9

Wybitne legendy futbolu:
14 czerwca 1943 r. w Amsterdamie urodził się Petrus Johannes Keizer, fenomenalny lewoskrzydłowy, Wicemistrz Świata-1974, 3-krotny pod rząd Zdobywca Pucharu Mistrzów-1971,1972 i 1973, Zdobywca Pucharu Interkontynentalnego-1972, 2-krotny Zdobywca Superpucharu Europy-1972 i 1973 oraz 6-krotny Mistrz Holandii. Na Petera Johannesa kibice mówili po prostu ,,Piet’’. Jego osoba stanowi przykład długoletnich związków tylko z jednym klubem. Przez 15 lat grał bowiem tylko w Ajaxie a w czasie jego największych sukcesów w latach 70-tych był jego głównym lewoskrzydłowym. Tworzył znakomity duet z Johanem Cruyffem, zwany też ,,królewską parą’’, w której istotnym elementem był Keizer, czyli Cesarz…..
Piet rozegrawszy w Ajaxie 364 spotkania strzelił 146 goli. W 1972 r. jako kapitan Ajaxu wznosił zdobyty po raz wtóry Puchar Europy. W finałowym meczu z Interem Mediolan to on za każdym razem precyzyjnie podawał a Cruyff bezlitośnie te podania wykorzystywał. Dwa lata później Keizer z reprezentacją Holandii został wicemistrzem świata ale u Michelsa wystąpił tylko w jednym meczu ze Szwecją. Gra w ataku Ajaxu w tym samym czasie, w którym występował Cruyff była dla Pieta zarówno wielkim szczęściem, jak i przekleństwem. Pozostawał bowiem zawsze w cieniu wielkiego kolegi, choć nie brakuje ekspertów, którzy twierdzą iż nie był piłkarzem gorszym od samego Cruyffa a w kwestii podań i rozegrania piłki-nawet lepszym. Kaizer nie był jednak ulubieńcem trenera Michelsa. Ponoć gdy ten odszedł do FC Barcelony, piłkarz uczcił ten fakt tańcem na stole. Swego czasu był członkiem rozległego sztabu szkoleniowego Ajaxu, określanym mianem konsultanta ds. szkoleniowych. Współpracował m.in. z Martinem van Geelem, Aronem Winterem i Frankiem De Boerem a rola Keizera sprowadzała się do nadzorowania skautów.
@NaFazieHitman
@Pawel13sz
@MesQueUnClub96
@Symson
@Ogorinho1974
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@Roni/VEB
@Sensible
@patataj

3

@FCBparasiempre Wszystkie poprzednie edycje Mistrzostw Świata wygrały ekipy prowadzone przez swoich rodaków. Idąc tym tropem, szansę na triumf w Rosji już na starcie straciły Egipt, Arabia Saudyjska, Iran, Maroko, Australia, Dania, Peru, Nigeria, Szwajcaria, Meksyk, Belgia, Panama i Kolumbia, które postawiły na zagranicznych szkoleniowców. A propos szkoleniowców. Na dzień przed rozpoczęciem sportowych zmagań doszło do niecodziennej sytuacji. Julen Lopetegui, opiekun reprezentacji Hiszpanii, ogłosił, że porozumiał się z Realem Madryt i po turnieju pożegna się z kadrą, choć trzy tygodnie wcześniej przedłużył kontrakt z hiszpańską federacją piłkarską. Ta zadziałała błyskawicznie i za brak lojalności i załatwianie interesów za jej plecami zwolniła go w trybie natychmiastowym. Oczywiście nie było czasu na poszukiwania nowego bossa, zatem stery w La Roja przejął dotychczasowy dyrektor sportowy, Fernando Hierro. Rozgrywki toczyły się w dniach od 14 czerwca do 15 lipca. Z uwagi na bardzo dużą powierzchnię Rosji, rozciągającej się ze wschodu na zachód na długość niemal 13 tys. km, FIFA zastrzegła, że turniej musi zostać rozegrany jedynie na części europejskiej. Miało to wyeliminować długie podróże pomiędzy miastami. Mecze odbywały się zatem na 12 stadionach w 11 miastach: Moskwie (Łużniki i Otkrytije Ariena), Sankt Petersburgu, Kaliningradzie, Kazaniu, Niżnym Nowogrodzie, Samarze, Wołgogradzie, Sarańsku, Rostowie, Soczi i Jekaterynburgu. Budżet przeznaczony na organizację wynosił rekordowe 20 mld dolarów. Wraz z realizacją prac sukcesywnie go zmniejszano. Ostatecznie wyniósł 14,2 mld dolarów, a i tak jest najwyższym w historii Mundiali. Kiedy tylko ogłoszono ceny wejściówek, od razu rozpoczęło się narzekanie, że i one nigdy nie były tak wysokie. Nie będąc obywatelem Rosji, najtańszy bilet można było nabyć za 105 dolarów. Biorąc pod uwagę, że w tej cenie zawierało się wyrobienie FAN ID, swoistej legitymacji kibica, działającej na zasadach wizy, ponadto upoważniającej do darmowego przejazdu pociągiem pomiędzy miastami-gospodarzami i otwierającej wiele drzwi (m.in. do muzeum FIFA, komunikacji miejskiej, okolicznościowych wystaw), fani szybko zorientowali się, że tak naprawdę „czysty” koszt wejściówek na mecze jest bardzo niski. Kibice Sbornej nie robili sobie większych nadziei. W przedmundialowych ankietach uznawali swój zespół za najgorszy w całej stawce, na to samo wskazywały ranking FIFA i kursy u bukmacherów. Tymczasem podopieczni Stanisława Czerczesowa rozgromili na dzień dobry Arabię Saudyjską 5:0. Zgodnie z oczekiwaniami karty w grupie rozdawał Urugwaj. Podopieczni Oscara Tabareza z kompletem punktów i bez straconej bramki zameldowali się w 1/8 finału. Razem z nimi awans wywalczyli gospodarze, wygrywając jeszcze z Egiptem 3:1. Golkiper Faraonów, Essam El Hadary, został najstarszym piłkarzem w dziejach Mistrzostw Świata. W spotkaniu o przysłowiową pietruszkę przeciwko Arabii Saudyjskiej liczył sobie 45 lat i 161 dni. Mimo porażki 1:2 okrasił swój występ obroną rzutu karnego. Warto odnotować, że bramkarz był starszy od trzech turniejowych trenerów – Roberto Martineza (Belgia, 44 lata i 11 miesięcy), Mladena Krstajicia (Serbia, 44 lata i 3 miesiące) oraz Aliou Cisse (Senegal, 42 lata i 3 miesiące). Fenomenalnie rozpoczęły się rozgrywki grupy B. Na początek Iran, po naprawdę bardzo dobrym meczu, rzutem na taśmę pokonał Maroko 1:0. Chwilę później rozległ się gwizdek sędziego spotkania Portugalia – Hiszpania. Kto oglądał, ten bez wątpienia zgodzi się, że powinno kandydować do najlepszego starcia turnieju. Zwroty akcji, iberyjska wymiana ciosów w najlepszym wykonaniu i grad goli. Skończyło się 3:3, a wszystkie bramki dla Mistrzów Europy zdobył Cristiano Ronaldo, stając się najstarszym strzelcem hat-tricka w historii mistrzostw (33 lata i 130 dni). Oprócz tego dołączył do zacnego grona zawodników, którzy zaliczyli co najmniej jedno trafienie w czterech kolejnych edycjach czempionatu. Wcześniej tej sztuki dokonali jedynie Uwe Seeler, Pele i Miroslav Klose. Walka o awans była bardziej zażarta niż mogliśmy się spodziewać i trwała dosłownie do ostatniej sekundy meczu Iran – Portugalia. Ostatecznie, zgodnie z przewidywaniami, w fazie pucharowej zameldowali się giganci z Półwyspu Iberyjskiego. W grupie D awans wywalczyły drużyny z Europy. W starciu Francji z Australią po raz pierwszy w historii skorzystano z pomocy video assistant referee (VAR), po czym podyktowano rzut karny dla Trójkolorowych. W jednym z najnudniejszych starć turnieju, między Danią a Francją, padł wynik 0:0. Dopiero kilkanaście dni później okazało się, że był to jedyny mecz, w którym kibice nie oglądali goli. Bardzo pozytywne wrażenie pozostawili po sobie piłkarze Peru. Swoim radosnym, pozbawionym bojaźni futbolem skradli serca milionów fanów na całym świecie. Przy odrobinie szczęścia mogli zagrać na nosie faworytom i wyjść z grupy. Do ostatniej chwili na włosku wisiał awans do fazy pucharowej reprezentacji Argentyny. Po remisie 1:1 z Islandią i sromotnej porażce 0:3 z Chorwacją, która bezapelacyjnie zdominowała grupowe rozgrywki, Albicelestes poczuli dotyk noża na gardle. Starcie z Nigerią musieli wygrać, a nastroje w ekipie były grobowe. Media donosiły, że trener Jorge Sampaoli stracił szacunek w szatni i drużyną w pojedynkę dyryguje Messi. Ostatecznie wyszarpali trzy punkty z rąk drużyny z Afryki po zwycięstwie 2:1 i awansowali do 1/8 finału. Niestety, z paskudnej strony stale pokazywała się legenda światowej piłki i samych Mistrzostw Świata, Diego Maradona. Obrazki z jego udziałem obiegały internet szybciej niż jakiekolwiek inne. Boski Diego, ewidentnie będąc pod wpływem środków odurzających, zasypiał w loży honorowej, prezentował wulgarne gesty i awanturował się. Warto wspomnieć, że trener Chorwatów, Zlatko Dalić, odesłał do domu Nikolę Kalinicia, który podczas meczu z Nigerią, obrażony za posadzenie na ławce, odmówił wejścia na murawę. Bez niespodzianek obyło się w grupie E. Brazylia i Szwajcaria wyszły z niej bez większych problemów. Zapamiętaliśmy przede wszystkim teatralne popisy Neymara oraz zachowanie Szwajcarów z meczu przeciwko Serbii. Nie od wczoraj kadra Helwetów stanowi zlepek piłkarzy urodzonych w różnych częściach Europy. Gole w starciu z Serbią strzelali pochodzący z Albanii Granit Xhaka i urodzony w Kosowie Xherdan Shaqiri. Serbowie z obydwoma krajami nie mają dobrych relacji, wobec czego w Kaliningradzie często wypominali szwajcarskim piłkarzom ich pochodzenie. Po skierowaniu piłki do siatki Xhaka i Shaqiri zaprezentowali w ich kierunku gest albańskiego orła, co zostało uznane za prowokację. Obu zawodnikom groziło zawieszenie na dwa mecze, jednak ostatecznie FIFA wycofała się z tego pomysłu. Czwarty raz w XXI wieku panujący Mistrz Świata nie zdołał wyjść z grupy. Los Francuzów z 2002 roku, Włochów z 2010 roku i Hiszpanów z 2014 roku podzielili Niemcy. Po porażce z Meksykiem w niektórych miastach kraju z Ameryki Północnej, pod uporem wiwatujących kibiców, zatrząsnęła się ziemia. Joachim Löw objął niemiecką kadrę w 2006 roku. Od tej pory z każdego wielkiego turnieju zawsze przywoził medal. Mundial w 2018 roku był więc pierwszym, z którego wracał z pustymi rękoma. Jednocześnie pierwszym od 1938 roku, w którym Niemcy odpadli już po pierwszej fazie rozgrywek. A propos Meksyku i jego kibiców. Codziennie z Moskwy i innych miast-gospodarzy docierały do nas zdjęcia kreatywnych fanów, przybyłych do Rosji z różnych zakątków świata. Wielką pomysłowością popisała się grupka Meksykanów, od dawna planujących wspólny wypad na czempionat. Jeden z nich odpadł na ostatniej prostej, tłumacząc, że na wyjazd nie zgodziła się jego żona. Koledzy okazali się bezlitośni – zabrali ze sobą kartonową podobiznę swojego przyjaciela, przybraną w koszulkę z napisem: „Żona mi nie pozwoliła”. Mieli ją przy sobie non stop. Od samego losowania wiadome było, kto wywalczy awans z grupy G. Belgia i Anglia wykonały swoje zadanie. Stawką bezpośredniego starcia, gdy jedni i drudzy byli już pewni wyjścia, była łatwiejsza drabinka pucharowa. Co ciekawe, w uprzywilejowanej pozycji miał być… przegrany. Trenerzy wystawili rezerwowe składy, a znacznie mniej starali się Anglicy, przegrywając 0:1 po pięknej bramce Januzaja i jeszcze piękniejszej zabawie z piłką Batshuayia. Wielkie nadzieje wiązaliśmy z reprezentacją Polski. Po wylosowaniu Senegalu, Kolumbii i Japonii w naszym kraju wybuchła bezpodstawna euforia i rozbudziły się marzenie na powtórzenie sukcesów z 1974 i 1982 roku. Dyskusje nad trójką na środku obrony, kontuzja Kamila Glika i w końcu porażka na dzień dobry z Senegalem okazały się być początkiem końca drużyny Adama Nawałki. Jeszcze mocniej na ziemię sprowadzili nas Kolumbijczycy, a zwycięstwo na otarcie łez z Japonią, po beznadziejnie brzydkim meczu i graniu w ostatnim kwadransie „niskim pressingiem”, jeszcze bardziej rozwścieczyło kibiców. Zapamiętamy ciągnące się minuty Kuby Błaszczykowskiego przy linii bocznej i parodystyczną próbę symulowania kontuzji przez Grosickiego. Więcej o mundialowym występie Polaków przeczytacie w artykule Wróciliśmy z turnieju, do którego nie pasowaliśmy. Pierwszy raz w historii o wyjściu z grupy zadecydowała tabela fair play. Japończycy okazali się w niej lepsi od Senegalczyków i obok Kolumbii wywalczyli awans. Ciekawą statystyką z fazy grupowej jest fakt, że wszystkie drużyny z czwartego miejsca (Egipt, Maroko, Australia, Islandia, Kostaryka, Niemcy, Panama i Polska) strzeliły po dwa gole. Po raz pierwszy od 1982 roku w fazie pucharowej zabrakło miejsca dla reprezentantów Afryki. Leo Messi i Cristiano Ronaldo to dwaj współcześni gladiatorzy futbolu, którzy prawdopodobnie nie spełnią już marzenia o triumfie na Mistrzostwach Świata. W Rosji odpadli tego samego dnia. W 1/8 finału Argentyna po znakomitym widowisku przegrała z Francją 3:4, a Portugalia uległa Urugwajowi 1:2. Kylian Mbappe został pierwszym nastoletnim zdobywcą dubletu od czasów Pelego w 1958 roku. Po raz siódmy z rzędu swój udział na tej fazie rozgrywek zakończył Meksyk, przegrywając z Brazylią 0:2. Wielką niespodziankę sprawili gospodarze. Sborna zagrała z Hiszpanią jak równy z równym i po remisie 1:1 wyeliminowała dwukrotnych Mistrzów Europy po serii rzutów karnych. Kraj momentalnie opanowało takie szaleństwo, że na przełomie marca i kwietnia możemy spodziewać się wzrostu liczby urodzeń. Stanisław Czerczesow odebrał nawet telefon z gratulacjami od samego Władimira Putina. Wielkie emocje towarzyszyły pojedynkowi Belgii z Japonią. Zapewne po bezbarwnej jak „Czarny kwadrat na białym tle” pierwszej połowie wiele osób poszło spać, ale tym co przetrwali, piłkarze obu ekip zaserwowali większe pobudzenie niż Tussipect z Red Bullem. Najpierw dwukrotnie ukąsili Azjaci, ale Belgowie nie dopuścili do sensacji. Gole Vertonghena i Fellainiego doprowadziły do remisu, a fatalnie rozegrany przez Japończyków rzut rożny przerodził się w zabójczą kontrę kwartetu Courtois-De Bruyne-Meunier-Lukaku, z zimną krwią sfinalizowaną przez Chadliego. Szwecja pokonała 1:0 Szwajcarię, a Anglicy i Chorwaci potrzebowali konkursu rzutów karnych, by wyeliminować Kolumbię i Danię. Ćwierćfinał okazał się murem nie do przeskoczenia dla Rosjan, którzy po 120-minutowej walce przegrali z Chorwacją w serii jedenastek. Udział w najlepszej ósemce i tak jest najlepszym osiągnięciem Sbornej od 1970 roku. Francja pokonała Urugwaj 2:0, udowadniając swój mundialowy patent. Był to bowiem jej 10. mecz z rzędu bez porażki w starciach przeciwko ekipom z Ameryki Południowej. W tych samych rozmiarach Anglicy pokonali Szwedów i na Wyspach Brytyjskich zapanowała euforia. Kibice co rusz intonowali piosenkę „Football’s coming home” z pamiętnego dla nich Euro 1996 i zaczęli wierzyć w sukces na rosyjskiej ziemi. Wielkim zainteresowaniem w ich kraju cieszył się element rozpoznawczy trenera Garetha Southgate’a – będąca swoistym talizmanem kamizelka. W czasie Mundialu jej sprzedaż na Wyspach wzrosła o ponad 35%. Grono półfinalistów uzupełnili Belgowie. Po naprawdę rewelacyjnym widowisku pokonali Brazylię 2:1. Tym samym, po raz pierwszy od 1930 roku, do najlepszej czwórki turnieju nie przebrnęli Niemcy lub Brazylijczycy. Przypominający partię szachów półfinał Francja – Belgia padł łupem Trójkolorowych. Po bramce Umtitiego wygrali 1:0. Znacznie ciekawiej było w Moskwie, gdzie Chorwacja podejmowała Anglię. Miałem przyjemność oglądać ten mecz w jednym z największych sportowych pubów w Budapeszcie, w 95% opanowanym przez angielskich kibiców. Na początku spotkania w ekstazę wprowadziło ich trafienie Trippiera. Chwilę później fenomenalnej okazji nie wykorzystał Kane. Zaprzepaszczona szansa zemściła się w drugiej połowie, gdy do wyrównania doprowadził Perisić. Do wyłonienia finalisty niezbędna okazała się dogrywka. Dla przybyszy z Bałkanów był to trzeci kolejny mecz z dodatkowymi 30 minutami. Wydawało się zatem, że to oni będą mieli cięższe nogi i polegną, tymczasem gol Mandżukicia wprowadził ich do wielkiego finału. Anglicy się nie załamali. Wciąż głośno śpiewali i zgodnie powtarzali, że i tak czują się wygranymi tego Mundialu. W finale pocieszenia lepsi byli Belgowie, którzy pokonali w Sankt-Petersburgu Anglię 2:0. Fani Czerwonych Diabłów również uznali trzecie miejsce na świecie za przeogromny sukces, tłumnie witając swoich bohaterów w Brukseli. Z reguły wielki finał jest jedną, wielką, nudną piłkarską klapą. Tym razem było zupełnie inaczej. Na moskiewskich Łużnikach Francuzi i Chorwaci stworzyli najlepsze finałowe widowisko w historii. Młodość, polot i finezja królowała nad doświadczeniem i żelazną dyscypliną. Mbappe znów dorównał Pelemu i jako drugi nastolatek zaliczył trafienie w starciu o złoto. Goli było znacznie więcej, bo aż sześć. Francuzi wygrali 4:2 i po raz drugi zostali Mistrzami Świata. Didier Deschamps dołączył do Franza Beckenbauera oraz Mario Zagallo i, podobnie jak oni, sięgnął po tytuł zarówno jako piłkarz jak i trener. Nad Moskwą rozpętała się solidna burza, a na niego i jego podopiecznych polał się nie tylko deszcz z nieba, ale i obfity deszcz złotego konfetti. Jeśli zsumujemy łączny czas gry Chorwatów i podzielimy go przez 90 minut, otrzymamy osiem pełnych meczów Mistrzostw Świata rozegranych na jednym turnieju. To kolejny rekord, nikt w dziejach Mundiali nie rozegrał więcej minut od podopiecznych Dalicia. I oni zostali moralnymi zwycięzcami tego turnieju. W Zagrzebiu i innych chorwackich miastach i wioskach również można spodziewać się kwietniowego baby boomu. Bez wątpienia Mistrzostwa Świata były jednymi z najlepszych w historii. Rosja wypadła znakomicie, jej wizerunek na całym globie uległ wyraźnemu ociepleniu. Cieszę się, że mogłem wziąć w nich czynny udział. Zachęcam do przeczytania moich relacji z Kaliningradu i Sankt Petersburga, w których opisałem m.in. przyjazność i otwartość Rosjan, samą organizację turnieju i zastosowane środki bezpieczeństwa: Na Mundialu padło 169 goli, o dwa mniej niż na rekordowych w tym aspekcie czempionatach w 1998 i 2014 roku. Ponad 1/3 z nich padła po stałych fragmentach gry, co pokazuje, w jakim kierunku idzie dzisiejszy futbol. Biorąc pod uwagę również dogrywki, aż 10 zdobyto po upływie regulaminowego czasu gry. Najwięcej, po 12 goli, strzelili piłkarze Tottenhamu i Paris Saint-Germain. 45 padło w fazie pucharowej, co jest nowym rekordem. Królem Strzelców został Harry Kane, autor 6 trafień. Żartowano, że ten tytuł powinien trafić do zawodnika o nazwie „Own Goal”, bowiem oglądaliśmy aż 12 goli samobójczych. W tym aspekcie podwojono dotychczasowy rekord, osiągnięty w 1998 roku. Podyktowano aż 29 rzutów karnych (22 z nich zamieniono na gola), o 11 więcej niż w rozgrywkach w 1990, 1998 i 2002 roku. Część z nich była pokłosiem interwencji VAR. Trzeba przyznać, że technologia wideo-asystenta wypadła bardzo dobrze i przekonała do siebie wielu krytyków.


4

@FCBparasiempre Do walki o organizację 21. edycji światowego czempionatu stanęło sześć krajów. Do siedziby FIFA wpłynęły cztery oferty: rosyjska, angielska oraz portugalsko-hiszpańska i belgijsko-holenderska. Oficjalną decyzję podjęto 2 grudnia 2010 roku. W pierwszym głosowaniu z marzeniami o goszczeniu u siebie najlepszych reprezentacji pożegnali się Anglicy. Tę informację przyjęto na Wyspach Brytyjskich jak cios w serce. Jeszcze kilkanaście godzin wcześniej brytyjskie media informowały że w uczciwej walce kandydatura Anglii jest nie do pokonania a w celu wywierania presji na Komitecie Wykonawczym do Zurychu polecieli David Beckham, książę William i premier David Cameron. Delegacja wracała do kraju z poczuciem wyrolowania. W drugim głosowaniu Rosja zgromadziła większość głosów i to jej przypadł zaszczyt organizacji mistrzostw. Ówczesny prezydent FIFA, Sepp Blatter, poinformował że głosujący sugerowali się planem powierzenia turnieju krajom, które nigdy wcześniej nie pełniły roli gospodarza. Taki zabieg miał na celu pokazanie wielkiej piłki na nowych terenach. Napisałem w liczbie mnogiej, bowiem tego samego dnia ogłoszono, że w 2022 roku Mundial zawita do Kataru. Międzynarodowe media od razu zaczęły węszyć spisek, że wybór gospodarzy już dawno został zaklepany, bo FIFA sprzedała Rosjanom i Katarczykom prawo do organizacji turniejów. W 2012 roku rosyjski dziennikarz sportowy Igor Rabinier wydał książkę pt. „Jak Rosja dostała Mistrzostwa Świata w futbolu 2018. Śledztwo sportowo-polityczne”. Co ciekawe, jej pierwotny tytuł „Czy Rosja kupiła mistrzostwa świata w futbolu 2018?” nie przeszedł przez szpony państwowej cenzury. Rabinier pisze w niej o licznych spotkaniach Blattera z prezydentem Władimirem Putinem. Do pierwszego miało dojść już w 2001 roku. W kolejnych latach szef FIFA był zapraszany przez jedną z najbardziej wpływowych głów państw do prezydenckiej rezydencji w Nowo-Ogarowie. Spotkania obu panów stawały się coraz częstsze i nasiliły się w latach 2008-2012. W międzyczasie Putin zdążył publicznie nazwać Blattera „swoim drogim przyjacielem”. Zaledwie kilka chwil po ogłoszeniu gospodarza Mundialu 2018, wspomnianego 2 grudnia 2010 roku, rosyjski władca pojawił się znienacka w Zurychu na konferencji prasowej, na której podkreślał: „To zwycięstwo jest absolutnie niespodziewane. Jesteśmy zaszczyceni, że wygraliśmy tę trudną i uczciwą walkę”. Jego przemówienie było znacznie dłuższe i, co szczególnie ciekawe, w całości wypowiedziane po angielsku. Prezydent Rosji bardzo rzadko udziela publicznych wypowiedzi w obcym języku. Dla węszycieli teorii spiskowej stanowiło to kolejne potwierdzenie przypuszczeń, że już od dawna wiedział o fakcie wygrania wyścigu o czempionat, przez co dokładnie przygotował się do wypowiedzi. Najgorzej wieść o zwycięstwie Rosji przyjęto w Anglii. Dzień po ogłoszeniu wyników okładki największych brytyjskich gazet grzmiały o oszustwie, korupcji, skandalu i ustawce. Wyspiarze wynajęli nawet grupy detektywistyczne zatrudniające byłych agentów wywiadu MI6, którzy mieli zdobyć dowody na oszustwo i wywołać wielki, międzynarodowy skandal. Ostatecznie nie udało im się znaleźć oznak rzekomych przekrętów. Gdzieniegdzie mówi się, że Rosja Mundialu nie kupiła, a wykorzystała stare, dobre znajomości. Na tym polu wykazać mieli się przede wszystkim rosyjscy oligarchowie, żyjący w bardzo dobrych relacjach z Putinem. Komitet organizacyjny był znakomicie przygotowany, a czołową rolę odegrał właściciel Chelsea, Roman Abramowicz. Podczas Mistrzostw Świata w Republice Południowej Afryki w 2010 roku właściciel Chelsea został nakryty przez jednego z agentów MI6 na prywatnej rozmowie z Blatterem. Już wtedy w głowach Anglików zapaliło się światło ostrzegawcze. W eliminacjach do Mistrzostw Świata wystartowało aż 208 reprezentacji narodowych. Po niezłym występie na Euro 2016 reprezentacja Polski została ogłoszona zdecydowanym faworytem grupy, w której przyszło jej się mierzyć z Danią, Rumunią, Czarnogórą, Kazachstanem i Armenią. Choć zbieranie punktów czasami rodziło się w bólach, Biało-Czerwoni zajęli pierwsze miejsce i po 12 latach nieobecności wrócili na Mundial. Finałową stawkę uzupełnili: Rosja, jako gospodarz, oraz Arabia Saudyjska, Australia, Iran, Japonia, Korea Południowa, Egipt, Maroko, Nigeria, Senegal, Tunezja, Kostaryka, Meksyk, Panama, Argentyna, Brazylia, Kolumbia, Peru, Urugwaj, Anglia, Belgia, Chorwacja, Dania, Francja, Hiszpania, Islandia, Niemcy, Portugalia, Serbia, Szwajcaria i Szwecja. Panama i Islandia wywalczyły awans po raz pierwszy w historii, ponadto licząca niespełna 340 tys. mieszkańców Islandia została najmniejszym państwem, jaki kiedykolwiek wystąpił na światowym czempionacie. Zgodnie z systemem rozgrywek obowiązującym od 1998 roku, drużyny zostały podzielone na osiem czterozespołowych grup:

Grupa A: Arabia Saudyjska, Egipt, Rosja, Urugwaj

Grupa B: Hiszpania, Iran, Maroko, Portugalia

Grupa C: Australia, Dania, Francja, Peru

Grupa D: Argentyna, Chorwacja, Islandia, Nigeria

Grupa E: Brazylia, Kostaryka, Serbia, Szwajcaria

Grupa F: Korea Południowa, Meksyk, Niemcy, Szwecja

Grupa G: Anglia, Belgia, Panama, Tunezja

Grupa H: Japonia, Kolumbia, Polska, Senegal


11

Marsylianka na Łużnikach:

Organizacja Mistrzostw Świata w 2018 roku została powierzona największemu państwu na świecie, Rosji. Pomimo tego, że wybór gospodarza wywołał masę wątpliwości i podejrzeń, nikt po zakończeniu imprezy nie narzekał na poziom jej organizacji. Co więcej, szerokie grono fachowców i kibiców uznało turniej za najlepszy w historii. Czym zaskakiwał? W jakich rankingach okazał się bezapelacyjnie wyjątkowy? Jak spisały się nowe technologie, po raz pierwszy zastosowane podczas meczów tej rangi? Dlaczego nie tylko Francuzi, którzy okazali się najlepsi, zostali powitani w swoim kraju jak zwycięzcy? Tego dowiecie się w odpowiedzi do tego komentarza.

@DaPidejpi
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@NaFazieHitman
@MesQueUnClub96
@Sensible
@Roni/VEB
@Lionel_Messi10
@Symson
@patataj

11

Początek ciężkich czasów:

Dyktatura Miguela Primo de Rivery w latach 20-tych prześladowała liczne instytucje. Rozwiązano na przykład Mancomunitat de Catalunya(instytucja opowiadająca się za autonomią Barcelony). Zamknięto także wiele stowarzyszeń i organizacji. To samo w 1925 r. spotkało stowarzyszenie chóralne Orfeo Catala, założone w 1891 r. i zamknięte z nakazu rządu. To zdarzenie spowodowało iż FC Barcelona postanowiła zorganizować mecz w hołdzie chórowi. Wybrano dzień 14 czerwca 1925 r. a rywalem Barçy był Club Esportiu Jupiter. Żeby przyciągnąć więcej widzów na Estadio Camp de Les Corts, Arthur Witty, jeden z założycieli klubu, zaprosił zespół muzyczny ze statku floty angielskiej, który zacumował w barcelońskim porcie. Przed rozpoczęciem meczu zespół odegrał Marsz Królewski(hiszpański hymn), przywitany przez 14 tysięcy obecnych na trybunach kibiców głośnymi gwizdami. Reakcja ta zepsuła nastroje angielskich muzyków, którzy zaczeli co raz bardziej fałszować. Następnie zespół wykonał ,, God save the Queen". Królewski hymn brytyjski według jednych źródeł wysłuchany został przy godnej szacunku ciszy a według innych przy ogłuszającym aplauzie barcelońskich kibiców. Dwa dni później klub dostał komunikat od Rządu Cywilnego, w którym zawiadamiano o wszczęciu postępowania za wygwizdanie hiszpańskiego hymnu, ,,oznaczające oscentacyjną niechęć do Hiszpanii". Postępowanie opierało się na raporcie przygotowanym przez komendantów policji. Ostatecznie ówczesny gubernator cywilny miasta Joaquim Milans de Bosch, przesłał list do FC Barcelony, komunikując w nim o zawieszeniu wszelkiej działalności klubu na 6 miesięcy(później kare zredukowano na 3 miesiące). Dwa dni później w siedzibie Barçy zjawiła się policja żeby zamknąć i zapieczętować drzwi lokalu. Zawieszenie działalności klubu pociągneło za sobą odejście ze stanowiska Joana Gampera i wygnanie go z kraju, co w efekcie po kilku latach skutkowało popełnieniem samobójstwa przez niego. Później założyciel Barcy przyznał iż dzień, w którym policja zamkneła siedzibe przy Placa de Teatre, był ,,najsmutniejszym w moim życiu". Po jego przymusowym odejściu funkcję prezydenta klubu objął arystokrata Arcadi Balaguer, bliski przyjaciel króla Alfonsa XIII.

@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@DaPidejpi
@NaFazieHitman
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@Pawel13sz
@Symson
@Sensible
@patataj

8

Wcale im się nie dziwie, gdzie oni znajdą na już takiego snajpera jak Robert? Nawet za 100 milionów mogą nie znaleźć takiej strzeleckiej legendy.

2

@Altair 44 Tyle że w 1982 za 3 miejsce wręczano srebrne medale i jeśli się nie myle to w 1974 chyba również srebrne...

2

@Bobo25 Ha Ha! Dla prawdziwych pasjonatów futbolu nic nie przeszkadza. Krótko mówiąc dla chcącego nic trudnego!

8

@FCBparasiempre Tę fazę rozgrywek inaugurowaliśmy meczem z Belgią. Na kilkanaście godzin przed tym starciem Zbigniew Boniek gorączkował. Na murawę Camp Nou wyszedł po zażyciu aspiryny. Nie przeszkodziło mu to jednak w pokazaniu światu, że nie bez przyczyny będzie w przyszłości nazywany we Włoszech określeniem bello di notte (piękność nocy). Wśród blasku jupiterów to jego gwiazda zabłysnęła najjaśniej, czego efektem był hat-trick, zapewniający naszej ekipie zwycięstwo 3:0. W drugim grupowym starciu Belgia uległa ZSRR 0:1, przez co stało się jasne, że zwycięzca bezpośredniego spotkania Polska – ZSRR zostanie półfinalistą mundialu. Biało-Czerwoni byli w lepszej sytuacji, bo im awans dawał nawet remis. Stąd główny cel Piechniczka przekazany zawodnikom – przede wszystkim nie stracić gola. Nie trzeba chyba podkreślać, jak wielki wymiar polityczny miał ten mecz. W trakcie całego turnieju cenzura dbała o to, by przekaz telewizyjny miał opóźnienie, by polskie społeczeństwo nie widziało transparentów Solidarności, widocznych na każdym spotkaniu. W boju o półfinał opóźnienie było największe, kilkuminutowe. Na trybunach barcelońskiego giganta pojawiło się kilka tysięcy kartek z napisem “Solidarność” i dwie duże flagi, widoczne w przekazach telewizyjnych na całym świecie. Na całym świecie oprócz Polski. Kiedy tylko hiszpański realizator pokazywał ujęcia z widocznymi emblematami związku, w naszym kraju pokazywane były ujęcia z innych meczów. Komiczne były kadry z widokiem kibiców brazylijskich czy włoskich, obecnych rzekomo na meczu Polski z ZSRR. Piłkarze tymczasem stanęli na wysokości zadania, remisując bezbramkowo z Wielkim Bratem i zapewniając sobie medale Mistrzostw Świata. Zwycięski remis miał swoje ofiary. Boniek został ukarany swoją drugą żółtą kartką w turnieju, przez co wiadome było, że nie wystąpi w półfinale. Do dzisiaj nie wiadomo, dlaczego sędzia Bob Valentine wyciągnął z kieszeni kartonik. W pamięci polskich kibiców pozostały tańce przy chorągiewce autorstwa Włodzimierza Smolarka. Nasz zawodnik pod koniec starcia zbiegał w narożnik boiska i umiejętnie zastawiał piłkę, kradnąc tym samym bardzo cenne sekundy. Zwycięzcami pozostałych grup zostały ekipy RFN, Francji i Włoch. Nam o wielki finał przyszło mierzyć się z Italią. Przed meczem ciężko było wskazać faworyta. Polacy bardzo narzekali na panujące upały, a przez to, że w swoim hotelu nie mieli klimatyzacji, chłodzili się spędzając cały dzień w basenie i wannach. Przedmeczowa noc dla większości była niemal nieprzespana. W walce ze skwarem zawodnicy moczyli prześcieradła w zimnej wodzie i zawijali się w nie, tworząc swego rodzaju kokon. Niestety, były to jedynie doraźne środki. Co kilkadziesiąt minut musieli się budzić i powtarzać cały proces. Największą boiskową niewiadomą było to, kto zastąpi Bońka. Naturalnym wyborem wydawał się Andrzej Szarmach, jednak nie było tajemnicą, że na linii napastnik – trener zdecydowanie nie było chemii. W swojej biografii ,,Diabeł nie anioł” Szarmach wspomniał słowa selekcjonera wypowiedziane tuż po przyjeździe do Hiszpanii: „Andrzej, chcę, żebyś wiedział, że przyjechałeś tu na mistrzostwa za zasługi dla polskiej piłki. Ale u mnie grać już nie będziesz”. Piechniczek dotrzymał słowa i na półfinał wysłał Diabła na trybuny. Po latach wszyscy podkreślają, że był to wielki błąd. To samo przyznał sam selekcjoner. Szarmach miał patent na Włochów, w czterech występach przeciwko tej drużynie zdobył dwa gole. Abstrahując od historii, był najzwyczajniej w świecie znakomitym napastnikiem. Selekcjoner do gry o wielki finał desygnował Włodzimierza Ciołka a Grzegorza Latę wystawił na “dziewiątce”. Nie przyniosło to pożądanych efektów. Katem naszej ekipy okazał się fenomenalny Paolo Rossi, którego dwie bramki zapewniły Italii zwycięstwo 2:0. Po spotkaniu jego koszulkę zdobył Paweł Janas. Gdy rok później wyjechał do Auxerre, spotkał w klubie chłopaka marzącego o trykocie włoskiej gwiazdy. Janas z bólem serca przekazał mu swoją zdobycz z półfinału. Tym chłopakiem był Eric Cantona. Znakomity przebieg miało drugie spotkanie półfinałowe między RFN a Francją. Zostało jednak przyćmione przez starcie Battistona i Schumachera. Niemiecki bramkarz wyszedł poza pole karne do piłki, do której nie miał prawa dojść i na pełnym biegu z impetem wszedł biodrem w twarz swojego rywala. Francuz przez kilka minut nie dawał oznak życia. Jego koledzy obawiali się najgorszego, że nie żyje. Schumacher tuż po spotkaniu nie wyraził ani odrobiny skruchy, mówiąc w rozmowie z przedstawicielami prasy i telewizji: „Jeśli stracił zęby, to zapłacę za koronki”. Finalnie Battiston stracił trzy zęby, miał wstrząs mózgu, złamaną szczękę i uszkodzone kręgi szyjne. Co szokujące, niemiecki bramkarz nie otrzymał za swoje przewinienie żadnej kary. Regulaminowe 90 minut przyniosło remis 1:1. Po 10 minutach dogrywki Francuzi prowadzili 3:1. Niemcy zdołali doprowadzić do remisu 3:3. W serii rzutów karnych, pierwszej w historii mundialowych rozgrywek, Six i Bossis zostali zastopowani przez Schumachera. Tym samym golkiper poprowadził swoją drużynę do wielkiego finału, choć nie powinno być go w tym momencie na boisku. Wrogo nastawioną do siebie publikę skomentował słowami: „Najlepiej gram wtedy, kiedy wszyscy dookoła mnie nienawidzą”. Battistona przeprosił dopiero rok później. We Francji stał się wrogiem publicznym, niektórzy domniemywali nawet, że jest esesmanem. Na wielu stadionach w całej Europie, nawet w Niemczech, pamiętano jego przewinienie. Często witano go salwą gwizd, która powtarzała się przy jego każdym kontakcie z piłką. Nie ma co się dziwić, że po takim półfinale Francuzi przystąpili do starcia o trzecie miejsce wyraźnie podłamani. Piechniczek desygnował do gry Szarmacha, komunikując przed meczem, że dla napastnika Auxerre będzie to ostatni występ w reprezentacji. Nasz znakomity snajper w 40. minucie odpowiedział na gola Girarda, doprowadzając do remisu 1:1. Nie wykazywał większej euforii. W jego głowie buzowała sportowa złość na Piechniczka. „Wszyscy widzieli jak się “cieszyłem” po zdobyciu bramki. Strzeliłem, bo zależało mi na zwycięstwie”. Pod koniec pierwszej połowy na 2:1 trafił Majewski. W szatni Waldemar Matysik, jeden z najbardziej eksploatowanych polskich zawodników, ogłosił, że nie nadaje się do gry i poprosił o zmianę. Inni piłkarze zaczęli protestować, mając pretensję do swojego kolegi. Jego niedyspozycja nie była żartem. Zawodnik doznał silnego odwodnienia i miał wyraźne niedobory elektrolitów, witamin i minerałów. Po mundialu dochodził do siebie przez ponad dwa lata, lecząc się m. in. neurologicznie i psychiatrycznie. W meczu z Francją zastąpił go Roman Wójcicki. Pierwsza minuta drugiej odsłony przyniosła Biało-Czerwonym gola Kupcewicza. Przeciwników stać było jedynie na kontaktowe trafienie Couriola. Dzięki zwycięstwu 3:2 Polska po raz drugi została trzecią drużyną świata. W trakcie ceremonii medalowej doszło do lekkiego zgrzytu. Medale naszym zawodnikom miał wręczać prezes PZPN, Włodzimierz Reczek. Podczas spacerów po słonecznej Hiszpanii doznał poparzeń stóp, przez co na małym finale zjawił się w klapkach. Nie chciał w takim uniformie pokazywać się na murawie, zatem Joao Havelange złożył paterę na ręce Żmudy, a ten rozdał je swoim kolegom. Mecz o złoto padł łupem Włochów, którzy pewnie pokonali RFN 3:1. Jedną z bramek zdobył Rossi, czym przypieczętował koronę króla strzelców. Piłkarze z Półwyspu Apenińskiego idealnie zobrazowali zasadę, że mężczyznę poznaje się nie po tym jak zaczyna, ale po tym jak kończy. Po pierwszej rundzie byli bardzo krytykowani, bo przeszli ją bez zwycięstwa, zaliczając trzy remisy z Polską, Peru i Kamerunem. Rozpędzali się z meczu na mecz, wygrywając grupę śmierci z Argentyną i Brazylią, a następnie odprawiając z kwitkiem Polaków i Niemców. Kilka dni po wielkim finale cały świat obiegło zdjęcie, które niewątpliwie zalicza się do jednego z najlepszych w historii mundiali. Na pokładzie włoskiego samolotu w karty grali Dino Zoff, Franco Causio, trener Enzo Bearzot i prezydent Włoch Sandro Pertini. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że na stole stał zdobyty kilkanaście godzin wcześniej Puchar Świata. Całość wygląda fantastycznie, tak, jakby piłkarskie trofeum było stawką karcianej rozrywki. I Polacy mieli swój epizod związany z samolotem. Tuż po wzbiciu się w powietrze pilot zawrócił na lotnisko, bo z powodu usterki nie schowały się koła w maszynie. Nasza kadra musiała oczekiwać przez kilka godzin na samolot zastępczy, wprawiając się w tym czasie w dobry humor przy rozmaitych trunkach. Na Okęciu, pomimo późnych godzin nocnych, witała ich rzesza kibiców, śpiewając: „Już za cztery lata, już za cztery lata, Polska będzie Mistrzem Świata”. Osiągnięcie piłkarzy dało polskiemu społeczeństwu wielkiego kopa w walce o swoją wolność. Pokazało, że przy pomocy wiary, zawziętości i niezłomnego charakteru można przenosić góry. Od sukcesu zawodników Antoniego Piechniczka minęło już prawie 36 lat. Na kolejny wciąż czekamy.

11

@FCBparasiempre Reprezentacja Polski dwa razy sięgnęła po srebrny medal piłkarskich Mistrzostw Świata. O ile szeroko gloryfikujemy bohaterów z 1974 roku, o tyle piłkarzy Antoniego Piechniczka stawiamy nieco w cieniu. Bardzo niesłusznie. Napięta sytuacja w Polsce – stan wojenny, protesty, represje, łapanki – niemal do samego końca stawiały pod znakiem zapytania udział Biało-Czerwonych w hiszpańskim mundialu. O kulisach światowego czempionatu z 1982 roku i o tym, w jaki sposób nasi zawodnicy pokonywali kolejne przeszkody na swojej drodze i jaką nadzieję wlewali w serca milionów Polaków, przeczytacie w poniższym tekście. Hiszpania od dawna ubiegała się o zorganizowanie największej imprezy piłkarskiej na świecie. Ostatecznie w 1966 roku FIFA ogłosiła, że za 16 lat mundial zostanie rozegrany na Półwyspie Iberyjskim. Przez ponad ćwierć wieku przygotowywano drogi, lotniska i stadiony. Wydaje się, że największym zmartwieniem międzynarodowej federacji była liczba uczestników. Już od dawna pojawiały się głosy, by powiększyć finałowy skład. Przeciwnicy argumentowali, że nie można tak zrobić, bo przez pięćdziesiąt lat system z 16 drużynami znakomicie zdawał egzamin i jest już swego rodzaju tradycją. Zwolennicy natomiast przekonywali, że wraz ze wzrostem liczby zespołów wzrosną przychody z biletów, praw telewizyjnych itp. Poza tym, w trakcie kampanii przed wyborami prezydenta FIFA, Joao Havelange złożył krajom słabiej rozwiniętym piłkarsko obietnicę, że będzie naciskał na zwiększenie mundialowej stawki, czym solidnie zapracował na ich głosy. Ostateczna decyzja zapadła dopiero w maju 1979 roku na posiedzeniu Komitetu Wykonawczego FIFA w Zurychu. Postanowiono wówczas, że w 12. edycji Mistrzostw Świata wezmą udział 24 zespoły. Zmiany wprowadzono także w eliminacjach. W końcu piłkarskie władze poszły po rozum do głowy i w przypadku równej liczby punktów drużyny nie musiały rozgrywać dodatkowego meczu barażowego, tylko liczył się bilans bramek. Do walki o 22 miejsca (dwa, standardowo, zarezerwowano dla gospodarza i aktualnego mistrza) wystartowało 105 drużyn narodowych. Wśród nich Polska. W tym momencie warto poświęcić dłuższą chwilę, by zobrazować, w jakich okolicznościach przyszło naszym piłkarzom mierzyć się w eliminacjach do hiszpańskiego turnieju. Przez długie lata polskie społeczeństwo wyrażało swój przeciw skierowany w kierunku panującego komunizmu. W 1980 roku bardzo pogorszyła się kondycja gospodarcza naszego kraju, w związku z czym nasiliły się strajki robotnicze. We wrześniu protestujący w wielu miastach zostali zrzeszeni pod jednym sztandarem, świeżo powstałym Niezależnym Samorządnym Związkiem Zawodowym „Solidarność”. Jego twarzą został Lech Wałęsa. Dwa miesiące później doszło do wydarzeń, które zmieniły losy polskiej piłki. W przededniu wylotu do Rzymu na tydzień przygotowawczy przed pierwszym meczem eliminacyjnym z Maltą, zawodnicy dostali wolne od trenera Ryszarda Kuleszy. Niektórzy wykorzystali tę okazję w celu rozluźnienia się przy piwie lub wódce. Następnego dnia zespół dotarł na Okęcie, skąd miał wylecieć do Włoch. Obecni na miejscu dziennikarze zauważyli, że reprezentacyjny bramkarz, Józef Młynarczyk, jest “wczorajszy”. Szybko wywęszyli skandal i uruchomili swoje kamery. Następnie selekcjoner Ryszard Kulesza, będąc pod presją mediów, włodarzy PZPN i przedstawicieli rządu, zadecydował, że Młynarczyk nie może polecieć z zespołem. W jego obronie szybko stanęli Władysław Żmuda, Stanisław Terlecki i Zbigniew Boniek, grożąc, że bez swojego golkipera nie wsiądą do samolotu. Ich akcja okazała się na tyle skuteczna, że już kilka godzin później kadra w komplecie wylądowała w Rzymie. Na miejscu reprezentacja udała się na spotkanie z Janem Pawłem II. Boniek poprosił o modlitwę w intencji sukcesu w eliminacjach i na samym mundialu, na co papież odpowiedział: „Synku, Pan Bóg z piłką nie ma nic wspólnego”. W kraju nie cichły echa Afery na Okęciu. Cała czwórka zamieszanych w nią piłkarzy została zmuszona do powrotu do Polski. Biało-Czerwoni bez Bońka, Młynarczyka, Terleckiego i Żmudy pokonała Maltę 2:0. Na kilka dni przed świętami Bożego Narodzenia rozpoczęła się w Warszawie swoista rozprawa sądowa w temacie wydarzeń ze stołecznego lotniska. Sprawa nabrała wymiaru politycznego. Oskarżeni piłkarze wyglądają na kadrach z posiedzenia tak, jakby byli skazywani za ciężkie przestępstwo. A rozchodziło się przecież o wypicie kilku kieliszków za dużo. PZPN zadecydował, że w konsekwencji wydarzeń z Okęcia nakłada na Bońka i Terleckiego karę roku, na Żmudę i Młynarczyka ośmiu, a na Smolarka dwóch miesięcy bezwzględnej dyskwalifikacji. Dodatkowo Młynarczyk dostał dwuletni zakaz gry w reprezentacji. Oprócz tego z kadrą pożegnał się Ryszard Kulesza. Jego następcą został Antoni Piechniczek. Kadra pod jego wodzą pewnie przeszła eliminacje. Los, oprócz Malty, przydzielił nam do grupy reprezentację NRD. Na Stadionie Śląskim dwa punkty naszym piłkarzom zapewnił gol Buncola, dzięki czemu na rewanż do Lipska wybrali się po przypieczętowanie awansu. Piechniczek zabrał ze sobą nie tylko piłkarzy, ale także własnych kucharzy, jedzenie i picie. Wszystko w obawie przed ewentualnymi zagrywkami Niemców ze wschodu. Przypuszczano, że polscy zawodnicy mogą zostać przez nich podtruci, przez co słabiej poradzą sobie na boisku. Ze swoim prowiantem poradzili sobie wspaniale. Dwa trafienia Smolarka i jedno Szarmacha zapewniło Polsce zwycięstwo 3:2 i trzeci z rzędu awans na piłkarskie Mistrzostwa Świata. Swoje panowanie w grupie Biało-Czerwoni udowodnili w ostatnim starciu kwalifikacji, gromiąc we Wrocławiu Maltę 6:0. Ponadto Piechniczek bardzo przyczynił się do przywrócenia do zespołu Bońka, Młynarczyka i Żmudy. Terlecki nie wyraził skruchy za swoje zachowanie z Okęcia, zatem PZPN nie anulował jego kary. Z orzełkiem na piersi nie wystąpił już nigdy. Polacy żyli tym awansem i z wielkimi nadziejami patrzyli na czerwiec 1982 roku. Wcześniej socjalistyczne władze zadały im kolejny potężny cios, który nie mógł nie odbić się także na reprezentacji. 13 grudnia 1981 roku generał Wojciech Jaruzelski wprowadził w kraju stan wojenny, rozpoczynając regularną walkę władzy ze społeczeństwem. W momencie rozpoczęły się masowe zatrzymania zagorzałych przeciwników ustroju, cenzura kontrolowała radio, prasę i telewizję, ukrócono możliwość korzystania z telefonów, wprowadzono godzinę milicyjną. Przykładów ograniczeń praw i wolności było oczywiście znacznie więcej. Udział piłkarzy Antoniego Piechniczka na hiszpańskim turnieju stanął pod dużym znakiem zapytania. Wszyscy zawodnicy z tamtych czasów zgodnie wspominają, że selekcjoner prowadził ich twardą ręką, stawiając mocny nacisk na przygotowanie fizyczne, motoryczne i kondycyjne. Gonił ich po górach, po swojej rodzinnej Wiśle i trenował w surowych warunkach, nie do wyobrażenia w dzisiejszych czasach. Żadna drużyna narodowa nie chciała grać meczów kontrolnych z przeciwnikiem, którego kraj jest w stanie wojny. W związku z tym Polacy mierzyli się z zespołami ligowymi. Na zgrupowaniu w Hiszpanii pokonali m. in. Athletic Bilbao 4:1 i Celtę Vigo 5:1. Trener Piechniczek mówił o sparingach w filmie ,,Mundial. Gra o wszystko”: „Waliliśmy ich jak w kaczy kuper i nabieraliśmy pewności siebie”. Piłkarze nie komentowali publicznie sytuacji w państwie. Doskonale zdawali sobie sprawę, że wszystko może być wykorzystane przeciwko nim. W każdej chwili komunistyczne władze mogły podjąć decyzję o wycofaniu drużyny z Mistrzostw Świata. Dla Polaków ich milczenie było jednak jasnym znakiem, że stoją po stronie społeczeństwa. Na ostatnie zgrupowanie przed turniejem Biało-Czerwoni udali się do niemieckiego Murrhardt, siedziby naszej ekipy na czempionacie w 1974 roku. Podczas hiszpańskiej eskapady stacjonowali w Santa Cruz. Kiedy trener i piłkarze zobaczyli boisko treningowe, ręce im opadły. Bardziej przypominało wyschnięte pobojowisko niż teren, na którym mieli przygotować się do najważniejszych meczów w ich życiu. Nie było innej możliwości niż znalezienie obiektów zastępczych. Te zostały odnalezione w Courel i Vilaboi. Naszej kadrze towarzyszyło kilkunastu współpracowników Służb Bezpieczeństwa, monitorujących każde zachowanie piłkarzy. Mundial 1982 rozegrano w dniach 13 czerwca – 11 lipca. Wśród finalistów, obok Hiszpanii, Argentyny i Polski, znaleźli się: Anglia, Austria, Belgia, Czechosłowacja, Francja, Irlandia Północna, Jugosławia, RFN, Szkocja, Węgry, Włochy, ZSRR, Brazylia, Chile, Peru, Algieria, Kamerun, Honduras, Salwador, Kuwejt i Nowa Zelandia. Jak widać, doszło nieco egzotyki. Jednocześnie zabrakło stałych gości, jak np. Meksyk, Szwecja, Urugwaj i przede wszystkim Holandia. 24-zespołową gromadkę gościło aż 17 stadionów w 14 miastach: Alicante, Barcelonie (Camp Nou i Estadio de Sarria), Bilbao, Elche, Gijon, La Corunie, Madrycie (Santiago Bernabeu i Vicente Calderon), Maladze, Oviedo, Saragossie, Sewilli (Benito Villamarin i Sanchez Pizjuan), Valladolid, Vigo i Walencji. W związku ze zwiększeniem liczby uczestników, konieczne było przemeblowanie rozgrywek. W pierwszej fazie dokonano podziału na sześć czterozespołowych grup, z których awans wywalczyły po dwie najlepsze drużyny. Te następnie były dzielone na cztery grupy trzyzespołowe a ich zwycięzcy spotykali się w półfinałach. Pierwsza runda prezentowała się następująco:

Grupa 1: Kamerun, Peru, Polska, Włochy

Grupa 2: Algieria, Austria, Chile, RFN

Grupa 3: Argentyna, Belgia, Salwador, Węgry

Grupa 4: Anglia, Czechosłowacja, Francja, Kuwejt

Grupa 5: Hiszpania, Honduras, Irlandia Północna, Jugosławia

Grupa 6: Brazylia, Nowa Zelandia, Szkocja, ZSRR

Polacy rozpoczęli od dwóch bezbramkowych remisów. O ile oczko ze starcia z Włochami potraktowano jako zdobycz, o tyle podział punktów z Kamerunem uznano za wielką porażkę. W Polsce zaczęto wątpić w drużynę narodową. Najbardziej dostało się Bońkowi. Zawodnik Widzewa był już dogadany na transfer do Juventusu i zarzucano mu, że skoro ma już na horyzoncie możliwość dobrego zarobku na Półwyspie Apenińskim, nie zależy mu na dobrych występach w kadrze. Trener Piechniczek słyszał od dziennikarzy głosy: „Antek, jeśli masz jaja, usadź Bońka na ławce”. Przypuszczano, że mecz z Peru będzie naszym ostatnim meczem w Hiszpanii. O braku wiary nawet w najbliższym otoczeniu kadry bardzo dobrze świadczą słowa Pawła Janasa, który w rozmowie z Pawłem Czado, przeprowadzonej na potrzeby znakomitej książki ,,Piechniczek. Tego nie wie nikt”, wspominał: „Przed meczem z Peru wszyscy działacze byli już spakowani. Nakupili nawet egzotycznych owoców na prezenty do Polski. Potem musieli się rozpakować a my te owoce jedliśmy”.



Jedli, bo w meczu z Peru, zwłaszcza w drugiej połowie, zaprezentowali popis swoich umiejętności. Od 55′ do 76′ zaaplikowali rywalom 5 goli! Swoje trafienie zaliczył również Boniek, dzięki czemu mógł podbiec pod trybunę prasową, unieść w górę zaciśniętą pięść i wykrzyczeć: „A teraz pocałujcie mnie wszyscy w dupę”. Były prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej miał również udział przy bramkach Laty i Buncola. Swoje gole zdobyli także Smolarek i Ciołek. Pewne zwycięstwo 5:1 zapewniło naszym zawodnikom pierwsze miejsce w tabeli i awans do drugiej rundy rozgrywek. Można powiedzieć, że pozostałych grupach faworyci nie zawiedli. W jednej z nich doszło do zdarzenia, które na zawsze zmieniły przepisy rozgrywania ostatniej kolejki fazy grupowej na wielkich piłkarskich turniejach. Stało się to za sprawą piłkarzy RFN i Austrii. Ich bezpośrednie starcie zamykało rozgrywki grupy 2. Dzień wcześniej Algieria pokonała Chile 3:2 i oczekiwała na wynik dwóch europejskich drużyn. Wiadome było, że jeśli Niemcy wygrają, zrównają się punktami z Austrią i Algierią, a wówczas o awansie będzie decydować bilans bramkowy. Najlepszym wynikiem dla dwóch krajów niemieckojęzycznych było jednobramkowe zwycięstwo Zachodnich Niemiec. Dawał on bowiem jednym i drugim promocję do następnej fazy turnieju. Już w 10. minucie wynik 1:0 widniał na tablicy świetlnej i najprościej rzecz ujmując, w tym momencie mecz się zakończył. Reszta nie miała nic wspólnego z futbolem. Ekipy nie miały zamiaru zrobić sobie żadnej krzywdy. Zgromadzeni na trybunach kibice nie kryli zażenowania. Niemiecki komentator, Eberhard Stanjek, nazwał rzeczy po imieniu: „To, co tutaj się dzieje, to hańba, która nie ma nic wspólnego z piłką nożną. Możecie mówić, co chcecie, ale nic nie usprawiedliwia tego zachowania”. Jego vis a vis z Austrii, Robert Seeger, od 60. minuty aż do końca “spektaklu” siedział w absolutnej ciszy, nie wypowiadając ani jednego słowa. FIFA zajęła się tym meczem, goszczącym w nomenklaturze mundiali jako Hańba w Gijon, i postanowiła, że od tej pory spotkania ostatniej kolejki fazy grupowej będą rozgrywane równolegle. Z pierwszej rundy mundialu warto odnotować dwie ciekawostki. Pierwsza dotyczy spotkania Węgrów z Salwadorem. Nasi bratankowie jako jedyni w dziejach Mistrzostw Świata zdołali w jednym spotkaniu wykręcić dwucyfrowy wynik, wygrywając 10:1. Dla Madziarzy zapisanie na kartach futbolu okazało się jedynie nagrodą pocieszenia, bowiem nie zdołali wywalczyć awansu do kolejnej fazy rozgrywek. Drugie niecodzienne zdarzenie miało miejsce w starciu Francji z Kuwejtem. W 78′ Francuzi strzelili gola na 4:1. Zdaniem ławki rezerwowych Kuwejtu gol nie powinien zostać uznany, więc wybiegli na boisko z pretensjami do arbitra. Wraz z nimi do rozjemcy udał się prezes piłkarskiej federacji Kuwejtu, szejk Fahad Al-Ahmed Al-Jaber Al-Sabah. Po niemal 10-minutowej przerwie ukraiński arbiter, Myrosław Stupar anulował bramkę, zapewniając sobie jednocześnie wilczy bilet na sędziowanie na najwyższym poziomie. FIFA uznała jego ugięcie jako element słabości, jaki nie powinien się przydarzyć sędziemu na meczu takiej rangi. Druga runda hiszpańskiego turnieju prezentowała się następująco:

Grupa A: Belgia, Polska, ZSRR

Grupa B: Anglia, Hiszpania, RFN

Grupa C: Argentyna, Brazylia, Włochy

Grupa D: Austria, Francja, Irlandia Północna


12

Entliczek, pentliczek, co zrobi Piechniczek? Tego nie wie nikt!

Cała historia w odpowiedzi na mój komentarz.

@patataj
@Symson
@Ogorinho1974
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@DaPidejpi
@Roni/VEB
@NaFazieHitman
@Sensible
@Pawel13sz

2

@Janiama Wiem że był genialny, przecież chciały go największe kluby na świecie z naszą Barcą i Realem na czele. Gratuluje ci takich wspomnień i troche zazdroszcze...

13

Wybitne legendy polskiego futbolu:

13 czerwca 1934 r. urodził się Lucjan Brychczy, legendarny napastnik. Gdyby Lucjan Brychczy urodził się pięćdziesiąt lat później, zapewne byłby gwiazdą światowego futbolu. Zamiast tego jest legendą Łazienkowskiej 3, choć wcale nie jest powiedziane, że mu to przeszkadza… Popularny „Kici” barw Legii Warszawa broni nieprzerwanie od 1954 roku. Oczywiście najpierw jako piłkarz (grał tam do 38 roku życia), później jako trener. Nie wykluczone, że gdyby nie jego służba wojskowa, jego kariera w zespole ze stolicy byłaby dużo krótsza. Jednak jako wojskowy nie mógł sobie pozwolić na wyjazd, dlatego też smakiem musiały obejść się kluby belgijskie czy francuskie, a także Real Madryt, gdzie widział go Helenio Herrera. Jednak zanim do tego doszło, Kici większość swojej młodości spędził na Śląsku. Urodził się w Nowym Bytomiu jako syn powstańca i przedwojennego oficera Wojska Polskiego. Pierwsze piłkarskie szlify zbierał w miejscowej Pogoni, a także w gliwickim ŁTS Łabędy. Pierwsze rozczarowanie przyszło, podczas testów w ukochanym Ruchu Chorzów, które nie przyniosły mu miejsca w zespole. Warto dodać, że przed grą treningową, celowo dano mu wtedy za duże buty, by nie wypadł za dobrze. Kto wie, czy przez ten incydent Niebiescy nie stracili następcy Ernesta Wilimowskiego i godnego partnera dla Gerarda Cieślika. Gdyby nie ojciec piłkarza, prawdopodobnie zostałby bokserem, gdyż takżę i do tego sportu przejawiał spory talent. Jednak pod zarzutami, że dyscyplina ta ogłupia, zakazał synowi bokserskich treningów. I dzięki temu Kici został na stałe z futbolem. W ówczesnych czasach trenerem Legii Warszawa był Węgier Janos Steiner. Z nim też wiążę się ciekawa historia. Mianowicie w każdy poniedziałek rano, kupował „Przegląd Sportowy”, a jako że nie znał języka polskiego, prosił Ernesta Pola, żeby tłumaczył mu go na niemiecki, ze szczególnym uwzględnieniem wyróżniających się zawodników. Później przygotowywał notatkę z nazwiskami piłkarzy z dopiskiem „Proszę ich sprowadzić do CWKS”. Kiedy trener znad Balatonu ujrzał Lucjana Brychczego, zażądał natychmiastowego sprowadzenia go do Legii. Młody Ślązak dostał więc powołanie do wojska pół roku przed terminem! To jego trener wymyślił pseudonim, który przylgnął do niego na zawsze. Kici po węgiersku znaczy mały (Brychczy ma 166 cm wzrostu). – Kici das ist Kici – mawiał Steiner – szibkie labda, dużo rucha, gut spielt, dobra robi gol. Węgier chciał uczynić z Legii klub wojskowy na kształt Honvedu Budapest, gdzie wraz z powołaniem do wojska przychodzili czołowi węgierscy zawodnicy, których po zakończeniu służby namawiano do pozostania. I to dzięki niemu piłkarze z Łazienkowskiej mieli okazję poznać wicemistrzów świata. Już sezon po przyjściu do Legii zaczął z nią święcić triumfy jako podstawowy zawodnik. W sezonach 1955 i 1956 zdobył zarówno mistrzostwo, jak i Puchar Polski. Był już wtedy reprezentantem kraju. Jako członek drużyny miasta Warszawy uczestniczył w premierowym meczu na Camp Nou. Otrzymał za to 20 dolarów, co było znaczną kwotą dla mieszkańca PRL-u. Kiedy jego służba wojskowa dobiegła końca, władze musiały solidnie się napracować, by przekonać go do pozostania w stolicy. Z jednej strony najlepsza drużyna w kraju, w barwach której Brychczy bardzo się rozwinął, z drugiej jednak żona, która mieszkała na Śląsku, a także koledzy: Ernest Pol i Edmund Kowal, którzy namawiali Kiciego do gry w Górniku Zabrze. Warto też dodać, że w tamtych czasach mało kto mógł finansowo konkurować z bogatymi klubami wspieranymi przez kopalnie. Chytry plan miał na celu przekonanie Małgorzaty do przyjazdu do Warszawy. Prawdopodobnie największą zasługę w powodzeniu misji trzeba przypisać ojcu piłkarza, który miał wielki posłuch u małżonków. Zamieszkali przy Świętokrzyskiej. I tak pozostaje do dziś. W reprezentacji też grał pierwsze skrzypce. Był jej kapitanem, a także wystąpił z nią na Igrzyskach Olimpijskich w Rzymie. W sumie w barwach narodowych rozegrał 58. spotkań, ale jednym z najważniejszych było to rozegrane na Stadionie Śląskim w Chorzowie. Wtedy to swoim fenomenalnym trafieniem piętą oczarował rywali, w barwach których grały takie tuzy jak Alfredo Di Stefano czy Francisco Gento. To właśnie po tym meczu zaczęto mówić o zainteresowaniu jego osobą przez wielki Real Madryt. A podpułkownik Kici grał jednak dla Legii. I to jak grał! Delikatny kryzys dopadł go po przyjściu do klubu czeskiego szkoleniowca Jaroslava Vejvody, który swoim podopiecznym fundował ciężki trening zwany bombonami. 32 letni Brychczy nie był w stanie osiągać wymaganych rezultatów i został przez to nawet wyrzucony z treningu. Doszli jednak do porozumienia, by zawodnik nie kończył kariery, chociażby po to, by pod jego okiem rozkwitał wielki talent Kazimierz Deyna. Była to świetna decyzja. Kici dalej czarował i doprowadził Legię do kolejnych dwóch mistrzostw i Pucharów Polski, a także półfinału Pucharu Mistrzów. Warto zauważyć, że wszystkie bramki w ćwierćfinałowej rywalizacji z Galatasaray zdobył właśnie On (1:1 w Stambule, 2:0 w Warszawie). Gdy kończył karierę, wśród gości na pożegnalnym meczu był nawet słynny Wacław Kuchar. Jeszcze kilka lat temu był członkiem sztabu szkoleniowego Legii i synonimem jej sukcesów. Podczas jego obecności na Łazienkowskiej Wojskowi zdobyli dziesięć mistrzostw kraju i siedemnaście Pucharów Polski, czyli wszystkie, jakie mają w swojej kolekcji.

@Sensible
@Lionel_Messi10
@Roni/VEB
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@NaFazieHitman
@Symson
@MesQueUnClub96
@DaPidejpi
@patataj

5

@FCBparasiempre Dwie najlepsze drużyny z każdej z grup zapewniało sobie awans do najlepszej ósemki zawodów, podzielonej na dwie grupy. I tutaj każdy grał z każdym. Zwycięzcy drugich grup awansowali do wielkiego finału, a wiceliderzy rozgrywali między sobą mecz o 3. miejsce. Co ważne, od tego turnieju aż po mundial we Francji w 1998 roku, nagradzano wszystkich “półfinalistów”. Za pierwsze miejsce przyznawano złote medale, za drugie srebrne pozłacane, za trzecie srebrne, a za czwarte brązowe. Przed bezbramkowym meczem otwarcia we Frankfurcie, rozegranym między Brazylią a Jugosławią, piosenkę Futbol odśpiewała Maryla Rodowicz. Reprezentacja Polski rozpoczęła swoje zmagania trzeciego dnia turnieju. Wydawało się, że, wobec kontuzji Włodzimierza Lubańskiego, podstawowym napastnikiem będzie bohater z Wembley, Jan Domarski. Górski postawił tymczasem na zawodnika, który na szczeblu reprezentacyjnym ogrywał się głównie w młodzieżówce prowadzonej przez Andrzeja Strejlaua. Wielu miało wątpliwości co do wyboru Andrzeja Szarmacha. Sam zainteresowany był zaniepokojony, co wyraził w swojej biografii ,,Diabeł nie anioł”: „Jak to ja? Nie Domarski? Pełne zaskoczenie i dla mnie, i dla kolegów z drużyny. W głowie gonitwa myśli. Noc długa i prawie nieprzespana. I pytana: Co robić? Jak grać? Czy dam radę?” Zdecydowanie dał radę. W pierwszym meczu z Argentyną już w ósmej minucie zamknął usta krytykantom i uciszył swoje czarne myśli. W tym momencie Biało-Czerwoni prowadzili już 2:0, bowiem chwilę wcześniej trafił Lato. Na kontaktową bramkę Heredii z 60. minuty momentalnie odpowiedział Lato. Na nic zdał się gol Babingtona na 3:2. Mecz zakończył się właśnie takim rezultatem. Piłkarski świat w szoku, Polacy nie dowierzali. W Murrhardt, malowniczym miasteczku goszczącym naszą reprezentację, zapanowała wielka radość. Mieszkańcy w momencie pokochali zawodników znad Wisły i wspierali ich równie mocno jak swoją drużynę. Trener i jego podopieczni zaczęli otrzymywać listy z gratulacjami z całej Polski, co trwało aż do zakończenia turnieju. Ponadto do Laty, Szarmacha, Deyny i spółki zaczęli przybliżać się przedstawiciele zachodnich klubów, kusząc dużymi pieniędzy. Sytuacja polityczna w kraju cały czas była zła, zawodnicy mieli zakaz zagranicznych transferów aż do ukończenia 30. roku życia. Pozostanie na zachodzie było równoważne z ucieczką. Drugą przeszkodą było starcie z egzotyczną reprezentacją Haiti. Było jasne, że rywale są o klasę gorsi od naszych zawodników, choć w kwietniu przed mundialem okazali się górą w bezpośrednim meczu towarzyskim, wygrywając 2:1. Na turnieju Polacy nie pozostawili żadnych złudzeń. Kanonada strzelecka, 7:0, jedno z najwyższych zwycięstw w historii Mistrzostw Świata. Łupem bramkowym podzielili się Lato x2, Deyna, Szarmach x3 i Gorgoń. Tym samym Orły Górskiego zapewniły sobie awans do drugiej rundy grupowej. Wcześniej trzeba było jeszcze rozegrać ostatnie starcie pierwszej fazy. Przed meczem z Włochami rozpoczęły się próby “motywacji” Polaków. Biało-Czerwoni awans mieli już w kieszeni, zatem było pewne, że jedna z ekip, wymienianych przed turniejem w gronie faworytów do zwycięstwa, niebawem pojedzie do domu. Włoska federacja obiecała swoim piłkarzom po 30 tys. dolarów premii za awans do czołowej ósemki. Ci postanowili zaproponować 10% swojego wynagrodzenia piłkarzom Górskiego. 3 tys. dolarów było sumą, za którą w ówczesnej Polsce można było kupić samochód z górnej półki. Ostatecznie przybyszom z Półwyspu Apenińskiemu nie udało się dotrzeć do naszych zawodników i przekazać ustalonej przez siebie sumy. Polacy znów dali popis swoich umiejętności, wygrywając z Włochami 2:1 po golach Szarmacha i Deyny. Koniec tematu? Otóż nie. Ponad osiem lat później Grzegorz Lato trafił do meksykańskiego Atlante, gdzie spotkał argentyńskiego piłkarza, Rubena Ayalę. Ten powiedział mu, że przed starciem Polski z Włochami wraz z kolegami z drużyny zebrał 22 tys. dolarów, z czego 18 tys. zostało przekazane żonie jednego z Polaków wraz z apelem o zwycięstwo z bezpośrednim przeciwnikiem do awansu. Niczego nieświadomi piłkarze Górskiego, no może poza jednym wyjątkiem, wygrali. Argentyna w tym samym czasie pokonała Haiti 4:1, zatem z perspektywy przybyszy z Ameryki Południowej wydawało się, że wszystko poszło zgodnie z ustalonym planem. Lato przekazał informację kolegom z drużyny i rozpoczęło się poszukiwanie piłkarza, który bez wiedzy pozostałych przytulił 18 tys. dolarów. Bez skutku. Po latach milczenie przerwał Iggy Boćwiński, Argentyńczyk polskiego pochodzenia, który stwierdził, że to on przekazał pieniądze, a odbiorcą była żona Roberta Gadochy. „Robert zachował pieniądze dla siebie. Zresztą zaskoczył mnie tym zupełnie. Zapytałem, jak zamierza podzielić kasę. Wtedy powiedział: . Byłem bardzo zaskoczony taką postawą Gadochy”. Orły Górskiego przeklęły byłego zawodnika Legii Warszawa. W gruncie rzeczy nie ma co się dziwić – za wygranie mundialowego meczu dostawali raptem po… 40 dolarów. Po wyjściu na jaw całej sprawy, Gadocha praktycznie odizolował się od świata. Do sytuacji odniósł się dopiero w 2013 roku, zapewniając, że żadnych pieniędzy nie przyjął. Wracając do turnieju. Obok Polski do kolejnej fazy awansowała Argentyna, NRD, RFN, Jugosławia, Brazylia, Holandia i Szwecja. Z barwnych sytuacji z pozostałych spotkań należy odnotować przede wszystkim futbol totalny Holendrów. Oranje zaprezentowali najbardziej wybiegany, ofensywny futbol w historii. Bez dwóch zdań najpiękniejszy w tych czasach i jeden z najpiękniejszych kiedykolwiek. Jugosławia poprawiła wynik Polaków z Haiti, ogrywając Zair 9:0. Przy wyniku 3:0 doszło do pierwszej w dziejach mundiali zmiany bramkarza. Mwamba Kazadi został zastąpiony przez Dimbiego Tubilandu. Liczby pokazują, że nie było to zbyt dobre posunięcie. W drugiej fazie rozgrywek Biało-Czerwoni wylądowali w grupie B ze Szwecją, Jugosławią i RFN. Drugą czwórkę tworzyły ekipy Holandii, Brazylii, NRD i Argentyny. Na dwa dni przed starciem ze Skandynawami trener Górski dał swoim zawodnikom i współpracownikom wolny wieczór. Mogli robić to, na co mają ochotę, przy jednym warunku – muszą wrócić do hotelu najpóźniej o 23:00. Jacek Gmoch udał się z Henrykiem Loską na pieszą wycieczkę po okolicy. Biało-Czerwoni byli objawieniem mundialu, stąd nie dziwne, że stali się obiektem zainteresowań mieszkańców Murrhardt. Spacerujących Polaków zauważyła pewna para i od razu udała się w ich kierunku. Dziewczyna poprosiła Gmocha o autograf. Ten oczywiście się zgodził, jednak wielkie było jego zaskoczenie, gdy ta rozpięła bluzkę i jako miejsce złożenia podpisu wskazała swój biust. Trener z uśmiechem na ustach złożył sygnaturkę. Chłopak poszedł jeszcze o krok dalej. Rozpiął spodnie i… wypiął w kierunku Gmocha goły pośladek. Jak wspomina Loska: „Myślałem, że Jacek go w ten tyłek kopnie, a on, w swoim stylu, złożył autograf!” Andrzej Strejlau również chciał przejść się na wieczorny spacer. Powstrzymał go sam Kazimierz Górski, mówiąc tajemniczo, że „dziś będą się tu działy ciekawe rzeczy”. W tym momencie mamy do czynienia z początkiem pewnej strategicznej zagrywki naszego trenera. Kazimierz Deyna, Zygmunt Kalinowski, Mirosław Bulzacki, Jerzy Gorgoń i Adam Musiał wrócili do hotelu pół godziny po wyznaczonej godzinie. Przy recepcji czekał na nich Górski. W polemikę z trenerem wdał się jedynie Musiał, reszta grzecznie uciekła do swoich pokojów. Nazajutrz sternik naszej kadry ogłosił, że Musiał złamał regulamin i zostaje odesłany do domu. Pozostali zawodnicy zaczęli prosić o zmianę decyzji. Trener tysiąclecia postawił sprawę jasno – jeśli wygracie mecz ze Szwecją, pozwolę Musiałowi zostać, jeśli nie wygracie, jedzie do Polski. Wygrali 1:0 po bramce Laty. Warto podkreślić, że Jan Tomaszewski obronił rzut karny wykonywany przez Jana Tappera. Na czym polegała zagrywka Górskiego? Pan Kazimierz doskonale zdawał sobie sprawę, że najtrudniejszym meczem na turnieju jest mecz numer cztery. Mówiło i mówi o tym wielu byłych szkoleniowców i piłkarzy. Nasz rodak nie chciał, by w szeregach jego drużyny pojawiło się rozluźnienie po wygraniu grupy śmierci, o co zadbał zawieszając Musiała. Zawodnicy stanęli na rzęsach, by przywrócić go do zespołu i pokonali, w wielkich trudach, przeciwników ze Skandynawii. Zawodnik wrócił do składu i rozegrał resztę turnieju w pełnym wymiarze czasowym. Mecz z Jugosławią miał być z pozoru najłatwiejszym starciem tej fazy rozgrywek. Zwycięstwo 2:1, po bramkach Deyny i Laty, przyszło, dosłownie i w przenośni, w ogromnych bólach. Nasz kapitan trafił z rzutu karnego podyktowanego za faul Karasiego na Szarmachu. Faul miał wielkie znaczenie w perspektywie kolejnych wydarzeń. Diabeł doznał bolesnej kontuzji uda, na którym pojawił się krwawy guz wielkości piłki tenisowej. Sztab medyczny nie wiedział, co zrobić. Pojawiły się pomysły włożenia nogi do gipsu. Na szczęście znalazł się niemiecki lekarz z Murrhardt, zamroził ranę naszego napastnika, a następnie solidnie rozmasował. Krwiak ustąpił, ból niestety nie. Szarmach walczył z czasem, by wykurować się na starcie z gospodarzami, Zachodnimi Niemcami, mające de facto rangę półfinału. Niestety, przegrał tę walkę i w przedostatnim meczu turnieju nie był do dyspozycji trenera. 3 lipca 1974 roku. Frankfurt, Waldstadion. Starcie RFN z Polską było bojem o finał Mistrzostw Świata. Obfite opady deszczu spowodowały, że murawa stadionu wyglądała jak zalane pastwisko. Pojawiło się duże prawdopodobieństwo, że mecz zostanie przełożony, za czym optowała cała nasza załoga. Odmiennego zdania byli niestety Niemcy. Rywale doskonale zdawali sobie sprawę, że taka aura jest ich przywilejem i zwiększa szansę pokonania Polaków. Po pierwsze – nie było wątpliwości, że to nasi piłkarze znacznie lepiej operują piłką po ziemi. Po drugie – niezwykle efektowne rajdy skrzydłem Gadochy eliminowały wodne zastoiska. Po trzecie – w szeregach Górskiego brakowało Szarmacha, zawodnika niezwykle dobrze grającego głową, który w takich warunkach mógłby być zabójczą bronią. Sędzia uznał, nieco pod presją gospodarzy, że mecz może zostać rozegrany. „To były zawody kajakowe, można było się popluskać, pobawić w wodzie, ale nie grać w piłkę”. Powyższe słowa Grzegorza Laty nie pozostawiają żadnych złudzeń. Boisko nie pozwalało na stworzenie dobrego widowiska, pomimo faktu, że biegali po nim jedni z najlepszych piłkarzy na świecie. O Meczu na wodzie powiedziano już właściwie wszystko, przez dziesięciolecia był wspominany i analizowany przez wielu fachowców. Odnotujmy, że Tomaszewski obronił jedenastkę wykonywaną przez Uliego Hoenessa, dzięki czemu został pierwszym golkiperem w dziejach światowego czempionatu, który na jednym turnieju dwukrotnie zatrzymał strzały z wapna. Nie był jednak w stanie uchronić drużyny przed porażką. Obustronna wymiana ciosów padła łupem gospodarzy. Nasi zawodnicy nie znaleźli sposobu na świetnie dysponowanego Seppa Maiera. Jedyną bramkę zdobył legendarny Gerd Muller, zapewniając Niemcom trzeci finał Mistrzostw Świata. Grupę A wygrała tymczasem fenomenalna Holandia a drugie miejsce zajęli Brazylijczycy. Właśnie z aktualnymi Mistrzami Świata przyszło zmierzyć się zawodnikom Kazimierza Górskiego o srebrny medal. Tuż po wodnym starciu z RFN pojawiło się trochę luzu w szeregach ekipy, co jeszcze bardziej spotęgowała możliwość sprowadzenia do hotelu jednej osoby przez każdego z polskich bohaterów. Do większości piłkarzy przyjechały żony lub partnerki, do części jeden z rodziców. Luz bardzo dobrze zadziałał na głowy Polaków. Zupełnie odmienna atmosfera panowała w ekipie Canarinhos. Z uwagi na brak obrony tytułu, w swoim kraju zostali już przeklęci. Chcieli za wszelką cenę udowodnić swoją wyższość w małym finale. Na mecz z naszą drużyną wyszli bardzo zmotywowani. Można powiedzieć, że wręcz przemotywowani. Zdecydowanie więcej samby zaprezentowali Biało-Czerwoni. Prawdziwym maestro został Grzegorz Lato, autor ponad 50-metrowego rajdu, zakończonego jedynym w tym meczu trafieniem, zapewniającym naszym zawodnikom trzecie miejsce na świecie. Cała polska załoga została w Niemczech aż do wielkiego finału, który oglądała z perspektywy trybun. Niestety, nie wszyscy dotarli na to spotkanie. Część działaczy postanowiła zarobić i przehandlowała swoje bilety. Na boisku w Monachium miała miejsce swoista powtórka finału sprzed dwudziestu lat. Oranje, podobnie jak Węgrzy w Bernie, szybko wyszli na prowadzenie za sprawą karnego Neeskensa. Piłkarsko byli znacznie lepsi od Niemców. Ci jednak wygrali wyrachowaniem, ponownie odwracając losy Mistrzostwa Świata. Trafienia Breitnera i Mullera spowodowały, że zawodnicy Helmuta Schona mogli na oczach własnego kraju świętować drugi tytuł mistrzowski. Franz Beckenbauer spełnił obietnicę złożoną swojemu ojcu 20 lat wcześniej i wzniósł do góry Puchar Świata. Jak smakował drugi triumf Niemiec Zachodnich w ich kraju? Słodko-gorzko. Niby była euforia, ale nie taka jak po pierwszym Mistrzostwie Świata, a nawet nie taka jak dwa lata wcześniej, gdy RFN okazała się najlepszą drużyną w Europie. Poza tym wiele osób nie mogło wybaczyć swoim zawodnikom porażki 0:1 z NRD, poniesionej w swoim pierwszym turniejowym meczu. Holandia z 1974 roku bije się w opowiadaniach i wspomnieniach z Węgrami z 1954 roku o miano najpiękniejszych przegranych w historii. Główny dowódca pomarańczowej bandy, Johan Cruijff, wspominał w swojej biografii: „Nasze występy wywołały na całym świecie pozytywne reakcje i wzbudziły podziw dla naszej gry, a to było znacznie ważniejsze. Daliśmy nadzieję wszystkim zawodnikom, którzy, jak ja, nie byli wielcy ani silni. Podczas tego turnieju w pewnym sensie zmieniła się cała filozofia gry w piłkę. Owa filozofia była w gruncie rzeczy bardzo prosta i pozostaje taka do dziś. Oto piłka i albo wy ją macie, albo oni ją mają. Jeśli jest w waszym posiadaniu, oni nie zdobędą bramki. Jeśli zrobicie z piłki odpowiedni użytek, zyskujecie większą szansę na dobry wynik”. Królem strzelców futbolowych zmagań w RFN został strzelec 7 goli, Grzegorz Lato. Drugą strzelbą, z pięcioma trafieniami, dysponowali Johan Neeskens i Andrzej Szarmach. Po powrocie naszych piłkarzy do Polski, rozpoczęło się istne szaleństwo. Ponad 100 tysięcy Warszawiaków wyszło na ulice stolicy, by oglądać ich przejazd autokarem z otwartym dachem. Zawodnicy niemal utracili życie prywatne. Gdzie tylko się pojawili, tam momentalnie otaczał ich tłum w celu zrobienia zdjęcia, zdobycia autografu, samej rozmowy. W corocznym plebiscycie Przeglądu Sportowego na najlepszego sportowca roku aż trzy z pięciu czołowych lokat zajęli srebrni medaliści Mistrzostw Świata. Deyna był drugi, Lato czwarty, a Gadocha piąty. Wymiar pierwszego wielkiego sukcesu polskiej piłki nożnej znakomicie opisał Kazimierz Górski: „Zaczęło się od głodu sukcesu. W społeczeństwie biednym, któremu wmawiano, że jest dobrze, mamiono wielkomocarstwowymi obietnicami lub statystykami, sport spełniał rolę szczególną. Był uśmiechem, czymś dobrym i pięknym. Wszyscy byliśmy spragnieni osiągnięć drużyny narodowej”. Jan Tomaszewski w książce Karoliny Apiecionek ,,Mundial 1974. Dogrywka” wspominał: „Pan Kazimierz Górski był dla mnie papieżem polskiej piłki. Jako szkoleniowiec był bardzo dobry, jako człowiek – fenomenalny! Wszyscy mówią: miał zawodników. Nie, cały czas szukał! Bulzacki, bohater z Wembley nie gra, wchodzi jakiś gówniarz Żmuda. Strzelec złotej bramki, Jasiu Domarski, nie gra, wchodzi jakiś młokos Szarmach. Leszek Ćmikiewicz nie gra, wchodzi jakiś Ślązak Zygmunt Maszczyk. I co się okazuje? Ta drużyna zdobywa trzecie miejsce na świecie! To jest po prostu niemożliwe! A jednak pan Kazimierz tego dokonał”.


7

@FCBparasiempre Wspaniała historia w odpowiedzi na mój komentarz.

Jeśli zapytamy przeciętnego Polaka, z czym kojarzy mu się 1974 rok, to bez wątpienia, nieważne czy zna się na piłce nożnej czy nie, wskaże na trzecie miejsce naszych rodaków na Mistrzostwach Świata, wywalczone w Republice Federalnej Niemiec. W związku z tym przedstawię przede wszystkim kulisy wspaniałego występu podopiecznych trenera tysiąclecia, Kazimierza Górskiego. Niemcy Zachodnie miały sporo czasu na solidne zorganizowanie jubileuszowego, 10. turnieju Mistrzostw Świata. Organizacja została im powierzona niemal 10 lat przed jego rozpoczęciem. Po tym jak Puchar Rimeta trafił na własność Brazylijczyków, ogłoszono plebiscyt na nowy puchar dla zwycięzcy. Spośród zgłoszeń wybrano dzieło włoskiego rzeźbiarza, Silvio Gazzanigi. Oryginał został wykonany z 18-karatowego złota, waży 6,175 kg przy 36 cm wysokości. Tym razem ustalono, że w żadnym przypadku nie trafi do jakiejkolwiek krajowej federacji, bez względu na liczbę triumfów na największej piłkarskiej imprezie na świecie. Każdy zwycięzca otrzyma pozłacaną replikę i musi pocieszyć się tym, że zostanie wygrawerowany na spodzie oryginalnego trofeum, które na co dzień znajduje się w siedzibie FIFA. Co ciekawe, po Mundialu w 2038 roku nie będzie już miejsca na kolejnego triumfatora. Do eliminacji zgłosiło się 99 drużyn. Siedem z nich (Filipiny, Gabon, Indie, Jamajka, Madagaskar, Sri Lanka i Wenezuela) wycofało się przed startem. Polska wylądowała w piątej grupie strefy europejskiej wraz z wyspiarskim towarzystwem, Anglią i Walią. Nie ma wątpliwości, że zdecydowanym faworytem byli Mistrzowie Świata z 1966 roku. Biało-Czerwoni tworzyli młodą, zdolną drużynę, scementowaną triumfem na Igrzyskach Olimpijskich w 1972 roku. Kwalifikacje do mundialu rozpoczęliśmy fatalnie, przegrywając na wyjeździe z Walią 0:2. Tylko cud na Stadionie Śląskim mógł przedłużyć nasze nadzieje na awans. I cud się wydarzył, po bramkach Gadochy i Lubańskiego pokonaliśmy Anglię 2:0. Niestety, strzelec drugiej bramki świętował przez łzy. Po starciu z McFarlandem doznał paskudnej kontuzji, po której przeszedł dwie nieudane operacje. Całe nieszczęście na długo wyeliminowało go z gry w piłkę. Nasz najlepszy napastnik tamtych czasów wspominał tę sytuację w książce ,,Życie jak dobry mecz”: „Nie zapomnę tego do końca życia. Oprócz strasznego bólu, który wydawał mi się nie do wytrzymania, była jeszcze jedna rzecz, bardzo mnie niepokojąca – niesamowity trzask, który usłyszałem. To był trzask kosteczki, która się odrywała od ścięgna”. Już bez Lubańskiego Polacy wygrali z Walią 3:0 a następnie pojechali na Wembley stoczyć bezpośrednie starcie z Synami Albionu o bilety do RFN. Pozycję wyjściową mieli ciut lepszą, bo wystarczał im remis. W pierwszej połowie dzielnie i heroicznie odbierali ataki gospodarzy a dwanaście minut po wznowieniu gry wyszli na prowadzenie za sprawą trafienia Jana Domarskiego. Nie cieszyli się z niego zbyt długo, bo już kilkaset sekund później z rzutu karnego wyrównał Allan Clarke. Wynik 1:1 utrzymał się do końcowego gwizdka, co oznaczało pierwszy od 1938 roku awans na piłkarskie Mistrzostwa Świata. Sam mecz urósł do miana legendy, tak jak m. in. interwencje Jana Tomaszewskiego, którego przed meczem Brytyjczycy porównywali do clowna i sama bramka Domarskiego, do dzisiaj kojarzonego przede wszystkim z tym dokonaniem. Na karty pod autografy wkradł się jednak mały chochlik. Władze kraju i działacze Polskiego Związku Piłki Nożnej zakładały, że złoty remis na Wembley i pierwszy po II Wojnie Światowej awans na Mistrzostwa Świata jest szczytem możliwości podopiecznych Kazimierza Górskiego: „Jedziemy, bo jedziemy, ale nie stawiamy przed wami żadnych celów. Po prostu nie przynieście nam wstydu. Tam będą grały największe gwiazdy światowej piłki”. Takie podejście drażniło złotych medalistów Igrzysk Olimpijskich z 1972 roku w Monachium. Wyrażało totalny brak wiary w samych zawodników i trenera. Kazimierz Górski zabrał na mundial następujących zawodników: Jan Tomaszewski, Andrzej Fischer, Zygmunt Kalinowski, Antoni Szymanowski, Zbigniew Gut, Jerzy Gorgoń, Henryk Wieczorek, Mirosław Bulzacki, Władysław Żmuda, Adam Musiał, Lesław Ćmikiewicz, Kazimierz Deyna, Henryk Kasperczak, Zygmunt Maszczak, Roman Jakóbczyk, Grzegorz Lato, Andrzej Szarmach, Robert Gadocha, Jan Domarski, Zdzisław Kapka, Kazimierz Kmiecik, Marek Kusto. Asystentami szkoleniowca byli Jacek Gmoch i Andrzej Strejlau, którzy niespecjalnie za sobą przepadali. Mistrzostwa Świata rozegrano w dniach 13 czerwca – 7 lipca 1974 roku na stadionach w dziewięciu miastach: Monachium, Berlin, Stuttgart, Gelsenkirchen, Düsseldorf, Frankfurt, Hamburg, Hannover i Dortmund. Na długo przed rozpoczęciem zawodów zastanawiano się nad opcją zwiększenia liczby finalistów. Finalnie zrezygnowano z pomysłu i w Niemczech wystąpiło 16 drużyn: Republika Federalna Niemiec (gospodarz), Brazylia (mistrz), Polska, Bułgaria, NRD, Włochy, Holandia, Szkocja, Szwecja, Jugosławia, Argentyna, Chile, Urugwaj, Haiti, Australia i Zair. Wprowadzono natomiast nowy format rozgrywek, mający zwiększyć liczbę meczów. Trzeba przyznać, że uatrakcyjnił zawody i bardzo dobrze zdał egzamin. Zrezygnowano z fazy pucharowej, zastępując ją drugą fazą grupową. Zestawienie pierwszej rundy:

Grupa 1: Australia, Chile, NRD, RFN

Grupa 2: Brazylia, Jugosławia, Szkocja, Zair

Grupa 3: Bułgaria, Holandia, Szwecja, Urugwaj

Grupa 4: Argentyna, Haiti, Polska, Włochy


11

To był ,,nasz” Mundial!
Wspaniała historia w odpowiedzi na mój komentarz.

@Pawel13sz
@Sensible
@DaPidejpi
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@NaFazieHitman
@Lionel_Messi10
@Symson
@patataj

1

No jeśli już wspominacie najlepszych lewych obrońców w historii futbolu to proponuje zapoznać się z biografią Niltona Santosa a zwłaszcza Giacinto Facchetti'ego. To oni zasługują na miano najlepszych w historii.

10

Pierwsze legendy FC Barcelony(prawdziwi cules niezapominają):

13 czerwca 1877 r. w Berlinie urodził się Udo Steinberg niemiecki inżynier, sportowiec oraz działacz sportowy i pierwszy Niemiec w Dumie Katalonii. W 1902 roku zdobył dwa pierwsze gole przeciwko Realowi Madryt(ówcześnie FC Madrid) jako zawodnik FC Barcelony w pierwszej edycji Pucharu Króla, co czyni go pierwszym strzelcem w El Clásico. Steinberg pracował między innymi w sporcie piłki nożnej , lekkoatletyki , krykieta , tenisa , kolarstwa ,Boksie i dyscyplinach alpejskich , pracował również jako redaktor sportowy. Od 1901 do 1910 Udo Steinberg był aktywnym piłkarzem FC Barcelona. W 1902 roku założył klubową szkołę piłkarską, poprzedniczkę La Masii, którą kierował do 1916 roku. Od 1906 r. Pisał jako redaktor w gazecie sportowej „El Mundo Deportivo”. W tym samym roku objął przewodnictwo w Związku Klubów Piłkarskich Barcelony, które później przekształciło się w Kataloński Związek Piłki Nożnej. Oprócz swojej pasji do piłki nożnej, był również entuzjastą lekkoatletyki, krykieta, tenisa, piłki rowerowej (gymkhana) i hokeja, udzielał się również jako sędzia. W owym czasie Steinberg był uważany za najskuteczniejszego napastnika FC Barcelony z ponad 60 bramkami. W 1910 roku zakończył aktywną karierę jako regularny zawodnik Blaugrany z powodów zawodowych.

@Sensible
@Lionel_Messi10
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@NaFazieHitman
@MesQueUnClub96
@Symson
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@patataj

1

@panczo Eee taam! Mam to gdzieś i głęboko w de!

17

Dyktatura wobec Dumy Katalonii:

13 czerwca 1943 r. doszło do skandalu na Estadio Chamartin w Madrycie. FC Barcelona przegrała 11:1 z Realem Madryt w rewanżowym półfinale Copa del Generalismo. W pierwszym spotkaniu na Camp Nou Blaugrana wygrała pewnie 3:0 i na trybunach po raz pierwszy w Hiszpanii dało się słyszeć gwizdy przeciwko dyktaturze Franco. Ruszyła wtedy machina propagandowa przeciwko Dumie Katalonii i jej graczom. Cegiełkę dołożył Real, który do każdego biletu na mecz rewanżowy dołączał gwizdek, którego kibice mieli używać, gdy jakikolwiek gracz Barçy dojdzie do piłki. Gracze gości dostali w szatni ,,instrukcje” przekazane przez Dyrektora Generalnego ds. Bezpieczeństwa Narodowego aby swoją grą nie wzburzać tłumu a niektórym graczom takim jak Escola, Balmanya i Raich przypomniano iż reżim odpuścił im wcześniejsze winy za wspieranie przeciwnych władzy frakcji w czasie wojny domowej. Podobne zalecenia dał tuż przed meczem arbiter spotkania Celestino Rodriguez. Spotkanie było jednostronne, kibice obrzucali bramke Blaugrany kamieniami i monetami, które dawno wycofano z obiegu. Bramkarz stał więc przy linii pola karnego, co ułatwiało Realowi zdobywanie goli. Prawda jest taka że piłkarze Barçy byli w szatni zastraszeni a nawet grożono im śmiercią. To była typowa ustawka reżimu Franco. Po meczu gości z niezrozumiałych powodów ukarano za zamieszki razem z gospodarzami a prezydenci obu klubów ustąpili ze stanowiska. Ze strony FC Barcelony był to Enrique Piñeyro, członek reżimu ale jednocześnie człowiek honorowy, który złożył oficjalny protest i poparł go swoją rezygnacją. W Realu Madryt nowym prezydentem został Santiago Bernabeu.

@Symson
@Roni/VEB
@Ogorinho1974
@NaFazieHitman
@Pawel13sz
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@Sensible
@DaPidejpi
@patataj

3

@astralny Poza tym Piechniczek bezczelnie zakomunikował Szarmachowi że nie zagra żadnego meczu na Mundialu a zabrał go wyłącznie za zasługi głównie w polskiej lidze. Wystawił go w końcu w meczu o 3 miejsce i pokazał co jest wart, a tam gdzie był najbardziej potrzebny czyli w półfinale z Włochami to grzał ławe! Ja też pamiętam ten Mundial bo to był mój pierwszy Mundial w życiu jaki ogladałem:)

6

@FCBparasiempre Po Mundialu w 1950 roku płakała cała Brazylia. Turniej organizowany w Kraju Kawy zakończył się nieoczekiwaną klęską z Urugwajem. Ludzie umierali po zawałach, atakach serca, inni popełniali samobójstwa. 64 lata później piłkarze w kanarkowych koszulkach mogli przepędzić złe duchy i wyrównać porachunki z przeszłości. Swoistą próbą generalną przed brazylijskimi Mistrzostwami Świata miał być Puchar Konfederacji rozegrany w czerwcu 2013 roku. Turniej przeobraził się w swoistą wojenkę domową. W sumie ponad dwa miliony Brazylijczyków wyszło na ulice, by protestować przeciwko przyszłorocznemu czempionatowi. Źle ubrałem swoje myśli w słowa, wytłumaczę to nieco szerzej. Marzeniem niemal wszystkich Brazylijczyków są wielkie piłkarskie rozgrywki na terenie ich państwa. Doskonale wiemy, że dla nich piłka nożna jest drugim, po Jezusie Chrystusie, bóstwem. Pojmują futbol jak religię. Ludzie protestowali więc nie przeciwko samemu mundialowi, a stylowi i pompie, z jaką miał zostać zorganizowany. Na transparentach można było dojrzeć napisy: „Mistrzostwa nie uczą”, „Nie chcemy mistrzostw, chcemy metra”, „Japonio, weź nasz futbol w zamian za twoją edukację”, „Ile szkół zmieści się na Mane Garrincha?”. Rząd obiecał, że organizacja turnieju podniesie standard życia, Brazylia zaliczy skok gospodarczy, a jego pochodną będą nowe szpitale, infrastruktura, lepsze zarobki. Tymczasem postawiono jedynie na pokazówkę, co obywatele dosadnie zrozumieli właśnie podczas Pucharu Konfederacji. Władze ubzdurały sobie m.in., że jedną z aren piłkarskich zmagań będzie Arena da Amazônia w Manaus, mieście położonym w sercu Amazonii, gdzie piłka nożna występuje co najwyżej na czwartym poziomie rozgrywkowym, a na mecze przychodzi maksymalnie po kilkaset osób. Równie niepoważnym pomysłem były stadiony w Cuiabie i Natalu, miastach z piłką, kolejno, trzecio- i drugoligową. Stadiony ochrzczono terminem „białych słoni” (elefante blanco), rzeczy równie pięknych, co bezużytecznych. Niczym figurka z porcelany. Protestujący skandowali, że rządzący mają naprawdę bezlitosne poczucie humoru, że stawiają stadiony w dżungli, podczas gdy ponad 15 mln Brazylijczyków musi przeżyć za 30$ miesięcznie. Bardzo mocny i emocjonalny film wyświetlała w swoim kinie Carla Dauden, jedna ze strajkujących. W jednym z jego fragmentów padały słowa: „Mundial będzie kosztował trzydzieści miliardów dolarów, więcej niż poprzednie trzy mundiale łącznie. Proszę mi zatem powiedzieć: kraj, gdzie analfabetyzm może osiągać 21 procent, a średnia wynosi 10 procent; kraj, który zajmuje osiemdziesiąte piąte miejsce w klasyfikacji wskaźnika rozwoju społecznego na świecie; kraj, w którym trzynaście milionów ludzi każdego dnia cierpi głód, z których mnóstwo umiera w oczekiwaniu na leczenie… Potrzebują państwo więcej danych?”. Finalnie czempionat pochłonął 14,5 mld dolarów, co i tak jest astronomiczną sumą. Z protestującymi solidaryzowali się aktywni zawodnicy, jak choćby Dani Alves, Fred, David Luiz i Hulk oraz byłe gwiazdy Kanarków, Rivaldo i Romario. Ten drugi po karierze piłkarskiej zajął się polityką. Ich wielkim oponentem był Pele, co jednak wcale nie dziwi. Król futbolu od dawna tańczył tak, jak zagrała mu FIFA. Do strajkujących zwracał się słowami: „Zapomnijmy o niesnaskach i skupmy się tylko na reprezentacji. Musimy pomścić klęskę z 1950 roku”. Neymar napisał na swoim facebooku: „Jest mi smutno, gdy patrzę na to, co dzieje się w Brazylii. Liczyłem na to, że nigdy nie dojdzie do wyjścia na ulice, żeby uzyskać lepsze środki transportu, poprawę służby zdrowia, edukacji i bezpieczeństwa. Wszystko to jest OBOWIĄZKIEM rządu. Kocham swój kraj, ale ja też chcę Brazylii bardziej sprawiedliwej, bezpieczniejszej, zdrowszej i UCZCIWSZEJ!”. Caps lock użyty przy pisaniu słowa “uczciwszej” był pstryczkiem w kierunku ogólnie panującej korupcji i kolesiostwu, które były widoczne gołym okiem przy organizacji czempionatu. Jednym z pracowników biorących udział w przygotowaniu imprezy był Gabriel Jesus. W 2014 roku malował chodniki, dziś zarabia miliony w Manchesterze City. Mieszkańcy dzielnicy, w której pracował przed ośmioma laty, przygotowują wielki mural z jego podobizną. W eliminacjach do brazylijskich Mistrzostw Świata wzięły udział 202 drużyny. Rozbitą po zupełnie nieudanym Euro 2012 reprezentację Polski przejął Waldemar Fornalik. Niestety, w zespole nadal nie było chemii, piłkarze nie nadawali na tych samych falach. Efektem było dopiero czwarte miejsce w grupie z Anglią, Ukrainą, Czarnogórą, Mołdawią i San Marino. Po uszach najbardziej obrywał Robert Lewandowski, który, cytując klasyka, w Borussii umie strzelać, a w kadrze to mu się nie chce! Życie pokazało, że te słowa były nad wyraz przesadzone. Biało-Czerwoni nie mogli zatem skorzystać z brazylijskiej gościnności, bardzo chwalonej przez ekipy z wywalczonym awansem. A były to: Iran, Korea Południowa, Japonia, Australia, Wybrzeże Kości Słoniowej, Kamerun, Nigeria, Ghana, Algieria, Argentyna, Kolumbia, Chile, Ekwador, Stany Zjednoczone, Kostaryka, Honduras, Belgia, Włochy, Niemcy, Holandia, Szwajcaria, Rosja, Bośnia i Hercegowina, Anglia, Hiszpania, Chorwacja, Francja, Grecja, Portugalia, Meksyk, Urugwaj. Zostały podzielone, zgodnie z systemem rozgrywek obowiązującym od 1998 roku, na osiem czterozespołowych grup:

Grupa A: Brazylia, Chorwacja, Kamerun Meksyk

Grupa B: Australia, Chile, Hiszpania, Holandia

Grupa C: Grecja, Japonia, Kolumbia, Wybrzeże Kości Słoniowej

Grupa D: Anglia, Kostaryka, Urugwaj, Włochy

Grupa E: Francja, Ekwador, Honduras, Szwajcaria

Grupa F: Argentyna, Bośnia i Hercegowina, Iran, Nigeria

Grupa G: Ghana, Niemcy, Portugalia, Stany Zjednoczone

Grupa H: Algieria, Belgia, Korea Południowa, Rosja

Mecze rozgrywano w dniach 12 czerwca – 13 lipca 2014 roku na dwunastu imponujących, jednak bardzo przepłaconych stadionach w dwunastu miastach: Rio de Janeiro, Brasília, Sao Paulo, Fortaleza, Belo Horizonte, Salvador, Recife, Porto Alegre, Cuiabá, Manaus, Natal i Curitiba. Mundial zainaugurowały ekipy Brazylii i Chorwacji. Już na otwarcie byliśmy świadkami historycznej rzeczy. W 11. minucie na listę strzelców wpisał się Marcelo. Defensor Realu Madryt nie uszczęśliwił ponad 62-tysięcznej publiczności w Sao Paulo. Trafił do własnej bramki. Nigdy wcześniej mundialowego worka z bramkami nie otworzyło trafienie samobójcze. Pomimo słabego początku, gospodarze zdołali z nawiązką odrobić straty. Do zwycięstwa prowadził ich kapitan Neymar, autor dwóch goli. Trzeciego dorzucił Oscar. Canarinhos zdołali wyjść z grupy z pierwszego miejsca, ale nie zachwycali swoją grą. Awans wywalczył również Meksyk. Najważniejszym i najbardziej zaskakującym wydarzeniem w grupie B było odpadnięcie Hiszpanii, obrońców mistrzowskiego tytułu. Marzenia piłkarzy z Półwyspu Iberyjskiego o ponownym triumfie pogrzebali już w pierwszym starciu Holendrzy, deklasując ekipę Del Bosque aż 5:1. Louis van Gaal przygotował młodą, autorską, niedoświadczoną ekipę, od której nikt niczego nie wymagał. W starciu z wielkimi Hiszpanami zaimponowali przede wszystkim w grze w defensywie. W ofensywie nie do powstrzymania byli weterani. Arjen Robben i Robin van Persie ustrzelili po dublecie, piątą bramkę zdobył De Vrij. Latający Holender na długo pozostanie jednym z najpiękniejszych obrazków w dziejach światowego czempionatu. Po tak mocnym początku Oranje z kompletem zwycięstw wygrali grupowe zmagania. Za ich plecami zameldowali się waleczni Chilijczycy. W grupie C rządziła i dzieliła Kolumbia. Los Cafeteros, osłabieni brakiem swojej największej gwiazdy, Radamela Falcao, byli dyrygowani przez Jamesa Rodrigueza. Trzy zwycięstwa zapewniły im awans do 1/8 finału. Na ostatnie pięć minut starcia z Japonią na boisku zameldował się Faryd Mondragón. Był to swoisty prezent otrzymany od trenera Pekermana. Golkiper trzy dni wcześniej obchodził bowiem swoje urodziny. 43. urodziny, dzięki czemu stał się najstarszym uczestnikiem w historii światowych rozgrywek. Jego wynik może niebawem wyśrubować ponad 45-letni bramkarz Egiptu, Essam El Hadary. Drugie miejsce zajęła Grecja. Anglia, Kostaryka, Urugwaj, Włochy – wybuchowa mieszanka w grupie D, zgodnie uznanej za grupę śmierci. Awans miał się rozstrzygnąć między byłymi Mistrzami Świata. Kostaryka, uchodząca za Kopciuszka i atakująca poniekąd z drugiego rzędu, nieoczekiwanie pokonała na początek Urugwaj 3:1. Koniec niespodzianek? Skądże. Zwycięstwo 1:0 z Włochami i bezbramkowy remis z Anglią zapewnił jej promocję do kolejnej fazy rozgrywek. Brytyjczycy zakończyli swój udział z zaledwie jednym zdobytym punktem. Wszystkie rozstrzygnięcia w tym gronie przyćmiło wydarzenie ze starcia Włochów z Urugwajem. Stawką było wyjście z grupy. W zamieszaniu podbramkowym w 79. minucie Luis Suarez ugryzł w ramię Giorgio Chielliniego. Sędzia tego nie zauważył, więc nie ukarał zawodnika, ale kamery telewizyjne z łatwością wychwyciły zdarzenie. Dwie minuty później Diego Godin trafił do siatki Buffona, dzięki czemu Urusi wygrali 1:0, a Włosi zaczęli pakować się w drogę do domu. Dla Suareza mecz się nie zakończył. FIFA doskonale wiedziała, że nie był to pierwszy taki wybryk krewkiego napastnika. Wcześniej ofiarami jego wampirzych ekscesów padli Otman Bakkal i Branislav Ivanović. Wymierzyła więc bardzo surową karę: „Urugwajczyk Luis Suarez został zawieszony na 9 meczów i wykluczony z jakiejkolwiek piłkarskiej działalności na okres czterech miesięcy”. W swojej książce ,,Przekraczając granice” snajper tłumaczy, że doskonale zdaje sobie sprawę, że zrobił źle i w zasadzie nie znajduje wytłumaczenia na swoje zachowanie. Trzeba zgodzić się z nim w dwóch kwestiach. Po pierwsze, incydent z Włochami przybrał miano mega afery, zupełnie niesłusznie. Przez jej wymiar El Pistolero stał się dla wielu kibiców wampirem, a nie jednym z najlepszych strzelców w historii. Po drugie, Suarez de facto nie zrobił Chielliniemu żadnej krzywdy. Ileż znamy przypadków, gdy boiskowi rywale łamią przeciwnikom nogi, nieraz kończąc ich kariery lub zostawiając na ich psychice dożywotni strach przed bezpośrednimi starciami? O nich nie mówi się tak wiele jak o akcji z Natalu. Jestem pewien, że Marcin Wasilewski wolałby zostać ugryziony przez Witsela, a nie pozbawiony gry na długie miesiące. Bez niespodzianek obyło się w grupach E i F. Z tej pierwszej w grze pozostali Francuzi i Szwajcarzy. W starciu Hondurasu ze Szwajcarią (0:3) padł jedyny turniejowy hat-trick. Jego autorem został Xherdan Shaqiri. Z tej drugiej awans wywalczyły Argentyna i Nigeria. Premierowy mecz grupy G był tytułowany jako starcie tytanów. Niemcy nie pozostawili Portugalczykom żadnych złudzeń i wygrali aż 4:0. W drugim starciu naszych zachodnich sąsiadów ponownie, tak jak cztery lata wcześniej doszło do pojedynku między braćmi Boateng. Tym razem Kevin-Prince i Jerome podzielili się punktami. Piłkarze Joachima Loewa zremisowali z Ghaną 2:2. Co ciekawe, przed ostatnią serią gier każda z drużyn miała jeszcze szanse na awans. Z takiego obrotu sprawy skrzętnie skorzystali zawodnicy z Afryki. Postawili swojej piłkarskiej federacji ultimatum, że jeśli nie otrzymają 3 mln dolarów w gotówce, odpuszczą starcie z Portugalią. Pieniądze dotarły rządowym samolotem, Czarne Gwiazdy podzieliły między sobą łup, ale mecz przegrały 1:2. Obie ekipy musiały opuścić turniej. W najmniej interesującej grupie H awans wywalczyły reprezentacje Belgii i Algierii. Faza 1/8 finału skojarzyła ze sobą Kolumbię i Urugwaj (2:0), Francję i Nigerię (2:0), Holandię i Meksyk (2:1), Kostarykę i Grecję (1:1, k. 5:3), Argentynę i Szwajcarię (1:0), Belgię i USA (2:1 pd.), Niemcy i Algierię oraz Brazylię i Chile. O tych dwóch ostatnich spotkaniach warto napisać nieco więcej. Zdecydowanym faworytem meczu Niemców z Algierią byli oczywiście Europejczycy. Bardzo zaskoczyła ich postawa walecznych przeciwników, w regulaminowych 90 minutach nie padła żadna bramka. Co zaskakujące, najwięcej pracy miał golkiper pewniaków, Manuel Neuer. Co prawda nie był zmuszony do spektakularnych robinsonad na linii bramkowej, jednak przez bardzo wysokie ustawienie swojej drużyny musiał przejmować rolę ostatniego obrońcy. Częściej niż w polu karnym widzieliśmy go poza nim. Jego interwencje zapierały dech w piersiach. Były znacznie bardziej widowiskowe i skuteczne od tych prezentowanych 24 lata wcześniej przez prekursora dalekich bramkarskich podróży – René Higuity. Niemcy, podbudowani znakomitą postawą swojego bramkarza, zdołali w dogrywce strzelić dwa gole, na które w ostatniej akcji meczu odpowiedział Djabou. Szalony przebieg miało starcie Brazylii z Chile. Po pierwszej połowie na tablicach świetlnych widniał wynik 1:1. Gole strzelali David Luiz i Alexis Sanchez. W drugiej odsłonie dogodnych sytuacji nie brakowało, ale zabrakło rozstrzygnięcia. W dogrywce lepsi byli Chilijczycy. W bramce gospodarzy dobrze spisywał się Julio Cesar. Wszyscy myśleli już o dogrywce, gdy na 17. metrze piłkę otrzymał rezerwowy Pinilla i oddał soczysty strzał. Kiedy piłka leciała w kierunku bramki, serca brazylijskich piłkarzy i kibiców zamarły. Wiadome było, że Cesar nie będzie w stanie jej zatrzymać. Z pomocą przyszła poprzeczka. Szczęście nie opuszczało Canarinhos także w konkursie rzutów karnych. Pomimo dwóch pudeł zdołali wygrać 3:2 i awansować do ćwierćfinału. Po kilku dniach niedoszły bohater ostatniej akcji, Mauricio Pinilla, zaprezentował nowy tatuaż. Dziara obrazowała chwilę, w której napastnik trafił w obramowanie bramki. Pod nią pojawił się napis: Jeden centymetr od chwały. Po wyczerpującym, ponad dwugodzinnym boju z Chile, Brazylijczyków czekał najtrudniejszy z dotychczasowych sprawdzianów. Na ich drodze stanęła drużyna prezentująca najpiękniejszy futbol na turnieju, Kolumbia. Jeśli Canarinhos myśleli o strefie medalowej, musieli wznieść się na wyżyny swoich możliwości. Udało się. Rozegrali najlepszy mecz i wygrali 2:1. Sprawy w swoje ręce wzięli defensorzy, Thiago Silva i David Luiz. Honorowe trafienie było dziełem fenomenalnego Jamesa, trafiającego w każdym swoim brazylijskim występie, za każdym razem prezentując wybitne umiejętności techniczne. Tym razem skutecznie wykorzystał rzut karny. Tuż przed oddaniem strzału na jego ramieniu przysiadł zielony intruz, solidnych rozmiarów świerszcz, tworząc z piłkarzem jeden z najbardziej rozpoznawalnych duetów tego czempionatu. Pokonanie Kolumbii nie obyło się bez ofiar. Przed półfinałem wykartkował się Thiago Silva, a na kilka minut przed ostatnim gwizdkiem Neymar starł się z Zunigą. Kolano i ręce oponenta z impetem zatrzymały się na jego plecach. Z płaczem opuszczał boisko. Diagnoza? Pęknięty trzeci kręg. W tym momencie zakończył swój udział na Mundialu. Lekarze mówili, że i tak miał sporo szczęścia, bo naprawdę mało zabrakło do paraliżu kończyn dolnych, przez który już nigdy nie mógłby chodzić. Holandia tymczasem podejmowała czarnego konia rozgrywek, Kostarykę. Keylor Navas i jego blok obronny znakomicie powstrzymywał bardzo ofensywnie ustawionych Oranje. Nie dali sobie strzelić gola przez 120 długich minut. Sami również nie zdołali ukąsić rywala, zatem awans do najlepszej czwórki rozgrywek musiały rozstrzygnąć rzuty karne. Chwilę wcześniej, już w doliczonym czasie dogrywki, van Gaal zastosował mistrzowski manewr. Ściągnął z boiska Jaspera Cillessena, bardzo solidnego bramkarza, którego piętą achillesową było stopowanie uderzeń z wapna. Rozzłoszczonego tą decyzją szkoleniowca golkipera zastąpił Tim Krul. Ówczesny zawodnik Newcastle United okazał się bohaterem potyczki, broniąc uderzenia Bryana Ruiza i Míchaela Umany. Holendrzy wygrali wojnę nerwów 4:3. Argentyńczycy i Niemcy solidarnie, po 1:0, wygrali swoje mecze z Belgią i Francją. Van Gaal mógł zastosować manewr z ćwierćfinału także w półfinale. Po 120 minutach boju z Argentyną znów utrzymywał się bezbramkowy remis, jednak tym razem Krul pozostał na ławce rezerwowych. Cillessen bardzo przeżył poprzednie zastąpienie go przez kolegę z numerem “23”. Poczuł się urażony i poniekąd znieważony przez trenera. Ten przed jedenastkami z Argentyną wykorzystał limit zmian, a w stosunku do ówczesnego bramkarza Ajaksu pomyślał zapewne: ok, zatem teraz wyzwól w sobie sportową złość i udowodnij, że rzeczywiście można na ciebie liczyć w takich sytuacjach. Messi i spółka byli nieomylni, zachowali stuprocentową skuteczność. Pomylili się natomiast Vlaar i Sneijder, dzięki czemu to Argentyna awansowała do wielkiego finału. Holandii pozostał mecz pocieszenia o trzecie miejsce. Przed rozpoczęciem brazylijskiego turnieju najlepszym mundialowym strzelcem w historii był Ronaldo, mający na koncie 15 trafień. Legendarny napastnik doskonale zdawał sobie sprawę, że po jego piętach depcze Miroslav Klose, posiadacz 14 goli. Na kilka dni przed startem piłkarskich zmagań Il Fenomeno udzielił wywiadu, w którym bez hamulców stwierdził: „Kiedy reprezentacja Niemiec będzie wychodzić na boisko, wszystkie swoje siły skupię przeciwko niej a zwłaszcza przeciwko Miro Klose. Mógłby doznać jakiejś kontuzji”. Jak to mówią, możesz mieć wszystko ale klasy nie kupisz. Klasę pokazali za to nasi zachodni sąsiedzi. Klose zrównał się w liczbie bramek z Ronaldo już w grupowym starciu przeciwko Ghanie. Na półfinał wyszedł w pierwszym składzie. Canarinhos żywiołowo wykonali swój hymn narodowy w “obecności” kontuzjowanego Neymara. Odśpiewanie pieśni patriotycznej było jedynym koncertem zaprezentowanym tego wieczoru przez Brazylijczyków. Później wielki koncert grali już tylko Niemcy. W ciągu 18 minut, od 11. do 29. minuty, aż pięciokrotnie znaleźli sposób na umieszczenie piłki w siatce Julio Cesara. Jak łatwo się domyśleć, trafił i Klose, po czym przejął od Ronaldo koszulkę lidera klasyfikacji strzelców wszech czasów. W drugiej połowie podopieczni Loewa spuścili z tonu, co i tak nie przeszkodziło im w zdobyciu dwóch goli autorstwa Schurrle. Na otarcie łez trafił Oscar. 1:7 u siebie, w półfinale najważniejszego piłkarskiego turnieju na świecie. Jednym słowem, dramat. Dramat trwał w najlepsze także w meczu o trzecie miejsce. Holendrzy wygrali gładko 3:0. Wielki finał, jak przystało na mecz tej rangi, znowu nie był porywającym widowiskiem. Więcej z gry i lepsze sytuacje mieli Argentyńczycy, jednak z ich przewagi nic nie wynikało. 0:0 po 90 minutach gry oznaczało dogrywkę. W 113. minucie dwaj rezerwowi, Schurrle i Goetze przeprowadzili najważniejszą akcję turnieju, zapewniając swojej ojczyźnie czwarty tytuł Mistrza Świata. Tym samym po raz pierwszy ekipa z Europy sięgnęła po trofeum na amerykańskiej ziemi.


8

Niemiecka Samba:

Mistrzostwa Świata 2014. Czy Brazylijczycy, po uszy zakochani w piłce nożnej, cieszyli się z organizacji turnieju? Czym w mundialowych kronikach zasłynął Marcelo? Za sprawą którego zawodnika Latający Holender nie kojarzy się już jedynie ze statkiem? Dlaczego wgryzienie się Suareza w ramię Chielliniego nie powinno być odbierane aż tak negatywnie? Kogo od chwały dzielił zaledwie centymetr? Kto przeprowadził jedną z najważniejszych zmian w historii futbolu? Komu “gruby” Ronaldo życzył jak najgorzej? Jak ćwierćfinałowa kontuzja Neymara zapoczątkowała największą piłkarską tragedię w Brazylii od 1950 roku? Tego wszystkiego dowiecie się w odpowiedzi do mojego komentarza.

@Ogorinho1974
@DaPidejpi
@Sensible
@MesQueUnClub96
@Pawel13sz
@Roni/VEB
@NaFazieHitman
@Lionel_Messi10
@Symson
@patataj

0

@R-Dinho Zgoda, tylko jak to się ma do poprawnego pisania w języku polskim? Dla mnie osobiście to jest okaleczenie tekstu, zwłaszcza historycznego poważnego artykułu, a nie pierduł o dupie Marynie! No ale nie mam wyjścia bo z dyktaturą nie wygrasz!

1

@Zbanowany Jeśli masz na myśli opuszczenie przez De Jonga naszego klubu to jestem całkowicie za tym. Poza tym chyba jeszcze bardziej pozbył bym się Depaya, on nieprawdopodobnie mnie irytuje swoją grą i swoim zachowaniem na boisku...

0

@Corr Czekam na to z wypiekami na twarzy od pamietnęgo dla mnie mundialu Mexico 1986 i bardzo tego pragne. Czekałem też wiele lat na triumf w Copa America(bodaj od 2004) aż w końcu się doczekałem! Miejmy nadzieje że doczekamy się tego już w tym roku, no ale z tą nadzieją to różnie bywa, zresztą tak jak i w sporcie...

1

@Roni/VEB Za za długie wpisy, bo ponoć ,,źle się to czyta" itp. No cóż można zrobić? trzeba chować to w komentarzu co mnie się specjalnie nie usmiecha...

13

Ciężkie czasy reżimu:

12 czerwca 1940 r. ustalono pierwszy statut FC Barcelony po wojnie domowej. Po raz pierwszy klub przyjął nazwę hiszpańską(Club de Futbol Barcelona) a nowym prezydentem został, a jakże! Frankista Enrique Piñeyro Queralt, który nie posiadał karty socio i nigdy nie był na żadnym meczu piłki nożnej. Artykuł nr. 3 statutu przewidywał że na koszulce znajdą się ,,dwa czerwone paski na żółtym tle” zamiast flagi Katalońskiej. Inny z punktów mówił że klub może zostać w każdej chwili rozwiązany, lecz leży to w gestii Hiszpańskiego Związku Piłki Nożnej.

@Pawel13sz
@Symson
@DaPidejpi
@Roni/VEB
@Ogorinho1974
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@NaFazieHitman
@DaPidejpi
@Sensible

0

@Ogorinho1974 Z największą przyjemnością :) Będę cię oznaczał w takim razie

0

@Comentateiro No dobra, niech ,,im" będzie!

Media

Sonda

Której reprezentacji, do której powołany został zawodnik Barcy, kibicujesz?