wściekły, że naprawdę chciałem dać sobie z tym spokój.” Mordercze treningi przyniosły za to oczekiwany skutek. W pierwszym sezonie Ostafiński i koledzy musieli jeszcze uznać wyższość Stali Mielec, ale rok później nie było już mocnych na Niebieskich. Chorzowianie przegrali tylko trzy spotkania i pewnie sięgnęli po tytuł mistrza kraju. Mistrzostwo zapewnili sobie na trzy kolejki przed końcem i dorzucili do tego jeszcze Puchar Polski. 7 października 1973 r. Ostafiński strzelił swoją pierwszą bramkę w ekstraklasie w wygranym 3:2 meczu z warszawską Gwardią. W relacjach prasowych bardzo często uznawano go za jednego z najlepszych na boisku. W mistrzowskim sezonie zespół bardzo dobrze radził sobie również w europejskich pucharach. Pod względem fizycznym absolutnie nie odstawali od rywali. W ćwierćfinale Pucharu UEFA trafili na holenderski Feyenoord. Po dwóch remisach 1:1 do wyłonienia zwycięzcy dwumeczu konieczne było przeprowadzenie dogrywki. W tej lepsi okazali się zawodnicy z Holandii, którzy jak się później okazało, wygrali trofeum. Jestem święcie przekonany, że przed tą dogrywką Holendrzy czegoś się naćpali. Naprawdę! Widział pan kiedyś, żeby po 90 minutach drużyna zeszła do szatni i siedziała tam 10 minut? A myśmy tyle czekali w Rotterdamie na rywali! Nie wiem co oni wtedy w tej szatni dostali, ale w dogrywce ruszyli na nas jak huragan. Najlepsze zaś jest to, że żaden z naszych działaczy nie próbował interweniować, gdy Feyenoord zniknął w tej szatni. Choć przecież – zgodnie z przepisami – jest to niedozwolone. Takich niestety Ruch miał w owym czasie działaczy. Mimo porażki schodzili z boiska przy brawach holenderskiej publiczności. Po powrocie z Rotterdamu podejmowali swojego wielkiego rywala – Górnika Zabrze. W meczu, w którym po kontuzji wracać próbował Włodzimierz Lubański, Niebiescy nie pozostawili złudzeń przeciwnikowi i pewnie zwyciężyli 3:0. Nie było na nich mocnych w kraju, a śmiało można stwierdzić, że i w Europie byli jedną z wyróżniających się drużyn. Swój prymat potwierdzili w kolejnym sezonie. W Pucharze Europy Mistrzów Krajowych dotarli do ćwierćfinału, gdzie dość pechowo przegrali z francuskim Saint-Étienne. Na krajowym podwórku znowu jednak nie było na nich mocnych, dzięki czemu zdobyli drugi z rzędu tytuł. Jak grałem w Ruchu, to robiliśmy punkty jak na zawołanie. Byliśmy maszynką do robienia punktów. Kiedyś mieliśmy nawet chyba 17 punktów przewagi nad drugim zespołem, a wtedy za wygrany mecz były 2 oczka. Robiliśmy punkty na bieżąco i bez problemów, a do tego ciągle byliśmy niezadowoleni. Nie tylko my mieliśmy inny charakter, ale trener też był inny. Vičan nie pozwalał sobie na to, żebyśmy przy kilku punktach przewagi myśleli, że jesteśmy już mistrzami. On nam wmawiał, żebyśmy byli na to uczuleni Wydawać by się mogło, że w epoce największych sukcesów polskiej piłki, to na najlepszej drużynie klubowej oparta będzie reprezentacja. Nie do końca tak było… Po meczu w Starej Zagorze Ostafiński musiał trochę poczekać na kolejny oficjalny występ w narodowych barwach. Ligowa forma chorzowian nie mogła umknąć uwadze Kazimierza Górskiego, który zastanawiał się nad powołaniami na igrzyska. Kadrę budował w oparciu o dwójki i trójki zawodników grających w jednym klubie. I tak z Ruchu na igrzyska pojechali: Zygmunt Maszczyk, Joachim Marx i Marian Ostafiński. Pochodzący z Przemyśla zawodnik nie od razu wskoczył do składu. Pierwsze mecze z Kolumbią i Ghaną przesiedział na ławce w roli rezerwowego. Od pierwszych minut wystąpił dopiero w trudnym meczu z NRD. Trzeba pamiętać, że w reprezentacji debiutował ledwie rok wcześniej. Na turnieju olimpijskim wystąpił w trzech spotkaniach. Poza wspomnianym z naszymi zachodnimi sąsiadami, Górski wystawił go w bardzo ciężkim pojedynku z ZSRR i w następnym spotkaniu z Marokiem. We wszystkich grał pewnie, spokojnie i solidnie. Tak jak na obrońcę jego klasy przystało. W finałowym spotkaniu z Węgrami jednak nie zagrał. Sam po latach miał żal do selekcjonera. ,,No i co mam dziś powiedzieć? Że wkurzył mnie wtedy trener Górski? No bo wkurzył. Powtarzał zawsze, że zwycięskiego składu się nie zmienia. A zmienił – i to w najważniejszym meczu. Przecież ja wcześniej w turnieju olimpijskim grałem w najtrudniejszych spotkaniach: z NRD, ze Związkiem Radzieckim. Nawet w ostatnim przed finałem meczu z Marokiem też zagrałem. Jeszcze dzień przed grą o złoto byłem pewien, że w niej wystąpię. Byłem wytypowany do podstawowej jedenastki. A kilka godzin później, na przedmeczowej odprawie, okazało się, że mnie nie ma mnie w wyjściowym składzie. Zły byłem jak cholera. Tym bardziej że przecież trener Górski zawsze mi powtarzał: „Marian, ty lepiej grasz jesienią niż wiosną. A już na mokrym boisku jesteś najlepszy”. A w Monachium lało…”. Przyczyn swojej absencji w finałowym spotkaniu doszukiwał się w nie najlepszych relacjach z Jackiem Gmochem. Kiedy wybrzmiał końcowy gwizdek, wszyscy razem świętowali zwycięstwo. Piłkarz wspominał, że szczególnie dobrze bawili się piłkarze Ruchu i Górnika. Dołączyli też do nich przedstawiciele innych dyscyplin, a sukces oblewali m.in. japońską sake, którą Ostafiński dostał od trenera polskich dżudoków po meczu z NRD.
6
Jeden z najwybitniejszych polskich obrońców w dziejach polskiego futbolu kończy dziś 77 lat a ja przy okazji pragnę pozdrowić zwłaszcza wszystkich kibiców ,,Niebieskich”. Kim jest ten obrońca? Tego dowiecie się w odpowiedzi na mój komentarz.
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@AssisMoreira
@Arkon
10
Niedoceniane legendy futbolu:
8 grudnia 1941 r. urodził się angielski napastnik Goeffrey Hurst, Mistrz Świata-1966 oraz zdobywca Pucharu Zdobywców Pucharów-1965(z West Ham United). Piłkarz, który został bohaterem finału Mistrzostw Świata w Anglii(1966) jeszcze pół roku wcześniej w ogóle nie grał w reprezentacji! Alf Ramsey miał wśród napastników duży wybór, Hurst był jednym z wielu. Nie pomogło mu nawet wywalczenie z drużyną West Ham Pucharu Zdobywców Pucharów(1965). Z punktu widzenia angielskiego trenera miernikiem wartości piłkarza były rozgrywki ligowe i pucharowe we własnym kraju a ponieważ tutaj Hurstowi szło całkiem dobrze, Ramsey postanowił zaryzykować. Geoffrey zadebiutował w reprezentacji w lutowym meczu przeciw RFN, do rozpoczęcia mundialu zagrał jeszcze tylko cztery razy i z takim marnym dorobkiem musiał rozpoczynać turniej na ławce rezerwowych. Tym bardziej iż najlepszy strzelec Anglii-Jimmy Greaves osiągnął wysoką formę(4 gole przeciwko Norwegii na 2 tygodnie przed Mundialem). Ale w meczu z Urugwajem rozpoczynającym Mundial Anglia nie strzeliła żadnej bramki. Dwa kolejne-z Meksykiem i Francją-wygrywała takim samym wynikiem 2:0 ale Ramsey nie był zadowolony i za każdym razem próbował innych napastników. Zaczynał z Greavsem i Conelym, w drugim meczu jego miejsce zajął Teryy Paine a w trzecim Ian Callaghan. Żaden z nich nie spisywał się zgodnie z oczekiwaniami selekcjonera a w dodatku Greaves doznał kontuzji i Ramsey na ćwierćfinałowy pojedynek z Argentyną z konieczności wystawił Hursta. Obydwaj dobrze na tym wyszli ponieważ Anglia wygrała 1:0 a jedynego gola strzelił właśnie Hurst, który doskonale współpracował z klubowym kolegą Martinem Petersem i wiadomo było że zdobył miejsce w drużynie a miał wówczas 24 lata. W półfinale z Portugalią Geoffrey gola nie strzelił ale w sobotę 30 lipca 1966 roku przeszedł do historii futbolu. Nikt inny nie zdobył 3 goli w finale mistrzostw świata. W dodatku Hurst pokazał niespotykaną wszechstronność. Pierwszą bramkę zdobył głową, drugą(tę dyskusyjną) prawą nogą a trzecią-lewą. Cztery lata później pojechał na Mundial do Meksyku. Wiosną 1972 roku wystąpił w kadrze po raz ostatni, ponownie przeciw RFN, która w jednym z najlepszych meczów w historii futbolu pokonała na Wembley Anglików 3:1. Hurst w 49 meczach dla Anglii zdobył 24 gole. Na mundial do Hiszpanii(1982) pojechał jako asystent trenera, który go wychował w West Ham-Rona Greenwooda. Geoffrey Hurst otrzymał z rąk królowej tytuł szlachecki. Koszulka, w której grał podczas finału na Wembley osiągnęła na aukcji wartość 80 tys. funtów. Hurst sprzedał ją mimo iż sytuacja materialna go do tego nie zmuszała. Natomiast piłkę, którą Hurst strzelił 3 gole zabrał Niemiec Helmut Haller. Dopiero z górą po 30 latach wystawił ją na aukcji, dzięki czemu wróciła do Anglii.
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
8
Jak drzewo bez korzeni, człowiek bez przeszłości, tak FC Barcelona nie może istnieć bez historii:
8 grudnia 1921 r. w Gran Teatre del Bosque(teatr założony w 1905 r.) zarząd FC Barcelony wynajął jego szeroki parter aby zorganizować tutaj generalne zgromadzenie socios. Głównym punktem porządku dnia było przedstawienie projektu nowego stadionu. Szefowie klubu chcieli uzyskać przyzwolenie socios aby skonkretyzować kupno terenu, na którym miał stanąć przyszły Estadio Camp de Les Corts. W trakcie zebrania Gamper i inni członkowie rady, jak Joan Cabot i sekretarz Josep Julines, przemówili do zebranych, wskazując na konieczność doprowadzenia do realizacji tego projektu, który zaprezentowali jako naglącą potrzebę dla klubu. Ich wystąpienie zakończyło się owacją , będącą wyrazem jednogłośnej aprobaty dla propozycji przedstawionej przez dyrekcję. Gran Teatre del Bosque stał się więc teatrem marzeń barcelonizmu, gdzie narodził się przyszły, wymarzony stadion.
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Monix10
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@AssisMoreira
@Arkon
2
Z całym szacunkiem panie Robercie, może pan grać nawet i 10 lat(!) byle nie w FC Barcelonie! W takim klubie to trzeba ładować gol za golem jeśli się gra środkowego napastnika. Dziękujemy za wszystko, lecz pana czas już dobiega końca i trzeba się jak najszybciej pożegnać z graniem w topowych klubach świata...
8
Szanowni cules, to był ten pierwszy raz!
8 grudnia 1899 r. FC Barcelona rozegrała swój pierwszy mecz w historii klubu! Pierwszym przeciwnikiem Blaugrany byli członkowie brytyjskiej colonii. Tak oto dziennik ,,La Vanguardia’’zrelacjonował to spotkanie: ,,Wspaniała była wczorajsza gra na starym Velodromo de la Bonanova pomiędzy członkami stowarzyszenia ,,Foot-ball Club de Barcelona’’ i młodymi przedstawicielami kolonii angielskiej w stolicy Katalonii. O ustalonej wcześniej godzinie(to jest trzeciej po południu), obie drużyny złożone z dziesięciu graczy spotkały się na trawniku wspomnianego Velodromu. Mecz rozpoczął ze słabym północno-zachodnim wiatrem ,,team’’ Barcelona i później nastąpiła seria zdarzeń, które czynią ten ,,sport’’ tak atrakcyjnym dla silnych nacji. W drużynie Barcelony wyróżniali się- kapitan Joan Gamper, Urruela, Lomba i Wild ze względu na łatwość posługiwania się piłką. Na koniec należy gorąco podziękować zarówno ,,Foo-tball Club Barcelona’’ za tak udaną inaugurację swojego istnienia, jak i młodym anglikom za rozegranie dobrego, inteligentnego meczu. Drużynę ,,Barcelona foot-ball Club’’ reprezentowali Wild, A. Kamper, Urruela, Lomba, Orio de llobet, Lopez, Terradas, Kunzli i Schilling”. Mecz zakończył się zwycięstwem drużyny angielskiej 1:0 pomimo przewagi FC Barcelony. Wynik tego historycznego meczu na ówczesny czas był najmniej ważny. Wówczas liczyło się szlachetne fair-play pod każdym względem, czego dzisiaj próżno szukać nawet u anglików, którym w dużej mierze zawdzięczamy powstanie klubu. Dodam jeszcze że Velodromo de la Bonanova to było wówczas boisko duże ale bardzo nierówne i twarde, pełne kamieni, wyrw i kępek trawy. Miało jednak znakomite położenie, blisko stacji kolejowej La Bonanova w dzielnicy Sarii i to właśnie przekonało zarząd by korzystać z niego do rozgrywania meczów. W tamtych czasach boiska używano wspólnie z innymi drużynami z miasta. Grał ten, który przyjeżdżał jako pierwszy. Wśród drużyn, które korzystały z boiska była m.in. FC Catala, Barceloński klub założony zaledwie kilkanaście dni po FC Barcelonie.
Prawdziwi cules nie zapominają!
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
0
@mrboom No musze powiedzieć że te dwa warunki na raz będą ciężkie do zrealizowania no ale póki piłka w grze to kto wie, może się uda, w końcu to dla dobra polskiego futbolu>
1
@Lionel_Messi10 W sumie i tak bym nie oglądał bo już gdzieś dojrzałem że losowanie o 1.30 w nocy! Jutro sobie zobacze, w końcu to nie mecz Albicelestes, więc nie wielka strata...
0
Szanowni kibice futbolu, mam do was bardzo ważne pytanie. Otóż czy każdy remis Rakowa Częstochowa z Atalantą Bergamo daje awans z grupy Ligi Europy?
Ps. Bardzo żałuje że pan Marek Papszun opuścił(z całkiem niewiadomych dla mnie przyczyn?) ,,swój" Raków Częstochowa. W kontekście europejskich pucharów jest to nie odżałowana strata dla polskiego futbolu...
1
@Lionel_Messi10 O której i na jakim programie będzie losowanie?
9
,,Wunderteam”:
7 grudnia 1932 r. Anglia pokonała Austrie 4:3(2:1). W muzeum Historycznym w Wiedniu znajduje się namalowany w 1948 r. obraz Paula Meissnera ,,Das Wunderteam”. Przedstawia on wybiegającą na boisko najlepszą jedenastke w dziejach austriackiego futbolu i jej trenera, Hugona Meisla. Obraz ma wymiary 200 x 160 cm. Jego kopie zdobią wiele siedzib austriackich klubów. O tej drużynie na początku lat trzydziestych ubiegłego wieku słyszał cały świat. Losy jej piłkarzy wplotły się w historie Europy. Nazwę Wunderteam nadał austriackiej reprezentacji niemiecki dziennikarz tuż po jej zwycięstwie nad Niemcami 6:0! w maju 1931 r. Od tamtej pory do lutego 1933 r. rozegrała ona 15 meczów, z których dwanaście wygrała, ponosząc tylko jedną porażke(3:4 z Anglią w Londynie). Ostatni mecz, który uważa się za koniec Cudownej Drużyny, rozegrany został 12 lutego 1933 r. na Parc des Princes w Paryżu. Austria rozgromiła wówczas Francje 4:0. Niemal każda wielka drużyna miała wyjątkowego trenera, w tym wypadku Hugo Meisla, który był również cenionym sędzią, współtworzył przepisy gry i działał w FIFA. Pod koniec lat 20-tych opracował projekt pierwszych w historii międzynarodowych rozgrywek klubowych w Europie, tzw. Mitropa Cup, będących pierwowzorem Pucharu Mistrzów. Pełnił godność sekretarza Austriackiego Związku Piłki Nożnej ale przede wszystkim prowadził reprezentacje. Po serii 10 zwycięstw w 12-tu meczach, 1 grudnia 1932 r. Austriacy wsiedli w Wiedniu do Orient Expressu jadącego do Londynu. Trenowali na boisku Arsenalu, przyjęto ich bankietem w restauracji stadionu Wembley a mecz z Anglią rozgrywali na Stamford Bridge. Byli pierwszą reprezentacją z Europy Środkowej, zaproszoną przez The Football Association. O Austrii można było wówczas powiedzieć że to nieoficjalny mistrz Europy. Anglia natomiast była potęgą. Rok wcześniej pokonała Hiszpanię 7:1(z Zamorą w bramce) a przez 56 lat nie wygrała z nią żadna reprezentacja spoza Wysp Brytyjskich(pierwsza była Hiszpania, 4:3 w Madrycie w 1929).
Anglicy zaprosili jako rozjemcę najlepszego sędziego przed wojną, Belga Johna Langenusa. Anglicy prowadzili od 5 minuty po strzale napastnika Blackpool Jimmy’ego Hampsona. W 17 minucie ten sam piłkarz podwyższył na 2:0. Austriacy zdobyli pierwszego gola po strzale Zischka, 6 minut po przerwie. Ludzie na trybunach już nie siedzieli. Ogladali mecz na stojąco, bo i tak wstawali niemal bez przerwy po akcjach jednych i drugich. William Houghton strzelił na 3:1, po czym legendarny Sindelar na 3:2. Samuel Crooks na 4:2 i wreszcie Schall ustalił wynik na 4:3. W ciągu ostatnich 7 minut przewagę mieli Austriacy, lecz nie udało im się wyrównać. O meczu pisała prasa całej Europy. Langenus stwierdził że był to najlepszy mecz jaki kiedykolwiek w życiu sędziował. Kilka miesięcy później, po porażce z Czechosłowacją już nie mówiło się o Cudownej Drużynie ale jej piłkarze wciąż grali i to nieźle. Na mistrzostwach świata w 1934 r. zajeli 4 miejsce. Mogło być lepiej ale Austriacy mieli pecha. W półfinale trafili na gospodarzy- Włochów, których sędziowie bezpiecznie konwojowali do finału. To nie wszystko. Mecz w Mediolanie toczył się podczas padającego deszczu, w błocie po kostki a w takich warunkach Austriacy, opierający swoja gre na szybkich podaniach po ziemi, mieli znacznie mniejsze szanse. O zwycięstwie Włochów zadecydował jeden celny strzał. Przed kolejnymi mistrzostwami świata Niemcy zaanektowały Austrie. Hugo Meisl już tego nie doczekał. W lutym 1937 r. zmarł na atak serca, dożywszy zaledwie 55 lat. Wykańczała go sytuacja polityczna i coraz bardziej dotkliwe objawy antysemityzmu. Po wojnie znalazł się w Galerii Sław ludzi pochodzenia żydowskiego, mających wpływ na rozwój piłki nożnej.
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
7
Barça w Superpucharze Europy:
7 grudnia 1989 r. FC Barcelona przegrała na San Siro 1:0 w rewanżowym meczu o Superpuchar Europy z AC Milan. Blaugrana po zdobyciu Pucharu Zdobywców Pucharów zagrała w Superpucharze z AC Milan. Po remisie 1:1 w pierwszym meczu, Katalończycy musieli zdobyć gola na San Siro. Niestety, z powodu kontuzji i żółtych kartek zagrali w krajowym składzie. Bez Laudrupa, Koemana i Aloisio. Przez pierwsze pół godziny Barça dominowała, lecz jedynego gola w meczu zdobył pomocnik gospodarzy Evani. Na wyższą porażke nie pozwolił najlepszy na boisku w Dumie Katalonii- Andoni Zubizarreta. Poza tym Jordi Roura doznał poważnej kontuzji kolana, która właściwie zakończyła jego karierę. W gazetach hiszpańskich bramkarz Milanu Galli nie został oceniony z powodu… braku jakiejkolwiek interwencji. Barça Cruijffa miała w tamtym sezonie bardzo duże problemy ze zdobywaniem goli na wyjeździe. Mecz w Mediolanie był siódmym w sezonie poza Camp Nou, w którym Blaugrana nie pokonała bramkarza rywali.
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Monix10
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@AssisMoreira
@Arkon
0
@ViscaelBarca2007 Nie no, to oczywiste że mistrzostwo nie jest absolutnie rozstrzygnięte. Mi chodziło głównie o taką serie ,,Obywateli", którym chyba juz dawno się to nie przydarzyło? Jeśli chodzi o Kevina, to owszem wróci, tylko pytanie w jakiej dyspozycji będzie po kontuzji i generalnie czy ,,Cityzens" nie pogubią przez to zbyt dużo punktów...?
1
@Lionel_Messi10 ...i jeśli się nie myle to był 374 gol na poziomie pierwszej ligi, czym zrównał się z legendarnym Nordhalem i Di Stefano
0
Wczoraj nie dałem rady obejrzeć całego meczu pomiędzy Aston villa a Manchesterem City(tylko pierwsza połowe) a teraz patrze i co widze? Aston Villa wygrała(!) i wskoczyła na 3 miejsce od... nie pamiętam nawet kiedy? Dziwne że jeszcze nie dawno Aston Villa potrafiła wygrać na White Hart Lane z Tottenhamem! Co to się dzieje z Pepa Manchesterem City(?) a zwłaszcza co to się dzieje z Aston Villą że tak idzie jak burza..?
8
Duma Katalonii w europejskich pucharach:
7 grudnia 1977 r. FC Barcelona pokonuje na Camp Nou Ipswich Town 3:0 w rewanżowym meczu 1/8 finału PUEFA. Po pierwszym meczu szanse na awans spadły niemal do zera. Po porażce 3:0 w Ipswich 23 listopada trener Rinus Michels stwierdził że ,,w takich spotkaniach kluczowe jest strzelenie gola na wyjeździe”. Dodał też: ,,Najważniejsze jednak że zostało przed nami 90 minut i… 3 gole do zdobycia”. Holenderski szkoleniowiec okazał się prorokiem. Na deszczowym spotkaniu na trybunach pojawiło się zaledwie 30 tys. widzów. W poprzednim tygodnia Barça przegrała u siebie z Realem Madryt 2:3, więc zawodnicy chcieli wynagrodzić kibicom porażke z odwiecznym wrogiem. Po 2 golach Cruijffa Blaugrana pewnie prowadziła 2:0, lecz do dogrywki potrzebny był jeszcze jeden gol. Wreszcie w 88 minucie Rexach wyrównał rezultat dwumeczu strzelając gola z rzutu karnego. Dogrywka nie przyniosła zmiany rezultatu i tak jak w poprzedniej rundzie z AZ Alkmaar, Barça musiała walczyć w serii rzutów karnych. Anglicy wykorzystali jedynie jeden z czterech karnych i Cruijff nie musiał już wykonywać swojej próby w piątej kolejce. Wściekły był natomiast trener gości, Bobby Robson: ,,Gdybym tylko powiedział to, co myśle o arbitrze tego spotkania….”.
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
9
Wspaniałe legendy futbolu:
6 grudnia 1936 r. urodził się Alberto Spencer, ekwadorski napastnik, 3-krotny Zdobywca Copa Libertadores-1960, 1961, 1966; 2-krotny Zdobywca Pucharu Interkontynentalnego-1961 i 1966 oraz 7-krotny Mistrz Urugwaju(z Peñarol)-1960,1961,1962,1964,1965,1967 i 1968. Już jako chłopiec odznaczał się niezwykłą sprawnością. Było jasne że ten diament wymaga szlifu i równie oczywiste iż Ekwador jest dla niego za ciasny. W Peñarol Montevideo u boku takich znakomitości jak Martinez, Hohberg, Goncalvez, Cubilla czy Rocha, jego talent rozkwitał w imponującym tempie. W doświadczone trenerskie ręce wziął go Roberto Scarone. Już 1 kwietnia 1960 w Wielkich Derbach Montevideo strzelił gola, dzięki któremu Peñarol zremisował z odwiecznym rywalem-Nacionalem. W tymże roku debiutował w rozgrywkach Copa Libertadores w meczu z boliwijskim Jorge Wilsterman zdobywając na dzień dobry 4 gole! A potem ruszyła niepowstrzymana lawina goli strzelanych na wszystkie możliwe i niemożliwe sposoby. Spencer uderzał równie celnie obiema nogami jak i głową. Trafiał z woleja, z przewrotki a niekiedy szedł na samotny przebój. Jednak głównie wykorzystywał precyzyjne podania kolegów rzucających mu piłkę na dobieg na wolne pole. Dzięki wrodzonej szybkości potrafił niemal zawsze uprzedzić obrońców. Decydowały sekundy i centymetry, lecz ekwadorski atleta posiadał nieprawdopodobny refleks i orientację chociaż zazwyczaj na plecach siedziało mu przynajmniej dwóch przeciwników. Większość wysokich dośrodkowań również zamieniał na bramki. Słowem okazał się graczem na którego Peñarol czekał wiele lat. W systemie 4-2-4 pełnił funkcję ,,punta de lanza’’(ostrze włóczni)-napastnika najbardziej wysuniętego do przodu. Zarówno z Sasią jak i Peruwiańczykiem Joyą doprowadził do perfekcji słynną ,,pared’’ czyli ścianę-błyskawiczną wymianę podań. Jego rekordy strzeleckie w lidze urugwajskiej ustępują tylko wyczynom Atillo Garcii i Fernando Moreny. Łącznie w karierze zdobył 326 goli a byłoby ich pewnie znacznie więcej gdyby nie częste kontuzje bowiem stanowił obiekt bezpardonowych interwencji. Po zderzeniu z bramkarzem Nacional Robertem Sosą doznał nawet otwartego złamania nogi. Czterokrotnie był goleadorem rozgrywek krajowych a mistrzem Urugwaju siedmiokrotnie. Swą 200-setną bramkę dla Peñarol strzelił w okolicznościach jakby wymarzonych dla takiego jubileuszu. 22 maja 1966 na Estadio Nacional w Santiago w trzecim już dodatkowym meczu finałowym Copa Libertadores przeciwnikiem Urugwajczyków był sam River Plate. I właśnie strzał, którym Spencer wyprowadził w pole najsłynniejszego bramkarza Argentyny, legendarnego Amadeo Carrizo, dał Peñarolowi upragniony puchar. Wyczyny ekwadorskiego bombardiera w tej klubowej konkurencji nie mają sobie równych. Trzykrotnie zdobywał Copa Libertadores a dwukrotnie Copa Intercontinental równoznaczny z tytułem najlepszej drużyny klubowej świata! Nikt do tej pory nie pobił jego rekordu. W rozgrywkach Copa Libertadores z 54 golami(48 dla Peñarolu i 6 dla Barcelony Guayaquil) pozostaje snajperem wszechczasów w dziejach tej imprezy! Po zakończeniu niezwykłej kariery już w latach 80-tych ten ,,najwybitniejszy w historii ambasador Ekwadoru’’ został prawdziwym dyplomatą, pełniąc funkcję sekretarza administracyjnego ambasady w Montevideo, gdzie od dawna już zamieszkiwał na stałe. Ale też nikt nie rozsławił w tej mierze egzotycznego kraju nad Oceanem Spokojnym jak Alberto Spencer. Zmarł na skutek powikłań po ataku serca w klinice w Stanach Zjednoczonych 3 listopada 2006 roku.
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Arkon
@AssisMoreira
11
Zapomniane legendy rodzimego futbolu:
6 grudnia 1914 r. w Königshütte urodził się Jerzy Wostal. Razem z Leonardem Piątkiem tworzył w AKS-ie niesamowicie skuteczny duet. Obaj panowie dzielili się nie tylko zdobyczami bramkowymi, ale też funkcją kapitana. Wostal znakomicie czuł się w polu karnym, ale kiedy widział lepiej ustawionego kolegą, to potrafił go obsłużyć precyzyjnym podanie. Przygodą z piłką zaczynał w klubie Zjednoczeni Przyjaciele Sportu w Chorzowie. Jako 19-latek dołączył do AKS-u. Tam występował aż do wybuchu wojny i dał się poznać jako bardzo skuteczny strzelec. Na pierwszy występ na ekstraklasowych boiskach musiał poczekać do 1937 r. 11 kwietnia 1937 r. zagrał w wygranym 3:1 starciu z Ruchem, a dwa tygodnie później w meczu z Cracovią uzyskał swoją pierwszą bramkę w elicie. Przez cały sezon był jedną z głównych postaci w zespole i z 11 golami okazał się jego najskuteczniejszym strzelcem. To dzięki bramkom Wostala i Piątka AKS zajął w tamtym sezonie drugie miejsce w tabeli. Rok później nadal był czołowym zawodnikiem drużyny. Pod względem zdobyczy bramkowych znacznie jednak już ustępował Piątkowi, choć należy pamiętać, że bardzo często to po jego podaniach Piątek strzelał gole. Na początku wojny przez dwa lata występował w Vorwärts-Rasensport Gleiwitz. Po zakończeniu działań wojennych nie można było o nim w Polsce pisać. W zgodzie z rodzinnymi sympatiami wybrał życie w Niemczech i niemieckie obywatelstwo. Nigdy jednak nie zachował się wobec Polski nieelegancko. Osiedlił się w malowniczej Pasawie, która jest położona na licznych wzgórzach rozdzielonych trzema zbiegającymi się na jej terenie rzekami – Dunajem, Inn i Ilz. Tam do 1954 r. grał dla miejscowego 1. FC. W reprezentacji Polski pierwszy raz zagrał, podobnie jak jego partner z ataku Piątek, w meczu z Łotwą w Rydze w 6 września 1936 r. Spotkanie zakończyło się remisem 3:3 a Wostal otworzył wynik strzałem głową w 20. minucie. Miesiąc wcześniej był rezerwowym w czasie igrzysk w Berlinie i czekał na ewentualne wezwanie w kraju. W 1937 r. był ważnym ogniwem drużyny, która w walce o przepustki na mistrzostwa świata pokonała Jugosławię. W wygranym 4:0 meczu w Warszawie strzelił trzeciego gola, pieczętując praktycznie naszą wygraną. Kałuża jednak nie znalazł dla niego miejsca w szerokiej kadrze powołanej na turniej we Francji, za co spotkała go ostra krytyka ze strony prasy. Ostatni mecz w biało-czerwonych barwach Wostal rozegrał 27 maja 1939 r. Polska zremisowała wówczas z Belgią 3:3 a napastnik wpisał się na listę strzelców. Był wśród zawodników, którzy mieli nas reprezentować na igrzyskach w 1940 r. Po latach młodość wspominał jako pasmo niezapomnianych przeżyć a czas spędzony w AKS-ie jako najpiękniejszy w życiu. W Reprezentacji rozegrał 10 meczów, strzelając 4 gole.
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj