1

@AFA90 Wprawdzie te Nottingham wygrało ale z tego co piszesz to on tam praktycznie nie gra. Coś chyba jakiś cienki on jest? A w kadrze Argentyny to on wogole teraz gra? bo jakoś nie kojarze go z ostatnich meczów?

9

Talizmany i zaklęcia:

Wielu zawodników wchodzi na boisko zawsze prawą nogą, jednocześnie się żegnając. Są też tacy, którzy prędko zmierzają do pustej bramki i umieszczają piłke w siatce albo całują słupki. Inni najpierw dotykają ręką murawe a potem podnoszą ją do ust. Często też zobaczymy u zawodników łańcuszki na szyjach i magiczne ochronne opaski na przegubach. Jeśli piłkarz nie trafia karnego, to pewnie dlatego że ktoś mu napluł na piłke a gdy marnuje stuprocentową sytuacje, jakiś mag zaczarował bramkę rywala. Porażka zaś jest najpewniej wynikiem tego że podarowałeś komuś koszulke, w której ostatnio wygrywał. Niegdyś Argentyński bramkarz Amadeo Carrizo był niepokonany przez 8 meczów a wszystko dzięki czapeczce odpędzającej gole, którą nosił bez względu na pogodę. Pewnego popołudnia Angel Clemente Rojas, zawodnik Boca Juniors, ukradł mu magiczną czapke. Pozbawiony swego talizmanu Carrizo puścił 2 gole i River Plate przegrał tym samym mecz. Z kolei Pablo Hernandez Coronado, bohater muraw hiszpańskich, opowiadał że kiedy Real Madryt poszerzył swoje boisko, przez 6 lat nie mógł zdobyć mistrzostwa. Czar zdjął dopiero pewien kibic zakopując na środku boiska główke czosnku. Słynny skrzydłowy FC Barcelony Luis Suarez nie wierzył w przesądy ale jeśli podczas obiadu rozlał na stół trochę wina, wiedział już że w najbliższym meczu strzeli kilka goli. Aby zapewnić sobie przychylność złych mocy i pognębić rywali, kibice posypują ich boisko solą a żeby napędzić im stracha, sieją na własnym stadionie kilka ziaren pszenicy lub ryżu. Inni zapalają świece, skrapiają murawe wódka lub rzucają kwiaty do morza. Są tez tacy, którzy modlą się do Jezusa i dusz męczenników spalonych, powieszonych lub utopionych. Wielokrotnie potwierdzono też skuteczność włóczni św. Jerzego i jego afrykańskiego odpowiednika Oguma w odpędzaniu złych uroków. Za pomoc ,,z góry” należy się podziękowanie. Dlatego kibice owinięci klubową flagą, zdobywają na kolanach najwyższe szczyty albo do końca życia, zgodnie z danym przyrzeczeniem odmawiają miliony różańców. Kiedy klub Botafogo zdobył mistrzostwo w 1957 r., Didi opuścił po ostatnim gwizdku boisko, i tak jak stał w sportowej koszulce i korkach, ruszył na przełaj przez Rio de Janeiro, spełniając tym samym obietnice że przemierzy je w stroju piłkarskim, jak tylko zdobędzie upragniony tytuł. Niestety, bogowie nie zawsze mają czas by pospieszyć z pomocą piłkarzom nękanych pechem. Reprezentacja Meksyku przyjechała na Mundial w 1930 r. przytłoczona pesymistycznymi prognozami. Przed meczem z Francją w hotelu w Montevideo trener Juan Luque de Serrallonga wygłosił do piłkarzy mowę, która miała podtrzymać ich na duchu. Oznajmił że Matka Boska z Gwadelupe(patronka Meksyku) modliła się za nich w ojczyźnie, na wzgórzu Tepeyac ale najwyraźniej szkoleniowiec nie był najlepiej poinformowany. Francuzi wbili jego podopiecznym aż 4 gole a Meksyk zakończył turniej na ostatnim miejscu w grupie.


@Symson
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Arkon
@AFA90

9

Zapomniane legendy futbolu:

26 grudnia 1909 r. urodził się Oldřich Nejedlý, czeskim piłkarz, który grał jako napastnik i jest uważany za jednego z najwybitniejszych graczy Czechosłowacji. Był królem strzelców mistrzostw świata w 1934 roku. Nejedlý przez całą swoją karierę grał w Sparcie Praga. Strzelił 162 ligowe gole w 187 meczach, zdobywając cztery mistrzostwa czechosłowackiej pierwszej ligi w 1932, 1936, 1938 i 1939 roku, dodając Puchar Mitropa w 1935 roku. Strzelił także 18 goli w 38 meczach dla SK Rakovník (1943, 1944 i 1946), co daje mu łącznie 180 goli w lidze w 225 meczach. Dla Czechosłowacji Nejedlý strzelił 29 goli w 44 meczach. Został odznaczony Brązową Piłką na Mistrzostwach Świata 1934 jako trzeci najwybitniejszy zawodnik turnieju i został wybrany do Drużyny Gwiazd turnieju. Rozegrałby więcej meczów i strzeliłby znacznie więcej goli dla Czechosłowacji, gdyby nie złamał nogi na mundialu w 1938 roku, co skutecznie zakończyło jego międzynarodową karierę. Był uczestnikiem dwóch mistrzostw świata, w 1934 we Włoszech i 1938 we Francji. Nejedlý był najlepszym strzelcem mistrzostw świata w 1934 roku z pięcioma golami. Zostało to oficjalnie uznane przez FIFA od listopada 2006 roku, ponieważ początkowo przyznano mu tylko cztery, co czyni go wspólnym najlepszym strzelcem z Angelo Schiavio i Edmundem Conenem. Na mundialu w 1938 strzelił z kolei 2 gole. Nejedlý zmarł w 1990 roku, w wieku 80 lat, podczas rozgrywania Mistrzostw Świata FIFA 1990, turnieju, który jako edycja z 1934 roku również odbywał się we Włoszech.


@AFA90
@Arkon
@KrychaFCB
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible

1

@FcPortoFan1999 Być może...
Jednak jest takie nie głupie powiedzenie: ,,Nigdy nie mów nigdy!"

17

Rozejm Bożonarodzeniowy:

I wojna światowa. Oddziały alianckie i niemieckie toczyły walkę pozycyjną. Zajmowały umocnione pozycje w okopach i zasiekach. Pomiędzy nimi znajdowała się tzw. ziemia niczyja, nad którą, jak wskazuje nazwa, nikt nie miał kontroli. Przesunięcie frontu było trudne. Całość działań przebiegała bardzo powoli. Cały świat naiwnie wierzył, że wojna zakończy się wraz z nastaniem świąt. Bez przerwy ginęły tysiące ludzi. W dzień Bożego Narodzenia 1914 roku doszło jednak do niesamowitego wydarzenia. Zawiązano krótki rozejm i rozegrano mecz. Wszystko zaczęło się na froncie zachodnim w okolicach belgijskiego miasta Ypres. Przestano strzelać i zapadła niespodziewana cisza. W noc wigilijną zaczęły bratać się pierwsze oddziały obu stron konfliktu. Słychać było śmiechy i muzykę. Nie nastąpił upragniony koniec wojny, ale doszło przynajmniej do tymczasowego rozejmu. Na chwilę walczący żołnierze przestali być maszynami do zabijania. Stali się znów ludźmi. Zaczęli wychodzić z okopów i szczerze witać się ze swoimi wrogami. Wymieniali się podarkami, składali sobie świąteczne życzenia. Niemieccy żołnierze zaczęli również przyozdabiać swoje okopy w świątecznym stylu. Nie wszyscy do końca rozumieli, co się tam wyprawia. W niektórych miejscach frontu rozejm nie został uznany i prowadzono dalej walki. Brytyjski kapitan CI Stockwell, chcąc zignorować dobry nastrój Niemców, próbował desperacko wykonywać wydane rozkazy. Zmienił jednak zdanie, kiedy jego sierżant poinformował go, że wrogowie wyszli z okopów, są nieuzbrojeni i znajdują się idealnie na celowniku. Nie strzelajcie, nie chcemy już dzisiaj walczyć. Przyślemy wam trochę piwa – krzyczeli żołnierze jednego z saksońskich pułków. Obie strony ustaliły także, iż pochowane zostaną ciała żołnierzy, które znajdowały się na ziemi niczyjej. ,,W dzień Bożego Narodzenia Niemcy postanowili że nie zostanie oddany już żaden strzał. Byli już zmęczeni wojną. Przysłali mi paczke cygar i pudełko papierosów. W zamian za niemiecką gazete dałem im kopie naszego ,,Le Petit Parisien”- głosi fragment listu jednego z francuskich żołnierzy. Do tego typu wymian doszło jeszcze wielokrotnie. Na ziemi niczyjej zdecydowano się do tego rozegrać mecz piłki nożnej!

,,Futbol! Futbol na ziemi niczyjej na litość boską! Uwierzylibyście? Nie mieliśmy najlepszego boiska ale to musiało się wydarzyć. Mieliśmy dwie bramki, piłke i dwa zespoły. Czy potrzeba było czegoś jeszcze?”- pytał w swoich wspomnieniach żołnierz walczący po stronie niemieckiej. Rozpoczął się mecz. Jak podkreślali żołnierze, był to dziwny jak i piękny widok. Śmiertelni wrogowie stali się na jakiś czas przyjaciółmi. Rozegrali bardziej mecz towarzyski niż baraż o awans na mistrzostwa świata. Uczestnicy się uśmiechali. Zapomnieli o wojnie i o tym, jaki jest ich cel. Liczyły się święta i okrągły przedmiot. ,,Nie było łatwo grać na zamarzniętym błocie ale kontynuowaliśmy grę. Nie mieliśmy sędziego”- opisywał mecz kolejny z niemieckich żołnierzy. Chociaż większość graczy nie była w stanie się komunikować, bo mówili w różnych językach, to udało im się znaleźć ten wspólny dzięki futbolowi. Nie zagrały ze sobą dwie jedenastki. W spotkaniu wzięło udział 70 Niemców i 50 Anglików, a zmagania odbywały się wzdłuż całej linii frontu. Mecz dobiegł końca, kiedy piłka przebiła się na wystającym drucie kolczastym. 1 stycznia 1915 roku anonimowy major poinformował brytyjskie „The Times”, że Niemcy zwyciężyli 3:2. Rezultat potwierdzono jeszcze w relacjach wielu żołnierzy. Wobec bardzo rozległego placu gry, taka zgodność może trochę dziwić. Sugeruje się, że wszystkie wspomnienia uczestników mogą odnosić się jednak do mitycznego meczu, który nigdy nie miał miejsca. Mity są jednak dużo silniejsze niż fakty. Po latach sami Anglicy bardzo chętnie wracają wspomnieniami do tamtych dni i świętują to wydarzenie. Robią to pomimo tego, że bardzo nie lubią wracać do jakichkolwiek porażek z Niemcami. Tu liczy się jednak zupełnie co innego, bo jest to wyjątkowa to historia. W niektórych miejscach frontu rozejm trwał aż do 3 stycznia. Do końca I wojny światowej nie doszło już niestety do tego typu wydarzeń. W setną rocznicę rozejmu bożonarodzeniowego UEFA postanowiła upamiętnić tę historię specjalnym filmem. Wzięły w nim udział takie postacie jak: Michel Platini, Sir Bobby Charlton, Didier Deshamps, Gareth Bale, Philip Lahm czy też Wayne Rooney. Starsi piłkarze wcielili się w rolę narratorów a młodsi przeczytali listy żołnierzy, które cytowane są w tym tekście.



@Symson
@Rastafarnianin
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@Kessie
@Arkon
@AFA90

11

Ku pamięci legend Blaugrany:

Dokładnie 80 lat temu odbył się mecz w hołdzie Antonio Franco. FC Barcelona zagrała wówczas na Les Corts z Realem Madryt. Do zakończenia II wojny światowej obie drużyny aż 26 razy spotykały się w meczach towarzyskich. Tamten ,,Klasyk” toczył się w atmosferze, o którą trudno w dzisiejszych czasach. Mimo zwycięstwa Katalończyków 4:0 obie drużyny były zadowolone ze spotkania. ,,Widziałeś to! Futbol to ma. Pasjonuje tłumy i ekscytuje kibiców, którzy żyją w wielkim napięciu, oczekując na końcowy rezultat. Jesteśmy żywiołowymi Latynosami ale jeżeli szlachetność napotyka szlachetność, umiemy się przyjąć z otwartymi ramionami”- zachwycał się atmosferą Santiago Bernabeu, prezydent Realu. ,,Nie spodziewałem się takiego wspaniałego pożegnania. Nie zasługiwałem na tyle jako zawodnik, mecz był również ważny dla obu drużyn. Dziękuje obu zespołom i kibicom, którzy zawsze traktowali mnie wspaniale”- powiedział żegnający się z futbolem Antonio Franco, pomocnik Barçy w latach 1934-43 i kapitan klubu w ostatnich latach kariery. Być może i tak właśnie było w ten świąteczny grudniowy dzień, jednak ja osobiście nie wierzę Bernabeu w te słowa o szlachetności wobec Dumy Katalonii, zwłaszcza po tym co się wydarzyło tego samego roku 13 czerwca na Estadio Chamartin w Copa del Generalismo. Kto nie wie o co chodzi, bądź słabo się orientuje, to polecam przeczytać książke ,,Barça. Życie, pasja, ludzie”, a jeszcze lepiej książke ,,FC Barcelona Real Madryt Wojna światów” a w niej rozdział ,,Skandal”.



@AFA90
@Arkon
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Symson

10

Z okazji Świąt Bożego Narodzenia życzę Tobie i Twoim bliskim pokoju Chrystusowego, zdrowia i błogosławieństwa Bożego.

Niech nadchodzący Nowy Rok przyniesie jak najwięcej łask Bożych,

a nowonarodzony Jezus Chrystus niech zawsze czuwa przy Was.
Wszystkim użytkownikom fcbarca.com i całej redakcji życzenia śle Zenek.

10

Duma Katalonii rozpoczyna przygodę w europejskich pucharach w pierwszy dzień Bożego Narodzenia:

Zdajecie sobie sprawę iż ,,nasza” Barça 25 grudnia 1955 r. rozegrała swój pierwszy mecz w europejskich pucharach? Otóż 65 lat temu FC Barcelona rozgrywała spotkanie z reprezentacją Kopenhagi w ramach ćwierćfinału Pucharu Miast Targowych. Było to trzecie w kolejności spotkanie pierwszej edycji tych rozgrywek w historii. Mecz z Kopenhagą odbył się na słynnym Camp de Les Corts przy komplecie 35 tys. widzów a Blaugrana wystąpiła w czarnych koszulkach, białych spodenkach i z herbem miasta Barcelony na piersi. O poziomie przeciwników świadczy fakt iż rzut karny wywalczył dla nich 18-letni Andersen, gracz z trzeciej ligi duńskiej. Mecz zakończył się zdecydowanym zwycięstwem gospodarzy 6:2 a pierwszego oficjalnego gola dla Barçy w europejskich pucharach(drugiego w kolejności również) strzelił w 8 minucie napastnik Esteban Areta z podania Kubali. Pozostałe gole strzelili: Justo Tejada(2), Ramon Villaverde oraz wspomniany już Ladislao Kubala. Tą pierwszą edycje rozgrywek, trwającą 2 lata, wygrała rzecz jasna Duma Katalonii.


@Symson
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Arkon
@AFA90

11

Nie tylko dla prawdziwych cules:

W latach 20-tych poprzedniego wieku teren na wzgórzu Montjuic, gdzie mieścił się kamieniołom, został odpowiednio przystosowany, żeby wybudować na nim stadion piłkarski Estadi Catala(jak oficjalnie go nazwano) mogący pomieścić 35 tys. osób. Projekt ten powstał w wyniku kandydowania Barcelony do zorganizowania Igrzysk Olimpijskich w 1924 roku. W ramach kampanii na rzecz organizacji igrzysk, 25 grudnia 1921 r. Barça rozegrała mecz inauguracyjny przeciwko Sparcie Praga w obecności 30 tys. widzów, którzy wypełnili trybuny nowego stadionu i setek pozostałych, śledzących boiskowe wydarzenia z pobliskich wzgórz. Według ówczesnych relacji, tamtego świątecznego dnia futbol przestał być dyscypliną marginalną, a stał się sportem masowym. Sam Samitier zabrał głos w tej sprawie: ,,Zawsze uważałem iż wizyta Sparty była decydująca dla katalońskiego futbolu. Od tamtej chwili liczba widzów rosła z dnia na dzień”. Podczas inauguracji stadionu na trybunach obecny był ówczesny burmistrz miasta, Antoni Martinez, któremu towarzyszył między innymi prezydent Mancomunitatu i przewodniczący Parlamentu. W tamtym towarzyskim meczu ze Spartą, które prowadził sędzia Bru, Blaugrana wystawiła taki oto skład: Zamora, Planes, Martinez Surroca, Torralba, Sancho, Samitier, Vinyals, Vicente Martinez, Josep Gracia, Sagi Barba oraz ówczesny kapitan Paulino Alcantara. W doliczonym czasie gry Sparta zdołała pokonać Barçe 3:2, lecz następnego dnia rozegrano mecz rewanżowy, który zakończył się zwycięstwem gospodarzy 2:0, po golach Planesa oraz Alcantary z rzutu karnego.



@AFA90
@Arkon
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Symson

1

@LS O! Dzięki śliczne :) Tobie też wszystkiego naj, naj, naj a przede wszystkim dużo, dużo zdrowia, no i pociechy z ,,naszej" Barcuni. Z tymi nerwami w życiu to ciężko od nich uciec, tak samo jak i w sporcie. No cóż, tak jak kocham futbol, tak i w parze idą emocje, od tego raczej nie da się uciec. W każdym razie jeszcze raz wszystkiegoo dobrego i smacznej Wigilii Bożego Narodzenia :)

4

Duży brzuszek, biała broda

tylko śniegu nie ma - szkoda.

Patrzę i oczom nie wierzę,

święty Mikołaj jedzie na rowerze.

Wiezie wór, w którym są prezenty

chce, by każdy w tym dniu był uśmiechnięty.

Życzę Wam zdrowia, zdrowia i jeszcze raz pieniędzy!
Życzenia składa Zenek z Białej Podlaskiej

2

@FCBparasiempre
Faworytem spotkania byli oczywiście piłkarze z Półwyspu Apenińskiego. Gra Chile opierała się na wykorzystaniu dwójki znakomitych snajperów. Wystarczyło tylko odciąć ich od podań. Jak się jednak okazało, nie było to takie proste. Dodatkowo Cesare Maldini, zdając sobie sprawę z zagrożenia, jakie stanowił Salas, przydzielił mu anioła stróża, którym miał być Fabio Cannavaro. Mecz rozpoczął się po myśli Azzurich. Po błędzie chilijskiej obrony Włosi wyprowadzili błyskawiczną kontrę i już w 10. minucie prowadzili 1:0 po bramce Vieriego. Chile nie zamierzało jednak się poddawać i zdołało wyrównać jeszcze przed przerwą. W zamieszaniu po rzucie rożnym piłkę głową uderzył Zamorano. Ta spadła pod nogi Salasa, który mimo asysty Cannavaro, pokonał z najbliższej odległości Pagliucę. Mimo niedużego wzrostu Salas świetnie radził sobie w powietrzu. To właśnie głową strzelił swoją drugą bramkę w tamtym meczu. Sensacja wisiała w powietrzu, bo Włosi mimo wprowadzenia Chiesy i Inazghiego nie potrafili wyrównać. Dopiero na kilka minut przed końcem dokonał tego Roberto Baggio. Najpierw nastrzelił w polu karnym rękę Ronalda Fuentesa, a potem wykorzystał jedenastkę. Nelson Tapia miał piłkę na rękawicach, ale Włochowi tym razem sprzyjało szczęście. W drugim meczu z Austrią znowu padł remis. Tym razem 1:1. Chile długo prowadziło, a bramkę stracili dopiero w doliczonym czasie. Salas w swoim drugim występie na mundialu ponownie wpisał się na listę strzelców. Akcja bramkowa była bardzo podobna do jego pierwszego trafienia z Włochami. Po stałym fragmencie gry, tym razem po rzucie wolnym, piłkę głową strącał Zamorano…. ponownie futbolówka trafia do Salasa, który w tłoku zdołał wepchnąć ją do bramki. Po kolejnym remisie 1:1 z Kamerunem, Chile zdołało wyjść z grupy z drugiego miejsca. W 1/8 finału trafili na obrońców tytułu. Nie byli w stanie przeciwstawić się Ronaldo i spółce i przegrali 1:4. Jedyną bramkę dla La Roja strzelił nie kto inny, a właśnie Salas. Z czterema golami na koncie uplasował się w czołówce strzelców turnieju. Tylko Vieri, Batistuta i Šuker mieli ich więcej, ale trzeba powiedzieć, że rozegrali też więcej spotkań. Świetny atak Za-Sa, który porównywano ze słynnym brazylijskim Ro-Ro, zaprezentował się dobrze, ale brakowało wsparcia zespołu. Niewiele brakowało, żeby zajęli pierwsze miejsce w grupie. Salas udowodnił jednak, że zalicza się do najzdolniejszych napastników na świecie i że pieniądze, jakie zapłaciło za niego Lazio, nie są wyrzucone w błoto. Zaprezentował się z najlepszej strony i zaimponował nie tyle ekspertom (ci go przecież znali), co takim kibicom, jak właśnie ja przed telewizorem. Kiedy pojawił się w Rzymie, Włosi mówili, że mają u siebie fenomen nr 2, nawiązując w ten sposób do Ronaldo. Trafił do klubu ze ścisłej europejskiej czołówki. Giuseppe Favalli, Roberto Mancini, Siniša Mihajlović, Alessandro Nesta, Sérgio Conceição, Pavel Nedvěd, Alen Bokšić, Dejan Stanković, Fernando Couto i Christian Vieri stanowili klasę samą w sobie i sroce spod ogona nie wypadli. Marcelo Salas dobrze wpasował się w drużynę. Na pierwszą bramkę w lidze kazał trochę poczekać, bo trafił dopiero 18 października, ale za to z kim… Premierowego gola w Serie A zaliczył w starciu z wielkim Interem. W wygranym 5:3 spotkaniu na Stadio Giuseppe Meazza już w pierwszej minucie otworzył wynik spotkania. Drużyna jednak borykała się z kontuzjami. Utrudniało to na pewno zgranie z partnerami w ofensywie. Mimo tych problemów, strzelając 15 goli w lidze i 23 we wszystkich rozgrywkach, był najlepszym snajperem w zespole. W tamtym sezonie w Serie A liczyły się tak naprawdę dwa zespoły. Milan i właśnie Lazio. Jeszcze na dwie kolejki przed końcem to rzymianie przewodzili stawce. Potknięcie, jakim był remis z Fiorentiną w przedostatniej serii spotkań zadecydowało o tym, że z tytułu cieszono się w Mediolanie. Do szczęścia zabrakło punktu. Rok wcześniej Lazio zdobyło Puchar Włoch. Kiedy więc Salas przyszedł do klubu, miał okazję zagrać w ostatniej edycji Pucharu Zdobywców Pucharów. Jego kilka bramek na pewno pomogło zespołowi w drodze do finału. Wreszcie 19 maja 1999 r. na Villa Park w Birmingham Biancocelesti stanęli naprzeciw RCD Mallorca. Chilijczyk rozegrał całe spotkanie. Chciał zaskoczyć Carlosa Roę już w pierwszej minucie, próbował też strzału z przewrotki, ale nie było mu dane trafić do siatki. Musiały mu wystarczyć gole strzelone w poprzednich rundach. Główną rolę odegrał za to w spotkaniu o Superpuchar Europy. W starciu z Manchesterem United, tym samym, który w pamiętnym finale wydarł zwycięstwo Bayernowi, Lazio wygrało 1:0. Bohaterowie z Barcelony Sheringham i Solskjær grali od początku, ale to Salas, który pojawił się na boisku w 23 minucie, strzelił jedynego gola i Włosi po raz pierwszy i ostatni mogli cieszyć się z tego trofeum. Warto odnotować, że arbitrem w tamtym spotkaniu był Polak – Ryszard Wójcik. W roku 2000 Lazio zdobyło wreszcie upragnione Scudetto. Najwięcej bramek w lidze znowu strzelił Salas. Cichym bohaterem dla rzymskiego klubu był też Alessandro Calori. Gracz Perguii strzelił w ostatniej kolejce bramkę Juventusowi. To ten gol zadecydował o porażce turyńczyków w tamtym spotkaniu i o utracie prowadzenia w ostatniej kolejce. Powtórzyła się sytuacja sprzed roku, ale tym razem to Lazio było tym klubem, który rzutem na taśmę zwyciężył.

Latem w Rzymie zjawiło się dwóch nowych piłkarzy. Byli to znakomici napastnicy, czyli Claudio López i Hernán Crespo. Marcelo Salas nie był już podstawowym zawodnikiem. Tylko w 15 meczach wychodził w pierwszym składzie. Nie omijały go urazy, a kiedy grał, to często pozostawał w cieniu Argentyńczyków, zwłaszcza Crespo. W styczniu opiekę nad klubem przejął Dino Zoff. Legendarny bramkarz dał szansę Chilijczykowi, a ten odpłacił mu się trzema bramkami w trzech kolejnych meczach. Crespo był jednak w świetnej formie. W lidze zdobył 26 bramek. Chilijczyk w ciągu swoich dwóch pierwszych sezonów w Serie A zgromadził tylko o dwa trafienia więcej. Nadszedł czas na zmianę otoczenia. Swoją przygodę w Lazio zakończył z 48 golami w 117 występach. W Rzymie do dzisiaj jednak bardzo ciepło go wspominają, stawiając w jednym rzędzie z najlepszymi napastnikami w historii klubu. Jeszcze kiedy był zawodnikiem Lazio, próbowano go sprzedać do Parmy i Valencii. Był też blisko przejścia do Interu. Ostatecznie jednak wylądował w Turynie, który polecił mu Nedvěd. Lippi widział w nim zastępcę Inzaghiego, który odszedł do Milanu. Niestety okres spędzony u podnóża Alp nie był dla Chilijczyka udany. Początek zapowiadał się nie najgorzej. Wchodził w końcówkach, kilka razy dostał szansę od pierwszych minut. Pierwszą bramkę strzelił w meczu z Chievo. Jego trafienie z karnego zapewniło Juve trzy punkty. Mógł zostać bohaterem w derbowym spotkaniu z Torino, zremisowanym 3:3. Na kilka minut przed końcem wykonując rzut karny, miał na nodze piłkę meczową. Fatalnie jednak przestrzelił, przenosząc futbolówkę wysoko nad poprzeczką. Nie miał czasu, żeby się zrehabilitować. Tydzień później 20 października w meczu z Bologną odniósł kontuzję. W walce o piłkę nadwyrężył nogę i kolano nie wytrzymało. Uszkodził więzadła krzyżowe przednie. Lippi był rozczarowany. Stracił bardzo dobrego zawodnika. ,,Bardzo mi go żal, Marcelo wszedł do drużyny z wielką pokorą i powagą. Jego kontuzja jest dużym osłabieniem, tracimy gracza o wielkiej jakości i prestiżu z bardzo bogatym doświadczeniem”– mówił o urazie piłkarza Lippi. Sam zawodnik nie tracił nadziei i wierzył, że wkrótce wróci na boisko. ,,Bądźcie pewni, że jestem spokojny. Kiedy wrócę na boisku, będę silniejszy niż przedtem, żeby podziękować kibicom Juventusu za okazaną przyjaźń i sympatię”– zapewniał Salas. Uraz okazał się na tyle poważny, że Salas stracił praktycznie resztę sezonu. Po operacji musiał pauzować ponad pół roku. Na boisko wrócił dopiero w maju. W rewanżowym spotkaniu finału Pucharu Włoch zmienił Marcelo Zalayetę. Przed kontuzją dołożył jednak swoją cegiełkę do triumfu w lidze i na swoim koncie mógł zapisać kolejne Scudetto. Po sezonie pojawiła się propozycja przejścia do lizbońskiego Sportingu. Ówczesny dyrektor sportowy Giovanni di Marzio wybrał się do Lizbony, żeby obejrzeć w akcji Ricardo Quaresmę. Portugalczyk jednak w meczu z Belencenes nie zagrał. Uwagę działacza przykuł inny, bardzo zdolny i utalentowany zawodnik. Di Marzio zadzwonił do klubu i powiadomił o swoim odkryciu. Zaczęły się negocjacje. Rozmowy były już bardzo zaawansowane, a w ramach transferu do Sportingu miał przejść właśnie Salas. Chilijczyk jednak wycofał się na ostatniej prostej i ostatecznie do transakcji nie doszło. Tym utalentowanym juniorem był Cristiano Ronaldo. Tak, ten Cristiano Ronaldo. Do pierwszej jedenastki wrócił na rozgrywany w Trypolisie w Libii mecz o Superpuchar Włoch. Juve wygrało z Parmą 2:1, a Salas grał do 72. minuty. Parę dni później w Turynie zameldował się Marco di Vaio, który we wspomnianym wyżej spotkaniu strzelił jedynego gola dla Parmy. W klubie ze Stadio Dellle Alpi był bezpośrednim rywalem Chilijczyka w walce o pierwszy skład. Lippi skłaniał się jednak bardziej ku wystawianiu Włocha. Salas wystąpił w ledwie 11 ligowych spotkaniach, często wchodząc z ławki. Nie mógł być zadowolony. Raptem trzy bramki przez cały sezon we wszystkich rozgrywkach musiały być wielkim rozczarowaniem. Nie można też zarzucić trenerowi, że nie chciał na niego stawiać. Stawiał, ale Marcelo nie zachwycał. Nie omijały go też urazy. Ostatni raz w klubowych barwach zagrał 7 marca 2003 r. w wygranym 1:0 meczu z Udinese. Wszedł wtedy na ostatnie 17 minut, zmieniając Edgara Davidsa. Dzięki tym niewielu występom znowu jednak mógł cieszyć się ze zdobycia mistrzostwa Włoch. To był jego trzeci triumf w karierze. Trzeci i ostatni na włoskiej ziemi.

Został wypożyczony do River Plate, a rok później podpisał z klubem kontrakt na zasadzie wolnego transferu. To już jednak nie był ten sam zawodnik, który opuszczał klub w 1998 r. Choć miał niespełna 30 lat, to odniesione kontuzje zostawiły ślad w jego organizmie. Nie decydował już sam o wynikach meczów. Kolejne urazy przeszkadzały mu w odbudowaniu się. Mimo że nie był w takiej formie jak dawniej, zdołał pomóc drużynie w wygraniu w Torneo Clausura w 2004. Kibicom na kontynencie przypomniał się już w pierwszym sezonie po powrocie. W Copa Libertadores 2004 jego gol z meksykańskim Santosem Laguna pozwolił doprowadzić do rzutów karnych i przedłużyć nadzieje na awans. Jego doświadczenie było bezcenne w drodze do półfinałów, gdzie musieli uznać wyższość Boca Juniors. Rok później powtórzyli osiągnięcie i znowu zameldowali się w czwórce najlepszych na kontynencie. W pamięci kibiców zostanie jego wspaniały hat-trick w pojedynku z LDU de Quito. Dobre występy pozwoliły mu odzyskać miejsce w drużynie narodowej. Nie był w stanie jednak pomóc swojej reprezentacji w eliminacjach do mistrzostw świata w Niemczech. Chile znowu rozczarowało, zajmując siódme miejsce. Był to jednak o niebo lepszy wynik niż w poprzednich kwalifikacjach. Wtedy zajęli ostatnie miejsce, a wyprzedziła ich nawet Wenezuela. Miewał przebłyski, pokazywał się z dobrej strony, ale był daleki od wielkiej formy. Ciągle trapiony mniejszymi i większymi urazami nie mógł po prostu osiągnąć wyższego poziomu. Był rozczarowany niemożnością spełnienia oczekiwań kibiców, a przede wszystkim swoich własnych. Nosił się nawet z zamiarem zakończenia kariery. Wtedy jednak pomocną dłoń do Matadora wyciągnął Universidad de Chile. Sam Salas określał ten klub najważniejszym w swoim życiu i to właśnie tutaj przyszło mu zakończyć karierę. Już po przyjściu poprowadził drużynę do finału mistrzostw kraju, które jednak przegrali po rzutach karnych z Universidad Católica. Rok później znowu zabrakło szczęścia. Tym razem po konkursie jedenastek ze zwycięstwa mogli cieszyć się zawodnicy Colo Colo. Zdobycie tytułu nie było widocznie pisane piłkarzowi. Za każdym razem La U byli w czołówce, ale zawsze brakowało ostatniego kroku. Marcelo Salas w ciągu czterech sezonów w Universidad de Chile rozegrał 82 mecze. 37 razy pokonywał bramkarzy rywali. Mimo problemów zdrowotnych godnie zakończył karierę, nie rozmieniając się na drobne. W kadrze narodowej ustanowił rekord strzelonych bramek. Zgromadził ich 37. Dopiero niedawno jego osiągnięcie poprawił Alexis Sánchez. Przygodę z piłką zakończył w wieku ledwie 33 lat. Na jego pożegnaniu na Estadio Nacional zgromadziło się 50 tys. ludzi. Z pewnością, gdyby nie kontuzje grałby o parę lat dłużej. Jeszcze niejeden raz zachwyciłby kibiców zarówno w Europie, jak i na całym świecie. Szkoda, że tylko raz dane było mu zagrać na mistrzostwach świata. Mimo problemów podczas swego pobytu w Juve, Salas nadal we Włoszech cieszy się świetną opinią. W uznaniu jego osiągnięć w Italii poproszono go o prezentację trofeum przed finałowym meczem Pucharu Włoch. Spotkały się tam Juventus z Lazio. Nigdy nie zapomniał, kto wprowadził go do futbolowego świata i zawsze podkreślał rolę swoich pierwszych trenerów. ,,Najpierw był Salvador Biondi, który wspierał mnie, kiedy przyjechałem do Santiago. Później był profesor Véliz, dzięki któremu zaistniałem w U-17. No i oczywiście Don Arturo Salah, który doskonale mnie prowadził, dał mi szansę pokazania się i ukształtował mnie jako zawodnika”– mówił o tych, którym najwięcej zawdzięcza.

Śmiało można stawiać go w jednym rzędzie z takimi chilijskimi piłkarzami jak Guillermo Subiabre, David Arellano, Sergio Livingstone, Leonel Sánchez, Carlos Campos, Elías Figueroa, Carlos Caszely czy Iván Zamorano. Arturo Vidal czy Alexis Sánchez również aktywnie zgłaszają się do tego grona, a bardzo możliwe, że Salas był jednym z tych, którzy stanowili dla nich inspirację.

9

@FCBparasiempre
Mundial roku 1998 rozgrywany we Francji. Do dziś doskonale pamiętam mecz Argentyny z Anglią, odpadnięcie Paragwaju po dogrywce, czy porażkę Chorwacji w półfinale. Jak każdy turniej, także i ten francuski miał swoich większych i mniejszych bohaterów. O tych większych każdy z was pewnie pamięta, ale ci mniejsi czasami zacierają się w pamięci. Nazwiska, które mi jednoznacznie kojarzą się z tamtym mundialem to Marokańczyk Mustapha Hadji, Paragwajczyk José Luis Chilavert, Nigeryjczyk Sunday Oliseh, czy urodzony w Chile Marcelo Salas, o którym będzie ten tekst. Po raz pierwszy szerszej publiczności dał się poznać 11 lutego 1998 r. Chilijska reprezentacja w ramach przygotowań do mistrzostw świata rozgrywała na początku roku kilka meczów towarzyskich. Salas był wtedy zawodnikiem argentyńskiego River Plate. Klub nie puścił go na turniej rozgrywany w Hongkongu, gdzie Chile mierzyło się z gospodarzami i Iranem. Nie poleciał też do Australii i Nowej Zelandii. W lutym jednak La Roja mierzyła się z Anglikami. Rozgrywany na Wembley mecz miał być ważnym sprawdzianem dla Chile, które wracało na najważniejszą piłkarską imprezę po 16 latach nieobecności. Egzamin zdali celująco. Chile zwyciężyło 2:0, a obie bramki strzelił Marcelo Salas. W ten sposób skradł show debiutującemu, młodziutkiemu Owenowi. Brytyjskie media nie kryły zachwytu nad świetną grą Chilijczyka. Daily Telegraph pisał, że zawodnik udzielił Anglikom lekcji futbolu, a The Telegraph zwracał uwagę na wyjątkowej urody pierwszą bramkę: ,,Pierwszy gol, strzelony tuż przed przerwą lewą nogą, był jednym z najpiękniejszych, jaki widziała historia Wembley” – można było przeczytać po meczu. ,,Salas to klasa światowa. Ma wszystko, co jest potrzebne, żeby odnieść sukces w wielkim klubie. Można powiedzieć, że był prawdopodobnie jednym z najlepszych snajperów, przeciwko którym grałem w reprezentacji”- komplementował po meczu przeciwnika Tony Adams. Marcelo Salas urodził się 24 grudnia 1974 r. w Temuco. To ćwierćmilionowe miasto jest ośrodkiem administracyjnym regionu Araukania. Leży w środkowym Chile, 670 km na południe od stolicy kraju Santiago. Tereny te od wieków zamieszkiwane są przez walecznych i nieustępliwych Indian. Ludu Mapuczów nie byli w stanie ujarzmić ani Inkowie, ani hiszpańscy konkwistadorzy. Dopiero w XIX w. pokonała ich armia chilijska. Swoją kulturalną odrębność zdołali jednak zachować do dzisiaj. Tak samo waleczny był również Salas. Z tą różnicą, że on swoje boje toczył na zielonej murawie. Pierwszy raz na trawiastym boisku zagrał, mając 16 lat. Wcześniej nie miał ku temu okazji. Jego pierwszym klubem był lokalny Santos FC Temuco. Tam zaczęła się kariera jednego z najbardziej rozpoznawalnych chilijskich piłkarzy. Dzisiaj klub na swoim oficjalnym twitterowym koncie szczyci się swoją szkółką oraz tym, że to właśnie stąd na szerokie wody wypływał Salas. Występy w jednym zespole to było jednak za mało dla zdolnego chłopaka. Wkrótce zaczął więc grać dla innego klubu z rodzinnego miasta – Deportivo Temuco. ,,Podobnie jak wszyscy chłopcy w Ameryce Południowej żywiłem się chlebem i futbolem. Moja mama musiała po mnie przychodzić i zabierać do domu, bo inaczej spędzałbym całe dnie z piłką. Moim pierwszym klubem był ten z najbliższej okolicy – Santos. Po pewnym czasie dostałem szansę w zespole Deportivo Temuco, więc grałem w środy i soboty dla dwóch różnych drużyn” – Wspominał swoje początki Salas. Dzielił swój czas między dwa zespoły do 1990 r. Wtedy w barwach Deportivo rozegrał kilka spotkań, kolejno przeciwko Huachipato, Audax Italiano i Universidad de Chile. W tym ostatnim meczu wpadł w oko Salvadorowi Biondiemu, który współpracował z Los Azules. Dwa gole, które strzelił stołecznemu klubowi, wystarczyły, żeby działacz się nim zainteresował. Salas wiedział, że w stolicy będzie miał większe możliwości rozwoju. Postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i wyjechać do Santiago. Trudno było mu opuścić rodzinny dom, ale był zdeterminowany, żeby osiągnąć sukces. Chciał zaliczyć testy w CD Palestino, próbował też dostać się do Colo Colo, ale bez rezultatów. Wreszcie pojawił się w La U. Salvador Biondi doskonale go pamiętał. Przekonał działaczy, że warto wydać 60 tys. dolarów na transfer. Wkrótce Salas przeniósł się z Deportivo Temuco (którego dziś jest prezesem) do jednego z najbardziej utytułowanych chilijskich klubów – Universidad de Chile. Początkowo grywał w drużynie U-17. Pierwszy raz niebieską koszulkę z czerwoną literą U na sercu założył w meczu przeciwko CD Soinca Bata. Lepszego debiutu nie mógł sobie wymarzyć, strzelił dwa gole. Juniorzy Los Azules okazali się najlepsi w kraju, a Salas został najlepszym strzelcem rozgrywek. Bardzo dobra dyspozycja napastnika nie umknęła uwadze selekcjonerów juniorskich reprezentacji. W 1991 r. wystąpił w mistrzostwach Ameryki Południowej U-17, gdzie zajął z zespołem czwarte miejsce. Rok później był już członkiem kadry U-20.

Sukcesy na szczeblu młodzieżowym nie były mu jednak pisane i żeby rozsławić swój kraj, musiał jeszcze trochę poczekać. Jego kariera zaczynała nabierać rozpędu. Cały czas miał go na oku ówczesny trener Arturo Salah. Swój profesjonalny debiut zaliczył 10 kwietnia 1993 r. w meczu pucharowym z Deportes Colchagua. Wszedł na ostatni kwadrans, zmieniając Mariano Puyola. W chilijskiej Primera División swój pierwszy występ zanotował 11 lipca, ponownie zmieniając Puyola. Ostatecznie swój debiutancki sezon w elicie zakończył z 12 meczami na koncie. We wszystkich wchodził z ławki. Do pierwszej jedenastki wskoczył już w następnym sezonie. 4 stycznia 1994 Salas strzelił swoją pierwszą bramkę. La U co prawda przegrali 1:2 z Cobreloą, ale piłkarz był chwalony przez ekspertów. Swoimi występami zrobił prawdziwą furorę. Pojawiał się na boisku 25 razy i strzelił aż 27 bramek. Do tytułu króla strzelców co prawda zabrakło mu kilku trafień, ale w dużej mierze to dzięki niemu Los Azules odzyskali tytuł po 25 latach. To właśnie Salas strzelił decydującego o mistrzostwie gola w spotkaniu z Universidad Católica 4 grudnia 1994. W pamięci kibiców zapisał się też dzięki hat-trickowi z 15 maja w derbowym pojedynku z odwiecznym rywalem Colo Colo. Jak wspominał po latach, doskonale zapamiętał swój debiut, ale to właśnie spotkanie z Los Albos uważa za swoje najlepsze w barwach Universidad de Chile. Pod koniec roku pokazał się szerszej publiczności w południowoamerykańskim odpowiedniku Pucharu UEFA, czyli w Copa CONMEBOL. Strzelił dwie bramki i dotarł z drużyną do półfinału, gdzie musiał uznać wyższość urugwajskiego Peñarolu. Jako mistrz Chile miał okazję zaprezentować się w najważniejszych klubowych rozgrywkach za oceanem. Pierwszy mecz w Copa Libertadores to również był jego popis. W starciu z Universidad Católica, które La U wygrali 4:1, trzykrotnie pokonywał bramkarza. Pechowe porażki z zespołami z Kolumbii sprawiły, że o awansie, który dawało trzecie miejsce w grupie, decydował dodatkowy mecz. W wewnętrznym starciu chilijskich drużyn lepsi okazali się La Católica. Niepowodzenie na arenie międzynarodowej Salas odbił sobie na krajowym podwórku. Strzelił 17 bramek i znowu był liderem drużyny, doprowadzając ją do kolejnego triumfu w lidze. Kibice zaczęli nazywać go El Matador. Na pytanie, skąd wziął się taki przydomek, nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Jest kilka wersji. Według jednej z nich podczas meczu z Colo Colo publiczność zaczęła śpiewać piosenkę ze słowem matador w refrenie. Ponieważ Salas został bohaterem spotkania, to zaczęto go tak nazywać. Inna mówi, że napastnik tak błyskawicznie uderzał piłkę, jak matador zadający ciosy. Najbardziej chyba zbliżona do prawdy zakłada, że przydomek wiąże się ze sposobem, w jaki celebrował strzelone bramki. Klękał na lewe kolano i prawą rękę unosił do góry. Tak samo, jak uczestnicy corridy po walce z bykiem. Trudno powiedzieć, która jest prawdziwa, choć pewnie w każdej jest ziarno prawdy. Niezależnie od tego, coraz lepsze występy Chilijczyka zwróciły uwagę selekcjonera narodowej reprezentacji. Wykluczona z eliminacji reprezentacja mogła rozgrywać tylko mecze towarzyskie, a Copa America w 1993 r. zakończyła już na fazie grupowej. Zmieniali się selekcjonerzy. W ciągu kilkunastu miesięcy reprezentacją kierowali Arturo Salah, który znał naszego bohatera z pracy w klubie, Urugwajczyk Nelson Acosta i Chorwat Mirko Jozić. To właśnie przybysz z Europy, który miał na koncie sukcesy z Colo Colo, powołał Marcelo do kadry. Salas zadebiutował w obecności ponad 60 tys. kibiców na Estadio Nacional w Santiago. 18 maja 1994 r. Chile podejmowało Argentynę, która w składzie miała takie tuzy jak Diego Maradona, Gabriel Batistuta, Abel Balbo, Fernando Redondo, Diego Simeone, Oscar Ruggeri czy Roberto Sensini. Niespełna 20-letni Salas pojawił się na boisku w drugiej połowie, zmieniając w 67. minucie Fabiána Guevarę. Nie przestraszył się wielkich nazwisk w zespole rywala i 10 minut po wejściu strzelił swoją pierwszą bramkę w barwach narodowych. Chile zyskało nowego goleadora, który wkrótce wraz z Ivánem Zamorano stworzył jeden najlepszych ataków końca XX w. Niespełna rok później jedyny raz zagrał w rodzinnym mieście. La Roja tylko zremisowała z niezbyt silną wtedy Islandią, a Salas strzelił jedynego gola dla Chile, wywołując wybuch radości na trybunach. Wkrótce liga chilijska zrobiła się dla niego za mała. Dobre występy w kadrze i w klubie zwróciły uwagę najsilniejszych klubów na kontynencie. O zawodnika pytało również hiszpańskie UD Las Palmas i meksykańskie CF Monterrey. W 1996 r. w Copa Libertadores dotarł aż do półfinału. Po drodze strzelał bramki ekwadorskiej Barcelonie, urugwajskiemu Defensorowi Sporting i brazylijskiemu Botafogo. W starciu o finał La U zmierzyli się z River Plate. Pierwszy mecz, którego gospodarzem byli Chilijczycy, zakończył się rezultatem 2:2. Trzeba jednak przyznać, że Argentyńczycy mieli sporo szczęścia. Rewanż w Buenos Aires Los Millonarios zdołali rozstrzygnąć na swoją korzyść i odnieśli skromne zwycięstwo 1:0. Salas zaprezentował się jednak bardzo dobrze i jeszcze bardziej zwrócił na siebie uwagę. Kwestią czasu było to, kiedy zmieni klub. Wkrótce wybrał się do stolicy Argentyny, gdzie miał podpisać kontrakt z Boca Juniors. Jednak kiedy zjawił się na miejscu, ówczesny szkoleniowiec Carlos Bilardo oznajmił: ,,Salas jest za niski”. Miał jeszcze dodać, że żaden Chilijczyk nie zrobił furory w lidze argentyńskiej. Marcelo nie załamał się, dzielnie zniósł zniewagę i już dwa tygodnie później parafował umowę z River Plate.

Pobyt w River Plate otworzył przed nim drzwi do wielkiej kariery. Argentyński klub zapłacił za Chilijczyka 2,6 mln dolarów. Napastnik z miejsca stał się jednym z podstawowych zawodników drużyny. Grał obok takich sław jak Francescoli czy Ortega i znakomicie wywiązywał się ze swoich obowiązków. Jeszcze w grudniu załapał się na mecz o Puchar Interkontynentalny, ale River musiał uznać wyższość Juventusu. Torneo Apertura 1996 zakończył na pierwszym miejscu. Nie było na nich mocnych także w trakcie Torneo Clasura 1997. W swoim pierwszym sezonie w Argentynie Salas strzelił 11 goli. Już wtedy zwracał uwagę europejskich klubów. Jak ujawniała włoska prasa w 1996 r., Inter proponował 8 mln dolarów, a wkrótce potem Napoli dawało 12 mln. Pytały też takie firmy jak Glasgow Rangers, Newcastle, Valencia, Deportivo La Coruna, Juventus, Barcelona i madrycki Real. Wielu chłopakom w jego wieku pewnie uderzyłaby sodówka. Tym bardziej, że w pewnym okresie Salas był najlepiej opłacanym zawodnikiem w lidze. Rok 1997 był najlepszym w jego całej karierze. Kolejny raz świętował mistrzostwo w Torneo Apertura, choć tym razem wiele nie brakowało, a straciliby tytuł na rzecz Boca. W Copa Libertadores River, jako obrońca tytułu, przystępował do rywalizacji dopiero w 1/8 finału. Pechowo przegrali w rzutach karnych z innym argentyńskim klubem – Racingiem. Niepowodzenie jednak odbili sobie w Supercopa Sudamericana. Przeszli jak burza przez pierwszą rundę, w której ponieśli tylko jedną porażkę z Santosem. Salas rozgrywał świetne mecze. Im większa była ranga spotkania, tym lepiej grał. W półfinale z Atletico Nacional Medellin popisał się zuchwałym lobem nad bramkarzem z kilkudziesięciu metrów. Trudno dziwić się zachwytom komentatora. Takich bramek nie ogląda się często. Jego dwa gole wprowadziły River do finału, w którym mierzyli się z Sao Paulo. Pierwszy mecz w Brazylii zakończył się bezbramkowym remisem. Rewanż na El Monumental to znów znakomite zawody w wykonaniu Chilijczyka. Jego dwie bramki na początku drugiej połowy zapewniły zwycięstwo Los Millonarios, a Salas mógł cieszyć się z pierwszego triumfu na arenie międzynarodowej. ,,W River grałem z ludźmi takiego kalibru jak Francescoli, Ortega, Gallardo czy Cruz. Wygraliśmy wszystko. Pamiętam, że jak po raz pierwszy wróciłem do Chile, to witano mnie jak króla” – mówił o swoich sukcesach w River Plate. W tym samym czasie ważyły się losy udziału chilijskiej kadry na mistrzostwach we Francji. Piłkarze z kraju miedzi i saletry ostatni raz na mundialu grali w 1982 r. W eliminacjach kadra początkowo rozczarowywała, grając dosyć w kratkę. Dopiero w drugiej części zaczęli prezentować się tak, jak oczekiwali tego kibice. W lipcu odnieśli ważne zwycięstwa nad Kolumbią (4:1) i Paragwajem (2:1). W październiku mierzyli się ze swoim bezpośrednim rywalem w walce o awans. Wygrana 4:1 nad Peru pozwoliła ich wyprzedzić w tabeli dzięki lepszemu stosunkowi bramek. Marcelo Salas właśnie w tych kluczowych meczach zaprezentował się świetnie. Zarówno z Kolumbią, jak i z Peru ustrzelił hat-tricka i walnie przyczynił się do awansu na francuski turniej. 16 listopada rozgrywano ostatnią kolejkę, a Chile mierzyło się w Santiago z Boliwią. Na trybunach zjawił się sam Alex Ferguson, który na własne oczy chciał się przekonać czy warto ściągnąć Marcelo do Manchesteru. Czerwone diabły były skłonne zapłacić za napastnika nawet 30 mln dolarów. Chile zwyciężyło 3:0. Salas po raz kolejny strzelił bramkę w narodowych barwach, ale do transferu było jeszcze daleko. Działacze River doskonale zdawali sobie sprawę, że wartość zawodnika może znacząco wrosnąć po mistrzostwach i nie kwapili się ze sprzedażą swojej gwiazdy. Znakomity rok w jego wykonaniu został doceniony przez ekspertów. Jako pierwszy Chilijczyk od czasów Elíasa Figueroy został uznany za najlepszego piłkarza Ameryki Południowej. Również w Argentynie wybrano go najlepszym zawodnikiem mijającego roku. Po raz drugi z rzędu umieszczono go także w najlepszej jedenastce kontynentu. To był jednak tylko wstęp do roku 1998, w którym miał usłyszeć o nim cały futbolowy świat. Jeszcze przed pamiętnym meczem na Wembley do walki o pozyskanie Marcelo bardzo aktywnie włączyło się rzymskie Lazio. Zachwyt, w jaki Salas wprawił angielskie media, przyspieszył pertraktacje Włochów z River Plate i wkrótce uzgodniono, że od nowego sezonu Chilijczyk będzie zakładał koszulkę Biancocelestich. Włoska prasa pisała o nowym Imperatorze Rzymu. Argentyńczycy mieli dostać za zawodnika 20 mln dolarów, a pikanterii dodawał fakt, że już 11 czerwca w Bordeaux Chile miało zmierzyć się z Włochami.

12

Najstarszy hiszpański klub piłkarski:

23 grudnia 1889 r. z inicjatywy Alexandra Mackaya, byłego szkockiego lekarza, Roberta Russella Rossa, również szkockiego lekarza oraz przez grupę górników z kopalni Rio Tinto, powstał Huelva Recreation Club, przemianowany później na Recreativo Club de Huelva. Swój pierwszy mecz rozegrali rok później na hipodromie Tablada w Sevilli. Ich rywalami byli pracownicy wodociągów należących do Brytyjczyków i przez nich obsługiwanych. W pierwszej dekadzie XX wieku ,,El Recre” przeszedł w ręce Hiszpanów a następnie zniknął z mapy wielkich klubów. Do dnia dzisiejszego Huelva wiedzie spór z Rio Tinto o to, który klub jest kolebką hiszpańskiej piłki nożnej. Chociaż współcześnie ,,Recre” błąka się po niższych ligach, to przed wjazdem do miasta stoi olbrzymi pomnik nieznanego piłkarza. Swoim kształtem przypomina nieco ten, który stoi nieopodal stadionu w Rio Tinto.



@Symson
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Arkon
@AFA90

11

Wybitne postacie hiszpańskiego futbolu:


23 grudnia 1950 r. urodził się Vicente del Bosque, były piłkarz i trener. Jako trener zdobył mistrzostwo świata (2010), mistrzostwo Europy (2012), dwie Ligi Mistrzów (1999/2000, 2001/02), dwa mistrzostwa Hiszpanii (2001, 2003), Puchar Interkontynentalny (2002), Superpuchar Europy (2002). Kiedy Vicente del Bosque opuszczał Real Madryt w 2003 roku, zachował ogromną klasę. Trener, który poprowadził „Królewskich” do dwóch triumfów w Lidze Mistrzów, który znosił fochy pupilków prezesa sprowadzanych za grube miliony, zniósł też niesprawiedliwe zwolnienie nie skarżąc się ani słowem. Florentino Perez pozbył się szkoleniowca bezgranicznie poświęconego klubowi tuż po tym, jak Real wywalczył mistrzostwo Hiszpanii i dotarł do półfinału Champions League. – Ja uważam, że Perezem kierowały zazdrość i próżność – pisał Leszek Orłowski. – Nie mógł znieść, że del Bosque staje się idolem kibiców Realu, że swoją zwalistą postacią usuwa w cień jego osobę. Inaczej niż Zidane, Figo czy Ronaldo pojawił się w klubie przed prezydentem. Wywalczywszy w sezonie 2002/03 kolejne trofea, był dla Florentino poważnym zagrożeniem w rywalizacji o miano samca alfa, a rzecz jasna tylko taka rola prezydenta zadowalała. ,,Zwolnienie del Bosque było największą niesprawiedliwością, z jaką zetknąłem się w świecie futbolu. To było zachowanie zgoła nienormalne. Przecież Vicente kładł na stół nie tylko zaangażowanie, uczciwość i miłość do klubu, ale także liczne trofea” – pieklił się Luis Molowny. Znaleźli się mimo wszystko tacy, którzy Pereza usprawiedliwiali. Del Bosque uchodził bowiem w powszechnej opinii za szkoleniowca, który drużyną zarządza zgodnie z ideą Pawła Janasa. Nie wpierdala się. Ot, cała jego zasługa – nie przeszkadzał „galaktycznym” madrytczykom w osiąganiu sukcesów. Naturalnie szybko okazało się, że tego rodzaju teorie można odłożyć między bajki. Po rozstaniu ze „Sfinksem” ekipa ze stolicy Hiszpanii przestała odnosić jakiekolwiek sukcesy – ponosiła klęski zarówno w kraju, jak i w Lidze Mistrzów, mimo że Perez wymieniał jej szkoleniowców jak rękawiczki. Natomiast del Bosque swoją wartość dobitnie potwierdził jako selekcjoner reprezentacji Hiszpanii. Fakt, że przejął przepotężną drużynę ukształtowaną wcześniej przez Luisa Aragonesa, ale mistrzostwa świata oraz mistrzostwa Europy nie wygrywa się przecież przez przypadek. Może i temperament del Bosque nie pozwala sytuować go wśród najbardziej charyzmatycznych trenerów w dziejach, może i nie był on autorem przełomowych koncepcji taktycznych, lecz jedno trzeba mu oddać – niewielu w historii futbolu równie dobrze znało się na wygrywaniu. A przecież to jest w całej tej zabawie na koniec dnia najistotniejsze. ,,Nie lubię teatralnych gestów, nie wierzę w dodawanie w ten sposób energii piłkarzom. Ode mnie zawodnicy energię czerpią w taki sposób, że optymalnie przygotowuję ich do każdego spotkania”- mawiał del Bosque. ,,Kiedy wychodzimy na murawę, każdy z nas wie co dokładnie ma robić. Del Bosque daje nam odpowiednią swobodę na boisku, więc możemy grać tak, jak lubimy. To bardzo ważne zwłaszcza dla najbardziej uzdolnionych piłkarzy, del Bosque jest kluczem do ich świetnej gry”- wspominał Cesc Fabregas.





@AFA90
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Symson

16

Fantastyczny prezent pod choinkę w El Clasico:

23 grudnia 2017 r. Real Madrid przegrał na Santiago Bernabeu z FC Barceloną 0:3(0-0) w ramach 17 kolejki Primera Division. Real Madryt poległ na własnym stadionie ze swoim odwiecznym rywalem, FC Barceloną. Messi i spółka przez całą pierwszą połowę byli przyczajeni, ale po przerwie wyczekali na zabójczą kontrę, którą zakończył Luis Suarez. Po chwili idiotycznie w polu karnym zachował się Dani Carvajal, który postanowił zmienić dyscyplinę sportu i pograć w siatkówkę. Blaugrana powiększyła przewagę nad drugim w tabeli Atletico do dziewięciu punktów, przez co chyba poznaliśmy mistrza Hiszpanii na sezon 2017/18. Mecz w pierwszej połowie był bardzo wyrównany i nie aż tak otwarty, przez co sytuacji strzeleckich nie było zbyt wiele. Lepsze sytuacje stworzył sobie Real, który starał się nie dopuścić Barçy do narzucenia warunków gry. Po zmianie stron Real jednak całkowicie się posypał. Cała organizacja gry obronnej spaliła na panewce, gdy w 54. minucie pilnujący Messiego Mateo Kovacić odpuścił drybling Ivana Rakiticia. Chorwacki pomocnik "Blaugrany" przebiegł z piłką spory dystans, a następnie rozciągnął grę do Sergi Roberto. Ten wyłożył piłkę Suarezowi, który nie mógł się pomylić i umieścił piłkę w niemal pustej bramce. Na 27 minut przed końcem spotkania idiotycznie zachował się Dani Carvajal. Prawy obrońca "Królewskich" celowo zagrał ręką w polu karnym. Lionel Messi nie pomylił się z rzutu karnego i podwyższył prowadzenie. Katalończycy dorzucili trzecie trafienie w doliczonym czasie gry. Prawym skrzydłem szarżował Messi, by następnie wycofać piłkę do wbiegającego Aleixa Vidala, który płaskim strzałem pokonał Keylora Navasa. Kostarykański bramkarz odbił piłkę, ale ta i tak wpadła do bramki, choć wydaje się, że mógł zachować się dużo lepiej. Grający w dziesiątkę piłkarze Realu nie zdołali już odpowiedzieć. Obrona tytułu była wówczas dla podopiecznych Zinedine'a Zidane'a raczej niemożliwa.

Nacieszmy oczy i dusze:



@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@AssisMoreira
@Arkon
@AFA90

11

Początki krajowej rywalizacji:

23 grudnia 1945 r. FC Barcelona pokonała Athletic Bilbao w finale Copa de Oro Argentina. Prekursorem Superpucharu Hiszpanii stał się zorganizowany w 1945 r. mecz pomiędzy mistrzem kraju FC Barceloną a zdobywcą Pucharu Hiszpanii Athletic Bilbao. Inicjatywa wyszła od konsula Argentyny w Barcelonie a trofeum ufundowali jego rodacy mieszkający w stolicy Katalonii, stąd nazwa: Złoty Puchar Argentyny. Po emocjonującym meczu Blaugrana zwyciężyła zasłużenie 5:4 a zyski ze spotkania przeznaczono dla szpitali w Barcelonie i Bilbao. ,,To był prawdziwy finał pucharu: entuzjazm i rządza tytułu 22 paladynów, którzy wyszli na boisko naładowani w poszukiwaniu cennego trofeum. Dwie różne drogi zdobywania goli i emocjonujące ostatnie 5 minut, gdzie jedni dążyli do wyrównania a drudzy starali się utrzymać minimalne prowadzenie. Finał, który pozwolił nam posmakować 90 minut dobrej gry i niezaprzeczalnych emocji. To był historyczny sukces naszego wspaniałego futbolu, który zostanie dobrze zapamiętany przez tysiące kibiców, mających szczęście zobaczyć to na własne oczy”- komplementowała spotkanie gazeta ,,El Mundo Deportivo”. W 1947 r. organizator rozgrywek ligowych RFEF urządził ponownie spotkanie o Superpuchar pod nazwą ,,Copa Eva Duarte”.

Strzelcy goli: Cesar Rodriguez(2), Gamoral(2) oraz Bravo dla Barçy / Zarra(2), Urra i Panizo dla Athletic.


@Arkon
@AFA90
@AssisMoreira
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj

11

Niepowtarzalne pionierskie czasy:

23 grudnia 1906 r. FC Barcelona rozegrała towarzyski mecz we Francji przeciwko Olimpique Cette, klubowi założonemu w mieście Seta, na obrzeżach Montpellier. W relacji z tamtych czasów występ Blaugrany, która pokonała Francuzów 4:2(po 2 golach Fornsa oraz po jednym Quirante i Comamali), odbił się szerokim echem. Serdeczne relacje między klubami sprawiły iż wkrótce doszło do drugiego meczu, tym razem w Barcelonie a po nim piłkarze i szefowie obu klubów udali się do Gran Hotel Falcon na pożegnalny bankiet. Uroczystość prowadził lekarz i ówczesny deputowany republikański- Per Pi y Sunyer, który w przemowie odwoływał się do patriotycznego znaczenia zwycięstw obu drużyn.



@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Monix10
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@Kessie
@AssisMoreira
@Arkon
@AFA90

11

Premierowe derby:

23 grudnia 1900 r. FC Barcelona rozegrała pierwsze w swojej historii derby Barcelony z Espanyolem. Towarzyskie spotkanie zakończyło się bezbramkowym remisem i toczyło się w przyjacielskiej atmosferze, co trudno sobie dzisiaj wyobrazić. Barça zagrała bez obcokrajowców a przeciwnicy zaprezentowali się pod nazwą Sociedad Española de Futbol co po Polsku znaczy Hiszpańskie Towarzystwo Piłki Nożnej. Dopiero później przekształcili nazwe na RCD Espanyol.


@AFA90
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj

1

Vamos ,,The Cityzens"!
Vamos Pepito!
Vamos a ganar! po pierwszy tytuł Mistrza Świata!

13

Czy wiemy że…

Emanuel Olisadebe kończy dziś 45 lat. Olisadebe zdecydowanie zapisał się w historii polskiej piłki nożnej nie tylko dlatego, że był pierwszym czarnoskórym zawodnikiem kadry, ale także dlatego, że dzięki jego wyczynom na boisku Polska zakwalifikowała się do Mistrzostw Świata w 2002 roku. Nigeryjski sportowiec 12 lat temu postanowił zakończyć karierę. Emmanuel Olisadebe urodził się w Nigerii w 1978 roku. Od dzieciństwa interesował się piłką nożną i chciał grać w nią zawodowo, a w 1997 roku przyjechał do Polski, aby rozwijać swoją karierę. Przeszedł testy do Wisły Kraków i Ruchu Chorzów, ale współpraca z tymi klubami nie wyszła. Z pomocą selekcjonera Jerzego Engela, który zauważył jego talent, został graczem Polonii Warszawa, z którą związany był do 2000 roku. Również w 2000 roku Emmanuel Olisadebe otrzymał polskie obywatelstwo i dołączył do kadry narodowej, z którą do 2004 roku zagrał 25 razy. Po eliminacjach do MŚ 2002 zyskał miano najskuteczniejszego strzelca Polaków (8 bramek) i pomógł drużynie awansować do turnieju finałowego w Korei Południowej. o zakończeniu kontraktu z Polonią Warszawa trafił do klubu Panathinaikos, z którym wywalczył Puchar Grecji. Po kontuzji kolana stracił miejsce w podstawowym składzie i w 2006 roku przeszedł do angielskiej drużyny Portsmouth FC. Nie zagrzał tam jednak miejsca – wkrótce przeniósł się najpierw do greckiego klubu Skoda Ksanti, później cypryjskiego APOP Kinyras, a potem chińskiego Henan Jianye. W 2010 roku rozwiązał kontrakt z tym ostatnim i został wolnym zawodnikiem. Karierę zakończył pod koniec 2012 roku.



@Symson
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@Kessie
@AssisMoreira
@Arkon
@AFA90

2

@maroon Zgadza się, żekłbym że najlepsze czasy w całej historii FC Barcelony!
Obawiam się że takich czasów już niestety nie dożyjemy...

5

Szanowni kibice futbolu, we wrześniu pominąłem urodziny dosyć ciekawej postaci latynoskiego futbolu a więc chciałbym to nadrobić i wam przypomnieć jeśli pozwolicie.
Niedoceniane legendy futbolu:

18 września 1973 r. urodził się brazylijski snajper Mário Jardel de Almeida Ribeiro. Był przede wszystkim piłkarzem niesłusznie niedocenianym. Może nie miał bajecznej techniki, którą czarowali Brazylijczycy, ale strzeleckiego zmysłu może mu pozazdrościć wiele brazylijskich gwiazd. Fantastyczny piłkarz o zabójczym instynkcie strzeleckim, z mocnym strzałem z obu nóg, szybki, skoczny, o żelaznej kondycji. Zresztą przydomek „Super Mário” mówi wszystko… Zaczynał w rodzinnym Ferroviário ale tam nie debiutował, to miało miejsce w kolejnym klubie – Vasco da Gama. Tam 50 meczów i 26 goli. Łącznie w jego karierze 21 klubów z 11-tu różnych krajów! Jardel to postać niemal tragiczna, przeżył załamanie nerwowe, popadł w uzależnienie od alkoholu i kokainy. Przyczyna była prosta. Po licznych sukcesach w klubach Brazylii, Portugalii i Turcji (o tych triumfach za chwilę) nie dostał powołania na MŚ 2002. Słaby psychicznie piłkarz zaczął się staczać… Wcześniej jednak piękna kariera, m.in. Grêmio (73 mecze/67 goli), FC Porto (174/166), Galatasaray (44/34), Sporting (62/67). Z tym pierwszym klubem Copa Libertadores 1995 i Recopa Sudamericana 1996, z Porto trzykrotny Mistrz kraju, dwa razy Puchar Portugalii i trzykrotnie Superpuchar. W barwach „Galaty” Superpuchar Europy 2000 (2:1 z Realem Madryt, obie bramki dla tureckiej drużyny zdobył nie kto inny, tylko Mário Jardel). Ze Sportingiem podwójna korona – Mistrzostwo i Puchar (2002). Na jego koncie jest także Mistrzostwo Argentyny (Newell’s Old Boys, 2004) i Puchar Cypru (Anorthosis Famagusta, 2006). Indywidualnie było podobnie. Pięciokrotny pod rząd Król Strzelców ligi portugalskiej, czyli ,,Bola de Prata” razy pięć (1997, 1998, 1999, 2000, 2002)! Oprócz tego dwukrotny zdobywca Złotego Buta (1999, 2002), najlepszy strzelec Ligi Mistrzów (2000) i takiż w Copa Libertadores (1995). W reprezentacji Canarinhos tylko 10 meczów i jeden gol. Był w składzie na turniej Copa América 2001, za dużo jednak nie pograł… Łącznie w karierze rozegrał 569 meczów, strzelając 412 goli. Na koniec jeszcze ciekawostka. Był rok 1998, 5-ta runda Pucharu Portugalii (w tamtejszej nomenklaturze to Taça de Portugal), Porto trafiło na Juventude SC. Po pierwszej połowie było 1:0 dla „Smoków”. W przerwie wszedł nasz bohater (zmienił Grzegorza Mielcarskiego) i w ciągu 42 minut strzelił siedem goli! FC Porto wygrało wtedy 9:1 i w tamtym sezonie zdobyli Puchar.

19

Po prostu geniusz!

22 grudnia Lionel Messi strzela w ligowym meczu z Realem Valladolid 91 gola w całym 2012 roku. Rok ten był dla Argentyńczyka niesamowity. Już 9 grudnia w meczu z Betisem pobił dotychczasowy rekord Gerda Müllera, który w barwach Bayernu i reprezentacji Niemiec strzelił w 1972 r. 85 goli. Biorąc pod uwagę iż obecnie futbol jest dużo bardziej fizyczny i pada znacznie mniej goli, osiągnięcie było niesamowite. Do 22 grudnia i meczu z Realem Valladolid Messi zdążył jeszcze dołożyć siedem trafień. 91 goli zdobyte we wszystkich oficjalnych meczach to rekord w historii światowego futbolu(Pele w 1959 strzelił jedynie 75 goli). Znany dziennikarz ,,AS-a” Tomas Roncero przekonywał co prawda że rekord wciąż należy do Zambijczyka Godfreya Chitalu, który ponoć strzelił w swoim kraju 107 goli w 1972, aczkolwiek teorii tej nie wzięto na poważnie. Z końcem 2012 r. 25-letni wówczas Messi miał już na koncie dziesiątki rekordów. Do najważniejszych należą: najwyższa ilość goli w jednym sezonie La Liga(50), czterokrotna korona króla strzelców Ligi Mistrzów(2010-13), rekord goli w jednym sezonie(73) a także wyrównanie rekordu Anglika Viviana Woodworda w ilości goli w rozgrywkach międzynarodowych, również reprezentacji(25 goli).



@AFA90
@Arkon
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Symson

2

@Pawel13sz Ależ prosze uprzejmie: FC Barcelona: Pinto, Pique, Puyol, Fontas, Fabregas, Xavi(38’ Tello), Iniesta (31’ Sergi Roberto), T. Alcantara, Busquets(57’ J. Dos Santos), Pedro, Cuenca Rezerwowi: Valdes, Sergi Roberto, Muniesa, Jonathan dos Santos, Tello

12

Wspomnień czar:

22 grudnia 2011 r. FC Barcelona odniosła najwyższe zwycięstwo pod wodzą Guardioli i jedno z najwyższych zwycięstw w historii Pucharu Hiszpanii. Na Camp Nou rozgromiła trzecioligowy La Hospitalet aż 9:0(!) w rewanżowym meczu 1/16 Copa del Rey.




@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Monix10
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@Kessie
@AssisMoreira
@Arkon
@AFA90

10

Golazo!

Szanowni cules, dzisiaj mija dokładnie 50 lat od tego wyczynu. Mijały właśnie ostatnie minuty pierwszej połowy meczu Barçy z Atletico Madryt na Camp Nou w 15 kolejce Primera Division. Na wrzutkę w pole karne zdecydował się Rexach ale wydawało się że piłka jest poza zasięgiem Cruijffa. Holender zdecydował się więc na akrobatyczne zagranie nogą na dużej wysokości w stylu dzisiejszych uderzeń Ibrahimovicia i jego strzał znalazł droge do siatki w prawym górnym rogu bramki. To był najładniejszy gol ,,boskiego” Johana podczas jego pobytu w Barcelonie a być może i w całej karierze. Holender rozgrywał wówczas wspaniały sezon zakończony mistrzostwem Hiszpanii dla Blaugrany a ten gol pozwolił mu zdobyć przydomek ,,Latający Holender”.

Popatrzcie sami:





@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Monix10
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@Kessie
@AssisMoreira
@Arkon
@AFA90

13

Bernd Schuster kończy dzisiaj 64 lata:

22 grudnia 1959 r. w Augsburgu urodził się Bernd Schuster. Ten niemiecki piłkarz karierę zaczynał w 1. FC Köln, z którego w 1980 r. przeniósł się do FC Barcelony. Bardzo szybko stał się gwiazdą linii pomocy Blaugrany i w 6 kolejnych sezonach zdobywał dwucyfrową liczbe goli we wszystkich rozgrywkach. Dokonał tego pomimo faktu że stracił większość roku 1982 na rekonwalescencje po tym, jak ,,Rzeźnik z Bilbao”(Andoni Goikoetxea) brutalnie wszedł w jego kolano. W latach 1982-84 znakomicie układała się współpraca Bernda z Diego Maradoną, którego Argentyńczyk nie omieszkał komplementować w swojej autobiografii. Tuż po tym, jak został zmieniony w trakcie gry w finale Pucharu Mistrzów w 1986 r., udał się do szatni i nie informując nikogo, pojechał z żoną na lotnisko, gdzie pierwszym samolotem udał się do Barcelony. Przed sezonem 1986/87 Schuster został za to wykluczony z zespołu i nie rozegrał ani jednego meczu! Prezydent Nuñez zaoferował go nawet Espanyolowi. Jak zauważyli ironicznie dziennikarze, byłoby to jedyne możliwe rozwiązanie dla Schustera, bo nadal dzieliłoby go jedynie 30 minut samolotem od ,,ukochanej” Ibizy. Choć Niemiec pozwał klub do sądu, przegrał sprawę. Po roku wrócił do łask, lecz jego relacje z działaczami pozostawały napięte i latem 1988 r. zdecydował się na transfer do Realu Madryt. Co ciekawe, z drużyny Królewskich trafił po 2 latach do Atletico Madryt. Po zakończeniu kariery piłkarskiej zajął się pracą w roli trenera, zdobywając między innymi mistrzostwo Hiszpanii z Realem Madrid w 2008 r.



@AFA90
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj

2

Wczoraj miałem przyjemność oglądać(chociaż przyjemność to za mocne słowo) mecz Deportivo Alaves kontra Real Madrid a troche wcześniej mecz Reala Betis Sevilla kontra FC Girona. Po obydwu meczach byłem mocno niepocieszony, ba! wręcz bardzo zły! Zwłaszcza po meczu Girony byłem zły, gdyż sędzia nie powinien uznać gola dla Betisu ponieważ gol padł z rzutu rożnego, który absolutnie nie należał się Betisowi. No cóż, przez takie sędziowanie w Hiszpanii można nabawić się chorób krążeniowych, zwłaszcza że ja już prawie od roku mam podwyższone ciśnienie i właśnie zacząłem brać na to lekarstwo...

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?